Ćwierć wieku minęło jak jeden dzień…:)))

Dziś mamy z Mężem swoje święto i z tego powodu wyciągnęłam wierszydełko powstałe dawno temu. Może nie do końca jest aktualne 😉  w myśl słów: – „kocham Cię bardziej niż wczoraj ale mniej niż jutro” – nie wiem czyje one są ale prawdę mówią 🙂

Jesteś dla mnie łykiem świeżego powietrza,
podmuchem chłodnego wiatru w upalne południe,
cichym głosem słowika w czerwcowym zagajniku,
kroplą rosy na liściu mieniącą się cudnie.

Jesteś mi odpoczynkiem, ucieczką od stresu,
moją w świecie ostoją i moim wytchnieniem,
to do ciebie myślą co wieczór uciekam
przed życiową gonitwą, koszmarnym zmęczeniem.

Jesteś niczym zapięcie na srebrnym łańcuszku,
gwiazda co na granacie nieba jasnością zachwyca,
pajęczyna misternie utkana i rozpięta w lesie,
co lśni i migoce w poświacie księżyca.

Ileż jeszcze określeń mogłabym napisać,
ile porównań, ile różnych słówek!
Na pewno więcej niżeli w skarbonce
zdołałam uzbierać złotówek.

Jedno, kochany, powiedzieć ci mogę
z całkowitą, absolutną pewnością:
tylko dzięki temu, że tu jesteś
nieźle radzę sobie z codziennością.
30.09.2003

Najlepiej radzimy sobie oboje … gdzie? Oczywiście, w naszym ukochanym miejscu na ziemi czyli w Szczawnicy 🙂

snując się we mgle w Parku Górnym 🙂

albo w pełnym słońcu wracając do Osiedla 🙂

i życzymy sobie zawsze Gwiazdki Pomyślności, aby nigdy nie zagasła  🙂

i świeciła pełnym blaskiem 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, wierszydełka | 43 komentarze

Wtorek i jesienne Pieniny

Zimno było w niedzielę wieczorem i w poniedziałek i dziś rano też, ciepłe kurtki wyjęte co mnie wprawia w przygnębienie. Ja chcę, żeby było ciepło!!! Wiem, że w każdej sytuacji należy szukać pozytywów. Na przykład w tej można się cieszyć, że kurtki są bo mogłoby ich nie być, mogłyby zmienić właściciela albo się podrzeć na płocie, albo cokolwiek innego. Dobrze więc, cieszę się, że są…. ale w dalszym ciągu pragnę ciepła i słoneczka!!! Mówili w tv, że arktyczne powietrze odpływa znad Polski, może się sprawdzi prognoza.
Byłam dziś u pani dr, poszłam pełna obaw ale okazały się niepotrzebnie 🙂 Wzięłam różne papiery, uzupełniła pani kartę, rzuciła okiem na stare badania i dała skierowanie na nowe. Jutro rano pójdę zrobić, kupiłam glukozę, wezmę książkę do czytania bo podobno 2 godziny
spędzę w przychodni. Pani dr podejrzewa ukrytą cukrzycę, trzeba sprawdzić.
Babcia D. jest – niestety – w gorszej formie, trudno się z nią porozumieć, jedzenie to znów sprawa problematyczna, przyjmowanie leków tak samo. Dopóki było ciepło siedziała w ogródku, przebywanie na łonie natury dobrze na nią wpływało, jak zresztą na każdego. Teraz nadeszła pora spędzania czasu głównie w domu i należy się przeprogramować na jesień.
W dalszym ciągu konsekwentnie prowadzę odwyk od tv 🙂 Nie wróciłam do oglądania seriali, zresztą teraz mamy niestający serial przedwyborczy, który potrwa do niedzieli. Podobno ma być ładna i ciepła, tym bardziej powinniśmy wszyscy wybrać się na spacer by przy okazji wejść do lokalu wyborczego i oddać swój głos, aby go nie stracić.
Nasza Polska jest przepięknym krajem co widać na każdym kroku i dlatego dziś przypomnienie (sobie) i pokazanie (Wam) wczesnojesiennych okolic mojej ukochanej Szczawnicy.

Chciałoby się tak iść i iść w stronę słońca…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 16

Kwiecień

Stenia wróciła z sanatorium. Pierwszy raz zostawiła samego męża z chłopcami i była uszczęśliwiona, że po powrocie zastała ich wszystkich żywych oraz całych i zdrowych. Że bałagan w domu, że nic znaleźć nie można, że wszystko brudne i na gwałt domaga się prania – to nic. Ważne, że żyją. Dopiero skórka od banana doprowadziła ją do wściekłości. Leżała na podłodze i nie byłoby w tym nic dziwnego, czasem się to zdarza skórkom nie tylko od banana lecz… spadła tam przed samym wyjazdem Steni. Ziutek nie zrobił nic, kompletnie. Na zbiórce u Magdy dzieliła się powyższymi spostrzeżeniami co do stanu mieszkania.

– I wiecie co usłyszałam? Marcin powiedział, że go zęby bolą, bo się nasprzątał. A na to Ziutek odpowiedział, że jego nie bolą, bo on nie sprząta! Myślałam, że mnie szlag trafi!

– Dobrze, dobrze, uspokój się, zrelaksuj… bo jak jest tutaj to my dobrze wiemy. Lepiej opowiedz jak było tam gdzie nas nie było – przerwała Danusia utyskiwania Steni na temat warunków zastanych w domu po powrocie. – Pokaż zdjęcia.

– Ten się do mnie doczepił, o ten –  wskazała Stenia mężczyznę na fotografii.

– I bardzo dobrze. Nie wiesz po co ludzie jadą do sanatorium? – śmiała się Magda.

– Zgłupiałaś? Mało mi jednego chłopa w domu? Poza tym miał strasznego zeza.

– Kto ci kazał drugiego chłopa brać do domu? – zdziwiła się Danusia. – Bigamistką chcesz zostać? A poza tym nie rozumiem w czym ci zez przeszkadza.

– Właśnie – przytaknęła Magda. – Przecież wtedy się zamyka oczy, po co ci jego zez?

– Głupie baby – roześmiała się Stenia. – Ja powiedziałam, że mam zazdrosnego męża i nie interesują mnie nocne spacery ani dancingi.

– Szkoda, że nie dodałaś, że jak przyjedzie to dopiero im wszystkim pokaże, taki z niego kawał chłopa – z żalem w głosie powiedziała Magda.

– Jakoś mało było tych chłopów – zauważyła Dorota dorwawszy się wreszcie do zdjęć.

– Gdzie mało? – wyrwała jej Magda zdjęcie z ręki. – Tu jeden, ten z zezem, a tam drugi, z brzuchem. I jeszcze był trzeci, o którego się baby grzałką pobiły.

– A ty skąd wiesz? Byłaś tam? Jaką grzałką? Zimną czy gorącą? – zarzuciła ją Dorota pytaniami.

– Coś takiego widziałam w telewizji – odezwała się Aldona.

– Coś ty, chora? Telewizję zaczęłaś oglądać? Coś ci się stało? – teraz Dorota całą uwagę skierowała na Aldonę. – Nie oglądałaś chyba ze dwa miesiące.

– Przypadkiem. Weszłam do pokoju i akurat było…  – zaczęła się tłumaczyć.

Głos Aldony zginął w zgiełku wywołanym przez  dzieciaki, które wróciły z występu grupy tańca utworzonej na kursie, na który wszystkie uczęszczały.

– Byliśmy w domu starców i gratis tańcyliśmy dla takich starusków jak ty, ciociu –  zwrócił się Kajtuś do Danusi.

– Jak ja? – zdumiała się Danusia.

– No, może trochę młodszych, jak ciocia Helenka – spróbował ratować sytuację Filip.

– Jak powiem Helci to się dopiero ubawi – zaśmiała się Aldona.

– A co, źle powiedziałem? – zdziwił się Filip, że one się dziwią. – Przecież ciocia Helcia ma długie włosy i nosi czasem kucyka jak Justyna, to chyba młodsza musi być. Ciocia Danusia ma krótkie włosy jak wszystkie staruszki tam miały…

– Filip, ja ci radzę, ty się nie pogrążaj – Magda zrobiła groźną minę.

– Ojej, mamo, nie pijesz wesołka to jesteś smutna – Filip próbował zmienić temat.

– Co on mówi? – zainteresowała się Aldona. – Czemu jesteś smutna?

– Jaka smutna, jaka smutna –  wciąż rozbawiona Danusia pokręciła głową. – Cały czas się chichrała.

– Zapomniałam przynieść sobie wiesiołka ze sklepu – wyjaśniła roześmiana Magda. – I patrz, jak to sobie mądrale wykombinowały. A ty, staruszko, czemu tak się cieszysz? Też ci wesołka przynieść?

– Mnie przynieść – wreszcie Dorota była w stanie się odezwać, bo Kajtuś puścił matkę, którą do tej pory ściskał z całych sił nie dając jej dojść do słowa. – Muszę się wzmocnić, bo już chwilami mi siły brakuje. Jutro muszę iść z małym do laboratorium.

– Może nie trzeba mu będzie brać krwi – powiedział na pocieszenie Jędrek.

– No, pewnie sama poleci – domyślił się Filip.

– Ja się nicego nie boję – dumnie oświadczył Kajtuś wypinając chudą pierś. – Ja lubię pacyć jak mi krew biorą, tak fajnie sika.

– Wampir jesteś – zaśmiały się dziewczynki.

– Kajtusiu, jak to jest – spytała Magda, – że w szkole ty podobno wcale nie seplenisz, a po szkole tak

– Bo w skole musę się męcyć i spinać, a potem jus mogę być na luzie – spokojnie odpowiedział.

– A pani powiedziała, że byłeś niegrzeczny, słyszałem – odezwał się Jędrek.

– Wcale nie, klamies! Pani powiedziała, ze zachowuję się nonsalancko i mam niewłaściwy stosunek do naucyciela – sprostował najmłodszy w towarzystwie. – A to duza róznica.

– Bezapelacyjnie Kajtuś jest bohaterem wieczoru – oświadczyła roześmiana Stenia. – Ja z moim sanatorium wysiadam całkowicie. Z grzałkami czy bez.

– Wczoraj Kajtek ciągnął Jędrka na deskorolce – powiedziała Dorota. – Jakaś pani przechodziła obok i powiedziała do Jędrka, że słabo karmi swojego konia, bo taki słaby i chudy, więc go pomału ciągnie. A mały na to, że nie może szybciej ciągnąć, bo mu się kręgosłup rozleci.

– No właśnie, ciocia – wtrąciła się Justysia. – Czym ty karmisz Kajtka, że taki chudy?

– Łyżką – z uśmiechem odpowiedziała Dorota.

– Ciocia to tak zawsze – chórem odpowiedziały wszystkie „ciotki” wiedząc, co usłyszą z ust dziewczynki, która najpierw się naburmuszyła, ale zaraz uśmiechnęła i pobiegła do Stokrotek.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Kwiatki dla Ewy :)

Ponieważ Ewa- Śmieszka miała urodziny, o czym wcześniej nie wiedziałam, z najlepszymi życzeniami dla niej kwiatki dzisiaj są 🙂

Ewciu!!!

Sto lat w zdrowiu, szczęściu i radości bez smutków żadnych oraz przykrości 🙂 🙂 🙂

Zabierałam się do notki od poniedziałku, parę słów skreśliłam lecz nie udało się do końca. Co chwilę coś wypadało, a  jak już miał być spokój to usypiałam i „po ptokach”. Poza codziennymi obowiązkami, czynnościami – a i przyjemnościami, nie powiem przecież, że ich nie ma 🙂 – pochłaniała mnie nowa powieść, w której z tyłu, z daleka machają znane postacie ursynowskiej „mafii”, lecz rzecz dotyczy całkiem nowego pokolenia. Częściowo jest to kontynuacja „Pasm życia”. Na razie jednak mnie „przytkało”, wena twórcza dobra rzecz, lecz na razie poszła precz 🙂 Wróciłam więc do „tu i teraz”.
Zaczął się październik. Cóż, zgodnie z kalendarzem, nic na to poradzić nie można. Bywa przepiękny gdy jest słoneczny, kolorowy, idzie pod rękę ze złotą jesienią i babim latem. Rozpadało się, rozwiało, wicher taki nadciągnął, że łamał gałęzie i głowy urywał, parasola nie pozwalał utrzymać w ręce. Taki był ostatni dzień września, najwyraźniej nie miał ochoty odchodzić by rok cały czekać na powrót nad naszą piękną krainę:)  A rano przyszła niespodzianka: stało się pięknie, słonecznie, bezdeszczowo – czyli październik się ucieszył, że już do nas zawitał 😉
Przez te gwałtowne zmiany obudziłam się przed świtem z bólem głowy, jakieś koszmarne myśli zaczęły po tej bolącej głowie krążyć, znów nie wiem co zrobić z lekarką pierwszego kontaktu, nie mam zupełnie ochoty na wizytę u tej, do której się przeniosłam rok temu (bo bliżej i mniejsze kolejki). Byłam tylko raz i wypadałoby się wybrać choćby po recepty i sprawdzić poziom sklerozy, czyli cholesterolu. Mam opór wewnętrzny i nie wiem czy warto go pokonywać czy po prostu iść gdzie indziej. Czy się przemóc i dać pani dr szansę?
W poniedziałek nacieszyłam się Calineczką 🙂 Byliśmy u niej z Mężem, jej mama poszła na zebranie do żłobka bowiem Krasnusia nasza kochana rozpocznie nowy etap w swoim dwuletnim życiu. Mam nadzieję, że sobie poradzi, samodzielna jest bardzo, energiczna, kontaktowa ale – bardzo związana z mamą. Pomalutku będzie się przyzwyczajała więc może bezboleśnie cała operacja przystosowania zostanie przeprowadzona. Oczywiście dziadkowie są w pogotowiu i awaryjnie służą pomocą. Tatuś Calineczki poszedł do żłobka mając półtora roczku i do wakacji ciężko było, płakał rano i w kółko pytał „pijdzie mama Ania?” potem już bezproblemowo się odnalazł. Wczoraj pilnie słuchaliśmy nowin w sprawie kredytów frankowych. Poza tym chodzimy – gdy nie ma deszczu na dłuższe spacery po południu, żeby nie stracić całkiem formy „złapanej” w Szczawnicy, nawet przebiec kawałek mi się udaje 🙂 Biegania nigdy nie lubiłam, lecz czasem trzeba, szczególnie rano do furtki na łąkę, gdy Skitusiowi bardzo się spieszy 😉

Rozchodniki to są pancerne kwiatki, radzą sobie bez względu na warunki dlatego mam ich dużo. Rosną po wetknięciu w ziemię, w wodzie puszczają korzenie natychmiast, są niezastąpione 🙂

Zdjęcie z zeszłego roku, teraz winobluszcz dokładnie zarósł całą siatkę i świetnie chroni ogródeczek przed oczami przechodniów

Z ciekawostek „z innej beczki” jeszcze dodam, że w mojej Biedronce – pewnie w każdej innej też – są przeceny, wyprzedaże i nabyłam dżinsy za 15 zł. para i leżą bdb. Poleciałam więc następnego dnia i wygrzebałam jeszcze 2 pary w moim rozmiarze. Ucieszyłam się, ponieważ chodzę tylko w dżinsach. Przed odejściem na emeryturę zamówiłam w Bon Prixie kilka par takich najtańszych na „po domu” i właśnie się wydarły, dlatego się rzuciłam na biedronkowe 🙂 I jeszcze kupiłam tackę pod psią miskę, bo Skituś okropnie chlapie wodą kiedy pije.

A taką ma niewinną minkę 🙂 🙂 🙂

Dobrego weekendu i odpoczynku Wam życzę, a kolejny odcinek perypetii Aldony  jutro rano będzie.  Macham serdecznie i z rozmachem 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

Szczawnickie wspominki – 3

Józef Szalay zmarł w 1876 r. Właścicielem Zakładów Zdrojowych w Szczawnicy została Akademia Umiejętności w Krakowie. Stało się to na podstawie testamentu Józefa Szalaya, na mocy którego Akademia miała obowiązek wypłacania połowy czystego dochodu Zakładu synom Józefa, Tytusowi i Władysławowi. Dobra dominialne zgodnie z testamentem przeszły na własność synów testatora. Zahamowaniu uległy inwestycje w zdrojowisku, zmniejszyły się dochody. Mimo to wybudowano „Dworzec Gościnny” oraz dokończono rozpoczętą przez Szalaya przepiękną Drogę Pienińską prowadzącą wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru na Słowacji.
Akademia Umiejętności wydzierżawiła Górny Zakład Feliksowi Wiśniewskiemu. Był rok 1893, kurort ubożał, nadszedł czas stagnacji. Trwała taka sytuacja do wygaśnięcia dzierżawy w 1909 r. Zakład został wtedy przez Akademię sprzedany hrabiemu Adamowi Stadnickiemu. Rok później skończył się termin dzierżawy Dolnego Zakładu Zdrojowego. Stadnicki odtąd stał się jedynym właścicielem uzdrowiska.
Jego działalność przyniosła szybki rozwój uzdrowiska przypadający na okres międzywojenny. „Wyremontowano wtedy większość domów zdrojowych, zbudowano nowe ujęcia wód, rozszerzono Park Górny o teren Połonin. W latach 1933-36 wybudowano nowoczesne Inhalatorium wyposażone w pierwsze w Polsce komory pneumatyczne. Poważną inwestycją lat trzydziestych była tez budowa komfortowego sanatorium „Modrzewie” oraz przeprowadzenie kanalizacji uzdrowiska. Rozpoczęto też elektryfikację stawiając w 1935 r. elektrownię. Szczawnica znów stała się popularnym kurortem. Mimo konkurencji pobliskiej Krynicy frekwencja wynosiła 5 000 -10 000 gości w ciągu roku”.      („Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, Wydawn. REWASZ, Pruszków 2000)
Niestety, wielkie plany rozwoju uzdrowiska upadły w obliczu kataklizmu jaki przetoczył się przez Polskę w postaci II wojny światowej.

Inhalatorium przy którym można kręcić filmy o akcji toczącej się w latach 30-tych

Inhalatorium w porannej mgle

Pięknie, prawda?

To samo miejsce kilka kroków dalej

 

Tyle zostało po spalonym Dworku Gościnnym, który na powyższych fotkach pięknie prezentuje się już po odbudowie

Szilka zastanawia się czy odwiedzić „Modrzewie”, zdecydowanie jednak wybrała spacer po Parku Górnym

Prawdziwy twórca uzdrowiska

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 15

– Aldona, gdzie ty byłaś? – zapytała Jola. – Szukała cię pielęgniarka, masz iść do ginekologa.

– Masz babo placek, a tam po co? – jęknęła zdegustowana Aldona. – Do ortopedy to zrozumiałe, bo mnie kręgosłup szyjny okropnie boli, ale do ginekologa?

– Oj, nie marudź, wszystkie musiałyśmy przez to przejść. Teraz na ciebie padło. Wiesz, oni tu naprawdę robią wszystkie badania.

– Wiem, rozumiem, doceniam. Ale entuzjazmem nie pałam, uważam, że to zbyteczne.

– Chodź, odprowadzę cię i zaczekam. Chcesz?

– Pewnie, raźniej mi będzie.

Z głębi korytarza dał się słyszeć głos pielęgniarki.

– Pani Aldono, czekamy.

– Już idę – zawołała i mruknęła – tylko nie wiem po co.

– Nie mrucz, tylko chodź – Jola przywołała ją do porządku. – Lepiej zapobiegać niż leczyć.

– Co racja to racja – zgodziła się Aldona.

Jola została na korytarzu czekając na towarzyszkę szpitalnej niedoli. Upłynęło sporo czasu zanim drzwi gabinetu się otworzyły i pojawiła się w nich Aldona jakaś inna niż weszła .Jakby przestraszona, oszołomiona, pobladła.

– O matko, co się stało? – zaniepokoiła się Jola. – Coś wykryli?

– Taaak, właściwie można to tak określić…

– Co takiego?

– Coś absolutnie niesłychanego…

– Co? Mówże wreszcie!

– Coś absolutnie nieprzewidywalnego…

– Ale co?

– Coś absolutnie nierealnego…

– Zwariuję zaraz…

– Coś absolutnie nie-moż-li-we-go…

– Kobieto! Co ci jest?!

– Jestem… jestem w ciąży – wypowiedziała Aldona te słowa jakby nie wierzyła w nie, nie rozumiała ich sensu i próbowała za wszelką cenę pojąć o co w tym wszystkim chodzi, bo ona naprawdę nie wie.

– Co? Jesteś w ciąży? – wykrzyknęła Jola. – Gratulacje! Słuchajcie – wołała do współlokatorek szpitalnych pokoi. – Aldona jest w ciąży!

Na korytarzu zaczęły się pojawiać różne postacie przywabione krzykami Joli.

– To chyba cię teraz na patologię przeniosą – skomentowała jedna z pacjentek.

– Sama jesteś patologia i tam się nadajesz – huknęła Jola.

– No co ty, ja tylko w trosce…

– To się nie troskaj. Obejdzie się. Dajcie jej usiąść, bo zaraz padnie.

Ktoś natychmiast przysunął fotel, ktoś inny przyniósł plastikowy kubek z wodą mineralną. Aldona wykonała kilka głębokich wdechów jak Teresa  kazała w stresowych sytuacjach. Powiodła wzrokiem po wianuszku otaczających ją twarzy, zajrzała we wpatrzone w nią oczy. Znalazła w nich tylko życzliwą ciekawość. Pomału zaczął do niej docierać sens słów lekarza.  Była w ciąży. Jest w ciąży. Jest w ciąży z Sergiuszem. Urodzi jego dziecko. Ich dziecko. Wspólne. Dziewczynki będą miały rodzeństwo. Może braciszka, może siostrzyczkę. Będzie miała dziecko. Ona, Aldona, będzie miała dziecko. Naprawdę???!!! Roześmiała się na cały głos. Wianuszek otaczających ją twarzy zareagował tym samym.

– Boże, będę miała dziecko! Rozumiecie? Będę miała dziecko Sergiusza! Jestem najszczęśliwsza na świecie!

Po pewnym czasie część osób wróciła do swoich pokoi, zostało kilka zaprzyjaźnionych już kobiet. W szpitalu szybciej nawiązuje się bliskie stosunki niż na zewnątrz. Tu warunki są inne, wobec choroby wszyscy zrównani, wszyscy tak samo cierpią, boją się, przeżywają podobny stres a to zbliża. Jola miała zalecenia aby nie spać w nocy, możliwie przez całą noc nie spać albo przynajmniej większą część, żeby rano można było zrobić badanie odzwierciedlające stan organizmu w konkretnych warunkach. Nie chcąc pozostawiać koleżanki samej wobec takiego wyzwania i dopomóc w spełnieniu lekarskiego zalecenia, kilka „dziewczyn” ofiarowało swoją pomoc. Postanowiły nie spać razem z Jolą i zrobiło się na oddziale bardzo wesoło. Pielęgniarka przyniosła kłęby waty i pokazała jak skręcać małe waciki, wrzucane potem do słoja i potrzebne bezustannie. Tym sposobem wykorzystany został z pożytkiem nadmiar energii tryskający z pań.

Aldona była pod takim wrażeniem usłyszanej wiadomości, że i tak nie usnęłaby za nic w świecie. Cieszyła się więc, że może tę noc spędzić pożytecznie i w zacnym gronie.

Postanowiła, że nikomu nie zdradzi swojej tajemnicy dopóki się da. Najpierw sama musi się oswoić z nową sytuacją, zaplanować przyszłość…

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Odwyk

Jestem na odwyku. Hi hi, to nie tak jak myślicie 🙂 Postanowiłam odwyknąć od telewizora a przynajmniej zmniejszyć z nim kontakt. W nowym sezonie, czyli po wakacjach, ani razu nie oglądałam żadnego z seriali, które lubię. Nie, to nie jest umartwianie się, lecz próba odzyskania czasu na inne sprawy, na które go zawsze brakuje. Jedynie „Taniec z Gwiazdami” w piątek i „Twoja Twarz Brzmi Znajomo” w sobotę biorę pod uwagę. Tym razem  byłam niezadowolona z wyników, bo kibicowałam innym osobom i wykonaniom w obu przypadkach. Ale oglądałam z przyjemnością 🙂
Wczoraj, w niedzielę, była taka piękna pogoda, że siedzenie w domu to po prostu grzech 🙂 Rankiem wprawdzie zmarzłam, nie przypuszczałam, że może być aż tak zimno. Lodowaty wiatr przenikał przez cienką kurtkę. W ciągu dnia ku mej radości zrobiło się ciepło jak latem. Przykro myśleć, że już się jesień zaczęła, choć taka jak w niedzielę mogłaby trwać i trwać aż do samej zimny.
Wróciwszy z popołudniowego wyjścia z psami usiedliśmy sobie w ogródku. Było ciepło, wiatr ucichł. Napoczęliśmy cytrynową nalewkę z 2013 roku. Wytrzymała dlatego, że siedziała sobie w garażu i nabierała mocy. Jest jeszcze aroniowa i pomarańczowa. Przydałoby się jakąś nową nastawić, oczywiście „dla zdrowotności, nie dla opilstwa” 🙂  Do tego kawa, placek drożdżowy wg przepisu Jotki. Podobno ochłodzenie idzie, należało się więc nacieszyć ciepłym, słonecznym dniem.
W ogródku kwitną groszki, rozchodniki, aksamitki, trawa odżyła po deszczach, dzikie wino zaczyna się przebarwiać i wygląda bajecznie. Niestety, bukszpany muszę spisać na straty. Zeżarły je obrzydliwe gąsienice zanim się zdążyłam się zorientować co się dzieje i krzaczki uschły. Przed wyjazdem ucięłam kilka gałązek i wstawiłam do wody z nadzieją, że puszczą korzenie. Już tak kiedyś zrobiłam z powodzeniem. Teraz posadzę je w donicach na tarasie, może tu ich nie dopadnie żadna zaraza.

Dziś słońce nad laskiem wstawało w postaci ogromnej, czerwonej kuli, wydawało się, że będzie ładny dzień, podobny do wczorajszego. Jednak chyba nie, zdążyłam dać psiakom śniadanie, ugotowałam jajka na twardo dla nas, zalałam sobie kawę – tym razem „normalną” plujkę, tak mi się zachciało. Usiadłam, włączyłam Lapcia, odpowiedziałam na miłe słowa Myszki pod „Po co wróciłaś, Agato”, którą to powieść Myszka aktualnie czyta  i spojrzałam przez okno. A tam – niebo zasnute chmurami! I po lecie 🙁

W celu uprzyjemnienia jesieni – coś rozgrzewającego i smacznego 🙂

Placek drożdżowy wg przepisu Jotki, wilgotny i smaczny, na razie wyszedł za każdym razem, ale na pewno kiedyś go zepsuję 🙂

Zupa selerowa, w życiu bym nie pomyślała, że może być tak smaczna 🙂

Zapiekanka cukiniowa z pomidorami, zrobiłam skuszona wcześniejszym wpisem Ervi i komentarzem LC

Odwyk odwykiem – ale od zachwycania się Szczawnicą nie odwyknę nigdy 🙂

Są to widoki dosłownie kawałek za osiedlem. Czyż można się nie zachwycać? Co krok wyłania się nowy obraz co widać dokładnie na dwóch ostatnich zdjęciach. Pierwsze jest troszeczkę dalej idąc w stronę „Czardy”.

Mimo jesiennego nieba życzę Wam ciepła i dobrego tygodnia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 42 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 14

    Marzec

    Miejsce w szpitalu wreszcie się znalazło. Będąc w pracy  Aldona odebrała telefon z informacją o terminie. Dorota oferowała swe usługi jako kierowca. Przyjechały do szpitala z dziewczynkami, które koniecznie chciały matkę odprowadzić i zobaczyć jak jej tam będzie. Z izby przyjęć – było przed ósmą – pielęgniarka zadzwoniła na oddział, ale telefonu nikt nie odbierał przez długi czas.

– Nie pracują – powiedziała, – jeszcze nie ma ósmej. Z tą neurologią to nigdy nic nie wiadomo.

Potem okazało się, że ubrania trzeba zostawić w przechowalni, nie wolno mieć ze sobą bo to taki specyficzny oddział.

– Hi hi – zaśmiały się Stokrotki. – Samych czubków będziesz oglądała. Przynieść ci aparat?

– Jak ty mówisz – oburzyła się Aldona. – Tak nie można, każdy chory ma swoją godność. A poza tym nie odróżniasz neurologii od psychiatrii.

– Nie muszę, nigdy nie będę lekarką – oświadczyła Inka.

– Ja też, zupełnie się do tego nie nadaję – poparła siostrę Linka.

Wreszcie wszystkie formalności zostały pozytywnie załatwione w czym wydatnie pomogła Dorota, jakby tryskająca z niej energia udzieliła się personelowi szpitala.

Aldona została sama w obcym miejscu, bez nikogo znajomego, bez żadnej bratniej duszy i do tego głodna jak wilk. Nie wzięła ze sobą żadnych spożywczych produktów. W pierwszej chwili czuła się zagubiona i osamotniona do tego stopnia, że bała się wyjść na korytarz z pokoju. Jedynym plusem był nieduży pokój, a nie ogromna, wielołóżkowa szpitalna sala. Śniadania nie dostała żadnego, dopiero załapała się na obiad w postaci zupy szczawiowej z jedną łyżką ziemniaków oraz – na drugie danie: ziemniaków, znów w ilości jednej łyżki,  z surówką.

Pierwsza noc okazała się koszmarem. Toaleta była w drugim końcu korytarza. Druga wprawdzie znajdowała się  naprzeciwko, lecz wspólna dla kobiet i mężczyzn, i na dodatek bez zamknięcia. Do damskiej toalety musiała przejść mijając chorych leżących na korytarzu,  obok otwartych sal, w których przebywali ludzie przykuci do łóżek bez możliwości ich opuszczenia. Szła ścigana spojrzeniami, które – takie miała wrażenie – przylepiały się jej do pleców, krępowały nogi, odbierały sprężystość rękom, powodowały szum w głowie.

Męczyła się przez całą noc próbując nie skrzypieć łóżkiem przewracając się z boku na bok, na wznak, na brzuch, na wszystkie możliwe części ciała. Gąbkowy materac był zbyt miękki, nie dawał oparcia, nie utrzymywał kręgosłupa, który wykrzywiał się niemiłosiernie, bolały kości i stawy. Do tego zatkał jej się nos, nie mogła oddychać, a bała się sięgnąć po krople zamknięte w szufladzie metalowej szpitalnej szafki, aby nie obudzić hałasem całego oddziału. Oddychała więc ustami co spowodowało okropną suchość w gardle, niemożność przełknięcia śliny. Do tego wszystkiego przez cały dzień kaloryfery były zimne, więc dwa koce, którymi opatuliła się od stóp do czubka głowy długo nie były w stanie jej rozgrzać. Z każdej drzemki budziły ją kroki słyszane z korytarza, dzwonki wzywające pielęgniarkę, wołania chorych. W krótkich momentach pół snu pół jawy – widziała Sergiusza. Wprawdzie zapowiedziała, że nie życzy sobie żadnych wizyt, nie potrzebuje, chce mieć święty spokój lecz prawdą jest, że gdzieś głęboko tkwiła nadzieja spotkania.

Następne dni były już zupełnie przyzwoite. Inne pacjentki pokazały nowicjuszce sklepy obok szatni, w których można było kupić coś do jedzenia, picia, ciuchy nawet, piżamy, kosmetyki i – oczywiście – upominki dla medycznego personelu.  Zaopatrzyła się w kawę, śmietankę w proszku i cukier. W pokoju w dalszym ciągu pozostawała sama, za ścianą zamieszkała Jola, która miała telewizorek, stolik i ciężką nerwicę. Poza tym była dobrą towarzyszką i urzędowały we dwójkę.

Smutno zrobiło jej się tylko w sobotę, w czasie odwiedzin, gdy do innych pacjentów przychodziły całe rodziny a do niej wpadły tylko Linka z teściową przynosząc potrzebne rzeczy. Inka miała w tym czasie zawody w szkole i nie mogła ich opuścić. Wsłuchiwała się w kroki na korytarzu by zgadnąć, czy przypadkiem ktoś do niej nie przyjdzie mimo zakazu. Miała dużo czasu na myślenie.

Cały czas sypał śnieg. Zima nie dawała za wygraną jakby chciała sobie odbić długotrwałą nieobecność. Nawet świecące przez cały dzień słońce nie mogło sobie dać rady ze śniegiem. Ledwie trochę się  roztopił, nazajutrz nasypało go z nieba drugie tyle. I znowu od początku powtarzał się cały proces. Śnieg w dzień topniał, nocą sypał. Zaczął się marzec, a śniegu było więcej niż w styczniu.

Ze szpitalnego okna widać było w oddali mnóstwo drzew o najprzeróżniejszej wysokości i kształcie. Kolor miały właściwie identyczny, taki szaroburozielonkawy. Blisko natomiast, pod samym oknem, dachy budynków przyszpitalnych sprawiały niemiłe wrażenie, w nocy wręcz upiorne. Czasem dym z wysokiego komina zakrywał wszystko rozpościerając się wzdłuż budynków, oddzielając brzydotę ludzkich budowli od piękna natury. Najbardziej rzucały się w oczy strzeliste topole, potem świerki,  reszta ginęła w plątaninie gałęzi.

Za drzewami stały normalne domki, nieduże, w których mieszkali normalni ludzie. Normalne kobiety mające normalnych mężów, na których mogą liczyć, normalne rodziny, normalne dzieci… Stop, kretynko! Dzieci to ty masz  najnormalniejsze, najlepsze na świecie!

Pokręciła Aldona głową z politowaniem nad własną głupotą. Jak można tak się dać ponieść negatywnym emocjom? Miała przecież z nimi walczyć. Przyrzekła sobie, że nie będzie się więcej nad sobą użalała.

Po korytarzu jechała na wózku Aga, młoda dziewczyna po wylewie, za nią szła pomału pani Wiesia, która przeszła udar. Oto gdzie dotarła rozpamiętując ciągle własne nieszczęścia. Do szpitalnego łóżka dotarła. Umiera teraz z niepokoju o rezultat badań i diagnozę, której jeszcze nikt nie zna. Wyczytała tylko „neurogenne uszkodzenie mięśni”, reszty nie zrozumiała. Zresztą pani doktor postanowiła powtórzyć badanie EMG i potem okaże się co dalej.

Ogromnie przyjemną niespodziankę sprawił stosunek lekarzy do pacjentów. Wbrew wielu dotychczasowym doświadczeniom ze światem medycyny konwencjonalnej okazało się, że panie – bo z paniami miała do czynienia – są miłe, sympatyczne i naprawdę starają się pomóc chorym. Aldona przyjrzała się pracy na oddziale i stwierdziła, że praca na neurologii jest chyba najcięższa. Przebywają tu głównie pacjenci leżący, po wylewach, udarach, porażeniach, sparaliżowani, nieruchomi albo pomaleńku uczący się na nowo mówić, chodzić, poruszać rękami i nogami. Albo kompletnie nieświadomi, leżący bez czucia i ruchu podłączeni do urządzeń pozwalających – głównie bliskim – mieć jeszcze nadzieję. Sprawiają  wrażenie jakby dusza już odeszła w zaświaty lecz jakaś nie do końca załatwiona sprawa co pewien czas ściągała ją na moment na ziemię.

Aldona miała dużo czasu. Nigdy dotąd nie znalazła się w podobnej sytuacji. Robiła na drutach kolorowe kwadraty, które zamierzała połączyć w jedną, dużą narzutę, czytała nadrabiając zaległości lekturowe, rozmyślała nad sposobem ułożenia przyszłości sobie i dziewczynkom. Przy okazji myślami wracała do swojego dzieciństwa i przeżywała od początku niektóre jego okresy.

Wielokrotnie analizowała stosunek matki do siebie. Miała już za sobą etap żalu, pretensji, buntu. Obecnie starała się na chłodno, o ile oczywiście było to możliwe, z dystansem przemyśleć raz jeszcze wszystko od początku, aby nie powielić nieświadomie błędów matki, aby przypadkiem nie zrobić krzywdy Stokrotkom, aby ich nie poróżnić lecz sprawić, by przez całe życie były sobie bliskie i znajdowały w sobie nawzajem oparcie wtedy, kiedy jej, Aldony, już nie będzie. Nigdy nic nie wiadomo, zaistnieć może przecież taka sytuacja w niewiadomej chwili, sama  niespodziewanie straciła rodziców. Gdyby nie ten nieszczęsny  wypadek zupełnie inaczej potoczyłyby się losy jej i dziewczynek. Jako dojrzała kobieta z pewnością znalazłaby z mamą wspólny język. Tato nie zostawiłby córki samej na pastwę losu, pomógłby wnuczkom. Niestety, nie miał nawet szansy dowiedzieć się jakie fantastyczne są dziewczynki, jakie do niego podobne. Gdyby żył, kochałby je bezgranicznie, była tego pewna. Łzy zakręciły się jej w oczach. Nie wykonała najmniejszego ruchu, żeby je obetrzeć. Pozwoliła spłynąć na koszulkę słonym kropelkom.

W ciągu dnia nie chodziła w piżamie. Zakładała legginsy i bawełnianą koszulkę, dopiero na to piękny welurowy szlafrok w kolorze amarantowym. Jeździły po niego z Magdą do hurtowni na Służewiec Przemysłowy. Wtedy zauważyła, że wszędzie tam, gdzie przedtem działały zakłady przemysłowe ( stąd nazwa dzielnicy) – zostały opustoszałe budynki, wymarłe obiekty, jedynie w niektórych pootwierano hurtownie. Patrząc na ziejące  smutkiem i pustką pozostałości po miejscach niegdyś ludnych i tętniących życiem pomyślała, że będzie dobrze jeśli kupi taki piękny szlafrok jaki miała Magda. Danusia i Stenia też – tylko w różnych kolorach – każda „dostany” w formie składkowego prezentu klatkowego na imieniny. No więc jeśli kupi – to wróci ze szpitala i będzie żyła dalej. Jeśli nie – trudno, wola boska i skrzypce, sprawę uważała za przesądzoną. Widząc stan ducha przyjaciółki Magda postanowiła żądany artykuł dostarczyć za wszelką cenę. Poświęciła sporo czasu dzwoniąc do wielu hurtowni i wreszcie trafiła, poprosiła o odłożenie, zaciągnęła tam Aldonę i dopiero wtedy odetchnęła z ulgą. Aldona wylądowała w szpitalu ze szlafrokiem oraz z nadzieją, że jeszcze wróci do domu.

Tak więc siedziała w fotelu naprzeciwko schodów i rozmyślała zalewając szlafrok łzami płynącymi bez przeszkód. Zupełnie nie zwracała uwagi na ludzi przechodzących obok niej. Tak już jest na neurologii, znajdują się tu ludzie o wrażliwości większej niż średnia krajowa i mają prawo do zachowania nieco odmiennego od przyjętego za normalne – pomyślała wracając do tematu rozważań.

Wkrótce po urodzeniu drugiego dziecka mama zawiozła Aldonkę do babci. Czteroletnia dziewczynka nie mogła zrozumieć co zrobiła tak bardzo złego, że mama przestała ją kochać, opuściła, wyrzuciła z domu po prostu zostawiając sobie nowego braciszka. Było jej oczywiście bardzo dobrze u babci. Babcia kochała ją i akceptowała, starała się zastąpić nieobecną matkę. Do końca swojego życia pozostała dla wnuczki najbliższym członkiem rodziny. Niemniej jednak mała Aldonka przeżyła ogromnie wywiezienie z rodzinnego domu. Tato pracował całymi dniami i właściwie nie miał nic do powiedzenia, rządziła mama. Mimo przywiązania do babci dziewczynka bała się zrobić cokolwiek samodzielnie, starała się być „cicha i bezwonna”, żeby tylko babcia nie przestała jej kochać i nie oddała z domu jak mama. Zachowywała się zgodnie z życzeniem babci – częściej wyobrażonym niż rzeczywistym – aby jej nie rozgniewać. Nie odważyła się sprzeciwić, zupełnie jak przygarnięty bezdomny psiak starała się wszystkim wokół przypodobać, żeby tylko babcia była z niej zadowolona.

Przyzwyczaiła się w końcu, zadomowiła, nawet rozpoczęła naukę w pierwszej klasie. I właśnie wtedy matka przyjechała i zabrała ją do siebie. Znów dziewczynka została wyrwana ze świata, z którym już się zżyła. Zmuszono ją do rozstania z babcią, koleżankami, ukochanymi miejscami, w które z babcią  lubiła chodzić na spacery, z króliczkami, które woziła w wiklinowym wózku dla lalek.

Zabrano ją w zupełnie obce miejsce, w którym długo nie potrafiła się odnaleźć. Siedmioletnia istotka nauczyła się głęboko skrywać swoje myśli i uczucia w obawie, że zostanie wyśmiana, skrytykowana, skrzyczana, że znów mama ją gdzieś wywiezie, jeśli będzie z niej niezadowolona. Czuła, że mama i tak woli brata, który siostry nigdy nie polubił pewnie dlatego, że nagle pojawiła się w jego świecie jako konkurencja do uczuć matki. Najwyraźniej czuł się zagrożony, bo Aldona pamiętała jak często w nocy się budził i pytał: mama, kochasz?

Wydawać by się mogło, że jako dorośli ludzie rodzeństwo powinno stać się sobie bliskie tym bardziej, że zostali sami po tragicznej śmierci rodziców. Niestety, mimo usilnych starań babci próbującej wnukowi przemówić do rozumu – nic z tego nie wyszło. W końcu Aldona zrezygnowała z prób nawiązania serdeczniejszych kontaktów i z bratową, i z bratem, gdy oświadczył po śmierci babci, że uważa ją za byłą siostrę. Po raz kolejny poczuła się odepchnięta, odrzucona, skrzywdzona, na dodatek okradziona nawet z pamiątek po babci. Zostało jej kilka książek i książeczka do nabożeństwa z 1908 roku jako wspomnienie jedynej istoty, która ją naprawdę kochała.

Mając dużo czasu na rozmyślania doszła do wniosku, że właśnie te fakty z dzieciństwa zaciążyły na jej całym dorosłym życiu. Nie potrafiła się bronić, zależało jej na opinii innych do tego stopnia, że czasem działała wbrew sobie, bała się sprzeciwić, na każde krzywe spojrzenie, krytyczną uwagę reagowała strachem, wewnętrznym dygotem, nieraz łzami. Uświadomiła sobie, że dopiero przyjście na świat córeczek obudziło w niej uczucia i siły jakich istnienia nigdy w sobie nie podejrzewała. Dwie maleńkie istotki zmieniły ją w lwicę gotową na wszystko w ich obronie, łącznie z przegryzieniem gardła wrogowi gdyby okazało się to konieczne. Zdobyła się nawet na stanięcie naprzeciw teściowej z podniesiona głową, wypowiadanie własnego zdania, wreszcie na wyprowadzkę od teściów do wynajętego mieszkania.

A teraz… teraz ma grono wspaniałych przyjaciół, tę cudowną, zwariowaną ursynowską   „mafię”, która przyjęła ją do swego grona niczym najlepsza, kochająca rodzina. Dziewczynki zyskały oddane „ciocie” i „wujków” oraz „mafijne rodzeństwo” i są szczęśliwe. Nareszcie są szczęśliwe tak jak powinny być dzieci. Zostawiły za sobą traumę związaną z kłótniami rodziców, dziadków oraz ze śmiercią ojca. Patrzą do przodu, uczą się, rozrabiają jak na szczęśliwe dzieci przystało i  – co najważniejsze – nie tylko kochają się jako siostry ale i przyjaźnią się ze sobą.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Różności

Czas powrócić do codzienności i rzeczywistości. W „pamięci wzrokowej” wciąż są jeszcze wakacje w górach, lecz cóż, na przepiękne krajobrazy nakładają się inne „obrazki”, aktualne, polityczne. Widać, że nadchodzą wybory, czuć, że się zbliżają nieuchronnie. Rzucają się w oczy wszędzie widoczne afisze, plakaty, banery kandydatów partii miłościwie nam panującej. Są w imponującej ilości i wielkości, nawet na całą ścianę budynku widziałam – ale nie starałam się zapamiętać ani gdzie to było ani kto się tak reklamował walcząc o głosy ewentualnych wyborców (za nasze pieniądze zresztą). W tej sytuacji los wyborów wydaje się być przesądzony. Tak zwany zwykły Kowalski, który dostaje „pińcet” razy ileś tam, który jeszcze przed otwarciem sklepu czeka na „kumpli od procentów”, by miło rozpocząć dzień – zapytany na kogo będzie głosował, odpowiada krótko.  „Na tego co wisi na płocie” – bo… bo go zna, wie jak wygląda, kilkakrotnie w ciągu dnia przechodzi obok płotu to traktuje jak kogoś znajomego postać z plakatu. Przedstawiciele Koalicji „wiszą na płocie” o wiele rzadziej. Kandydatów Lewicy widziałam dokładnie dwóch, zaś PSL widoczny był dopiero w świętokrzyskim. Ot, takie są spostrzeżenia zanotowane podczas jazdy z Małopolski na Mazowsze.
Druga uwaga to fatalne oznaczenia na drogach w sądeckim. Z atlasem samochodowym w ręce trzeba uważnie śledzić mijane miejscowości, nigdzie nie ma tablicy wskazującej kierunek na Warszawę. Mąż doszedł do wniosku, że to specjalnie, na złość, ponieważ warszawiaków nikt tam nie lubi więc niech się męczą i błądzą jak nie chce im się jechać główną drogą tylko zachciało im się omijać Kraków. Dopiero w Koszycach była strzałka na W-wę i stwierdzam, że DK (droga krajowa) nr 79 jest bardzo dobrze oznaczona. Jest tez piękna, malowniczo się wije wśród pól i lasów, mija śliczne domki.
Babcia D. w Szczawnicy ani razu nie mierzyła ciśnienia, nie narzekała, że się źle czuje, wstawała rano, jadła normalne posiłki, chodziła na spacery. Po powrocie – od razu zmierzyła sobie ciśnienie bo zobaczyła ciśnieniomierz i jej się przypomniało, odczyt jej się nie podobał
choć był prawidłowy i nastąpiła powtórka z rozrywki… Stawała się coraz bardziej splątana, rozpakowała torbę po czym ją spakowała z powrotem, nie umiała oddzielić rzeczy brudnych od czystych, żeby je dać do prania, nie bardzo wiedziała co się wokół dzieje i myślała, że
wyjeżdża, nie pamiętała, że właśnie wróciła. Może podróż, w końcu jechaliśmy ponad 8 godzin, może zmiana pogody spowodowały nagłe pogorszenie samopoczucia. Dobrze, że pojutrze ma wizytę u prowadzącej pani neurolog.
W każdym razie uważam, że w Szczawnicy babcia D. była szczęśliwa i bez względu na wszystko cieszę się, że tam była.

Babcia D. na balkonie w Szczawnicy podczas rozwiązywania krzyżówek

Na spacerze podczas zejścia schodkami na pl. Dietla

Powrót do domu obok Dworku Gościnnego

Coś dziwnego – to jakiś grzyb! W życiu takiego nie widziałam. Może ktoś powie co to za cudo i jak się nazywa?

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 37 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 13

Nowa profesja bardzo się Magdzie spodobała. Szybko zapisała się na kurs zielarski, było to koniecznością, by móc pracować dalej. Przecież na farmację się nie wybierała, a jedynie jeszcze takie uprawnienia wchodziły w rachubę. Ukończyła kurs bez problemów, potem z zapałem bezustannie pogłębiała wiedzę. Zawsze robiła wszystko całą sobą, z oddaniem, z absolutnym zaangażowaniem. Całkowicie, bo połowicznie nie potrafiła. W krótkim czasie nawiązała kontakty z hurtowniami najlepiej zaopatrzonymi w produkty lecznicze dostępne bez recepty, zioła i ziołoleki, suplementy, zdrową żywność oraz kosmetyki oparte na surowcach naturalnych. Jeździła na drugi koniec miasta do sklepiku, w którym podjęła pracę. Poświęcała również sporo własnego czasu, który powinien być wolny albo przynajmniej odpowiednio wynagradzany finansowo. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Właściciel sklepiku bardzo sobie chwalił nową pracownicę lecz z docenieniem finansowym jakoś się nie spieszył. Podczas kilku przeprowadzonych na ten temat rozmów słyszała tylko obiecanki.  Cóż, „obiecanki to cacanki a głupiemu radość” – wspomniała stare porzekadło. A ponieważ za głupią się nie uważała, stwierdziła, że dość tego. Nie pozwoli się więcej wykorzystywać. Pozwoliła na to właścicielowi zakładu dziewiarskiego, który w podziękowaniu zwolnił wszystkie pracujące kobiety i zamknął zakład. Teraz nie pozwoli.

Zaczęła myśleć o otworzeniu własnego sklepiku. W najbliższej okolicy nie było takiego asortymentu skumulowanego w jednym miejscu. Rozglądała się za odpowiednim lokalem i  dopisało jej szczęście. W bloku Doroty zwolniło się jedno z trzech spółdzielczych pomieszczeń na parterze. Właściwie były to pomieszczenia zsypowe, lecz ponieważ zsypów  nigdy nie używano zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, pomieszczenia na dole oraz na każdym półpiętrze były przez spółdzielnię udostępniane lokatorom na składziki albo tzw. punkty usługowe różnorakie. I właśnie tu zadziałało szczęście Magdy.

Radości było dużo, głównie wśród damskiej części „mafii”. Panowie z Marcinem na czele zajęli się remontem, aby nowy sklepik mógł spełniać wszelkie wymogi placówki tego typu. Dziewczyny pod wodzą Doroty jako fachowca – oraz oczywiście przy pomocy dzieci – stworzyły tablicę reklamową, która następnie umocowana została nad sklepikiem.

Podczas naklejania napisu jedna z liter obsunęła się, po prostu wyłamała się z szeregu i nie można było jej odkleić bez uszkodzenia całości. Dorota zrobiła małą biedronkę, nakleiła na literę i efekt okazał się zadziwiający. Wyglądało jakby literka przewróciła się pod ciężarem sympatycznego owada. I sklepik zyskał nazwę „Pod biedronką”.

– Jak dobrze, że nie będę się musiała codziennie tłuc przez całe miasto – powiedziała Magda. – Wiecie, że moja własna córka na mnie napadła?

– A co jej zrobiłaś? – zaśmiała się Aldona.

– Rzuciła się ze słowami: o której to się wraca do domu! Jak o szóstej kończysz pracę, to gdzie do tej pory byłaś? Widziałyście coś podobnego? Będzie mnie rozliczała smarkula jedna.

– Oj ciociu, to przecież z troski, bo cię Justysia kocha  – powiedziała poważnie Monika.

Dziewczynki żartowały, że Monika, jako Biedroneczka, ma własny sklep. Okazało się, że był to wspaniały pomysł, strzał w dziesiątkę. Sklepik stał się punktem kontaktowym, miejscem spotkań, tymczasowego przechowania zakupów, przekazywania informacji oraz wspaniałym punktem obserwacyjnym. Każda z sąsiadek wracając z pracy przystawała na chwilę. Kiedy było zimno wchodziła do środka, gdy zaś pogoda pozwalała – Magda wystawiała na zewnątrz krzesła. Starsze klientki przysiadały dla odpoczynku, samotne – żeby porozmawiać, cierpiące – szukając porady. Członkinie ursynowskiej „mafii” podszkoliły przy okazji wiedzę z zakresu ziołolecznictwa i czasem zastępowały Magdę gdy musiała na chwilę wyskoczyć do domu czy na bazarek. Dzieci nieraz odrabiały tu lekcje czekając na rodziców.

Tak więc w sklepie Magdy odbywały się najprzeróżniejsze spotkania owocujące różnorakimi zdarzeniami. Kiedyś jedna z klientek powiedziała, że ma szczeniaka do oddania w dobre ręce, bo starej psicy trafił się nie wiadomo kiedy. Cóż, są ludzie charakteryzujący się kompletnym brakiem wiedzy i wyobraźni, pomyślała Magda i podzieliła się tą odkrywczą myślą z kolejną klientką, która przyszła do sklepu. Rozmawiały dłuższą chwilę. Było zimno, mokro i nikt więcej nie przychodził a klientka chciała się ogrzać, bo zmarzła. Przy okazji poskarżyła się na pustkę w domu powstałą po odejściu starego psa do psiego nieba. Magda natychmiast zareagowała i po dwóch dniach mały, czarny piesek znalazł nową, kochającą rodzinę na całe swoje życie.

Z radia płynął utwór zespołu Dire Straits. Chwilami muzykę zagłuszał warkot silnika samochodu podjeżdżającego pod sam blok.

– Gdyby mógł, kołami wszedłby po schodach – mruknęła Magda próbując zidentyfikować osobę zmierzającą do metra. Miała stąd świetny punkt obserwacyjny. Obok sklepiku przechodzili ludzie, bawiły się dzieci, plotkowały niewiasty. Trochę dalej schodami albo łagodnym zejściem, którym mogły się poruszać na wózkach osoby niepełnosprawne oraz matki z dziećmi w wieku „wózkowym”, mieszkańcy osiedla schodzili do metra. Wszystko widoczne jak na dłoni. Na zapleczu sklepiku, z kubkami kawy w rękach siedziały Aldona z Teresą pogrążone w rozmowie.

– Tak naprawdę Piotr wcale mnie nie poznał, zwyczajnie mnie nie znał.  Dopiero po rozwodzie stałam się sobą, takim pełnym człowiekiem. W sumie dobrze wyszło, bo gdyby pozostało jak było, ja nie miałabym możliwości rozwoju i przemiany. Piotr może teraz ma to, co jemu jest potrzebne do życia, a ja znalazłam swoje szczęście.

– Bo nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło – sentencjonalnie stwierdziła Magda zaglądając na zaplecze i podając Teresie słuchawkę sklepowego telefonu. – Właśnie to twoje szczęście dzwoni.

– Tak? Dobrze, niedługo będę, pa. Też cię kocham – oddała słuchawkę Magdzie.

– Słuchaj, już kiedyś poruszałyśmy temat ale wrócę, bo mnie ciekawi. Czy jeszcze porównujesz czasem uczucie do Piotra z tym obecnym? – spytała Aldona.

– Tak, myślałam o tym.

– I co?

– Jak by ci to wytłumaczyć…Hmm…Kocham Juranda nie dla siebie lecz dla niego… Jakby cała moja dusza kochała jego duszę… O rany, to brzmi idiotycznie. Chodzi mi o to, że obecne uczucie jest prawdziwe, dojrzałe, głębokie, wypełniające świadomość i podświadomość. To tak, jakbyśmy byli podłączeni do jakiegoś urządzenia pracującego na falach o jednej częstotliwości, bo jedno natychmiast odbiera zakłócenia u drugiego. Jest ogromna czułość, chęć bycia razem, służenia pomocą w każdej chwili bez względu na koszty własne. Ja „chcę” ale „chcę dla niego”, rozumiesz?

– Doskonale – skinęła głową Aldona. – Odzwierciedliłaś co do joty mój stan duszy, już kiedyś o tym wspominałyśmy. Właśnie takie uczucie mam do Sergiusza.

– A jeśli chodzi o Piotra, cóż, młoda byłam, zakochana. Poza tym, ja jestem taką panienką z dziewiętnastego wieku. Dom, mąż, dzieci, rodzina  jest podstawą życia. Jak się jedno posypie to cała reszta się psuje. Nie ma całości, nie ma harmonii…

– Chciałaś po prostu żyć w spokoju, jak człowiek – wtrąciła Aldona.

– Tak, ale mogłam ten czas zużyć na konstruktywne działanie, zrobić wtedy prawo jazdy, nauczyć się z głową prowadzić dom a nie improwizować…

– Jak improwizować? Przecież życie to jedna wielka improwizacja. O, jak to mądrze powiedziałam – zdziwiła się Aldona słysząc własne słowa.

– Teraz ci przyznam rację, w pewnym sensie oczywiście, bo ja nie lubię improwizacji. Lubię mieć wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Ale kiedyś o tym nie wiedziałam i nie wiedziałam dlaczego czuję się nieszczęśliwa. Ale poczekaj, nie przerywaj, chciałam wspomnieć o czymś  innym. Wiesz, że z moją mamą nie porozumiewałyśmy się najlepiej. W domu mamy nie mogłam robić nic, co wymagało myślenia. Musiało być tak jak ona chciała. Jęczała, że jest przemęczona ale nie dawała sobie pomóc zamęczając przy tym innych. Ja, dorosła już, nie umiałam upiec ciasta, bo mi nie pozwalała, najwyżej mogłam ubić pianę albo obrać orzechy, bo nic więcej nie umiem i popsuję. Tak więc przez cały czas, który ona spędzała w kuchni ja musiałam spędzać przy niej nie robiąc właściwie nic i utrwalając w sobie pogląd, że się do niczego nie nadaję. Poza tym męcząc się dwa razy więcej niż gdybym wszystko sama zrobiła. Ale gdybym ją w tej kuchni zostawiła i wyszła, to dąsom, płaczom i pretensjom nie byłoby końca. To samo powtarzało się przy pastowaniu podłóg, porządkach i w każdej podobnej sytuacji. Nawiasem mówiąc, niczego się od niej nie nauczyłam poza robieniem swetrów na drutach. Muszę przyznać, że w pewnym momencie zaczęłam mieć dość i przestałam się przejmować. Pytałam: pomóc ci? – a gdy słyszałam: i tak nie potrafisz  – odchodziłam. Dopóki słuchałam każdego słowa jak wyroczni, byłam do zniesienia ale gdy odważyłam się zacząć myśleć, zostałam już na zawsze złą córką. Bardzo mamę kochałam, Boże, jak bardzo, ale nie mogłyśmy się porozumieć. Boję się, żebym z własnymi dziećmi nie straciła kontaktu nie umiejąc zaakceptować ich dorastania.

– I pewnie dlatego się czasem skarżą, że ich traktujesz jak dorosłych, a oni jeszcze tacy „maleńcy” – zaśmiała się Aldona.

– Tak, sami to mówią, a ja wtedy tłumaczę dlaczego. Przyznają mi rację, po czym oczywiście, w zależności od potrzeb i sytuacji, twierdzą, że są już prawie dorośli albo, że są jeszcze dziećmi.

– Przepadają za tobą wszyscy trzej, naprawdę rzadko się widzi taki stosunek matki i dzieci.

– Gdzieś przeczytałam, że miłość macierzyńska powinna się usunąć w cień, by móc stać się przyjacielem. Wiesz, największą radość sprawia mi, że Marek czuje się wśród moich Brysiów tak, jakby od urodzenia byli razem. Jak się kłócą, to równo wszyscy trzej. Jak planują psikusa – we trójkę. Jak przyjdzie im odpowiadać za jakieś przewinienie – też razem, jeden drugiego nie wyda. Wielka w tym jest zasługa Juranda, muszę oddać mu tę sprawiedliwość. Nie robi między nimi różnicy, mimo że przecież własny syn jest mu niewątpliwie bliższy od przyszywanych. Jest dla nich przyjacielem i powiernikiem. Widzę, że mają już swoje męskie tajemnice i cieszy mnie to bardzo.

– Zawsze mówiłaś, że dzieci od początku trzeba traktować jak ludzi i tak robiłaś.

– Nie zawsze, chociaż się starałam. Ale słuchaj dalej. Przenosząc się od rodziców na Ursynów na dobrą sprawę niczego nie umiałam, wszystkiego uczyłam się od podstaw. Do tego dochodziła praca zawodowa, dwoje małych dzieci, nieumiejętność organizacji zajęć w domu. Chciałam wszystko zrobić sama, żeby Piotr był szczęśliwy i zadowolony ze mnie, i żeby nic nie musiał robić. Rezultaty były bardzo szybko widoczne. W domu rozgardiasz, bałagan, rozrabiające dzieci, kłopoty ze zdobywaniem bezglutenowego jedzenia dla Kuby, pustki w sklepach, bezustanny brak pieniędzy gdy musiałam wziąć urlop wychowawczy, żeby ratować prawie umierającego Kubusia. Nic dziwnego, że każdy facet wracający do takiego domu marzy tylko o tym, żeby z niego wyjść i nie wracać, jeśli nie jest wciągnięty w obowiązki i się nie poczuwa. Szczególnie gdy na dodatek jest kuszony przez podłą osobę płci przeciwnej, zaś w domu żona wiecznie zrzędząca, narzekająca, wieczorem zmęczona do nieprzytomności, ani partnerka do rozmowy ani kochanka.

– Nie bredź, nigdy taka nie byłaś.

– No, może nieco przejaskrawiłam obraz. Lecz patrząc z perspektywy czasu myślę, że tak właśnie było. Jeszcze w starym mieszkaniu uciekał od teściowej w alkohol. Tutaj nie musiał się już kryć. I tak wszystko razem się złożyło.

– Żałujesz?

– Teraz wiem, że widocznie tak miało być.

– Czyli jak Magda przed chwilą powiedziała: nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy