„Milioner” z Januszem Gajosem w roli tytułowej

W sobotę trafiłam przypadkiem na film z Januszem Gajosem, film, którego nie nie widziałam wcześniej. Chyba nie widziałam. W każdym razie nie pamiętam. Być może nie zanotowałam w pamięci bo mnie nie zainteresował, tematyka wtedy była odległa… Mogło tak być. W sobotę obejrzałam (nie od samego początku) okiem osoby dojrzałej i doświadczonej, która przeżyła kilkadziesiąt lat w tym kraju. Pewnie dlatego zrobił na mnie potwornie przygnębiające wrażenie.
Bohater grany przez Gajosa, mieszkaniec wsi, wygrał milion w totka. Wieść się roznosi i wtedy wychodzi na jaw cały nasz polski charakter, najgorsze cechy jakie mamy jako zbiorowość, całość. Nie mówię „naród” ani „społeczeństwo” bo to określenia zupełnie nie na miejscu.
Cała wieś z bezinteresownej zazdrości i zawiści znęca się nad bohaterem, bo mu się poszczęściło. A w naszym grajdołku nie lubimy tych, którym jest lepiej, prawda? Dotyka to oczywiście całą rodzinę, żonę i matkę, dotyka bardzo boleśnie. W skrócie – współmieszkańcy podpalają budynki gospodarcze, trują kury, martwą wronę wrzucają przez okno tłukąc szyby, zabijają psa, topią krowy wpędzając nieszczęsne stworzenia do jeziora. Matka umiera nie wytrzymując tego maltretowania psychicznego i fizycznego choć mocną, silną kobietą była po przeżyciu przesiedlenia zza Buga. Teraz nie wytrzymała starcia ze współplemieńcami…
Obraz jest tak smutny, tak przygnębiający, że do tej pory nie mogę się otrząsnąć. To taka Polska z koszmaru, z najciemniejszego snu. Cóż z tego, że nie inni mieszkańcy wsi wygrali ten milion tylko Józek? Jak się nie podzieli, to niech zdycha, on, jego dobytek i familia bo IM SIĘ PO PROSTU NALEŻY!!!
Ta wieś – to takie symboliczne pokazanie mentalności części mieszkańców naszego pięknego kraju. Z przerażeniem stwierdziłam, że nic się nie zmieniło przez 42 lata (film jest z 1977 roku,  kiedy prezespan młody był i pisu nie miał, może jedynie sny o władzy absolutnej śnił). Przedstawiony jest bardzo wyraźnie negatywny bohater zbiorowy,  już wtedy zdiagnozowany,  odwieczny taki „już katolik a jeszcze nie chrześcijanin”, który ma przed sobą ogromną, bardzo długą i daleką drogę rozwoju, nauki, zmiany spojrzenia na świat, siebie i innych ludzi aby wyjść z mroków średniowiecza i dotrzeć tak naprawdę do XXI wieku. Tylko, czy to się uda? Ile pokoleń nam potrzeba jeszcze, żeby z tej ciemnoty, kołtuństwa i zacofania wyjść? Czuję się okrutnie przybita i zdołowana. Jedyną nadzieją wydaje mi się jak najszersze otwarcie na świat, kontakty młodych ludzi z cywilizacją europejską, wykształcenie ogólne na wysokim poziomie… oj, dolo ….

Może podczas galopady myśli i uczuć dobrze jest zatrzymać się, spojrzeć na coś starego, wiecznego, trwałego co pozwoli z mroku wydobyć nadzieję na światełko? Dopóki żyła babcia takim miejscem odnowy i regeneracji był dla mnie Tenczynek.

Widok starej tenczyńskiej dzwonnicy od strony budynku plebanii

Zabytkowa dzwonnica i piękny kamienny mur po lewej, a na wprost widoczne w oddali ruiny zamku Tenczyn

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 22 komentarze

Dzień pamięci

Jak co roku o tej porze nachodzą nas myśli pełne zadumy, zamyślenia, tęsknoty… Myślimy o Bliskich będących już za Tęczowym Mostem, o znajomych, o nieznajomych lecz znanych. Mnie np wciąż trudno uwierzyć, że Zbyszek Wodecki śpiewa po tej stronie Mostu, po której są już moi Dziadkowie, Rodzice, Siostra i wielu innych członków rodziny…
Pogoda sprzyjała wyprawom do nekropolii, przynajmniej u nas tak się dziś zdarzyło. Mimo porannego chłodu dzień był piękny, słoneczny, temperatura się podniosła i obeszło się bez grubych kurtek. Wystarczyła bluza z ocieplaną kamizelką co nie utrudniało ruchów na cmentarzu. Ludzi mnóstwo, samochodów niemożliwa ilość kręcących się bez możliwości zaparkowania. Ciekawa jestem jak będzie jutro koło mojego osiedla. Po remoncie drogi ustawiono barierki oddzielające od siebie pasy ruchu, uniemożliwiające przejście przez jezdnię w miejscu niedozwolonym. I bardzo dobrze, jestem za. Jednak podczas zwiększonego ruchu wokół cmentarza tworzy się  zapora nie do przebycia. Starsze osoby czy niepełnosprawne ruchowo mają do przejścia bardzo długi odcinek, aby dotrzeć do bramy czy do bocznej furtki, a potem jeszcze kawał drogi bo cmentarz duży. W zeszłym roku aż przykro było na to patrzeć. Okaże się jutro czy ktoś władny ruszył głową i każdy będzie mógł odwiedzić swoich Bliskich w tym szczególnym dniu.
Wspomnę przy okazji jutrzejszego dnia Wszystkich Świętych , że w Szczawnicy istnieje stary cmentarz usytuowany w samym centrum miasteczka, założony w latach trzydziestych XIX wieku. Teraz jest zamknięty, można go oglądać przez ogrodzenie. Nam jeszcze dane było wejść na teren i na podstawie napisów na niektórych zachowanych zabytkowych nagrobkach doszliśmy do wniosku, że służył głównie za miejsce
pochówku kuracjuszy, którym nie udało się odzyskać zdrowia i pozostali tu na zawsze choć pochodzili nawet z bardzo odległych stron. W roku 1870 została tu zbudowana kaplica neogotycka, w której spoczywają zmarli w Szczawnicy członkowie rodziny Szalayów. Fundatorem był Józef Szalay.

Przewidując wieczorne odwiedziny „strasznych przebierańców” zaopatrzyłam się w sporą ilość cukierków, żeby  nie zabrakło.  Tym razem zostało sporo dla babci D., która cukierki pochłania z rozkoszą, pojawiły się tylko trzy niezbyt liczne grupki. W zeszłym roku dzieciaków było o wiele, wiele więcej.

Na cmentarzu w Tenczynku stał dawno temu na postumencie aniołek, któremu wkładałam w rączki kwiatki, kiedy z babcią tam przychodziłam. Aniołka już nie spotkałam, jest za to piękna postać widoczna z daleka

Mgła, szeleszczące liście zaścielające ścieżki, mrugające światełka zniczy, zapach zapalonych świec unoszący się w powietrzu i nastrój zadumy… to atrybuty jutrzejszego dnia, dnia pamięci…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, Tenczynek | 16 komentarzy

Kwiatki dla Ali i zupa dla Ervi :)

Sięgnęłam do przepisów ponieważ mi się przypomniało, że miałam specjalnie dla Ervi podać przepis na zupę selerową. Oczywiście nie oznacza to, że tylko Ervi może z niego skorzystać tym bardziej, że zupa jest nadzwyczaj smaczna, czego przed wypróbowaniem po zupie selerowej bym się nie spodziewała 🙂 Trzeba przygotować (tak było w przepisie, nie wiem już skąd go miałam):
2 selery
1 duży ziemniak
1 por (biała część)
1 ząbek czosnku
serek pleśniowy
sól, pieprz, gałkę muszkatołowa
dymkę, natkę, koperek
śmietanę
masło
2 kostki bulionowe

1. selery i ziemniak obrać, pokroić w kostkę, ugotować z kostkami bulionowymi
2. por pokroić w talarki, czosnek również, podsmażyć na maśle, wrzucić do garnka
3. dodać przyprawy, gotować ok. 25 min.
4. pod koniec gotowania dodać serek i śmietanę, zmiksować
5. dymkę i zioła na talerzu dodać dla dekoracji

Teraz tak: natki nie daję bo nie lubię, gałki też bo nie pamiętam o niej. zamiast pleśniowego serka topiony albo wcale jak nie mam, wtedy zagęszczam lekką zasmażką. Masła tyle, żeby podsmażyć pora z czosnkiem a śmietany ile się wleje, żeby było smaczne. Utartym żółtym
serem sypię po wierzchu, wtedy ładniej wygląda. I gotowe 🙂

Zdjęcie jeszcze raz, dla  ładniejszego wyglądu wpisu 🙂

Drugi wypróbowany przepis jest spisany od koleżanki a dotyczy sosu. Alicja zagląda na bloga, więc może trafi akurat na ten wpis. U niej jadłam pierwszy raz, był wtedy koperkowy podany do pieczeni rzymskiej z indyka. Zachwyciłam się i dlatego zabrałam przepis ze sobą i odtąd jest na stałe wpisany do zeszytu z przepisami. W zależności od potrzeb modyfikowałam go, występował jako chrzanowy, szczypiorkowy i musztardowy poza wersją koperkową, wpisaną jako sos Ali. Potrzebne są:
koperek świeży albo mrożony
1 łyżka masła
1 łyżka mąki
1 szklanka bulionu ( 1/2 kostki rozpuścić)
2 łyżeczki śmietany (18%)

1. rozpuścić 1/2 kostki bulionowej
2. w rondelku rozpuścić masło, dodać mąkę, wymieszać, podsmażyć
3. dolać bulion do rondelka, wymieszać, zagotować, dodać śmietanę
4. wymieszać dobrze, zdjąć z ognia, dodać koperek, wymieszać i gotowe

Dopóki nie wzięłam od Ali przepisu – nie potrafiłam zrobić dobrego sosu, zawsze było coś nie tak, choć wstyd się przyznać. Ale… z drugiej strony… człowiek się uczy przez całe życie a kiedy przestaje, no…, to już jest całkiem niedobrze…
Tak więc zupa dla Ervi a kwiatki dla Ali 🙂

Alusia, pozdrowienia 🙂

Jak dużo się nauczyłam od Was, blogowych koleżanek w kwestii kulinarnej też! Jotki drożdżówka i jednojajkowiec Lucii z różnym nadzieniem to jest obecnie nr 1 w mojej kuchni. Mąż nawet nie chce murzynka, do niedawna ulubionego swego ciasta, woli te nowe 🙂
Słodkiego dalszego ciągu tygodnia 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 28 komentarzy

Jesiennie

Lucia pokazała na blogu swoje zakupy a w tym piękne botki, po prostu zjawiskowe, chociaż tylko do siedzenia. Po brukach Starówki raczej niewygodnie będzie w nich chodzić. A kiedyś im wyższy obcas tym buty dla mnie były lepsze i bardziej pożądane. Od kiedy w VII klasie podstawówki założyłam pierwszy raz buty na obcasie (mojej mamy ślubne pomalowałam wilbrą na czarno, hi hi) i stwierdziłam, że nogi wyglądają w nich zupełnie inaczej niż na płaskim, obudziła się we mnie kobieta 😉 Nawet kapcie musiały być na koturnie. Obydwie ciąże przechodziłam na szpilkach, z małymi chłopcami też inaczej nie wyszłam z domu. Jaka głupia? Dopiero gdy Rolfa wzięłam czyli pierwszego psiepsioła ( Mały miał trzy latka), musiałam na nowo uczyć się chodzić na płaskim. Cierpiałam katusze zbliżone chyba do tych, jakie musiały znosić Chinki, które odważyły się odwiązać bandaże ze stóp, które krępowano, żeby nie rosły i były maleńkie. Normalne kalectwo. Czytałam kiedyś historię chińskiej dziewczyny, która zakochała się w cudzoziemcu, wyszła za niego za mąż a on wspierał ją w „powrocie do normalności”, odwiązywał bandaże, poluźniał aby do zniekształconych stóp powracało normalne krążenie. Co ona za męczarnie przeżywała! W imię mody różne głupie rzeczy się robi. Na przykład zimą gołe brzuchy były kiedyś na wierzchu widoczne na ulicy, sama nosiłam zimą drewniaki i grube brązowe skarpety frote do mini spódniczki, ale „by rozum był przy młodości” – to niemożliwe, co staropolski poeta dawno temu stwierdził.

W piątek po wizycie u okulistki poszłam do przyjaciółki M. Szczerze mówiąc, gdyby nie zadzwoniła dzień wcześniej to by mi do głowy nie przyszło, że będę blisko, taka ostatnio jestem zakręcona ( jak to się mówi) od nadmiaru spraw na głowie. Na szczęście zadzwoniła i spędziłyśmy razem kilka chwil. Głównie na instruowaniu mnie jak działa dotykowy telefon, którego wciąż się boję dlatego jeszcze nie przełożyłam karty ze starego. Boję się, że nie będę umiała odebrać, jak zadzwoni. Poza tym nie mieści się do kieszeni… wynajduję argumenty na zasadzie: „złej tanecznicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. Czas się przemóc… chyba…
Napstrykałam fotek kwiatowych, kolorowych, żeby było czym rozjaśnić i ubarwić zimowe wpisy na blogu i uczynić przyjemniejszym oczekiwanie na wiosnę. Właściwie tylko cztery miesiące i znów będzie marzec a z nim wiosna 🙂
A na razie jesienne obrazki ze starych zdjęciowych zapasów.

Zachwycający dom z bali, teraz ma okna, jest prawie wykończony z zewnątrz

Listopad – w drodze do „Czardy”

Potok Sopotnicki – wodospad

Kolory listopada w Pieninach

Czyż nie cudne?

Potok szemrze o jesiennych kolorach

Pewnie już myśli o zimowym śnie

Fotki są z listopada 2006 roku, robione po drodze do „Czardy”, oczywiście w Szczawnicy, tego nawet dodawać nie muszę, prawda?

Tak karczma wyglądała w 2006 r., teraz jest rozbudowana o drugie tyle, widoczne schodki po prawej stronie są mniej więcej w połowie obecnej „Czardy”

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 20 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 18

    Stenia wyszła wcześniej z pracy. Mogła, ponieważ odbierała nadgodziny spędzone w terenie. Ostatnio sporo czasu spędziła na budowie osiedla pod Warszawą.  Zbliżając się do bloku spojrzała w górę i… zdrętwiała. Na dachu, w niebezpiecznej bliskości jego krawędzi zobaczyła dziecięce figurki. Pierwszą myślą było, że nie padał deszcz więc nie powinno być ślisko. Gorączkowo rozważała co zrobić. Jeśli krzyknie – dzieciaki mogą się zestresować i spaść. Nie wiedziała kiedy i jak znalazła się na trzecim piętrze. Właz na dach był otwarty. Wspięła się po metalowej drabince i wyjrzała. Jej chłopcy oraz Filip stali w pewnej – na szczęście – odległości od krawędzi i nad czymś się naradzali. Cofnęła głowę, żeby nie być widzianą i zawołała Filipa licząc na to, że jako najstarszy zareaguje najrozsądniej. Tak też się stało. Usłyszawszy wołanie chłopiec przykucnął, kazał to samo zrobić kolegom i razem przesunęli się w pobliże włazu. Zeszli po drabince na dół i tam zostali pochwyceni  przez ledwo żywą ze zdenerwowania Stenię. Nie miała nawet siły nakrzyczeć na winowajców. Po cichu powiedziała, żeby nigdy więcej tego nie robili i zaprowadziła ich na dół, do siebie. Wieczorem zbiórka została zarządzona przez Danusię poczuwającą się do winy z tej przyczyny, że mieszkała najbliżej dachu.

– Czyś ty zgłupiała? – Magda spojrzała zniesmaczona. – Jaka twoja wina może być, przecież nie było cię w domu.

– Akurat byłam ale nic nie słyszałam – tłumaczyła gospodyni. – Przecież powinnam usłyszeć jak przestawiali tę metalową drabinkę po której się wchodzi na dach.

– Mamo, ja chyba słyszałem, ale myślałem, że to robotnicy przyszli naprawiać cieknącą dziurę – Olek  wsunął głowę do kuchni. – Nie myślałem, że te smarkacze są takie głupie – spojrzał w stronę dzieci  urzędujących w dużym pokoju.

– Nie wiedziałam co mam robić, bałam się, że jak mnie zobaczą to pospadają w dół jak ulęgałki –  wzdrygnęła się Stenia.

– Ważne, że się nic nie stało i więcej tego nie zrobią, prawda chłopaki? – Bronek zrobił srogą minę i wpatrywał się w każdego po kolei.

– Coście się tak zeszły? A po mnie nie mogła która zastukać? – weszła Aldona do przedpokoju wprost na Bronka stojącego w kuchennych drzwiach.

– No co się tak na mnie patrzysz? – zdziwił się. – Ja tu mieszkam.

– Ale przebiec się po schodach w dół i w górę nie zaszkodziłoby ci w żadnym razie. Sam mówisz, że ci ruchu potrzeba.

– Tak jest, potrzeba mi ruchu i dlatego chodzę do kiosku „Ruchu” po gazety – oświadczył patrząc z góry co nie sprawiało mu trudności ponieważ posturą górował prawie nad każdym w otoczeniu, a obecne swoje otoczenie przyprawił o szeroki uśmiech. – A skoroście się tu zebrały to może ja sobie pójdę do Marcina i nie będę wam przeszkadzał.

– A idź sobie, idź, Zbój ci i tak wszystko doniesie – machnęła ręką Magda.

– Jak to? – zdziwiła się Aldona.

– Nie wiesz? Przecież Bronuś przyznał się, że wszystko wie, bo w wigilię Zbój mu opowiedział o czym rozmawiałyśmy – odpowiedziała rozweselona.

– A fe, to z ciebie taki kumpel? O wszystkim opowiadasz? To ty jesteś donosiciel – Aldona oskarżycielsko wysunęła palec w kierunku Zbója. – Wstydziłbyś się.

Zbój nie przejął się przemówieniem „ciotki” i szeroko ziewnął.

– Masz, dokładnie pokazał co myśli o twoim gderaniu – zaśmiała się Magda. – Hola, hola, panowie, nie myślcie, że wam się upiecze – zwróciła się do „dachowych turystów”, którzy próbowali zniknąć bezszelestnie sprzed oczu matek. – Kara za głupotę musi być, żeby wam coś podobnego więcej do głów nie przyszło.

– Tak jest, ciocia Magda ma rację – przytaknęła Stenia. – Macie sobie sami karę wymyślić.

Winowajcy spojrzeli na siebie, spuścili głowy udając skruszonych i zawstydzonych, i oznajmili, że muszą pomyśleć. Otrzymali limit czasu na myślenie i opuścili kuchnię.

– Pamiętacie co Maciek z Olkiem i Kubą zrobili kiedy byli młodsi? Tu u mnie w dużym pokoju? – przypomniała sobie Danusia.

– Chodzi ci o ten pożar-o-mało-co? – spytała Magda.

– O co? – zdziwiła się Aldona.

– O mało co – powtórzyła Magda.

– Właśnie to mam na myśli – skinęła głową Danusia. – Ty, Doniczko, nie pamiętasz albo ci Teresa nie opowiedziała.  Chłopcy wzięli duże szkło powiększające i zaczęli się nim bawić skupiając promienie słoneczne. Jakoś je tak skutecznie skupili, że zapaliła się gazeta na wykładzinie. Przestraszyli się, zaczęli deptać ogień butami i wybiegli na balkon z płonącą gazetą przyczepioną do butów, tam udało im się zgasić płomień. Szczęściem było, że poprzedniego dnia zdjęłam firanki z okna, bo nie udałoby się im opanować ognia. Już po wszystkim zobaczyliśmy z Bronkiem, gdzie były wypalone ślady na wykładzinie.

– Całe szczęście, że tak to się skończyło – odetchnęła Aldona.

– No, mądrale, jak wam idzie myślenie? – krzyknęła Magda w stronę pokoju.

A tam Olek rozsiadł się na podłodze i zaśpiewał „domowe przedszkole” klaszcząc w ręce. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jako rówieśnik Maćka był najstarszy w towarzystwie młodzieży, a wzrostem już sporo przewyższał Ziutka i niewiele brakowało, by dorównał ojcu. Obok niego Filip mocował się z Jędrkiem, troszkę od niego niższym, udając japońskiego zawodnika sumo. Jędrek się wycofał, usiadł obok Olka i dołączył się do śpiewania.

– Taki kurdupel jesteś, że nie można cię zaliczyć do sumoków – powiedział Filip.

Słysząc te słowa Jędrek zmarszczył groźnie brwi, zacisnął pięści, powoli się podniósł i ruszył w stronę Filipa.

– Ale urośniesz, na pewno urośniesz – krzyknął Filip chowając się za plecami siostry.

– Hej tam! Czy wy ogłuchliście? – zawołała Magda.

– Skończył wam się czas na myślenie – dodała Stenia. – No i co? Jakie pomysły?

– Ja za karę mógłbym nie pójść do szkoły – oznajmił Filip. – Albo nawet przez cały tydzień mógłbym nie chodzić, to byłaby większa kara.

Aldona parsknęła śmiechem prosto w szklankę oblewając bluzkę herbatą.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Szczawnickie wspominki 4

Po wkroczeniu do Polski wojsk niemieckich 1 września 1939 r. wszystkie organizacje, także Towarzystwo Tatrzańskie, formalnie przestały działać. Doświadczenie, umiejętność poruszania się po górskim terenie były jednak wykorzystywane przez cały okres okupacji do przeprowadzania przez granicę, do pomocy partyzantom ukrywającym się w lasach.
W okresie okupacji w Szczawnicy zlokalizowano placówki gestapo, grenzschutzu (straży granicznej), policji kryminalnej, funkcjonowała szkoła niemieckiej żandarmerii. Mimo to miasteczko było ważnym, drugim po Zakopanem, punktem przerzutowym przez granicę dla kurierów udających się w stronę Węgier. Mało kto wie, że w lipcu 1944 r. wybuchło tzw. Powstanie Szczawnickie.
>> 28.07.1944 r. porucznik Adam Czartoryski, ps.”Szpak”, dowódca 11 Kompanii IV Batalionu 1Pułku Strzelców Podhalańskich AK, w ramach przygotowywanej przez Armię Krajową na terenie całego okupowanego kraju akcji „Burza”, na czele swojego oddziału podjął działania mające na celu nakłonienie elewów granatowej policji stacjonujących w willi „Renata” w Szczawnicy do podniesienia buntu, rozbrojenia niemieckiego dowództwa i przystąpienia do powstania. W wyniku podjętych działań budynek „Renaty” został otoczony przez partyzantów, a skutkiem podjętej akcji było zastrzelenie przez kursantów trzech niemieckich instruktorów, zabranie przez nich broni i wyposażenia, oraz ich zaprzysiężenie przed por. Czartoryskim. Nowo zaprzysiężonych żołnierzy AK poprowadzono następnie w góry nad Ochotnicę do stacjonującego tam partyzanckiego oddziału AK kapitana Juliana Zapały ps. „Lampart”. Wkrótce przybyły na miejsce oddział gestapo aresztował około 80 mieszkańców Szczawnicy, w tym Jadwigę – żonę Czartoryskiego. W odwecie za przeprowadzoną akcję i śmierć niemieckich instruktorów groziło im rozstrzelanie, a Szczawnicy pacyfikacja. Zeznania ocalałego instruktora oraz bezkompromisowa postawa Jadwigi Czartoryskiej uchroniły aresztowaną ludność od niechybnej śmierci. << (Podaję za Aliną Lelito w: ” Z doliny Grajcarka” nr 263/ sierpień 2014).

W willi „Wanda” nad Grajcarkiem mieszkała rodzina Zachwiejów (przydomek „Gawloki”). Był tam jeden ze zbiorczych punktów przerzutowych. Opowiadający o tym Stanisław Zachwieja ( „Z doliny Gracjarka” nr 273/czerwiec 2015) wspomina jak stamtąd zaprowadził „panów” do starej, góralskiej chaty babci Gondek (przydomek „Pietczkula”), a stamtąd Wojtek i Szczepan Walkoszowie, którzy byli w konspiracji kurierami, odebrali ich i odprowadzili w miejsce przeznaczenia. Okazało się, że dom babci Gondek i rodziny Walkoszów były punktem zborczym o wielkich walorach. W prostej linii od ogrodu niedaleko była granica słowacka.
Niestety, pewnego razu gestapowiec Konig do willi „Wanda” przyszedł na rewizję. Staszka ostrzeżono, ukrył się więc u przyjaciela, Franka Majerczaka. Okazało się później, że dużą grupę z „Wandy” zabrał bardzo dobry przewodnik Maciej Surma. Niestety, grupa wpadła w Czechosłowacji w ręce gestapo. Część grupy uciekła, ale część aresztowano. Ktoś nie wytrzymał tortur i zdradził, skąd grupa została zabrana i prowadzona na Węgry. Maczał podobno też palce w tym konfident miejscowy. Wiele osób zostało aresztowanych, wysłanych do Oświęcimia, wielu nie wróciło.
Około 50-ciu Szczawniczan zginęło w obozach, więzieniach, partyzanckich bojach. Społeczność żydowska – około 300 osób mieszkających w centrum miejscowości – została wymordowana.

Poniższe informacje zaczerpnęłam ze strony „Turystyka w czasie II wojny”.  W czasie okupacji uzdrowisko oficjalnie nie działało. Pomimo zakazu okupanta turystyka przetrwała, o czym świadczą zapiski pustelnika w kronice na Zamkowej Górze. Można przeczytać, że wpisywali się tam i Polacy i Niemcy przebywający w Pieninach, szukający namiastki spokoju.
Turystyki formalnie nie było i spływy Dunajcem zawieszono ale w czerwcu 1942 r. odnotowano, że tratwą po Dunajcu spłynął gubernator dystryktu krakowskiego Otto Wochter. Była muzyka góralska, 4 łodzie, flisacy zostali wyznaczeni i nie mieli nic do powiedzenia jeśli chcieli życie zachować. Spływ przygotował Urząd Gminy w Czorsztynie, ochraniany był przez gestapo, posterunki grenzschutzu, przez słowacką straż graniczną w Niedzicy, Golembarku i Starej Wsi. Zakończył się w Szczawnicy Niżnej, gdzie gubernatora witali m.in. Łemkowie z Jaworek, Szlachtowej, Białej i Czarnej Wody. W ich imieniu przemówił wójt Seman Szlachtowski, który w lecie 1944 został rozstrzelany za współpracę z Niemcami. W powitaniu uczestniczyli również przedstawiciele Komitetu Góralskiego. Jeden z nich został potem zlikwidowany na mocy wyroku sądu podziemnego, dwóch ocalało choć aktywnie współpracowali z gestapo.
W czasie okupacji odbywały się także niemieckie zawody oraz spływy kajakowe.

Willa „Wanda” nad Grajcarkiem,  zbiorczy punkt  przerzutowy

Tak willa wygląda dziś, jest zniszczona ale widać, jaka piękna była dawniej

Tu kończy się spływ tratwami po Dunajcu

Widok oczywiście dzisiejszy

Kilka zdjęć miejsc, które były równie piękne wtedy, gdy okupanci panoszyli się w naszym kraju.  W miejscach na nich widocznych przemieszczali się partyzanci, przemykali kurierzy i łącznicy, rozgrywały się dramatyczne sceny a góry stały niewzruszone i stoją nadal…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

Przegląd tygodnia i służba zdrowia

Dziś miałam bezpośredni kontakt ze służbą zdrowia przyglądając się z bliska sytuacji dotychczas oglądanej tylko w tv i biorąc w niej udział. Na początku września byłam zapisana na rtg przed wizytą u pulmonologa. Dzień wcześniej zadzwoniła pani z recepcji z informacją, że jest remont i na prześwietlenie mam się zgłosić do innej przychodni. Tak też zrobiłam, zapisałam się i … zepsuło się urządzenie, które do tej pory nie zostało naprawione! W międzyczasie remont w pierwszej poradni się skończył i tym sposobem dziś znalazłam się w przyszpitalnej przychodni. Dobrze, że udało mi się Męża przekonać, iż pojadę autobusem i nie będę się stresować tym, że on czeka z psiakami w aucie nie wiadomo ile czasu. Pojechałam z przyjemnością, mimo porannego szczytu na moim przystanku jeszcze da się spokojnie wejść a nawet usiąść, dopiero potem zaczyna być problem z wejściem do autobusu. Mogłam sobie popatrzeć jak ludzie wyglądają 😉 Wyszłam z domu o siódmej a wróciłam … o 15-ej!
Przed gabinetem rtg kłębił się dziki tłum, na korytarzu aż gęsto było od zdezorientowanych ludzi. W pierwszej chwili po dotarciu pod drzwi gabinetu każdy przeżywał atak strachu, paniki albo złości i nie wiem czego jeszcze. Zorientować się kto za kim, kto przed kim, kto kiedy wchodzi – było nie lada wyzwaniem. Wreszcie jakoś się uładziło i okazało się, że jest jeden gabinet rtg, w nim jedno urządzenie na cały wielki szpital, do którego przyjeżdżają ludzie z całej Polski (przy mnie były panie z Olsztyna i z Suwałk). Owo urządzenie służy jednocześnie pacjentom zapisanym na dany dzień na prześwietlenie, pacjentom z oddziałów przywożonym na fotelach na kółkach albo łóżkach, oraz tym z SOR-ów, nieraz czekających tam na pomoc kilkanaście godzin. Każda nowa dochodząca osoba była pewna, że zaraz musi wejść, natychmiast bo ma „cito” napisane na skierowaniu. Dziwnych min się naoglądałam, gdyż od razu odzywały się osoby czekające na swoją kolej z tą samą adnotacją… „My wszyscy jesteśmy na cito”… Kolejny paradoks polegał na tym, że lekarz, do którego część pacjentów z SOR-u miała się zgłosić ze zdjęciem, przyjmował tylko do 13-ej 🙁              Cofając się do tyłu – bo dni całego tygodnia przebiegły jak z bicza strzelił –  poniedziałek 14.X. piękny dzień mieliśmy od rana, słońce wzeszło kolorem purpurowym oświetlając  drzewa na granicy lasku. A one takie cudne odcienie barw jesiennych miały 🙂 Wróciłam z „dzieciakami” z łąki, dałam im śniadanie i włączyłam tv z drżeniem serca, spojrzałam i … cóż, rzeczywistość jaka jest – każdy widzi. Nie ma innej i w takiej trzeba funkcjonować bo życie toczy się dalej. Poszłam piechotą do miasteczka ciesząc się przechadzką. Celem była apteka, musiałam wykupić recepty, przy okazji nabyłam krem za 4,99 zł., tran i środki na biedne zatoki Męża, które mu dokuczają od dawna i jak już się poprawi to natychmiast się pogorszy. No właśnie ten drugi przypadek zaistniał. Dopiero wieczorem pomogło ale ważne, że tak się stało.
W niedzielę 13.X. poszliśmy po obiedzie na długi spacer, obeszliśmy z psiakami ładne miejsca w miasteczku. Ładnieje przy nas 🙂 Odkąd tu zamieszkaliśmy okolica bardzo zmieniła się na korzyść. Rynek w miasteczku jest wyremontowany, nowa fontanna działa, widać odnowione kamieniczki, park został zrewitalizowany, powstały chodniki i ścieżki rowerowe tam, gdzie trudno i niebezpiecznie szło się poboczem, czasem koniecznie trzeba było się poruszać jezdnią, np. zimą czy w czasie deszczu pobocze zmieniało się w bagno nie dające się pokonać piechotą. Zbudowano, chodnik, ścieżkę rowerową, na jezdni położono świeżą nawierzchnię i służy wszystkim, z jednej połowy i z drugiej połowy naszego podzielonego społeczeństwa… ( Misja Obserwacji Wyborów w Polsce powołana przez Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka  OBWE będzie kontynuowana do 22 października –  tak mi jakoś przyszło do głowy).
Poza tym pogoda dopisuje, jest cudna kolorowa jesień, taka jak być powinna. Żal, że tak szybko liście opadają, mogłyby takie różnobarwne dłużej rozweselać świat. Wpadłam na pomysł, żeby babcia D. – ponieważ jest wciąż na etapie znoszenia liści do domu – zrobiła z kolorowych liści bukieciki, które przyczepimy do płotka ponieważ zrobił się już łysy i pusty gdy wiatr strącił liście z winobluszczu. Powiedziałam jej o tym i ucieszyła się, nawet mnie uściskała 🙂

Fotki są oczywiście ze Szczawnicy 🙂

ze spaceru porannego, gdy wyszliśmy poza Park Górny

i zachwycaliśmy się pierwszymi zwiastunami kolorowej jesieni 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 17

Maj

Koleżanka Helenki z pracy, jeszcze czynna zawodowo, odstąpiła jej swój udział w autokarowej pielgrzymce na Jasną Górę. Ponieważ były jeszcze wolne miejsca Helcia zaproponowała Aldonie, żeby z nią pojechała.

– A wiesz Helenko, że bardzo chętnie zabiorę się z tobą? Kilka razy przejeżdżałam przez Częstochowę ale nigdy nie zwiedzałam. Jasną Górę znam z „Potopu” i kojarzy mi się z Kmicicem, kolubryną i Kukli… Kukli…

– Kuklinowskim – podpowiedziała Helenka.

– No, ten „łotr, zdrajca i arcypies” co to Kmicicowi boczki przypiekał. Chętnie zobaczę zabytek z bliska na własne oczy.

– Świetnie, to załatwione – ucieszyła się Helenka. – Jedziemy razem na wycieczkę.

Dziewczynkami zajęli się teściowie. Po pobycie synowej w szpitalu teściowa trochę straciła ze swej zwykłej złośliwości i stała się łagodniejsza. Ich stosunki jakby weszły w nową fazę. Być może starsza pani zreflektowała się widząc kłopoty zdrowotne Aldony, może przemyślała swoje dotychczasowe postępowanie. Być może oczy otworzyła jej któraś z przyjaciółek „mafijnych” opiekujących się dziewczynkami i domem przez cały pobyt Aldony w szpitalu, podczas gdy ona jedynie od czasu do czasu zaglądała do wnuczek. Najważniejsze, że pani Felicja wyrażała chęć uczestniczenia w życiu rodziny i do tej rodziny zaczęła zaliczać Aldonę, która spokojna o córki mogła czerpać radość z wycieczki i towarzystwa Helenki.

Helenka nikomu nie pozwoliła się nudzić w swojej obecności, tak więc podróż upłynęła szybko i przyjemnie. Na miejscu już w pierwszej chwili Aldona doznała rozczarowania. W jej duszy żył dotąd obraz rodem z Sienkiewicza: forteca, mury obronne, szczątki nieszczęsnej kolubryny…A tu figa. Nic z wyobraźni nie pokrywało się z rzeczywistością. Był to po prostu fragment miasta i ani śladu Kmicica. Śmiała się sama z siebie, ale nutka rozczarowania pozostała.

Pilnowała Helenki, żeby się nie zgubić. Helcia zręcznie omijała niezliczone grupy ludzi i obie szybko znalazły się w świątyni wypełnionej ludzką ciżbą wpatrującą się w  święty obraz. Z boku wiła się kolejka, niemożliwie długa i poruszająca się w ślimaczym tempie. Były to osoby pragnące wejść za kratę, najbliżej cudownego obrazu jak tylko było to możliwe. Aldona w życiu nie stanęłaby w takim długim ogonku, na samą myśl ogarniały ją mdłości. Helenka wszakże stać nie zamierzała, choć zamierzała do obrazu się zbliżyć jak najbardziej.  Zanim Aldona zdążyła pojąć co się święci, została przez Helcię uchwycona za rękę żelaznym uściskiem, wciągnięta za kratę i niespodziewanie znalazła się na przedzie kolejki. Musiała natychmiast paść na kolana, bowiem na kolanach należało odbyć ten fragment „drogi” wokół obrazu. Była ubrana w długą spódnicę z falban w szarym kolorze. I dobrze, że miała dość grube rajstopy, bo inaczej pozdzierałaby sobie kolana do krwi. Zdarła tylko rajstopy kolana oszczędzając.  Na szarej spódnicy nie było widać, że służyła do zamiecenia posadzki. W połowie „drogi”, gdzieś na tyłach ołtarza, był w ścianie otwór do którego ludzie wrzucali pieniądze.

Oj nie, nie ma tak, westchnęła w duchu. Tutaj wszystko złotem kapie, zresztą czy kto widział biednego księdza? Chyba, że prawdziwego kapłana z powołania. Mogę się podzielić z biednymi, bogatym nie dam.

Potem dzieliła się. Dzieliła się wrażeniami z Helenką rozcierając obolałe kolana i otrzepując spódnicę.

– Wiesz, nie sądzę, żeby Matka Boska akurat pieniędzy od ludzi wymagała. Ona nie od tego jest. Na pewno bardziej ceni dobrą myśl, dobre życzenie, dobre postanowienie i jego realizację od dóbr doczesnych.

– O coś prosiłaś? Miałaś jakąś intencję? – spytała Helenka.

– Najpierw nie, tylko turystycznie chciałam zobaczyć. Ale potem pomyślałam o rezultacie pewnego… hm… nazwijmy to… przedsięwzięcia… Prosiłam o pozytywny rezultat.

– Powiesz co to?

– Powiem, pewnie, że powiem ale jeszcze nie teraz, za trochę…

– Wiesz co ja ci powiem?

– Tak?

– Każdy ma to, w co wierzy, a nie to, w co udaje, że wierzy. A ty mi uwierz. Obserwuję ludzi już tyle lat … ho ho ho i jeszcze trochę – uśmiechnęła się, – że mam swoje zdanie na ten temat. Chyba się domyślam, co to za… przedsięwzięcie. Nikomu jeszcze o tym nie mówiłaś, prawda? Inaczej by już do mnie dotarło okrężną drogą, jak zawsze. Możesz na mnie liczyć w każdej chwili. Pamiętaj.

– Dziękuję ci, Helenko, za dobre słowo.

– Coś ci jeszcze powiem. Nie gniewaj się na mnie, ale swoje lata mam i widzę co się wokół dzieje. Ciebie zaobserwowałam kilka razy i muszę ci coś powiedzieć. Dlaczego zawsze grasz przed nim bohaterkę? Uśmiech, słodycz aż ci kapie z ust a w środku wyjesz z bólu? Jak zniknie, płaczesz, ryczysz, walisz głową w ścianę. Po co? On odchodzi przekonany, że nie jest źle, że świetnie dajesz sobie radę i widocznie dobrze ci z tym, nie przeżywasz sytuacji aż tak bardzo, skoro jesteś cała w skowronkach.

– Znowu ci dziękuję, Helenko. Chyba masz rację, otworzyłaś mi oczy… – zadumała się Aldona.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

#*#*#

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 15 komentarzy

Każdy wie… a jak będzie?

Piszę te słowa po osiemnastej godzinie w piątek 11.X. 2019 roku. Za kilka godzin nastąpi cisza wyborcza. Kiedy się skończy każdy (prawie) będzie czekał na ogłoszenie wyników z niepokojem, z dygotem serca, z nadzieją, ze strachem… Ileż emocji przetoczy się przez nasz piękny kraj. Bez względu na wynik po kilku dniach ucichną, wrócimy do normalności. Tylko jaka ta normalność będzie? Zależy od nas samych. Ktoś, kto nie odda głosu nie powinien potem narzekać, że coś mu się nie podoba.
Nasza Polska jest taka piękna i zasługuje na dobrych, mądrych gospodarzy, którzy nie wstyd przynoszą ale sławę i chwałę, popierają rozwój w dziedzinie nauk i sztuk wszelakich, czynią życie rodaków bezpiecznym, nie piętnują nikogo i nie wykluczają. Moja Ojczyzna zasługuje na prawdziwą Demokrację.

Bez względu na wynik wyborów góry będą stały w pełnej krasie, obojętne na losy dwunożnych istot

a Dunajec będzie toczył swe wody

nie oglądając się na nic i na nikogo…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy