Okazało się, że nawet krótki czas przebywania w szkole z Agatą spowodował problemy zdrowotne u Inki. Wyraźnie bardziej niż siostra przeżyła dwuznaczne uwagi pod adresem matki. Aldona zdawała sobie sprawę, że przeniesienie dzieci do innej szkoły było jedynym wyjściem dla zapewnienia spokojnej nauki i normalnego rozwoju wrażliwym dziewczynkom. Po konsultacji ze szkolną panią psycholog zapisała Inkę do neurologa. I właśnie zdegustowana wróciła z wizyty. Musiała odreagować. Zastukała do drzwi sąsiadki. Otworzyła Justysia.
– Cześć rybko, jest mama?
– Jest, jest – dał się słyszeć ze środka głos Magdy.
– To wyjątkowo wcześnie, ciociu, jak na mamę – otworzyła dziewczynka drzwi na całą szerokość.
– Chcesz herbaty? – spytała Magda i nie czekając na odpowiedź postawiła na stole dwie szklanki. – O rany, coś taka blada? Siadaj.
Aldona usiadła z ciężkim westchnieniem.
– Co za koszmarny dzień. Byłam z Inką u neurologa, neurolożki właściwie, bo to była ona. Oświadczam, że gdyby mnie spytano czy ja jestem normalna czy ta kobieta, miałabym poważne wątpliwości. Mimo, iż od urodzenia wiem, że to ja jestem stuknięta.
– Niczego nowego nie odkryłaś – wzruszyła Magda ramionami.
– No to ja ci bardzo dziękuję za szczerość. Człowiek idzie po dobre słowo i co słyszy…
Magda parsknęła śmiechem.
– Przecież powszechnie wiadomo, że wśród psychiatrów jest najwięcej wariatów – powiedziała. – Przyszedł raz do mnie do sklepu, do tego starego, taki jeden. Nawet pieczątkę przystawił na papierku więc mam dowód, że lekarz. No więc przyszedł i gadał o egzorcyzmach wpatrując mi się tak intensywnie w oczy, że jeszcze podczas drogi do domu czułam to spojrzenie, a nocą przyśnił mi się jako diabeł. Brr, koszmar.
– Słuchaj Magda, neurolog, do tego kobieta, powinna być ciepła, serdeczna, promieniująca czymś dobrym…
– Na jakim świecie ty wciąż żyjesz…
– W szpitalu takie właśnie były. Nie przerywaj. Ona mi też przerywała. Prawie się na mnie darła, tylko po cichu. Powiedziała, że traktuję ją instrumentalnie w celu zdobycia jeszcze jednego zaświadczenia do kolekcji, że ona tu nie widzi potrzeby badania neurologicznego, że jak ja dojrzeję do tego, żeby dziecku pomóc, to ona chętnie. Ale teraz? Owszem, napisze co o tym myśli i jeszcze zadzwoni do pani psycholog, która dziecko przysłała. Rozumiesz?
– Cicho Doniczko, nie gorączkuj się – uspokajała Magda sąsiadkę. – To już minęło.
– Czy ty wiesz jak ja się czułam? Po wczorajszym wypadku w pracy…
– A co się stało? – zainteresowała się Justysia.
– Koleżanka straciła przytomność i pogotowie ledwo ją odratowało – wyjaśniła Aldona. – Myśleliśmy wszyscy, że nie żyje. To było potworne. W nocy oka nie zmrużyłam, serce mnie bolało, a rano półprzytomna wstałam ze świadomością, że muszę jechać do poradni. Nie chciałam brać tabletki na uspokojenie, bo… no nie chciałam i już. Przed oczyma widzę bezustannie masę problemów, które jakoś muszę sama rozwiązać, a ta kobieta do mnie z kretyńskim tekstem. Jestem wykończona. Tam też byłam i poczułam, że nie mogę zahamować łez. „Czy pani uważa, że to jest normalna reakcja?” Ona tak do mnie powiedziała. Wyobrażasz sobie? A ja jej na to: to nie jest normalna reakcja ale ja zdaję sobie z tego sprawę. Odpowiedziałam jej tak ze świadomością, że jest to ostatni człowiek, którego mogłabym o cokolwiek poprosić. Gdyby nie odezwał się mój kompleks wiecznie krytykowanego dziecka, to bym po prostu wstała, zabrała swoje papiery, powiedziała: ‘żegnam” i wyszła. Często już udaje mi się postępować tak jak powinnam, ale tu byłam przygwożdżona do krzesła, zupełnie jakby oczy bazyliszka na mnie patrzyły. Nieraz miałam ochotę poszukać pomocy u psychoterapeuty ale ta kobieta wyleczyła mnie z takiej chęci.
– I bardzo dobrze – stwierdziła Magda.- Po co masz całkiem obcym opowiadać o swoich problemach. Musi być ktoś pewny, ktoś zaufany, bo w przeciwnym razie potraktuje cię jak przeciętny belfer dziecko w szkole i zniszczy. Pewnie, że są ludzie czujący potrzebę niesienia pomocy i robią to. Znam Baśkę psycholożkę, która jest świetną dziewczyną. Sama masz przecież kilka „pacjentek”. Mało to razy mnie samą wyciągałaś z dołka? A reszta naszej „mafii”? Ciągle któraś coś przeżywa i potrzebuje wsparcia. Daj spokój myślom o tej babie. Nauczyłaś mnie, że każdy odpowiada sam za siebie więc i ona odpowie za krzywdę, którą tobie wyrządziła…
– To nie ja, to Teresa. I nie życzę nikomu…
– Wiem, wiem – machnęła ręką Magda. – Nie życzysz nikomu niczego złego. I może dlatego dostajesz po głowie, bo jakaś równowaga zachowana być musi.
Głośno i natarczywie odezwał się dzwonek domofonu. Przyszła Dorota. Obiecała i przyszła. Zrobiła porządek w szafach oraz na pawlaczu i znalazła kilka ciuszków pasujących na Justynkę. Poprzednio przyniesiona partia dziewczęcych szmatek pochodziła od koleżanki, która miała dwie starsze córki. Wszystkie zaprzyjaźnione „ciotki” pomagały sobie w ten sposób, a dzieci od małego przyzwyczajone były, że ubrania z których wyrosły, oddawały młodszym. Jakoś do tej pory żadne nie złościło się z tego powodu i nie buntowało. Jedynie Justysia jako najstarsza z dziewczynek oraz Maciek z Olkiem jako „ najwięksi z całej wsi” byli zaopatrywani w nowe rzeczy. Nie budziło to zazdrości reszty dzieciaków bo wiedziały, że jak urosną też będą miały nowe. Teraz miały ważniejsze sprawy na głowach.
Justyna skoczyła po bliźniaczki, wszak w kobiecym towarzystwie oglądanie ciuchów to większa frajda. Dziewczynki zajęły się oglądaniem i przymierzaniem.
– Po co ty to wszystko trzymasz w domu? – dziwiła się Aldona. – Nigdy już w te szmaty nie wejdziesz, za małe na ciebie. Przecież to moda z lat naszej młodości. Wtedy nosiło się rzeczy obcisłe i dopasowane. Ja bym już w tym nie mogła chodzić. Przyzwyczaiłam się do luzu i swobody.
– Z jakiej młodości – oburzyła się Dorota. – Ja cały czas jestem młoda i zawsze będę. W przeciwieństwie do ciebie, bo ty jesteś stara i siwa.
– Stara tak, ale siwa już nie – uśmiechnęła się Aldona.
– Jak to nie? Pokaż no się, chodź do światła. No chodźże, wyraźnie chyba mówię. Muszę ci się przyjrzeć.
Zaciągnęła przyjaciółkę pod lampę i obejrzała dokładnie ze wszystkich stron.
– Rzeczywiście. Nareszcie się zrobiłaś podobna do żywych ludzi. Można się już pokazać w twoim towarzystwie.
– Co to znaczy ”już”?
– A to, że wszyscy wiedzą, iż jesteśmy z tego samego roku i kto spojrzał na ciebie, od razu myślał, że ja też jestem taka stara jak ty.
– Znowu zaczynasz…
Z dzikim okrzykiem wpadł do kuchni Filip. Magda, Aldona i Dorota równocześnie podskoczyły na krzesłach.
– Jak cię… – zaczęła Magda.
– No co? To było wejście smoka – bronił się Filip.
– Widzisz mamo jak ja się muszę męczyć? – wołała z przedpokoju Justynka. – Bardziej niż ty. Mam z nim więcej do czynienia, bo wcześniej wracam ze szkoły niż ty z pracy.
– O rany, co za dzieci – jęknęła Magda. – Filip do łazienki. Myć się i spać.
– Po co? Przecież jutro jest sobota, a ja już dzisiaj spałem – bronił się. – Nie chcę iść spać.
– Do łazienki! – Magda podniosła się z miną nie wróżącą niczego dobrego.
– No już idę, idę – przezornie wycofał się z kuchni
– Mamusiu – zawołała po chwili Justysia. – On wziął komiks do czyszczenia zębów, żeby się nie nudzić!
– Uspokójcie się wreszcie – krzyknęła zniecierpliwiona matka.
– Po ostatniej wizycie u stomatologa Kajtuś oświadczył, że będzie zabójcą dentystów jak dorośnie – powiedziała rozbawiona Dorota.
– A Filip wychodzi do szkoły za pięć ósma i twierdzi, że się nie spóźni, ponieważ ma dłuższe nogi niż wtedy, kiedy wychodził za piętnaście – uśmiechnęła się Magda. – No i czy przy tych dzieciakach można mieć choć odrobinę spokoju?
Rozległo się stukanie do drzwi i weszła Danusia.
– O, trafiłam na zbiórkę. Czemu mnie nie zawołałyście? Dawno się nie zbierałyśmy. Mogę zadzwonić?
– Możesz – uprzejmie odpowiedziała Dorota. – Budka pusta.
– A ty co się rządzisz? Twój telefon? – zwróciła jej uwagę Aldona.
– Nie mój, ale co to za różnica? – puściła oko do Magdy. – Twój też nie, Donico, więc się nie czepiaj.
– Ciociu – Justynka przyjrzała się uważnie Dorocie, – czy ty byłaś u fryzjera z grzywką?
– Nie, skarbie, z reguły grzywkę zostawiam w domu kiedy idę do fryzjera – ze słodziutkim uśmiechem odpowiedziała zapytana.
– Ciocia to tak zawsze – mruknęła dziewczynka.
Danusia skończyła rozmowę telefoniczną i usiadła obok Aldony.
– Wiecie dziewczyny, zakończyłam koszmar hydrauliczny – powiedziała.
– Co zakończyłaś? – zdziwiła się Aldona.
– Aha, ty nie wiesz, bo cię akurat nie było. U sąsiadów pode mną zepsuł się zawór od ciepłej wody i zalało Czesia z pierwszego piętra, tak poleciało.
– Nawet do mnie doszło – wtrąciła Magda. – U mnie akurat Marcin oglądał telewizję, zobaczył, że kapie z sufitu to podłożył miskę i oglądał dalej. Masz pojęcie? – rozłożyła ręce w geście bezradności.
– Mój Bronek nie lepszy – pokiwała głową Danusia. – W czasie deszczu zaczął kiedyś przeciekać sufit. Narobiłam krzyku, a mój mąż wyjrzał przez okno i stwierdził, że przecież pada, to o co mi chodzi.
– To się nazywa odpowiednie podejście do życia, w obu przypadkach – śmiała się Aldona.
– No i słuchaj dalej – podjęła temat Danusia. – Tego samego dnia był u mnie hydraulik zamówiony wcześniej, żeby wymienić rurkę doprowadzającą wodę do spłuczki. Załapał się i na tamtą, awaryjną, robotę. Czesia z rodziną nie było, ja miałam klucze i wszyscy, całą klatką, ratowaliśmy Czesiowi mieszkanie. Aż tu przychodzi do mnie powiadomienie z PZU, że ja mam zapłacić straszną furę pieniędzy, bo to ja zalałam! Wyobrażacie sobie? Napisałam wyjaśnienie, że to nie ja. W odpowiedzi przysłali mi ponaglenie, odbitkę protokołu i do tego straszyli sądem i komornikiem. Ile mnie to nerwów kosztowało! Nie wiedziałam co robić. Dorota kazała mi iść do spółdzielni wyjaśnić sprawę. Musiałam zamknąć sklep i poszłam.
– I udało ci się to odkręcić?
– Byłam tak stanowcza jak nie ja i wytłumaczyłam pani urzędniczce, chociaż z wielkim trudem, że woda nie płynie z dołu do góry…
– No to miałaś wesoło prawie niczym ja dzisiaj. Idę już dziewczyny, po tych neurologicznych atrakcjach czuję się zmęczona – podniosła się Aldona.
– Poczekaj jeszcze chwilę – przytrzymała ją Dorota za rękę. – Siadaj, rozweselę cię przed spaniem. Słuchajcie. Obierałam ziemniaki, sporą ilość na zapiekankę. W tym czasie Kot trzy razy próbował dostać się do lodówki. Ochlapanie wodą to skuteczna metoda odstraszająca więc uciekł z kuchni. Znaczy: tę rundę wygrałam. Nie było go kilka minut. Wrócił z jakimś małym przedmiotem w pyszczku i rzucił to na podłogę. Chwilę się bawił podrzucając tak, by spadało w różne miejsca, po czym wtoczył pod lodówkę. Tym razem nic złego nie zrobił, wyciągnął zabawkę spod lodówki, a że się przy tym otworzyła to przecież nie jego wina. Jak już była otwarta, należało coś przekąsić, szkoda zmarnować taką okazję. Złapał kawałek kiełbasy i dał drapaka.
– Mądrala. Jak to mówią moje córki: kot też człowiek – skwitowała Aldona.