O szczawnickiej „Czardzie” co nieco /2

Nie wiem dlaczego dzisiejszy wpis wylądował przed sylwestrowym. Piszę więc ten sam tytuł ponownie, może wskoczy na miejsce i wtedy spojrzycie na właściwy tekst. Dlaczego tak muszę sobie łamać głowę od początku roku? 😉

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 14 komentarzy

Ta sama noc…

 

Była raz noc kończąca dzień.

Była raz noc nie byle jaka.

Była raz noc kończąca rok.

Dziewczyna biegła do chłopaka.

Raz na lat wiele zdarza się,

a czasem i na życie całe,

że z tym wyśnionym spotkasz się

– wprost oko w oko – ideałem?

Myślała, że już więcej nic,

dno, pustka, ciemność i sen wieczny,

samotność, łzy, rozpaczy ból,

jedynie – w ziemi dół bezpieczny.

I nagle – noc kończąca dzień.

I nagle – noc nie byle jaka.

I nagle – noc kończąca rok.

Dziewczyna biegnie do chłopaka.

I stał się cud. Nie wiedzieć skąd

girlandą świateł noc rozbłysła,

kłębiąca się wszechbarwna mgła

nad całym miastem wnet zawisła.

A róża, nie, królowa róż,

szkarłatem płatków krew pobiwszy,

szeptała coś, zdziwiona tak,

ku świecy główkę pochyliwszy.

Bo była noc kończąca dzień.

Bo była noc nie byle jaka.

Bo w taką noc kończącą rok

dziewczę się tuli do chłopaka.

Dłoń szuka dłoni, wargi warg,

róża jedynie główką kręci,

nie widzi kto, nie widzi gdzie,

świat się zatopił w niepamięci.

Pienisty szampan w lampce drży,

piękne ma, bursztynowe krople,

mrą w pocałunkach, których żar

roztapia nieśmiałości sople.

To była noc kończąca dzień.

To była noc nie byle jaka.

Skończył się rok, skończyła noc,

dziewczyna wyszła od chłopaka.

Otarła łzę, westchnęła tak,

że kamień jej spod nóg odskoczył

i obok, niczym wierny pies,

z własnej się woli długo toczył.

Na niebie chmur śniegowych kłąb

przyodział ciemne niebo głębią.

Usiadła. Czeka na autobus,

w głowie się czarne myśli kłębią.

Minęła noc kończąca dzień.

Minęła noc nie byle jaka.

Minęła noc. Sen? Nie! Wszak ma

czerwoną różę od chłopaka.

A.Z./1.01.1995

Zaszufladkowano do kategorii wierszydełka | 32 komentarze

Była noc

Była noc.

Cienie gości tańczyły na wszystkich ścianach, skakały po suficie.

Pokój – niczym samotna tratwa na bezkresnym oceanie – dryfował wśród skłębionych chmur.

Była noc.

Pod niebem unosiła się Wyjątkowa Życzliwość zesłana ludziom raz w roku na parę chwil. Zaglądała do rozjaśnionych światłami, rozkrzyczanych głosami, rozedrganych muzyką okien, leciutką mgiełką otulała ludzkie postacie. Płynęła dalej. Zapukała w szybę oddzielającą ciemność świata od mrugającej wesoło czerwonej świecy.

Nic z tego – zakołysała świeca płomieniem. – Nie zmieścisz się. Jest tłok.

Wyjątkowa Życzliwość zajrzała przez szparę pod balonikiem przypiętym do firanki. Z uśmiechem pomachała świecy i pomknęła dalej. Tu nie miała nic do roboty.  Z każdego kąta wyglądały jej siostry: Przyjaźń, Dobroć, Czułość, Delikatność, Łagodność oraz bliźniaczki Zrozumienie i Wyrozumiałość. Przybyły na sylwestrowy bal.

Była noc.

No korytarzu pod drzwiami pozostała zwinięta w kłębek zasmucona Miłość. Nie miała prawa wstępu i dlatego nie wśliznęła się przez dziurkę od klucza. Dręczyła ją świadomość, że odejdzie w dal razem z odchodzącą nocą. Ktoś rano ujrzy krople pachnące różami. Minie je, nie pomyśli, że to łzy Miłości.

Była noc.

Cienie gości szalały w rytmie  muzyki. Ręka szukała ręki, stęsknione spragnione wargi drugich…

Była noc.

Rozświetlił ją deszcz różnokolorowych, różnokształtnych spadających iskierek. Czerwona świeca podskakując z radości płomieniem patrzyła jak cienie odnalazły swoje pogubione połowy i połączyły się. Uśmiechała się do niej czerwona róża ze stulonymi płatkami, zerkając na bursztynowe krople szampana ginące w delikatnym pocałunku…

Była noc.

Podmuch powietrza otworzył okno, przeciąg otworzył drzwi. Zdumiona Miłość przetarła ze zdumieniem oczy, z lekkim ociąganiem weszła do środka. Cienie przystanęły nieruchomo, rozległy się śmiechy i oklaski. – Nareszcie do nas przyszłaś – wołali uszczęśliwieni goście..

Wciąż była noc.

A.Z./1.01.1995

Zaszufladkowano do kategorii miniatury i takie tam... | 6 komentarzy

Ostatni dzień roku

Ostatni dzień roku 2019. Dziwne, za oknem ani jednego płatka śniegu, za to wiatr się zerwał, zrzuca, znosi, porywa, przestawia każdy przedmiot, na jaki natrafi. Jest dokuczliwy, wciska się pod kurtkę, sypie piaskiem w oczy, choć to nie pustynia. Jakiś rodzaj kary dla
człowieka? Tego potwora co nie szanuje Matki Natury i prawa przyrody ma za nic lekce sobie ważąc wszystko poza swoją „dostojną” osobą? Próba pokazania mu, że jest nic nie znaczącym pyłkiem wobec potęgi Wszechświata, pożarów, tsunami, tajfunów i innej tajnej
broni, której Matka Natura i Matka Ziemia Gaja nie zawahają się użyć, by oczyścić się ze złego? Bo złe nawarstwiło się i nie daje się zmyć? Bo trzeba silniejszych metod, aby się brudu pozbyć, wyszorować, by znów trawa była zielona a powietrze czyste? By człowiek uszanować potrafił drugiego człowieka i brata mniejszego swego nie przysparzając mu cierpień jeno obdarzając miłością a choćby tylko życzliwą obojętnością bez okrucieństwa i sadyzmu? By… tyle jeszcze ciśnie się słów… Może pora przyszła, by nie dawać im zaistnieć, zmienić lub przywrócić prawdziwe znaczenie, napełnić dobrą energią, pozytywnym przesłaniem? By zapobiec dalszym tragediom pojedynczych istot i wojennemu bestialstwu? By drobne świństewka i wielkie podłości przestały być normą jaką się stały? By normą stała się zwykła ludzka przyzwoitość? By życie przynosiło radość, miłość, spełnienie marzeń rozkwitających w duszy i pielęgnowanych w skrytości jak najpiękniejsze kwiaty? By przyjaźń zwyciężała? By pomoc jednego człowieka dla drugiego była normalną sprawą wynikającą z prostej ludzkiej życzliwości?
W ten ostatni dzień Starego Roku życzę nadziei na spełnienie w Nowym Roku tego, co najlepsze dla każdego z osobna, oraz dla nas wszystkich jako zbioru pojedynczych istnień. Życzę zdrowia, spokoju, bezpieczeństwa i normalności. Świadomości, że choćbyśmy znajdowali się w zamkniętym, dusznym  pomieszczeniu, bo np. jest zimno i patrzymy tylko przez okno, to przyjdzie wiosna, otworzymy szeroko okna, wyjdziemy na zewnątrz i będziemy oddychać pełną piersią podziwiając cudowny świat.

Widok zimowy  ze schroniska pod Bereśnikiem

Wiosną będzie można ujrzeć Tatry z oddali, tak się zmienia perspektywa

Życzę po prostu  Szczęśliwego Nowego Roku

🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy

O szczawnickiej „Czardzie” co nieco

Do zajazdu  „Czarda” trafiliśmy od razu podczas pierwszego pobytu w Szczawnicy. Zatrzymaliśmy się wówczas w „Budowlanych”, Mąż w ostatniej chwili – szukając miejsca na wyjazd w góry na Sylwestra, w biurze podróży otrzymał do wyboru dwie propozycje: Muszynę i Szczawnicę. Jakiś dobry duszek podpowiedział mu wybór Szczawnicy, inaczej nie mogło być, bo skąd wiedziałby, że stanie się ona (Szczawnica) naszym ulubionym miejscem na ziemi? Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia i od pierwszego oddechu po opuszczeniu autokaru i tak już zostało na zawsze. Zamieszkaliśmy w malutkim pokoiku, tylko taki był w ofercie, cały hotel już był zajęty, pokoje zarezerwowane. Wyglądał dokładnie tak jak go zobaczyła w „Pasmach życia” Elka po przyjeździe na majowy weekend. Nie było telewizora w pokoiku, wprawdzie istniała możliwość wypożyczenia, lecz my przyjechaliśmy w ostatniej chwili i każdy odbiornik już „poszedł między ludzi”. Zostało nam tylko małe, starutkie radyjko odbierające jedną słowacką stację. To był powód do radości, bo zaśmiewaliśmy się słuchając audycji. Do tej pory zostało nam określenie: „najrukawicznejsze ze wszech rukawiczek” na określenie czegoś co jest kwintesencją samego siebie 😉

Zima była prawdziwą zimą, śnieg czysty i biały poza miasteczkiem, w lasach, na polach, nad Dunajcem, który zachwycił od pierwszej chwili i porwał nasze serca na wieczne nieoddanie. Obeszliśmy okolicę na tyle, na ile było to możliwe w istniejących warunkach idąc wyznaczonymi szlakami. I tak trafiliśmy do „Czardy”  wybierając się do kapliczki na Sewerynówce. Wewnątrz płonął ogień na kominku, przy stołach siedzieli turyści rozgrzani ogniem i zapewne trunkami również, jako że weseli i zadowoleni z życia byli. A może i bez trunków cieszyli się życiem, bo to zaczarowane miejsce jest? Wszak jeden z górali powiedział nam, że wszystkie drogi prowadzą do „Czardy”, gdy po zejściu ze schroniska pod Bereśnikiem drugą stroną trafiliśmy właśnie do zajazdu.  Zachodzimy tam za każdym razem podczas pobytu w ukochanym miasteczku, czyli o każdej porze roku.

 

Idąc w stronę zajazdu od strony Osiedla

ogląda się takie widoki,

oraz małe urokliwe fragmenty tamtejszego świata,

od którego oczu nie można oderwać

bez względu na pogodę.

jakby się człowiek przeniósł w świat baśni.

Kapliczka na Sewerynówce w zimowej szacie,

tu fragment kapliczki przy mniejszej ilości śniegu,

a tu  pozostała część 🙂

Dla ścisłości dodam, że kapliczka znajduje się za zajazdem, czyli mija się „Czardę” po prawej stronie, idzie dalej drogą i dochodzi się do zabytkowej kapliczki, którą w środku można obejrzeć przez szybki, a w sierpniu mieliśmy okazję wejść do środka.

Przed „Czardą” pali się ognisko.

Ania przygląda się zimowym tańcom, hulankom i swawolom 🙂

a radość tańcujących udziela się innym 🙂

A za „Czardą” – bajka,

bajka,

bajka,

i jeszcze raz bajka 🙂

Dziś takiego śniegu już nie ma…

Może go trochę zabrać na pamiątkę i zasuszyć 😉

Wnętrze „Czardy” w innej porze roku, nowszej, powiększonej o część dobudowaną

Tu chyba jeszcze przed rozbudową

tak mi się wydaje, choć na sto procent pewna nie jestem.

Z całą pewnością zdjęcia współcześniejsze jeszcze będą, ale nie mogę ich dziś znaleźć. Na pewno znajdę. Teraz muszę wrócić do realu i zająć się domem poświątecznie i posylwestrowo, bo słyszę, że domownicy wstali. Wczorajszy dzień spędziłam u Calineczki, więc wieczorem na nic siły nie miałam, szkrabusia jest po prostu niesamowita, ale o tym potem.  Miłego weekendu 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 19 komentarzy

O obżarstwie

Teraz będzie o obżarstwie. Muszę stwierdzić stanowczo, że było ono mniejsze niż zazwyczaj. Nawet słowa „obżarstwo” właściwie używać nie powinnam. Może z racji zmniejszającego się z wiekiem zapotrzebowania organizmu na obfite jedzenie? Już dawno z Mary stwierdziłyśmy, że nie mieści się w człowieku tyle jadła ile drzewiej potrzebował 😉 Za młodu jadało się bez niepotrzebnych myśli w rodzaju „jak to strawić?” (cytat z reklamy). Teraz mała cząstka tego co wcześniej się pochłaniało – człeka wypełnia po same uszy i więcej nie może, choć oczy by jeszcze jadły. W sumie więc dobrze, że nie zrealizowałam planów kulinarnych, głównie z braku czasu, dzięki czemu miałam luz w lodówce jak jeszcze nigdy w żadne święta i teraz nie muszę się głowić co i jak wcisnąć w zamrażalnik, żeby się nie zmarnowało. Bo jedzenia się nie marnuje i nie wyrzuca, przechowuje się na później.
Bigos vege wyszedł przepyszny po prostu, pewnie dlatego, że dałam dużo grzybów: i boczniaki, i pieczarki, i suszone kupne grzyby doń trafiły. Kapustę zawsze mieszam: część słodkiej i część ukiszonej. Dodałam jeszcze suszone śliwki, usmażoną cebulę (w paski), utartą marchewkę, pieprz, musztardę.
Ryby po grecku nie zrobiłam, ale sos owszem. Sos zabrał sobie Mały do domu, ponieważ on „rybę bez ryby” robi po swojemu, a ja bym mu jeno smak zepsuła robiąc „rybę z tofu”. Jako dodatku do sosu używam zwykle  kostek z mintaja, a ponieważ ich w Biedronce nie było, więc się obeszło bez. Usmażone miałam za to polędwiczki z dorsza i filety też z dorsza. Bardzo smakowały. Oczywiście Mały nie jadł. Jemu przygotowałam grzybowe kotlety, pierogi z kapustą i grzybami (kupione). Barszczu synuś nie lubi, więc jadł buraczki. Bez śmietany, bo się weganizuje. Synowa rybę jada, Starsza wnuczka też, choć ogólnie dziewczyny się oszczędzały będąc już po jednej wigilii, mając w planie kolejną – takie objazdowe świętowanie, ale za to potem upragniony spokój 🙂
W pierwszy świąteczny dzień Duży przyjechał z rodzinką na obiad. Bezapelacyjną gwiazdą oczywiście była Calineczka. Nie mogło być inaczej 🙂 Jej słynne już: „nie, nie, nie chcę!” albo dla odmiany: „ja, ja, ja!” – doprowadza do ataku śmiechu. Tak, śmiać się można patrząc z boku, bo mała charakterna osóbka nie pozwoli sobą rządzić i zmusić ją do czegoś można jedynie sposobem, i to tylko dopóki się nie zorientuje, że dała się wrobić 🙂 Najbardziej rozczuliła dziadka wspinając się za nim po schodkach na czworakach (bo szybciej niż na dwóch nóżkach) wołając: „dziadziuś, dziadziuś!” Jest przecudowna po prostu – co oczywiście każda babcia powie o swoich wnuczkach, i oczywiście będzie miała absolutną rację 🙂 🙂 🙂
Na obiad dla „Dużych” miałam kotlety mielone drobiowe, polędwiczki z indyka z morelami, pozostałą z wigilii rybę, surówkę z kiszonej kapusty, buraczki (już ze śmietaną) i wszyscy najedli się po kokardę – jak to się mówi. Do tego makowczyki z ciasta francuskiego
upiekłam oraz  sernik, a Synowa przywiozła tradycyjny makowiec więc słodyczy było co niemiara. I tak minął pierwszy dzień. W drugi my też odpoczywaliśmy, obejrzeliśmy wspólnie kilka filmów, spędziliśmy czas naprawdę przyjemnie, bez zwykłego, codziennego pędu.
Wykańczamy sałatkę jarzynową, śledzi nie robiłam (pierwszy raz), kupiłam gotowe, jedne z żurawiną, drugie z suszonymi pomidorami i wystarczyło. Te pierwsze pozostały w stanie nienaruszonym i może doczekają Sylwestra. Obiadu jeszcze mamy na dwa dni, więc mogę z
czystym sumieniem wziąć się za obiecaną sobie segregacje papierów. Części już udało mi się pozbyć przed świętami w przerwach między przemieszczaniem się do lekarzy, do Mary i do Calineczki. Ale to była mała część, więc dużo mnie jeszcze czeka. Ale to w sumie jest
przyjemne działanie 🙂
Na Sylwestra zapowiedziała się Średnia, a ja się nie posiadam z radości z tego powodu. Zażyczyła sobie pizzę, bo „co to za Sylwester bez pizzy”! Specjalistką nie jestem, robiłam chyba ze trzy razy, wychodziła dziwaczna w kształcie (krzywy prostokąt). ale w smaku owszem owszem 🙂 Jak sobie wnusia życzy tak będzie, więc dziś przekopię przepisy by jakiś łatwiejszy odszukać. Zakupy zrobię jutro i jeszcze coś wymyślę specjalnie dla niej. Niech ma co wspominać 🙂

Nie zrobiłam żadnego zdjęcia ani potraw ani ludzi 🙂 Tak wyszło, oni nie chcieli, nie miałam czasu na ustawianie salaterek, półmisków do fotografii, więc coś zamiast musi być. No… to… zimowa Szczawnica 🙂  🙂 🙂  Wiadomo, ze „hopla z przerzutką” mam w tej materii… Cóż, coś w życiu trzeba mieć   🙂

Zdjęcia były  zrobione w drodze pod kapliczkę na Sewerynówce na początku stycznia 2006 r.

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy

Święta minęły

Święta minęły bez śniegu, a dziś spadło kilka płatków. Dosłownie kilka, po czym przemieniły się w kropelki deszczu, który pada od wczesnego poranka. Dobrze, że pada, potrzebny jest bardzo. Jednak bardzo uprzejmie bym go (ten deszcz) prosiła, żeby zawieszał swoją działalność na czas potrzebny do wyjścia z psami na spacer konieczny (czyli do psiej toalety). Przed wigilią cały dzień lało bez przerwy. Wieczorem ubrałam Skitsa w nowe ubranko, Szilkę w jego stare, bo mniejsze, i tak wystrojone psiepsioły usiłowałam doprowadzić chociaż do ulicy. Na łąkę pójść się nie dało ponieważ – zajmując teren podmokły – zamieniła się w błotniste bajoro. Do ulicy dociągnęłam oboje, natomiast każdy następny metr okupiony był wysiłkiem z mojej strony polegającym na wejściu w rolę konia pociągowego. Skitka ciągnie się zwyczajowo i regularnie z tej racji, że on chodzi pomału, ślamazarnie, a nie daj Boże, żeby jakiś osobnik ludzkiego gatunku pojawił się za nim na ulicy. Trzeba przystanąć i poczekać, aż przejdzie ten jakiś typ (podejrzany przez Skitka) i dopiero wtedy Skituś raczy ruszyć dalej. W ogóle nie uznaje potrzeby spacerów, robi co trzeba i najchętniej wracałby na kanapę. Fotel mu ostatnio zastawiłam stwierdziwszy, że mnie też się coś należy od życia i teraz ja na nim siedzieć będę. Szilka natomiast uwielbia chodzić, biegać, jest zainteresowana otoczeniem, dźwiękami, ruchem, widząc lecący samolot (a nad nami co chwilę jeden za drugim przelatuje) szczególnie na nocnym niebie, potrafi stanąć i przyglądać mu się dopóki nie poleci dalej znikając z oczu. Rozmawia z nami jakby opowiadała o wszystkim co widzi i o czym myśli. Naprawdę! Tym razem – ubrana w
Skitusiowy płaszczyk – zaparła się wszystkimi czterema łapkami i koniec. Oznajmiła, że dalej nie idzie i już! Tak było wieczorem. Do rana widocznie jednak przemyślała sprawę, może stwierdziła, że w ubranku nie zmokła, brzuszek miała suchy, pozwoliła się więc ubrać bez sprzeciwu tym razem.  Ja założyłam kalosze i powędrowaliśmy drugą furtką na wyżej położony fragment łąki. No, nareszcie wszystko odbyło się jak trzeba. A dziś rano sucho było, właściwie trudno „rano” mówić, bo kompletna ciemność panowała kiedy z psiepsiołami wyszłam. Ładny kawałek drogi udało się przejść zanim zaczął padać/sypać ten niby-śnieg, po którym ślad żaden nie pozostał. Dobrze tak się przejść po świątecznym obżarstwie, o którym będzie później.
Póki co – Skitek życzy miłego oczekiwania na Sylwestra 🙂

Zdjęcie Skitusiowi zrobiła Średnia jakiś czas temu kiedy jeszcze nie miał siwego pyszczka, co w niczym mu nie przeszkadza, bo zawsze był i jest słodkim przytulaczkiem

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

Szczęśliwej Drogi, Szczęśliwych Świąt :)

Każda z nas zajęta jest w tej chwili przygotowaniem do świąt. Albo akurat wprost przeciwnie: nie-przygotowaniem, co też wymaga energii i pochłania sporo czasu w związku z różnymi przemyśleniami. Bez względu na podejście i sposób obchodzenia – życzę wszystkim, absolutnie WSZYSTKIM – aby ten czas sprzyjał radości, odpoczynkowi (jakkolwiek jest rozumiany), dobremu spędzeniu świątecznego czasu w takim sensie, w jakim odpowiada to indywidualnej potrzebie każdej z Was. I niech się to przełoży na dobry czas poświąteczny, aby została w nas choć odrobina wiary w lepsze jutro, wiary, że w każdym człowieku istnieje odrobina DOBRA, choć czasem tego nie widać ani na pierwszy ani na dziesiąty rzut oka. Jeszcze – abyśmy potrafiły czynić to, co do nas należy nie poświęcając jednocześnie całej swej energii na myślenie o tym, o czym myśleć wcale nie chcemy. Żeby nie było zbyt poważnie życzę Wam po prostu SZCZĘŚLIWYCH ŚWIĄT  🙂 🙂 🙂

Szukałam  zdjęcia odpowiedniego do życzeń, ale nie znalazłam nic lepszego – cudowna zimowa droga przez las w Szczawnicy 🙂 oczywiście 🙂  Niech każda z Was trafi na swoją najpiękniejszą drogę życia i wejdzie na nią począwszy od tej chwili 🙂 🙂 🙂

ps. Zdjęcie zrobiłam dawno temu, chyba w 2007, to tak dla wyjaśnienia, żeby ktoś nie pomyślał sobie, że mamy piękną zimę w realu.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 31 komentarzy

Podróż w czasie odbyta przy okazji świąt

Okres przedświąteczny budzi najrozmaitsze uczucia. Tęsknoty za minionymi dniami dzieciństwa, kiedy czekało się na najpiękniejsze chwile w roku, na choinkę, prezenty, pyszne potrawy, ciasta pachnące w całym domu. Innym kojarzy się z morderczym sprzątaniem mieszkania, wiórkowaniem podłogi, pastowaniem i froterowaniem, żeby lśniła i odbijała blask świeczek palących się na choince. Tak, dawniej na choinkach zapalano prawdziwe świeczki umieszczane w małych lichtarzykach przyczepianych do choinkowych gałązek. Niejeden pożar wywołały i dobrze, że dziś już się nie stosuje takich iluminacji z dodatkową atrakcją w postaci wzywania panów spod znaku świętego Floriana 🙂
Są tacy, którzy świąt nie lubią z różnych powodów. Zresztą, ile osób – tyle przyczyn lubienia bądź nie, nie ma co ciągnąć tematu. Każdy ma swój pogląd, swoje wspomnienia, skojarzenia, różny wymiar przeżywania. Jednym z tradycyjnych elementów czasu świątecznego są jasełka urządzane w przedszkolach. Dawniej, tu myślę o okresie przedwojennym, gdy moi rodzice dziećmi byli, też organizowano jasełka. Mój tata w ochronce (tak się przedszkole nazywało prowadzone przez zakonnice) grywał zwykle rolę króla albo rycerza. Nie mam zdjęć z jego występów, bardzo żałuję, ale przecież wtedy fotografie robiło się rzadko, z okazji ważnych wydarzeń. Mam natomiast pamiątkę związaną z moją mamą. Zdjęcie ze szkolnych jasełek. Zdjęcie jest malutkie, takie się robiło. Wpadłam na pomysł, żeby zrobić zdjęcie zdjęciu i … udało się! Po wyglądzie i strojach pozostałych dzieci widocznych na zdjęciu domyśliłam się, że to jasełka. Powiększyłam obraz, wycięłam fragment i ku wielkiej radości zobaczyłam mamę w wieku Średniej, czyli jej własnej prawnuczki, której nie miała możliwości poznać !!!
Tak mi się spodobało wydobywanie na świat obrazów z przeszłości, że odszukałam jeszcze kolejne pamiątki i powtórzyłam czynności, których nauczyła mnie Mary w celu poprawienia fotografii. Postanowiłam pokazać Wam wyniki tym bardziej, że za 4 dni będą urodziny
mamy, skończyłaby 96 lat. Niesamowicie wzruszające jest spojrzenie na nią jako na małą dziewczynkę…

Na odwrocie fotografii jest napisane ręką babci 1937, przyglądając się strojom dzieci domyślić się można, że chodzi o jasełka

Tę dziewczynkę zobaczyłam po powiększeniu 🙂

Tu młodsza niż na górnej fotografii, razem ze swoją ciocią Julką, młodszą siostrą babci (czyli mamy mojej mamy). Ma na sobie szkolny mundurek, a warkocze związane kokardami. Tak samo mnie czesała kiedy poszłam do 1-ej klasy 🙂

Tu dziesięcioletnia dziewczynka (z prawej) z koleżanką, o której nic nie wiem, już nie zapytam jak miała na imię, kim była, kim została. Powtarzam ku przestrodze – wypytujcie swoich bliskich o przeszłość póki jest czas. Jeśli przegapicie możliwość – nie da się nadrobić „później”, bo „później” nie nadejdzie, jest tylko „tu i teraz”

Czyż można się nie wzruszyć? To jakby pętla czasu, odchylenie zasłony i rzucenie okiem na zupełnie inny świat…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 45 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 24

Sergiusz miał ułożony plan działania. Kto jak nie on, kierujący się rozumem i logiką. Tylko, że ten plan mu się posypał. Może nie do końca wszystko przemyślał i wziął pod uwagę? Chciał zarobić pieniądze na rozpoczęcie budowy domu w Cięciwie. W połączeniu z oszczędnościami, które do tej pory zdołał zgromadzić, nie było to wcale nierealne. Sporo poszło na zakup działki, doprowadzenie mediów i wstępne przygotowanie miejsca pod budowę. Teraz przydałby się solidny zastrzyk gotówki na realizację marzenia.  No i właśnie kiedy już miał w głowie  konkretny projekt, chciał go pokazać Aldonie, kupił część materiałów i myślał o wylewaniu fundamentów, wspólnik przyszedł do niego z projektem zmian w firmie. Zgodził się mając głowę zaprzątniętą własnymi sprawami. A powinien się od nich oderwać i skupić na pracy. Teraz dobrze o tym wiedział, niestety, mądry Polak po szkodzie… Przystał wtedy na podżyrowanie dużego kredytu, który wspólnik wziął na swoje nazwisko tłumacząc, że większość zużyje na potrzeby firmy, aby zapewnić rozwój interesu i znaczny wzrost dochodów umożliwiający nie tylko płynną spłatę długu, ale też przynoszący zwiększoną ilość gotówki wpływającej do kieszeni pracowników w formie wynagrodzenia za pracę. Sergiusz stracił czujność, czego nie mógł sobie darować. Nie przyjmował w stosunku do siebie żadnych usprawiedliwień, choć przecież jako człowiek z gruntu uczciwy nie podejrzewał wspólnika o nieczyste intencje. Myślał, że skoro jest dwóch żyrantów, to przecież nic złego stać się nie ma prawa. Sugestie Doroty i Michała zbywał lekceważącym ruchem ręki oraz słowami, że ludziom trzeba wierzyć. Nadzieja na zwiększone dochody niosła ze sobą nadzieję na szybsze rozwiązanie problemów osobistych. Zdawał sobie dokładnie sprawę czego tak naprawdę chciała Agata. Chciała pieniędzy. Gdyby zdobył ilość zdolną zaspokoić jej zachcianki, wymógłby rozwód i zrzeczenie się opieki nad Moniką, a przynajmniej częściowe ograniczenie praw. Wiedział, że za pieniądze, za odpowiednio dużą sumę, on odzyskałby wolność zaś dziecko spokój i możliwość normalnego rozwoju w szczęśliwej rodzinie, jaką – w co nie wątpił – utworzą wspólnie z Aldoną i bliźniaczkami. I wtedy zadzwoniła Aldona twierdząc, że chce mu o czymś ważnym powiedzieć. Ale co mogło być ważniejszego niż to, żeby móc uwolnić się od niespodziewanych problemów finansowych oraz od Agaty, żeby móc zacząć żyć jak normalny człowiek.

– Cześć Sergiuszu, masz chwilę? Chciałabym się z tobą pilnie zobaczyć – powiedziała.

– Też bym chciał, ale teraz w żaden sposób nie dam rady – ostatnio prawie zawsze tak odpowiadał.

– Mam naprawdę ważną sprawę – zwrócił uwagę na dziwny ton głosu, lecz to zbagatelizował.

– Kochanie, przepraszam cię bardzo…

– Nie przepraszaj tylko słuchaj – stanowczo powiedziała Aldona. – Wiem, że masz problemy przez wspólnika. Uprzedzaliśmy cię dawno, żebyś na niego uważał…

– Daj spokój. Pozwól mi załatwić sprawy po swojemu.

– Pozwalam, pozwalam a czas ucieka…

– Zaufaj mi, proszę cię tylko o to, żebyś mi zaufała. Kocham cię, chcę być z tobą, decyzji nie zmieniłem. Chyba, że ty?

– Nie, jeszcze nie zmieniłam. Jeszcze nie.

– Nie? To czekaj na mnie. Jeszcze trochę. Nie mogę ci nic powiedzieć, nie chcę cię w to mieszać…

– Ale ja ci chcę coś powiedzieć…

– Wytrzymaj jeszcze trochę, nic nie mów.

– Ale ja chcę ci powiedzieć coś ważnego…

– Kochanie, nic nie mów, wstrzymaj się jeszcze trochę, dobrze? Pa.

– Ok – powiedziała do słuchawki, a gdy usłyszała sygnał, dodała: – nic ci więcej nie powiem, wypchaj się trocinami. Mam dość, muszę myśleć o kimś innym niż facet bez jaj.

Podjęła decyzję. Zwołała zbiórkę w swojej kuchni korzystając z tego, ze Teresa przyszła w odwiedziny po zrobieniu zakupów na bazarku. Zaparzyła świeżą herbatę, wyjęła na stół babeczki upieczone poprzedniego dnia i kazała przyjaciółkom usiąść.

– A co to za uroczystość? – Magda wróciła ze sklepiku i nie zdążyła wejść do domu przechwycona przez Aldonę na schodach.

– Dziwna jakaś jesteś, Doniczko – przyglądała jej się Danusia.

– Ona zawsze była dziwna – skomentowała Teresa.

– A ty nie? – niespodziewanie w obronie stanęła Dorota i zaraz parsknęła śmiechem. – Przecież my wszystkie jesteśmy dziwne.

– Ja tak nie uważam – odpowiedziała Magda. – Ja nie jestem dziwna tylko zmęczona. O, a Danusia na przykład…

– Co ja? – zdziwiła się wywołana. – Ja jestem zadowolona, bo wreszcie sprzedałam resztkę zalegającego towaru i zrobiło się luźno na półkach. Długo się tym luzem nie nacieszyłam, bo wyobraźcie sobie, że moja droga wspólniczka przywiozła ze stadionu do sklepu masę ciążowych ciuchów…

Aldona się zakrztusiła.

– Nie wiem kto to kupi – ciągnęła Danusia. – Cała budka znów się zapełniła. A wszystko dlatego, że dziewczyna z sąsiedniej budki jest w ciąży.

– Dobrze, że na tym stadionie można wszystko kupić i dla siebie, i Danusia do sklepu może przywieźć co my zamówimy – skomentowała Stenia.

– A tobie co? Walnąć cię w plecy? – Teresa zaoferowała Aldonie pomoc.

– Broń cię panie Boże – Aldona wzięła głęboki wdech. – Chciałam wam coś powiedzieć.

– No to mów – zniecierpliwiła się Magda.

– No to próbuję, tylko mi przeszkadzasz… Od tej chwili wszystkie moje życzenia muszą być spełnione…

Spojrzały po sobie zebrane niewiasty, zaś wyraz twarzy wszystkich bez wyjątku mówił jednoznacznie, że Aldona zwariowała.

– A to jakieś konkretne życzenie ma być? – ostrożnie spytała Danusia.

– A to niby czego miałyby one czy też ono dotyczyć? – próbowała uściślić Magda. – Mówże jaśniej kobieto, bo zmęczona jestem. Nie mam siły na łamigłówki.

– Dziewczyny! Jestem…

– Stuknięta – podpowiedziała Teresa.

– Jestem w ciąży!!! – wykrzyczała wreszcie na cały głos swoją tajemnicę.

– Kiedy, jak… – zaczęła zaskoczona Teresa.

– Co cię obchodzi kiedy? – huknęła Dorota, która od pewnego czasu miała niejasne podejrzenia. – A jak się robi dzieci to jeszcze powinnaś pamiętać. Chyba, że cię skleroza  już całkiem zaatakowała. A mówiłam nie żryj tyle smalcu!

– Idiotka – pieszczotliwie odpowiedziała pomówiona o sklerozę Teresa. – Przecież nie jadam ssaków.

– No, wreszcie wam powiedziałam – odetchnęła Aldona z ulgą. – Już nie wiedziałam jak się kryć. A życzenia musicie spełniać, bo nie wolno odmawiać ciężarnej, nie wiecie?

– O matko – jęknęła Magda, – ona nas teraz wykończy.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy