Urodziny Wnusi Z:):):)

Dziś są urodziny mojej kochanej Wnuczki Z. Tyle już ma lat, że moją prababcię rok wcześniej za mąż wydali:) Ale w dzisiejszych czasach to wciąż dziecko i jeszcze nim długo zostanie. Przynajmniej do ukończenia nauki. Na szczęście:)
Kochana! Niech Ci się dzisiaj spełnią marzenia, bo w tym wieku są najpiękniejsze i najważniejsze. Jest taka piosenka „Cóż wiemy o miłości mając szesnaście lat…”, odszukaj tekst i przeczytaj:)
Życzę Ci – co tylko najmilszego może Ci się zdarzyć, co tylko najpiękniejszego może Ci się spełnić, bądź zawsze radosna, szczęśliwa i z optymizmem patrz w przyszłość. Przyniesie Ci z pewnością wiele niespodzianek, taka już ona jest, ta przyszłość. Jeśli nauczysz się witać ją z nadzieją a każdą trudność trakować jak zapowiedź sukcesu – to nie będzie dla Ciebie żadnych przeszkód.
I oczywiście NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ !!!

13.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Szkoda, że nie zły sen tylko…

Ktoś powiedział, że miarka się przebrała. Przebrała? Cały czas się „przebiera” i nic sobie wyznawcy RS (patrz: „Mądry głupiemu ustępuje”) z tego nie robią. Dociskają dalej. A to cenę paliwa podniosą, a to sądy już do imentu „upisić” chcą, a to rządy w terenie całkowicie zagarnąć jako towarzysze komisarze, a to przyboczny Drabiniastego każe płacić obywatelom tego kraju za to, że mają inne zdanie na jakikolwiek temat niż
miłościwie panujący. Za skandowanie „Lech Wałęsa” – kara, za skandowanie „Jarosław” – nagroda, bo i sam Drabiniasty „Jarosław” skanduje. Przecież do tego ludu wyznawców nagrody płyną bezustannie z naszych portfeli, a także do tych, co tylko korzyści dla siebie szukają resztę mając w …głębokim poważaniu i przychodzą bić czołem oraz w pas się kłaniać za ileś tam srebrników. Aby na piwo było i kiełbachę na grilla. Jak się sytuacja zmieni – przyjdą do następców z tym samym zestawem i znów będą bić czołem i kłaniać się w pas za srebrniki i mówić: to nie ja, nic nie zrobiłem, zamącili mi w głowie, omamili, uwierzyłem, byłem jak Konrad Wallenrod itd.
Wszystko dlatego, że opozycji prawdziwej nie ma. Podobno jest … totalna… Ha ha ha. Gdyby była to bylibyśmy dalej w centrum Europy a nie w kaczej d… Oj, przepraszam, chciałam powiedzieć, że póki co – każdy sobie rzepkę skrobie, każdy chce być najważniejszy, chce być liderem. Musi być. Kłania się piaskownica. Kiedyś synek mojej koleżanki wrócił z piaskownicy z płaczem. Na pytanie: „co się stało” – odpowiedział tupiąc krótkimi nóżkami: „bo oni mówią, ze ja nie moge być sefem, a ja muse być sefem!”. I tak to właśnie wygląda. BO JA MUSZĘ BYĆ SZEFEM !!!
Tak sobie myślałam wczoraj. Dziś już się obudziłam w innym państwie. Szkoda, że nie był to tylko zły sen.

13.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 11

Przez głowę Aldony przemykało mnóstwo najprzeróżniejszych myśli i spostrzeżeń. W pewnej chwili zaczęła zdawać sobie z tego sprawę i spróbowała uporządkować ów myślowy chaos. Przede wszystkim zniknęło uczucie pustki, bolesnej samotności. Owej strasznej, beznadziejnej samotności w tłumie ludzi. Teraz siedziała wśród przyjaciół, czuła się odprężona, spokojna, szczęśliwa. Prawdą jest, że zawsze była mile widziana, lecz wyjście z domu, czekanie na autobus, przyjazd, znowu czekanie, powrót – to zajmowało wiele czasu i dlatego nie była zbyt częstym gościem Teresy. Owszem, rozmawiały przez telefon, nawet często, odnosiła jednak wrażenie, że jedynie błąka się gdzieś w pobliżu zaprzyjaźnionych osób, obok ich życia, samotnie borykając się ze swoim i nie wdzierając się siłą w cudze – miała na to zbyt wiele taktu i delikatności. Teraz została włączona w ich życie niejako automatycznie, w sposób zupełnie naturalny i było jej z tym dobrze. Dochodziła miła świadomość, że nie musi stąd – czyli z mieszkania Doroty – nigdzie jechać. Wystarczy spojrzeć przez okno i zobaczy własny dom. Własny, bo Teresa wyraźnie powiedziała: masz dom przynajmniej na dziesięć lat. A w jej przypadku dziesięć lat stanowi całą wieczność. A jaka to rozkosz wejść do ślicznego pokoju, usiąść na fotelu albo w ogródku, albo na schodkach balkonu z Bibi na kolanach, mruczącą ze szczęścia, mrużącą zielone ślepki i rozciągającą cieplutkie ciałko na całą długość (bo szerokości nie było żadnej) po to, by zaraz znów zwinąć się w kłębek i usnąć.

– Donico! – zawołała Dorota wynosząc do kuchni stos talerzy. – Czy mogłabyś oprzytomnieć? Nie musisz udawać takiej myślącej kobity…

– Uważaj Dorcia, zaraz dostaniesz w łeb za „Donicę” – ostrzegła życzliwie Teresa wynosząc drugi stos.

– A ty za „Dorcię”. Spróbuj tylko jeszcze raz mnie tak nazwać, to zobaczysz. A Donicy się nie boję, byle mnie salaterką w łeb nie wyrżnęła, to resztę zniosę.

– Znoś, znoś, byle prędko. Nie widzisz jakie Doniczka ma maślane oczy? Jak myślisz, dlaczego?

– Oj, chyba wiem dlaczego.

– Jakie maślane? Gdzie widziałyście maślane oczy? – obruszyła się Aldona, lecz rumieniec nagle zalewający twarz świadczył, że coś się za nim kryje…

Pozostałe niewiasty, pozornie nie zwracając uwagi na zarumienioną przyjaciółkę, w dalszym ciągu prowadziły konwersację żonglując serwisem i sztućcami na trasie pokój – kuchnia w towarzystwie Azy liczącej na przechwycenie w drodze i przełknięcie jakiegoś nadprogramowego kąska.

– Czy ktoś coś mówił?

– Nie, chyba ci się zdawało, przecież tu nikogo nie ma oprócz nas.

– Słusznie, musiało mi się zdawać, bo chłopcy są na balkonie.

Trzej „chłopcy” odbywali w tym czasie na balkonie naradę wojenną.

– Cioteczko, nie wiesz przypadkiem gdzie się podziała nasza Doniczka? – pytała Dorota z promiennym uśmiechem wpatrując się  w rzekomo nieobecną.

– Pewnie poszła własną piersią bronić wejścia do domu – odpowiedziała Teresa  również patrząc na Aldonę jak na powietrze.

– Chyba rozum postradałyście, obie naraz i to do reszty – spoglądała Aldona to na jedną to drugą.

– Bardzo jej współczuję – mówiła Dorota. – Taka przykra niespodzianka…

– Mnie również bardzo jej żal – dodała Teresa. – Myślała biedaczka, że pójdziemy do niej wszyscy, ustawimy resztę gratów i będzie miała z głowy.

– Otóż to. Jak ona przeżyje taki zawód?

– Ja bym się załamała na jej miejscu.

– Ja też. I z tego przygnębienia nie miałabym siły ruszyć ręką ani nogą. Położyłabym się do góry brzuchem i patrzyła jak malują sufit.

– Słusznie. Chcieli, to niech malują.

Teresa pierwsza parsknęła śmiechem. Aldona zrozumiała wreszcie o co chodzi, zaczęła protestować, bo przecież nie może pozwolić, żeby przez nią mieli tyle kłopotu…

– A  nie mówiłam? – śmiała się Dorota. – Zaraz będzie udawała Rejtana. Zamknij drzwi bo jeszcze ucieknie.

– Doniczko, duży pokój wygląda w miarę przyzwoicie. Mały jednak jest tak koszmarnie upaprany, zdewastowany przez moje dzieciątka, że nie mogą w nim zamieszkać dziewczynki. Musi zostać odnowiony.

– Nic się nie martw – poklepała Dorota przyjaciółkę. – Jest nas sześć sztuk, do rana skończymy.

Aldona z trudem wydobyła z siebie łamiący się wzruszeniem głos.

– Dziewczyny, przesadzacie…

– Doniczko, moje dzieci nabrudziły? Moje. Więc kto powinien zrobić porządek? Święty turecki? No więc raz na zawsze pozbądź się skrupułów, bo teraz należysz do naszej „mafii” – powiedziała serdecznie Teresa. – I nie myśl sobie, że przy urządzaniu mojej chałupy nie będę korzystała z twojej pomocy – dodała.

– Hej dziewczyny, do roboty – wołał Michał z balkonu. – Skończyliśmy naradę. Przebieramy się w „wyjściowe” stroje i idziemy do Doniczki. A może ona ma coś przeciwko temu?

– Niech ona tylko spróbuje – pogroziła palcem Dorota.

W mieszkaniu została niepocieszona Aza.

– Czemu się tak patrzysz? Trzeba było zostać w Cięciwie, nie siedziałabyś teraz z nosem na kwintę – gderała Dorota.

– Właśnie. Dlaczego jej tam nie zostawiłaś? – spytała Aldona.

– Mówisz jakbyś nie znała mojej psicy. Niech ci Teresa opowie co ona wyprawiała kiedy tylko wychodziłam za płot. Musiałam ją przypinać krowim łańcuchem do sosny, żeby za mnę nie poleciała a ta zaraza wyła dopóki nie wróciłam. Nikt by z nią nie wytrzymał.

– A powiedz jak się tam mieszczą? Tyle dzieci, toż to cała kolonia. I jeszcze Jurand zawiózł mamę.

– Zupełnie dobrze. Sergiusz nie zdążył ogrodzić swojej części, powiedział, że zrobi to później. Mają więc do dyspozycji przestrzeń nieograniczoną.

– Na śmierć zapomniałam, że on też ma tam działkę – powiedziała Aldona.

– No widzisz jakie figle ci płata pamięć? Odpocząć musisz. Nasza część jest ogrodzona. Chłopcy rozbili namioty i żyją jak królowie. Jedynie Kajtuś jest niepocieszony, bo musi spać w Domku. W ramach rekompensaty Dziadek pozwala mu dłużej oglądać telewizję.

– Kajtek oczywiście nie ogląda, zaraz usypia – wtrąciła Teresa, – ale ważne jest, że pozwolenie ma.

– Z chłopcami śpi Maks, w Domku zaś  Dziadek, pani Basia, Kajtuś i Aba.

– A Majka? Zostawiła Abę samą?

– Majka pojechała z Grzegorzem do Niemiec. Mają tam jakieś swoje służbowe sprawy w gazecie a przy okazji zorientują się, czy Grzegorz mógłby się poddać operacji w pewnej znanej klinice o bardzo dobrej renomie.

– O Boże, a co mu się stało?

– Na drugim oku zrobiła mu się katarakta, a wiesz co to oznacza dla dziennikarza.

Trzej „chłopcy” raźno zabrali się do pracy. Wynieśli do przedpokoju wszystko co się znajdowało w pokoiku, „rzucili się” na ściany i sufit.

– Aż przyjemnie patrzeć jak im się robota w rękach pali – chwaliła Teresa. – Mogliby się najmować do malowania mieszkań, nieźle by zarobili.

Okazało się, że panowie potrafili pracować skutecznie i wytrwale nie tracąc jednocześnie humoru oraz sypiąc żartami jak z rękawa. Kiedy wreszcie zrobili przerwę i  usiedli zmęczeni w ogródku w kucki na trawie, usłyszeli z góry płynący głos Danusi.

– Hej, wy tam na dole! Idę do was!

– Chodź, chodź, aby nie przez balkon – odkrzyknęła Teresa.

– Weź ze sobą coś do picia, bo nas suszy przy pracy a Donica nie chce nam nic dać – „dokrzyknęła” Dorota.

– O wy jędze! Jeszcze nie zdążyłam pomyśleć a wy mnie już oczerniacie przed sąsiadami? – Aldona groźnie spojrzała na przyjaciółki. – Takie jesteście?  A więc rzeczywiście nic nie dostaniecie. Będzie więcej dla chłopaków.

– Jesteś cudowna, Doniczko – Michał pociągnął ja lekko za spódnicę. – Masz rację, tym jędzom nie można dawać alkoholu nawet do powąchania. Cóż one wtedy wyczyniają!

– A kto tu mówi o alkoholu? – zmarszczyła brew. – Przecież Sergiusz musi potem usiąść za kierownicą.

– Nic nie musi – mruknęła cicho Dorota szturchając Teresę.

– Wszyscy mamy cierpieć przez Sergiusza? – skrzywił się Jurand. – Koniecznie chcesz mieć krzywo pomalowane ściany?

– Właśnie, bo przecież szampana starczyło tylko na jedną nogę – Michał przewrócił się na trawę i leżał na wznak. – Widzisz? Nawet usiedzieć nie mogę, kompletny brak równowagi.

– Trzeba było się założyć o dwa szampany a nie o jeden. Wykazałeś się brakiem wyobraźni i przewidywania – wycedziła przez zęby stojąc obok z poważną miną. – Oddaj spódnicę, nie twoja – wyszarpnęła mu rąbek z ręki.

Michał bowiem chwycił koniuszek materiału i delikatnie ciągnął w dół, czemu spódnica – trzymająca się w pasie na gumce – poddawała się bez większego oporu. Reszta towarzystwa przyglądała się z zainteresowaniem czekając na finał sceny. Właśnie dzięki temu bezruchowi Aldona dostrzegła co się święci.

Do ogródka wpadł Zbój. Stanął nad leżącym Michałem warcząc za każdym razem, gdy „chłopak” próbował się podnieść.

– Dobrze ci tak, poleż sobie jeszcze Michałku, odpocznij. Zmęczyłeś się przecież. Dobry piesek – pogłaskała Zbója po czarnym łbie. – Jesteś wyjątkowo mądry, wiesz? Popilnuj tego jegomościa a ja pójdę przygotować napoje. Nie wiem jeszcze czy dla niego wystarczy, muszę sprawdzić.

– Ty babo jedna – jęczał  Michał mając tuż nad głową psią mordę. – Tak mi dziękujesz za to, że jeszcze żyjesz po moim obiedzie?

Aldona weszła do mieszkania. Jurand i Sergiusz zaśmiewali się z miny przyjaciela.

– Zbój! Chodź do mnie, szybciutko! Zostaw wujka i nie strasz go.

Piękny Zbój posłusznie przyszedł i usiadł przy nodze Danusi. Michał rechocząc cały czas podniósł się z trawy i podszedł.

– Danusiu, uratowałaś mi życie – wyciągnął przed siebie obie ręce i zastygł w dramatycznej pozie. – Składam ci je w ofierze.

– A po co mi twoje życie? Ze swoim mam problemy i jeszcze miałabym się zajmować twoim? – śmiała się Danusia. – Cudny jest Zbój, prawda? Od razu zaakceptował całą rodzinę. Słucha poleceń jakby prosił, żeby mógł z nami zostać. Taki jest słodki i grzeczny.

– Grzeczny? – Michał kucnął przed psem „morda w mordę”. – A zeżreć mnie chciałeś?

Zbój zastrzygł uszami, wyraźnie kpiąco spojrzał na swego rozmówcę, przekrzywił głowę, zwyczajnie się uśmiechnął, „ziejnął” kilka razy i … podał łapę, którą Michał z całą powagą uścisnął.

– No to sztama? – upewnił się.

– Hau – odpowiedział Zbój.

– Jak przywitała go reszta domowników? – spytała Teresa.

– Nie macie pojęcia co ja przeżyłam w tamtą noc. Tygrysek nie wiedział co zrobić z nowym lokatorem i czego się po nim spodziewać, więc na wszelki wypadek wlazł  mi do łóżka. Zbój był bardzo zainteresowany kotem. Nie wiem czy znał przedtem jakiegoś kota, może tak, bo nie miał względem niego żadnych złych zamiarów, ale przez cały czas wsuwał nos pod kołdrę albo pod poduszkę zależnie od tego, gdzie Tygrys się usadowił. Wreszcie kot dał mu kilka razy po pysku i zapanował spokój, mogłam usnąć. Obudziłam się nieprzytomna z przerażenia pewna, że to koniec świata. A to tylko Iwonka wróciła do domu. Było bardzo późno, nie chciała nikogo obudzić, więc po cichutku otwierała drzwi. Kiedy już otworzyła – Zbój skoczył ze strasznym rykiem uważając ją za bandziora włamującego się do mieszkania, które już uznał za swoje. Iwcia wrzasnęła ze strachu, nie wiedziała co się dzieje, prędzej spodziewałaby się śmierci niż takiego ataku. Przecież kiedy wychodziła z domu kilka godzin wcześniej, nie było w nim czarnego potwora! Zerwałam się na równe nogi, młody z hukiem spadł z tapczanu i za chwilę był koło mnie, Tygrysek przeraźliwie miauczał oburzony, że go ze snu zerwano tak gwałtownie. Istne piekło. Jakiś czas trwało, zanim się uspokoiło, wyjaśniło. Iwonka zachwyciła się psem. Zawsze twierdzi, że dom bez psa to nie dom.

– Bronka nie było wtedy, więc jaki był wynik pierwszego spotkania Bronek – Zbój? – zapytała Dorota.

– Otóż właśnie. Położyłam się znowu spać. Kot właził mi na głowę, chyba niezbyt pewnie się czuł, może trochę z zazdrości, może z obawy? Zbój starał się nie spuszczać go z oka. Ledwo przysnęłam, Tygryskowi zachciało się wychodzić na balkon i zrzucił z parapetu kwiatek. Zebrałam ziemię z dywanu, sprzątnęłam, znów się położyłam i nawet udało mi się przysnąć. I wtedy wrócił mój ukochany małżonek. Zamarł w drzwiach niespodziewanie usłyszawszy gruby głos atakującej bestii. Był oczywiście wściekły, a nie przestraszony. Włączył światło i wyraźnie zobaczyłam jak mu się gęba rozjaśnia i znika z niej żądza mordu. Bo to była miłość od pierwszego wejrzenia. Z wzajemnością.

12.07.2017

 

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato? | Dodaj komentarz

Mądry głupiemu ustępuje

Już po wszystkim, jaka ulga. Moja babcia mówiła „mądry głupiemu ustępuje bo głupi sam się opluje”. I normalni obywatele mojego kraju postąpili zgodnie z mądrością w tych słowach zawartą. Odwrócili się tyłem i poszli sobie w przyjemniejsze miejsce, gdzie barierek i innych – żywych – granic dla gorszego gatunku i drugiego sortu nie było. Wyznawcy RS (Religia Smoleńska) stracili publiczność, nie mieli się przed kim po-pis-ywać. Ciesząc się niezmiernie, z szerokimi uśmiechami na twarzach odprawiali radośnie ponoć żałobno- wspominkowe uroczystości. Wó.z Drabiniasty nawet specjalnie nie naobrażał tym razem, widać nieobecność Wałęsy spowodowała brak paliwa… Było to co zwykle, słowa, słowa…
Ale jak to możliwe, że identyczne słowa inaczej zupełnie rozumieją dwa plemiona zamieszkujące ten sam teren? Plemię wyznające RS uważa słowa „panie marszałku kochany” i „muzyka łagodzi obyczaje” za obraźliwe. Natomiast najbardziej obraźliwe i wstrętne epitety, przepojone jadowitą nienawiścią do wszystkich spoza RS uważają za normalne. Nie będę ich przytaczać, bo nie chcę sobie kalać ust ani brudzić Lapcia takimi plugawymi określeniami. Nawet ludzie kiedyś ścśle związani z owym plemieniem widzą, że agresja ewidentnie leży po stronie prawej. Druga strona tak nie działa. Drugie plemię wciąż ma nadzieję na pokojowe rozwiązanie konfliktu i rozwój a nie powrót do bycia zachodnią częścią wschodniej despotii. Trzeciego plemienia nie ma. Nie mogę darować Leszkowi Millerowi, że poprzez słabość do zielonego warzywa wyprowadził trzecie plemię z sejmu.

11.07.2017

  • Gość: [Rick] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Felietonik bardzo dobry,szkoda że mało jest takich tekstów w poczytnych gazetach. Co do Leszka Millera,to przyczynił się znacznie do tego szaleństwa władzy które mamy w Polsce.Kiedy Palikot proponował wspólne połączenie sił i publicznie deklarował,że nie musi zajmować żadnych ważnych stanowisk,Miller odmówił.Chciał być jedynym zwycięzcą i się przejechał.Jeśli chodzi o zielone warzywa,to okazało się że ogórki nie dla wszystkich są strawne.Nie wiem o co chodziło Millerowi z tą piękną panią.Polska nie sięgnęła dna,chyba jeszcze trochę brakuje,żeby duża część społeczeństwa/ok.1/3/ która nie poszła na wybory zawyła z wściekłości.
  • annazadroza Nie wiesz o co chodziło z piękną panią? O piękną panią przecież:) No i tak mężczyzna skończył… a zaczynał całkiem sensownie. Szkoda, że czasem wyobraźni brak.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Czysty obłęd

Znowu 10-ty i znowu miesięcznica, i znowu – za przeproszeniem – rz… się chce na myśl i o fali brunatnej, o fali nienawiści dochodzącej już do takiego absurdu, że białe róże mają poglądy polityczne… Jesteśmy jedynym na świecie krajem, który takie wyhodował! Mamy z czego być dumni! Ciekawa jestem czy dopiero za „dobrej zmiany” takie wyrosły? Jak zakwalifikować te wcześniejsze? Na przykład – „rozkwitały pąki białych róż”… Może niedługo i czerwone maki staną się „gorszym sortem”. Bo, dajmy na to, czerwone. Ale pan Trump czerwony krawat nosi, wielu partyjnych działaczy też. To tradycja, kiedyś tylko członkowie ZMS (dla nieświadomych: Związek Młodzieży Socjalistycznej) jako obowiązkowego elementu stroju galowego używali…
Niby wakacje a spokoju nie ma. Pan Trump się na nocleg zatrzymał, przed rozmowami z możnymi tego świata nabrał oddechu przy
bałwochwalstwie zwiezionych autokarami działaczy, członków albo sympatyków partyjno-państwowych i posłuchał jak owi buczą na Wałęsę. Zdziwił się wyraźnie takiemu sposobowi wyrażania aplauzu dla noblisty uznawanego na całym świecie za legendę. Na świecie, który np. następcę prezydenta Kwaśniewskiego zapamiętał głównie z obrażania się, walki o krzesło na imprezie, na którą nie był zaproszony i biegunki przed różnymi spotkaniami. Oraz z tego, że zginął w katastrofie lotniczej i z tego powodu spoczął między królami. Zaiste wiekopomna zasługa. To dlaczego nie ma tam Anny Jantar? Zginęła tak samo. Przynajmniej ładna była i do tej pory z przyjemnością się słucha jej piosenek, i córki też się słucha.
Znowu prawią o zakazie handlu w niedzielę, żeby ciemny lud do kościółka kasę nosił a nie po galeriach handlowych się szwendał. Niektórzy mówią, żeby do 13-ej. I od razu się przypominają kolejki przy sklepach monopolowych przed godz. 13-tą. Było tak, było.
Remonty przeprowadzane są na kolei podczas wakacji – słynących z wyjazdów licznych całych rodzin oraz grup zorganizowanych; z powodzeniem oszust zbiera pieniądze na leczenie nieistniejącego dziecka; przymiarka następuje do podwyżki paliwa i taka tam codzienność polska…
Aha, jeszcze treść hymnu chcą zmienić. HYMNU MOJEGO PAŃSTWA!!! Bonaparte im się nagle nie podoba, bo to przecież my (czyt. partia rządząca) uczyliśmy Francuzów jeść widelcem a nowy prezydent w pas się nie kłania, trzeba więc Francję ukarać. Także za ów wynik „meczu” 27:1

Przypomniało mi się jak Tata mówił, że kiedy Stalin zmarł, człowiek, który mu przekazał wiadomość, miał w oczach łzy radości. Bo tak się
dzieje po śmierci dyktatorów i dyktatorków wszelkiej maści.
Ogólnie – czysty obłęd.

10.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 10

Dorota nie reagowała na dzwonek u drzwi. Nawet nie przyszło jej do głowy, że powinna otworzyć. Zawsze otwierała słysząc jazgot Azy, a ponieważ psica wyprowadziła na spacer Michała, w domu panowała cisza przerywana jedynie odgłosem gongu. Dopiero po długiej chwili zwróciła uwagę na dziwny dźwięk i zaintrygowana udała się w kierunku jego źródła, by sprawdzić co to takiego. Zdumiona odkryciem otworzyła drzwi. Stał w nich Sergiusz ubrudzony smarem jak nieboskie stworzenie.

– Ogłuchłaś? Dzwonię i dzwonię, już się wystraszyłem, że coś się stało.

– Co by się miało stać? Po prostu nie wiedziałam, że ktoś dzwoni.

– Jak to nie wiedziałaś? Słyszałaś i nie wiedziałaś? Chcesz mi wmówić, że nie znasz dźwięku własnego gongu od własnego mieszkania?

– A cóż w tym dziwnego? – wzruszyła ramionami. – Wszelkie dźwięki pierwsza wyłapuje Aza i rozpoczyna koncert. A kiedy ona szczeka, ja nie słyszę jak to diabelstwo dzwoni. Rozumiesz teraz? A dlaczego wyglądasz jak diabeł z piekła rodem?

– Wysiadł mi samochód. Właziłem pod niego i oto rezultat. Pozwolisz mi wejść pod prysznic czy mam w takim stanie wrócić do domu? Ale… u mnie nie ma ciepłej wody, letnia przerwa na remont sieci…

– Idź braciszku, idź i kąp się do upojenia – poklepała go po ramieniu.

Sergiusz zamknął się w łazience. Niebawem wrócił Michał z Azą, a właściwie odwrotnie, Aza z Michałem, bo sunia już na dole poczuła zapach wujka Sergiusza, siłą wciągnęła Michała do mieszkania i usiłowała się włamać do łazienki, żeby przywitać wujka.

– Spróbowałaś sos? Dobrze przyprawiłem? – z lekkim niepokojem zapytał Michał.

Cały czas twierdził, że sam doskonale sobie poradzi z obiadem, na który zaprosił przyjaciół. Teraz jednak poczuł się pewniej gdy Dorota wyraziła pochlebną opinię o jego „twórczości”. Niemało się napracował, bo przygotował zupę pomidorową ze świeżych pomidorów, a więc najlepszą, bo z pestkami. Na drugie danie zrobił kotlety drobiowe oraz kotleciki wegetariańskie (dziewczyny od pewnego czasu stwierdziły, że nie będą jadły ssaków, bo nie są kanibalami), do tego ziemniaki z koperkiem i surówkę z młodej kapusty. Nie przyznał się Dorocie, że prawdziwym powodem proszonego obiadu był zakład. Otóż któregoś dnia podczas nieobecności Teresy ale w obecności przyjaciela Jurand dokumentnie spalił drobiowe kotlety właśnie, co dla Michała stało się okazją do śmiechu i kpin.

– Też byś spalił, gdyby przyszło ci robić tyle rzeczy jednocześnie – bronił się Jurand. – Gotowałem mleko, odsmażałem ziemniaki, robiłem żarełko dla zwierzaków i podgrzewałem kotlety. Byłem pewien, że wyłączyłem gaz pod patelnią a zostawiłem pod żarełkiem .  Tymczasem zrobiłem odwrotnie. Każdemu może się pomylić.

– Mnie by się na pewno nie pomyliło – puszył się Michał. – Dla mnie ugotowanie obiadu to fraszka.

– Akurat. Już cię widzę skaczącego przy garach.
– Chcesz się założyć?

– O co?

– O butelkę szampana.

– No to już. Przyjdziesz z Teresą na obiad, który sam przygotuję. I nie zapomnij przynieść szampana.

– Nie zapomnij o deserze, drogi mistrzu.

Przez cały wieczór Michał studiował książkę kucharską. Następnego dnia zrobił zakupy i męczył się w kuchni, sapał, stękał ale nie przyjął pomocy Doroty, która nie mogła pojąć co mu się nagle stało. Kotletów o mało nie spalił, kapusta wydawała mu się zbyt biała a za mało zielona, zupa znów zbyt rzadka, bo zapomniał ugotować makaron.

Obserwująca heroiczne zmagania ukochanego mężczyzny Dorota zadzwoniła do Teresy z pytaniem, czy wie coś na ten temat. Wiedziała, bo mąż poinformował ją o zakładzie, toteż w telegraficznym skrócie przekablowała przyjaciółce przebieg wydarzeń. Ona zaś postanowiła nie zdradzać się ze swą wiedzą i udawać nieświadomą. Po kryjomu, żeby ukochany nie widział, „pogrzebała” po swojemu w garnkach i była zadowolona, że się udało. Michał nigdy się nie dowiedział, że to Dorota pomogła mu uzyskać tytuł „arcymistrza”. Święcie uwierzył we własne zdolności i coraz więcej czasu zaczął spędzać w kuchni czym Dorota była zachwycona okazując mu to na każdym kroku i wpędzając nieomal w samouwielbienie.

– Michał, wyobraź sobie, że mogłem kupić piękny samochód za równy milion – powiedział Sergiusz wychodząc z łazienki.

– Dlaczego nie kupiłeś?

– Jak dotknąłem karoserii to mi palec wszedł do środka. A taki był piękny…

Michał parsknął śmiechem.

– Rozglądasz się za nowym wozem?

– Powinienem sprzedać malucha, dokładam do niego więcej niż jest tego wart. A potrzebne mi jest małe autko do poruszania się po mieście. Dużym nie będę wszędzie jeździł, jest z reguły załadowany towarem, znaczy, sprzętem. Używam go tylko zawodowo i w nagłych wypadkach. Właśnie, odnośnie wypadku: od czasu stłuczki, jaką miałem w zeszłym roku, maluch nie jeździ tak jak powinien.

– Ojej, miałeś wypadek? – przestraszyła się Aldona, która właśnie weszła do przedpokoju.

– Dawno, w zeszłym roku, na początku sierpnia.

– Wiesz, ja też wtedy coś podobnego przeżyłam. Teść odwoził nas do Mińska, po drodze chciał odwiedzić znajomego i skręcił w boczną, wąską drogę. Ujechaliśmy kawałek, gdy nagle wyskoczył zza zakrętu turkusowy maluch.

Sergiusz patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.

– Tuu…rku…so…wy? – spytał trochę ochrypłym głosem.

– Tak, turkusowy. Zwróciłam na niego uwagę właśnie ze względu na niespotykany kolor.

Aza rozszczekała się na długo przed tym, jak Teresa z Jurandem stanęli pod drzwiami. Na próżno Dorota ją uciszała, sunia nie uspokoiła się, dopóki ciotka nie pogłaskała jej i nie potarmosiła.

– Sergiuszu, czy to twój maluch stoi pod drzewem? Ten turkusowy? – zapytała Teresa.

– Właśnie opowiadam – podjęła Aldona – jak rok temu teść wiózł mnie i dziewczynki, i mieliśmy stłuczkę z turkusowym maluchem. Nie opowiadałam wam o tym? – zdziwiła się. – Teraz już mogę się z tego śmiać, ale co ja wtedy przeżyłam!

Sergiusz patrzył na nią z ogromnym zdziwieniem i niedowierzaniem.

– Prowadził jakiś okropnie obrośnięty facet, istny troglodyta – ciągnęła.

Sergiusz głośno przełknął ślinę, Dorota spojrzała na niego z niesmakiem.

– Zachowuj się, dobrze? – zwróciła bratu uwagę.

Wcale jej nie usłyszał.

– W pewnym momencie rozległ się potworny huk – opowiadała Aldona. – Poczułam wstrząs i zobaczyłam przez szybę, jakby puszczony obraz w zwolnionym tempie, następującą scenę: przód malucha podnosi się w górę, wygina się, wykrzywia a po bokach zaczyna spływać czerwona ciecz. Zrobiło mi się słabo, nie mogłam wykonać żadnego ruchu a kałuża na jezdni była coraz większa. Za mną dziewczynki krzyczały, teść po chwili bezruchu  wysiadł z samochodu i wyprowadził je. Obie były całe i zdrowe tylko wystraszone. Ja wciąż siedziałam jak sparaliżowana, po głowie tłukło mi się: skąd w jednym facecie aż tyle krwi? Całe wieki minęły zanim spostrzegłam, że on się rusza wewnątrz auta. Jeszcze żył, więc odzyskałam zdolność poruszania się, przecież trzeba ratować.

Z bardzo dziwnym wyrazem twarzy Sergiusz zaczął się pomału przesuwać w stronę drzwi.

– Wysiadłam z wozu i usiłowałam iść w jego stronę ale widok kapiącej krwi przykuł mnie do miejsca jakbym wrosła w ziemię, nie mogłam podnieść żadnej nogi – ciągnęła Aldona. – I wyobraźcie sobie, że nagle otworzyły się drzwi malucha i wysiadł ten facet, troglodyta znaczy, zdrowiuteńki, z obiema nogami, bez żadnego zadrapania!

– Jak to możliwe, a krew? – zdumiała się Teresa.

– W bagażniku były kompoty i dżemy z wiśni i porzeczek. Rozumiesz? Cały płyn wyciekł na zewnątrz a ja myślałam, że to krew uszła z tego  bałwana co siedział za kierownicą!

– O rany, co za numer – wybuchnęła śmiechem Dorota. – Nie wytrzymam, pęknę ze śmiechu.

– Czy myślisz, że mnie wtedy było do śmiechu? Wiesz co zrobiłam? Zwyczajnie zemdlałam. Dziewczynki płakały, że się zabiłam a ten brodaty pajac mnie cucił!

Sergiusz znalazł się przy samych drzwiach. Już wiedział, skąd zna te niesamowite oczy…

– A ty gdzie? – fuknęła na niego Teresa.

– Coś ty powiedziała? – spytała nagle Aldona intensywnie wpatrzona w dziwną minę Sergiusza.

– Ja? Nic nie mówiłam, tfu, mówiłem…nie, nie mówiłem – odpowiedział przerażony wyrazem twarzy Doniczki.

– Kiedy? – zapytała równocześnie Teresa. – Teraz czy przedtem?

Michał i Dorota zamarli na stojąco, Jurand padł na kanapę pchnięty znienacka przez Aldonę, której nieopatrznie stanął na drodze.

– Coś ty powiedziała? Turkusowy? – upewniała się zerkając w stron Teresy i podchodząc do Sergiusza, który cofając się, natrafił na ścianę i poczuł się otoczony.

– Ale przecież wiesz, że to nie była moja wina. Usunęli znak i skąd mogłem wiedzieć…

Aldona stała na wprost niego, nie mrugnąwszy powieką wpatrywała mu się w oczy. Już je widziała… Tylko te oczy widziała, bo cała reszta ginęła w gęstej brodzie. Troglodyta!  Nagle kąciki ust zaczęły jej drżeć, potem policzki, w oczach pojawiły się dwie iskierki, wreszcie parsknęła śmiechem nie mogąc się dłużej opanować.

Śmiech ogarnął wszystkich. Wyglądali niczym stado szaleńców nie potrafiących kontrolować swoich reakcji. Teresa kwiczała klepiąc się rękami po udach, Dorota rzęziła zwinięta w kucki, Jurand leżał na kanapie trzymając się za brzuch. Michał wycierał kułakiem oczy powtarzając, że nie wie jakim cudem on, poważny człowiek, wpadł w towarzystwo półgłówków. Na tę uwagę zareagował Jurand ciskając w przyjaciela poduszką leżącą na kanapie. Do tak świetnej zabawy włączyła się Aza popychając Aldonę na Sergiusza. Chwycił w ramiona niespodziewany dar losu i nie miał zamiaru puszczać. Ona zaś nie miała siły, ze śmiechu oczywiście, by się z jego objęć uwolnić.

– Czekaj, muszę zapamiętać – powtarzał. – To ja jestem pajac, bałwan, troglodyta i co jeszcze?

Pierwszy oprzytomniał Michał widząc, że Aza cicho jak psi duch pognała do kuchni.

– Ratunku, moje kotlety – jęknął i pomknął za sunią.

Dużo czasu upłynęło zanim wszyscy uspokoili się na tyle, że mogli spokojnie porozmawiać. A mieli o czym. Co chwilę jednak  ktoś przerywał wybuchając znowu śmiechem, powodując u pozostałych nowy atak wesołości.

– Słuchajcie – powiedziała Dorota, kiedy cała waza została opróżniona  a jej zawartość znalazła się w żołądkach biesiadników. – Dostałam list od Małgorzaty. Wzięli z Pawłem ślub w zeszłym miesiącu.

– Dostaliśmy zawiadomienie, tylko zapomniałam ci powiedzieć – odezwała się Teresa.

– Daj im Boże szczęście – dodał Jurand.

– Tak to już jest, że każdy musi trafić na swoją drugą połowę, drugą część całości, swoje uzupełnienie. Inaczej nic z tego – lekko uśmiechnął się Michał. – Wielu nie trafia nigdy. Zostają im tylko nieziszczone sny, niewiara w prawdziwe uczucie, zgorzknienie, samotność, żal do świata i ludzi.

Aldona przyznała Michałowi rację myśląc jednocześnie, że Sergiusz o całe niebo lepiej wygląda gładko ogolony. Ma ładnie zarysowany  podbródek, piękną, męską twarz…

– Musisz mi to napisać – mówiła w tym czasie Dorota do Teresy. – To ty jesteś od pisania, ja od rysowania.

– Powiedz co, to ci napiszę.

– Jak będę wiedziała co, to sobie sama napiszę, bo mnie kiedyś nauczyli pisać.

– Aha, bo ty też chodziłaś do szkoły, w której uczą – Teresa pokiwała głową ze zrozumieniem. – A swoją drogą tę twoją szkołę wysypałabym gwiezdnym pyłem i wyłożyła brylantami. Pierwszy raz  w życiu nie umierałam ze strachu przed wywiadówkami i przed końcem roku zastanawiając się czy Maciek przejdzie do następnej klasy.

Sergiusz spod oka zerkał w stronę Aldony. Dlaczego raptem stała się milcząca? Coś jej dolega czy może poczuła do niego niechęć na wspomnienie przeżyć, których był mimowolną przyczyną. I dlaczego tak się przygląda Jurandowi?

Aldona przeniosła się myślami w czasie i znalazła się w chwili, gdy Teresa zobaczyła pierwszy raz swojego obecnego męża. Doskonale pamiętała filmową scenę ich pierwszego tańca. Wyobraziła sobie siebie tańczącą z Sergiuszem właśnie tam. Pogrążona w świecie marzeń, zasłuchana w muzykę z krainy wyobraźni siedziała nieruchomo, zapatrzona niewidzącym spojrzeniem w pełny talerz. Zwróciła na siebie uwagę przyjaciół. Umilkli i zaczęli jej się przyglądać. Na dźwięk ciszy oprzytomniała i rozejrzała się zdziwiona.

– Co wam się stało?

– Chyba tobie. Dlaczego nie jesz? – Michał był speszony.- Nie smakuje ci? Oni mówią, że da się zjeść.

– Ależ skąd, Michałku! Pyszne, nie martw się. Po prostu zamyśliłam się i zapomniałam o bożym świecie.

– Słuchaj Doniczko, czy zaplanowałaś co zrobisz z dziećmi w sierpniu? – spytał Jurand.

– Dlaczego?

– Bo gdybyś chciała, mogłabyś pojechać do Tenczynka.

– Sama? Jak? Umrę ze strachu sama w lesie. A poza tym skąd wezmę tyle urlopu?

– Weź urlop w drugiej połowie sierpnia. Na pierwszą zabiorę dziewczynki do Cięciwy – powiedziała Dorota. – Rozbijemy jeszcze jeden namiot na naszej działce. Dzieci będą mogły spać albo w Domku albo w namiotach, gdzie się komu zamarzy.

– W ten sposób miałabyś trochę swobody i mogłabyś skończyć urządzanie mieszkania albo zwyczajnie odpocząć bez dzieci – mówiła Teresa. – Sergiusz zabierze Monikę i pojedzie z wami samochodem. Koty też się zmieszczą, pożyczę ci dla nich koszyk na drogę.

Propozycja była bardzo kusząca. Aldona niezdecydowanie spojrzała na przyjaciółkę. Byłoby miło, zamarzył się odpoczynek a  nie tylko praca i praca.

– Nie chciałabym robić kłopotu – zaczęła.

– Nie pleć – wtrąciła się Teresa. – Możesz mi jedynie oddać przysługę. Jak cię znudzi leżenie do góry brzuchem, pozwalam ci się wziąć za ogród. Nie był ruszany od wieków. Jurand wprawdzie kupił upragnioną kosiarkę ale dopóki w ogrodzie rośnie dżungla, nie da się z niej korzystać. Możesz robić co ci się żywnie podoba. Oczywiście równie dobrze możesz nic nie robić.

– Do dyspozycji będziecie mieć dwa pokoje na dole, a jakby wam zabrakło miejsca, jeszcze pokoik na górze – dodał Jurand. – W nim też możecie robić co wam się zamarzy. Jakby Sergiuszowi przyszło do głowy pomalować ściany, nie miałbym nic przeciwko temu.

– Jestem pewna, że nie poznasz domu, tak się zmienił. Napracowaliśmy się przez miesiąc, to prawda, ale było warto. Zaraz opowiem dokładnie co zrobiliśmy.

Aldona z niedowierzaniem słuchała opowiadania. Teresa na pewno przesadza. Nie można zrobić tak wielu rzeczy w tak krótkim czasie. Ale niech sobie mówi skoro lubi…

Po obiedzie przyszła kolej na słodycze i wygranego przez Michała szampana. Otwierając butelkę Sergiusz trafił korkiem w difenbachię.

– Czemu ona taka łysa? – zwróciła Teresa uwagę na roślinę.

– Gdzie łysa? Przecież ma piękne, ogromne liście – oburzyła się Dorota.

– Ale na dole nie ma.

– Bo taka jej uroda. Twoja też jest łysa.

– Mniej – stwierdziła Teresa. – Ale za to pokręcona, nie taka prosta, byle jaka jak twoja i wszystkie inne.

– Czy mogę się przyłączyć do waszej inteligentnej rozmowy na temat kwiatów? – ze śmiechem spytała Aldona.

Teresa z Dorotą spojrzały na siebie.

– Jeżeli koniecznie musisz …

– W tamtym mieszkaniu nie miałam gdzie kwiatka postawić. Czy wy wiecie jaka ja jestem szczęśliwa, że teraz mogę mieć las roślin w domu oraz, że ten dom mam. Przynajmniej przez jakiś czas. Jestem wam taka wdzięczna.

– Teresa, ona znowu zaczyna. Ty Donico jedna, przestań bo się rozpłaczę.

Pociągając nosem i przewracając oczami Dorota zbierała w garść wyimaginowane łzy płynące po policzkach, co oczywiście wywołało ogólną wesołość.

– Że też ani przez chwilę nie możesz być poważna, ty jędzo – pieszczotliwie zwróciła jej uwagę Aldona.

– Całuj psa w nos. Inni są przez całe życie, więc ja nie muszę – odpowiedziała.

– Doniczko, masz dom przynajmniej przez dziesięć lat – serdecznie powiedziała Teresa. – A nie wiadomo co się przez ten czas może wydarzyć, pomijając fakt, że możesz się doczekać własnego mieszkania.

– A w razie czego nie martw się, masz przecież miejsce i pozwolenie na ziemiankę. Pomogę ci kopać No, niech stracę, nawet ci coś w środku namaluję, będzie jak malowidła w jaskiniach. Może nawet portret mojego brata, chcesz? – dopytywała się Dorota.

10.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Miłego weekendu

Nie wiem dlaczego rozdział 8 „Agaty” poszedł z datą 30.06. Nie mam pojęcia jak to cofnąć i zmienić, więc musi zostać. Tak jak w życiu bywa wszystko nieraz pokręcone to i tutaj się pokręciło:) Trudno, opublikowałam od razu 9-ty, już z dzisiejszą datą (czemu ta dobra a tamta nie?), żeby sprawdzić jak wyjdzie.

Słoneczko na razie świeci, z Szilunią byłyśmy na długim spacerze, usiadłam do Lapcia na chwilę a teraz biorę się za ogródek. Miłego weekendu:):):)

7.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 9

W mieszkaniu Magdy było ciemno. Dorota spojrzała na szybę kuchennego okna odbijającą światło latarni.

– Powiem ci szczerze, że cieszę się z nieobecności Magdy. Mogłaby z rodzinką siedzieć na wsi do końca wakacji.

– Ze względu na Doniczkę i Sergiusza? – domyśliła się Teresa.

– Oczywiście. Z czystej życzliwości Magda przez cały czas pomagałaby w przeprowadzce i urządzaniu domu, goniłaby Marcina z kąta w kąt, żeby wiercił dziury w ścianach, przesuwał graty. Chwała im za to, są kochani, tylko wtedy Sergiusz … nie miałby osobowości z oczami.

– I nie śmiałby się głośno z ławą na głowie – dokończyła Teresa.

– Właśnie. Uważam, że już najwyższy czas aby ułożył sobie życie. Co ty na to?

– Nie mam nic przeciw twojemu pomysłowi. Powiedz mi tylko jak jest z tą Agatą, czy oni mają formalny rozwód?

– Sęk w tym, że nie. Ja jednak uważam, że Sergiusz jest absolutnie wolny. W sierpniu miną trzy lata odkąd ta małpa wyjechała. Wyobrażasz sobie? Wyjechała na wycieczkę do Grecji i została tam z gachem. Wyraźnie napisała, że nie ma zamiaru wracać do kraju. Znając swego męża nie miała problemu: kto zaopiekuje się Moniką. Mnie się to w głowie  nie może pomieścić. Zostawiła dziecko i hula po świecie w poszukiwaniu wrażeń.

– Suka!

– No wiesz, nie obrażaj Azy! Ona nigdy by tak nie postąpiła.

– Przepraszam cię, droga Azo, darujesz mi tę obelgę?

Aza spojrzała na ciotkę Teresę. Gdyby umiała, z pewnością wzruszyłaby ramionami. Kłapnęła pyskiem w kierunku lecącego z głośnym brzęczeniem chrabąszcza. Chybiła, więc była zła, co natychmiast oznajmiła Maksowi wpadając na niego i jazgocząc prosto w nos. Maksio szedł dalej dostojnym krokiem, jednak gdy boleśnie skubnęła mu ucho usiłując za wszelką cenę zwrócić na siebie jego uwagę w tym właśnie konkretnym momencie, odwrócił się w jej stronę i krótko a dobitnie powiedział basem co o niej myśli. Aza na wszelki wypadek odsunęła się od niego, przyjrzała się uważnie, po czym podeszła ocierając łeb o jego potężny kark. Wszystkiego się po niej spodziewał: że go ugryzie w ogon, skoczy na łeb, uderzy łapą ale nigdy – czułości! Zdziwiony przyglądał się towarzyszce jeszcze przez chwilę, wreszcie widocznie doszedł do wniosku, że Aza się starzeje i pomału ruszył dalej. Miał szczęście, że nie wyraził głośno swej opinii, bo nie wiadomo w jaki sposób Aza by się do niej ustosunkowała, w każdym razie na pewno nie zachowałaby spokoju.

Obie panie stały czekając aż psy skończą wymianę zdań i czułości.

– Powiedz mi skąd Sergiusz tę całą Agatę przywiózł? Raz już mówiłaś ale wtedy jednym uchem wpuściłam drugim wypuściłam i nie pamiętam.

– To była niezła intryga, jak w kinie. Kiedy wyszła na jaw mój brat powinien był ją, znaczy Agatę, przegnać na cztery wiatry i byłby spokój. Ale nie, przecież on zawsze musi być najlepszy i najszlachetniejszy na świecie. No i się doigrał.

– Skończ komentarze i przejdź do rzeczy, bardzo cię proszę. Czy wiesz jak jest późno?

– Skup się więc, zaczynam streszczać. Otóż kiedyś w czasie wakacji poznał nad morzem dwie dziewczyny. W jednej natychmiast zakochał się bez pamięci. Podobno miała bardzo surowych rodziców, którzy nie pozwalali jej korespondować z chłopcami i trzymali ją bardzo krótko. Tak opowiadała Sergiuszowi ta druga, właśnie Agata. Dała mu swój adres obiecując po kryjomu przekazywać jego listy. Oczywiście nie przekazała żadnego, za to sprytnie przekonywała, że tamta, już nie pamiętam jej imienia, nie chce go znać, nie ma zamiaru odpowiadać na jego listy i  niedługo ponoć wychodzi za jakiś mąż. Agata przyjeżdżała do Warszawy, spotkała się z Sergiuszem kilka razy i zwyczajnie głąba uwiodła, takie jest moje zdanie. Nareszcie stwierdziła, że jest w ciąży a mój głupi brat uwierzył, ożenił się z tą sekutnicą, bo dziecko musi mieć ojca. Żadnego dziecka wtedy  nie było. Ale on, skoro przyjmuje na siebie jakiś obowiązek, musi go znosić z godnością i honorem przez całe życie. Kretyn po prostu.

– Podziwiam go za to – wtrąciła Teresa.

– Ja w sumie też – spojrzała z ukosa, – co nie przeszkadza, że z drugiej strony patrząc, z rozkoszą udusiłabym go za głupotę. I jeszcze za to, że jest taki strasznie, beznadziejnie cierpliwy i nie rozwiąże żadnego problemu stanowczym cięciem. Czeka aż każda sprawa dojrzeje i rozwiąże się sama. Nie na moją cierpliwość takie podejście do życia. On mnie normalnie doprowadza do rozpaczy!

– Musisz się z tym pogodzić, przecież nie zmieni swojej natury.

– Wiem o tym i nie mogę patrzeć jak się męczy.

– Świetnie sobie radzi z opieką nad Monisią, prowadzeniem domu i pracą.

– Pomagałam mu ile mogłam. Uważam jednak, że nadeszła najwyższa pora aby mnie w tym ktoś wyręczył, poza ciocią oczywiście. Też tak uważasz? – puściła oko do Teresy.

– Droga przyjaciółko – uroczyście zaczęła Teresa. – Jeżeli zauważyłaś to samo, czyli jeżeli ja myślę, że ty myślisz o tym samym o czym ja myślę, że ty myślisz, znaczy, że jesteś spostrzegawcza co najmniej w tym samym stopniu co ja, a więc nie jest z tobą tak źle jakby się wydawać mogło na pierwszy rzut oka.

– Pozostaje mi tylko skłonić się w podzięce za docenienie mojej skromnej osoby – Dorota wykonała głęboki dworski ukłon, na widok czego jakiś chłopina idący z przeciwka ominął je szerokim łukiem i przyspieszył kroku oglądając się co chwilę.

– Wiesz co? A może wysłałybyśmy ich zbiorowo do Tenczynka – zaproponowała Teresa.

– Tereniu, jesteś genialna – wykrzyknęła Dorota zwracając na siebie uwagę przytulonej pary wychodzącej nagle zza płotu od strony szkoły. – Nie znają tam nikogo więc będą musieli sami się zająć dziewczynkami. A jak im się to znudzi, może wreszcie zajmą się sami sobą.

– A fe! W swatkę ci się zachciało bawić? Ładnie tak wtrącać się w cudze sprawy? – śmiała się Teresa.

– Ładnie to ty byś wyglądała gdybym się w twoje nie wtrąciła – odparowała Dorota. – Może jeszcze byś więdła…, nie, nie miałoby co więdnąć, byłabyś wyschnięta na wiór. Nawet kości by ci nie grzechotały.

– Wiedźma!

– To ty byś wyglądała jak wiedźma a nie ja.

Zza zakrętu wyłoniła się nieznajoma kobieta z pięknym owczarkiem na smyczy, całym czarnym, bez jednej jaśniejszej plamki. Od razu widać było, że jest jeszcze bardzo młodym osobnikiem.

– Przepraszam, ale czy nie wiedzą panie czyj to może być pies? – zwróciła się do przyjaciółek. – Przybłąkał się, żal mi go bardzo, to takie ufne i dobre stworzenie. Chodzę po osiedlu, rozlepiam ogłoszenia, może się ktoś po niego zgłosi. Problem polega na tym, że nie mam z nim co zrobić. Mieszkam w małym mieszkanku, w jednym pokoju z mamą staruszką, która choruje na zaniki pamięci. Boi się go, nie chce wpuścić za próg i urządza histerię. Nie znają panie kogoś, kto mógłby go przechować?

– Czy to nie jego widziałyśmy wczoraj wieczorem? Koło parkingu biegał – zastanowiła się Teresa.

– Wydaje mi się, że tak – przyglądała się Dorota psiej zgubie, która z ufnością przytuliła łeb do jej kolana i zawzięcie merdała ogonem. – Słuchaj, a może Danusia?

– Co Danusia?

– Może Danusia wzięłaby go do siebie? Jest taki ufny, cudny, ktoś jeszcze mu zrobi krzywdę…

– Jest przecudny, ale Danusia od śmierci Miśka nie chciała innego psa.

– Źle mówisz. Chciała. Tylko owczarka niemieckiego. A to co jest? Wielbłąd dwugarbny? A może pekińczyk? Idziemy.

Zawróciły i poszły w kierunku dawnego mieszkania Teresy. Domofonem zadzwoniły do Danusi i do Aldony. Niech się przyzwyczaja, że mieszka na „najbardziej zintegrowanej klatce schodowej” na Ursynowie. Danusia mieszkała na trzecim piętrze. Była drobna, szczupła, pełna wdzięku, przemiła, przesympatyczna. Miała niesłychanie dobre serce, córkę Iwonkę dorosłą już studentkę, syna Olka – rówieśnika Maćka, męża Bronka, wielkiego i zwalistego jak baobab, z brodą Wikinga. To znaczy rudą brodę miał oczywiście Bronek, nie baobab. A poza rudą brodą miał ogromnego, rudego kota ze wspaniale puszystym ogonem. Do rodziny należał jeszcze do niedawna Misiek, bezdomna biedota wyciągnięta przez Danusię z kałuży i przyprowadzona do domu. Gdy pies odpoczął po nie wiadomo jak ciężkich przejściach, najadł się i wyspał, wyglądem zaczął przypominać przepięknego owczarka walijskiego. Przeżył siedem szczęśliwych lat, dopóki nie zakończył życia ze starości.

– Danusiu, zejdź na dół – zaczęła Dorota przez domofon. – Musisz nas poratować.

– O Boże, co się stało? – przestraszyła się Danusia.

– Czy mogłabyś przygarnąć na noc psa? Tylko na jedną noc.

– Ojej, dziewczyny, nie chcę, za nic! Przecież jak go wpuszczę do domu to potem nie wyrzucę a Bronek chce tylko owczarka niemieckiego i tylko szczeniaka.

– Ależ to właśnie jest owczarek, do tego młodziutki. Zejdź, sama zobaczysz – kusiła Teresa.

– No dobrze, zejdę, ale niczego nie obiecuję.

Aldona otworzyła okno w kuchni i stamtąd obserwowała przebieg wydarzeń ziewając od ucha do ucha, narzekając na paskudne baby, które nie dają spać porządnym ludziom. Danusia zeszła na dół, uchyliła drzwi na klatkę i spojrzała na psa.

– I ty nie masz gdzie spać? Taki jesteś śliczny a taki biedny?

Pies podbiegł, otarł się o jej nogi jak kot, potem niespodziewanie skoczył, oparł łapy na ramionach Danusi i liznął ją po policzku. Oczy wszystkich patrzących rozjaśniły się uśmiechem, w niektórych zabłysła łza wzruszenia.

– Ach ty zbóju jeden – powiedziała Danusia. – Niech się dzieje co chce. Chodź Zbóju do domu. Jesteś Zbój i już. Wprawdzie nie ma Bronka ale to jego problem. Mógł być, prawda?

– Oczywiście – wszystkie przytaknęły jak jeden mąż.

– Nawet powinien – dodała Dorota.

Zbój z radością pobiegł ze swoją nową panią.

Ostatnia scena miała jeszcze jednego świadka. Zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością Doroty Michał wyszedł na poszukiwania. Znał codzienne psie trasy, więc był przekonany, że trafi bez trudu na swoją zgubę.

– Was tylko po śmierć posłać – marudził starając się ukryć wzruszenie.

– Znowu stękasz. A wszystko dlatego, że twoim zdaniem nie wypada, żeby mężczyzna wzruszał się widząc jak bezdomne, zresztą z winy ludzkiej a nie czyjej innej, stworzenie znalazło dom i opiekę – zdemaskowała go ukochana kobieta. – Chodź, odprowadzimy Teresę.

Doszli do Cynamonowej i spotkali Juranda idącego szybkim krokiem w ich stronę. Wiedziony – dokładnie jak Michał – troską o swą połowicę, wybrał się na jej poszukiwanie.

– Kiedy wy wreszcie zrozumiecie, że niebezpiecznie jest łazić nocą po osiedlu? – strofował obydwie.

– Po pierwsze: to nasze osiedle, od urodzenia. Znaczy od urodzenia osiedla. Ono się rodziło w bólach w naszej obecności, no, przy nas… – zaczęła Dorota.

– A po drugie: jeśli nikt na nas nie napadł kiedy byłyśmy młodsze, tym bardziej teraz nam nic nie grozi – dokończyła Teresa.

– Nie żartujcie dziewczyny. Dawniej rzeczywiście było tu spokojnie i bezpiecznie ale te czasy już minęły.

– Nie przesadzaj – Dorota spojrzała mu prosto w oczy. – Gdybym tak podchodziła do życia, powinnam siedzieć w domu z odbezpieczonym pistoletem w jednej ręce a granatem w drugiej i z bazuką ukrytą pod łóżkiem. Nie wierzę, że ktoś mógłby mi zrobić krzywdę, bo ja nikomu nie chcę zrobić nic złego.

– Właśnie – dodała Teresa zwracając się do męża. – A dlaczego ty sam chodzisz po osiedlu? Dlaczego nie wziąłeś ze sobą psa?

Spojrzał niebotycznie zdziwiony.

– Przecież ty go masz ze sobą!

– Widzisz? Przyznałeś mi rację. Zawsze mówiłam, że w domu powinny być przynajmniej dwa psy.

– A widzisz? Po co ci to było? – poparła przyjaciółkę Dorota.

Michał parsknął śmiechem na widok Jurandowego osłupienia trwającego – co należy podkreślić – zaledwie krótki moment.

– Z nimi, bracie, nie wygrasz. Mnie też się dostało za to, że znowu zrobiły dobry uczynek.

– To znaczy?

– Chodźmy do domu drogi mężu, opowiem ci po drodze – Teresa wzięła pod rękę swą drugą połowę.

– No to do jutra, czekam na was z obiadem. Tylko nie najedzcie się wcześniej – przypomniał Michał.

Obie pary udały się do swego azylu spokoju i bezpieczeństwa, do sanktuarium zwykłego ludzkiego szczęścia, które przez wielu jest gubione, niszczone w pogoni za czymś, co w ostatecznym rozrachunku okazuje się zupełnie zbędne; szczęścia topionego w morzu złości, oceanie zazdrości, zawiści, pogardy dla drugiej istoty. Czy to ważne, że gdzieś na trawniku umiera z bólu i głodu poraniony pies, albo na środku jezdni kona w męczarniach potrącony przez samochód kot, który nie da rady doczołgać się do krawężnika? Nie, nieważne! Trzeba kupić nowy ciuch, nowy dywan, lepszy samochód, zaś psa – jeśli się już znudził, albo zachorował i sprawia problem – przywiązać do drzewa w lesie, niech męczy się godzinami, dniami całymi, albo niech go dopadną bestialskie potwory w skórze człowieka. Bo niby czemu takie zwierzę ma brudzić nowy dywan? Wygodniej wyrzucić go z pędzącego samochodu w obcej dzielnicy albo poza miastem, żeby nie trafił z powrotem. I najlepiej, żeby sobie łapy połamał, bo inaczej będzie biegł za autem i wył tak długo aż całkiem bez sił padnie  na jezdni obojętny na swój los, albo usiądzie i będzie płakał prawdziwymi łzami. Wtedy jakiś zboczeniec może zapisać numer samochodu i jeszcze do sądu poda  jakby było z czego robić problem!  Boże, dlaczego ludzie są tak wstrętni? Dlaczego są najpodlejszymi stworzeniami na tej ziemi? Jeśli stworzyłeś człowieka na obraz i podobieństwo swoje, jak to możliwe?

Senność opuściła Aldonę. Mnóstwo podobnych myśli i skojarzeń wywołała scena, której świadkiem była przed chwilą. Jakże Dorota i Teresa różniły się od większości ludzi, z którymi miała dotąd do czynienia. Uświadomiła sobie bardzo wyraźnie, że dzięki nim przyjaźń, miłość to nie puste słowa. Widzi je teraz zmaterializowane wokół siebie i czuje się szczęśliwa. Prawie…

Z twarzą opartą na dłoniach, zapatrzona w gwieździste niebo zatraciła na długo poczucie rzeczywistości. Było już bardzo późno gdy Bibi ściągnęła jej myśli z gwiezdnej drogi wskakując na lodówkę i mrucząc do ucha piosenkę o kociej miłości.

7.07.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl Nie było mnie tu jakiś czas,ale nie zawiodłam się. Miłośnicy zwierzaków trzymajmy się.
  • annazadroza Zapraszam ” na wciąż” 🙂 Od razu weselej:) A zwierzaki są niezbędne dla życia oraz zdrowia psychicznego opiekunów. Bez nich – jedna wielka …dziura ciemna…
© Anna Blog

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

„Po co wróciłaś…” 8

– Ooo, coś ty ze sobą zrobiła? – powitał Dorotę okrzyk przyjaciółki.

– Co ci odbiło? – spytał zdumiony Sergiusz. – Michał cię już widział?

– „Czepcie” się tramwaju a nie mnie, dobrze? Moje włosy? Moje! Więc co wam do nich? Obcięłam, bo tak mi się podobało! A może mam was pytać o zdanie kiedy mogę pójść do toalety, co?

Dorota, która od zawsze miała długie, piękne włosy, pojawiła się z burzą nieskoordynowanych loków, nie sięgających nawet do ramion.

– Nie złość się siostro – tłumaczył Sergiusz. – Zupełnie nas zaskoczyłaś. Nie poznałbym cię na ulicy, na pewno bym cię nie poznał, za nic na świecie.

– Bardzo dobrze, może wreszcie stałabym się bogata.

– Co powiedział twój ukochany na nową fryzurę? – dopytywała się Aldona.

– Co? A to, że mogę wziąć miotłę, latać po osiedlu i straszyć dzieci.

– Nie mówił poważnie – rozbawiona Aldona oglądała przyjaciółkę ze wszystkich stron. – Ogólnie, muszę przyznać, że wyglądasz bardzo ładnie, tylko inaczej.

– Oczywiście, że nie mówił poważnie. Jest zachwycony. A w ogóle… postanowił sam przyrządzić jutro obiad i zaprasza cię, Doniczko, byś oceniła jego umiejętności w zakresie sztuki kulinarnej. Po obiedzie, o ile go wszyscy przeżyją, przyjdziemy tutaj i weźmiemy się za mały pokój.

– Jak ja się wam odwdzięczę? – spytała cicho.

– Przestań bredzić – fuknęła na nią Dorota. – Sergiuszu, drogi bracie, ty też możesz czuć się zaproszony jeśli masz czas i ochotę.

– Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia. Postaram się wcześniej pozałatwiać sprawy i przyjechać jak najszybciej.

Z niewiadomych powodów serce Aldony mocniej zabiło… Jaki ten Sergiusz jest niesamowicie uczynny, dobry i …właściwie… gdyby jutro nie przyszedł… zrobiłoby się … smutno…

– Zostawiam was same – powiedziała przyczyna mocniejszego bicia serca Aldony. – Muszę jechać, to do jutra dziewczyny.

– Dobry z niego chłopak – odezwała się Dorota gdy drzwi się zamknęły za wychodzącym.

– Wiesz, naprawdę. Tyle mi pomógł, choć przecież wcale nie musiał. Robił to z własnej i  nieprzymuszonej woli. Zobacz jak ładnie teraz wygląda pokój. To zasługa twojego brata.

– Cieszę się Doniczko, naprawdę bardzo się cieszę ze wszystkiego.

– Niby z czego? Z tego mieszkania? Ja na pewno bardziej. Nie licytuj się ze mną,  tym razem przegrasz.

– Nie będę się licytowała – uśmiechnęła się serdecznie. – Czy pozwolisz moim steranym kościom spocząć gdzieś tutaj w tym pięknym wnętrzu? Tfu, co ja plotę, mogę zająć fotel?

– Możesz zająć wnętrze, fotel i co tylko chcesz, staruszko. Matko, ja też jestem nieludzko zmęczona, dopiero teraz to czuję. Chcesz herbaty?

– Chcę.

– No wiesz, zapytałam przez uprzejmość, powinnaś to docenić,  a ty od razu chcesz. Nie masz dla mnie litości – jęczała Aldona ku uciesze przyjaciółki.

Zabrzęczał dzwonek domofonu i po chwili do mieszkania wpadła Teresa z Maksem, którego Aza – jak zwykle – powitała obłędnym jazgotem.

– Aha, tej tu dawno nie było – przywitała gościa Dorota. – Wiedziałam, że nie możesz bez nas żyć i na pewno przyjdziesz.

– Chce herbaty? – spytała nowa gospodyni Teresinego mieszkania.

– Pewnie, że chce – padła odpowiedź.

– Ta też chce! Skaranie boskie z tymi babami – zrzędziła uśmiechając się promiennie do przyjaciółek.

– Ładnie tu. Jakim cudem w takim tempie urządziłaś pokój?

– Dzięki Sergiuszowi, on mi we wszystkim pomagał.

– Złoty chłopak. Naprawdę rzadki męski egzemplarz.

– Mamo, chwalą nas – przerwała Dorota.

– Czego się wcina?

– Abo tak.

– Czy wy nie możecie mówić po polsku? Ja się już od was nauczyłam mówić „po polskiemu” i między ludźmi też nieraz tak mówię. I wstyd.

– Teresa, ona nas nie uważa za ludzi, słyszałaś?

– Niech się ona od nas, z łaski swojej, odczepi. W kwestii języka i nie tylko przykład idzie z góry.

– Cicho baby! Mówiłam, że polityka tu nie wchodzi lecz zostaje za drzwiami. Skąd Tereniu wiedziałaś gdzie szukać Doroty?

– Michał mi powiedział. Nie uprzedziłaś go – zwróciła się do Doroty, – że nie ma podnosić słuchawki, kiedy telefon dzwoni dwa razy i drugie dwa razy, tylko oddzwonić tak samo. Wiecie, ciągle jeszcze do mnie nie dociera, że mam telefon.

– Nie rozumiem co ty pleciesz – zniecierpliwiła się Aldona.

– Wcale nie plotę. Wymyśliłyśmy taki sygnał przed wieczornym spacerem z psami.

– Właśnie – przytaknęła Dorota. – Przedtem dryndałam do niej domofonem i wyciągałam ją z domu nawet gdy była o to wściekła. A teraz wychodzimy z domu po sygnale i spotykamy się w połowie drogi.

–  Nie boicie się chodzić wieczorami? Dawniej tu było bezpiecznie ale teraz?

– Z Maksem?

– Z Azą? – zapytały obie równocześnie.

– Gdybym miała jedynie dodatek do psa w postaci jamnika albo ratlerka to co innego, trzeba by się było głęboko nad tym zastanowić – dodała Dorota.

Teresa rozglądała się po pokoju.

– Przez tyle lat nie wpadłam na pomysł, żeby telewizor postawić w tym miejscu. Widocznie jestem wyjątkowo tępa, jak na to wpadłaś?

– To nie ja…

– To Sergiusz – zgodnym chórem podpowiedziały Teresa z Dorotą po czym parsknęły śmiechem.

Aldona spłonęła lekkim rumieńcem, oczywiście bez istotnego powodu. Przyjaciółki oczywiście to dostrzegły i spojrzały na siebie porozumiewawczo.

– Teresa, czy nie zauważyłaś, że mój braciszek od pewnego czasu bardzo się zmienił?

– Co masz na myśli? Ja go strasznie lubię, Jurand też, tata lubi z nim pogadać na tematy techniczne, z dzieciakami ma dobry kontakt. Wszystkim przypadł do serca.

– Wiesz, ja już nawet zapomniałam jak on się śmieje – ciągnęła Dorota bawiąc się trzymaną w ręku łyżeczką. – Uświadomiłam to sobie kiedy wczoraj czy przedwczoraj usłyszałam go śmiejącego się na cały głos mimo, że z auta niósł na głowie ławę a na rękach miał pozawieszane wypchane torby i co chwile któraś mu spadała.

– A może właśnie dlatego się śmiał?

– Myślisz? – ze zrozumieniem spojrzała na Teresę.

– Dlaczego nie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie zerkając spod oka na Aldonę zawzięcie wpatrującą się w krzaki róż, jakby liczyła ilość płatków w każdym kolorze.

Dorota uśmiechnęła się domyślnie.

– Oczywiście – powiedziała. – Taki już jest ten mój drogi brat, że każdemu pomoże i ten fakt sprawia mu  niekłamaną przyjemność. Potrafi dać odczuć swoje zainteresowanie i troskliwość delikatnie, bez narzucania się. Zdajecie sobie chyba sprawę, że najlepsze cechy odziedziczył po mnie, prawda?

– Nie kokietuj, jest od ciebie o rok starszy – wtrąciła Aldona.

– Cie choroba! – Dorota uniosła brwi z udanym zdziwieniem. – Siedzi toto ciche i nieme a liczyć umie. Kto by się spodziewał?

– Trzymaj kota! – wrzasnęła Teresa na widok Bibi stającej na progu drzwi balkonowych.

Aldona rzuciła się w stronę ulubienicy lecz niepotrzebnie. Usłyszawszy jazgot Azy koteczka sama przezornie się wycofała, wychylając jedynie główkę zza futryny i śledząc rozwój wydarzeń aby nic nie umknęło jej uwadze.

– Czy pół roku temu myślałaś, że będziesz miała futrzaka w domu? – spytała Dorota.

– Pół roku temu to ja nie miałam domu, a co tu mówić o zwierzaku. A teraz dzięki wam jestem najszczęśliwszym człowiekiem na kuli ziemskiej.

– Nie pleć, akurat tak się złożyło. To widocznie zrządzenie losu albo opieka Opatrzności, jak sobie chcesz – odpowiedziała Teresa. – I tak miałam mieszkanie wynająć. A myślisz, że mnie jest obojętne kto łazi po mojej  chałupie? Poza tym Magda by mnie zamordowała gdybym wpuściła tu jakąś heterę. Ja też jestem szczęśliwa, wierz mi, naprawdę bardzo się cieszę, że właśnie ty tutaj mieszkasz.

– Cicho, bo zaraz zobaczę cztery fontanny, a jak się jeszcze moja włączy to będzie sześć. Chcecie potopu? – starała się wesoło powiedzieć Dorota ale nie udało jej się ukryć wzruszenia.

Aldona serdecznie uściskała przyjaciółki.

– Wracając do tematu: pół roku temu nie spodziewałam się, że z nieba spadnie mi dom i do tego z ogródkiem. Nie powiem oczywiście, że z ogródka cieszę się bardziej, ale…

– Wykop sobie ziemiankę, już ci mówiłam. Możesz, jeśli chcesz..

– Serdeczne dzięki, dobra kobieto.

– Absolutny drobiazg, dla ciebie prawie wszystko – skłoniła się nisko Teresa.

– Wiecie dziewczyny – ciągnęła Aldona, – było mi, no i jest nadal, bardzo źle ze świadomością, że nigdy w życiu nie pojadę już do domu, w którym się wychowałam i do ogródka, w którym babcia cieszyła się każdym kwiatkiem. Dom stał na skraju miasta, jakby na wsi. Zawsze kiedy budziła się wiosna zaczynałam odczuwać ogromną tęsknotę za tym domem, za ogrodem. Jeździłam więc w soboty, spędzałam część urlopu i było w porządku. W tym roku po raz pierwszy tutaj, w Warszawie, bez wyjazdu musiałam tę tęsknotę zwalczyć mając świadomość, że tak będzie zawsze. Twój maleńki ogródeczek, Tereniu, pozwolił mi wrócić do równowagi.

– Rozumiem cię. Z pewnością czułabym to samo gdyby ktoś odebrał mi Cięciwę, miejsce ukochane najbardziej na ziemi. Mam wrażenie, że byłabym zdolna do wszystkiego. I to z zimną krwią.

– Pleciesz cioteczko – Dorota przeciągnęła się niczym kotka. – Nikogo byś nie zamordowała. Nawet bałabyś się temu komuś źle życzyć mając świadomość, że zło raz puszczone musi znaleźć ujście, cel i bardzo często wraca do tego, kto je uruchomił. Przecież dobrze wiesz, że ten, co ze złem jest za pan brat i tak odpowie za to. Nic go przed tym nie uchroni.

– No, no, to wcale nie jest takie głupie – zastanowiła się Aldona nad słowami przyjaciółki.

– My już dawno przerobiłyśmy ten temat. Nie pamiętasz teorii zwanej przez Teresę teorią powracającej fali?

– Czekaj, czekaj, ależ oczywiście, jak mogłam zapomnieć. Jaką energię człowiek z siebie emanuje taką dostaje w zamian. Tak to brzmi, prawda?

– Coś takiego! Nie dosyć, że umie liczyć to jeszcze rozumie co się do niej mówi – żartowała Dorota. – A teraz poważnie. Czy już wiesz dlaczego twoje problemy dobrze się skończyły? Bo jesteś dobra i życzliwa ludziom i zwierzakom, niesiesz pomoc każdemu kto jej potrzebuje, nie żywisz uraz, nie mścisz się za doznane krzywdy ale potrafisz je darować i przebaczyć.

– Ja taka jestem? We łbach wam się chyba pomieszało z upału. Jestem złośnica, jędza i kawał cholery.

– To tak jak Sergiusz – wtrąciła Teresa w związku ze słowami Doroty.

– Co? – krzyknęła oburzona Aldona. – Sergiusz jest kawał cholery?!

– Nie, oczywiście, że nie – obie z Dorotą parsknęły głośnym śmiechem.

– On jest zupełnie inny od innych.. – ciągnęła Aldona.

– Niewątpliwie masz rację – przytaknęły usiłując „odzyskać” poważny wyraz twarzy.

– … jest dobry – mówiła patrząc przed siebie, – wrażliwy, sprawiedliwy, nie ocenia ludzi powierzchownie, ma taką dziwną zdolność wnikania w głąb ludzkiego serca. Może tylko jest zbyt naiwny w stosunku do niektórych, myśli, że wszyscy są dobrzy i rozsądni jak on sam.

– Oj, za tę naiwność mój drogi braciszek już słono zapłacił.

– Tak, zauważyłam, że łatwo go zranić. Przez swą dobroć może być zdany na łaskę i  niełaskę. Dobrze, jeśli przyjaciół, gorzej, jeśli wrogów. A w ogóle ma łagodną i harmonijną osobowość.

– A co ci się w nim najbardziej podoba? – poważnie zapytała Teresa.

– Te piękne, ciepłe, serdeczne oczy… Tfu, czarownice jedne, małpy rude, obsiadły mnie i co? Czego wy ode mnie chcecie? Uczepiły się jak rzep psiego ogona.

– Nie wiedziałam, że mój osobisty brat ma osobowość z pięknymi oczami – ściskała Dorota zmieszaną Aldonę dusząc się od tłumionego śmiechu.

– I harmonijną, nie zapomnij, osobowość harmonijną – ze śmiertelną powagą dodała Teresa.

– Tylko mu przypadkiem nie powtórzcie, że tak … bredziłam. Jeszcze sobie co pomyśli. Pamiętajcie, morda w kubeł!

– Mordę w kubeł to Aza wsadziła w Cięciwie, pamiętasz? – Dorota zapiszczała z radości na wspomnienie Teresy wiszącej na belce nad kuchnią.

– Trzeba iść – podniosła się Teresa. – Musimy zrobić z psami duże kółko, przecież one nie mogą cierpieć za to, że się zagadałyśmy. Chodź z nami Doniczko na spacer, daj się wyprowadzić.

– Innym razem. Naprawdę jestem wykończona. Rano przecież muszę wcześnie wstać i iść do pracy. Jeszcze do tego powinnam być przytomna.

– Przecież wzięłaś wolne.

– Tak, ale czegoś ode mnie potrzebują, wiesz jak to jest.

– Dobrze, niech ci będzie. Idź spać, tym razem ci się upiecze. Nie zapomnij, że jutro jesteś u mnie na obiedzie. Proszonym.

– Nie u ciebie lecz u Michała – sprostowała Teresa.

Dorota odwróciła się w jej stronę.

– Czy ty nie widzisz, że obcięłam włosy?

– A wiesz, cały czas ci się przyglądam i zastanawiam dlaczego wyglądasz jak Baba Jędza. I wreszcie już wiem! – przezornie odsunęła się od przyjaciółki na odległość ręki.

– Sama jesteś jędza, wyjątkowa. A teraz cię żegnam. W którą stronę idziesz? Bo ja w przeciwną.

– Dziewczyny, jeszcze raz wam serdecznie dziękuję za wszystko – Aldona otworzyła przed nimi drzwi.

– Niby taka słodka a drzwi otwiera, żebyśmy sobie szybciej poszły – mruczała Dorota.

– Za jakie wszystko? – dopytywała się Teresa. – Ja jeszcze nie mam zamiaru umierać.

Z pewnością długo jeszcze rozmawiałyby w ten sposób w drzwiach, gdyby zniecierpliwiona Aza nie szarpnęła Doroty, ściągając ją ze schodów pod same drzwi klatki schodowej. Maks ochoczo dotrzymał jej towarzystwa, toteż Teresa znalazła się natychmiast w tym samym miejscu. Wybuchając śmiechem wyszły na podwórko.

Zaszufladkowano do kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści | Dodaj komentarz

Szczepienie Szilki

Największą radość sprawiła mi ostatnio Ala mówiąc, że jej codzienna przyjemność to kawa i mój blog. A jak nie ma na nim nic nowego to jest zdegustowana. Jakby miód na moje serce spłynął:). I to nie kropla, łyżka nawet ale od razu cały garniec :):)
Niestety, niczego nowego nie wymyślę, wczoraj tak się zmęczyłam, że jeszcze dzisiaj myśleć nie mogę. No więc ( przecież wiem, że od „no” i „więc” zdania się nie zaczyna, ale jestem u siebie i wolno mi:):)). No więc bezmyślnie powiem, że Szilka została wczoraj zaszczepiona. Przyjechał Mały i zabrał nas do lecznicy na pętli ( naszej ursynowskiej osiedlowej). Śliczna pani dr K. obejrzała sunię, stwierdziła, że jest OK (poza wagą, która zbyt wzrosła) i zaszczepiła. Najbardziej zadziwiający jest fakt, iż Szilka – która jest niezłą histeryczką – u pani dr K. nawet nie drgnęła ani nie pisnęła. Towarzyszyła nam Kira, psica mojej przyjaciółki M. oraz ona sama i być może ich obecność miała znaczenie działając uspokajająco.
Tak więc sunia zaszczepiona, żeby jej ludzie nie pogryźli. M. wygląda jak zwykle ładnie, w końcu długo się nie widziałyśmy na „żywe oczy” więc mogłoby być inaczej… Gdybym w tej chwili była pod jej ręką to zarobiłabym na pewno :):):) Brakuje mi naszych codziennych rozmów, specyficznych nieraz i nie do zrozumienia dla postronnych osób. Częściowo są uwiecznione na papierze.
Teraz też piszę na kartce „na piechotę” (stojąc w kuchni przy gotujących się jajkach). Zdecydowanie preferuję tę formę zapisu chwili, przynajmniej w skrócie, dopiero potem wklepuję w Lapcia. Papier to papier, jest namacalny, materialny, wiecznotrwały (wiekotrwały? no, wieki całe istnieje), można do niego wracać wciąż od nowa. Zaś ze sprzętami typu Lapcio czy Felek różnie bywa, mają swoje humory i potrafią pożreć wszystko co napiszę bez wcześniejszych notatek na kartce. Z papierów mogę odtworzyć, nawet ze skrótów. A z tego co wystukam na klawiaturze – już nie.
A może tam była jakaś genialna myśl i przepadła? Ha, ha, ha…
Jajka gotuję, bo mi zostały ziemniaki z wczoraj. Dołożę cebulę, groszek, ogórki, jajka i sałatka na śniadanie gotowa. Potem jeszcze przygotuję fasolkę po bretońsku, dawno nie robiłam.
Następnie znów wrócę do pudełka po butach (jakich – nie dojdę już nigdy) z zapiskami do trzeciej części sagi. Wczoraj tam zanurkowałam i spłakałam się kilkakrotnie ze śmiechu czytając co też te nasze dzieci wyprawiały. Nasze – czyli przyjaciółki M. i moje osobiste. A już całkiem osłabłam ze śmiechu czytając własny testament sprzed trzydziestu lat. Część nadaje się do wykorzystania w komedii 🙂
A póki co – wracam do jajek.

6.07.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz