Spacer do Krościenka

Zastanawiałam się nad tematem, żeby był przyjemny, niestresujący lecz odwrotnie, pozwalający na chwilową wycieczkę poza miejsce zamieszkania czy aktualnego pobytu. Oczywiście myśli moje popędziły do Szczawnicy jedna drugą wyprzedzając i spiesząc się, by być pierwszą. Może godła szczawnickie? Może figury kwiatowe? Może spacer po miasteczku? A Pieniński Park Narodowy? Może wioska Janosika? Schodki? Droga do Czardy? Do Krościenka? Do Czerwonego Klasztoru? Wycieczka do Niedzicy? Tyle jeszcze przed nami, że miło się robi na sercu na samą myśl. Zobaczę na jakie zdjęcia trafię z zamkniętymi oczami i tam pójdziemy 🙂
Padło na przechadzkę na lody do Krościenka. Psiepsioły miały porządny spacer, my też. Idzie się wzdłuż Dunajca, który od zakola w Szczawnicy w stronę Krościenka płynie już spokojnie, równo, jak każda inna przyzwoita rzeka. Owszem piękna, malowniczo położona, ale jakby nie mająca nic wspólnego z szalonym, dzikim Dunajcem toczącym spienione wody wzdłuż Drogi Pienińskiej.

 

 

To zdjęcie oraz 5 powyższych zrobiłam siedząc przy stoliku „U Marysi” delektując się lodami, widać na nich (na zdjęciach) Dunajec z ogródka lokalu, oraz fragment starego kościoła taki, jaki zmieścił się w kadrze

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

W poniedziałek

Spokoju nadal nie widać, jakaś taka niemożliwie intensywna końcówka roku się zrobiła. Ten rozpoczynający się tydzień w rozjazdach, przyszły też, w tym coś, czego najbardziej nie lubię – wizyty u lekarzy specjalistów, brr..
Calineczka jest przeziębiona, w dalszym ciągu do żłobka nie chodzi, katar ją męczy, ale energii nie pozbawia. Apetytu niestety tak, a więc wcisnąć jej cokolwiek do pysia to sztuka niemała. Byłam od 8-ej rano do ok.16-ej, przez ten czas zjadła odrobinę owsianki (normalnie ulubionej), jeden kwadratowy serek kiri, wypiła trochę soczku oraz jeden kubeczek kakao. Drugi kubek zawartości został pozbawiony w sposób gwałtowny i nieprzewidziany przeze mnie, choć niezamierzony… 🙂 – kakao wylało się na stolik, krzesło i podłogę. Oczywiście samo 🙂 Dobrze, że szkrabusia miała na sobie nieprzemakalny śliniaczek z kieszonką, dzięki czemu ubranko zostało uratowane. Na każdą propozycję jedzenia odpowiedź była jedna: nie, nie, nie, nie chcę! Tak było dopóki nie poczuła zmęczenia, ale nawet zamykając oczka mówiła: nie chcę, nie chcę, nie chcę! Wreszcie stwierdziła: lulu. Przytuliła się i usnęła patrząc na kołyszące się drzewa. Nie włączałam przez cały czas ani jednej bajki do oglądania, nie było takiej potrzeby, bez tego miałyśmy sporo różnych zajęć. Owszem, wyczerpujących babcię 😉 ale co tam, babcia wróciła do domu i siedzi odpoczywając, a czas spędzony z kruszynką – bezcenny.
Dziadek poszedł z psami sam, babcia nie miała siły iść na wieczorny spacer, za to miała chwilę, by zapisać powyższe słowa, jutro znów czasu braknie. Pojadę do Mary „pooperacyjnie”, wrócę wieczorem. To znaczy jak będzie ciemno. Bardzo nie lubię, gdy dzień jest taki krótki, Kiedy robi się ciemno od razu chce mi się spać.

Wróciłam autobusem, nie chciałam dzwonić po Męża, bo jazda po ciemku to
żadna przyjemność, korki są dodatkową atrakcją, psy trzeba ubierać, a Szila jakoś nie bardzo ostatnio pała chęcią do jazdy, no i strach babcię D. zostawiać samą bez istotnej potrzeby. Dodatkowym atutem przemawiającym za wyborem autobusu jako środka dojazdu do dzieci  jest fakt, że niedaleko mam linię autobusową, której zmieniono trasę i wiedzie ona na Kabaty. Z przyjemnością jechałam już trzy razy. Lubię czasem popatrzyć jak ludzie wyglądają 🙂 Ponieważ mam roczny bilet z racji ukończenia odpowiedniej liczby wiosen życia, mogę jeździć bez gorączkowego szukania biletów po kieszeniach, kiedy trafi się potrzeba wyjazdu. Już nie można kupić biletu u kierowcy, co dla pasażerów było wygodne, jednak dla kierowców nie i powodowało dodatkowe opóźnienia.

Szilunia pozdrawia i życzy dobrego tygodnia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 23

Czerwiec

Karolina kilkakrotnie przyjeżdżała do Warszawy w związku ze specjalizacją, czasem też na sympozja czy konferencje powiązane ze swoją dziedziną, bowiem należała do osób ustawicznie szukających i uczących się czegoś nowego. Tym razem czekał ją zjazd lekarzy pulmonologów. Wykłady, dyskusje, prezentacje odbywały się przez dwa i pół dnia. Trzeciego dnia wieczorem organizatorzy zaplanowali uroczystą imprezę w Łazienkach. Można było zaprosić osoby towarzyszące. Akurat tego dnia Teresa i Jurand – u których się zawsze Karolina zatrzymywała – nie mogli jej towarzyszyć, zaprosiła więc Aldonę. Zupełnie możliwe, że na tę decyzję wpłynęła długa nocna rozmowa z kuzynostwem. Zmęczony Jurand w pewnej chwili nie wytrzymał i udał się do sypialni, obie zaś pogrążone w rozmowie panie nawet nie zauważyły jego braku.  Omówiły historię Aldony i Sergiusza, przy czym Teresa dokładnie wprowadziła kuzynkę w obecną, wielce zagmatwaną sytuację pary.

– No wiesz co? Jestem zaskoczona i to bardzo niemile – oświadczyła Karolina. – Przecież wyglądał na tak zakochanego, że świata nie widział poza Doniczką. Nie udawał, jestem pewna, że to było szczere.

– Myślę, że to jest szczere. Tylko sytuacja go chwilowo przerosła i nie potrafi sobie z nią poradzić – powiedziała Teresa.

– A co w tym trudnego? – zdziwiła się Karolina. – Mówię zwyczajnie do Agaty: moja droga, zachowałaś się podle, nie zmieniłaś się ani na jotę, dalej postępujesz tak samo jak przedtem, a więc żegnam panią, wypad, zjeżdżaj stąd. Po prostu. Po męsku i zdecydowanie.

– Wiesz, poniekąd go rozumiem. Ze względu na dziecko musiał się powstrzymać. Monika tak bardzo się ucieszyła, była taka uszczęśliwiona powrotem matki, że sobie nawet nie wyobrażasz. Nie mógł jej od razu pogonić w takiej sytuacji. Gdyby mała nie zobaczyła Agaty, byłoby zupełnie co innego, mógłby zareagować jak mówisz. Ale tak? Jest jego legalną żoną, ma prawa do majątku, a moim zdaniem o to najbardziej jej chodzi. Praw rodzicielskich też jej nikt nie odebrał.

– Więc dlaczego od razu nie przedstawił swoich warunków?

– Myślę, że był zbyt zaskoczony tym jej niespodziewanym powrotem, żeby tak z marszu zacząć myśleć.

– No cóż, czasem myślenie nie jest najmocniejszą stroną facetów – oświadczyła Karolina. – A chociaż wytłumaczył się Aldonie, powiedział ile czasu ma tak wisieć w próżni zanim on nie postąpi jak prawdziwy mężczyzna?

– Przyznam ci się, że nie wiem. Jakoś tak mi niezręcznie aż tak głęboko wchodzić z butami w intymne sprawy. Są pewne granice… ile mogę to jej tłumaczę.

– Skoro Doniczka wygląda jak mi mówiłaś kiedy byłam w marcu, skoro przez całe ferie nie miała dzieci i nie chciała do ciebie przyjść, skoro odkładała słuchawkę zanim ty skończyłaś do niej mówić, to jest gorzej niż źle.

– Tak było wtedy.  Teraz jest lepiej. Zdecydowanie. Jakby poweselała, przytyła nawet, buzia jej się zaokrągliła. Przedtem wyglądała jak zębaty kij od miotły. Właściwie od pobytu w szpitalu tak się zmieniła. Chwali lekarzy, widocznie dobrali jej odpowiednie leki. Różnica jest niesamowita między Doniczką, która poszła do szpitala a Doniczką, która z niego wróciła.

– Wiesz co? Wyciągnę ją do tych Łazienek, spróbuję, może mi się uda z nią od serca pogadać.

– Spróbuj, życzę powodzenia.

– Powiedz mi jeszcze coś o Sergiuszu. Jak myślisz, dlaczego tak postępuje, dlaczego zwleka z podjęciem decyzji? A może już podjął i jest mu dobrze, nie zamierza niczego zmieniać?
– Nie, niemożliwe. On jest podobny do Juranda z charakteru. Nie znosi, kiedy coś mu się wymyka spod kontroli. Nie lubi improwizacji, potrzebuje planu, który może realizować punkt po punkcie.

– Możliwe, że jeszcze sobie planu nie ułożył? Nie wyglądał, przepraszam cię bardzo, na tępego kretyna, który sobie planu działania ułożyć nie potrafi.

Aldona chętnie przyjęła zaproszenie do Łazienek. Ucieszyła się nawet twierdząc, że skoro już tak dawno nie była w parku, który lubiła  i kiedyś odwiedzała bardzo często, to z przyjemnością przeniesie się w czasie do epoki króla Stasia i dotrzyma Karolinie towarzystwa.

W Łazienkach część parku została wynajęta i wyodrębniona na potrzeby prywatnego spotkania po zakończonym zjeździe. Palące się lampiony wyznaczały teren zamknięty dla osób zwiedzających Królewskie Łazienki, dostępny jedynie dla zaproszonych gości  wraz z osobami towarzyszącymi. Przewidziany był spektakl w Teatrze na Wyspie, a wcześniej czekały na przybyłych różne atrakcje w postaci grillowanego mięsiwa serwowanego bez ograniczeń, pływającej gondoli, w której można było zażyć przejażdżki po stawie, kataryniarza z papugą siedzącą mu na ramieniu, obracającego korbką urządzenia wydającego z siebie chrapliwe dźwięki muzyki, powozu zaprzężonego w przystrojone konie, którym można było odbyć spacer po parku, kolorowych pawilonów wewnątrz których aktorzy w odpowiednich kostiumach czytali głośno utwory z epoki.  Po trawnikach spacerowały pawie od czasu do czasu rozkładając swe przepiękne ogony ku uciesze gości. Były cudowne, dopóki późnym wieczorem podczas spektaklu nie zaczęły się odzywać skutecznie zagłuszając aktorów. Była to tak zabawna sytuacja, że ludzie nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Ptaki bowiem upodobały sobie na nocny odpoczynek  drzewa znajdujące się najbliżej sceny. Rozsiadły się na gałęziach położonych wysoko i zebrało im się na rozmowę. Wymieniały poglądy między sobą długo i głośno.

– Ja nie miałam pojęcia, że pawie potrafią latać – powiedziała zdziwiona Aldona. – Że tak niemiłosiernie wrzeszczą też nie wiedziałam.

– Ani ja – odpowiedziała Karolina. – Wiesz co, Doniczko? Cieszę się, że przyszłaś ze mną, raźniej się czuję. Niby znam tu wiele osób, ale co swój to swój.

–  To w związku z pawiami? – zaśmiała się Aldona. – Ale powiem ci, że cię rozumiem. Ja też nie lubię przebywać w dużym gronie obcych ludzi całkiem sama. Bo przecież są obcy. To, że wiesz jak się ktoś nazywa i zamieniłaś z nim  kilka mało znaczących słów nie oznacza, że przestał być obcy.

– Masz rację. Jedynie przestał być anonimowy, tak bym to określiła.

– Ja to co innego – spojrzała spod oka Aldona. – Mnie zdążyłaś poznać od podszewki.

– Nie, od podszewki nie. Może trochę od wewnętrznych szwów, jeśli pozostajemy w temacie krawiectwa – uśmiechnęła się Karolina.

– Na razie mam dosyć szycia – skrzywiła się Aldona. – Szyłam z konieczności. Kiedy niczego nie było w sklepach przerabiałam swoje stare sukienki na nowe dla dziewczynek. No, ale kiedyś bawiłam się zdobieniem tkanin techniką batikową, uwielbiałam to…

– Nie miałam dotąd dzieci więc mnie to ominęło. Teraz na szczęście można to i owo upolować w sklepach bez takich problemów jak przedtem. Ale bluzki i swetry na drutach robiłam, nawet sporo i nieźle mi wychodziły – pochwaliła się Karolina.

– To jest bardzo praktyczna umiejętność i nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Chciałabym nauczyć dziewczynki chociaż podstaw, żeby wiedziały jak się trzyma druty i włóczkę.

– Będą chciały się nauczyć?

– Na razie nie są zainteresowane, może w przyszłości. Ja zaczęłam zajmować się robótkami dopiero wtedy, kiedy byłam od nich starsza i zaczęło mi zależeć na wyglądzie i ciuchach, jak to dziewczynie. Więc nauczyłam się i robiłam je sobie sama. Teraz pewnie wrócę do robótek, bo dzierganie ubranek dla maleństwa będzie samą przyjemnością… – Aldona zamilkła uświadomiwszy sobie co powiedziała.

Karolina „zastrzygła uszami” i obrzuciła towarzyszkę uważnym spojrzeniem.

– Jakiego maleństwa?

– O, ojej, wymknęło mi się – jęknęła Aldona. – Trudno, przepadło. Widocznie tak miało być. Sama się wygadałam.

– Mów mi tu zaraz jak na spowiedzi. Albo jak lekarzowi – uśmiechnęła się zaskoczona Karolina. – Gdzie, jak, kiedy, z kim i na kiedy masz termin.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Widocznie tak miało być | 13 komentarzy

Spokój potrzebny od zaraz

Intensywny mam ostatnio czas, brak tego czego najbardziej potrzebuję czyli spokoju. Jest mi niezbędny, żebym mogła pozbierać myśli, zaplanować, zrelaksować umysł, pobyć chwilę sama ze sobą. Mam wrażenie, że zatraciłam zdolność regeneracji w tym nieustannym pędzie dwojakiego rodzaju. Jeden dotyczy obecności i aktywności w świecie materialnym, drugi – szalonej galopady myśli, które się rozzuchwaliły do tego stopnia, iż drwią ze mnie i moich nieskutecznych prób ich okiełznania. Zbyt dużo ważnych spraw się nawarstwiło do
rozwiązania, takich zdrowotno-egzystencjalno-bytowych mówiąc w skrócie bez wdawania się w szczegóły. Gdybym nie miała głęboko i na stałe zakodowanych już (na szczęście) afirmacji z którymi pracowałam od wielu lat – kiepsko by było. Uświadomiłam sobie na szczęście ten stan i zdecydowanie muszę przejąć nad nim kontrolę. Nie mogę pozwolić, by okoliczności zewnętrzne w dalszym ciągu całkowicie rządziły moim życiem, a przynajmniej moim życiem wewnętrznym. Howgh! Jako stary Indianin nie dam się i już 😉
Poczułam się (nareszcie i na szczęście) jakbym się otrząsnęła, obudziła z głębokiego snu nagle i niespodziewanie, i zupełnie mi się nie podoba to, co zobaczyłam.
Trzecim czynnikiem, który muszę, właściwie chcę pokonać to nadmiar przedmiotów, które chcą mnie udusić, dosłownie pożreć (zjeść to zbyt delikatne określenie). Trochę już ruszyłam, najgorzej jest z tonami papierków, papierów, wycinków, zapisków, całych gazet itp. materiałami, które „na pewno się przydadzą i nie można się ich pozbyć”. Wygląda na to, że nie tylko można ale i trzeba, bo mnie zwyczajnie zaduszą. Zaczęłam od wycinków z przepisami. Czasu zajmuje sporo, bo każdy czytam, mam chęć odłożyć i wypróbować. Wtedy druga Anka, ta rozsądniejsza, krzyczy ta tę pierwszą Ankę, żeby przestała chomikować i wyrzuciła. I tak to one dwie, te Anki, spierają się o każdy papierek, a ja muszę to znosić 😉 😉 😉
Teraz chcę Lucii pokazać filiżankę, bo chyba jest taka sama, jaką ona wypatrzyła nie tak dawno temu.

Na koniec jeszcze Franuś.

 Franuś jako malutki kotek 🙂 Czy ten słodziak wygląda, że wyrośnie na pięknego kota o tajemniczym spojrzeniu Rademenesa?

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 35 komentarzy

Baśkom :)))

Przepraszam, że dopiero teraz, ale najpierw nie mogłam wejść na bloga, a potem nie było mnie w domu i niedawno wróciłam. Od razu spieszę nadrobić zaległości. A więc –

Wszystkim Barbarom, Barbórkom, Baśkom, Basiulom, Basieńkom (oraz używającym innych form imienia) w dniu ich święta 4 grudnia składam serdeczne życzenia zdrowia, bo jest najważniejsze, wielu dobrych ludzi wokół, bo wtedy świat jest jasny i piękny, spełnienia najskrytszych pragnień, oraz  mnóstwa radości, miłości i szczęścia. I żeby każda z Was miała kogo kochać 🙂

Do życzeń dołącza się Franek obiecując pomoc w ich spełnieniu, wiadomo, koty czarować potrafią…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 22

Dorota przeziębiła się okrutnie, nie pomogły specyfiki z Magdzinego sklepu. Może zbyt późno je sobie zaaplikowała, a może była po prostu już tak bardzo zmęczona, że organizm nie wytrzymał i ogłosił strajk. Poleżała bezczynnie dwa dni, po czym poczuła się lepiej. Zrezygnowała na razie z towarzyszenia Michałowi podczas wizyt u Zosi w ośrodku, częstszych z powodu choroby żony, której stan zaczął się pogarszać. Nie chciała osłabionej kobiety  narażać dodatkowo na zarażenie jakimś wirusem. W celu oderwania się  od wielu poważnych spraw zaprzątających myśli postanowiła przez kilka dni robić zapiski na temat widoku z okna. Oto co uwieczniła.

Dzień pierwszy.

Widok z mojego okna to przede wszystkim skrzyżowanie ulic, kawałek łąki i bazarek. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie zamieniłabym go na żaden inny. Ten pozornie pospolity widok jest pełen niespodzianek. Szczególnie obfitujący w wydarzenia był ostatni tydzień. Koło przystanku autobusowego postawiono kabinę wc. Stała sobie w tym samym miejscu przez wiele miesięcy. Pewnego dnia stwierdziła, że nudne ma życie, nikt prawie jej nie odwiedza. Postanowiła zmienić miejsce. Niestety, nie doszła daleko,  brak nóg uniemożliwia szybkie przemieszczanie się. Gdy rano wyjrzałam przez okno, kabina stała na środku skrzyżowania. Zdziwieni kierowcy omijali tę przeszkodę. Niejeden zastanawiał się co to za dziwny pojazd i jak go ominąć. Co jakiś czas na ulicy powstawał korek. A kabina stała nieporuszona w tym samym miejscu, bo przecież przedmioty tylko nocą ożywają.

Dzień drugi.

Niespodzianka. Na łące pod moim blokiem stoją barakowozy. Dużo ich. Jest wczesny ranek. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Nagle zza krzaków wychodzi zwierzę. Dziwne jakieś, z rogami. Uświadamiam sobie, że to nie pies, do widoku psów jestem przyzwyczajona. To kozioł  spaceruje po łące! Wreszcie znudziło mu się to miejsce i zapragnął zwiedzić okolicę. Udał się na pobliski przystanek autobusowy. Obok przystanku przechodził chłopak z pieskiem. Piesek tak się przeraził na widok dziwnego zwierza, że postanowił na wszelki wypadek bronić się atakiem. Szczeknął na kozła, a ten rzucił się do ucieczki. Przebiegł na drugą stronę jezdni. Tam spacerowała pani z owczarkiem. Nie przeczuwając niebezpieczeństwa spokojnie trzymała na smyczy  psa, który coś wąchał. Nagle przed psem przeleciał kozioł. Pies ruszył do przodu wyrywając właścicielce smycz z ręki. Co za widok! Biegnie kozioł, za nim pies a za nimi kobieta. Ganiali się w kółko przez jakiś czas. Wreszcie kozioł chcąc uwolnić się od natręta pobiegł do metra. Nie udało się autobusem wiec spróbował metrem udać się na wycieczkę. Nie widziałam co dalej się działo. Po jakimś czasie zobaczyłam mężczyznę prowadzącego kozła. Przechodził obok przystanku autobusowego. Wyobrażam sobie miny czekających osób, gdy zobaczyli faceta spacerującego z kozłem po mieście, Nie udała się kozłu wycieczka. Pracownik metra złapał go przed wejściem do wagonu i zaprowadził do jednego z barakowozów.

To był cyrk!

Widok osoby z psem czy nawet kotem na smyczy nie budzi już w mieście zdziwienia, ale spacer człowieka ze słoniem w środku miasta każdy długo zachowa w pamięci. Ja też się zdziwiłam i w pierwszej chwili przetarłam oczy ze zdumienia. 

Dzień trzeci.

Za domem słyszę dziwny odgłos jakby przebiegał tabun koni. Nie, to nie halucynacja. Wyglądam … naprawdę! Cztery kuce galopują po łące. Za nimi kilkoro ludzi. Próbują je złapać.  Konie poczuły wreszcie wolność i przestrzeń. Galopowały po łące tam i z powrotem. Wreszcie im się to znudziło. Pobiegły na jezdnię. Zdziwienie kierowców nie miało granic. Zderzenia z samochodami na ulicach miasta to nic nowego, ale stuknąć się z koniem nie przestrzegającym przepisów, to niespodzianka.

Dzień czwarty.

Wyglądam sobie oknem, prawie cała zdrowa już. Widzę podjeżdżający pod bazarek samochód. Przykuł moją uwagę, bo jakby się wahał, czy ma tu stanąć czy ma odjechać. Jakiś taki niezdecydowany był,  to znaczy, że podejrzany. No i miałam rację! Cóż to znaczy mieć intuicję. Kto wysiadł z auta? No kto? I z czyjego auta? Moja bratowa wysiadła! Agata Zdanowska jak w mordę strzelił! Z auta wspólnika Sergiusza, tego łgarza i krętacza. To już po raz kolejny się zdarza, więc z pewnością coś się za tym kryje.

Na tym skończyły się zapiski Doroty. Nie miała więcej na nie czasu bowiem życie przyspieszyło niespodziewanie przybierając tragiczny obrót. Stan zdrowia żony Michała  pogarszał się z dnia na dzień i zmarła z powodu nagłego zatrzymania krążenia.

Dorota bardzo przeżyła jej  śmierć. Zżyła się z tą biedną istotą w specyficzny sposób, jakby siostrami były, łączyła je więź przywodząca na myśl jakąś wiedzę nie z tego świata, z innego wymiaru.

Wróciły wszystkie wahania, rozterki i myśli, które Dorota uważała za przeszłość, o których sądziła, że odeszły w niebyt. A one wróciły i nie dawały spokoju. Wreszcie powiedziała Michałowi, że jest wolny, że może iść sobie gdzie go oczy poniosą i w ogóle to ona, Dorota, czuje się źle, podle, ma wyrzuty sumienia i nie może na siebie patrzeć. Bartuś przerażony sytuacją i gwałtowną rozmową siedział cichutko, schowany za wersalką, nie zauważony przez dorosłych i dopiero łkanie dające się słyszeć gdy dorośli zamilkli przytłoczeni ciężarem emocji spowodowało ich oprzytomnienie.

– Ty nie chcesz być moją mamą – płakał chłopczyk. – Dlaczego mnie przestałaś kochać? Co zrobiłem? Gdzie teraz będę mieszkał jak mam iść gdzie mnie oczy poniosą? Gdzie to jest?

– Kochanie, to nie tak – Dorota płakała razem z Bartkiem. – Przepraszam cię, źle zrozumiałeś…

– Dobrze zrozumiałem, że już mnie nie chcesz. I tatusia też i mamy sobie stąd pójść…

– Cicho skarbie – próbowała przytulić wyrywającego się chłopca. – Nigdzie nie pójdziecie… Ani ty, ani tatuś. Jeśli będzie chciał… Bardzo was kocham i nie wyobrażam sobie życia bez was…

– To dlaczego tak powiedziałaś? – wycierał zapłakane oczy.

– Bo bardzo było mi smutno z powodu tego, co spotkało twoją mamę Zosię.

– Mnie też jest smutno, ale ona nigdy ze mną nie mieszkała, nie chodziła ze mną na spacer ani do zoo, nie bawiła się ze mną…

– Była chora – cicho powiedziała Dorota głaszcząc Bartusia po główce. – Ale bardzo cię kochała, nigdy o tym nie zapominaj, bardzo.

– Przedtem miałem dwie mamy a teraz co? Ty dalej jesteś moją mamą? Prawda? Jesteś? – upewniał się.

– Tak kochanie, jestem, jeśli tylko tego chcesz.

– I nie każesz iść tatusiowi gdzie go oczy poniosą?

– Nie, nie każę. Pójdzie gdzie i kiedy będzie chciał – powiedziała cicho.

Michał przez czas  rozmowy synka z Dorotą nie odezwał się ani słowem. Teraz podszedł i objął ich oboje.

– Nigdzie się nie wybieram – powiedział równie cicho.

cdn.                                                                          

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 22 komentarze

Od plecaka się zaczęło

Przepakowałam niezbędnik, czyli akcesoria noszone w porze ciepłej w jasnym plecaczku, do plecaczka takiego samego, tylko w czarnym kolorze. Mam jeszcze zielony. Plecaczki rewelacyjne, jeśli chcą być torebkami to nimi są. Jeśli chcą być plecakami to też nimi są. A
kupione gdzie? No gdzie? 🙂  Dla ułatwienia dodam, że w miejsce zakupu iść można najdłuższą promenadą w Polsce, do tego wzdłuż potoku. Można przejść na drugą stronę jednym z nowych mostków-kładek, z których każdy ma swoja nazwę. Jest Most Flisaków, Most Zbójników, Most Zakochanych, Most Michała Słowika-Dzwona, a każdy pięknie udekorowany pelargoniami rosnącymi w skrzynkach zawieszonych na bocznych poręczach. Przynajmniej w tym roku tak było. Można przystanąć, oprzeć się  o poręcz i patrzeć w dół, na płynące w stronę Dunajca wody Grajcarka… Ups, wygadałam się 🙂 🙂 🙂  Już wszystko wiadomo, prawda? No właśnie, a  więc można patrzeć wszędzie, bo wszędzie jest pięknie. Po jednej stronie Grajcarka ciągnie się promenada, po drugiej – chodnik oraz ścieżka rowerowa. Obok chodnika ustawiono głazy dla upamiętnienia słynnych Polaków.


Przed oczami turysty nieustająco przesuwają się urokliwe obrazy. Muszę dodać, że najpiękniejsze zdjęcia znad Grajcarka mam ze Średnią, ale ona nie zgadza się na publikowanie, więc cóż, siła wyższa. Mogę jedynie obiecać, że zrobię nowe fotki podczas następnych odwiedzin mojego kochanego miasteczka.

 

Podczas naszych pierwszych pobytów na drugą stronę potoku można było przejść skacząc po kwadratowych kamieniach (pewnie obrobionych do pożądanego kształtu), których pozostałości widać na powyższej fotografii. Przyszła wielka woda, łagodny zwykle potoczek zbuntował się i z ogromną siłą uderzył w brzeg, zniszczył fragment ścieżki, odbił się od zbocza i dopiero wtedy pognał do Dunajca zabierając ze sobą owe kamienie służące do przejścia na drugą stronę. Co do niektórych się rozmyślał i rozrzucał gdzie miał chęć.  Po wyremontowaniu zniszczonej ścieżki, umocnieniu brzegów potoku metalową siatką, powstały kładki-mostki umożliwiające przechodzenie w kilku miejscach.

Mostu Flisaków tym razem nie sfotografowałam, jest to solidny, prawdziwy most, nie kładka jak tamte trzy. Pod nim Grajcarek spotyka się z Dunajcem. Lubię stać oparta o poręcz i patrzeć w dół, na spienioną wodę, ulegając wrażeniu, że to ja płynę a nie ona 🙂  Jeśli skręcę w prawo  – przejdę  w ulicę prowadzącą do Krościenka, a jeśli w lewo- dojdę  do Pienińskiego Parku Narodowego. Zanim wyruszę do PPN mogę pooglądać stoiska z pamiątkami, regionalne wyroby i właśnie tu kupiłam moje plecaczki, od których zaczęła się dzisiejsza wycieczka.

Tym sposobem dotarliśmy do Dunajca 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 14 komentarzy

Szczególny dzień

Jeśli dobrze zapisałam, to dziś – 27 listopada –  są urodziny Marysi naszej kochanej, Zamyślonej Kobiety w Barwach Jesieni. Niech nam pisze i doradza, opowiada i wspomina, tworzy piękne grafiki i roztacza wokół ciepło, mądrość i urok, jak tylko Ona potrafi. Wszystkiego najlepszego, Maryniu 🙂

Róża kwitnąca w tej chwili w moim ogródku, specjalnie dla Maryni 🙂

Drugie kwiatki – to dla przyjaciółki mojej, kochanej Mary, na pocieszenie i dowód, że nie jest sama tam, gdzie jest, bo dobre myśli i życzenia są obok i krążą, chociaż niewidoczne dla zwykłego ludzkiego oka.

Marcinki też z ogródka, w kolorze rozjaśniającym wszelkie mroki 🙂

Zwróciły w tej chwili moją uwagę słowa Louise L. Hay, właściwie afirmacja,  i pomyślałam, że je tutaj teraz przytoczę dla obu adresatek kwiatów na fotografiach.

„W bezkresie życia, w którym jestem,                                                                               wszystko jest doskonałe, całkowite i pełne,                                                                                   a mimo to życie ciągle się zmienia.                                                                                               Nie ma początku i końca, tylko ciągły proces                                                                               przemian rzeczywistości i doświadczeń.                                                                                         Życie nie zatrzymuje się i nie zużywa,                                                                                           w każdej chwili jest zawsze nowe i świeże.                                                                                     Jestem jednością z Potęgą, która mnie stworzyła                                                                         i ta Potęga dała mi moc tworzenia siebie.                                                                                     Cieszę się wiedząc, że posiadam moc umysłu,                                                                         której mogę dowolnie używać.                                                                                                         Każda chwila w życiu jest nowym punktem wyjścia,                                                     umożliwiającym odejście od tego co stare.                                                                             Właśnie ta chwila, tu i teraz, jest dla mnie                                                                           nowym punktem wyjścia.                                                                                                               W moim świecie wszystko jest dobre.„

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

Złota jesień tegoroczna piękna była i długa

Po czterech dniach spędzonych w czterech ścianach, w tym dwóch w stanie kompletnej obojętności na świat zewnętrzny (w trzecim już spojrzałam w tv i się zagotowałam nie wiedzieć po co), wyszłam w niedzielę z domu. Poszliśmy po obiedzie z psiepsiołami w miejsce, w którym mogły się wybiegać. Szilka aż piszczała z radości, kiedy wychodziliśmy z domu. Ona uwielbia, kiedy wybieramy się wszyscy razem. Obwieszcza całemu światu, że idzie z własną rodziną, rozgląda się na boki, zagaduje do spotkanych sąsiadów, podskakuje z radości – to jest coś absolutnie wyjątkowego i cudownego.  Skitkowi jest wszystko jedno, ma na oku głównie moją kieszeń, w której są psie smakołyki 🙂  Na zewnątrz zdziwiłam się, że tak zimno. Wprawdzie Mąż uprzedzał i ubrałam się ciepło, ale mroźne powietrze zaskoczyło mnie. Cóż, koniec listopada przecież, więc niby nic dziwnego, a jednak niespodzianka.   Gdzie nie spojrzeć są już reklamy świąteczne. A ja wrócę do pięknej, wyjątkowo pięknej i długiej w tym roku, złotej polskiej jesieni.

Jeszcze niedawno było tak kolorowo w naszym przyosiedlowym lasku.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 21

Marcinowi wciąż było głupio z tego powodu, że zawiódł dzieci i przez niego straciły wygraną z Kuferka. Myślał i myślał w jaki sposób mógłby się zrehabilitować w ich oczach. W końcu miał wrażenie, że mózg mu eksploduje od tego myślenia. Spotkawszy Maćka wracającego ze szkoły wypytał chłopca dokładnie co trzeba zrobić, żeby zagrać w Tajemniczą Postać Radia Zet i postanowił, nic dzieciom nie mówiąc, włączyć się w zabawę licząc na wygraną. Maciek obiecał dyskretną pomoc zdając sobie sprawę z faktu, że dorośli nie zawsze ogarniają rzeczy, które dla dzieci są oczywiste.

Skoro więc dowiedział się, że musi wytropić Tajemniczą Postać krążącą po mieście, sam również zaczął krążyć w jej poszukiwaniu. Nie było to proste, bowiem za każdym razem  przebrana była za kogo innego. Marcin nie mógł całymi dniami biegać po mieście, mógł jednakże umawiać się z pacjentami na masaże w późniejszych godzinach, już po rozwiązaniu konkursu. Kilka razy był przekonany, że jest u celu, bowiem tłum ludzi podążał za kimś wyglądającym zgoła niecodziennie, po czym okazywało się, że to pomyłka. Często kto inny był brany za Tajemniczą Postać, zdarzyło się, że na przykład kominiarz albo pszczelarz.

Pewnego dnia wracał Marcin od pacjenta mieszkającego na Starówce. Szedł nie patrząc przed siebie, rozmyślając, że tyle czasu upłynęło od jego wpadki przy Kuferku i nie udało mu się odzyskać reputacji w oczach dzieci. Miał wrażenie, że wciąż wszystkie po kolei patrzą na niego z wyrzutem, traktują lekceważąco i nie chcą z nim rozmawiać zbywając półsłówkami.

Szedł tak sobie i szedł, kiedy nagle wyrosła przed nim tajemnicza postać. To na pewno musi być Tajemnicza Postać! Wprawdzie nie miał przy sobie radyjka, więc nie słuchał i nie wiedział w której części miasta ma dziś grasować, ale to nie może być nikt inny. Któż inny  by się wybrał na spacer cały owinięty bandażami, z wielkim kosturem w ręce? To musi być obiekt jego poszukiwań. Wreszcie go znalazł i będzie mógł dzieciakom pokazać, że wcale nie jest takim gamoniem, za jakiego go uważają. Podkradł się cicho do zabandażowanej postaci i chwycił ją za rękę.

– Mam cię nareszcie – zawołał.

Po czym okrzyk tryumfu zamienił się w okrzyk zdumienia i bólu jednocześnie, bowiem postać zaczęła bez litości okładać go trzymanym w ręce kijem. Uwolniwszy się z uchwytu napastnika zniknęła miedzy kamieniczkami zostawiając ogłupiałego Marcina rozcierającego obite ramię, bezradnie spoglądającego okiem szybko otaczającym się opuchlizną.

– Oj, dostało się panu – powiedział jakiś przechodzący mężczyzna. – My już ją znamy, trzeba uważać, żeby się nie zbliżać do niej za bardzo.

– Co to było? Myślałem, że trafiłem na Tajemniczą Postać Radia Zet – wybełkotał Marcin czując, że warga mu puchnie coraz bardziej.

– Niejeden już oberwał. Nikt nie wie kto to jest naprawdę. Ludzie różnie mówią. Jedni, że oszpecona po powstaniu, inni, że ukochanego w powstaniu straciła i tak jej się porobiło.

Biedny Marcin wrócił do domu wyglądając jak po czołowym zderzeniu z Bronkiem. Posądzony Bronuś zarzekał się, że on na pewno nie miał z tym nic wspólnego. Nawet gdyby miał niecne zamiary w stosunku do kogoś, to z Marcinem nikogo by nie pomylił. Więc to w żadnym wypadku nie on. Magda, zaalarmowana przez Danusię, przybiegła ratować męża zostawiając Aldonę w sklepie na posterunku. Niedługo dołączyła Dorota wracająca z miasta, zatrzymując się jak zwykle w sklepiku. Odkąd Magda sprowadzała nowość niezwykłą, a mianowicie proteinę sojową, często wykorzystywała ją do przyrządzania obiadu. Aldona przysiadła na zapleczu, za ladą stanęła Dorota i oniemiała zobaczywszy przez szklane drzwi podjeżdżający samochód a w nim Agatę czule żegnającą się z mężczyzną siedzącym za kierownicą, którym był nie kto  inny jak Sergiuszowy wspólnik! Żeby tylko nie zachciało się jej wejść do sklepu! Dorota tyłem wycofała się na zaplecze wypychając do przodu Aldonę na wypadek,  gdyby bratowa jednak zapragnęła zrobić jakieś zakupy. Nie musiała się o to martwić, ponieważ w takich byle jakich osiedlowych sklepikach Agata się nie zaopatrywała, nie ten poziom przecież. Ona takich miejsc po prostu nie zauważała. Michał potem powiedział, że chciała się spotkać z Dorotą, ale wobec nieobecności onej, udała się windą w drogę powrotną na dół, nie wyraziwszy chęci oczekiwania. Nie powiedziała też z jaką sprawą przyszła. Dorota uniknęła tym razem spotkania błogosławiąc w duchu przyczynę opuszczenia sklepu przez Magdę.

Marcin – nie zdający sobie sprawy iż został pobłogosławiony przez Dorotę – został odpowiednio zaopatrzony jak to ranny w wypadku, do tego w niezwykłych okolicznościach. Musiał wyspowiadać się ze wszystkich swoich grzechów, opowiedzieć kilkakrotnie o postępowaniu przedsięwziętym w celu zrehabilitowania się za swoje gapiostwo w sprawie Kuferka oraz o poszukiwaniach Tajemniczej Postaci. Małżonka poszkodowanego popukała się wymownie palcem w czoło. Zgromadzone dzieci jednakże doceniły starania rannego i wybaczyły mu jego winy, postanawiając jednakowoż nie powierzać mu nigdy więcej żadnej istotnej tajemnicy. Nie domyślający się ostatniego punktu Marcin poczuł się rozgrzeszony i miał uczucie jakby wielki kamień spadł mu z serca.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy