Szczawnickie wspominki – 3

Józef Szalay zmarł w 1876 r. Właścicielem Zakładów Zdrojowych w Szczawnicy została Akademia Umiejętności w Krakowie. Stało się to na podstawie testamentu Józefa Szalaya, na mocy którego Akademia miała obowiązek wypłacania połowy czystego dochodu Zakładu synom Józefa, Tytusowi i Władysławowi. Dobra dominialne zgodnie z testamentem przeszły na własność synów testatora. Zahamowaniu uległy inwestycje w zdrojowisku, zmniejszyły się dochody. Mimo to wybudowano „Dworzec Gościnny” oraz dokończono rozpoczętą przez Szalaya przepiękną Drogę Pienińską prowadzącą wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru na Słowacji.
Akademia Umiejętności wydzierżawiła Górny Zakład Feliksowi Wiśniewskiemu. Był rok 1893, kurort ubożał, nadszedł czas stagnacji. Trwała taka sytuacja do wygaśnięcia dzierżawy w 1909 r. Zakład został wtedy przez Akademię sprzedany hrabiemu Adamowi Stadnickiemu. Rok później skończył się termin dzierżawy Dolnego Zakładu Zdrojowego. Stadnicki odtąd stał się jedynym właścicielem uzdrowiska.
Jego działalność przyniosła szybki rozwój uzdrowiska przypadający na okres międzywojenny. „Wyremontowano wtedy większość domów zdrojowych, zbudowano nowe ujęcia wód, rozszerzono Park Górny o teren Połonin. W latach 1933-36 wybudowano nowoczesne Inhalatorium wyposażone w pierwsze w Polsce komory pneumatyczne. Poważną inwestycją lat trzydziestych była tez budowa komfortowego sanatorium „Modrzewie” oraz przeprowadzenie kanalizacji uzdrowiska. Rozpoczęto też elektryfikację stawiając w 1935 r. elektrownię. Szczawnica znów stała się popularnym kurortem. Mimo konkurencji pobliskiej Krynicy frekwencja wynosiła 5 000 -10 000 gości w ciągu roku”.      („Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, Wydawn. REWASZ, Pruszków 2000)
Niestety, wielkie plany rozwoju uzdrowiska upadły w obliczu kataklizmu jaki przetoczył się przez Polskę w postaci II wojny światowej.

Inhalatorium przy którym można kręcić filmy o akcji toczącej się w latach 30-tych

Inhalatorium w porannej mgle

Pięknie, prawda?

To samo miejsce kilka kroków dalej

 

Tyle zostało po spalonym Dworku Gościnnym, który na powyższych fotkach pięknie prezentuje się już po odbudowie

Szilka zastanawia się czy odwiedzić „Modrzewie”, zdecydowanie jednak wybrała spacer po Parku Górnym

Prawdziwy twórca uzdrowiska

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 15

– Aldona, gdzie ty byłaś? – zapytała Jola. – Szukała cię pielęgniarka, masz iść do ginekologa.

– Masz babo placek, a tam po co? – jęknęła zdegustowana Aldona. – Do ortopedy to zrozumiałe, bo mnie kręgosłup szyjny okropnie boli, ale do ginekologa?

– Oj, nie marudź, wszystkie musiałyśmy przez to przejść. Teraz na ciebie padło. Wiesz, oni tu naprawdę robią wszystkie badania.

– Wiem, rozumiem, doceniam. Ale entuzjazmem nie pałam, uważam, że to zbyteczne.

– Chodź, odprowadzę cię i zaczekam. Chcesz?

– Pewnie, raźniej mi będzie.

Z głębi korytarza dał się słyszeć głos pielęgniarki.

– Pani Aldono, czekamy.

– Już idę – zawołała i mruknęła – tylko nie wiem po co.

– Nie mrucz, tylko chodź – Jola przywołała ją do porządku. – Lepiej zapobiegać niż leczyć.

– Co racja to racja – zgodziła się Aldona.

Jola została na korytarzu czekając na towarzyszkę szpitalnej niedoli. Upłynęło sporo czasu zanim drzwi gabinetu się otworzyły i pojawiła się w nich Aldona jakaś inna niż weszła .Jakby przestraszona, oszołomiona, pobladła.

– O matko, co się stało? – zaniepokoiła się Jola. – Coś wykryli?

– Taaak, właściwie można to tak określić…

– Co takiego?

– Coś absolutnie niesłychanego…

– Co? Mówże wreszcie!

– Coś absolutnie nieprzewidywalnego…

– Ale co?

– Coś absolutnie nierealnego…

– Zwariuję zaraz…

– Coś absolutnie nie-moż-li-we-go…

– Kobieto! Co ci jest?!

– Jestem… jestem w ciąży – wypowiedziała Aldona te słowa jakby nie wierzyła w nie, nie rozumiała ich sensu i próbowała za wszelką cenę pojąć o co w tym wszystkim chodzi, bo ona naprawdę nie wie.

– Co? Jesteś w ciąży? – wykrzyknęła Jola. – Gratulacje! Słuchajcie – wołała do współlokatorek szpitalnych pokoi. – Aldona jest w ciąży!

Na korytarzu zaczęły się pojawiać różne postacie przywabione krzykami Joli.

– To chyba cię teraz na patologię przeniosą – skomentowała jedna z pacjentek.

– Sama jesteś patologia i tam się nadajesz – huknęła Jola.

– No co ty, ja tylko w trosce…

– To się nie troskaj. Obejdzie się. Dajcie jej usiąść, bo zaraz padnie.

Ktoś natychmiast przysunął fotel, ktoś inny przyniósł plastikowy kubek z wodą mineralną. Aldona wykonała kilka głębokich wdechów jak Teresa  kazała w stresowych sytuacjach. Powiodła wzrokiem po wianuszku otaczających ją twarzy, zajrzała we wpatrzone w nią oczy. Znalazła w nich tylko życzliwą ciekawość. Pomału zaczął do niej docierać sens słów lekarza.  Była w ciąży. Jest w ciąży. Jest w ciąży z Sergiuszem. Urodzi jego dziecko. Ich dziecko. Wspólne. Dziewczynki będą miały rodzeństwo. Może braciszka, może siostrzyczkę. Będzie miała dziecko. Ona, Aldona, będzie miała dziecko. Naprawdę???!!! Roześmiała się na cały głos. Wianuszek otaczających ją twarzy zareagował tym samym.

– Boże, będę miała dziecko! Rozumiecie? Będę miała dziecko Sergiusza! Jestem najszczęśliwsza na świecie!

Po pewnym czasie część osób wróciła do swoich pokoi, zostało kilka zaprzyjaźnionych już kobiet. W szpitalu szybciej nawiązuje się bliskie stosunki niż na zewnątrz. Tu warunki są inne, wobec choroby wszyscy zrównani, wszyscy tak samo cierpią, boją się, przeżywają podobny stres a to zbliża. Jola miała zalecenia aby nie spać w nocy, możliwie przez całą noc nie spać albo przynajmniej większą część, żeby rano można było zrobić badanie odzwierciedlające stan organizmu w konkretnych warunkach. Nie chcąc pozostawiać koleżanki samej wobec takiego wyzwania i dopomóc w spełnieniu lekarskiego zalecenia, kilka „dziewczyn” ofiarowało swoją pomoc. Postanowiły nie spać razem z Jolą i zrobiło się na oddziale bardzo wesoło. Pielęgniarka przyniosła kłęby waty i pokazała jak skręcać małe waciki, wrzucane potem do słoja i potrzebne bezustannie. Tym sposobem wykorzystany został z pożytkiem nadmiar energii tryskający z pań.

Aldona była pod takim wrażeniem usłyszanej wiadomości, że i tak nie usnęłaby za nic w świecie. Cieszyła się więc, że może tę noc spędzić pożytecznie i w zacnym gronie.

Postanowiła, że nikomu nie zdradzi swojej tajemnicy dopóki się da. Najpierw sama musi się oswoić z nową sytuacją, zaplanować przyszłość…

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Odwyk

Jestem na odwyku. Hi hi, to nie tak jak myślicie 🙂 Postanowiłam odwyknąć od telewizora a przynajmniej zmniejszyć z nim kontakt. W nowym sezonie, czyli po wakacjach, ani razu nie oglądałam żadnego z seriali, które lubię. Nie, to nie jest umartwianie się, lecz próba odzyskania czasu na inne sprawy, na które go zawsze brakuje. Jedynie „Taniec z Gwiazdami” w piątek i „Twoja Twarz Brzmi Znajomo” w sobotę biorę pod uwagę. Tym razem  byłam niezadowolona z wyników, bo kibicowałam innym osobom i wykonaniom w obu przypadkach. Ale oglądałam z przyjemnością 🙂
Wczoraj, w niedzielę, była taka piękna pogoda, że siedzenie w domu to po prostu grzech 🙂 Rankiem wprawdzie zmarzłam, nie przypuszczałam, że może być aż tak zimno. Lodowaty wiatr przenikał przez cienką kurtkę. W ciągu dnia ku mej radości zrobiło się ciepło jak latem. Przykro myśleć, że już się jesień zaczęła, choć taka jak w niedzielę mogłaby trwać i trwać aż do samej zimny.
Wróciwszy z popołudniowego wyjścia z psami usiedliśmy sobie w ogródku. Było ciepło, wiatr ucichł. Napoczęliśmy cytrynową nalewkę z 2013 roku. Wytrzymała dlatego, że siedziała sobie w garażu i nabierała mocy. Jest jeszcze aroniowa i pomarańczowa. Przydałoby się jakąś nową nastawić, oczywiście „dla zdrowotności, nie dla opilstwa” 🙂  Do tego kawa, placek drożdżowy wg przepisu Jotki. Podobno ochłodzenie idzie, należało się więc nacieszyć ciepłym, słonecznym dniem.
W ogródku kwitną groszki, rozchodniki, aksamitki, trawa odżyła po deszczach, dzikie wino zaczyna się przebarwiać i wygląda bajecznie. Niestety, bukszpany muszę spisać na straty. Zeżarły je obrzydliwe gąsienice zanim się zdążyłam się zorientować co się dzieje i krzaczki uschły. Przed wyjazdem ucięłam kilka gałązek i wstawiłam do wody z nadzieją, że puszczą korzenie. Już tak kiedyś zrobiłam z powodzeniem. Teraz posadzę je w donicach na tarasie, może tu ich nie dopadnie żadna zaraza.

Dziś słońce nad laskiem wstawało w postaci ogromnej, czerwonej kuli, wydawało się, że będzie ładny dzień, podobny do wczorajszego. Jednak chyba nie, zdążyłam dać psiakom śniadanie, ugotowałam jajka na twardo dla nas, zalałam sobie kawę – tym razem „normalną” plujkę, tak mi się zachciało. Usiadłam, włączyłam Lapcia, odpowiedziałam na miłe słowa Myszki pod „Po co wróciłaś, Agato”, którą to powieść Myszka aktualnie czyta  i spojrzałam przez okno. A tam – niebo zasnute chmurami! I po lecie 🙁

W celu uprzyjemnienia jesieni – coś rozgrzewającego i smacznego 🙂

Placek drożdżowy wg przepisu Jotki, wilgotny i smaczny, na razie wyszedł za każdym razem, ale na pewno kiedyś go zepsuję 🙂

Zupa selerowa, w życiu bym nie pomyślała, że może być tak smaczna 🙂

Zapiekanka cukiniowa z pomidorami, zrobiłam skuszona wcześniejszym wpisem Ervi i komentarzem LC

Odwyk odwykiem – ale od zachwycania się Szczawnicą nie odwyknę nigdy 🙂

Są to widoki dosłownie kawałek za osiedlem. Czyż można się nie zachwycać? Co krok wyłania się nowy obraz co widać dokładnie na dwóch ostatnich zdjęciach. Pierwsze jest troszeczkę dalej idąc w stronę „Czardy”.

Mimo jesiennego nieba życzę Wam ciepła i dobrego tygodnia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 42 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 14

    Marzec

    Miejsce w szpitalu wreszcie się znalazło. Będąc w pracy  Aldona odebrała telefon z informacją o terminie. Dorota oferowała swe usługi jako kierowca. Przyjechały do szpitala z dziewczynkami, które koniecznie chciały matkę odprowadzić i zobaczyć jak jej tam będzie. Z izby przyjęć – było przed ósmą – pielęgniarka zadzwoniła na oddział, ale telefonu nikt nie odbierał przez długi czas.

– Nie pracują – powiedziała, – jeszcze nie ma ósmej. Z tą neurologią to nigdy nic nie wiadomo.

Potem okazało się, że ubrania trzeba zostawić w przechowalni, nie wolno mieć ze sobą bo to taki specyficzny oddział.

– Hi hi – zaśmiały się Stokrotki. – Samych czubków będziesz oglądała. Przynieść ci aparat?

– Jak ty mówisz – oburzyła się Aldona. – Tak nie można, każdy chory ma swoją godność. A poza tym nie odróżniasz neurologii od psychiatrii.

– Nie muszę, nigdy nie będę lekarką – oświadczyła Inka.

– Ja też, zupełnie się do tego nie nadaję – poparła siostrę Linka.

Wreszcie wszystkie formalności zostały pozytywnie załatwione w czym wydatnie pomogła Dorota, jakby tryskająca z niej energia udzieliła się personelowi szpitala.

Aldona została sama w obcym miejscu, bez nikogo znajomego, bez żadnej bratniej duszy i do tego głodna jak wilk. Nie wzięła ze sobą żadnych spożywczych produktów. W pierwszej chwili czuła się zagubiona i osamotniona do tego stopnia, że bała się wyjść na korytarz z pokoju. Jedynym plusem był nieduży pokój, a nie ogromna, wielołóżkowa szpitalna sala. Śniadania nie dostała żadnego, dopiero załapała się na obiad w postaci zupy szczawiowej z jedną łyżką ziemniaków oraz – na drugie danie: ziemniaków, znów w ilości jednej łyżki,  z surówką.

Pierwsza noc okazała się koszmarem. Toaleta była w drugim końcu korytarza. Druga wprawdzie znajdowała się  naprzeciwko, lecz wspólna dla kobiet i mężczyzn, i na dodatek bez zamknięcia. Do damskiej toalety musiała przejść mijając chorych leżących na korytarzu,  obok otwartych sal, w których przebywali ludzie przykuci do łóżek bez możliwości ich opuszczenia. Szła ścigana spojrzeniami, które – takie miała wrażenie – przylepiały się jej do pleców, krępowały nogi, odbierały sprężystość rękom, powodowały szum w głowie.

Męczyła się przez całą noc próbując nie skrzypieć łóżkiem przewracając się z boku na bok, na wznak, na brzuch, na wszystkie możliwe części ciała. Gąbkowy materac był zbyt miękki, nie dawał oparcia, nie utrzymywał kręgosłupa, który wykrzywiał się niemiłosiernie, bolały kości i stawy. Do tego zatkał jej się nos, nie mogła oddychać, a bała się sięgnąć po krople zamknięte w szufladzie metalowej szpitalnej szafki, aby nie obudzić hałasem całego oddziału. Oddychała więc ustami co spowodowało okropną suchość w gardle, niemożność przełknięcia śliny. Do tego wszystkiego przez cały dzień kaloryfery były zimne, więc dwa koce, którymi opatuliła się od stóp do czubka głowy długo nie były w stanie jej rozgrzać. Z każdej drzemki budziły ją kroki słyszane z korytarza, dzwonki wzywające pielęgniarkę, wołania chorych. W krótkich momentach pół snu pół jawy – widziała Sergiusza. Wprawdzie zapowiedziała, że nie życzy sobie żadnych wizyt, nie potrzebuje, chce mieć święty spokój lecz prawdą jest, że gdzieś głęboko tkwiła nadzieja spotkania.

Następne dni były już zupełnie przyzwoite. Inne pacjentki pokazały nowicjuszce sklepy obok szatni, w których można było kupić coś do jedzenia, picia, ciuchy nawet, piżamy, kosmetyki i – oczywiście – upominki dla medycznego personelu.  Zaopatrzyła się w kawę, śmietankę w proszku i cukier. W pokoju w dalszym ciągu pozostawała sama, za ścianą zamieszkała Jola, która miała telewizorek, stolik i ciężką nerwicę. Poza tym była dobrą towarzyszką i urzędowały we dwójkę.

Smutno zrobiło jej się tylko w sobotę, w czasie odwiedzin, gdy do innych pacjentów przychodziły całe rodziny a do niej wpadły tylko Linka z teściową przynosząc potrzebne rzeczy. Inka miała w tym czasie zawody w szkole i nie mogła ich opuścić. Wsłuchiwała się w kroki na korytarzu by zgadnąć, czy przypadkiem ktoś do niej nie przyjdzie mimo zakazu. Miała dużo czasu na myślenie.

Cały czas sypał śnieg. Zima nie dawała za wygraną jakby chciała sobie odbić długotrwałą nieobecność. Nawet świecące przez cały dzień słońce nie mogło sobie dać rady ze śniegiem. Ledwie trochę się  roztopił, nazajutrz nasypało go z nieba drugie tyle. I znowu od początku powtarzał się cały proces. Śnieg w dzień topniał, nocą sypał. Zaczął się marzec, a śniegu było więcej niż w styczniu.

Ze szpitalnego okna widać było w oddali mnóstwo drzew o najprzeróżniejszej wysokości i kształcie. Kolor miały właściwie identyczny, taki szaroburozielonkawy. Blisko natomiast, pod samym oknem, dachy budynków przyszpitalnych sprawiały niemiłe wrażenie, w nocy wręcz upiorne. Czasem dym z wysokiego komina zakrywał wszystko rozpościerając się wzdłuż budynków, oddzielając brzydotę ludzkich budowli od piękna natury. Najbardziej rzucały się w oczy strzeliste topole, potem świerki,  reszta ginęła w plątaninie gałęzi.

Za drzewami stały normalne domki, nieduże, w których mieszkali normalni ludzie. Normalne kobiety mające normalnych mężów, na których mogą liczyć, normalne rodziny, normalne dzieci… Stop, kretynko! Dzieci to ty masz  najnormalniejsze, najlepsze na świecie!

Pokręciła Aldona głową z politowaniem nad własną głupotą. Jak można tak się dać ponieść negatywnym emocjom? Miała przecież z nimi walczyć. Przyrzekła sobie, że nie będzie się więcej nad sobą użalała.

Po korytarzu jechała na wózku Aga, młoda dziewczyna po wylewie, za nią szła pomału pani Wiesia, która przeszła udar. Oto gdzie dotarła rozpamiętując ciągle własne nieszczęścia. Do szpitalnego łóżka dotarła. Umiera teraz z niepokoju o rezultat badań i diagnozę, której jeszcze nikt nie zna. Wyczytała tylko „neurogenne uszkodzenie mięśni”, reszty nie zrozumiała. Zresztą pani doktor postanowiła powtórzyć badanie EMG i potem okaże się co dalej.

Ogromnie przyjemną niespodziankę sprawił stosunek lekarzy do pacjentów. Wbrew wielu dotychczasowym doświadczeniom ze światem medycyny konwencjonalnej okazało się, że panie – bo z paniami miała do czynienia – są miłe, sympatyczne i naprawdę starają się pomóc chorym. Aldona przyjrzała się pracy na oddziale i stwierdziła, że praca na neurologii jest chyba najcięższa. Przebywają tu głównie pacjenci leżący, po wylewach, udarach, porażeniach, sparaliżowani, nieruchomi albo pomaleńku uczący się na nowo mówić, chodzić, poruszać rękami i nogami. Albo kompletnie nieświadomi, leżący bez czucia i ruchu podłączeni do urządzeń pozwalających – głównie bliskim – mieć jeszcze nadzieję. Sprawiają  wrażenie jakby dusza już odeszła w zaświaty lecz jakaś nie do końca załatwiona sprawa co pewien czas ściągała ją na moment na ziemię.

Aldona miała dużo czasu. Nigdy dotąd nie znalazła się w podobnej sytuacji. Robiła na drutach kolorowe kwadraty, które zamierzała połączyć w jedną, dużą narzutę, czytała nadrabiając zaległości lekturowe, rozmyślała nad sposobem ułożenia przyszłości sobie i dziewczynkom. Przy okazji myślami wracała do swojego dzieciństwa i przeżywała od początku niektóre jego okresy.

Wielokrotnie analizowała stosunek matki do siebie. Miała już za sobą etap żalu, pretensji, buntu. Obecnie starała się na chłodno, o ile oczywiście było to możliwe, z dystansem przemyśleć raz jeszcze wszystko od początku, aby nie powielić nieświadomie błędów matki, aby przypadkiem nie zrobić krzywdy Stokrotkom, aby ich nie poróżnić lecz sprawić, by przez całe życie były sobie bliskie i znajdowały w sobie nawzajem oparcie wtedy, kiedy jej, Aldony, już nie będzie. Nigdy nic nie wiadomo, zaistnieć może przecież taka sytuacja w niewiadomej chwili, sama  niespodziewanie straciła rodziców. Gdyby nie ten nieszczęsny  wypadek zupełnie inaczej potoczyłyby się losy jej i dziewczynek. Jako dojrzała kobieta z pewnością znalazłaby z mamą wspólny język. Tato nie zostawiłby córki samej na pastwę losu, pomógłby wnuczkom. Niestety, nie miał nawet szansy dowiedzieć się jakie fantastyczne są dziewczynki, jakie do niego podobne. Gdyby żył, kochałby je bezgranicznie, była tego pewna. Łzy zakręciły się jej w oczach. Nie wykonała najmniejszego ruchu, żeby je obetrzeć. Pozwoliła spłynąć na koszulkę słonym kropelkom.

W ciągu dnia nie chodziła w piżamie. Zakładała legginsy i bawełnianą koszulkę, dopiero na to piękny welurowy szlafrok w kolorze amarantowym. Jeździły po niego z Magdą do hurtowni na Służewiec Przemysłowy. Wtedy zauważyła, że wszędzie tam, gdzie przedtem działały zakłady przemysłowe ( stąd nazwa dzielnicy) – zostały opustoszałe budynki, wymarłe obiekty, jedynie w niektórych pootwierano hurtownie. Patrząc na ziejące  smutkiem i pustką pozostałości po miejscach niegdyś ludnych i tętniących życiem pomyślała, że będzie dobrze jeśli kupi taki piękny szlafrok jaki miała Magda. Danusia i Stenia też – tylko w różnych kolorach – każda „dostany” w formie składkowego prezentu klatkowego na imieniny. No więc jeśli kupi – to wróci ze szpitala i będzie żyła dalej. Jeśli nie – trudno, wola boska i skrzypce, sprawę uważała za przesądzoną. Widząc stan ducha przyjaciółki Magda postanowiła żądany artykuł dostarczyć za wszelką cenę. Poświęciła sporo czasu dzwoniąc do wielu hurtowni i wreszcie trafiła, poprosiła o odłożenie, zaciągnęła tam Aldonę i dopiero wtedy odetchnęła z ulgą. Aldona wylądowała w szpitalu ze szlafrokiem oraz z nadzieją, że jeszcze wróci do domu.

Tak więc siedziała w fotelu naprzeciwko schodów i rozmyślała zalewając szlafrok łzami płynącymi bez przeszkód. Zupełnie nie zwracała uwagi na ludzi przechodzących obok niej. Tak już jest na neurologii, znajdują się tu ludzie o wrażliwości większej niż średnia krajowa i mają prawo do zachowania nieco odmiennego od przyjętego za normalne – pomyślała wracając do tematu rozważań.

Wkrótce po urodzeniu drugiego dziecka mama zawiozła Aldonkę do babci. Czteroletnia dziewczynka nie mogła zrozumieć co zrobiła tak bardzo złego, że mama przestała ją kochać, opuściła, wyrzuciła z domu po prostu zostawiając sobie nowego braciszka. Było jej oczywiście bardzo dobrze u babci. Babcia kochała ją i akceptowała, starała się zastąpić nieobecną matkę. Do końca swojego życia pozostała dla wnuczki najbliższym członkiem rodziny. Niemniej jednak mała Aldonka przeżyła ogromnie wywiezienie z rodzinnego domu. Tato pracował całymi dniami i właściwie nie miał nic do powiedzenia, rządziła mama. Mimo przywiązania do babci dziewczynka bała się zrobić cokolwiek samodzielnie, starała się być „cicha i bezwonna”, żeby tylko babcia nie przestała jej kochać i nie oddała z domu jak mama. Zachowywała się zgodnie z życzeniem babci – częściej wyobrażonym niż rzeczywistym – aby jej nie rozgniewać. Nie odważyła się sprzeciwić, zupełnie jak przygarnięty bezdomny psiak starała się wszystkim wokół przypodobać, żeby tylko babcia była z niej zadowolona.

Przyzwyczaiła się w końcu, zadomowiła, nawet rozpoczęła naukę w pierwszej klasie. I właśnie wtedy matka przyjechała i zabrała ją do siebie. Znów dziewczynka została wyrwana ze świata, z którym już się zżyła. Zmuszono ją do rozstania z babcią, koleżankami, ukochanymi miejscami, w które z babcią  lubiła chodzić na spacery, z króliczkami, które woziła w wiklinowym wózku dla lalek.

Zabrano ją w zupełnie obce miejsce, w którym długo nie potrafiła się odnaleźć. Siedmioletnia istotka nauczyła się głęboko skrywać swoje myśli i uczucia w obawie, że zostanie wyśmiana, skrytykowana, skrzyczana, że znów mama ją gdzieś wywiezie, jeśli będzie z niej niezadowolona. Czuła, że mama i tak woli brata, który siostry nigdy nie polubił pewnie dlatego, że nagle pojawiła się w jego świecie jako konkurencja do uczuć matki. Najwyraźniej czuł się zagrożony, bo Aldona pamiętała jak często w nocy się budził i pytał: mama, kochasz?

Wydawać by się mogło, że jako dorośli ludzie rodzeństwo powinno stać się sobie bliskie tym bardziej, że zostali sami po tragicznej śmierci rodziców. Niestety, mimo usilnych starań babci próbującej wnukowi przemówić do rozumu – nic z tego nie wyszło. W końcu Aldona zrezygnowała z prób nawiązania serdeczniejszych kontaktów i z bratową, i z bratem, gdy oświadczył po śmierci babci, że uważa ją za byłą siostrę. Po raz kolejny poczuła się odepchnięta, odrzucona, skrzywdzona, na dodatek okradziona nawet z pamiątek po babci. Zostało jej kilka książek i książeczka do nabożeństwa z 1908 roku jako wspomnienie jedynej istoty, która ją naprawdę kochała.

Mając dużo czasu na rozmyślania doszła do wniosku, że właśnie te fakty z dzieciństwa zaciążyły na jej całym dorosłym życiu. Nie potrafiła się bronić, zależało jej na opinii innych do tego stopnia, że czasem działała wbrew sobie, bała się sprzeciwić, na każde krzywe spojrzenie, krytyczną uwagę reagowała strachem, wewnętrznym dygotem, nieraz łzami. Uświadomiła sobie, że dopiero przyjście na świat córeczek obudziło w niej uczucia i siły jakich istnienia nigdy w sobie nie podejrzewała. Dwie maleńkie istotki zmieniły ją w lwicę gotową na wszystko w ich obronie, łącznie z przegryzieniem gardła wrogowi gdyby okazało się to konieczne. Zdobyła się nawet na stanięcie naprzeciw teściowej z podniesiona głową, wypowiadanie własnego zdania, wreszcie na wyprowadzkę od teściów do wynajętego mieszkania.

A teraz… teraz ma grono wspaniałych przyjaciół, tę cudowną, zwariowaną ursynowską   „mafię”, która przyjęła ją do swego grona niczym najlepsza, kochająca rodzina. Dziewczynki zyskały oddane „ciocie” i „wujków” oraz „mafijne rodzeństwo” i są szczęśliwe. Nareszcie są szczęśliwe tak jak powinny być dzieci. Zostawiły za sobą traumę związaną z kłótniami rodziców, dziadków oraz ze śmiercią ojca. Patrzą do przodu, uczą się, rozrabiają jak na szczęśliwe dzieci przystało i  – co najważniejsze – nie tylko kochają się jako siostry ale i przyjaźnią się ze sobą.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Różności

Czas powrócić do codzienności i rzeczywistości. W „pamięci wzrokowej” wciąż są jeszcze wakacje w górach, lecz cóż, na przepiękne krajobrazy nakładają się inne „obrazki”, aktualne, polityczne. Widać, że nadchodzą wybory, czuć, że się zbliżają nieuchronnie. Rzucają się w oczy wszędzie widoczne afisze, plakaty, banery kandydatów partii miłościwie nam panującej. Są w imponującej ilości i wielkości, nawet na całą ścianę budynku widziałam – ale nie starałam się zapamiętać ani gdzie to było ani kto się tak reklamował walcząc o głosy ewentualnych wyborców (za nasze pieniądze zresztą). W tej sytuacji los wyborów wydaje się być przesądzony. Tak zwany zwykły Kowalski, który dostaje „pińcet” razy ileś tam, który jeszcze przed otwarciem sklepu czeka na „kumpli od procentów”, by miło rozpocząć dzień – zapytany na kogo będzie głosował, odpowiada krótko.  „Na tego co wisi na płocie” – bo… bo go zna, wie jak wygląda, kilkakrotnie w ciągu dnia przechodzi obok płotu to traktuje jak kogoś znajomego postać z plakatu. Przedstawiciele Koalicji „wiszą na płocie” o wiele rzadziej. Kandydatów Lewicy widziałam dokładnie dwóch, zaś PSL widoczny był dopiero w świętokrzyskim. Ot, takie są spostrzeżenia zanotowane podczas jazdy z Małopolski na Mazowsze.
Druga uwaga to fatalne oznaczenia na drogach w sądeckim. Z atlasem samochodowym w ręce trzeba uważnie śledzić mijane miejscowości, nigdzie nie ma tablicy wskazującej kierunek na Warszawę. Mąż doszedł do wniosku, że to specjalnie, na złość, ponieważ warszawiaków nikt tam nie lubi więc niech się męczą i błądzą jak nie chce im się jechać główną drogą tylko zachciało im się omijać Kraków. Dopiero w Koszycach była strzałka na W-wę i stwierdzam, że DK (droga krajowa) nr 79 jest bardzo dobrze oznaczona. Jest tez piękna, malowniczo się wije wśród pól i lasów, mija śliczne domki.
Babcia D. w Szczawnicy ani razu nie mierzyła ciśnienia, nie narzekała, że się źle czuje, wstawała rano, jadła normalne posiłki, chodziła na spacery. Po powrocie – od razu zmierzyła sobie ciśnienie bo zobaczyła ciśnieniomierz i jej się przypomniało, odczyt jej się nie podobał
choć był prawidłowy i nastąpiła powtórka z rozrywki… Stawała się coraz bardziej splątana, rozpakowała torbę po czym ją spakowała z powrotem, nie umiała oddzielić rzeczy brudnych od czystych, żeby je dać do prania, nie bardzo wiedziała co się wokół dzieje i myślała, że
wyjeżdża, nie pamiętała, że właśnie wróciła. Może podróż, w końcu jechaliśmy ponad 8 godzin, może zmiana pogody spowodowały nagłe pogorszenie samopoczucia. Dobrze, że pojutrze ma wizytę u prowadzącej pani neurolog.
W każdym razie uważam, że w Szczawnicy babcia D. była szczęśliwa i bez względu na wszystko cieszę się, że tam była.

Babcia D. na balkonie w Szczawnicy podczas rozwiązywania krzyżówek

Na spacerze podczas zejścia schodkami na pl. Dietla

Powrót do domu obok Dworku Gościnnego

Coś dziwnego – to jakiś grzyb! W życiu takiego nie widziałam. Może ktoś powie co to za cudo i jak się nazywa?

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 37 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 13

Nowa profesja bardzo się Magdzie spodobała. Szybko zapisała się na kurs zielarski, było to koniecznością, by móc pracować dalej. Przecież na farmację się nie wybierała, a jedynie jeszcze takie uprawnienia wchodziły w rachubę. Ukończyła kurs bez problemów, potem z zapałem bezustannie pogłębiała wiedzę. Zawsze robiła wszystko całą sobą, z oddaniem, z absolutnym zaangażowaniem. Całkowicie, bo połowicznie nie potrafiła. W krótkim czasie nawiązała kontakty z hurtowniami najlepiej zaopatrzonymi w produkty lecznicze dostępne bez recepty, zioła i ziołoleki, suplementy, zdrową żywność oraz kosmetyki oparte na surowcach naturalnych. Jeździła na drugi koniec miasta do sklepiku, w którym podjęła pracę. Poświęcała również sporo własnego czasu, który powinien być wolny albo przynajmniej odpowiednio wynagradzany finansowo. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Właściciel sklepiku bardzo sobie chwalił nową pracownicę lecz z docenieniem finansowym jakoś się nie spieszył. Podczas kilku przeprowadzonych na ten temat rozmów słyszała tylko obiecanki.  Cóż, „obiecanki to cacanki a głupiemu radość” – wspomniała stare porzekadło. A ponieważ za głupią się nie uważała, stwierdziła, że dość tego. Nie pozwoli się więcej wykorzystywać. Pozwoliła na to właścicielowi zakładu dziewiarskiego, który w podziękowaniu zwolnił wszystkie pracujące kobiety i zamknął zakład. Teraz nie pozwoli.

Zaczęła myśleć o otworzeniu własnego sklepiku. W najbliższej okolicy nie było takiego asortymentu skumulowanego w jednym miejscu. Rozglądała się za odpowiednim lokalem i  dopisało jej szczęście. W bloku Doroty zwolniło się jedno z trzech spółdzielczych pomieszczeń na parterze. Właściwie były to pomieszczenia zsypowe, lecz ponieważ zsypów  nigdy nie używano zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, pomieszczenia na dole oraz na każdym półpiętrze były przez spółdzielnię udostępniane lokatorom na składziki albo tzw. punkty usługowe różnorakie. I właśnie tu zadziałało szczęście Magdy.

Radości było dużo, głównie wśród damskiej części „mafii”. Panowie z Marcinem na czele zajęli się remontem, aby nowy sklepik mógł spełniać wszelkie wymogi placówki tego typu. Dziewczyny pod wodzą Doroty jako fachowca – oraz oczywiście przy pomocy dzieci – stworzyły tablicę reklamową, która następnie umocowana została nad sklepikiem.

Podczas naklejania napisu jedna z liter obsunęła się, po prostu wyłamała się z szeregu i nie można było jej odkleić bez uszkodzenia całości. Dorota zrobiła małą biedronkę, nakleiła na literę i efekt okazał się zadziwiający. Wyglądało jakby literka przewróciła się pod ciężarem sympatycznego owada. I sklepik zyskał nazwę „Pod biedronką”.

– Jak dobrze, że nie będę się musiała codziennie tłuc przez całe miasto – powiedziała Magda. – Wiecie, że moja własna córka na mnie napadła?

– A co jej zrobiłaś? – zaśmiała się Aldona.

– Rzuciła się ze słowami: o której to się wraca do domu! Jak o szóstej kończysz pracę, to gdzie do tej pory byłaś? Widziałyście coś podobnego? Będzie mnie rozliczała smarkula jedna.

– Oj ciociu, to przecież z troski, bo cię Justysia kocha  – powiedziała poważnie Monika.

Dziewczynki żartowały, że Monika, jako Biedroneczka, ma własny sklep. Okazało się, że był to wspaniały pomysł, strzał w dziesiątkę. Sklepik stał się punktem kontaktowym, miejscem spotkań, tymczasowego przechowania zakupów, przekazywania informacji oraz wspaniałym punktem obserwacyjnym. Każda z sąsiadek wracając z pracy przystawała na chwilę. Kiedy było zimno wchodziła do środka, gdy zaś pogoda pozwalała – Magda wystawiała na zewnątrz krzesła. Starsze klientki przysiadały dla odpoczynku, samotne – żeby porozmawiać, cierpiące – szukając porady. Członkinie ursynowskiej „mafii” podszkoliły przy okazji wiedzę z zakresu ziołolecznictwa i czasem zastępowały Magdę gdy musiała na chwilę wyskoczyć do domu czy na bazarek. Dzieci nieraz odrabiały tu lekcje czekając na rodziców.

Tak więc w sklepie Magdy odbywały się najprzeróżniejsze spotkania owocujące różnorakimi zdarzeniami. Kiedyś jedna z klientek powiedziała, że ma szczeniaka do oddania w dobre ręce, bo starej psicy trafił się nie wiadomo kiedy. Cóż, są ludzie charakteryzujący się kompletnym brakiem wiedzy i wyobraźni, pomyślała Magda i podzieliła się tą odkrywczą myślą z kolejną klientką, która przyszła do sklepu. Rozmawiały dłuższą chwilę. Było zimno, mokro i nikt więcej nie przychodził a klientka chciała się ogrzać, bo zmarzła. Przy okazji poskarżyła się na pustkę w domu powstałą po odejściu starego psa do psiego nieba. Magda natychmiast zareagowała i po dwóch dniach mały, czarny piesek znalazł nową, kochającą rodzinę na całe swoje życie.

Z radia płynął utwór zespołu Dire Straits. Chwilami muzykę zagłuszał warkot silnika samochodu podjeżdżającego pod sam blok.

– Gdyby mógł, kołami wszedłby po schodach – mruknęła Magda próbując zidentyfikować osobę zmierzającą do metra. Miała stąd świetny punkt obserwacyjny. Obok sklepiku przechodzili ludzie, bawiły się dzieci, plotkowały niewiasty. Trochę dalej schodami albo łagodnym zejściem, którym mogły się poruszać na wózkach osoby niepełnosprawne oraz matki z dziećmi w wieku „wózkowym”, mieszkańcy osiedla schodzili do metra. Wszystko widoczne jak na dłoni. Na zapleczu sklepiku, z kubkami kawy w rękach siedziały Aldona z Teresą pogrążone w rozmowie.

– Tak naprawdę Piotr wcale mnie nie poznał, zwyczajnie mnie nie znał.  Dopiero po rozwodzie stałam się sobą, takim pełnym człowiekiem. W sumie dobrze wyszło, bo gdyby pozostało jak było, ja nie miałabym możliwości rozwoju i przemiany. Piotr może teraz ma to, co jemu jest potrzebne do życia, a ja znalazłam swoje szczęście.

– Bo nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło – sentencjonalnie stwierdziła Magda zaglądając na zaplecze i podając Teresie słuchawkę sklepowego telefonu. – Właśnie to twoje szczęście dzwoni.

– Tak? Dobrze, niedługo będę, pa. Też cię kocham – oddała słuchawkę Magdzie.

– Słuchaj, już kiedyś poruszałyśmy temat ale wrócę, bo mnie ciekawi. Czy jeszcze porównujesz czasem uczucie do Piotra z tym obecnym? – spytała Aldona.

– Tak, myślałam o tym.

– I co?

– Jak by ci to wytłumaczyć…Hmm…Kocham Juranda nie dla siebie lecz dla niego… Jakby cała moja dusza kochała jego duszę… O rany, to brzmi idiotycznie. Chodzi mi o to, że obecne uczucie jest prawdziwe, dojrzałe, głębokie, wypełniające świadomość i podświadomość. To tak, jakbyśmy byli podłączeni do jakiegoś urządzenia pracującego na falach o jednej częstotliwości, bo jedno natychmiast odbiera zakłócenia u drugiego. Jest ogromna czułość, chęć bycia razem, służenia pomocą w każdej chwili bez względu na koszty własne. Ja „chcę” ale „chcę dla niego”, rozumiesz?

– Doskonale – skinęła głową Aldona. – Odzwierciedliłaś co do joty mój stan duszy, już kiedyś o tym wspominałyśmy. Właśnie takie uczucie mam do Sergiusza.

– A jeśli chodzi o Piotra, cóż, młoda byłam, zakochana. Poza tym, ja jestem taką panienką z dziewiętnastego wieku. Dom, mąż, dzieci, rodzina  jest podstawą życia. Jak się jedno posypie to cała reszta się psuje. Nie ma całości, nie ma harmonii…

– Chciałaś po prostu żyć w spokoju, jak człowiek – wtrąciła Aldona.

– Tak, ale mogłam ten czas zużyć na konstruktywne działanie, zrobić wtedy prawo jazdy, nauczyć się z głową prowadzić dom a nie improwizować…

– Jak improwizować? Przecież życie to jedna wielka improwizacja. O, jak to mądrze powiedziałam – zdziwiła się Aldona słysząc własne słowa.

– Teraz ci przyznam rację, w pewnym sensie oczywiście, bo ja nie lubię improwizacji. Lubię mieć wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Ale kiedyś o tym nie wiedziałam i nie wiedziałam dlaczego czuję się nieszczęśliwa. Ale poczekaj, nie przerywaj, chciałam wspomnieć o czymś  innym. Wiesz, że z moją mamą nie porozumiewałyśmy się najlepiej. W domu mamy nie mogłam robić nic, co wymagało myślenia. Musiało być tak jak ona chciała. Jęczała, że jest przemęczona ale nie dawała sobie pomóc zamęczając przy tym innych. Ja, dorosła już, nie umiałam upiec ciasta, bo mi nie pozwalała, najwyżej mogłam ubić pianę albo obrać orzechy, bo nic więcej nie umiem i popsuję. Tak więc przez cały czas, który ona spędzała w kuchni ja musiałam spędzać przy niej nie robiąc właściwie nic i utrwalając w sobie pogląd, że się do niczego nie nadaję. Poza tym męcząc się dwa razy więcej niż gdybym wszystko sama zrobiła. Ale gdybym ją w tej kuchni zostawiła i wyszła, to dąsom, płaczom i pretensjom nie byłoby końca. To samo powtarzało się przy pastowaniu podłóg, porządkach i w każdej podobnej sytuacji. Nawiasem mówiąc, niczego się od niej nie nauczyłam poza robieniem swetrów na drutach. Muszę przyznać, że w pewnym momencie zaczęłam mieć dość i przestałam się przejmować. Pytałam: pomóc ci? – a gdy słyszałam: i tak nie potrafisz  – odchodziłam. Dopóki słuchałam każdego słowa jak wyroczni, byłam do zniesienia ale gdy odważyłam się zacząć myśleć, zostałam już na zawsze złą córką. Bardzo mamę kochałam, Boże, jak bardzo, ale nie mogłyśmy się porozumieć. Boję się, żebym z własnymi dziećmi nie straciła kontaktu nie umiejąc zaakceptować ich dorastania.

– I pewnie dlatego się czasem skarżą, że ich traktujesz jak dorosłych, a oni jeszcze tacy „maleńcy” – zaśmiała się Aldona.

– Tak, sami to mówią, a ja wtedy tłumaczę dlaczego. Przyznają mi rację, po czym oczywiście, w zależności od potrzeb i sytuacji, twierdzą, że są już prawie dorośli albo, że są jeszcze dziećmi.

– Przepadają za tobą wszyscy trzej, naprawdę rzadko się widzi taki stosunek matki i dzieci.

– Gdzieś przeczytałam, że miłość macierzyńska powinna się usunąć w cień, by móc stać się przyjacielem. Wiesz, największą radość sprawia mi, że Marek czuje się wśród moich Brysiów tak, jakby od urodzenia byli razem. Jak się kłócą, to równo wszyscy trzej. Jak planują psikusa – we trójkę. Jak przyjdzie im odpowiadać za jakieś przewinienie – też razem, jeden drugiego nie wyda. Wielka w tym jest zasługa Juranda, muszę oddać mu tę sprawiedliwość. Nie robi między nimi różnicy, mimo że przecież własny syn jest mu niewątpliwie bliższy od przyszywanych. Jest dla nich przyjacielem i powiernikiem. Widzę, że mają już swoje męskie tajemnice i cieszy mnie to bardzo.

– Zawsze mówiłaś, że dzieci od początku trzeba traktować jak ludzi i tak robiłaś.

– Nie zawsze, chociaż się starałam. Ale słuchaj dalej. Przenosząc się od rodziców na Ursynów na dobrą sprawę niczego nie umiałam, wszystkiego uczyłam się od podstaw. Do tego dochodziła praca zawodowa, dwoje małych dzieci, nieumiejętność organizacji zajęć w domu. Chciałam wszystko zrobić sama, żeby Piotr był szczęśliwy i zadowolony ze mnie, i żeby nic nie musiał robić. Rezultaty były bardzo szybko widoczne. W domu rozgardiasz, bałagan, rozrabiające dzieci, kłopoty ze zdobywaniem bezglutenowego jedzenia dla Kuby, pustki w sklepach, bezustanny brak pieniędzy gdy musiałam wziąć urlop wychowawczy, żeby ratować prawie umierającego Kubusia. Nic dziwnego, że każdy facet wracający do takiego domu marzy tylko o tym, żeby z niego wyjść i nie wracać, jeśli nie jest wciągnięty w obowiązki i się nie poczuwa. Szczególnie gdy na dodatek jest kuszony przez podłą osobę płci przeciwnej, zaś w domu żona wiecznie zrzędząca, narzekająca, wieczorem zmęczona do nieprzytomności, ani partnerka do rozmowy ani kochanka.

– Nie bredź, nigdy taka nie byłaś.

– No, może nieco przejaskrawiłam obraz. Lecz patrząc z perspektywy czasu myślę, że tak właśnie było. Jeszcze w starym mieszkaniu uciekał od teściowej w alkohol. Tutaj nie musiał się już kryć. I tak wszystko razem się złożyło.

– Żałujesz?

– Teraz wiem, że widocznie tak miało być.

– Czyli jak Magda przed chwilą powiedziała: nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Szczawnickie wspominki – 2

Józef Stefan Szalay rozpoczął rozbudowę uzdrowiska a jego marzeniem było stworzenie kurortu na skalę europejską. To właśnie dzięki niemu wzniesiono kaplicę zakładową, pierwsze łazienki, restauracje oraz pensjonaty do dziś uważane za wzór polskiego budownictwa uzdrowiskowego. Zadbał o obudowę nowych źródeł o nazwie: „Magdalena”, „Waleria”, „Jan”, „Szymon”, „Helena” i „Aniela”, powiększył Park Górny, zbudował zadaszenia nad chodnikami aby kuracjusze mogli spacerować nawet podczas deszczu.
„Szalay zabiegał wszędzie o reklamę uzdrowiska. Zaktywizował miejscowych górali, namalował pierwsze godła rodów szczawnickich. Doceniając rolę turystyki wydał pierwszy przewodnik po Szczawnicy oraz Album Szczawnicki z własnymi rysunkami Pienin i zdroju. Organizował pierwsze pokazowe spływy przełomem Dunajca. Zapraszał do Szczawnicy uczonych i lekarzy, chemikom zlecał analizę nowo odkrywanych źródeł. Przyjaźnił się z wielkim polskim balneologiem Józefem Dietlem, który tak opisał ówczesne zdrojowisko. >>Szczawnica między zdrojowiskami Galicji pierwsze zajmuje miejsce. Pierwszeństwo to zjednała sobie niezrównanie pięknym położeniem, doświadczoną skutecznością wód i niezmordowaną gorliwością właściciela dla jej wzrostu i upiększenia. Śmiało rzec można, iż ona należy do małej liczby zdrojowisk ojczystych, których sława poza granice kraju jest rozgłośną.<<” ( „Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, Wydawn. REWASZ, Pruszków 2000)
Faktycznie stała się Szczawnica Perłą Pienin, uzdrowiskiem, miejscem słynnym, do którego przyjeżdżali artyści, przyjeżdżała arystokracja. Byli tu m.in. Cyprian Kamil Norwid, Józef Ignacy Kraszewski (willa do dziś nazywa się „Pod Kraszewskim”), Adam Asnyk, Michał Bałucki, Maria Konopnicka, Bolesław Prus, Lucjan Siemieński, Jan Matejko, Wojciech Gerson, Wincenty Pol, Ludwik Zejszner. Henryk Sienkiewicz w 1879 r. podczas podróży ze Lwowa do Szczawnicy poznał swą pierwszą żonę Marynię Szetkiewiczównę, odwiedzał ten kurort kilkakrotnie, jego imię nosi szkoła w Szczawnicy, a na ul. Zdrojowej stoi pomnik pisarza. Aha, przebywała tutaj także poprzedniczka naszej współczesnej Magdy Gessler, o czym pisałam 16 czerwca 2019 we wpisie pt. „Pani Lucyna Ćwierczakiewiczowa” 🙂
W okolicach roku 1860 w ciągu sezonu Szczawnicę odwiedzało około 1200 osób. W tym roku Józef Szalay wydzierżawił zdroje „Szymon”, „Helena” i „Aniela” Spółce Zdrojowisk Krajowych. Spółka miała utworzyć Dolny Zakład Zdrojowy. Do 1865 r. założono Park Dolny, wybudowano kilka domów dla kuracjuszy. Potem Spółka wydzierżawiła Dolny Zakład po kolei: Teodorowi Baranowskiemu, Franciszkowi Tomankowi, Tomankowej i synom, wreszcie doktorowi Józefowi Kołączkowskiemu, który został twórcą słynnego Zakładu Wodoleczniczego.

Ciąg dalszy historii mojego ukochanego miasteczka nastąpi. Zdjęć napstrykałam tyle, że przez cały rok będę miała co pokazywać 🙂 Ja mogę je oglądać „w kółko na okrągło” i nigdy mi się nie znudzi, Mężowi zresztą tak samo. Sięgamy czasem po albumy ze zdjęciami z pierwszych wyjazdów i porównujemy ze zmianami jakie nastąpiły przez ten czas.

Dzisiaj zdjęcia z pl. Dietla. Nie słuchają mnie i same się ustawiają w jakiej kolejności chcą, jeszcze nie posiadłam sztuki zarządzania nimi, ale co tam 🙂 Jeszcze niedawno wcale nie potrafiłam zamieścić żadnej fotki, a teraz – proszę bardzo 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 36 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 12

Aldona dostała skierowanie do szpitala. Po przeżyciach, które zniosła w sumie dzielnie nie rezygnując z walki o siebie i dzieci, o dalsze życie i poprawienie jego jakości – jej fizyczne ciało chwilami odmawiało współpracy. Miała wrażenie, że mięśnie zrobiły się jakieś takie słabe i zmęczone, nie opuszczała jej trzęsionka nawet gdy była spokojna i zrelaksowana albo  przynajmniej myślała, że jest. Zdarzyło jej się zgubić but – na szczęście w pracy, nie na ulicy – i nie zwrócić na to uwagi. Po tym fakcie nosiła tylko pantofle na wysokich obcasach słusznie uważając, iż zgubienia takiego buta nie można nie zauważyć choćby z powodu natychmiastowego zachwiania równowagi. Wreszcie bardzo już zmęczona nieustannym znużeniem oraz coraz większą trudnością zachowania kamiennej twarzy w pracy, wybrała się do lekarki. Była to bardzo dobra osoba i jako człowiek, i jako przedstawicielka swojego zawodu, znana jeszcze z czasu, kiedy była lekarką zakładową i leczyły się u niej wszystkie koleżanki Aldony będące obecnie emerytkami. Utrzymywały ze sobą kontakt i spotykały się co jakiś czas. Pani doktor pracowała aktualnie w przychodni, do której po pokonaniu wewnętrznych oporów Aldona jednak zdecydowała się udać. I całe szczęście. Dostała skierowanie do szpitala. Czekała aż zwolni się miejsce na oddziale neurologii przygotowując córeczki na pewien okres samodzielnego życia. Musiała również przyjaciółki poinformować o owym fakcie.

– Dziewczyny, mam skierowanie do szpitala – powiedziała na zbiórce u Magdy, u której zawsze najlepiej im się gadało i weselej było poprzez włączanie się Marcina do babskich pogaduszek. Stenia przy okazji wykorzystywała manualne zdolności sąsiada nadstawiając do masażu szyjny odcinek kręgosłupa.

– To dobrze – stwierdziła Magda. – Nawet bardzo dobrze, zrobią ci remont kapitalny i będziesz jak nowa.

– Dobrze to określiłaś – uśmiechnęła się Danusia. – Należy ci się, Doniczko.

– Jak obowiązkowy  przegląd techniczny samochodu  po iluś tam kilometrach – wymamrotała Stenia spod ręki Marcina unosząc głowę.

– Ale co będzie z dziewczynkami? – zainteresowała się Danusia.

– No i tu właśnie mam problem, bo nie wiem – westchnęła Aldona. – Mogłyby pójść na ten okres do dziadków, ale teść złamał nogę a teściowa nie ma prawa jazdy. Ze szkoły jest za daleko, żeby starsza kobieta dwa razy dziennie jeździła o tej porze roku autobusami i tramwajami z przesiadką. Jeszcze na dodatek ona się połamie i co wtedy będzie? Poza tym lekcji nie dopilnuje, więc Agata będzie miała okazję powyżywać się, wezwie teściową do szkoły, a co jej naopowiada na mój temat, mogę sobie wyobrazić. Nie wiem co robić.

– Już ci proponowałam przeniesienie dziewczynek do naszej szkoły – zaczęła Dorota.

– Tak, wiem, tylko one wtedy nie chciały…

– Jakby były razem z naszymi dzieciakami, odpadłby problem dowożenia ich do szkoły i przywożenia z powrotem– ciągnęła dalej. – Tu na miejscu opiekę zorganizujemy.

– Ja mam urlop, z konieczności – powiedziała Danusia, która wspólnie z koleżanką z poprzedniej pracy prowadziła sklepik z ciuchami na bazarku przy Lanciego . – Będę więc w domu i mogę się nimi zająć pełnoetatowo, że tak powiem. Nawet spać by u mnie mogły, bo mojej córci nie ma.

– Spać i u mnie mogą – wtrąciła Dorota. – W końcu to jakby trochę moje bratanice… No co się krzywisz? Może nie mam racji? – zwróciła się do Aldony.

– To się jeszcze okaże, bo wyroki losu są niezbadane – mruknęła zapytana. – A co do szkoły, one już tak chętnie do niej nie chodzą odkąd mają nową nauczycielkę matematyki.

– Jaką nową? – zainteresowała się Stenia. – Nic nie wiem.

– Ano taką, że ta moja, pożal się Boże, bratowa, zatrudniła się w szkole, do której chodzą dziewczynki – wyjaśniła Dorota.

– O matko – jęknęła Danusia.

– Z nią wyraźnie coś jest nie tak – Stenia wytarła ręcznikiem nadmiar oliwki z wymasowanego karku. – Po sposobie w jaki mnie potraktowała mogę to stwierdzić. I zaświadczę jeśli gdzieś będzie trzeba.

– Dziękuję wam, kochane jesteście  – wzruszyła się Aldona. – Dziewczynki naprawdę chciałabym zabrać z tej szkoły. Dla ich własnego dobra. A może teściowa zgodzi się tutaj zamieszkać?

– Coś ty, przecież ma połamanego męża w domu. Jak sobie to wyobrażasz? Chodzić chłop nie może i co zrobi bez niej? Tamto pokolenie facetów jest zupełnie bezradne nie mając kobiety obok siebie – stwierdziła Danusia.

– Nie tylko tamto – sprostowała Stenia myśląc o własnym mężu.

– Zgadzam się – poparła ją Magda. – A wracając do tematu dziewczynek, zajmiemy się nimi zbiorowo i sumiennie, nie będą bez opieki ani chwili. Nie musisz się więc o nie martwić i spokojnie możesz iść do warsztatu wyremontować karoserię.

– Ależ ona sobie ma silnik wyremontować – parsknęła Dorota.

– No właśnie, silnik. A jak wróci to my się zajmiemy karoserią – śmiały się Stenia z Danusią.

– Jak wróci… – bąknęła Aldona.

– A idźże ty głupia babo i durnot nie opowiadaj – huknęła Dorota. – Za dużo masz jeszcze na tym świecie do zrobienia, żeby takie androny pleść. Rozumiesz?

Dziewczynki, wbrew obawom matki, nie wyraziły sprzeciwu w kwestii zmiany szkoły. Nawet wyglądały na zadowolone.

– Słuchajcie moje córeczki kochane – zaczęła. – W związku z tym, że muszę iść do szpitala na badania…

– Ale przecież zaraz wrócisz – wtrąciła Inka.

– No przecież nie możesz tam być długo – dodała Linka.

– …na badania – ciągnęła, – które nie wiem ile czasu mogą potrwać, może nawet tydzień albo więcej…

– To co my zrobimy bez ciebie? – zatroskała się Linka.

– Przecież sobie poradzimy – znacząco spojrzała Inka na siostrę. – Prawda, siostra?

– No pewnie, że sobie poradzimy. A ty, mamusiu, idź do tego szpitala i się szybko wylecz, bo my cię kochamy – Linka przytuliła się do matki.

Inka poszła w ślady siostry. Aldona objęła swoje skarby mocno, dziękując w duchu za ustrzeżenie jej  przed czynem, którego o mało nie dokonała pod wpływem jakiegoś idiotycznego impulsu albo diabelskiego podszeptu. I tak siedziały przytulone.

cdn

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Szczawnickie wspominki 1

Wciąż jeszcze nie mogę myśli oderwać od mojego ukochanego miasteczka. Przeglądam zrobione zdjęcia, których mamy mnóstwo od pierwszego pobytu. Widać jak ogromnie różnią się te same uwiecznione miejsca, jak Szczawnica zmieniła się i wypiękniała.
Nazwa miasteczka pochodzi zapewne od kwaśnych źródeł mineralnych nazywanych przez górali szczawami. O początkach powstania miejscowości nie można powiedzieć nic konkretnego poza tym, że już w połowie XIV wieku istniała w Szczawnicy parafia, osada zaś
należała do starostwa czorsztyńskiego. Była parafią do 1529 r. Wtedy krakowski biskup Piotr Tomicki przyłączył ją do parafii w Krościenku. Murowany kościółek szczawnicki został zniszczony (nie doczytałam dlaczego), lecz w 1550 r. wybudowano kościółek drewniany, kryty gontem, który pełnił swą rolę długo i doczekał się zostania kościółkiem parafialnym w 1870 r. i służył mieszkańcom do 1892 r., to jest do czasu wybudowania obecnego kościoła.
W XVIII wieku Szczawnica była świadkiem wielu działań wojennych, potyczek w których ucierpiała. W 1706 r. podczas wojny północnej toczyły się tu walki między wojskami rosyjskimi a ludźmi starosty Lubomirskiego z Lubowli. W latach 1735-36 stacjonowali tu kozacy przeciwni królowi Stanisławowi Leszczyńskiemu. W latach 1768-70 w okolicy walczyli Konfederaci Barscy pod dowództwem Beniowskiego.
W 1769 r. wojska austriackie zajęły Spisz i Ziemię Sądecką pod pretekstem obrony Węgier przed zarazą. To był właściwie początek pierwszego rozbioru.     Szczawnica należała do 1811 r.  do starostwa czorsztyńskiego, potem władze austriackie zlikwidowały starostwo i
przejęły należące do niego dobra. Potem obszar starostwa rozpadł się na 3 „dominia” – szczawnickie, krościeńskie i czorsztyńskie a duża część ziem szczawnickich przeszła w ręce chłopskie.
Prawdziwy rozwój Szczawnicy związany z leczniczymi właściwościami tutejszych wód rozpoczął się w XIX wieku. W 1810 r. dr Rhodius z Krakowa dokonał pierwszej analizy szczawnickiej wody. Ok.1816 r. sołtys Józef Zachwieja wszedł w posiadanie źródła jeszcze nie mającego nazwy. Na mocy umowy z Urzędem Kameralnym w Kamienicy mógł napełniać wodą butelki i wysyłać je w świat.  21 sierpnia 1820 r. Zachwieja zwany Józiopankiem sprzedał źródło Janowi Kutscherze, który był mieszczaninem ze Spiszu. On to rozpoczął wznoszenie pierwszych, skromnych jeszcze, zabudowań zdrojowych przy dolnym (późniejszy Szymon) i górnym (późniejsza Józefina) źródle, domów
dla kuracjuszy i tworzenie pierwszych założeń dzisiejszego Parku Górnego.
W 1828 r. szczawnickie ziemie nabyła Józefina Szalay, również ujęcia wody oraz zdrojowe zabudowania stały się jej własnością. Od tego czasu datuje się rozwój miejscowości, bowiem Józefina i jej mąż Stefan zapragnęli urządzić tu uzdrowisko na miarę słynnych europejskich
kurortów („badów”). Nadali swoje imiona głównym źródłom. Natomiast prawdziwym, właściwym twórcą uzdrowiska został ich syn, Józef Stefan Szalay, który przejął zarządzanie uzdrowiskiem w 1839 r.

Kaplica zdrojowa zbudowana przez Józefa Szalaya w 1846 r., wewnątrz znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem pędzla samego Szalaya

Kaplica zdrojowa zbudowana przez Józefa Szalaya w 1846 r., wewnątrz znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem pędzla samego Szalaya

Urocze schodki prowadzące do „Hutnika”. Park Górny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Park Górny, muszla koncertowa na placem Dietla

Muzyk „mieszkający” na zawsze w pobliżu muszli koncertowej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drugi muzyk

I jeszcze jeden, tym razem trębacz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamglony Park Górny

Jedna z alejek Parku Górnego wciąż we mgle

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kaplica z innej perspektywy, za nią widoczne budynki na pl. Dietla

Inna alejka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czyż nie powinna się tu przechadzać dama w długiej sukni?

Tutaj też dobrze by dama wyglądała, choć latarnia mniej nastrojowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomnik poświęcony właściwemu twórcy uzdrowiska Józefowi Szalayowi

Koniec schodów prowadzących z Inhalatorium, potem zejście w dół na ul. Zdrojową

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dworek Gościnny w nowej odsłonie, odbudowany po pożarze, który w 1962 r. strawił wszystko zostawiając jedynie fragment fundamentów

Na koniec dzisiejszego odcinka woda w fontannie na pl. Dietla

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciąg dalszy historii Szczawnicy nastąpi 🙂 Informacje zaczerpnęłam z przewodnika „Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, wydawn. „REWASZ”, Pruszków 2000

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

Niespodzianka z gatunku najmilszych

Zamilkłam na tydzień ponieważ udało nam się na chwilę wyskoczyć do ukochanego miejsca. Zupełnie niespodziewanie, myślałam, że nic z tego nie wyjdzie lecz wyszło. Z konieczności, trzeba było pewne zobowiązania wykonać. Najważniejsze, że babcia D. dała się przekonać, iż koniecznie trzeba pojechać bo to obowiązek i tak musi być, bo inaczej to… ho ho ho… nie wiadomo jakie konsekwencje mogą nastąpić itp. itd….
Moc przekonywania okazała się tym razem na tyle silna, że zapakowaliśmy do auta trochę bagaży, psiepsioły, babcię D. oraz siebie i wyruszyliśmy na dni kilka na południe. Do ostatniej chwili miałam wątpliwości czy się uda.
Wyruszyliśmy o godz. 7.30. Jechaliśmy w sumie 7,5 godz. Było lepiej niż myślałam! Naprawdę! Babcia D. i dwa spore psy w ciasnym samochodzie to trudna sprawa. Do tego upał niemiłosierny i naprawdę bałam się tej podróży. Jednak radość z możliwości jej odbycia równoważyła wszystkie ewentualne niedogodności.
Postanowiliśmy ominąć Kraków, żeby nie pchać się przez  rozkopane miasto i nie stać w korkach na rozgrzanych ulicach z psami ziejącymi na tylnym siedzeniu obok babci, która wciąż powtarzała, że psy się męczą. Wreszcie spytałam czy w związku z tym mam je wyrzucić z samochodu. Postoje robiliśmy na trasie, żeby mogły rozprostować łapki, napić się, przegryźć przysmak. W sumie do pierwszego przystanku trochę się kręciły, potem ułożyły się i spały większą część drogi. Skitek wyglądał przez okno, lubi oprzeć pysk na oparciu siedzenia obok ramienia Męża i tak sobie patrzy zadumanym wzrokiem.
Pojechaliśmy na Nowy Sącz i zupełnie dobrze się jechało. Nawet burzę z deszczem, właściwie ulewą, spotkaliśmy po drodze. Ochłodziło się nieco powietrze. Dojechaliśmy wreszcie cali i zdrowi do Szczawnicy. Psiepsioły wyszły zadowolone, że to już. Zmęczone były, z przyjemnością pochodziły po chłodnej trawie. Weszliśmy na górę a Szilunia zrobiła miłą niespodziankę ponieważ sama weszła po schodach. Trochę przodem, trochę tyłem ale dała radę samodzielnie. Taka dzielna dziewczynka! Ostatnio do Małego na IV piętro Mąż
wnosił ją na rękach. A tu – proszę bardzo – cały tydzień schody pokonywała samodzielnie!
Tak więc dojechaliśmy, babcia D. wchodziła powoli ciężko dysząc, ja dyszałam wcale nie mniej 🙂 odzwyczajona od codziennego wchodzenia po schodach. Ale nic to, wdrapaliśmy się zbiorowo i dopiero gdy chciałam z Mężem zejść po resztę bagażu – zaczęła się rozpacz. Szilka widząc, że oboje chcemy wyjść zostawiając ją, złapała najpierw mnie (byłam bliżej drzwi)  łapkami za rękę, lizała i mówiła, żeby jej nie zostawiać.
– Sziluniu, zaraz wrócę, czekaj, zostań i czekaj – uspokajałam ją, delikatnie oswobodziłam się z uścisku i pobiegłam w dół na parking.
Sunia tak samo prosiła Męża, żeby jej nie zostawiał, lizała, chwytała łapkami i płakała. Na babcię i Skitsa wcale nie zwracała uwagi, choć babcia do niej mówiła cały czas. Wyskoczyła na balkon i stamtąd widząc nas przy aucie zaczęła zawodzić na całą okolicę. Skitek nie
wiedział o co chodzi lecz dla towarzystwa się przyłączył. Wracaliśmy biegiem, żeby towarzystwo uspokoić. Cieszyły się gdy weszliśmy do przedpokoju, okazywały taką radość i miłość jakby nas rok nie widziały. I może jakiś kretyn powie, że zwierzęta nie myślą, nie czują? Kiedy ludzkość jako całość zrozumie, że ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ?
Około 12-ej w nocy Skitek zaczął się kręcić. Pomyśleliśmy, że musi wyjść. Cóż, stresy, nowe miejsce. Mąż wstał, ubrał się i wyszedł z psiepsiołami, przecież nie można iść z jednym tylko. Po powrocie ledwo przysnęliśmy, znowu zaczął się kręcić. Mało tego, usiłował
wpakować się na łóżko. Długo trwała przepychanka kto kogo 😉 Wreszcie pozwoliłam mu wejść na siedzenie narożnika kuchennego i tam przespał do rana. Wstaliśmy o 6-ej, żeby z psami wyjść. Spacer rankiem w takim miejscu jest cudowny. Kolory, zapachy roślin budzących się po nocy, snujące się mgły, ptaki odzywające się różnorakimi głosami – a jest ich tutaj ogromne skupisko – to jest fantastyczne przeżycie, relaks, endorfiny krążą w całym krwioobiegu, buzują w każdej komórce. Normalnie – raj na ziemi 🙂
Poranny spacer to zawsze Park Górny.

Zdjęcia wskoczyły jak same chciały. Chciałam po kolei ustawić tak jak się idzie przez park, ale nie potrafię ich już ruszyć z miejsca. Trudno. Obok Sienkiewicza po lewej stronie widoczna jest sarna pod blokiem. Naprawdę! Widzieliśmy ją dwa razy, poprzednio nieco dalej a potem tuż obok. Budynki są na pl. Dietla a obelisk jest poświęcony właśnie profesorowi.

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 30 komentarzy