O obżarstwie

Teraz będzie o obżarstwie. Muszę stwierdzić stanowczo, że było ono mniejsze niż zazwyczaj. Nawet słowa „obżarstwo” właściwie używać nie powinnam. Może z racji zmniejszającego się z wiekiem zapotrzebowania organizmu na obfite jedzenie? Już dawno z Mary stwierdziłyśmy, że nie mieści się w człowieku tyle jadła ile drzewiej potrzebował 😉 Za młodu jadało się bez niepotrzebnych myśli w rodzaju „jak to strawić?” (cytat z reklamy). Teraz mała cząstka tego co wcześniej się pochłaniało – człeka wypełnia po same uszy i więcej nie może, choć oczy by jeszcze jadły. W sumie więc dobrze, że nie zrealizowałam planów kulinarnych, głównie z braku czasu, dzięki czemu miałam luz w lodówce jak jeszcze nigdy w żadne święta i teraz nie muszę się głowić co i jak wcisnąć w zamrażalnik, żeby się nie zmarnowało. Bo jedzenia się nie marnuje i nie wyrzuca, przechowuje się na później.
Bigos vege wyszedł przepyszny po prostu, pewnie dlatego, że dałam dużo grzybów: i boczniaki, i pieczarki, i suszone kupne grzyby doń trafiły. Kapustę zawsze mieszam: część słodkiej i część ukiszonej. Dodałam jeszcze suszone śliwki, usmażoną cebulę (w paski), utartą marchewkę, pieprz, musztardę.
Ryby po grecku nie zrobiłam, ale sos owszem. Sos zabrał sobie Mały do domu, ponieważ on „rybę bez ryby” robi po swojemu, a ja bym mu jeno smak zepsuła robiąc „rybę z tofu”. Jako dodatku do sosu używam zwykle  kostek z mintaja, a ponieważ ich w Biedronce nie było, więc się obeszło bez. Usmażone miałam za to polędwiczki z dorsza i filety też z dorsza. Bardzo smakowały. Oczywiście Mały nie jadł. Jemu przygotowałam grzybowe kotlety, pierogi z kapustą i grzybami (kupione). Barszczu synuś nie lubi, więc jadł buraczki. Bez śmietany, bo się weganizuje. Synowa rybę jada, Starsza wnuczka też, choć ogólnie dziewczyny się oszczędzały będąc już po jednej wigilii, mając w planie kolejną – takie objazdowe świętowanie, ale za to potem upragniony spokój 🙂
W pierwszy świąteczny dzień Duży przyjechał z rodzinką na obiad. Bezapelacyjną gwiazdą oczywiście była Calineczka. Nie mogło być inaczej 🙂 Jej słynne już: „nie, nie, nie chcę!” albo dla odmiany: „ja, ja, ja!” – doprowadza do ataku śmiechu. Tak, śmiać się można patrząc z boku, bo mała charakterna osóbka nie pozwoli sobą rządzić i zmusić ją do czegoś można jedynie sposobem, i to tylko dopóki się nie zorientuje, że dała się wrobić 🙂 Najbardziej rozczuliła dziadka wspinając się za nim po schodkach na czworakach (bo szybciej niż na dwóch nóżkach) wołając: „dziadziuś, dziadziuś!” Jest przecudowna po prostu – co oczywiście każda babcia powie o swoich wnuczkach, i oczywiście będzie miała absolutną rację 🙂 🙂 🙂
Na obiad dla „Dużych” miałam kotlety mielone drobiowe, polędwiczki z indyka z morelami, pozostałą z wigilii rybę, surówkę z kiszonej kapusty, buraczki (już ze śmietaną) i wszyscy najedli się po kokardę – jak to się mówi. Do tego makowczyki z ciasta francuskiego
upiekłam oraz  sernik, a Synowa przywiozła tradycyjny makowiec więc słodyczy było co niemiara. I tak minął pierwszy dzień. W drugi my też odpoczywaliśmy, obejrzeliśmy wspólnie kilka filmów, spędziliśmy czas naprawdę przyjemnie, bez zwykłego, codziennego pędu.
Wykańczamy sałatkę jarzynową, śledzi nie robiłam (pierwszy raz), kupiłam gotowe, jedne z żurawiną, drugie z suszonymi pomidorami i wystarczyło. Te pierwsze pozostały w stanie nienaruszonym i może doczekają Sylwestra. Obiadu jeszcze mamy na dwa dni, więc mogę z
czystym sumieniem wziąć się za obiecaną sobie segregacje papierów. Części już udało mi się pozbyć przed świętami w przerwach między przemieszczaniem się do lekarzy, do Mary i do Calineczki. Ale to była mała część, więc dużo mnie jeszcze czeka. Ale to w sumie jest
przyjemne działanie 🙂
Na Sylwestra zapowiedziała się Średnia, a ja się nie posiadam z radości z tego powodu. Zażyczyła sobie pizzę, bo „co to za Sylwester bez pizzy”! Specjalistką nie jestem, robiłam chyba ze trzy razy, wychodziła dziwaczna w kształcie (krzywy prostokąt). ale w smaku owszem owszem 🙂 Jak sobie wnusia życzy tak będzie, więc dziś przekopię przepisy by jakiś łatwiejszy odszukać. Zakupy zrobię jutro i jeszcze coś wymyślę specjalnie dla niej. Niech ma co wspominać 🙂

Nie zrobiłam żadnego zdjęcia ani potraw ani ludzi 🙂 Tak wyszło, oni nie chcieli, nie miałam czasu na ustawianie salaterek, półmisków do fotografii, więc coś zamiast musi być. No… to… zimowa Szczawnica 🙂  🙂 🙂  Wiadomo, ze „hopla z przerzutką” mam w tej materii… Cóż, coś w życiu trzeba mieć   🙂

Zdjęcia były  zrobione w drodze pod kapliczkę na Sewerynówce na początku stycznia 2006 r.

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy

Święta minęły

Święta minęły bez śniegu, a dziś spadło kilka płatków. Dosłownie kilka, po czym przemieniły się w kropelki deszczu, który pada od wczesnego poranka. Dobrze, że pada, potrzebny jest bardzo. Jednak bardzo uprzejmie bym go (ten deszcz) prosiła, żeby zawieszał swoją działalność na czas potrzebny do wyjścia z psami na spacer konieczny (czyli do psiej toalety). Przed wigilią cały dzień lało bez przerwy. Wieczorem ubrałam Skitsa w nowe ubranko, Szilkę w jego stare, bo mniejsze, i tak wystrojone psiepsioły usiłowałam doprowadzić chociaż do ulicy. Na łąkę pójść się nie dało ponieważ – zajmując teren podmokły – zamieniła się w błotniste bajoro. Do ulicy dociągnęłam oboje, natomiast każdy następny metr okupiony był wysiłkiem z mojej strony polegającym na wejściu w rolę konia pociągowego. Skitka ciągnie się zwyczajowo i regularnie z tej racji, że on chodzi pomału, ślamazarnie, a nie daj Boże, żeby jakiś osobnik ludzkiego gatunku pojawił się za nim na ulicy. Trzeba przystanąć i poczekać, aż przejdzie ten jakiś typ (podejrzany przez Skitka) i dopiero wtedy Skituś raczy ruszyć dalej. W ogóle nie uznaje potrzeby spacerów, robi co trzeba i najchętniej wracałby na kanapę. Fotel mu ostatnio zastawiłam stwierdziwszy, że mnie też się coś należy od życia i teraz ja na nim siedzieć będę. Szilka natomiast uwielbia chodzić, biegać, jest zainteresowana otoczeniem, dźwiękami, ruchem, widząc lecący samolot (a nad nami co chwilę jeden za drugim przelatuje) szczególnie na nocnym niebie, potrafi stanąć i przyglądać mu się dopóki nie poleci dalej znikając z oczu. Rozmawia z nami jakby opowiadała o wszystkim co widzi i o czym myśli. Naprawdę! Tym razem – ubrana w
Skitusiowy płaszczyk – zaparła się wszystkimi czterema łapkami i koniec. Oznajmiła, że dalej nie idzie i już! Tak było wieczorem. Do rana widocznie jednak przemyślała sprawę, może stwierdziła, że w ubranku nie zmokła, brzuszek miała suchy, pozwoliła się więc ubrać bez sprzeciwu tym razem.  Ja założyłam kalosze i powędrowaliśmy drugą furtką na wyżej położony fragment łąki. No, nareszcie wszystko odbyło się jak trzeba. A dziś rano sucho było, właściwie trudno „rano” mówić, bo kompletna ciemność panowała kiedy z psiepsiołami wyszłam. Ładny kawałek drogi udało się przejść zanim zaczął padać/sypać ten niby-śnieg, po którym ślad żaden nie pozostał. Dobrze tak się przejść po świątecznym obżarstwie, o którym będzie później.
Póki co – Skitek życzy miłego oczekiwania na Sylwestra 🙂

Zdjęcie Skitusiowi zrobiła Średnia jakiś czas temu kiedy jeszcze nie miał siwego pyszczka, co w niczym mu nie przeszkadza, bo zawsze był i jest słodkim przytulaczkiem

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

Szczęśliwej Drogi, Szczęśliwych Świąt :)

Każda z nas zajęta jest w tej chwili przygotowaniem do świąt. Albo akurat wprost przeciwnie: nie-przygotowaniem, co też wymaga energii i pochłania sporo czasu w związku z różnymi przemyśleniami. Bez względu na podejście i sposób obchodzenia – życzę wszystkim, absolutnie WSZYSTKIM – aby ten czas sprzyjał radości, odpoczynkowi (jakkolwiek jest rozumiany), dobremu spędzeniu świątecznego czasu w takim sensie, w jakim odpowiada to indywidualnej potrzebie każdej z Was. I niech się to przełoży na dobry czas poświąteczny, aby została w nas choć odrobina wiary w lepsze jutro, wiary, że w każdym człowieku istnieje odrobina DOBRA, choć czasem tego nie widać ani na pierwszy ani na dziesiąty rzut oka. Jeszcze – abyśmy potrafiły czynić to, co do nas należy nie poświęcając jednocześnie całej swej energii na myślenie o tym, o czym myśleć wcale nie chcemy. Żeby nie było zbyt poważnie życzę Wam po prostu SZCZĘŚLIWYCH ŚWIĄT  🙂 🙂 🙂

Szukałam  zdjęcia odpowiedniego do życzeń, ale nie znalazłam nic lepszego – cudowna zimowa droga przez las w Szczawnicy 🙂 oczywiście 🙂  Niech każda z Was trafi na swoją najpiękniejszą drogę życia i wejdzie na nią począwszy od tej chwili 🙂 🙂 🙂

ps. Zdjęcie zrobiłam dawno temu, chyba w 2007, to tak dla wyjaśnienia, żeby ktoś nie pomyślał sobie, że mamy piękną zimę w realu.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 31 komentarzy

Podróż w czasie odbyta przy okazji świąt

Okres przedświąteczny budzi najrozmaitsze uczucia. Tęsknoty za minionymi dniami dzieciństwa, kiedy czekało się na najpiękniejsze chwile w roku, na choinkę, prezenty, pyszne potrawy, ciasta pachnące w całym domu. Innym kojarzy się z morderczym sprzątaniem mieszkania, wiórkowaniem podłogi, pastowaniem i froterowaniem, żeby lśniła i odbijała blask świeczek palących się na choince. Tak, dawniej na choinkach zapalano prawdziwe świeczki umieszczane w małych lichtarzykach przyczepianych do choinkowych gałązek. Niejeden pożar wywołały i dobrze, że dziś już się nie stosuje takich iluminacji z dodatkową atrakcją w postaci wzywania panów spod znaku świętego Floriana 🙂
Są tacy, którzy świąt nie lubią z różnych powodów. Zresztą, ile osób – tyle przyczyn lubienia bądź nie, nie ma co ciągnąć tematu. Każdy ma swój pogląd, swoje wspomnienia, skojarzenia, różny wymiar przeżywania. Jednym z tradycyjnych elementów czasu świątecznego są jasełka urządzane w przedszkolach. Dawniej, tu myślę o okresie przedwojennym, gdy moi rodzice dziećmi byli, też organizowano jasełka. Mój tata w ochronce (tak się przedszkole nazywało prowadzone przez zakonnice) grywał zwykle rolę króla albo rycerza. Nie mam zdjęć z jego występów, bardzo żałuję, ale przecież wtedy fotografie robiło się rzadko, z okazji ważnych wydarzeń. Mam natomiast pamiątkę związaną z moją mamą. Zdjęcie ze szkolnych jasełek. Zdjęcie jest malutkie, takie się robiło. Wpadłam na pomysł, żeby zrobić zdjęcie zdjęciu i … udało się! Po wyglądzie i strojach pozostałych dzieci widocznych na zdjęciu domyśliłam się, że to jasełka. Powiększyłam obraz, wycięłam fragment i ku wielkiej radości zobaczyłam mamę w wieku Średniej, czyli jej własnej prawnuczki, której nie miała możliwości poznać !!!
Tak mi się spodobało wydobywanie na świat obrazów z przeszłości, że odszukałam jeszcze kolejne pamiątki i powtórzyłam czynności, których nauczyła mnie Mary w celu poprawienia fotografii. Postanowiłam pokazać Wam wyniki tym bardziej, że za 4 dni będą urodziny
mamy, skończyłaby 96 lat. Niesamowicie wzruszające jest spojrzenie na nią jako na małą dziewczynkę…

Na odwrocie fotografii jest napisane ręką babci 1937, przyglądając się strojom dzieci domyślić się można, że chodzi o jasełka

Tę dziewczynkę zobaczyłam po powiększeniu 🙂

Tu młodsza niż na górnej fotografii, razem ze swoją ciocią Julką, młodszą siostrą babci (czyli mamy mojej mamy). Ma na sobie szkolny mundurek, a warkocze związane kokardami. Tak samo mnie czesała kiedy poszłam do 1-ej klasy 🙂

Tu dziesięcioletnia dziewczynka (z prawej) z koleżanką, o której nic nie wiem, już nie zapytam jak miała na imię, kim była, kim została. Powtarzam ku przestrodze – wypytujcie swoich bliskich o przeszłość póki jest czas. Jeśli przegapicie możliwość – nie da się nadrobić „później”, bo „później” nie nadejdzie, jest tylko „tu i teraz”

Czyż można się nie wzruszyć? To jakby pętla czasu, odchylenie zasłony i rzucenie okiem na zupełnie inny świat…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 45 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 24

Sergiusz miał ułożony plan działania. Kto jak nie on, kierujący się rozumem i logiką. Tylko, że ten plan mu się posypał. Może nie do końca wszystko przemyślał i wziął pod uwagę? Chciał zarobić pieniądze na rozpoczęcie budowy domu w Cięciwie. W połączeniu z oszczędnościami, które do tej pory zdołał zgromadzić, nie było to wcale nierealne. Sporo poszło na zakup działki, doprowadzenie mediów i wstępne przygotowanie miejsca pod budowę. Teraz przydałby się solidny zastrzyk gotówki na realizację marzenia.  No i właśnie kiedy już miał w głowie  konkretny projekt, chciał go pokazać Aldonie, kupił część materiałów i myślał o wylewaniu fundamentów, wspólnik przyszedł do niego z projektem zmian w firmie. Zgodził się mając głowę zaprzątniętą własnymi sprawami. A powinien się od nich oderwać i skupić na pracy. Teraz dobrze o tym wiedział, niestety, mądry Polak po szkodzie… Przystał wtedy na podżyrowanie dużego kredytu, który wspólnik wziął na swoje nazwisko tłumacząc, że większość zużyje na potrzeby firmy, aby zapewnić rozwój interesu i znaczny wzrost dochodów umożliwiający nie tylko płynną spłatę długu, ale też przynoszący zwiększoną ilość gotówki wpływającej do kieszeni pracowników w formie wynagrodzenia za pracę. Sergiusz stracił czujność, czego nie mógł sobie darować. Nie przyjmował w stosunku do siebie żadnych usprawiedliwień, choć przecież jako człowiek z gruntu uczciwy nie podejrzewał wspólnika o nieczyste intencje. Myślał, że skoro jest dwóch żyrantów, to przecież nic złego stać się nie ma prawa. Sugestie Doroty i Michała zbywał lekceważącym ruchem ręki oraz słowami, że ludziom trzeba wierzyć. Nadzieja na zwiększone dochody niosła ze sobą nadzieję na szybsze rozwiązanie problemów osobistych. Zdawał sobie dokładnie sprawę czego tak naprawdę chciała Agata. Chciała pieniędzy. Gdyby zdobył ilość zdolną zaspokoić jej zachcianki, wymógłby rozwód i zrzeczenie się opieki nad Moniką, a przynajmniej częściowe ograniczenie praw. Wiedział, że za pieniądze, za odpowiednio dużą sumę, on odzyskałby wolność zaś dziecko spokój i możliwość normalnego rozwoju w szczęśliwej rodzinie, jaką – w co nie wątpił – utworzą wspólnie z Aldoną i bliźniaczkami. I wtedy zadzwoniła Aldona twierdząc, że chce mu o czymś ważnym powiedzieć. Ale co mogło być ważniejszego niż to, żeby móc uwolnić się od niespodziewanych problemów finansowych oraz od Agaty, żeby móc zacząć żyć jak normalny człowiek.

– Cześć Sergiuszu, masz chwilę? Chciałabym się z tobą pilnie zobaczyć – powiedziała.

– Też bym chciał, ale teraz w żaden sposób nie dam rady – ostatnio prawie zawsze tak odpowiadał.

– Mam naprawdę ważną sprawę – zwrócił uwagę na dziwny ton głosu, lecz to zbagatelizował.

– Kochanie, przepraszam cię bardzo…

– Nie przepraszaj tylko słuchaj – stanowczo powiedziała Aldona. – Wiem, że masz problemy przez wspólnika. Uprzedzaliśmy cię dawno, żebyś na niego uważał…

– Daj spokój. Pozwól mi załatwić sprawy po swojemu.

– Pozwalam, pozwalam a czas ucieka…

– Zaufaj mi, proszę cię tylko o to, żebyś mi zaufała. Kocham cię, chcę być z tobą, decyzji nie zmieniłem. Chyba, że ty?

– Nie, jeszcze nie zmieniłam. Jeszcze nie.

– Nie? To czekaj na mnie. Jeszcze trochę. Nie mogę ci nic powiedzieć, nie chcę cię w to mieszać…

– Ale ja ci chcę coś powiedzieć…

– Wytrzymaj jeszcze trochę, nic nie mów.

– Ale ja chcę ci powiedzieć coś ważnego…

– Kochanie, nic nie mów, wstrzymaj się jeszcze trochę, dobrze? Pa.

– Ok – powiedziała do słuchawki, a gdy usłyszała sygnał, dodała: – nic ci więcej nie powiem, wypchaj się trocinami. Mam dość, muszę myśleć o kimś innym niż facet bez jaj.

Podjęła decyzję. Zwołała zbiórkę w swojej kuchni korzystając z tego, ze Teresa przyszła w odwiedziny po zrobieniu zakupów na bazarku. Zaparzyła świeżą herbatę, wyjęła na stół babeczki upieczone poprzedniego dnia i kazała przyjaciółkom usiąść.

– A co to za uroczystość? – Magda wróciła ze sklepiku i nie zdążyła wejść do domu przechwycona przez Aldonę na schodach.

– Dziwna jakaś jesteś, Doniczko – przyglądała jej się Danusia.

– Ona zawsze była dziwna – skomentowała Teresa.

– A ty nie? – niespodziewanie w obronie stanęła Dorota i zaraz parsknęła śmiechem. – Przecież my wszystkie jesteśmy dziwne.

– Ja tak nie uważam – odpowiedziała Magda. – Ja nie jestem dziwna tylko zmęczona. O, a Danusia na przykład…

– Co ja? – zdziwiła się wywołana. – Ja jestem zadowolona, bo wreszcie sprzedałam resztkę zalegającego towaru i zrobiło się luźno na półkach. Długo się tym luzem nie nacieszyłam, bo wyobraźcie sobie, że moja droga wspólniczka przywiozła ze stadionu do sklepu masę ciążowych ciuchów…

Aldona się zakrztusiła.

– Nie wiem kto to kupi – ciągnęła Danusia. – Cała budka znów się zapełniła. A wszystko dlatego, że dziewczyna z sąsiedniej budki jest w ciąży.

– Dobrze, że na tym stadionie można wszystko kupić i dla siebie, i Danusia do sklepu może przywieźć co my zamówimy – skomentowała Stenia.

– A tobie co? Walnąć cię w plecy? – Teresa zaoferowała Aldonie pomoc.

– Broń cię panie Boże – Aldona wzięła głęboki wdech. – Chciałam wam coś powiedzieć.

– No to mów – zniecierpliwiła się Magda.

– No to próbuję, tylko mi przeszkadzasz… Od tej chwili wszystkie moje życzenia muszą być spełnione…

Spojrzały po sobie zebrane niewiasty, zaś wyraz twarzy wszystkich bez wyjątku mówił jednoznacznie, że Aldona zwariowała.

– A to jakieś konkretne życzenie ma być? – ostrożnie spytała Danusia.

– A to niby czego miałyby one czy też ono dotyczyć? – próbowała uściślić Magda. – Mówże jaśniej kobieto, bo zmęczona jestem. Nie mam siły na łamigłówki.

– Dziewczyny! Jestem…

– Stuknięta – podpowiedziała Teresa.

– Jestem w ciąży!!! – wykrzyczała wreszcie na cały głos swoją tajemnicę.

– Kiedy, jak… – zaczęła zaskoczona Teresa.

– Co cię obchodzi kiedy? – huknęła Dorota, która od pewnego czasu miała niejasne podejrzenia. – A jak się robi dzieci to jeszcze powinnaś pamiętać. Chyba, że cię skleroza  już całkiem zaatakowała. A mówiłam nie żryj tyle smalcu!

– Idiotka – pieszczotliwie odpowiedziała pomówiona o sklerozę Teresa. – Przecież nie jadam ssaków.

– No, wreszcie wam powiedziałam – odetchnęła Aldona z ulgą. – Już nie wiedziałam jak się kryć. A życzenia musicie spełniać, bo nie wolno odmawiać ciężarnej, nie wiecie?

– O matko – jęknęła Magda, – ona nas teraz wykończy.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Spacer do Krościenka

Zastanawiałam się nad tematem, żeby był przyjemny, niestresujący lecz odwrotnie, pozwalający na chwilową wycieczkę poza miejsce zamieszkania czy aktualnego pobytu. Oczywiście myśli moje popędziły do Szczawnicy jedna drugą wyprzedzając i spiesząc się, by być pierwszą. Może godła szczawnickie? Może figury kwiatowe? Może spacer po miasteczku? A Pieniński Park Narodowy? Może wioska Janosika? Schodki? Droga do Czardy? Do Krościenka? Do Czerwonego Klasztoru? Wycieczka do Niedzicy? Tyle jeszcze przed nami, że miło się robi na sercu na samą myśl. Zobaczę na jakie zdjęcia trafię z zamkniętymi oczami i tam pójdziemy 🙂
Padło na przechadzkę na lody do Krościenka. Psiepsioły miały porządny spacer, my też. Idzie się wzdłuż Dunajca, który od zakola w Szczawnicy w stronę Krościenka płynie już spokojnie, równo, jak każda inna przyzwoita rzeka. Owszem piękna, malowniczo położona, ale jakby nie mająca nic wspólnego z szalonym, dzikim Dunajcem toczącym spienione wody wzdłuż Drogi Pienińskiej.

 

 

To zdjęcie oraz 5 powyższych zrobiłam siedząc przy stoliku „U Marysi” delektując się lodami, widać na nich (na zdjęciach) Dunajec z ogródka lokalu, oraz fragment starego kościoła taki, jaki zmieścił się w kadrze

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

W poniedziałek

Spokoju nadal nie widać, jakaś taka niemożliwie intensywna końcówka roku się zrobiła. Ten rozpoczynający się tydzień w rozjazdach, przyszły też, w tym coś, czego najbardziej nie lubię – wizyty u lekarzy specjalistów, brr..
Calineczka jest przeziębiona, w dalszym ciągu do żłobka nie chodzi, katar ją męczy, ale energii nie pozbawia. Apetytu niestety tak, a więc wcisnąć jej cokolwiek do pysia to sztuka niemała. Byłam od 8-ej rano do ok.16-ej, przez ten czas zjadła odrobinę owsianki (normalnie ulubionej), jeden kwadratowy serek kiri, wypiła trochę soczku oraz jeden kubeczek kakao. Drugi kubek zawartości został pozbawiony w sposób gwałtowny i nieprzewidziany przeze mnie, choć niezamierzony… 🙂 – kakao wylało się na stolik, krzesło i podłogę. Oczywiście samo 🙂 Dobrze, że szkrabusia miała na sobie nieprzemakalny śliniaczek z kieszonką, dzięki czemu ubranko zostało uratowane. Na każdą propozycję jedzenia odpowiedź była jedna: nie, nie, nie, nie chcę! Tak było dopóki nie poczuła zmęczenia, ale nawet zamykając oczka mówiła: nie chcę, nie chcę, nie chcę! Wreszcie stwierdziła: lulu. Przytuliła się i usnęła patrząc na kołyszące się drzewa. Nie włączałam przez cały czas ani jednej bajki do oglądania, nie było takiej potrzeby, bez tego miałyśmy sporo różnych zajęć. Owszem, wyczerpujących babcię 😉 ale co tam, babcia wróciła do domu i siedzi odpoczywając, a czas spędzony z kruszynką – bezcenny.
Dziadek poszedł z psami sam, babcia nie miała siły iść na wieczorny spacer, za to miała chwilę, by zapisać powyższe słowa, jutro znów czasu braknie. Pojadę do Mary „pooperacyjnie”, wrócę wieczorem. To znaczy jak będzie ciemno. Bardzo nie lubię, gdy dzień jest taki krótki, Kiedy robi się ciemno od razu chce mi się spać.

Wróciłam autobusem, nie chciałam dzwonić po Męża, bo jazda po ciemku to
żadna przyjemność, korki są dodatkową atrakcją, psy trzeba ubierać, a Szila jakoś nie bardzo ostatnio pała chęcią do jazdy, no i strach babcię D. zostawiać samą bez istotnej potrzeby. Dodatkowym atutem przemawiającym za wyborem autobusu jako środka dojazdu do dzieci  jest fakt, że niedaleko mam linię autobusową, której zmieniono trasę i wiedzie ona na Kabaty. Z przyjemnością jechałam już trzy razy. Lubię czasem popatrzyć jak ludzie wyglądają 🙂 Ponieważ mam roczny bilet z racji ukończenia odpowiedniej liczby wiosen życia, mogę jeździć bez gorączkowego szukania biletów po kieszeniach, kiedy trafi się potrzeba wyjazdu. Już nie można kupić biletu u kierowcy, co dla pasażerów było wygodne, jednak dla kierowców nie i powodowało dodatkowe opóźnienia.

Szilunia pozdrawia i życzy dobrego tygodnia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 23

Czerwiec

Karolina kilkakrotnie przyjeżdżała do Warszawy w związku ze specjalizacją, czasem też na sympozja czy konferencje powiązane ze swoją dziedziną, bowiem należała do osób ustawicznie szukających i uczących się czegoś nowego. Tym razem czekał ją zjazd lekarzy pulmonologów. Wykłady, dyskusje, prezentacje odbywały się przez dwa i pół dnia. Trzeciego dnia wieczorem organizatorzy zaplanowali uroczystą imprezę w Łazienkach. Można było zaprosić osoby towarzyszące. Akurat tego dnia Teresa i Jurand – u których się zawsze Karolina zatrzymywała – nie mogli jej towarzyszyć, zaprosiła więc Aldonę. Zupełnie możliwe, że na tę decyzję wpłynęła długa nocna rozmowa z kuzynostwem. Zmęczony Jurand w pewnej chwili nie wytrzymał i udał się do sypialni, obie zaś pogrążone w rozmowie panie nawet nie zauważyły jego braku.  Omówiły historię Aldony i Sergiusza, przy czym Teresa dokładnie wprowadziła kuzynkę w obecną, wielce zagmatwaną sytuację pary.

– No wiesz co? Jestem zaskoczona i to bardzo niemile – oświadczyła Karolina. – Przecież wyglądał na tak zakochanego, że świata nie widział poza Doniczką. Nie udawał, jestem pewna, że to było szczere.

– Myślę, że to jest szczere. Tylko sytuacja go chwilowo przerosła i nie potrafi sobie z nią poradzić – powiedziała Teresa.

– A co w tym trudnego? – zdziwiła się Karolina. – Mówię zwyczajnie do Agaty: moja droga, zachowałaś się podle, nie zmieniłaś się ani na jotę, dalej postępujesz tak samo jak przedtem, a więc żegnam panią, wypad, zjeżdżaj stąd. Po prostu. Po męsku i zdecydowanie.

– Wiesz, poniekąd go rozumiem. Ze względu na dziecko musiał się powstrzymać. Monika tak bardzo się ucieszyła, była taka uszczęśliwiona powrotem matki, że sobie nawet nie wyobrażasz. Nie mógł jej od razu pogonić w takiej sytuacji. Gdyby mała nie zobaczyła Agaty, byłoby zupełnie co innego, mógłby zareagować jak mówisz. Ale tak? Jest jego legalną żoną, ma prawa do majątku, a moim zdaniem o to najbardziej jej chodzi. Praw rodzicielskich też jej nikt nie odebrał.

– Więc dlaczego od razu nie przedstawił swoich warunków?

– Myślę, że był zbyt zaskoczony tym jej niespodziewanym powrotem, żeby tak z marszu zacząć myśleć.

– No cóż, czasem myślenie nie jest najmocniejszą stroną facetów – oświadczyła Karolina. – A chociaż wytłumaczył się Aldonie, powiedział ile czasu ma tak wisieć w próżni zanim on nie postąpi jak prawdziwy mężczyzna?

– Przyznam ci się, że nie wiem. Jakoś tak mi niezręcznie aż tak głęboko wchodzić z butami w intymne sprawy. Są pewne granice… ile mogę to jej tłumaczę.

– Skoro Doniczka wygląda jak mi mówiłaś kiedy byłam w marcu, skoro przez całe ferie nie miała dzieci i nie chciała do ciebie przyjść, skoro odkładała słuchawkę zanim ty skończyłaś do niej mówić, to jest gorzej niż źle.

– Tak było wtedy.  Teraz jest lepiej. Zdecydowanie. Jakby poweselała, przytyła nawet, buzia jej się zaokrągliła. Przedtem wyglądała jak zębaty kij od miotły. Właściwie od pobytu w szpitalu tak się zmieniła. Chwali lekarzy, widocznie dobrali jej odpowiednie leki. Różnica jest niesamowita między Doniczką, która poszła do szpitala a Doniczką, która z niego wróciła.

– Wiesz co? Wyciągnę ją do tych Łazienek, spróbuję, może mi się uda z nią od serca pogadać.

– Spróbuj, życzę powodzenia.

– Powiedz mi jeszcze coś o Sergiuszu. Jak myślisz, dlaczego tak postępuje, dlaczego zwleka z podjęciem decyzji? A może już podjął i jest mu dobrze, nie zamierza niczego zmieniać?
– Nie, niemożliwe. On jest podobny do Juranda z charakteru. Nie znosi, kiedy coś mu się wymyka spod kontroli. Nie lubi improwizacji, potrzebuje planu, który może realizować punkt po punkcie.

– Możliwe, że jeszcze sobie planu nie ułożył? Nie wyglądał, przepraszam cię bardzo, na tępego kretyna, który sobie planu działania ułożyć nie potrafi.

Aldona chętnie przyjęła zaproszenie do Łazienek. Ucieszyła się nawet twierdząc, że skoro już tak dawno nie była w parku, który lubiła  i kiedyś odwiedzała bardzo często, to z przyjemnością przeniesie się w czasie do epoki króla Stasia i dotrzyma Karolinie towarzystwa.

W Łazienkach część parku została wynajęta i wyodrębniona na potrzeby prywatnego spotkania po zakończonym zjeździe. Palące się lampiony wyznaczały teren zamknięty dla osób zwiedzających Królewskie Łazienki, dostępny jedynie dla zaproszonych gości  wraz z osobami towarzyszącymi. Przewidziany był spektakl w Teatrze na Wyspie, a wcześniej czekały na przybyłych różne atrakcje w postaci grillowanego mięsiwa serwowanego bez ograniczeń, pływającej gondoli, w której można było zażyć przejażdżki po stawie, kataryniarza z papugą siedzącą mu na ramieniu, obracającego korbką urządzenia wydającego z siebie chrapliwe dźwięki muzyki, powozu zaprzężonego w przystrojone konie, którym można było odbyć spacer po parku, kolorowych pawilonów wewnątrz których aktorzy w odpowiednich kostiumach czytali głośno utwory z epoki.  Po trawnikach spacerowały pawie od czasu do czasu rozkładając swe przepiękne ogony ku uciesze gości. Były cudowne, dopóki późnym wieczorem podczas spektaklu nie zaczęły się odzywać skutecznie zagłuszając aktorów. Była to tak zabawna sytuacja, że ludzie nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Ptaki bowiem upodobały sobie na nocny odpoczynek  drzewa znajdujące się najbliżej sceny. Rozsiadły się na gałęziach położonych wysoko i zebrało im się na rozmowę. Wymieniały poglądy między sobą długo i głośno.

– Ja nie miałam pojęcia, że pawie potrafią latać – powiedziała zdziwiona Aldona. – Że tak niemiłosiernie wrzeszczą też nie wiedziałam.

– Ani ja – odpowiedziała Karolina. – Wiesz co, Doniczko? Cieszę się, że przyszłaś ze mną, raźniej się czuję. Niby znam tu wiele osób, ale co swój to swój.

–  To w związku z pawiami? – zaśmiała się Aldona. – Ale powiem ci, że cię rozumiem. Ja też nie lubię przebywać w dużym gronie obcych ludzi całkiem sama. Bo przecież są obcy. To, że wiesz jak się ktoś nazywa i zamieniłaś z nim  kilka mało znaczących słów nie oznacza, że przestał być obcy.

– Masz rację. Jedynie przestał być anonimowy, tak bym to określiła.

– Ja to co innego – spojrzała spod oka Aldona. – Mnie zdążyłaś poznać od podszewki.

– Nie, od podszewki nie. Może trochę od wewnętrznych szwów, jeśli pozostajemy w temacie krawiectwa – uśmiechnęła się Karolina.

– Na razie mam dosyć szycia – skrzywiła się Aldona. – Szyłam z konieczności. Kiedy niczego nie było w sklepach przerabiałam swoje stare sukienki na nowe dla dziewczynek. No, ale kiedyś bawiłam się zdobieniem tkanin techniką batikową, uwielbiałam to…

– Nie miałam dotąd dzieci więc mnie to ominęło. Teraz na szczęście można to i owo upolować w sklepach bez takich problemów jak przedtem. Ale bluzki i swetry na drutach robiłam, nawet sporo i nieźle mi wychodziły – pochwaliła się Karolina.

– To jest bardzo praktyczna umiejętność i nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Chciałabym nauczyć dziewczynki chociaż podstaw, żeby wiedziały jak się trzyma druty i włóczkę.

– Będą chciały się nauczyć?

– Na razie nie są zainteresowane, może w przyszłości. Ja zaczęłam zajmować się robótkami dopiero wtedy, kiedy byłam od nich starsza i zaczęło mi zależeć na wyglądzie i ciuchach, jak to dziewczynie. Więc nauczyłam się i robiłam je sobie sama. Teraz pewnie wrócę do robótek, bo dzierganie ubranek dla maleństwa będzie samą przyjemnością… – Aldona zamilkła uświadomiwszy sobie co powiedziała.

Karolina „zastrzygła uszami” i obrzuciła towarzyszkę uważnym spojrzeniem.

– Jakiego maleństwa?

– O, ojej, wymknęło mi się – jęknęła Aldona. – Trudno, przepadło. Widocznie tak miało być. Sama się wygadałam.

– Mów mi tu zaraz jak na spowiedzi. Albo jak lekarzowi – uśmiechnęła się zaskoczona Karolina. – Gdzie, jak, kiedy, z kim i na kiedy masz termin.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Widocznie tak miało być | 13 komentarzy

Spokój potrzebny od zaraz

Intensywny mam ostatnio czas, brak tego czego najbardziej potrzebuję czyli spokoju. Jest mi niezbędny, żebym mogła pozbierać myśli, zaplanować, zrelaksować umysł, pobyć chwilę sama ze sobą. Mam wrażenie, że zatraciłam zdolność regeneracji w tym nieustannym pędzie dwojakiego rodzaju. Jeden dotyczy obecności i aktywności w świecie materialnym, drugi – szalonej galopady myśli, które się rozzuchwaliły do tego stopnia, iż drwią ze mnie i moich nieskutecznych prób ich okiełznania. Zbyt dużo ważnych spraw się nawarstwiło do
rozwiązania, takich zdrowotno-egzystencjalno-bytowych mówiąc w skrócie bez wdawania się w szczegóły. Gdybym nie miała głęboko i na stałe zakodowanych już (na szczęście) afirmacji z którymi pracowałam od wielu lat – kiepsko by było. Uświadomiłam sobie na szczęście ten stan i zdecydowanie muszę przejąć nad nim kontrolę. Nie mogę pozwolić, by okoliczności zewnętrzne w dalszym ciągu całkowicie rządziły moim życiem, a przynajmniej moim życiem wewnętrznym. Howgh! Jako stary Indianin nie dam się i już 😉
Poczułam się (nareszcie i na szczęście) jakbym się otrząsnęła, obudziła z głębokiego snu nagle i niespodziewanie, i zupełnie mi się nie podoba to, co zobaczyłam.
Trzecim czynnikiem, który muszę, właściwie chcę pokonać to nadmiar przedmiotów, które chcą mnie udusić, dosłownie pożreć (zjeść to zbyt delikatne określenie). Trochę już ruszyłam, najgorzej jest z tonami papierków, papierów, wycinków, zapisków, całych gazet itp. materiałami, które „na pewno się przydadzą i nie można się ich pozbyć”. Wygląda na to, że nie tylko można ale i trzeba, bo mnie zwyczajnie zaduszą. Zaczęłam od wycinków z przepisami. Czasu zajmuje sporo, bo każdy czytam, mam chęć odłożyć i wypróbować. Wtedy druga Anka, ta rozsądniejsza, krzyczy ta tę pierwszą Ankę, żeby przestała chomikować i wyrzuciła. I tak to one dwie, te Anki, spierają się o każdy papierek, a ja muszę to znosić 😉 😉 😉
Teraz chcę Lucii pokazać filiżankę, bo chyba jest taka sama, jaką ona wypatrzyła nie tak dawno temu.

Na koniec jeszcze Franuś.

 Franuś jako malutki kotek 🙂 Czy ten słodziak wygląda, że wyrośnie na pięknego kota o tajemniczym spojrzeniu Rademenesa?

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 35 komentarzy

Baśkom :)))

Przepraszam, że dopiero teraz, ale najpierw nie mogłam wejść na bloga, a potem nie było mnie w domu i niedawno wróciłam. Od razu spieszę nadrobić zaległości. A więc –

Wszystkim Barbarom, Barbórkom, Baśkom, Basiulom, Basieńkom (oraz używającym innych form imienia) w dniu ich święta 4 grudnia składam serdeczne życzenia zdrowia, bo jest najważniejsze, wielu dobrych ludzi wokół, bo wtedy świat jest jasny i piękny, spełnienia najskrytszych pragnień, oraz  mnóstwa radości, miłości i szczęścia. I żeby każda z Was miała kogo kochać 🙂

Do życzeń dołącza się Franek obiecując pomoc w ich spełnieniu, wiadomo, koty czarować potrafią…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy