Szila:)))

Pogłówkowałam co zrobić. Tego, o co mi chodziło nie osiągnęłam lecz znalazłam inny sposób, okrężną drogą ale EUREKA!!! Mogę Szilunię zaprezentować, modelkę ówczesną. Teraz byłaby modelką o rozmiarze XXL;-(

Szila w Szczawnicy przy kapliczce na Sewerynówce

Wyraźnie widać, że sunia jest szczęśliwa i uśmiechnięta

Nawet w galerii handlowej była bo to dama przecież, kobieta pełną buzią 🙂 Chwila odpoczynku na krakowskim Rynku

Szila turystka pod krakowskim Barbakanem

Nie ma to jak zielone przestrzenie w Pieninach

Szilunia  ze szczęściem w oczach i na buzi

 

Po chwili już  tęskni za Pieninami

I jak Wam się podoba Szilunia wędrowniczka? Nie wiadomo gdzie i jak spędziła pierwsze 2-3 lata życia, ale teraz jest baaardzo kochana:)))

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

Kłótliwa baba;)

Mija weekend, pierwszy wiosenny, ciepły i pogodny. Ptaki śpiewają jakby na scenie się znalazły i nie chcą przestać wykorzystując każdą chwilę wiosny. Ale nie tylko śpiewają. Sójka kłóciła się ze mną rano. Normalnie się kłóciła. Wyszłam ok. 6-ej z psami, ona siedziała na drzewie przy wejściu na łąką i darła się jak opętana. Przystanęłam i mówię do niej: po co się tak drzesz babo jedna? Ona zamilkła na moment, przyjrzała mi się ze swej wysokości i jak nie zacznie się wydzierać! Nie wiem co sobie myślała, może,  że jak siedzi na gałęzi to jest większa ode mnie i może sobie pozwolić na takie zachowanie? Skitusia to nie ruszyło ale Szilka natychmiast się zainteresowała. Ona goniłaby wszystkie ptaki, na pewno żywiła się nimi kiedy nie miała domu i dzięki temu przetrwała, cóż, prawa natury. Teraz jej nie wolno, żarełko ma w misce ale instynkt łowcy się odzywa na widok fruwających stworzeń. Stanęła pod sójką i zaczęła się coś do niej mówić, a sunia ma taki zasób słów jakiego nie słyszałam u żadnego z moich psów, choć i Browek umiał gadać, nawet „mama” powiedział, naprawdę:) Tak trwało dłuższą chwilę, sójka niczym się nie przejmowała, bezczelnie się na mnie patrzyła ignorując psicę i skrzeczała dalej. Wreszcie Skitsowi znudziło się stanie w jednym miejscu bez żadnego widocznego dla niego powodu i ruszył do przodu. Ile można tak stać bez sensu? Nie byłam przygotowana na szarpnięcie, więc poleciałam za nim. Szilka przez chwilę była w rozterce, spoglądała to na mnie to na sójkę, wreszcie dosłownie olała ptaka (a raczej miejsce po drzewkiem) i ruszyła za nami. Sójka została na placu boju a jej skrzeczenie rozlegało się daleko i towarzyszyło nam dopóki nie wyszliśmy na ulicę.

To jest Skituś kiedy jeszcze był młodziutki, teraz ma siwą mordkę lecz pozostał takim samym słodkim ciapkiem

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Biedronka odfrunęła

Biedronka zrobiła brzydki kawał i odfrunęła za tory. Wróci, lecz do tego czasu życie mam utrudnione a do wygody się już przyzwyczaiłam. Remont budynku na zewnątrz szedł pełną parą, w porządku, nic jednak nie zapowiadało, że wejdą do środka w tak ekspresowym tempie bez uprzedzenia. I o to ostatnie mam pretensję, nie o co innego. Rano przechodziłam z psami obok sklepu i nie było żadnej informacji, żadnej, że od dziś zamknięte (to było w środę). Wzięłam wózek, listę zakupów dość pokaźną – tak wypadło – i … zastałam informację, że zamknięty sklep z powodu remontu. Zaklęłam brzydko i głośno. Na usprawiedliwienie mogę dodać, że nie ja jedna. Cóż było robić, powędrowałam kawałek spory do następnej Biedronki. Rozsiadły się w okolicy dość licznie. Co innego jednak pokonywać taką drogę z psiakami idąc na spacer a co innego po zakupy i z powrotem. Ale… ja lubię sama chodzić do sklepu, Mąż jest delegowany tylko w sprawie konkretnych przedmiotów ewentualnie ciężkich w rodzaju zgrzewki wody mineralnej.

Dziś już piątek, zleciał tydzień jak z bicza strzelił. Na jutro zapowiadają 20 st., jeśli nie będzie padało planuję prace w ogródeczku. Teraz jest leciutka mżawka, nawilży roślinki, które z ziemi wychodzą. Bez ma coraz większe pąki, hortensja wypuszcza listki, tulipany się pokazały, nawet trzy krokusiki znalazłam:)

Wyszukałam fotkę Browusia, taki był podobny do Pana Psa Quattro, tylko mniejszy. Teraz śpi wśród innych zwierzaczków w Koniku Nowym.

To jest nieostrzyżony Browar na Ursynowie

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

Wiosny dzień pierwszy

Tak wygląda wiosna w Szczawnicy. Wprawdzie nie w tym roku ale co za różnica? Zawsze jest cudnie. Tu widać kwitnące jabłonie, więc to musiało być dużo później zrobione zdjęcie. To jedna z naszych ulubionych tras spacerowych, zaraz za osiedlem idąc w stronę Czardy, czyli karczmy, którą polubiliśmy od pierwszego pobytu. Można do niej dojść podczas każdej pogody, jest w naszej części miasteczka, więc często tam wpadamy kiedy odwiedzamy naszą ukochaną Perłę Pienin.  Ponieważ dziś jest pierwszy dzień astronomicznej wiosny życzę pogody i piękna wokół Was takich jak na fotce a do tego ASTRONOMICZNIE dużo radości i cudownych chwil przez całą wiosnę:)))

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze

Jadę do Szkrabusi :)))

Lubię wymyślać imiona i nazwiska nowym bohaterom. Trochę to trwa, mam mgliste pojęcie kim dana osoba ma być, wiem tylko po co jest potrzebna, z kim ma wejść w związek bo mi akurat kogoś takiego brakuje. Przeglądam kalendarz, czytam imiona a gdzieś w mózgu kłębi się coś na kształt mgły, stąd mgliste pojęcie;) Nagle trafiam na jakieś imię, przy nim samorzutnie pojawia się nazwisko i koniec. Nie mogę już niczego zmienić. Ten „byt” zaczyna żyć własnym życiem, wyglądać, mówić, sam określa kim jest i co robi. Śmieszne, ale tak jest naprawdę, choć nikt normalny w to nie uwierzy:)
Między działaniami związanymi z przenoszeniem bloga a uczeniem się funkcjonowania w nowym miejscu myślałam intensywnie, że muszę znaleźć partnera dla Marysi Barteckiej. Jeśli przeczytałyście „Pasma życia” to wiecie, że mówię o córce Winicjusza. Jeśli nie – zapraszam do lektury, jest na blogu. Właśnie przed chwilą mnie olśniło i zdradzę, że nazywa się Hubert Klonowski i ja na to nic nie poradzę. Imię musiało być na literę „H”, nazwisko pojawiło się samo i koniec, kropka, tak musi zostać.
W sobotę wiało przeokropnie, szkód na szczęście nie było, pojemnik na śmieci turlał się tylko pod wpływem powiewu mimo, że obciążyłam go kawałkiem drewna, widocznie za lekkim. Mały wpadł na chwilę, która miała być krótka lecz się wydłużyła. Wykorzystałam dziecko do rozgryzienia zagadki: dlaczego nie mogę komentować u Ewy Jasnej choć przedtem mogłam. Okazało się, że coś pokręciłam z hasłami i chłopcy obaj – bo Duży przy telefonie – jakoś to odkręcili. Pytań mam jeszcze mnóstwo lecz nie wszystkie za jednym zamachem mogę stawiać. Po pierwsze – jak za dużo to i tak nie pojmę i nie zapamiętam, pokręcę nawet jak zapiszę. Po drugie zaś – i tak niezaplanowanie zajęłam zbyt dużo czasu tak cennego w weekend dla pracujących przez cały tydzień. Ale co ja bym bez chłopców zrobiła? Nic, zupełnie nic.
A dziś już wtorek rano. Wczoraj byłam u Calineczki, zaraz też jadę. Piękne słońce świeci lecz chłodno jest, ręce mi zmarzły bez rękawiczek ale nic to, jest pięknie. Jeden stopień na plusie, psiaki załatwiły swoje sprawy, obiad z wczoraj został to Mąż odgrzeje. Mogę spokojnie jechać „na służbę” do malutkiej, najukochańszej Szkrabusi:)))

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 11 komentarzy

Pasztet z selera z migdałami

Obiecałam Ewie wypróbowany przepis na pasztet z selera. Lubiłam zawsze przeglądać książki z przepisami. Kolorowych broszurek-zeszycików w rodzaju „Przepisy czytelników”, „Przyślij przepis” itp. mam mnóstwo, namiętnie je kupowałam w pracowym kiosku
przewidując, że na emeryturze to już mało co sobie kupować będę, a ponieważ przepisy są ponadczasowe, dobrze robiłam. Książek oczywiście też mam masę, bo to jedyne dobra, które od dzieciństwa lubiłam najbardziej. Największą radością było na każdą okazję w
rodzaju imieniny, urodziny itd. otrzymać nową. Myślę sobie, że nawyk czytania wynosi się w pierwszym rzędzie z domu. Z tatą nurkowałam po księgarniach od najwcześniejszych lat, od zawsze – jak pamiętam. Z mamą wyrywałyśmy sobie książki, bo czytałyśmy te same.
Zobaczywszy „Winnetou” w księgarni potrafiłam przez całe miasto przebiec do domu (to było w Opolu, na początku podstawówki), żeby wziąć pieniądze (swoje uzbierane na książki) i kupić. Kochałam się wtedy w wodzu Apaczów, wymyślałam jakim sposobem ocalał
(oczywiście ja go od śmierci uratowałam, jakby inaczej;) ), przetrzymywałam książkę z biblioteki szkolnej nie mogąc się z niż rozstać.
Kupiłam wtedy i od tej pory miałam swojego Winnetou. Mam ten sam egzemplarz cały czas. Wprawdzie schowany w pudełku bo się rozpada ze starości, ale jest. Tak samo „Baśnie z 1001 nocy”, które od mamy dostałam będąc u babci w Tenczynku, jeszcze zanim poszłam do szkoły.
I się rozgadałam. Gadać to ja mogę „na piśmie”, używanie strun głosowych mnie męczy i ogólnie nie posiadłam zdolności oratorskich.
Miałam przecież tylko podać przepis na pasztet. No to podaję:)

Pasztet z selera i migdałów

– 2 duże selery korzeniowe
– duża cebula
– 3 łyżki oleju
– 30 dkg migdałów
– 2 łyżki musztardy sarepskiej
– 2 jajka
– olej i bułka tarta do formy
– sól, pieprz

1/ seler i cebulę pokroić w kostkę, przesmażyć na oleju
2/ migdały zalać wrzątkiem, po kilku minutach odcedzić, obrać ze skórki, dodać do selera z cebulą, zmiksować
3/ do powstałej masy dodać musztardę, jajka, przyprawy, dokładnie wymieszać
4/ keksówkę natłuścić olejem, wysypać bułką, piec 40min/ 180 st.

Upiekłam ten pasztet Małemu na jakąś okazję, w formie z Ikea w kształcie serca. Wyszedł smaczny i dał się pokroić.

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 30 komentarzy

Wzdłuż Dunajca

Zdjęcie z dunajcem

Dunajec

Dawno, dawno temu zanim jeszcze Polska weszła do Unii, podczas pobytu w Szczawnicy  wybraliśmy się z Mężem piechotą do Czerwonego Klasztoru na Słowacji. Idzie się wzdłuż Dunajca przepiękną Drogą Pienińską i nadziwić się nie można, że takie cuda są na świecie. Właśnie idąc tamtędy robię najwięcej zdjęć, nie mogę się oprzeć. Poszliśmy więc z myślą, że wrócimy sobie spokojnie i wygodnie słowacką tratwą, bowiem właśnie tam jest przystań słowackich flisaków, którzy dopływają do Leśnicy graniczącej ze Szczawnicą i stamtąd ciężarówkami zawożą tratwy z powrotem do przystani obok Czerwonego Klasztoru. Przeszliśmy sobie w dobrych nastrojach ok.12 km – bo taka jest mniej więcej odległość. Pogoda piękna, widoki również, nasze wzajemne towarzystwo nam wystarcza w zupełności ponieważ oboje nie jesteśmy gadułami, w perspektywie obiad w karczmie – jednym słowem żyć nie umierać.  Dotarliśmy wcale się nie spiesząc i… okazało się, że ostatnie tratwy już popłynęły bo tylko do 14-ej interes się kręci. Nie było jeszcze kładki nad rzeką łączącej Polskę ze Słowacją, jedyną drogą powrotną była ta sama Droga Pienińska, którą przybyliśmy. W międzyczasie pogoda spłatała figla, rozpadało się i piechotą wracaliśmy w deszczu kolejne 12 km. Kiedy dotarliśmy na polską stronę nie wytrzymałam, padłam i do domu wróciliśmy taksówką. Na myśl, że mam przed sobą jeszcze spory kawałek pod górę zwątpiłam i poddałam się.  Jest co wspominać:)))

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 24 komentarze

Hurra, udało się!!!

Tratwa na Dunajcu

To jest całe zdjęcie, z którego fragment widać na stronie głównej, tylko taki pasek się zmieścił. Nie wiem dokładnie jak udało mi się je tu wstawić, ważne, że się udało. Muszę poćwiczyć. Jak Wy podpisujecie fotki, że podpis widać? Zdjęcie sama robiłam, Dunajcowi zresztą dużo zrobiłam, jest tak piękny, że mu się należy.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

Rekordowy rekord

Tradycyjnie już 8 marca Jurek Owsiak podał sumę zebraną podczas styczniowego finału WOŚP. Tym razem ze świętem radości, wspólnoty, świętem pomagania łączy się wspomnienie tragicznego wydarzenia, morderstwa będącego wynikiem dopuszczania do swobodnego, bezkarnego wyrażania nienawiści oraz zachowań w publicznej sferze życia promujących tę nienawiść do wszystkich „innych”; do promowania wręcz mowy nienawiści, która padła na podatny grunt powodując śmierć. Pominę dalsze wywody, wszystkie myśli powstające w związku z tamtym wydarzeniem, z powodami jego zaistnienia…
Najważniejsze, że okazaliśmy się hojnym społeczeństwem, dobrym, pięknym narodem wspierającym dobre przedsięwzięcia w dobrym celu na przekór ciemnym stronom mocy. Rekord został pobity, zebrano dokładnie 175 938 717, 56 zł. Czyli prawie 176 milionów. Musiałam liczyć te cyferki, żeby prawidłowo odczytać. Jak już odczytałam to się baaardzo ucieszyłam, ileż dobrego można dzięki temu uczynić, ile istnień uratować, maleńkich serduszek sprowokować do bicia… łza się w oku kręci z radości i jednocześnie przysłowiowy nóż się w kieszeni otwiera na myśl o tych, którzy kłody rzucają i kalumniami ciskają, by ten piękny projekt zohydzić i zniszczyć.
Akurat pisałam te słowa w niedzielę podczas programu „Twoja twarz brzmi znajomo” i w tym momencie Antek Smykiewicz zaśpiewał „The Sound of Silence”, niesamowity utwór, który właśnie z tym ostatnim finałem WOŚP i wydarzeniami późniejszymi stał się nierozerwalnie połączony, nabrał specjalnego znaczenia, wzruszenie też mnie ogarnęło  na wspomnienie nieprzebranych tłumów żegnających swojego prezydenta…
Ten rekordowy wynik daje nadzieję na przyszłość, na to, że Jasna Strona Mocy jeszcze nie zginęła, jest i żyje:)))

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 22 komentarze

Daj chłopu zegarek


Pożegnałam się z bloxem. Pożegnalny wpis ma nr 555. Zupełnie przypadkiem tak wyszło.
Nie rozpoczynam jednak czegoś nowego tylko kontynujuę, ponieważ udało mi się przenieść zapiski i dzięki temu mogę zachować ciągłość. Problemem pozostaje strona techniczna i ten stan pewnie będzie jeszcze trwał długo. Ważne, że podstawy opanowałam, na szczegóły mam czas. Początki są zawsze trudne. Jak sobie przypomnę początki korzystania z karty do bankomatu to pusty śmiech mnie ogarnia. Tak bardzo się bałam, że coś zrobię źle, że mi bankomat połknie kartę, że pomylę cyferki, że …. oj, dużo tych „że” było. Z koleżanką Morelką wracałyśmy razem z pracy idąc na przystanek a po drodze mijałyśmy bankomat (nazywany przez nas ścianą płaczu). Wtedy, gdy zachodziła potrzeba skorzystania z owego strasznego urządzenia szłyśmy razem dla dodania sobie odwagi. Ileż emocji nam wtedy towarzyszyło, ale jakoś dawałyśmy radę. A dziś z bankomatu korzystam prawie bezmyślnie, odruchowo, nie zastanawiając się, tak samo płacę kartą w kasie sklepowej. Mam więc nadzieję, że poruszanie się w tym nowym miejscu z czasem opanuję w stopniu wystarczającym. 

Przed chwilą przeżyłam komputerowy horror. Chciałam wrzucić to napisane powyżej ale – się nie dało. Jakbym się znalazła na obcej planecie nie znając języka i widząc w innym wymiarze niż mieszkańcy. Coś mi latało, skakało, jak dotknęłam klawiatury to te wszystkie robaczki robiły co chciały, nie byłam w stanie niczego opanować. Poryczałam się z bezsilności a tu się okazało, że moje kochane dziecko uaktualniło program czy coś. Błagałam, żeby wrócił do starego, który już umiem obsługiwać i na szczęście się udało. Uff… daj chłopu zegarek to go będzie kłonicą nakręcał…

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy