„Widocznie tak miało być” – 21

Marcinowi wciąż było głupio z tego powodu, że zawiódł dzieci i przez niego straciły wygraną z Kuferka. Myślał i myślał w jaki sposób mógłby się zrehabilitować w ich oczach. W końcu miał wrażenie, że mózg mu eksploduje od tego myślenia. Spotkawszy Maćka wracającego ze szkoły wypytał chłopca dokładnie co trzeba zrobić, żeby zagrać w Tajemniczą Postać Radia Zet i postanowił, nic dzieciom nie mówiąc, włączyć się w zabawę licząc na wygraną. Maciek obiecał dyskretną pomoc zdając sobie sprawę z faktu, że dorośli nie zawsze ogarniają rzeczy, które dla dzieci są oczywiste.

Skoro więc dowiedział się, że musi wytropić Tajemniczą Postać krążącą po mieście, sam również zaczął krążyć w jej poszukiwaniu. Nie było to proste, bowiem za każdym razem  przebrana była za kogo innego. Marcin nie mógł całymi dniami biegać po mieście, mógł jednakże umawiać się z pacjentami na masaże w późniejszych godzinach, już po rozwiązaniu konkursu. Kilka razy był przekonany, że jest u celu, bowiem tłum ludzi podążał za kimś wyglądającym zgoła niecodziennie, po czym okazywało się, że to pomyłka. Często kto inny był brany za Tajemniczą Postać, zdarzyło się, że na przykład kominiarz albo pszczelarz.

Pewnego dnia wracał Marcin od pacjenta mieszkającego na Starówce. Szedł nie patrząc przed siebie, rozmyślając, że tyle czasu upłynęło od jego wpadki przy Kuferku i nie udało mu się odzyskać reputacji w oczach dzieci. Miał wrażenie, że wciąż wszystkie po kolei patrzą na niego z wyrzutem, traktują lekceważąco i nie chcą z nim rozmawiać zbywając półsłówkami.

Szedł tak sobie i szedł, kiedy nagle wyrosła przed nim tajemnicza postać. To na pewno musi być Tajemnicza Postać! Wprawdzie nie miał przy sobie radyjka, więc nie słuchał i nie wiedział w której części miasta ma dziś grasować, ale to nie może być nikt inny. Któż inny  by się wybrał na spacer cały owinięty bandażami, z wielkim kosturem w ręce? To musi być obiekt jego poszukiwań. Wreszcie go znalazł i będzie mógł dzieciakom pokazać, że wcale nie jest takim gamoniem, za jakiego go uważają. Podkradł się cicho do zabandażowanej postaci i chwycił ją za rękę.

– Mam cię nareszcie – zawołał.

Po czym okrzyk tryumfu zamienił się w okrzyk zdumienia i bólu jednocześnie, bowiem postać zaczęła bez litości okładać go trzymanym w ręce kijem. Uwolniwszy się z uchwytu napastnika zniknęła miedzy kamieniczkami zostawiając ogłupiałego Marcina rozcierającego obite ramię, bezradnie spoglądającego okiem szybko otaczającym się opuchlizną.

– Oj, dostało się panu – powiedział jakiś przechodzący mężczyzna. – My już ją znamy, trzeba uważać, żeby się nie zbliżać do niej za bardzo.

– Co to było? Myślałem, że trafiłem na Tajemniczą Postać Radia Zet – wybełkotał Marcin czując, że warga mu puchnie coraz bardziej.

– Niejeden już oberwał. Nikt nie wie kto to jest naprawdę. Ludzie różnie mówią. Jedni, że oszpecona po powstaniu, inni, że ukochanego w powstaniu straciła i tak jej się porobiło.

Biedny Marcin wrócił do domu wyglądając jak po czołowym zderzeniu z Bronkiem. Posądzony Bronuś zarzekał się, że on na pewno nie miał z tym nic wspólnego. Nawet gdyby miał niecne zamiary w stosunku do kogoś, to z Marcinem nikogo by nie pomylił. Więc to w żadnym wypadku nie on. Magda, zaalarmowana przez Danusię, przybiegła ratować męża zostawiając Aldonę w sklepie na posterunku. Niedługo dołączyła Dorota wracająca z miasta, zatrzymując się jak zwykle w sklepiku. Odkąd Magda sprowadzała nowość niezwykłą, a mianowicie proteinę sojową, często wykorzystywała ją do przyrządzania obiadu. Aldona przysiadła na zapleczu, za ladą stanęła Dorota i oniemiała zobaczywszy przez szklane drzwi podjeżdżający samochód a w nim Agatę czule żegnającą się z mężczyzną siedzącym za kierownicą, którym był nie kto  inny jak Sergiuszowy wspólnik! Żeby tylko nie zachciało się jej wejść do sklepu! Dorota tyłem wycofała się na zaplecze wypychając do przodu Aldonę na wypadek,  gdyby bratowa jednak zapragnęła zrobić jakieś zakupy. Nie musiała się o to martwić, ponieważ w takich byle jakich osiedlowych sklepikach Agata się nie zaopatrywała, nie ten poziom przecież. Ona takich miejsc po prostu nie zauważała. Michał potem powiedział, że chciała się spotkać z Dorotą, ale wobec nieobecności onej, udała się windą w drogę powrotną na dół, nie wyraziwszy chęci oczekiwania. Nie powiedziała też z jaką sprawą przyszła. Dorota uniknęła tym razem spotkania błogosławiąc w duchu przyczynę opuszczenia sklepu przez Magdę.

Marcin – nie zdający sobie sprawy iż został pobłogosławiony przez Dorotę – został odpowiednio zaopatrzony jak to ranny w wypadku, do tego w niezwykłych okolicznościach. Musiał wyspowiadać się ze wszystkich swoich grzechów, opowiedzieć kilkakrotnie o postępowaniu przedsięwziętym w celu zrehabilitowania się za swoje gapiostwo w sprawie Kuferka oraz o poszukiwaniach Tajemniczej Postaci. Małżonka poszkodowanego popukała się wymownie palcem w czoło. Zgromadzone dzieci jednakże doceniły starania rannego i wybaczyły mu jego winy, postanawiając jednakowoż nie powierzać mu nigdy więcej żadnej istotnej tajemnicy. Nie domyślający się ostatniego punktu Marcin poczuł się rozgrzeszony i miał uczucie jakby wielki kamień spadł mu z serca.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy

Jedyna taka pamiątka

Pomyślałam, że  zamiast wpisu będzie zdjęcie. Na nim są widoczne trzy osoby. Moja babcia oraz mój dziadek, który był leśnikiem, a którego nie miałam okazji poznać. Został zamordowany przez bandę UPA w lipcu 1944 roku gdzieś w okolicach Birczy. To jedyne jego zdjęcie jakie mam. Mały chłopczyk między nimi to mój kochany tatuś, który urodził się 20 listopada 1926 roku. Ma więc urodziny, tzn. od 13 -tu lat obchodzi je Tęczowym Mostem, ale wierzę, że życzenia tam docierają…

Jedyna taka pamiątka…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 13 komentarzy

Kulinarnie w poniedziałek

W kwestii domowych wypieków uprzejmie donoszę, iż w dalszym ciągu u nas w domu króluje jednojajkowiec Lucii. Za najsmaczniejszą wersję uważamy zgodnie tę z jabłkami, czyli właściwie szarlotkę. Poza tym w każdym następnym wypróbowanym przypadku również się zgadzamy 🙂  Wszystkie są równorzędne pod względem smakowitości, bez względu na nadzienie, którym były już konfitury wiśniowe i jagodowe, dżem truskawkowy, morelowy, brzoskwiniowy, porzeczkowy oraz przecier jabłkowy uchowany przez przypadek między innymi słoikami. W sobotę upiekł się z powidłami śliwkowymi.

Oświadczam uroczyście, iż jednojajkowiec jest ciastem jednodniowym ponieważ na drugi dzień już go nie ma, znika i ślad żaden nie pozostaje nawet w postaci okruszynek. Chyba, że jest zrobiony z trzech porcji, wtedy wchodzi na dużą blachę i jego żywot jest nieco dłuższy 🙂 W związku z powyższym murzynek – do czasów rzeczonego jednojajkowca w rankingu Męża zajmujący pozycję numer jeden – zaczyna się pogrążać w mrokach niepamięci.

Tak się prezentuje w trzech odsłonach, jeden to na pewno z jabłkami, drugi nie pamiętam, a trzeci z jagodami, bo widać najciemniejsze nadzienie

Szkic, czyli wpis „na brudno” czyniłam (nie popełniałam) podczas emisji programu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Za tydzień ostatni już, finałowy odcinek będzie. W tej chwili Lukasz Zagrobelny jako Pavarotti śpiewa „Ave Maria”. Zadziwiające, że tak można się nauczyć tak śpiewać w przeciągu tygodnia. Przepiękny tenor. Akurat się trafiło gdy pisałam o jedzeniu, hi hi  🙂 Prawidłowo, bo mistrz lubił dobrze zjeść 🙂

W ciągu ostatniego czasu uczę się zmieniać nawyki żywieniowe. Nie jakoś drastycznie, od dawna staram się w miarę zdrowo gotować, ale teraz z listą dozwolonych produktów w ręku. Na niej wyraźnie napisano, żeby unikać majonezu. I co zrobić? Sałatka bez majonezu? Strząsnęłam z siebie niechęć, ruszyłam głową i dodałam musztardę, olej z pestek winogron (okulistka poleciła na oczy), czosnek, sól, pieprz, paprykę, curry i jedynie odrobinkę majonezu. Smakowała zupełnie dobrze, choć inaczej niż dotąd. Wyglądała równie apetycznie.

Kolory pobudzają apetyt

Inną propozycją na śniadanie czy kolację jest sałatka/pasta jajeczna, z jajek i cebulki plus sól i pieprz, połączone – roztarte z masłem, tak robiła moja mama. Może być zamiennie z majonezem.

Posypana szczypiorkiem z cebuli, którą włożyłam do wody widząc, że wypuszcza zielone pędy i dochowałam się własnego szczypiorku na oknie w kuchni

Zastanawiając się jaką zupę ugotować domownikom – przypomniałam sobie o żurku podlaskim. Nie pamiętam skąd mam przepis, dość dawno zapisałam w zeszycie jako wypróbowany.

Potrzebne są wg przepisu: 2 kostki warzywne, kawałek wędzonej kiełbasy, 2-3 ziemniaki, 2 ząbki czosnku, 2 marchewki, 2 cebule, trochę śmietany, liść laurowy, ziele angielskie, kwasek cytrynowy, cukier, majeranek.

# Do garnka wlać 2 l. wody, dodać 2 kostki warzywne, 4 ziela ang., kiełbasę w kostkę pokrojoną, marchewkę startą na dużych oczkach, cebulę pokrojoną w ósemki oraz ziemniaki w kostkę. Gotować aż zmiękną.

Zamiast kostek zdrowiej będzie dać ugotowany własny wywar z warzyw. Kiełbaskę (tylko odrobinę drobiowej) dodaję pod koniec gotowania. Myślę, że zapach i smak wędzonki można uzyskać w inny sposób, wegetarianie na pewno wiedzą jaki, a ja poproszę o podpowiedź 🙂

# Kiedy ziemniaki zmiękną – śmietanę wlać do zupy ( rozprowadzoną wywarem, w ilości – wg gustu), dodać czosnek zgnieciony, majeranek, szczyptę kwasku cytrynowego i 2 płaskie łyżeczki cukru.

To wg przepisu – każdy sam, zgodnie z własnym gustem doda przyprawy. Zaręczam, że nikt dotąd nie poznał, że nie jest to tradycyjny żurek!!! Jeszcze sobie przypomniałam, że do gotowania dodałam trochę kaszy manny, żeby żurek nie był wodnisty lecz zawiesisty, jak prawdziwy żurek powinien być.

Tak się prezentował na talerzu

Życzę spokojnego, pogodnego i smacznego tygodnia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 51 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 20

Wyjaśnić należy skąd się wzięły dwa stworzenia, które ostatnio dołączyły do „mafijnego” zwierzyńca, czyli Kot i Sara.

Kot to był kot nad koty, bo przecież żaden normalny kot nie pojawiłby się w pobliżu Azy sam, z własnej woli. Kot po prostu wszedł do pokoju, przemaszerował przed nosem zaskoczonej psicy i został. Działo się to podczas wizyty u mamy Michała, a nadmienić należy, iż na podwórku mieszkało dużo wolno żyjących kotów dokarmianych przez życzliwe dusze. Dorota nie mogła się nadziwić zmianie zachowania Azy. Sunia bez zastrzeżeń zaakceptowała nowego członka rodziny i nikt nie wiedział z jakiego powodu, ponieważ jej stosunek do innych kotów pozostał bez zmian.

Przed nowym szkolnym budynkiem nie wiadomo skąd znalazła się czarna psina. Średniej wielkości, przypominająca wyglądem Abę. Łasiła się do dzieci, niektóre dzieliły się z nią swoim śniadaniem, głaskały, ale po lekcjach wracały do domów. Czarna kulka zostawała sama i kuliła się z zimna pod płotem. Z początku szła za dziećmi, pełna nadziei machała ogonkiem, zaglądała w oczy, lecz dzieci rozchodziły się każde w swoją stronę  i zostawała na chodniku coraz smutniejsza, coraz bardziej zrezygnowana, opuszczona, samotna i nieszczęśliwa obok ludzkiego tłumu, który nie zwracał na nią uwagi jakby była przedmiotem, a nie żywą, czującą istotą.

Chłopcom Steni zrobiło się żal biednej istotki, bezdomnej, marznącej pod płotem, moknącej na deszczu. Zaczęli zanosić jej jedzenie,  zaś ona szła za nimi pod samą klatkę i kładła się pod drzwiami oczekując aż znowu wyjdą. Witała ich jak swoją rodzinę. Chłopcy przypuścili zmasowany atak na rodziców w celu uzyskania zgody na przygarnięcie biedactwa. Stenia była skłonna się zgodzić, lecz Ziutek czujący śmiertelną obawę przed każdym szczekającym czworonogiem, za nic na świecie nie chciał ustąpić. Zapłakany młodszy synek powiedział, żeby tata poszedł sobie mieszkać do babci, bo on woli mieszkać z psem.

Dorota była na Ziutka wściekła. Nie podobał jej się sposób, w jaki traktował Stenię, choć ona ze śmiechem powtarzała: „my jesteśmy zgodnym małżeństwem, zawsze mamy jedno zdanie na każdy temat – zdanie Ziutka”. Stenia zrobiła prawo jazdy, jeździła samochodem, ukończyła kurs rolniczy, żeby mieć uprawnienia wymagane do  posiadania działki po ciotce. Była miła, ciepła, sympatyczna, ogólnie lubiana, pracowała w zawodzie – a była inżynierem z wykształcenia – oraz wyszukiwała prywatne zlecenia dla Ziutka, żeby on mógł sobie spokojnie pracować w domu robiąc to, co żona mu pod nos podstawiła. Poza tym prowadziła dom, zajmowała się dziećmi i mężem na dodatek. Ale zdanie liczyło się jego, jakby on robił wszystko to co Stenia. Ona jednak nie przejmowała się obawami sąsiadek, twierdziła, że wszystkiemu podoła.

– Typowa polska kobieta – zgryźliwie stwierdziła Dorota. – Zamęczy się na śmierć, żeby pan i władca miał pod nos podstawione, żeby absolutnie nie zmęczył się myśleniem, cholera jasna.

No i właśnie Ziutek naraził się Dorocie jakąś kolejną niefortunną wypowiedzią. Kiedy przyszedł do Magdy skorzystać z telefonu jak codziennie, ona siedziała w kuchni rozmawiając z sąsiadką. Zerwała się, zablokowała mu sobą dostęp do aparatu.

– Przygarnij suczkę, jest taka biedna, odpłaci ci sercem, zobaczysz – powiedziała. – Dzieci też uszczęśliwisz.

– Nie potrzebuję takiego czegoś w domu…

– Gdybyś był moim mężem to bym cię otruła albo w nocy gardło poderżnęła –  wysyczała jadowicie wbijając w niego świdrujące spojrzenie.

– No co ty, no co ty… – zaczął mamrotać wycofując się w stronę drzwi i zrejterował porzucając w tempie przyspieszonym Doroty towarzystwo oraz zamysł wykonania połączenia telefonicznego.

Dorota wróciła do kuchni, usiadła na swoim miejscu z niewinną minką.

– Co ten Ziutek? Miał dzwonić i zniknął – zdziwiła się Magda.

– Wiesz, on jest taki … nieskoordynowany… – stwierdziła Dorota.

A dwa dni później na klatce zrobił się ruch niespodziewany. Ziutek pozwolił chłopcom przyprowadzić do domu Sarę, bo takie imię otrzymała czarna sunia.  Dorota oświadczyła wszem i wobec, że złego słowa na Ziutka nigdy nie powie, bo on jest bohaterem. Przemógł swój strach i pokonał obawy, a to wymaga dużej odwagi i hartu ducha. Pogratulowała mu też decyzji. Po jakimś czasie okazało się, że Ziutek pokochał sunię przeogromnie z wzajemnością. I przestał bać się psów.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Galicja – 1918

Wczoraj raniutko zajrzałam na chwilę do bloga, było wszystko w porządku. Wyłączyłam Lapcia, potem byłam zajęta, w międzyczasie Mąż chciał wejść na moją stronę, ale mu się nie udało. Spróbowałam od siebie – niestety, wyświetlił się napis, że nie mogę, nie ma i to samo
było z pocztą przynależną do bloga. Teraz jest ok, była przerwa na konserwację, czy coś takiego. Nieważne. Ja o tym nie wiedziałam, Duży zapomniał mi powiedzieć. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym jak ja się poczułam, kiedy pomyślałam, że zostałam odcięta od bloga, od Was, że wszystko co na blogu było pofrunęło w kosmos. Otóż poczułam się okropnie! Jakby mnie zamknięto w celi, odcięto od świata od wszystkiego co napisałam, zapisałam … Nagle przypomniał mi się żołnierz z I wojny, który po latach został odnaleziony w podziemiach twierdzy w Przemyślu, który spędził tam długi czas, bo został zasypany, nie miał możliwości opuszczenia przypadkowego więzienia, obywał się bez światła, przebywał w kompletnej ciemności, sam – bo współtowarzysz niedoli nie wytrzymał i popełnił samobójstwo… Głupie to z mojej strony, ale takie właśnie miałam galopujące skojarzenia, na które przecież nie ma się wpływu, można je tylko wyłapać…
W panice atakowałam biedne dziecko mailami dopóki nie ochłonęłam i nie zaczęłam myśleć. Przecież mam adresy Waszych blogów. Z wordpressem miałam kłopot, ale przezwyciężyłam. Z blogspotem żadnych problemów, weszłam i odezwałam się bez przeszkód. Pod wieczór już było wszystko w porządku. A ja pomyślałam – jak to się dzieje, do czego doszło, że w świecie rzeczywistym wobec ogromnej masy problemów, które spadają na głowę – świat wirtualny staje się miejscem odpoczynku, oderwania się i wprost regeneracji. Tylko wtedy, kiedy zajmuję się swoim nowym wpisem albo czytam Wasze zapominam o problemach, o chorobach otoczenia, o swoim bólu stawów czy przyduszającej astmie.

Jeśli chodzi o wczorajsze święto mam jedno konkretne spostrzeżenie, które poczyniłam na podstawie relacji w tv. W wielu miastach w kraju, między innymi w Krakowie, obchody Święta Niepodległości były radośniejsze, weselsze, przyjazne rodakom. Wszystkim – tak jak powinno być. Bez dymów, palących się pochodni, rac, petard i skandowanych haseł w rodzaju „raz sierpem…”- co słyszałam na własne uszy; bez skandalicznych obrazków, gdy rodzic do małego dziecka mówi, że musi (dziecko) zobaczyć jak się biją…

Jeśli chodzi o Kraków mam stosunek emocjonalny do miasta sprzed 101 lat. Legenda Galicji wciąż jest żywa, jest zakodowana chyba w DNA wielu osób mających tam swoje korzenie. Cesarz Franciszek Józef I do dziś żyje w świadomości – albo podświadomości – jako przedmiot tęsknoty do tego co łączy, a nie dzieli. Nie będę się „wymądrzać osobiście”, skorzystam ze słów mądrych ludzi, w tym przypadku jest to dr hab. Zbigniew Fras w pozycji „Galicja”, Wrocław 1999, Wydawn. Dolnośląskie.
„Dość powszechna była w Galicji opinia, że Polacy należą do narodów szczególnie lubianych przez cesarza, w każdym razie bardzo wielu mieszkańców Królestwa Galicji i Lodomerii było o tym święcie przekonanych. W drugiej połowie XIX w., z trzech zaborców, Austria
stworzyła Polakom najkorzystniejsze warunki życia narodowego. Franciszkowi Józefowi pamiętano więc nie czasy rządów absolutnych, ale wprowadzenie języka polskiego w urzędach, utworzenie Akademii Umiejętności czy zwrócenie Polakom Wawelu”.
Cesarz kilkakrotnie odwiedzał ziemie Galicji. Trzecią podróż, która miała miejsce jesienią 1880 r. opisał Józef Trzaskowski, dzierżawca z podkrakowskiej wsi, mówiąc o cesarzu, że     ” wjechał jako ukochany ojciec między kochające dzieci. Nie było ani jednego bagnetu na
strzeżenie jego osoby, a otaczało go 50 tysięcy serc kochających”.
Po raz czwarty Franciszek Józef przybył do Galicji w 1894 r., 7 września to było. Mój dziadek Staszek urodził się 1 maja 1895 r. i tamte lata są mi bliskie, odbieram je gdzieś w głębi duszy jako „moje”, uwielbiam filmy, zdjęcia, obrazki oddające klimat epoki, mam wrażenie, jakbym je znała z autopsji, jakbym tam już kiedyś żyła i jestem „u siebie”… Ot, takie sobie dyrdymałki… Możliwe, że wynika to z faktu, iż najwcześniejsze lata dzieciństwa spędziłam u dziadków w Tenczynku, poruszałam się w miejscach wyglądających jak w XIX wieku np. domek prababci Marianny tak wyglądał, babcia Stefa w szkole śpiewała hymn ku czci cesarzowej ze słowami: „Cześć Elżbiecie, cześć i chwała…. bo z Habsburgów losem złączon jest na wieki Polski los”. I tak to Galicja siedzi w człowieku razem z cudownym obrazem podkrakowskich mgieł … Dziadek Staszek był podczas I wojny w armii austriackiej i przeszedł piechotą kawał Europy, bo właśnie do piechoty go wzięli. Nad łóżkiem wisiał okrągły zegar, który dziadek przyniósł z wojny do domu, na którym moja mama uczyła się liter jako dziecko, tak przynajmniej zapamiętałam z tego, co opowiadała.
Wracając do Najjaśniejszego Pana – cesarz odwiedził Wystawę Krajową, „… która w zamyśle organizatorów miała być nie tylko przeglądem osiągnięć ekonomicznych, ale także manifestacją siły i żywotności narodu. Dlatego rozbudowano szczególnie tę część wystawy, w której prezentowano dzieje Polski, jej kulturę i sztukę. Przewodniczący komitetu organizacyjnego, ks. Adam Sapieha, w nawiązaniu do 100. rocznicy insurekcji kościuszkowskiej zamówił u znanych twórców, Jana Styki i Wojciecha Kossaka, monumentalne dzieło malarskie – panoramę zwycięskiej dla Polaków bitwy pod Racławicami. Wśród 200 tys. osób, które obejrzały Panoramę Racławicką w trakcie Wystawy Krajowej (od czerwca do października 1894 r.), by także cesarz Franciszek Józef”.
Oglądając Panoramę Racławicką mało kto zdaje sobie sprawę z przyczyny i czasu jej powstania, prawda?
Potem przyszły lata I wojny, która przyniosła zmiany w całej Europie. Tu też przytoczę słowa dr. Frasa. „Już 27 października 1918 r. w Krakowie z inicjatywy galicyjskich posłów do parlamentu wiedeńskiego powołano Polską Komisję Likwidacyjną – pierwszą na ziemiach polskich suwerenną władzę narodową. W przyjętej uchwale stwierdzono: > ziemie polskie pozostające dotychczas w obszarze monarchii habsburskiej należą do państwa polskiego< (…) Wyzwalanie spod austriackiego panowania miało tu w zasadzie charakter pokojowy. 30 października zgromadzeni na wiecu w Krakowie urzędnicy oświadczyli, że uważają się za > funkcjonariuszy państwa polskiego<, następnego dnia zaś Austriacy przekazali władzę w mieście stronie polskiej. Jeszcze tego samego popołudnia ówczesny prezydent Krakowa Jan Kanty Fedorowicz przyjął na pożegnalnym obiedzie austriackiego komendanta miasta gen. Siegmunda Benigniego i jego oficerów.”
W Galicji Wschodniej tak łatwo już nie było, wybuchła wojna między Polakami a Ukraińcami, ale to inny temat.
” Z polskiego punktu widzenia w Galicji nie było potrzeby przeprowadzania radykalnych zmian. Dzięki uzyskanej przed pół wiekiem autonomii w prowincji dominowali polscy politycy i urzędnicy, nauczyciele, prawnicy i dziennikarze. Liberalne ustawodawstwo austriackie, w połączeniu z polonizacją administracji, szkolnictwa i sądownictwa, sprzyjały nie tylko rozwojowi inteligencji, ale także demokratyzacji kultury narodowej (…) Dla odradzającej się po stu dwudziestu trzech latach Rzeczypospolitej Galicja stała się ważnym źródłem fachowych i patriotycznych kadr urzędniczych, pracowników przemysłu i handlu, a także działaczy politycznych i społecznych, przywykłych do funkcjonowania w systemie demokracji parlamentarnej. Legalne i bujne życie polityczne, obrady sejmu krajowego i
wiedeńskiej Rady Państwa, kampanie wyborcze, wolna prasa, działalność licznych organizacji społeczno-zawodowych, instytucji samorządowych, wszystko to sprzyjało budowaniu i rozwojowi kultury politycznej. Przez ostatnie pół wieku istnienia monarchii posłowie galicyjscy w parlamencie wiedeńskim należeli do większości rządzącej i zasiadali we wszystkich gabinetach austriackich. Mieli więc sposobność uczestniczenia w wielkiej polityce i nauczenia się trudnej sztuki kompromisu. W Polskiej Komisji Likwidacyjnej zgodnie współpracowali endecy, ludowcy i socjaliści”
W ostatnim zdaniu mieści się źródło sukcesu i normalności. Nasuwa się pytanie, czy taka współpraca możliwa byłaby dziś? Po obejrzeniu programu z przedstawicielem konfederacji wątpię a słuchając ich lidera mam jeszcze więcej wątpliwości w tym względzie.
” W świadomości społecznej pamięć o Królestwie Galicji i Lodomerii, kraju koronnym ck monarchii pozostała znacznie dłużej, przeradzając się z czasem w obraz coraz bardziej idealistycznej krainy harmonii i szczęścia, krainy zgodnego współżycia grup etnicznych, religijnych i społecznych, z którą niedoskonała i skomplikowana współczesność ledwie mogła się równać.”
Jako ciekawostkę dodam, że dnia 11 listopada 1918 r. abdykował ostatni cesarz austriacki Karol I, o którym mało kto pamięta. Jeszcze w 1921 r. próbował na Węgrzech przywrócić monarchię Habsburgów, ale nie udało mu się i został internowany na Maderze.
Faktem jest, iż do tej pory, w XXI wieku cesarz Franciszek Józef jest wspominany z nostalgią, a portrety monarchy pojawiają się w przestrzeni publicznej w różnej formie.

Portret cesarza Franciszka Józefa upstrzony przez muchy – jak u Szwejka – w Muzycznej Owczarni w Jaworkach koło Szczawnicy

Przeziębiona Ania pod portretem cesarza. Co tam katar i wygląd, liczy się towarzystwo monarchy 😉

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, Tenczynek | 32 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 19

Okazało się, że nawet krótki czas przebywania w szkole z Agatą spowodował problemy zdrowotne u Inki. Wyraźnie bardziej niż siostra przeżyła dwuznaczne uwagi pod adresem matki. Aldona zdawała sobie sprawę, że przeniesienie dzieci do innej szkoły było jedynym wyjściem dla zapewnienia spokojnej nauki i normalnego rozwoju wrażliwym dziewczynkom. Po konsultacji ze szkolną panią psycholog zapisała Inkę do neurologa. I właśnie zdegustowana wróciła z wizyty. Musiała odreagować. Zastukała do drzwi sąsiadki. Otworzyła Justysia.

– Cześć rybko, jest mama?

– Jest, jest – dał się słyszeć ze środka głos Magdy.

– To wyjątkowo wcześnie, ciociu, jak na mamę – otworzyła dziewczynka drzwi na całą szerokość.

– Chcesz herbaty? – spytała Magda i nie czekając na odpowiedź postawiła na stole dwie szklanki. – O rany, coś taka blada? Siadaj.

Aldona usiadła z ciężkim westchnieniem.

– Co za koszmarny dzień. Byłam z Inką u neurologa, neurolożki właściwie, bo to była ona. Oświadczam, że gdyby mnie spytano czy ja jestem normalna czy ta kobieta, miałabym poważne wątpliwości. Mimo, iż od urodzenia wiem, że to ja jestem stuknięta.

– Niczego nowego nie odkryłaś – wzruszyła Magda ramionami.

– No to ja ci bardzo dziękuję za szczerość. Człowiek idzie po dobre słowo i co słyszy…

Magda parsknęła śmiechem.

– Przecież powszechnie wiadomo, że wśród psychiatrów jest najwięcej wariatów – powiedziała. – Przyszedł raz do mnie do sklepu, do tego starego, taki jeden. Nawet pieczątkę przystawił na papierku więc mam dowód, że lekarz. No więc przyszedł i gadał o egzorcyzmach wpatrując mi się tak intensywnie w oczy, że jeszcze podczas drogi do domu czułam to spojrzenie, a nocą przyśnił mi się jako diabeł. Brr, koszmar.

– Słuchaj Magda, neurolog, do tego kobieta, powinna być ciepła, serdeczna, promieniująca czymś dobrym…

– Na jakim świecie ty wciąż żyjesz…

– W szpitalu takie właśnie były. Nie przerywaj. Ona mi też przerywała. Prawie się na mnie darła, tylko po cichu. Powiedziała, że traktuję ją instrumentalnie w celu zdobycia jeszcze jednego zaświadczenia do kolekcji, że ona tu nie widzi potrzeby badania neurologicznego, że jak ja dojrzeję do tego, żeby dziecku pomóc, to ona chętnie. Ale teraz? Owszem, napisze co o tym myśli i jeszcze zadzwoni do pani psycholog, która dziecko przysłała. Rozumiesz?

– Cicho Doniczko, nie gorączkuj się – uspokajała Magda sąsiadkę. – To już minęło.

– Czy ty wiesz jak ja się czułam? Po wczorajszym wypadku w pracy…

– A co się stało? – zainteresowała się Justysia.

– Koleżanka straciła przytomność i pogotowie ledwo ją odratowało – wyjaśniła Aldona. – Myśleliśmy wszyscy, że nie żyje. To było potworne. W nocy oka nie zmrużyłam, serce mnie bolało, a rano półprzytomna wstałam ze świadomością, że muszę jechać do poradni. Nie chciałam brać tabletki na uspokojenie, bo… no nie chciałam i już. Przed oczyma widzę bezustannie masę problemów, które jakoś muszę sama rozwiązać, a ta kobieta do mnie z kretyńskim tekstem. Jestem wykończona. Tam też byłam i poczułam, że nie mogę zahamować łez. „Czy pani uważa, że to jest normalna reakcja?” Ona tak do mnie powiedziała. Wyobrażasz sobie? A ja jej na to: to nie jest normalna reakcja ale ja zdaję sobie z tego sprawę. Odpowiedziałam jej tak ze świadomością, że jest to ostatni człowiek, którego mogłabym o cokolwiek poprosić. Gdyby nie odezwał się mój kompleks wiecznie krytykowanego dziecka, to bym po prostu wstała, zabrała swoje papiery, powiedziała: ‘żegnam” i wyszła. Często już udaje mi się postępować tak jak powinnam, ale tu byłam przygwożdżona do krzesła, zupełnie jakby oczy bazyliszka na mnie patrzyły. Nieraz miałam ochotę poszukać pomocy u psychoterapeuty ale ta kobieta wyleczyła mnie z takiej chęci.

– I bardzo dobrze – stwierdziła Magda.- Po co masz całkiem obcym opowiadać o swoich problemach. Musi być ktoś pewny, ktoś zaufany, bo w przeciwnym razie potraktuje cię jak przeciętny belfer dziecko w szkole i zniszczy. Pewnie, że są ludzie czujący potrzebę niesienia pomocy i robią to. Znam Baśkę psycholożkę, która jest świetną dziewczyną. Sama masz przecież kilka „pacjentek”. Mało to razy mnie samą wyciągałaś z dołka? A reszta naszej „mafii”? Ciągle któraś coś przeżywa i potrzebuje wsparcia. Daj spokój myślom o tej babie. Nauczyłaś mnie, że każdy odpowiada sam za siebie więc i ona odpowie za krzywdę, którą tobie wyrządziła…

– To nie ja, to Teresa. I nie życzę nikomu…

– Wiem, wiem – machnęła ręką Magda. – Nie życzysz nikomu niczego złego. I może dlatego dostajesz po głowie, bo jakaś równowaga zachowana być musi.

Głośno i natarczywie odezwał się dzwonek domofonu. Przyszła Dorota. Obiecała i przyszła. Zrobiła porządek w szafach oraz na pawlaczu i znalazła kilka ciuszków pasujących na Justynkę. Poprzednio przyniesiona partia dziewczęcych szmatek pochodziła od koleżanki, która miała dwie starsze córki. Wszystkie zaprzyjaźnione „ciotki” pomagały sobie w ten sposób, a dzieci od małego przyzwyczajone były, że ubrania z których wyrosły, oddawały młodszym. Jakoś do tej pory żadne nie złościło się z tego powodu i nie buntowało. Jedynie Justysia jako najstarsza z dziewczynek oraz Maciek z Olkiem jako „ najwięksi z całej wsi” byli zaopatrywani w nowe rzeczy. Nie budziło to zazdrości reszty dzieciaków bo wiedziały, że jak urosną też będą miały nowe. Teraz miały ważniejsze sprawy na głowach.

Justyna skoczyła po bliźniaczki, wszak w kobiecym towarzystwie oglądanie ciuchów to większa frajda. Dziewczynki zajęły się oglądaniem i przymierzaniem.

– Po co ty to wszystko trzymasz w domu? – dziwiła się Aldona. – Nigdy już w te szmaty nie wejdziesz, za małe na ciebie. Przecież to moda z lat naszej młodości. Wtedy nosiło się rzeczy obcisłe i dopasowane. Ja bym już w tym nie mogła chodzić. Przyzwyczaiłam się do luzu i swobody.

– Z jakiej młodości – oburzyła się Dorota. – Ja cały czas jestem młoda i zawsze będę. W przeciwieństwie do ciebie, bo ty jesteś stara i siwa.

– Stara tak, ale siwa już nie  – uśmiechnęła się Aldona.

– Jak to nie? Pokaż no się, chodź do światła. No chodźże, wyraźnie chyba mówię. Muszę ci się przyjrzeć.

Zaciągnęła przyjaciółkę pod lampę i obejrzała dokładnie ze wszystkich stron.

– Rzeczywiście. Nareszcie się zrobiłaś podobna do żywych ludzi. Można się już pokazać w twoim towarzystwie.

– Co to znaczy ”już”?

– A to, że wszyscy wiedzą, iż jesteśmy z tego samego roku i kto spojrzał na ciebie, od razu myślał, że ja też jestem taka stara jak ty.

– Znowu zaczynasz…

Z dzikim okrzykiem wpadł do kuchni Filip. Magda, Aldona i Dorota równocześnie podskoczyły na krzesłach.

– Jak cię… – zaczęła Magda.

– No co? To było wejście smoka – bronił się Filip.

– Widzisz mamo jak ja się muszę męczyć? – wołała z przedpokoju Justynka. – Bardziej niż ty. Mam z nim więcej do czynienia, bo wcześniej wracam ze szkoły niż ty z pracy.

– O rany, co za dzieci – jęknęła Magda. – Filip do łazienki. Myć się i spać.

– Po co? Przecież jutro jest sobota, a ja już dzisiaj spałem – bronił się. – Nie chcę iść spać.

– Do łazienki! – Magda podniosła się z miną nie wróżącą niczego dobrego.

– No już idę, idę – przezornie wycofał się z kuchni

– Mamusiu – zawołała po chwili Justysia. – On wziął komiks do czyszczenia zębów, żeby się nie nudzić!

– Uspokójcie się wreszcie – krzyknęła zniecierpliwiona matka.

– Po ostatniej wizycie u stomatologa Kajtuś oświadczył, że będzie zabójcą dentystów jak dorośnie – powiedziała rozbawiona Dorota.

– A Filip wychodzi do szkoły za pięć ósma i twierdzi, że się nie spóźni, ponieważ ma dłuższe nogi niż wtedy, kiedy wychodził za piętnaście – uśmiechnęła się Magda. – No i czy przy tych dzieciakach można mieć choć odrobinę spokoju?

Rozległo się stukanie do drzwi i weszła Danusia.

– O, trafiłam na zbiórkę. Czemu mnie nie zawołałyście? Dawno się nie zbierałyśmy. Mogę zadzwonić?

– Możesz – uprzejmie odpowiedziała Dorota. – Budka pusta.

– A ty co się rządzisz? Twój telefon? – zwróciła jej uwagę Aldona.

– Nie mój, ale co to za różnica?  – puściła oko do Magdy. – Twój też nie, Donico, więc się  nie czepiaj.

– Ciociu – Justynka przyjrzała się uważnie Dorocie, – czy ty byłaś u fryzjera z grzywką?

– Nie, skarbie, z reguły grzywkę zostawiam w domu kiedy idę do fryzjera – ze słodziutkim uśmiechem odpowiedziała zapytana.

– Ciocia to tak zawsze – mruknęła dziewczynka.

Danusia skończyła rozmowę telefoniczną i usiadła obok Aldony.

– Wiecie dziewczyny, zakończyłam koszmar hydrauliczny – powiedziała.

– Co zakończyłaś? – zdziwiła się Aldona.

– Aha, ty nie wiesz, bo cię akurat nie było. U sąsiadów pode mną zepsuł się zawór od ciepłej wody i zalało Czesia z pierwszego piętra, tak poleciało.

– Nawet do mnie doszło – wtrąciła Magda. – U mnie akurat Marcin oglądał telewizję, zobaczył, że kapie z sufitu to podłożył miskę i oglądał dalej. Masz pojęcie?  – rozłożyła ręce w geście bezradności.

– Mój Bronek nie lepszy – pokiwała głową Danusia. – W czasie deszczu zaczął kiedyś przeciekać sufit. Narobiłam krzyku, a mój mąż wyjrzał przez okno i stwierdził, że przecież pada, to o co mi chodzi.

– To się nazywa odpowiednie podejście do życia, w obu przypadkach – śmiała się Aldona.

– No i słuchaj dalej – podjęła temat Danusia. – Tego samego dnia był u mnie hydraulik zamówiony wcześniej, żeby wymienić rurkę doprowadzającą wodę do spłuczki. Załapał się i na tamtą, awaryjną, robotę. Czesia z rodziną nie było, ja miałam klucze i wszyscy, całą klatką, ratowaliśmy Czesiowi mieszkanie. Aż tu przychodzi do mnie powiadomienie z PZU, że ja mam zapłacić straszną furę pieniędzy, bo to ja zalałam! Wyobrażacie sobie?  Napisałam wyjaśnienie, że to nie ja. W odpowiedzi przysłali mi ponaglenie, odbitkę protokołu i do tego straszyli sądem i komornikiem. Ile mnie to nerwów kosztowało! Nie wiedziałam co robić. Dorota kazała mi iść do spółdzielni wyjaśnić sprawę. Musiałam zamknąć sklep i poszłam.

– I udało ci się to odkręcić?

– Byłam tak stanowcza jak nie ja i wytłumaczyłam pani urzędniczce, chociaż z wielkim trudem, że woda nie płynie z dołu do góry…

– No to miałaś wesoło prawie niczym ja dzisiaj. Idę już dziewczyny, po tych neurologicznych atrakcjach czuję się zmęczona – podniosła się Aldona.

– Poczekaj jeszcze chwilę – przytrzymała ją Dorota za rękę. – Siadaj, rozweselę cię przed spaniem. Słuchajcie. Obierałam ziemniaki, sporą ilość na zapiekankę. W tym czasie Kot trzy razy próbował dostać się do lodówki. Ochlapanie wodą to skuteczna metoda odstraszająca więc uciekł z kuchni. Znaczy: tę rundę wygrałam. Nie było go kilka minut. Wrócił z jakimś małym przedmiotem w pyszczku i rzucił to na podłogę. Chwilę się bawił podrzucając tak, by spadało w różne miejsca, po czym wtoczył pod lodówkę. Tym razem nic złego nie zrobił, wyciągnął zabawkę spod lodówki, a że się przy tym otworzyła to przecież nie jego wina. Jak już była otwarta, należało coś przekąsić, szkoda zmarnować taką okazję. Złapał kawałek kiełbasy i dał drapaka.

– Mądrala. Jak to mówią moje córki: kot też człowiek – skwitowała Aldona.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

„Milioner” z Januszem Gajosem w roli tytułowej

W sobotę trafiłam przypadkiem na film z Januszem Gajosem, film, którego nie nie widziałam wcześniej. Chyba nie widziałam. W każdym razie nie pamiętam. Być może nie zanotowałam w pamięci bo mnie nie zainteresował, tematyka wtedy była odległa… Mogło tak być. W sobotę obejrzałam (nie od samego początku) okiem osoby dojrzałej i doświadczonej, która przeżyła kilkadziesiąt lat w tym kraju. Pewnie dlatego zrobił na mnie potwornie przygnębiające wrażenie.
Bohater grany przez Gajosa, mieszkaniec wsi, wygrał milion w totka. Wieść się roznosi i wtedy wychodzi na jaw cały nasz polski charakter, najgorsze cechy jakie mamy jako zbiorowość, całość. Nie mówię „naród” ani „społeczeństwo” bo to określenia zupełnie nie na miejscu.
Cała wieś z bezinteresownej zazdrości i zawiści znęca się nad bohaterem, bo mu się poszczęściło. A w naszym grajdołku nie lubimy tych, którym jest lepiej, prawda? Dotyka to oczywiście całą rodzinę, żonę i matkę, dotyka bardzo boleśnie. W skrócie – współmieszkańcy podpalają budynki gospodarcze, trują kury, martwą wronę wrzucają przez okno tłukąc szyby, zabijają psa, topią krowy wpędzając nieszczęsne stworzenia do jeziora. Matka umiera nie wytrzymując tego maltretowania psychicznego i fizycznego choć mocną, silną kobietą była po przeżyciu przesiedlenia zza Buga. Teraz nie wytrzymała starcia ze współplemieńcami…
Obraz jest tak smutny, tak przygnębiający, że do tej pory nie mogę się otrząsnąć. To taka Polska z koszmaru, z najciemniejszego snu. Cóż z tego, że nie inni mieszkańcy wsi wygrali ten milion tylko Józek? Jak się nie podzieli, to niech zdycha, on, jego dobytek i familia bo IM SIĘ PO PROSTU NALEŻY!!!
Ta wieś – to takie symboliczne pokazanie mentalności części mieszkańców naszego pięknego kraju. Z przerażeniem stwierdziłam, że nic się nie zmieniło przez 42 lata (film jest z 1977 roku,  kiedy prezespan młody był i pisu nie miał, może jedynie sny o władzy absolutnej śnił). Przedstawiony jest bardzo wyraźnie negatywny bohater zbiorowy,  już wtedy zdiagnozowany,  odwieczny taki „już katolik a jeszcze nie chrześcijanin”, który ma przed sobą ogromną, bardzo długą i daleką drogę rozwoju, nauki, zmiany spojrzenia na świat, siebie i innych ludzi aby wyjść z mroków średniowiecza i dotrzeć tak naprawdę do XXI wieku. Tylko, czy to się uda? Ile pokoleń nam potrzeba jeszcze, żeby z tej ciemnoty, kołtuństwa i zacofania wyjść? Czuję się okrutnie przybita i zdołowana. Jedyną nadzieją wydaje mi się jak najszersze otwarcie na świat, kontakty młodych ludzi z cywilizacją europejską, wykształcenie ogólne na wysokim poziomie… oj, dolo ….

Może podczas galopady myśli i uczuć dobrze jest zatrzymać się, spojrzeć na coś starego, wiecznego, trwałego co pozwoli z mroku wydobyć nadzieję na światełko? Dopóki żyła babcia takim miejscem odnowy i regeneracji był dla mnie Tenczynek.

Widok starej tenczyńskiej dzwonnicy od strony budynku plebanii

Zabytkowa dzwonnica i piękny kamienny mur po lewej, a na wprost widoczne w oddali ruiny zamku Tenczyn

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 22 komentarze

Dzień pamięci

Jak co roku o tej porze nachodzą nas myśli pełne zadumy, zamyślenia, tęsknoty… Myślimy o Bliskich będących już za Tęczowym Mostem, o znajomych, o nieznajomych lecz znanych. Mnie np wciąż trudno uwierzyć, że Zbyszek Wodecki śpiewa po tej stronie Mostu, po której są już moi Dziadkowie, Rodzice, Siostra i wielu innych członków rodziny…
Pogoda sprzyjała wyprawom do nekropolii, przynajmniej u nas tak się dziś zdarzyło. Mimo porannego chłodu dzień był piękny, słoneczny, temperatura się podniosła i obeszło się bez grubych kurtek. Wystarczyła bluza z ocieplaną kamizelką co nie utrudniało ruchów na cmentarzu. Ludzi mnóstwo, samochodów niemożliwa ilość kręcących się bez możliwości zaparkowania. Ciekawa jestem jak będzie jutro koło mojego osiedla. Po remoncie drogi ustawiono barierki oddzielające od siebie pasy ruchu, uniemożliwiające przejście przez jezdnię w miejscu niedozwolonym. I bardzo dobrze, jestem za. Jednak podczas zwiększonego ruchu wokół cmentarza tworzy się  zapora nie do przebycia. Starsze osoby czy niepełnosprawne ruchowo mają do przejścia bardzo długi odcinek, aby dotrzeć do bramy czy do bocznej furtki, a potem jeszcze kawał drogi bo cmentarz duży. W zeszłym roku aż przykro było na to patrzeć. Okaże się jutro czy ktoś władny ruszył głową i każdy będzie mógł odwiedzić swoich Bliskich w tym szczególnym dniu.
Wspomnę przy okazji jutrzejszego dnia Wszystkich Świętych , że w Szczawnicy istnieje stary cmentarz usytuowany w samym centrum miasteczka, założony w latach trzydziestych XIX wieku. Teraz jest zamknięty, można go oglądać przez ogrodzenie. Nam jeszcze dane było wejść na teren i na podstawie napisów na niektórych zachowanych zabytkowych nagrobkach doszliśmy do wniosku, że służył głównie za miejsce
pochówku kuracjuszy, którym nie udało się odzyskać zdrowia i pozostali tu na zawsze choć pochodzili nawet z bardzo odległych stron. W roku 1870 została tu zbudowana kaplica neogotycka, w której spoczywają zmarli w Szczawnicy członkowie rodziny Szalayów. Fundatorem był Józef Szalay.

Przewidując wieczorne odwiedziny „strasznych przebierańców” zaopatrzyłam się w sporą ilość cukierków, żeby  nie zabrakło.  Tym razem zostało sporo dla babci D., która cukierki pochłania z rozkoszą, pojawiły się tylko trzy niezbyt liczne grupki. W zeszłym roku dzieciaków było o wiele, wiele więcej.

Na cmentarzu w Tenczynku stał dawno temu na postumencie aniołek, któremu wkładałam w rączki kwiatki, kiedy z babcią tam przychodziłam. Aniołka już nie spotkałam, jest za to piękna postać widoczna z daleka

Mgła, szeleszczące liście zaścielające ścieżki, mrugające światełka zniczy, zapach zapalonych świec unoszący się w powietrzu i nastrój zadumy… to atrybuty jutrzejszego dnia, dnia pamięci…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, Tenczynek | 16 komentarzy

Kwiatki dla Ali i zupa dla Ervi :)

Sięgnęłam do przepisów ponieważ mi się przypomniało, że miałam specjalnie dla Ervi podać przepis na zupę selerową. Oczywiście nie oznacza to, że tylko Ervi może z niego skorzystać tym bardziej, że zupa jest nadzwyczaj smaczna, czego przed wypróbowaniem po zupie selerowej bym się nie spodziewała 🙂 Trzeba przygotować (tak było w przepisie, nie wiem już skąd go miałam):
2 selery
1 duży ziemniak
1 por (biała część)
1 ząbek czosnku
serek pleśniowy
sól, pieprz, gałkę muszkatołowa
dymkę, natkę, koperek
śmietanę
masło
2 kostki bulionowe

1. selery i ziemniak obrać, pokroić w kostkę, ugotować z kostkami bulionowymi
2. por pokroić w talarki, czosnek również, podsmażyć na maśle, wrzucić do garnka
3. dodać przyprawy, gotować ok. 25 min.
4. pod koniec gotowania dodać serek i śmietanę, zmiksować
5. dymkę i zioła na talerzu dodać dla dekoracji

Teraz tak: natki nie daję bo nie lubię, gałki też bo nie pamiętam o niej. zamiast pleśniowego serka topiony albo wcale jak nie mam, wtedy zagęszczam lekką zasmażką. Masła tyle, żeby podsmażyć pora z czosnkiem a śmietany ile się wleje, żeby było smaczne. Utartym żółtym
serem sypię po wierzchu, wtedy ładniej wygląda. I gotowe 🙂

Zdjęcie jeszcze raz, dla  ładniejszego wyglądu wpisu 🙂

Drugi wypróbowany przepis jest spisany od koleżanki a dotyczy sosu. Alicja zagląda na bloga, więc może trafi akurat na ten wpis. U niej jadłam pierwszy raz, był wtedy koperkowy podany do pieczeni rzymskiej z indyka. Zachwyciłam się i dlatego zabrałam przepis ze sobą i odtąd jest na stałe wpisany do zeszytu z przepisami. W zależności od potrzeb modyfikowałam go, występował jako chrzanowy, szczypiorkowy i musztardowy poza wersją koperkową, wpisaną jako sos Ali. Potrzebne są:
koperek świeży albo mrożony
1 łyżka masła
1 łyżka mąki
1 szklanka bulionu ( 1/2 kostki rozpuścić)
2 łyżeczki śmietany (18%)

1. rozpuścić 1/2 kostki bulionowej
2. w rondelku rozpuścić masło, dodać mąkę, wymieszać, podsmażyć
3. dolać bulion do rondelka, wymieszać, zagotować, dodać śmietanę
4. wymieszać dobrze, zdjąć z ognia, dodać koperek, wymieszać i gotowe

Dopóki nie wzięłam od Ali przepisu – nie potrafiłam zrobić dobrego sosu, zawsze było coś nie tak, choć wstyd się przyznać. Ale… z drugiej strony… człowiek się uczy przez całe życie a kiedy przestaje, no…, to już jest całkiem niedobrze…
Tak więc zupa dla Ervi a kwiatki dla Ali 🙂

Alusia, pozdrowienia 🙂

Jak dużo się nauczyłam od Was, blogowych koleżanek w kwestii kulinarnej też! Jotki drożdżówka i jednojajkowiec Lucii z różnym nadzieniem to jest obecnie nr 1 w mojej kuchni. Mąż nawet nie chce murzynka, do niedawna ulubionego swego ciasta, woli te nowe 🙂
Słodkiego dalszego ciągu tygodnia 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 28 komentarzy

Jesiennie

Lucia pokazała na blogu swoje zakupy a w tym piękne botki, po prostu zjawiskowe, chociaż tylko do siedzenia. Po brukach Starówki raczej niewygodnie będzie w nich chodzić. A kiedyś im wyższy obcas tym buty dla mnie były lepsze i bardziej pożądane. Od kiedy w VII klasie podstawówki założyłam pierwszy raz buty na obcasie (mojej mamy ślubne pomalowałam wilbrą na czarno, hi hi) i stwierdziłam, że nogi wyglądają w nich zupełnie inaczej niż na płaskim, obudziła się we mnie kobieta 😉 Nawet kapcie musiały być na koturnie. Obydwie ciąże przechodziłam na szpilkach, z małymi chłopcami też inaczej nie wyszłam z domu. Jaka głupia? Dopiero gdy Rolfa wzięłam czyli pierwszego psiepsioła ( Mały miał trzy latka), musiałam na nowo uczyć się chodzić na płaskim. Cierpiałam katusze zbliżone chyba do tych, jakie musiały znosić Chinki, które odważyły się odwiązać bandaże ze stóp, które krępowano, żeby nie rosły i były maleńkie. Normalne kalectwo. Czytałam kiedyś historię chińskiej dziewczyny, która zakochała się w cudzoziemcu, wyszła za niego za mąż a on wspierał ją w „powrocie do normalności”, odwiązywał bandaże, poluźniał aby do zniekształconych stóp powracało normalne krążenie. Co ona za męczarnie przeżywała! W imię mody różne głupie rzeczy się robi. Na przykład zimą gołe brzuchy były kiedyś na wierzchu widoczne na ulicy, sama nosiłam zimą drewniaki i grube brązowe skarpety frote do mini spódniczki, ale „by rozum był przy młodości” – to niemożliwe, co staropolski poeta dawno temu stwierdził.

W piątek po wizycie u okulistki poszłam do przyjaciółki M. Szczerze mówiąc, gdyby nie zadzwoniła dzień wcześniej to by mi do głowy nie przyszło, że będę blisko, taka ostatnio jestem zakręcona ( jak to się mówi) od nadmiaru spraw na głowie. Na szczęście zadzwoniła i spędziłyśmy razem kilka chwil. Głównie na instruowaniu mnie jak działa dotykowy telefon, którego wciąż się boję dlatego jeszcze nie przełożyłam karty ze starego. Boję się, że nie będę umiała odebrać, jak zadzwoni. Poza tym nie mieści się do kieszeni… wynajduję argumenty na zasadzie: „złej tanecznicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. Czas się przemóc… chyba…
Napstrykałam fotek kwiatowych, kolorowych, żeby było czym rozjaśnić i ubarwić zimowe wpisy na blogu i uczynić przyjemniejszym oczekiwanie na wiosnę. Właściwie tylko cztery miesiące i znów będzie marzec a z nim wiosna 🙂
A na razie jesienne obrazki ze starych zdjęciowych zapasów.

Zachwycający dom z bali, teraz ma okna, jest prawie wykończony z zewnątrz

Listopad – w drodze do „Czardy”

Potok Sopotnicki – wodospad

Kolory listopada w Pieninach

Czyż nie cudne?

Potok szemrze o jesiennych kolorach

Pewnie już myśli o zimowym śnie

Fotki są z listopada 2006 roku, robione po drodze do „Czardy”, oczywiście w Szczawnicy, tego nawet dodawać nie muszę, prawda?

Tak karczma wyglądała w 2006 r., teraz jest rozbudowana o drugie tyle, widoczne schodki po prawej stronie są mniej więcej w połowie obecnej „Czardy”

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 20 komentarzy