Mój Tenczynek

Bo mój ci on jest i już.
Głównie  taki jaki był dawniej. Teraz już mnie tam nie ma, niestety. Z przyczyn niezależnych nawet na cmentarzu od roku nie byłam u rodziców, dziadków, cioć i wujków kochanych, którzy w moim sercu żyją nadal i zawsze w nim żyć będą. Na grobach w moim imieniu światełko zapala Ciocia Halinka albo Kuzynka Tereska za co im jestem ogromnie wdzięczna.
Tenczynek jest częścią mojej duszy i wyrwać go zeń nijak się nie da. Bywałam tam często od urodzenia – choć to ostatnie akurat przytrafiło mi się w Chrzanowie:). Na stałe mieszkałam u Babci St. od czwartego roku życia, nawet chwilę do pierwszej klasy uczęszczałam (ale mnie potem rodzice zabrali), spędzałam każde wakacje i przyjeżdżałam kiedy tylko się dało. Od śmierci Babci Stefy czyli od 1990 r. przyjeżdżałam już tylko okazjonalnie. Raz byłam z Mężem i Wnuczką K. u Cioci Halinki w Chacie. Chciałam młodej pokazać w realu ukochany domek babciny, który w duszy będzie zawsze mój, a który – nie miałam na to żadnego wpływu – poszedł w cudze ręce. W babcinym ogródku byli obcy ludzie… Bardzo to przeżyłam. Przyrzekłam sobie wtedy, że nigdy więcej w tamtą stronę wsi się nie zapuszczę. Zresztą i Skałek już nie ma tak cudnych jakie były niegdyś. Nie chcę tego widzieć. Wiem, że zmiany na świecie są konieczne i niezbędne lecz nie wszystkie muszę akceptować i w nich uczestniczyć.
Domek Babci Stefy i Dziadka Staszka opisałam w „Mariannie”, drogę na Skałki w „Wejściu w światło”, w „Julce…” – domek Cioci R. i Wujka A. ze zmianami potrzebnymi w tekście, ale trzon to ich dom. W „Po co wróciłaś…” Skałki są jak żywe, i jaskinia się pojawiła i zamek. Po prostu Tenczynek jest i będzie częścią mnie. Do tych myśli doszłam w dalszym ciągu porządkując stare fotografie. Chciałabym zmienić widok na stronie bloga (co ja mam wspólnego z Nowym Jorkiem?) i szukam zdjęcia zrobionego przez Tatę zaraz po wojnie, na którym uwiecznił sosnę rosnącą na skale przy drodze od wsi do kościoła. Sosny już nie ma, skała zarosła. A było to coś cudnego, prawdziwy cud natury. Przy okazji trafiłam na zdjęcie browaru zrobione przez Tatę z balkonu w domu Cioci Władzi, babci Kuzynki T.:):) albo w czasie wojny albo zaraz po.
Od Halinki dowiedziałam się o książce „Tenczynek. 700 lat historii” autorstwa Anny Łukasik (która nawiasem mówiąc – choć się nie znamy osobiście – też jest moją kuzynką, jej Dziadek Emil i moja Babcia Stefa byli rodzeństwem). Dostać, czyli kupić tej pozycji nie można za skarby świata, choć dałabym… nie wiem co, byle ją mieć. Z Mężem i Szilką spędziliśmy kiedyś weekend w Krakowie, ponieważ auto musiało się zreanimować
w warsztacie a Halinka zgodziła się nas przygarnąć:):) Nie mogłam się rozstać z tym cudownym, grubym tomiskiem i do tej pory pozostaję nieutulona w żalu, że musiałam 🙁
Babcia Stefa bardzo kochała Tenczynek, uwielbiała – będąc w polu pod Styrkiem – patrzeć na te cudownie piękne przestrzenie. Ona mnie na to piękno otworzyła, pokazywała gdzie Wola, gdzie Miękinia, uczyła słuchać głosu skowronka… Do tej pory słyszę jak śpiewa: „Skowroneczku, szare ptaszę, czemu rzucasz pole nasze, czemu lecisz w świat daleki, poza góry morza rzeki”… I powtarzała: gdzie się kto ulągnie, tam ciągnie. Miała rację.

5.07.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Byłem w Tenczynku,bardzo ładna miejscowość.
  • annazadroza Uwieczniłam Tenczynek taki jaki pozostał w mojej pamięci, w sercu, w podświadomości, w duszy i nie wiem gdzie jeszcze. Bardzo tęsknię za czasem tam spędzonym, za bliskimi…
  • Gość: [Robert] *.bb.online.no Witam serdecznie,Przez całkowity przypadek wpadłem na pani blog….Proszę o kontakt pod podany mail: robfer@op.pl będę miał dla Pani książkę i nie tylko 😉 Mój Tenczynek 700lat…
  • Gość: [Robert] *.bb.online.no Pani Aniu, odpisałem kilka dni temu na pani maila, proszę sprawdzić może w SPAM-ie.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 7

Dopiero na początku lipca Aldona była gotowa do przeprowadzki. Teściowie zabrali dziewczynki na wczasy, czym ją mile zaskoczyli. Czuła za to naprawdę ogromną wdzięczność. Mogła spokojnie spakować swój – zdawałoby się – skromny dobytek. Kiedy zaczęła układać wszystko w torby i pudła, nie posiadała się ze zdziwienia w jaki sposób taka duża ilość różnych rzeczy mogła się zmieścić w małym mieszkanku. Jeśli chodzi o meble, jej własność stanowiły dwa rozkładane fotele, na których spały dziewczynki, wersalka, ława, dwa foteliki oraz dwa drewniane krzesełka stojące w kuchni. Reszta należała do wyposażenia wynajmowanego mieszkania.

Teresa doszła do wniosku, że regału z pokoju nie będzie przewoziła do nowego domu. Po pierwsze dlatego, że ma go dosyć i nie może już na niego patrzeć, po drugie zaś dlatego, że woli mieć na razie wszystkie szpargały w pudłach i pomaleńku, stopniowo urządzać pokój za pokojem, w miarę możliwości finansowych. Wiedziała z doświadczenia, że prowizorki bywają najbardziej trwałe. Skoro więc ustawiłaby regał – zakładając, że on tę przeprowadzkę przetrzyma w całości – to tak by stał i stał na wieki i nikt by go już nigdy nie ruszył. Zadowoliła się wyszkowskimi segmentami z pokoju Juranda, które można co chwilę ustawiać inaczej w zależności od potrzeb, humoru czy aktualnego stanu ducha.

Aldona była zachwycona pomysłem Teresy. Wpatrywała się z rozczuleniem w trzy i pół regału noszącego ślady częstego pobytu Brysiów w najbliższym sąsiedztwie i wmawiała sobie, iż są to najpiękniejsze meble na świecie. Mogła od razu zająć się rozpakowaniem i segregowaniem swoich ziemskich dostatków.

Sergiusz ochoczo pomagał w przeprowadzce. Monikę wysłał na kolonie, miał więc sporo wolnego czasu i mnóstwo pomysłów na urządzenie mieszkania. Jeździł sprzętami po całym pomieszczeniu, przymierzał, przestawiał. Wersalka zwiedziła każdy kąt pokoju, przemierzyła każdy centymetr podłogi od jednej ściany do drugiej aż ostatecznie zatrzymała się w połowie drogi między drzwiami do pokoju a wyjściem z niego na balkon. Obok niej za drzwiami, stanęła komódka, na niej piękny okaz fikusa beniaminka – podarunek na osiedliny. Nad nią – namalowany przez Dorotę bukiet polnych kwiatów. Nad wersalką zawisła drewniana półeczka, po jej lewej stronie jeszcze jeden obraz Doroty, a po prawej – wiszące drewniane kwietniki. Pod  nimi stanął kwietnik mieszczący cztery doniczki z kwiatami.

Pod oknem usadowiły się dwa foteliki i ława. Ścianę przeciwległą zapełniły: komódka z telewizorem, nad nią półeczka na książki i różne drobiazgi a na podłodze puszyła się piękna diefenbachia o ogromnych zielonych liściach, poprzecinanych żółtymi żyłkami. Regał ostatecznie wrócił na swoje dawne miejsce, to znaczy zwrócił się przodem do wersalki.

Na podłodze położyła Aldona brązowozielony dywan uprzednio porządnie wytrzepany silną ręką Sergiusza, na fotelach i wersalce zielone futrzaki, sztuczne oczywiście.

Skorzystała z pomysłu Teresy i w oknach zawiesiła słomiane maty. Ze względu na południowo-zachodnie usytuowanie pokoju okazało się to zbawienne dla ludzi i roślin w okresie letnich upałów. Drugi plus pomysłu Teresy to używanie mat ze słomki jako zasłon. W tym wypadku firanki, czy inne okienne ozdoby, mogły być jak najbardziej wymyślnie, fantazyjnie upięte i nie miały  nic przeciw temu, żeby ich nie ruszać. Aldona uszyła je z bardzo grubej, brązowej firanki, suto marszczone i dające niecodzienne efekty w świetle reflektorków przyczepionych w różnych miejscach pokoju. Zasłonki i lambrekin obszyła brązową koronką i upięła w stylu firanek babuni.

Sergiuszowi podobało się wszystko co robiła Aldona. Owo „wszystko” było takie przytulne, miękkie, ciepłe. Kiedy skończyli urządzać pokój, ustawiać książki i bibeloty odniósł wrażenie jakby to dla siebie przygotował mieszkanie. W takim chciałby zostać… Cóż z tego, że skromniejsze niż jego własne? Gdyby miał wybór, z pewnością wybrałby urządzone przez Aldonę. Mimo woli porównywał ją z – jak myślał – byłą żoną. Z tego porównania Aldona wychodziła obronną ręką, niczym nagle ujrzana księżniczka z dawno zapomnianej bajki.

Miękkie, puszyste, lekko falujące włosy Aldony opadały luźno na ramiona a pod wpływem deszczu zwijały się w pierścionki. Włosy Agaty, proste i twarde jak druty zawsze były obcięte równo nieco poniżej uszu. Aldona najlepiej czuła się w szerokich spódnicach falujących wokół zgrabnych, szczupłych nóg i – koniecznie – w butach na obcasie, choćby malutkim. Jeśli już wkładała spodnie – bluzkę czy sweterek wpuszczała do środka podkreślając szczupłość talii, prezentując świetną figurę. Gdyby ktoś jej powiedział, że wygląda wyjątkowo atrakcyjnie, popukałaby się wymownie w czoło i wzruszyła ramionami.

Agata natomiast najchętniej zakładała dres, albo spodnie z luźnymi bluzami i buty na płaskim obcasie. Ewentualne komplementy przyjmowała jako należne sobie – według własnego mniemania była chodzącą pięknością doskonałą pod każdym względem. Nie znosiła koronek, falbanek, nocnych koszulek – co lubiła Aldona, ale wszystko proste, prawie męskie. Do spania najlepiej służyła jej gruba piżama a i tak było jej zawsze zimno. Zimno i chłodno patrzyły też jej oczy, jakby były z lodu. Inaczej niż oczy Aldony, uśmiechające się wciąż i do wszystkich, budzące sympatię i życzliwość wszędzie tam, gdzie się pojawiła.

Mieszkanie Sergiusza także było zimne i smutne. Doszedł do wniosku, że po domu „lata” duch właścicielki i wyciska na nim swoje piętno, nadaje swój koloryt i temperaturę. W jego mieszkanie ciepło i radość wniósł dopiero mały kociak, którego pozwolił Monice zabrać od Teresy uszczęśliwiając córeczkę. A on zobaczył jak jego mała Monisia zmieniła się w kontakcie z kotkiem i dziećmi tej całej zwariowanej ursynowskiej „mafii”. Stała się wesołym, szczęśliwym dzieckiem jak nigdy od wyjazdu Agaty. Czując się odrzucona przez matkę była cicha, zamyślona, pełna bezsensownego poczucia winy, przestraszona. Że też on tego wcześniej nie dostrzegł. Wydawało mu się, że wszystkie dzieci takie są, że to normalne. Porównując córkę z innymi dziećmi nareszcie zauważył różnicę. To także zawdzięczał Aldonie, bo ona otworzyła mu oczy na problem.

Wszystkie trzy kociaki miały szczęście. Drugiego adoptowała Magda wyciskając tą decyzją łzy radości z oczu Justysi. Trzeciego, najbardziej podobnego do Mićki, przygarnęła Aldona ulegając dziewczynkom, które zaklinały się na wszystkie świętości, że będą na pewno same się opiekowały nim, a właściwie nią, bo to kotka i dały jej na imię Bibi. Żeby było sprawiedliwie: jedno „Bi” jest od Halinki, drugie od Alinki. Dzięki temu nie kłóciły się, która ma większe prawo do tarmoszenia Bibi, bo obie przyczyniły się w równym stopniu do nadania imienia.

Bibi lubiła wylegiwać się na parapecie grzejąc futerko ciepłem promieni słonecznych w przerwach między jednym szaleństwem a drugim. Rozrabiała, jadła i spała. Była taka słodka, śmieszna, milutka, mięciutka, że Aldona – do czego zresztą przyznawała się dziewczynkom – cieszyła się z jej obecności w domu. Przyglądanie się kocim figlom sprawiało, że zdenerwowanie sytuacją w pracy, zły humor i smutki uciekały z domu. Potrafił tego dokonać kłębuszek przymykający zielone oczy i mruczący z zadowolenia na kolanach Aldony. Albo – dla równowagi – skaczący bokiem, wszystkimi czterema łapkami jednocześnie, albo polujący z ukrycia na piłeczkę czy kulkę zmiętego papieru, czasem skaczący po wszystkich możliwych półkach, wspinający się po zasłonkach aż na samą górę regału.

Koteczka szybko zorientowała się, że jest królową na terenie własnego ogródka i może prychać prosto w nos każdemu obcemu psu, który zbliży się do jej płotu. Wskoczyć do środka nie mógł żaden nieproszony gość, ponieważ dostępu broniła naturalna przeszkoda w postaci kolących krzewów dzikiej róży kwitnących biało, bladoróżowo i amarantowo. Teresa przywiozła sadzonki od Helci z działki i posadziła po to, żeby nikt nie zaglądał do środka.

– Zobacz, Sergiuszu, jak to przecudnie wygląda – powiedziała Aldona siedząc na schodkach prowadzących z balkonu do ogródka. – Patrząc przed siebie mam wrażenie, że jestem na głuchej wsi z dala od miasta. Widzę plątaninę zieleni, kolorowe główki kwiatów. Czuję zapach maciejki i smagliczki a właściwie całą symfonię zapachów. Popatrz, jest tak cicho, tak spokojnie, nie drgnie nawet jeden listek.

Sergiusz stał oparty o balustradę balkonu. Przyglądał się zauroczony siedzącej – oczywiście znowu: dziewczynie a nie: kobiecie. Kto widział kobietę dojrzałą, poważną niewiastę w śmiesznej kolorowej spódnicy z czterema „ogonami” obszytymi frędzelkami, uszytej przez nią samą z cepeliowskich chust? W malutkiej bluzeczce w stylu „chłopka” i włosami spiętymi w koński ogon zawadiacko zwisający nad lewym uchem?

– Odnoszę podobne wrażenie, w Śródmieściu jest ono nieosiągalne. Przyznam się, że wcale nie mam ochoty tam wracać. Ale cóż, robi się późno, będę się zbierał.

Aldona podniosła się, otrzepała spódnicę i wyciągnęła rękę.

– Nie wiem jak ci dziękować za to co dla nas zrobiłeś.

– To naprawdę drobiazg – tłumaczył, skwapliwie przytrzymując wyciągniętą do niego rękę i nie puszczając przez dłuższą chwilę.

– Jaki drobiazg? Co ty pleciesz? – obruszyła się. – Przewiezienie tych wszystkich gratów, kilkakrotne kursy tam i z powrotem, a wreszcie ustawienie mebli no i … w ogóle… ty nazywasz drobiazgiem? Przecież to ciężka praca!

– Wiesz co ci powiem? – spojrzał jej w oczy. – Nie wiem dlaczego ale sprawiło mi to ogromną przyjemność. Nie znoszę bezczynności lecz nie lubię też daremnie trwonić czasu i siły. Cieszą mnie efekty wykonanej pracy a te są imponujące. I to wcale nie moja zasługa.

– Oczywiście, że twoja – upierała się. – Sama nie dałabym sobie rady a Michał i Jurand mogliby pomóc dopiero jutro albo nawet pojutrze.

– Oczywiście, że nie moja tylko twoja – nie dał się przekonać. – Nie miałbym pojęcia gdzie to wszystko ustawić, gdzie wbić haki, gdzie powiesić obraz a gdzie kwietnik. Ty wszystko wymyśliłaś, ja byłem jedynie wykonawcą.

– Ależ bez ciebie niczego bym nie zrobiła!

– W takim razie przyjmijmy, że zrobiliśmy razem wspaniałą rzecz. Zobacz jaki ładny jest pokój z miejsca, w którym stoimy – przyciągnął ją lekko do siebie i odwrócił twarzą w stronę mieszkania. – Wiesz co mi przyszło do głowy?

Spojrzała pytająco. Musiała podnieść wzrok do góry. Mimo, iż stała na progu balkonu, przewyższał ją o głowę.

– Tak mi się jakoś pomyślało, że to pierwsza rzecz jaką zrobiliśmy razem. I spójrz, od razu sukces.

– Samo ci się pomyślało?

– Zupełnie samo, bez mojego udziału. Czy nie uważasz, że to dobra wróżba na przyszłość?

– Hej, turkaweczki! – dał się słyszeć zza krzaków głos Doroty. – Wołałam was z balkonu aż ochrypłam. Psy się rozszczekały  bo Aza mi pomagała, a wy nic. Myślałby ktoś, że tak ciężko pracujecie.

– Przyjdź i zobacz – zawołała wesoło Aldona. – Oko ci zbieleje z zachwytu.

– Na pewno  mi nie zbieleje, jak zwykle przesadzasz. No już idę, idę – gderała. – Tylko schowaj kota bo Aza go zeżre.

– Nie „go” tylko „ją” – poprawiła Aldona.

– Wszystko jedno, nie zajmiesz się chyba zwiększaniem ilości kotów w osiedlu, więc i tak weterynarz będzie musiał ją „przerobić”.

– Oczywiście, że się nie zajmę. No chodź wreszcie – weszła do mieszkania otworzyć drzwi, Sergiusz za nią.

Do domu pierwsza wpadła Aza wciągając za sobą Dorotę.

4.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

„Sen Hani”

Za siódmą górą, za siódmą rzeką
to przecież strasznie jest daleko –
tak pomyślała sobie Hania
nie mając wcale ochoty do spania.

Co też tam może być ciekawego?
Wprost chyba coś niesłychanego
skoro mnóstwo bajek na świecie
tak się zaczyna, przecież to wiecie.

Może zwierzęta mówią ludzkim głosem,
na obiad są lody z waniliowym sosem?
Może w szałasach mieszkają dzieci,
zawsze słoneczko nad głową świeci?

Może wśród krzewów mieszkają skrzaty,
które sprzątanie robią na raty?
Albo: pstryk! I na zawołanie
już jest sprzątnięte calutkie mieszkanie?

Tak myśląc Hania oczka zamknęła
i w snów krainę wnet odpłynęła.
W śnie mama woła: pościel łóżeczko,
nie można tak długo spać, córeczko.

Czeka na ciebie zamiatanie
lecz najpierw musisz zjeść śniadanie.
A potem – szybko do roboty,
nieważne, że nie masz ochoty.

Pralkę włącz, zrobić trzeba pranie,
potem cię czeka prasowanie.
Naczyń jest pełen zlewozmywak,
w łazience znowu popsuł się pływak.

Obiad też trzeba ugotować,
ubranie dla ciebie przygotować,
trzy razy dziennie psa wyprowadzić
i na balkonie kwiaty posadzić.

Poza tym woda się z dachu leje,
-zły sąsiad bardzo się z tego śmieje-
więc trzeba szybko naprawić daszek.
Może znów do nas przyleci ptaszek?

Ratunku! Hania ze snu się zbudziła,
zmęczona oraz przerażona była.
Wokół się rozejrzała uważnie
i pomyślała całkiem poważnie.

To wszystko, co mi się przyśniło,
we śnie się tylko przydarzyło.
Lecz mama musi robić dużo więcej
chociaż ma tylko swoje dwie ręce.

Już wiem! Chcę pomóc mojej mamusi,
jakże się ona męczyć musi.
Od dziś zawsze będę sprzątała po sobie
i co tylko zdołam, dla mamusi zrobię.
3.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Wymyślanki | Dodaj komentarz

Żeby zdążyć…

Chyba muszę wrzucać więcej rozdziałów w tygodniu, żeby zdążyć…

Postanowiłam sobie wcześniej, że we wtorki i piątki będę puszczać „Agatę” (czyli „Po co wróciłaś…”), w poniedziałki wymyślankę nową (bo Męża zmusiłam do współpracy i w weekend mamy wspólną zabawę podczas wymyślania), w pozostałe dni zaś takie tam różne dyrdymałkowe „myślę sobie”. Natomiast w weekend Lapcio ma odpoczywać.
Na długo postanowienia nie starczyło, już je łamię. A wszystko dlatego, że wczoraj byłam w Wilanowie u siostry. Co prawda imieniny miała w piątek ale pojechać nie było jak i dopiero dzień później zapaliłam światełko na miejscu. Znicze i koszyk z kwiatami nabyłam wcześniej, żeby nie było, że zapomniałam. Na kominku też świeczkę zapaliłam, zawsze tak robię kiedy wypada święto jakieś bliskiej osoby, która mieszka po Drugiej Stronie Tęczy. Dzieci mnie tam zabrały, do Wilanowa znaczy, za co im wdzięczna jestem. Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że jedyne czego w życiu naprawdę żałuję, to tylko tego, że prawa jazdy nie zrobiłam :(:( Trudno, trzeba sobie radzić w zaistniałej sytuacji. No więc przy okazji sprzątania grobu Lucy różne czarne myśli mnie dopadły tym bardziej, że dzieci snuły przede mną czarne wizje… czarne, coraz czarniejsze… A ja nie chcę żadnych czarnych! Bo życie jest cudowne i kolorowe, i niespodziewane rozwiązania przynosi dopóki trwa.
W naszym domku mieszkamy z Mężem od siedmiu lat. Domek wymarzony pokochałam ogromnie, mały ogródeczek urządziłam sama, własnymi rękami (Mąż nie lubi grzebać w ziemi,  zmuszam go jedynie do skoszenia trawy). Jestem szczęśliwa patrząc na kwitnące pelargonie, tuje poruszające się na wietrze, które były malutkie kiedy sadziliśmy je w moje urodziny, a teraz są duże i oddzielają ogródek od uliczki. Dzikie wino obrosło siatkę, poszło po ścianie budynku i jest przecudnie. Przez kuchenne okno widzę bez i jaśmin, też własnoręcznie posadzone. A jak kwitły w tym roku, jaki zapach roztaczały dosłownie w całej okolicy! Po prostu namiastka raju. I z tego raju miałabym się wyprowadzać? Nigdy. Tu chcę zostać do kresu. Stąd iść przez Tęczowy Most.
To samo dotyczy Szczawnicy. Nie mam Tenczynka, nie mam Cięciwy – w sensie materialnym, bo w sercu tkwią na zawsze. Szczawnica zastąpiła w realu oba ukochane utracone miejsca. A świadomość, że jest, że na nas czeka, trzyma Męża i mnie przy życiu w ciężkich chwilach.
Ciężkich, bo nie ma lekko. Z babcią D. jest ciężko, coraz ciężej. Najgorsze, że ciągle nie chce jeść. Zje małą kromeczkę na śniadanie i „nie chce mi się”. Z obiadem to samo, odrobinka jednego dania i koniec. Nie można jej przekonać w żaden sposób, żeby jadła więcej. Logiczne argumenty nie trafiają, że np. organizm budulec mieć musi – bo jak samochód bez paliwa nie pojedzie tak i człowiek siły nie ma bez jedzenia, że się przewróci i coś sobie złamie itd. Nic z tego. Rozmawiać też nie chce, na pytania nie odpowiada, nie interesuje jej już kompletnie nic poza rzeczami, które aktualnie jej „zginęły”. Wczoraj szukała telefonu, który miała powieszony na szyi. Od dwóch dni zegarka na łańcuszku szuka. W ogródku siedzieć nie chce, zamyka się w swoim pokoju (od południowo-zachodniej strony więc upał niemożliwy tam panuje) ale na powietrze nie wyjdzie, bo jej za gorąco. Poprzednie lato całe spędziła na zewnątrz albo na foteliku, albo na łóżku polowym, które rozkładałam jej w cieniu, żeby mogła wygodnie kręgosłup sobie rozprostować. Teraz nie chce. Czyli przez rok nastąpiły tak wielkie zniszczenia w mózgu mimo leków.
Myślę sobie, że ludzie, którzy mają w życiu jakiś cel, jakąś pasję dłużej cieszą się sprawnością umysłową i lepszą jakością życia.

2.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Warto dokumentować teraźniejszość

Przygoda blogowa wnosi w moje życie coraz więcej ładu i uporządkowania:) Od chwili odzyskania niepodległości czyli przejścia na upragnioną emeryturę i zregenerowaniu sił nadwątlonych wyczerpującymi pracowymi przejściami  (Boże, chroń porządnych ludzi pozostałych jeszcze w firmie, bo jak Ty nie pomożesz, to już nie ma dla nich ratunku) – zachłystywałam się wolnością i do tej pory nie mogę rano uwierzyć, że nie wstaję do pracy lecz na spacer z Szilką. Nawiasem mówiąc pracowe horrory do tej pory do mnie wracają w postaci nocnych koszmarów. Poza oddychaniem pełną piersią zajmowałam się domem, co uwielbiam a nie miałam czasu ani siły w takim stopniu w jakim bym pragnęła, wyżywałam się w gotowaniu, co uwielbiam a nie miałam czasu…itd. Od kiedy Szilunia jest z nami – a minęły właśnie trzy lata – zaczęłam poznawać okolicę, bo przedtem tylko praca i dojazd do domu. Rekord wynosi 4 godz.(!!!) samochodem z Domaniewskiej (W-wa) do Julianowskiej (Piaseczno), raptem ok.13 km. Piechotą byłoby szybciej. No i jak można było wypełniać inne plany mając jeszcze pod opieką babcię D.?
A plany wciąż miałam ambitne. Na przyszłość. Chciałam je realizować lecz kiedyś. Kiedy? No kiedyś przecież!
Od czasu założenia bloga nie ma kiedyś. Jest teraz. Na początku działałam nieco chaotycznie, żeby połączyć wszystkie aspekty życia codziennego z tą nową przygodą. Po czterech miesiącach doświadczenia harmonogram zaczyna się układać sam. I do poprzednich czynności codziennych dochodzą nowe, będące uprzednio gdzieś daleko, bo nie było motywacji, żeby się za nie konkretnie zabrać. Na przykład za uporządkowanie starych fotografii, które od śmierci Taty leżały w pudełku nie tknięte. Jakże teraz żałuję, że nie zapisałam kto na nich jest, że nie zmusiłam się wcześniej do zrobienia porządku z tymi zdjęciami, nie skłoniłam Taty do tego. Teraz osoby na nich widoczne pozostaną bezimienne i nieznane na wieki, takie NN. Wielka szkoda. Kryją się tu jakieś tajemnice i emocje. Z jednego zdjęcia odcięto fragment pozostawiając stojącego mężczyznę, którego ktoś trzymał pod rękę, ewidentnie jakaś kobieta ale została z niej tylko ręka, reszta zniknęła. Kim była owa niewiasta? Cóż strasznego uczyniła, że musiała zostać wyeliminowana chociażby z fotografii? I wreszcie kto to zrobił? Kto czuł się przez nią aż do tego stopnia skrzywdzony? Na innych zdjęciach widać grupy młodych ludzi. Dziewczęta i chłopcy są wszyscy uśmiechnięci, szczęśliwi młodością, uwiecznieni w latach czterdziestych, niektórzy w czasie okupacji inni zaraz po. Malutkie te obrazki, takie się wtedy robiło, nawet przez lupę ciężko twarze zobaczyć. Na niektórych rozpoznaję rodziców z okresu narzeczeństwa i początku małżeństwa, obie babcie, dziadka, ciocie i wujków. A reszta?
Całkiem niedawno odkryłam, że mój drugi dziadek, który był leśnikiem, został zamordowany w lipcu 1944 przez bandę UPA w okolicach Birczy. W dzieciństwie przyjęłam do wiadomości, że zginął na Kresach w czasie wojny. W każdej rodzinie wokół były jakieś ofiary, pamięć świeża okrutnych czasów i nie wnikałam w szczegóły. Młodzi ludzie mają swoje życie, swoje sprawy, 20 lat to dla nich już prehistoria. Po ręką byli rodzice i z siostrą lubiłyśmy ich „naciągać” na opowiadania o przeżyciach z okresu wojny i partyzantki, oboje byli łącznikami w AK. Niestety, nie zapisane – uleciały. Już nie ma kogo spytać o osoby ze starych fotografii. Warto dokumentować teraźniejszość, żeby nie była tajemnicą niepotrzebną, kiedy stanie się przeszłością.

30.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 6

Drzwi wejściowe lekko skrzypnęły, choć jako nowe nie powinny się tak zachowywać i ukazała się w nich Aldona. Nie zauważyła Sergiusza. Stał oparty o ścianę domku, niewidoczny zza krzaka kwitnącego bzu rozsiewającego wokół zapach wiosny. Jakim cudem krzew nie został zniszczony podczas budowy – tego nikt nie wiedział. Tylko Teresa oświadczyła, że nie mogłoby go nie być w tym miejscu, więc jest i już, przecież to takie proste.

Aldona usiadła na stopniu, szeroką czarną spódnicą owinęła nogi, splotła ręce na kolanach, głowę oparła o mur. Włosy zdawały się być zupełnie ciemne kontrastując z seledynową wydekoltowaną bluzką. Przymknęła oczy. Usiłowała zrozumieć dlaczego ogarnęła ją fala zniechęcenia i przygnębienia. Z pewnością nie była to zazdrość, nigdy nikomu niczego nie zazdrościła, nie znała też uczucia zawiści. Przeciwnie, pełna życzliwości oferowała pomoc każdemu potrzebującemu nie licząc na wdzięczność. Zdawała sobie sprawę, że dług wdzięczności ciąży ludziom bardziej niż jakikolwiek inny dług. Złe samopoczucie jest na pewno wynikiem zmęczenia. Tak, na pewno. Jakże wiele przeżyła przez ten rok.

Straciła poczucie bezpieczeństwa, tak dla niej ważne. Chyba będzie musiała poszukać nowej pracy. Tylko… teraz to jest ciężka sprawa. Poza tym przywiązała się do miejsca i ludzi, nie chciałaby ich zmieniać. Cóż, widocznie taki już jej los: ciągle z jakiegoś powodu dostaje po głowie.

Podczas reorganizacji firmy została zwolniona z pracy, pracowała miesiąc bez umowy umierając ze strachu, że nowej nie podpisze. Przyjęto ją wraz z koleżanką na nowych warunkach. Miały być korzystne a faktycznie straciła.  Na jej poprzedni etat przyjęto zaś zupełnie nową  osobę, nie mającą zielonego pojęcia o pracy ale za to dobrą znajomą Mariana. Mimo, iż wielu starych pracowników znalazło się w takiej sytuacji, dla niej był to wyjątkowo mocny cios między oczy. Gdyby nie przykładała się do pracy, lekceważyła obowiązki, chodziła na zwolnienia – w porządku, nie mogłaby mieć do nikogo pretensji. Bardzo przykre było uświadomienie sobie po raz kolejny, że uczciwy człowiek, który nie potrafi „ani prosić ani donosić” musi się borykać z wielkimi trudnościami, podczas gdy łajdakom, krętaczom i oszustom wszystko idzie jak z płatka. Chwilami wcale nie przynosiła ulgi świadomość przyszłego wyrównania rachunków, bo przecież każdy otrzyma to na co zasłużył… Chciałoby się zobaczyć sprawiedliwość tu i teraz. Tymczasem nadmiar trosk budził wątpliwości: czy naprawdę trzeba nadstawiać drugi policzek? Czy nie lepiej odwinąć rękę i samemu walić dobrze i skutecznie?

Ona, Aldona, codziennie  biegła do pracy z wywieszonym językiem, nie lubiła się spóźniać, „przechodziła” grypy i przeziębienia, chore dzieci same zostawiała w domu, żeby nie zaniedbać zawodowych obowiązków. Miały zaledwie cztery latka kiedy w wypadku zginął Janusz, została wtedy na łasce i niełasce teściów. I zawsze wtedy, kiedy potrzebowała pomocy, teściowa miała coś do załatwienia i wychodziła. Teść pracował i nie miał czasu dla domu, piastował wysokie stanowisko wymagające pełnej dyspozycyjności oraz głowy na karku. Po śmierci syna załamał się, przeszedł na emeryturę. Zanim to zrobił, Aldona wynajęła nieduże mieszkanie – pokój z kuchnią – i wyprowadziła się. Miała do teścia żal za to, że nie pomógł, kiedy był jeszcze na to czas, do teściowej zaś za wtrącanie się na każdym kroku do ich małżeństwa, za traktowanie jej jako „gorszego gatunku”, za torpedowanie wszelkich prób nauczenia Janusza brania odpowiedzialności za założoną rodzinę, własne postępowanie oraz za mnóstwo codziennych drobnych nieporozumień, które urastały do problemów aż wreszcie stały się koszmarem nie do wytrzymania.

Była wtedy, to znaczy po śmierci męża, w stanie kompletnego wyczerpania nerwowego. Jedyna naprawdę przyjazna i serdeczna dusza, babcia, mieszkała w Mińsku Mazowieckim, nie mogła więc kontaktować się z nią codziennie. Czuła, że zdana jest tylko i wyłącznie na siebie. Uciekała od znajomych, nie chciała nikogo widywać. Miała wrażenie, że inni tolerują ją jedynie z litości, a tego nie mogła znieść, była zbyt dumna. Zamknęła się z dziewczynkami w czterech ścianach i sama przeżywała swoja żałobę i pustkę, całe małżeństwo od początku do końca, zastanawiała się „co by było gdyby”, rozważała wiele momentów wspólnego życia. Pogrążała się w coraz głębszej depresji.

W tym właśnie czasie wielką sympatię zaczął jej okazywać Marian, kolega z pracy, który szybko piął się po szczeblach kariery i wkrótce został przełożonym Aldony. Przez długi czas udawał przyjaciela, wysłuchiwał zwierzeń zdesperowanej koleżanki, sam je zresztą prowokował oferując pomoc. Kiedy o nią faktycznie poprosiła – zmył się w ukłonach. Dopiero dużo później skojarzyła, że wtedy właśnie teść odszedł na emeryturę, nie była już „przyjacielowi” potrzebna. Poza tym wystraszył się jej ewentualnego zaangażowania i jakichś „poważnych zamiarów” w stosunku do niego. Po co mu taki kłopot?

Do tej pory nie mogła sobie darować własnej naiwności. Jak mogła wierzyć komuś takiemu? Na usprawiedliwienie miała tylko taką odpowiedź: ciężka nerwica, stan beznadziejności, brak oparcia w kimkolwiek. To sprawiło, że uchwyciła się Mariana jak tonący brzytwy. Ponieważ w niej samej nie było odrobiny fałszu i obłudy, nie przyszło jej do głowy, iż inny człowiek, który zbliżył się do niej – jak się zdawało z serdecznym współczuciem i chęcią pomocy – jest od stóp do głowy przesiąknięty tymi właśnie cechami a jego nieopanowana żądza władzy i sukcesu nie zna hamulców, dlatego po trupach będzie dążył do celu. Miał wiele uroku osobistego co umiał wykorzystywać, więc ulegali mu wszyscy, którzy nie zdążyli poznać jego charakteru. Wysoki, o śniadej cerze, czarnych, zawsze modnie ostrzyżonych włosach, gładko ogolony, elegancki, zadbany i pachnący dobrą wodą – robił piorunujące wrażenie na płci przeciwnej.

W „przyjacielskiej” rozmowie potrafił wyciągać z ludzi najskrytsze sekrety. Gdy już wiedział co chciał lub gdy ktoś przestał mu być użyteczny, zmieniał oblicze zrzucając maskę. Na wycofanie się było jednak za późno, delikwent był już oplątany, uzależniony, uwikłany w sieć własnej szczerości. Marian zaś wszelkie  fakty „z życia wyższych sfer” miał skrzętnie zanotowane i rządził kim chciał i jak chciał.

Po jakimś czasie mu się „odmieniło”. Chciał się spotykać z Aldoną na gruncie prywatnym a ponieważ ona żadną miarą na to się nie godziła – cały czas jej dokuczał grożąc wyrzuceniem z pracy. Wychodząc rano z domu nigdy nie wiedziała czy oprócz obowiązków czeka ją straszenie czy też napad dobrego humoru Mariana i okazywanie chorej sympatii. Jedno i drugie było równie uciążliwe i odpychające.

Aldona ciężko westchnęła, otworzyła oczy, spojrzała w niebo miejscami przesłaniane przez chmury i obłoki, niektóre prześwietlone blaskiem księżyca. Przesunęła dłonią po włosach i znowu westchnęła. Identycznie wyglądało niebo, kiedy wieczorem, po pogrzebie babci, wyszła po raz ostatni przed jej dom. Babcia zmarła zaraz po wakacjach. Aldona uświadomiła sobie wtedy, że została zupełnie sama oraz, że nigdy więcej nie wróci do domu, w którym się wychowała. W tym przypadku los postąpił z nią wyjątkowo okrutnie. Babcia była kiedyś ciężko chora, dawno, dawno temu i wtedy przepisała dom, ogród i wszystko co miała na matkę Aldony. Ona zaś w testamencie swojemu synowi obiecując Aldonie, że ją zabezpieczy w inny sposób. Wkrótce potem rodzice zginęli w wypadku i Aldona została pod opieką babci.

Z bratem nigdy nie miała wspólnego języka. Starała się bardzo, ale nic z tego nie wyszło. Pewnie dlatego, że matka wywiozła ją do Mińska wkrótce po urodzeniu chłopca. Jako czteroletnia dziewczynka bardzo przeżywała wtedy całą sytuację myśląc: mama już mnie nie kocha, nie potrzebuje, wyrzuciła mnie z domu. Będąc dorosłą kobietą próbowała zmienić  nieciekawe relacje z bratem. Zapraszała na Wigilię, na Wielkanoc, próbowała rozmawiać – bez skutku,  ignorował i odtrącał wyciągniętą rękę. Wreszcie, gdy oświadczył, że uważa ją za „byłą siostrę” – machnęła ręką i uznała, że szkoda zachodu.  „Były brat” jest widocznie człowiekiem ułomnym emocjonalnie i ona nie jest w stanie mu pomóc, skoro on każdą pomoc odrzuca. Szkoda tylko, że jego dzieci też wyrosną na ułomne istoty. Cóż, widocznie to dziedziczne… Widocznie tak musi być…

Znowu westchnęła. Na wspomnienie babci oczy zaszkliły się i dwie łzy wolno spłynęły po policzkach. Sergiusz stał bez ruchu. Zrobiło mu się strasznie głupio, że jest świadkiem chwili słabości. Nie mógł wiedzieć, że jego pojawienie się przyniosłoby Aldonie ulgę. Ona zresztą też tego nie wiedziała. Nie pomyślała, że smutne myśli przyciągnęło do niej szczęście innych, zewsząd otaczające ją w tej chwili. Patrzyła na rozanieloną Teresę i wpatrzonego w nią Juranda; na Dorotę grożącą żartobliwie Michałowi, który puścił do niej oko; na panią Basieńkę uśmiechającą się do Dziadka, na Helcię tańczącą z Kaziem, na sąsiadów Teresy, bo nikogo nie brakowało z „najbardziej zintegrowanej klatki schodowej” na Ursynowie. Jakoś życie im się wszystkim poukładało a chwilowe problemy zwalczali wspólnie.

Jej zaś, Aldonie, było coraz gorzej. Wakacje za pasem, dla dzieci okres radości największy a ona nie wie co zrobi z dziewczynkami. Babcia nie żyje więc nie ma do kogo pojechać. Na opłacenie kolonii nie starcza pieniędzy, więc nie może dzieci nigdzie wysłać. Do tego właścicielka mieszkania podniosła cenę wynajmu. Gdyby Stokrotki nie miały renty po ojcu, nie wystarczyłoby na jedzenie. Tak więc całe lato spędzą w domu. W jakim domu? Przecież właścicielka powiedziała, że wkrótce będą musiały się wyprowadzić. I co wtedy? Najlepiej byłoby umrzeć tu, w tym miejscu, nigdzie się stąd nie ruszyć, rozbić głowę o ten ostry kant muru, żeby mieć to wszystko za sobą…

– Aldona, gdzie ty się podziewasz? – rozległ się głos Teresy a zaraz za nią stanęła Dorota.

Przez otwarte drzwi wyskoczył snop jasności i otulił postać siedzącą na schodach z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Doniczko, co się stało? – Dorota skoczyła ku przyjaciółce.

– Proszę cię, zamknij drzwi, nie mogę w tej chwili znieść światła.

Dorota wróciła i zamknęła drzwi.

– Szukam cię i szukam a ty siedzisz tutaj sama. Sergiusz też gdzieś wyparował, myślałam, że jesteście razem.

– Jak widzisz, nie jesteśmy.

Aldona nie chciała przyznać sama przed sobą, że gdy nagle zniknął z pola widzenia i długo się nie pojawiał, zrobiło jej się smutno na duszy i złe myśli poczęły napływać jedna po drugiej.

Sergiusz stał nie tylko bez ruchu, ale starł się wstrzymywać oddech, żeby go przypadkiem nie zauważyły.

– Pewnie poszedł z psem – domyślała się Dorota. – Dzieciaki szaleją ze szczęścia, opanowały całe piętro i poddasze. Chłopcy oglądają jakiś okropny film a dziewczynki bawią się z kociakami, noszą je, tulą i tarmoszą bez przerwy a one mruczą, kociaki znaczy… Czemuś od nas uciekła?

– Nie chcę wam psuć nastroju. Zupełnie nie pasuję do waszego towarzystwa. Mam dzisiaj wisielczy humor, bo za dużo problemów zwaliło mi się na głowę jednocześnie. Nie mam już siły, żeby z nimi walczyć.

– Jeśli myślisz, że pozwolę ci tak siedzieć i się zamartwiać, to jesteś w „ grubym błędnym błędzie”. Kłopoty widziane w nocy w czarnych kolorach rankiem wydają się o wiele jaśniejsze.

– Nie stać mnie już na taką filozofię, albo się starzeję, albo popadam w obłęd albo już nie wiem co.

– Na pewno to trzecie – Dorota uśmiechnęła się serdecznie do przyjaciółki. – A może byłoby ci lżej, gdybyś mi powiedziała jakie zmory cię dręczą? Jak myślisz? Przecież nie możesz cały czas udawać Herod-baby, jesteś tylko człowiekiem.

– Wiesz, myślałam o babci, rodzicach, Januszu i Marianie.

– Tego ostatniego możesz sobie darować. Nie szkoda ci czasu na myślenie o nim?

– Nie mogę przestać, skoro codziennie mam z nim do czynienia.

– I co jeszcze chodzi ci po łepetynie?

– A to, że lada chwila właścicielka wyrzuci mnie z mieszkania, że nie mam co zrobić z dziećmi w czasie wakacji, że nie starcza mi pieniędzy na życie, że zwyczajnie mam wszystkiego dość i najchętniej bym się powiesiła.

– Nie spiesz się tak bardzo z tym wieszaniem, nie wygląda się potem zbyt ładnie. A poza tym poczekaj jeszcze trochę i posłuchaj. Na brak pieniędzy nic ci nie poradzę  chyba, że wygram w totka albo innego lotka, albo dostanę spadek po nieznanym przodku na co się raczej nie zanosi.  Ale gdybyś nie miała z dziećmi co jeść, możesz przyjść do mnie na zupkę. Jeden tydzień do mnie, drugi do Teresy, trzeci do Magdy, czwarty do Majki i już miesiąc z głowy. Co ty na to?

– Mogę ci tylko powiedzieć dziękuję – uśmiechnęła się przez łzy. – Może nie będzie aż tak źle.

– Ale w razie potrzeby licz na mnie. Lepiej ci?

– Lepiej – przyznała cicho.

– Jeśli chodzi o wakacje, to mamy dwa namioty, jeden swój, drugi pożyczony. Działkę kupiliśmy. Masz więc do dyspozycji namiot na działce. Jak ci się znudzi, przejdziesz przez płot do Tereski. Kiedy ci się u niej sprzykrzy wrócisz tą samą drogą. Pasuje?

– Pasuje – przytaknęła wzruszona.

– Co zaś do mieszkania, nie czekaj aż cię baba wyrzuci, sama każ jej się wypchać. Pakuj się, Sergiusz na pewno nie odmówi pomocy przy przeprowadzce. Ma duży samochód, bo mu w pracy potrzebny, więc nam się przyda.

– Gdzie niby mam się przeprowadzać? – szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.

– Do Teresy, ty sieroto boża, przecież  nie będzie mieszkać w dwóch chałupach jednocześnie. Już o tym rozmawiałyśmy. A jak ci nie odpowiada jej mieszkanie, możesz zamieszkać w garażu albo w piwnicy. Ostatecznie, ze względu na starą przyjaźń, pozwoli ci wykopać ziemiankę w ogródku gdybyś koniecznie tego chciała. I co ty na to?

Aldona na to nic nie odpowiedziała, nie była w stanie się odezwać. Rozpłakała się jak mała dziewczynka i w żaden sposób nie mogła zapanować nad łzami płynącymi strumieniem na bluzkę.

– No już dobrze, uspokój się. Nie udawaj fontanny Donico jedna, idź do łazienki i doprowadź się do stanu używalności. A jeżeli jeszcze raz zapomnisz od czego są przyjaciele to będziesz miała ze mną do czynienia. Rozumiesz?  Nie becz już – dodała miękko, – zobaczysz, wszystko się ułoży. Jestem pewna, że wciąż czeka na ciebie twoja porcja szczęścia.

Aldona objęła Dorotę za szyję i pocałowała w policzek.

– Dziękuję ci. Jestem kompletnie ogłupiała, oszołomiona i nie wiem co powiedzieć.

– Na razie nic mądrego nie wymyślisz więc się nie wysilaj. Chodź ze mną, zaprowadzę cię do łazienki, bo sama albo zginiesz po drodze, albo wyjdziesz przez okno zamiast przez drzwi.

Weszły razem do domu. Przez taras wybiegł Maks, podszedł do Sergiusza, machnął ogonem i przyglądał mu się przekrzywiając łeb.

– Przyglądaj się, przyglądaj, drugi raz nie zobaczysz jak stary chłop robi z siebie palanta – mówił do psa Sergiusz rozprostowując zdrętwiałe części ciała.

Maks szczeknął, usiadł i wyciągnął łapę.

– A wiesz, że to  nie jest głupi pomysł? Dobrze, pójdziemy się przejść tylko mnie nie zdradź, pamiętaj. Powiedz im, że przez cały czas byłem z tobą na spacerze. Nie patrz na mnie jak na wariata. Przecież wiem, że wy się jakoś porozumiewacie. Ty też wyglądasz jakbyś rozumiał co do ciebie mówię.

Maks podniósł się, machnął ogonem, spojrzał w kierunku furtki, potem na Sergiusza i znów na furtkę.

– No to chodź. Umowa stoi? Jak mnie nie wydasz, przyniosę ci całe kilo parówek. Zgoda?

Maksio nie miał nic przeciwko propozycji. Wprawdzie mógł dać Sergiuszowi do zrozumienia, że on, dobrze wychowany pies, łapówek nie przyjmuje. Ale przecież nie zostałby właściwie zrozumiany więc dał sobie spokój. Cichutko szczeknął raz jeszcze wybiegając przez otwartą bramkę.

2.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze

„Po co wróciłaś…” 5

Czerwony fiacik jechał raźno w stronę Warszawy katowicką szosą zwaną „gierkówką”. Od Piaseczna chciał przyspieszyć ale pan mu nie pozwolił. Czuł już bliskość domu i marzył, by dotrzeć doń jak najszybciej. Był bardzo rozgrzany, zakurzony i spragniony, bo miał w baku mało paliwa, a pan nie chciał dolać z kanistra twierdząc, że wystarczy. Dobrze mu było w ogrodzie pod lasem, ale już się stęsknił za dziećmi, które go lubiły i nawet głaskały tak samo jak psy. Poza tym miał teraz mieć własny dom – garaż i bardzo się z tego cieszył. Nie będą mu więcej szyby zamarzały zimą na parkingu.

Przed Wyścigami skręcił w prawo, w stronę Ursynowa, przejechał obok Centrum Onkologii, ulicą Indiry Ghandi dojechał do Rosoła i po chwili już był wśród domków. Zatrzymał się przed jednym z nich, otynkowanym na biało, z brązową stolarką i brązowym dachem. Zmęczony przycupnął tuż przy bramie, zamknął reflektory i pogrążył się w drzemce. Nie obudził się nawet wtedy, gdy pan trzasnął drzwiczkami.

– Czemu tu tak ciemno? – Teresa spojrzała pytająco na męża. – Przecież Majka mówiła, że tata i chłopcy już tutaj śpią od kilku dni a tymczasem wokół nie widać żywego ducha.

– Jakiś żywy duch z pewnością zaraz nam się ukaże – uśmiechnął się Jurand. – Spójrz tylko, drzwi się same otwierają.

Istotnie, drzwi się otworzyły ale niezupełnie same. Rozległ się jakiś dziwny dźwięk: ni to szczekanie, ni grzmot, ni wycie potępionej duszy i ogromna, szara masa futra na czterech nogach pędziła w stronę przybyłych.

Maksio nie mógł uwierzyć własnemu nosowi i własnym oczom. Pani wróciła! Cóż to za szczęście! Nie posiadał się z radości, piszczał, skakał na wszystkich łapach równocześnie, lizał Teresę po rękach, puszysta kita poruszała się w obie strony z niewiarygodną prędkością. Klęcząc na ziemi Teresa tuliła wielki łeb a Maksio mrużył błyszczące ślepia wpatrzony w ukochaną panią z bezgraniczną miłością.

– Moje psiątko kochane, moje maleństwo, najmilsze, najpiękniejsze, najukochańsze na świecie – szeptała do kosmatego ucha.

Maks spojrzał na Juranda, trącił go nosem jakby chciał coś powiedzieć.

– Cieszę się, że i ty wróciłeś, oczywiście, ale moja pani to moja pani, rozumiesz? – odczytał z psich oczu.

– To jest i moja pani, rozumiesz Maksiu? – szepnął i poklepał Maksa po karku.

– No już dobrze – podniosła się z kolan Teresa, – chodźmy do domu.

– Maksiu, gdzie są dzieci? – spytał Jurand.

Pies szczeknął, machnął ogonem i ruszył w kierunku domu oglądając się czy za nim idą.

– Coś mi tu nie gra. Nikogo nie ma. Maks pilnuje, to prawda, ale dom otwarty? – zastanawiała się Teresa.

– Najprostszym sposobem zaspokojenia ciekawości będzie wejście do środka. Chodź –  Jurand lekko pociągnął żonę za rękę.

– A może tatuś i twoja mama chcieli abyśmy sami, bez świadków, mogli przekroczyć próg naszego domu?

– Pierwszy raz jako mąż i żona, tak? To zupełnie prawdopodobne – uśmiechnął się do Teresy. – Czy mam cię przenieść przez próg?

– Myślę, że nie – uśmiechem odpowiedziała na uśmiech patrząc w ukochane szare oczy.

Przekroczyli próg domu ramię przy ramieniu, przytuleni do siebie, trzymając się za ręce.

– Witaj królewno – Jurand wziął żonę w ramiona i na chwilę zapomnieli o bożym świecie.

Przywołało ich do rzeczywistości ciche miauczenie, jakoś dziwnie zwielokrotnione, jakby miauczało jednocześnie kilka kotów cieniutkimi głosikami.

– Słyszałeś to ? – Teresa uważnie rozejrzała się wokół.

– Słyszałem ale niczego nie widzę.

– Nic dziwnego, przecież jest ciemno. Włącz światło.

– Faktycznie, że też od razu na to nie wpadłem, tak na mnie żono działasz, że tracę poczucie rzeczywistości – nacisnął włącznik.

– Przestaniesz się ze mnie nabijać? O matko, jakie cudne! Jakie śliczne! Zobacz! Widzisz? – piszczała z radości.

– Widzę, widzę. Nie wmówisz mi, że te potwory same się tak wystroiły i przyszły straszyć.

Potwory-niespodzianki w ilości sztuk trzech, jeden w łatki, podobny do Mićki i dwa szarobure, pręgowane, kotłowały się w wiklinowym koszyku wchodząc sobie na łebki, na ogonki, wypełniając cały koszyk cieniutkim piskiem i mięciutką puszystością.

Teresa natychmiast znalazła się przy koszyku, wyjęła wszystkie kulki i tuliła maleńkie ciałka. Dwa tygryski mruczały z zadowolenia a łaciata koteczka wygramoliła się z objęć Teresy i ulokowała się w fałdach szerokiej spódnicy.

Nagle drzwi pokoju otworzyły się i wyskoczył z nich Kuba rzucając się Teresie na szyję i ściskając prawie do utraty tchu.

– Moja Musia, moja Musia – powtarzał. – Tak strasznie się za tobą stęskniłem.

– Ja też, ja też – wołał Maciek przepychając się przez tłum ludzi, który nie wiadomo skąd znalazł się w pozornie pustym do tej pory domu.

Mareczek zawisł na szyi Juranda, który podniósł go pod sam sufit i okręcił kilka razy w powietrzu zanim, wycałowawszy buźkę synka, postawił znowu na ziemi.

Cały domek rozbrzmiewał śmiechem, promieniował radością, szczęściem i życzliwością zebranych tu ludzi. Gdyby ktoś umiał spojrzeć pod odpowiednim kątem dostrzegłby, że nad budynkiem unosi się i świeci jego własna aura utkana z ciepła i serdeczności.

Zebrali się najbliżsi: rodzina i przyjaciele składający życzenia młodej parze, ofiarujący upominki. Tak się złożyło, że Sergiusz stanął tuż za Aldoną. Nawet nie zauważyła kiedy położył ręce na jej ramionach. Nie widziała też jak przymrużył oczy myśląc, że mógłby tak stać całą wieczność. Nie stał, pociągnęła go z tyłu za ubranie Monisia, dziewięcioletnia córeczka.

– Tatusiu, chodź, proszę, pokażę ci, który kotek najbardziej mi się podoba – prosiła.

– No dobrze, pokaż.

– Ten w paski, szary taki, ma zielone oczka. Bardzo chciałabym go mieć, polubił mnie, zobacz. Czy mogłabym go wziąć do domu?

– Skąd wzięły się tutaj te kociaki? – spytał zastanawiając się jaką odpowiedź dać dziecku wpatrzonemu z napięciem w jego twarz.

– Halinka mówiła, że to wujek Michał z chłopakami znaleźli je w piwnicy, ledwo żywe. Ich mamusię pewnie przejechał samochód, bo przecież wróciłaby do  nich. Mamusie zawsze wracają do swoich dzieci, prawda?

Sergiusz drgnął mimo woli, przeszył go dreszcz. Dziewczynka spojrzała pytająco.

– Co się stało? Czy ty się czegoś przestraszyłeś, tatusiu?

– Nie, skądże znowu. Jako twój tata nie boję się niczego, przecież jestem twoim rycerzem, księżniczko. Idź do cioci Tereni i spytaj czy pozwoli ci wziąć kociaka do domu. Tylko pamiętaj, że twoim obowiązkiem będzie opieka nad tym maluszkiem.

– Tatusiu dziękuję, jesteś taki strasznie, taki okropnie kochany – wycałowała ojca serdecznie i pobiegła do Teresy.

Sergiusz wyszedł przed dom. Wieczór był ciepły, pokryte chmurami niebo z rzadka błyskało gwiazdą czy rąbkiem księżyca. Miał uczucie jakby jakiś cień oplótł go całego i począł dusić. Westchnął głęboko, wciągnął w płuca świeże, pachnące powietrze. Pytanie Moniki obudziło w nim wspomnienia i myśli, które – jak sądził – usnęły na zawsze. Stanęła przed nim Agata jak żywa, ze swoim pogardliwym uśmieszkiem, wzruszająca ramionami i pytająca: co, ty? A oznaczało jedno: ty myślisz, że możesz być w czymkolwiek lepszy (lepsza) ode mnie, że możesz się ze mną równać? Odnosiło się zaś do wszystkich osób, które stały od niej niżej – w jej pojęciu oczywiście, – szczególnie pod względem finansowym. Natomiast w stosunku do ludzi bogatszych od siebie lub mających jakieś większe możliwości pełna była pochlebstw, umizgów, wyszukanej grzeczności oraz uśmiechów w wyłupiastych, rybich oczach, które ukrywała za przyciemnionymi szkłami okularów uważając, że dodają jej urody i tajemniczości. Minęły już trzy lata odkąd wybrała się na wycieczkę do Grecji i nie wróciła. Zamiast niej dotarła kartka z wiadomością, że spotkała mężczyznę swego życia i zostaje. Wie, że Sergiusz kocha Monikę i będzie się nią troskliwie zajmował. Ona, oczywiście, też kocha córkę, ale ma tylko jedno życie i nie ma zamiaru go marnować.

Wiele bólu sprawiła mu ta historia. Odkrył coś jeszcze. Przez przypadek dowiedział się, że ich małżeństwo było skutkiem uknutej przez Agatę intrygi, w wyniku której stracił kontakt z bliską sobie dziewczyną a ożenił się właśnie z intrygantką.

29.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze

Byk z roku Konia

Zdziwiłam się niepomiernie bowiem zadzwoniła do mnie koleżanka z liceum. Bardzo bliska koleżanka, właściwie najbliższa wówczas, obok jeszcze jednej. „I to by było na tyle” w kwestii bliskości w liceum.
Nie lubiłam szkoły, źle się tam czułam, nie pasowałam do reszty klasy. Oczywiście nie było to niczyją winą ani zasługą. Teraz to wiem i wiem dlaczego. Nie mam potrzeby robienia publicznej wiwisekcji własnej duszy i przedstawiania wyników, więc zachowam je dla siebie. Faktem jest, że nie wspominam szkoły, jeśli już muszę – tylko okazjonalnie się te wspomnienia pojawiają z konkretnej przyczyny. W tym przypadku był to telefon od MJ.

Już jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że moje życie dzieli się na dwie części. Ta „przed Ursynowem” dotyczy jakby nie mnie lecz zupełnie innej osoby, której – w części – nie lubię i która mnie do tej pory denerwuje. Ta część znaczy. „Ja prawdziwa” jestem dopiero od przeprowadzki na Ursynów. Przechodzenie od „jednej do drugiej siebie” rozpoczęło się z chwilą pojawienia się na świecie Dużego, który się stał moim najmniejszym-największym na świecie skarbem. Trzy lata później dołączył Mały a rok potem zamieszkaliśmy na Ursynowie we własnym mieszkanku. Żeby ktoś niewłaściwych wniosków nie wysnuł nadmieniam, iż miałam fajną, kochającą rodzinę i wszystko, co dziecko powinno mieć od urodzenia:):)
Myślę sobie, że już w okresie „pełnej dorosłości” zrozumiałam, że nie znoszę żadnego przymusu, narzucania cudzej woli, zmuszania do zrobienia tego na co nie mam chęci, przed czym broni się cała moja istota. A więc żadnego”wpadliśmy po ciebie, jedziesz z nami”, żadnego „zrobimy ci niespodziankę” albo „musisz koniecznie to zrobić… zobaczyć… kupić… zmienić zdanie…” itp., itd. Dlatego odsuwam się od ludzi, którzy za wszelką cenę usiłują rządzić otoczeniem i dotyczy to absolutnie każdej dziedziny życia. Cóż, widać Byk urodzony w roku Konia tak już ma.
Ps. Muszę dodać, że uwielbiałam panią od francuskiego, Panią Marię Sielecką, cudowną, mądrą, ciepłą osobę, która prowadziła koło teatralne na wysokim poziomie dając możliwość intelektualnego i emocjonalnego wyżycia się potrzebującym tego nastolatkom.

28.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Oszaleć przyjdzie?

Oszaleć przyjdzie czy co?
Ktoś bije a krzyczy, że jego biją. Złodziej ucieka z łupem krzycząc: łapać złodzieja. Policja się nie pokazuje, żeby nie prowokować. Strażnicy odjeżdżają, żeby nie widzieć i nie słyszeć. Z miejsca władania królów polskich i wiecznego ich spoczynku – prywatny folwark. Pod pozorem religijnych uroczystości – ataki nienawiści. Zamiast imprez sportowych – kibolskie zadymy. Ci co powinni rozumieć normalnych ludzi rozumieją bandytów, itp., itd.
Niedobrze. Kiedy nikną autorytety, kiedy władza się dewaluuje do cna, swój los we własne ręce bierze ulica. Wtedy pozostanie już tylko modlitwa… od rodzimych talibów zachowaj nas Panie…
W tym roku na spotkaniu w Lednicy hasło brzmiało: idź i kochaj. Może siłą trzeba było tam zaciągnąć obecnych… siewców strachu i nienawiści?

28.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 4

– Maksiu, gdzie jesteś? Dlaczego się nie odzywasz? Chodź do mnie – wołał Kubuś.

Maks zastrzygł uszami lecz nie ruszył się z miejsca. Kuba biegał po całym domu aż wreszcie wpadł na leżącego psa.

– Co ci jest? Brzuch cię boli czy co? – dopytywał się drapiąc ulubieńca za uchem.

Maksio nawet nie podniósł łba, uderzył jedynie kilka razy ogonem o podłogę na znak, że słyszy i znowu znieruchomiał. Nadszedł Maciek. Spojrzał na smutnego czworonożnego przyjaciela, na stertę pakunków i zrozumiał.

– Maksiu, teraz będziemy mieszkać tutaj. Tu będzie nasz dom, wiesz?

Na hasło „dom” Maks podniósł się i szczeknął wyczekująco.

– Źle mnie zrozumiałeś, tutaj będziemy mieszkać, tu, w tym domu. Zobaczysz, że ci się spodoba – tłumaczył głaszcząc wielki bury łeb. – Chodź, zobaczysz ile miejsca będziesz miał do biegania. Mnie też jest smutno opuszczać tamto mieszkanie ale Musia go nie sprzeda. Wynajmie tylko na jakiś czas, a potem będzie dla któregoś z nas, gdy dorośniemy.

Przy furtce rozległo się głośne, jazgotliwe ujadanie Aby. Skoczyła na furtkę, otworzyła ją i po chwili wszędzie było pełno czarnego potwora, kudłatego dlatego, że Majka nie miała kiedy ostrzyc swojej „prawie” sznaucerki. Biegała z parteru na piętro, z pięterka na poddasze i znów na parter, obiegła cały ogródek dookoła i wreszcie całym ciężarem runęła na Maksa zwalając psa z nóg. Na takie postępowanie musiał zareagować. Odłożył więc poważne rozmyślania na później i pobiegł za uciekającą sunią.

– Skąd cholera wiedziała, że to akurat ta chałupa, skoro wszystkie takie same – mówiła Majka witając się z Dziadkiem. – Ja nigdy nie wiem czy trzecia, czy czwarta a ona bezbłędnie trafiła, choć była tu tylko raz.

– A ty ile? – spytał Dziadek.

– Nie wiem, kilka. Ale ciągle się coś zmienia, albo płotu nie ma a był, albo segment pomalowany a nie był, albo ulica na nowo rozkopana, albo zakopana. Oszaleć można, nic dziwnego, że mi się ciągle myli.

– Z tego wniosek płynie tylko jeden: nie powinnaś się ruszać bez Aby bo zginiesz. I węchu nie masz takiego jak ona, żeby trafić – śmiał się przytulając córkę.

Majka przesunęła ręką po ciemnych włosach. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu były dłuższe od zapałki. Teresa wymogła na siostrze przyrzeczenie, że nigdy więcej nie weźmie nożyczek do ręki i sama sobie nie będzie obcinać włosów. Jak już nie będzie mogła wytrzymać, może ewentualnie eksperymentować na Abie. A ona, jeśli już musi mieć krótkie to pójdzie do fryzjera albo pozwoli Teresie  zrobić „porządek na głowie”. Z pewnością nie zgodziłaby się na taki układ gdyby Dorota i Magda nie dały najświętszego słowa honoru, że jeśli znowu sama zrobi coś z włosami, one nocą wyrwą jej z ogródka wszystkie róże i piwonie. Na takie dictum nie miała odpowiedzi. Wiedziała, że na pewno dotrzymają słowa, toteż wyglądała zupełnie inaczej niż rok temu, bardzo ładnie, ze spadającą na czoło grzywką spod której patrzyły czarne oczy, w których siedział diabełek. Tak przynajmniej twierdził Grzegorz. Jemu bardzo podobała się nowa fryzura żony, której dość długo nie widział, ponieważ  w charakterze korespondenta swojej redakcji przebywał w Bonn. Wszyscy byli wiec zadowoleni, nawet Majka, choć nie chciała się do tego przyznać i gderała, swoim zwyczajem, że musi się przez te paskudne baby tak okrutnie męczyć.

– Wolałam, kiedy byliście w starym mieszkaniu – mówiła. – Wystarczyło wykręcić numer Magdy i nawet jak Teresy nie było w domu, mogłam zostawić wiadomość. Teraz jak głupia muszę lecieć taki kawał drogi.

– Czy to znaczy, że masz wiadomość do przekazania? – spytał ojciec.

– Ciotka, nie stękaj tak bardzo, bo przedtem miałaś dalej a teraz masz trochę bliżej – wtrącił się Maciek. – A w ogóle cały czas jęczysz, że jesteś gruba. Dobrze ci zrobi jak się przelecisz, mrozu nie ma.

– Ty zbóju! Jak się odzywasz do starej ciotki? Chcesz dostać w łepetynę?

– Musiałabyś wejść na krzesło, żeby dostać do mojego łba – podskakiwał z radości na jednej nodze Maciuś, który ostatnio przerósł nawet Dziadka. – A poza tym nijak się nie odzywam, powtarzam to, co sama ciągle mówisz – śmiał się patrząc na ciotkę z góry.

– Ha, hultaju! „Precz mi z drogi, bo na miazgę cię rozgniotę” – wyrecytowała tak grubym głosem, że Aba goniąca Maksa wyhamowała, stanęła w miejscu jak wryta i przyjrzała się swojej pani uważnie z pewnością rozważając problem: co za licho wydaje takie dziwne dźwięki.

– Nie zaskoczysz mnie – ucieszył się Maciek. – Niedawno byłem z chłopakami na „Zemście” i widziałem na  żywo Opanię, Holoubka, Pokorę i innych.

– Fiuu – gwizdnęła Majka, – to mi nowina! Ćwoki zaczęły się ukulturalniać. Coś podobnego.

– Ciotka, nie przezywaj!

– No już dobrze, przestańcie – uspokajał Dziadek. – Powiedz wreszcie jaką masz wiadomość.

– Siostrzyca dzwoniła z Krakowa, że przyjeżdżają w piątek, za tydzień.

– Tak myślałem. Czy wiesz co dziewczyny wymyśliły na ich powitanie?

– Skąd mam wiedzieć skoro od ostatniej burzy miałam nieczynny telefon? To cud, że akurat naprawili i Teresa mogła się dodzwonić. Poprzednio naprawiali miesiąc, naprawa w tydzień to prawie super-ekspres.

– Zaplanowały urządzenie tutaj powitalnego przyjęcia. Ma to być wesele i parapetówka jednocześnie, dopóki wszystkie przewiezione rzeczy są upchnięte w jednym pokoju a mebli jeszcze nie ma. Tym sposobem będzie dużo miejsca i mało sprzątania.

– A wiesz, że to nie jest taki głupi pomysł? Muszę z nimi pogadać, jakoś się podzielimy pracą.

– Zaraz na pewno przyjdą, umawiały się na dzisiaj. O, Helcia z Basią już są – powiedział spoglądając przez okno.

Pomarańczowy fiacik zaparkował obok ogrodzenia i wysiadły dwie rozgadane panie. Helcia uczesana w koczek, w szerokiej czerwonej spódnicy i białej bawełnianej bluzce, uśmiechnięta jak zawsze od ucha do ucha  pierwsza otworzyła furtkę.

– Żałuj Andrzejku, że nie pojechałeś dzisiaj z nami na działkę – wołała już od wejścia.- Jak tam cudnie, jak wszystko już kwitnie, rośnie, pachnie, nie masz pojęcia. Zobacz, opaliłyśmy się, cały wczorajszy dzień spędziłyśmy na powietrzu i jeszcze dziś do południa.

– Żałuję Helenko, oczywiście, że żałuję. Nie widać tego po mnie? Ale przecież Brysie chodzą do szkoły i  musiałem być tutaj.

– Teraz ja będę z nimi a tobie daję wychodne –  uśmiechnęła się pani Basia. – I tak Helence na razie w niczym nie pomogę. Bez litości goniła mnie do pracy i teraz czuję wszystkie kości.

– Nic nie szkodzi, miałaś okazję opalić się i wyglądasz niczym gwiazda filmowa – broniła się Helcia.

Istotnie, opalenizna ładnie kontrastowała z jasnymi włosami podpiętymi do góry dwoma grzebieniami, z białymi spodniami i kolorową koszulą zawiązaną z przodu na węzeł.

Helcia wyściskała Majkę, przez Abę została zmuszona do zajęcia się jej czarną „osobą”. Z drugiej strony Maksio trącał ją nosem przypominając, że on też lubi pieszczoty.

– Ach wy kochane mordulki – głaskała obie „przytulanki”. – Wiesz Basiu, ja przez całe życie bałam się psów  i przestałam dopiero dzięki Maksowi.

– Wejdźcie dziewczyny do środka. Stoicie w słońcu a ja mam już dość upału. Ale nie mam dość waszego towarzystwa i to jest sytuacja bez wyjścia – powiedział Dziadek.

– Jest wyjście, albo raczej: wejście – pani Basia wzięła go pod rękę. – W domu jest chłodno i przyjemnie. Zaczekamy wewnątrz na pozostałe panie.

– Andrzejku – przymilała się Helcia, – a nie masz czegoś chłodnego do picia?

– Drinka ci nie zrobię, bo jesteś samochodem.

– Ciocia, ty jesteś samochodem? – wyskoczył zza drzwi Kubuś. – A ja myślałem, że człowiekiem!

– Nie łap mnie za słówka bo ja cię też złapię – pogroził żartobliwie palcem wnukowi.

– O, babunia – Marek rzucił się pani Basi na szyję.

– Jak w szkole? – spytała uściskawszy chłopca, bo wycałować się już nie dał.

– W porządku, już odrobiliśmy lekcje. Czy wiesz, że tata wraca w piątek? A my przygotowujemy niespodziankę.

– Oby tylko ta niespodzianka pół Ursynowa nie wysadziła w powietrze – skomentowała Helcia.

– Nie bój się ciociu, aż tak głośna nie będzie – uspokajał Maciek zbliżając się do zebranych i znacząco mrugając do chłopaków.

Psy zerwały się z podłogi i popędziły w stronę furtki. Aba obwieszczając całemu światu, że się zbliża, Maks w milczeniu.

– Co to, jakaś wycieczka? – zdziwiła się Majka. – Na chodniku aż gęsto.

Nie mogło być inaczej skoro w jednym miejscu pojawiła się Dorota z Azą, Kajtusiem, Jędrkiem i Michałem, Magda z Justyną i Filipem, Aldona z dziewczynkami i Sergiusz, który już z daleka wołał.

– Proszę na mnie nie krzyczeć, to te baby robią tyle zgiełku, nie ja.

– No wiesz, ładnie mnie potraktowałeś – obruszył się Michał. – Wyraźnie zaliczyłeś mnie do bab.

– Ojej, nie czepiaj się drobiazgów. Dokładnie cię oplotły te baby, dzieci, psy i straciłem cię z oczu.

– Boś je wlepił tylko w jedną babę, świata bożego poza nią nie widzisz – odciął się Michał.

– Co ty tam wiesz…

– Nie wiem ale widzę.

– Więcej to już was nie było? – niezwykle gościnnie odezwała się Majka. – Zachowujecie się jak stado małp.

– Z plemienia Bandar Log – dodał Maciek przezornie chowając się za szerokie plecy Dziadka i dając po chwili drapaka na widok Doroty ruszającej w jego kierunku i wykonującej rękami ruch naśladujący ukręcanie głowy.

– Jeszcze mi tu kogoś brakuje do kompletu. Gdzie Nowicki, znaczy Marcin? – spytała Majka.

– Nie mógł przyjść. Znalazłam mu nową pracę i pojechał do klienta – wyjaśniła Magda.

– Do jakiego klienta?

– A bo ja wiem? Przecież go nie widziałam. Pewnie do grubego, miał być masaż odchudzający.

– Prędzej do bogatego – sprostowała Aldona. – Biedny nie zamawiałby masażysty do domu.

– A od kiedy Marcin jest masażystą? – zdziwiła się Majka.

– Od kiedy ukończył kurs i odbył praktyki – wzruszyła Magda ramionami. – Czemu się głupio pytasz?

– Wiecie co? – wtrąciła Dorota, – wasza rozmowa na pewno nie przewyższa poziomem rozmowy obu suczek.

Aba i Aza stały naprzeciw przyglądając się sobie spode łba. Wiedziały, że muszą być grzeczne, ale żadna z własnej i nieprzymuszonej woli nie chciała zejść z drogi rywalce. Majka i Dorota musiały swoje pupilki odprowadzić na bok i w ten sposób sytuacja została opanowana bez rozlewu krwi.

Dzieci rozbiegły się  po całym domu a dorośli usiedli w największym pokoju, kto na czym mógł: na leżakach, krzesełkach turystycznych, na skrzynce po jabłkach, na wiaderku przewróconym do góry dnem, na parapecie i rozpoczęli naradę wojenną.

Tymczasem dzieciaki bawiły się w chowanego kryjąc się w ogródku i we wszystkich nadających się do tego celu zakamarkach domu. Pokoje były prawie puste, więc znalezienie kryjówki wymagało nie lada wysiłku.

Justysia, Alinka i Halinka nie uczestniczyły w zabawie. Justyna jako dwunastoletnia dama, nie miała w tej chwili ochoty niańczyć sześcioletniego Kajtusia. Wolała opowiadać bliźniaczkom oglądany wieczorem film „Dirty dancing” z Patrickiem Sweezy`m w roli głównej. Zasłuchane dziewczynki, wpatrzone w starszą o dwa lata koleżankę obdarzoną przez naturę darem opowiadania, śliczną buzią i gęstymi, długimi ciemnoblond włosami luźno opadającymi na plecy, nie dostrzegły skradającego się Maćka. Siedziały na piętrze, w jedynym pokoju, w którym można było nie tylko usiąść ale nawet się położyć, bo tutaj tymczasowo stały przewiezione ze starego mieszkania dwa tapczany i wersalka.

Maciek chciał się przyłączyć do dziewczynek, nie wiedział jednak jak to zrobić „z honorem”. Tak się złożyło, że bardzo lubił przebywać w towarzystwie Halinki. Często zapominał, że to „baba” i w dodatku młodsza o trzy lata. Nie przyznałby się do tego za żadne skarby świata, o nie. Teraz szukał pretekstu, żeby dołączyć do dziewcząt, ale czyż można spokojnie żyć mając takiego brata jak Kuba?

Kubuś wypatrzył Maćka i skradał się za nim trzymając w ręce pistolet na kapiszony. Gdy starszy brat stanął w drzwiach pokoju – strzelił. Huk, zwielokrotniony przez echo biegnące od jednej pustej ściany do drugiej, poderwał wszystkich na równe nogi.

– Co to było? – krzyknęła przerażona Helcia.

– Nic – oświadczył spokojnie Kuba. – To tylko Maćkowi pękła gumka w majtkach.

27.06.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | 2 komentarze