„Widocznie tak miało być” – 24

Sergiusz miał ułożony plan działania. Kto jak nie on, kierujący się rozumem i logiką. Tylko, że ten plan mu się posypał. Może nie do końca wszystko przemyślał i wziął pod uwagę? Chciał zarobić pieniądze na rozpoczęcie budowy domu w Cięciwie. W połączeniu z oszczędnościami, które do tej pory zdołał zgromadzić, nie było to wcale nierealne. Sporo poszło na zakup działki, doprowadzenie mediów i wstępne przygotowanie miejsca pod budowę. Teraz przydałby się solidny zastrzyk gotówki na realizację marzenia.  No i właśnie kiedy już miał w głowie  konkretny projekt, chciał go pokazać Aldonie, kupił część materiałów i myślał o wylewaniu fundamentów, wspólnik przyszedł do niego z projektem zmian w firmie. Zgodził się mając głowę zaprzątniętą własnymi sprawami. A powinien się od nich oderwać i skupić na pracy. Teraz dobrze o tym wiedział, niestety, mądry Polak po szkodzie… Przystał wtedy na podżyrowanie dużego kredytu, który wspólnik wziął na swoje nazwisko tłumacząc, że większość zużyje na potrzeby firmy, aby zapewnić rozwój interesu i znaczny wzrost dochodów umożliwiający nie tylko płynną spłatę długu, ale też przynoszący zwiększoną ilość gotówki wpływającej do kieszeni pracowników w formie wynagrodzenia za pracę. Sergiusz stracił czujność, czego nie mógł sobie darować. Nie przyjmował w stosunku do siebie żadnych usprawiedliwień, choć przecież jako człowiek z gruntu uczciwy nie podejrzewał wspólnika o nieczyste intencje. Myślał, że skoro jest dwóch żyrantów, to przecież nic złego stać się nie ma prawa. Sugestie Doroty i Michała zbywał lekceważącym ruchem ręki oraz słowami, że ludziom trzeba wierzyć. Nadzieja na zwiększone dochody niosła ze sobą nadzieję na szybsze rozwiązanie problemów osobistych. Zdawał sobie dokładnie sprawę czego tak naprawdę chciała Agata. Chciała pieniędzy. Gdyby zdobył ilość zdolną zaspokoić jej zachcianki, wymógłby rozwód i zrzeczenie się opieki nad Moniką, a przynajmniej częściowe ograniczenie praw. Wiedział, że za pieniądze, za odpowiednio dużą sumę, on odzyskałby wolność zaś dziecko spokój i możliwość normalnego rozwoju w szczęśliwej rodzinie, jaką – w co nie wątpił – utworzą wspólnie z Aldoną i bliźniaczkami. I wtedy zadzwoniła Aldona twierdząc, że chce mu o czymś ważnym powiedzieć. Ale co mogło być ważniejszego niż to, żeby móc uwolnić się od niespodziewanych problemów finansowych oraz od Agaty, żeby móc zacząć żyć jak normalny człowiek.

– Cześć Sergiuszu, masz chwilę? Chciałabym się z tobą pilnie zobaczyć – powiedziała.

– Też bym chciał, ale teraz w żaden sposób nie dam rady – ostatnio prawie zawsze tak odpowiadał.

– Mam naprawdę ważną sprawę – zwrócił uwagę na dziwny ton głosu, lecz to zbagatelizował.

– Kochanie, przepraszam cię bardzo…

– Nie przepraszaj tylko słuchaj – stanowczo powiedziała Aldona. – Wiem, że masz problemy przez wspólnika. Uprzedzaliśmy cię dawno, żebyś na niego uważał…

– Daj spokój. Pozwól mi załatwić sprawy po swojemu.

– Pozwalam, pozwalam a czas ucieka…

– Zaufaj mi, proszę cię tylko o to, żebyś mi zaufała. Kocham cię, chcę być z tobą, decyzji nie zmieniłem. Chyba, że ty?

– Nie, jeszcze nie zmieniłam. Jeszcze nie.

– Nie? To czekaj na mnie. Jeszcze trochę. Nie mogę ci nic powiedzieć, nie chcę cię w to mieszać…

– Ale ja ci chcę coś powiedzieć…

– Wytrzymaj jeszcze trochę, nic nie mów.

– Ale ja chcę ci powiedzieć coś ważnego…

– Kochanie, nic nie mów, wstrzymaj się jeszcze trochę, dobrze? Pa.

– Ok – powiedziała do słuchawki, a gdy usłyszała sygnał, dodała: – nic ci więcej nie powiem, wypchaj się trocinami. Mam dość, muszę myśleć o kimś innym niż facet bez jaj.

Podjęła decyzję. Zwołała zbiórkę w swojej kuchni korzystając z tego, ze Teresa przyszła w odwiedziny po zrobieniu zakupów na bazarku. Zaparzyła świeżą herbatę, wyjęła na stół babeczki upieczone poprzedniego dnia i kazała przyjaciółkom usiąść.

– A co to za uroczystość? – Magda wróciła ze sklepiku i nie zdążyła wejść do domu przechwycona przez Aldonę na schodach.

– Dziwna jakaś jesteś, Doniczko – przyglądała jej się Danusia.

– Ona zawsze była dziwna – skomentowała Teresa.

– A ty nie? – niespodziewanie w obronie stanęła Dorota i zaraz parsknęła śmiechem. – Przecież my wszystkie jesteśmy dziwne.

– Ja tak nie uważam – odpowiedziała Magda. – Ja nie jestem dziwna tylko zmęczona. O, a Danusia na przykład…

– Co ja? – zdziwiła się wywołana. – Ja jestem zadowolona, bo wreszcie sprzedałam resztkę zalegającego towaru i zrobiło się luźno na półkach. Długo się tym luzem nie nacieszyłam, bo wyobraźcie sobie, że moja droga wspólniczka przywiozła ze stadionu do sklepu masę ciążowych ciuchów…

Aldona się zakrztusiła.

– Nie wiem kto to kupi – ciągnęła Danusia. – Cała budka znów się zapełniła. A wszystko dlatego, że dziewczyna z sąsiedniej budki jest w ciąży.

– Dobrze, że na tym stadionie można wszystko kupić i dla siebie, i Danusia do sklepu może przywieźć co my zamówimy – skomentowała Stenia.

– A tobie co? Walnąć cię w plecy? – Teresa zaoferowała Aldonie pomoc.

– Broń cię panie Boże – Aldona wzięła głęboki wdech. – Chciałam wam coś powiedzieć.

– No to mów – zniecierpliwiła się Magda.

– No to próbuję, tylko mi przeszkadzasz… Od tej chwili wszystkie moje życzenia muszą być spełnione…

Spojrzały po sobie zebrane niewiasty, zaś wyraz twarzy wszystkich bez wyjątku mówił jednoznacznie, że Aldona zwariowała.

– A to jakieś konkretne życzenie ma być? – ostrożnie spytała Danusia.

– A to niby czego miałyby one czy też ono dotyczyć? – próbowała uściślić Magda. – Mówże jaśniej kobieto, bo zmęczona jestem. Nie mam siły na łamigłówki.

– Dziewczyny! Jestem…

– Stuknięta – podpowiedziała Teresa.

– Jestem w ciąży!!! – wykrzyczała wreszcie na cały głos swoją tajemnicę.

– Kiedy, jak… – zaczęła zaskoczona Teresa.

– Co cię obchodzi kiedy? – huknęła Dorota, która od pewnego czasu miała niejasne podejrzenia. – A jak się robi dzieci to jeszcze powinnaś pamiętać. Chyba, że cię skleroza  już całkiem zaatakowała. A mówiłam nie żryj tyle smalcu!

– Idiotka – pieszczotliwie odpowiedziała pomówiona o sklerozę Teresa. – Przecież nie jadam ssaków.

– No, wreszcie wam powiedziałam – odetchnęła Aldona z ulgą. – Już nie wiedziałam jak się kryć. A życzenia musicie spełniać, bo nie wolno odmawiać ciężarnej, nie wiecie?

– O matko – jęknęła Magda, – ona nas teraz wykończy.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Spacer do Krościenka

Zastanawiałam się nad tematem, żeby był przyjemny, niestresujący lecz odwrotnie, pozwalający na chwilową wycieczkę poza miejsce zamieszkania czy aktualnego pobytu. Oczywiście myśli moje popędziły do Szczawnicy jedna drugą wyprzedzając i spiesząc się, by być pierwszą. Może godła szczawnickie? Może figury kwiatowe? Może spacer po miasteczku? A Pieniński Park Narodowy? Może wioska Janosika? Schodki? Droga do Czardy? Do Krościenka? Do Czerwonego Klasztoru? Wycieczka do Niedzicy? Tyle jeszcze przed nami, że miło się robi na sercu na samą myśl. Zobaczę na jakie zdjęcia trafię z zamkniętymi oczami i tam pójdziemy 🙂
Padło na przechadzkę na lody do Krościenka. Psiepsioły miały porządny spacer, my też. Idzie się wzdłuż Dunajca, który od zakola w Szczawnicy w stronę Krościenka płynie już spokojnie, równo, jak każda inna przyzwoita rzeka. Owszem piękna, malowniczo położona, ale jakby nie mająca nic wspólnego z szalonym, dzikim Dunajcem toczącym spienione wody wzdłuż Drogi Pienińskiej.

 

 

To zdjęcie oraz 5 powyższych zrobiłam siedząc przy stoliku „U Marysi” delektując się lodami, widać na nich (na zdjęciach) Dunajec z ogródka lokalu, oraz fragment starego kościoła taki, jaki zmieścił się w kadrze

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

W poniedziałek

Spokoju nadal nie widać, jakaś taka niemożliwie intensywna końcówka roku się zrobiła. Ten rozpoczynający się tydzień w rozjazdach, przyszły też, w tym coś, czego najbardziej nie lubię – wizyty u lekarzy specjalistów, brr..
Calineczka jest przeziębiona, w dalszym ciągu do żłobka nie chodzi, katar ją męczy, ale energii nie pozbawia. Apetytu niestety tak, a więc wcisnąć jej cokolwiek do pysia to sztuka niemała. Byłam od 8-ej rano do ok.16-ej, przez ten czas zjadła odrobinę owsianki (normalnie ulubionej), jeden kwadratowy serek kiri, wypiła trochę soczku oraz jeden kubeczek kakao. Drugi kubek zawartości został pozbawiony w sposób gwałtowny i nieprzewidziany przeze mnie, choć niezamierzony… 🙂 – kakao wylało się na stolik, krzesło i podłogę. Oczywiście samo 🙂 Dobrze, że szkrabusia miała na sobie nieprzemakalny śliniaczek z kieszonką, dzięki czemu ubranko zostało uratowane. Na każdą propozycję jedzenia odpowiedź była jedna: nie, nie, nie, nie chcę! Tak było dopóki nie poczuła zmęczenia, ale nawet zamykając oczka mówiła: nie chcę, nie chcę, nie chcę! Wreszcie stwierdziła: lulu. Przytuliła się i usnęła patrząc na kołyszące się drzewa. Nie włączałam przez cały czas ani jednej bajki do oglądania, nie było takiej potrzeby, bez tego miałyśmy sporo różnych zajęć. Owszem, wyczerpujących babcię 😉 ale co tam, babcia wróciła do domu i siedzi odpoczywając, a czas spędzony z kruszynką – bezcenny.
Dziadek poszedł z psami sam, babcia nie miała siły iść na wieczorny spacer, za to miała chwilę, by zapisać powyższe słowa, jutro znów czasu braknie. Pojadę do Mary „pooperacyjnie”, wrócę wieczorem. To znaczy jak będzie ciemno. Bardzo nie lubię, gdy dzień jest taki krótki, Kiedy robi się ciemno od razu chce mi się spać.

Wróciłam autobusem, nie chciałam dzwonić po Męża, bo jazda po ciemku to
żadna przyjemność, korki są dodatkową atrakcją, psy trzeba ubierać, a Szila jakoś nie bardzo ostatnio pała chęcią do jazdy, no i strach babcię D. zostawiać samą bez istotnej potrzeby. Dodatkowym atutem przemawiającym za wyborem autobusu jako środka dojazdu do dzieci  jest fakt, że niedaleko mam linię autobusową, której zmieniono trasę i wiedzie ona na Kabaty. Z przyjemnością jechałam już trzy razy. Lubię czasem popatrzyć jak ludzie wyglądają 🙂 Ponieważ mam roczny bilet z racji ukończenia odpowiedniej liczby wiosen życia, mogę jeździć bez gorączkowego szukania biletów po kieszeniach, kiedy trafi się potrzeba wyjazdu. Już nie można kupić biletu u kierowcy, co dla pasażerów było wygodne, jednak dla kierowców nie i powodowało dodatkowe opóźnienia.

Szilunia pozdrawia i życzy dobrego tygodnia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 23

Czerwiec

Karolina kilkakrotnie przyjeżdżała do Warszawy w związku ze specjalizacją, czasem też na sympozja czy konferencje powiązane ze swoją dziedziną, bowiem należała do osób ustawicznie szukających i uczących się czegoś nowego. Tym razem czekał ją zjazd lekarzy pulmonologów. Wykłady, dyskusje, prezentacje odbywały się przez dwa i pół dnia. Trzeciego dnia wieczorem organizatorzy zaplanowali uroczystą imprezę w Łazienkach. Można było zaprosić osoby towarzyszące. Akurat tego dnia Teresa i Jurand – u których się zawsze Karolina zatrzymywała – nie mogli jej towarzyszyć, zaprosiła więc Aldonę. Zupełnie możliwe, że na tę decyzję wpłynęła długa nocna rozmowa z kuzynostwem. Zmęczony Jurand w pewnej chwili nie wytrzymał i udał się do sypialni, obie zaś pogrążone w rozmowie panie nawet nie zauważyły jego braku.  Omówiły historię Aldony i Sergiusza, przy czym Teresa dokładnie wprowadziła kuzynkę w obecną, wielce zagmatwaną sytuację pary.

– No wiesz co? Jestem zaskoczona i to bardzo niemile – oświadczyła Karolina. – Przecież wyglądał na tak zakochanego, że świata nie widział poza Doniczką. Nie udawał, jestem pewna, że to było szczere.

– Myślę, że to jest szczere. Tylko sytuacja go chwilowo przerosła i nie potrafi sobie z nią poradzić – powiedziała Teresa.

– A co w tym trudnego? – zdziwiła się Karolina. – Mówię zwyczajnie do Agaty: moja droga, zachowałaś się podle, nie zmieniłaś się ani na jotę, dalej postępujesz tak samo jak przedtem, a więc żegnam panią, wypad, zjeżdżaj stąd. Po prostu. Po męsku i zdecydowanie.

– Wiesz, poniekąd go rozumiem. Ze względu na dziecko musiał się powstrzymać. Monika tak bardzo się ucieszyła, była taka uszczęśliwiona powrotem matki, że sobie nawet nie wyobrażasz. Nie mógł jej od razu pogonić w takiej sytuacji. Gdyby mała nie zobaczyła Agaty, byłoby zupełnie co innego, mógłby zareagować jak mówisz. Ale tak? Jest jego legalną żoną, ma prawa do majątku, a moim zdaniem o to najbardziej jej chodzi. Praw rodzicielskich też jej nikt nie odebrał.

– Więc dlaczego od razu nie przedstawił swoich warunków?

– Myślę, że był zbyt zaskoczony tym jej niespodziewanym powrotem, żeby tak z marszu zacząć myśleć.

– No cóż, czasem myślenie nie jest najmocniejszą stroną facetów – oświadczyła Karolina. – A chociaż wytłumaczył się Aldonie, powiedział ile czasu ma tak wisieć w próżni zanim on nie postąpi jak prawdziwy mężczyzna?

– Przyznam ci się, że nie wiem. Jakoś tak mi niezręcznie aż tak głęboko wchodzić z butami w intymne sprawy. Są pewne granice… ile mogę to jej tłumaczę.

– Skoro Doniczka wygląda jak mi mówiłaś kiedy byłam w marcu, skoro przez całe ferie nie miała dzieci i nie chciała do ciebie przyjść, skoro odkładała słuchawkę zanim ty skończyłaś do niej mówić, to jest gorzej niż źle.

– Tak było wtedy.  Teraz jest lepiej. Zdecydowanie. Jakby poweselała, przytyła nawet, buzia jej się zaokrągliła. Przedtem wyglądała jak zębaty kij od miotły. Właściwie od pobytu w szpitalu tak się zmieniła. Chwali lekarzy, widocznie dobrali jej odpowiednie leki. Różnica jest niesamowita między Doniczką, która poszła do szpitala a Doniczką, która z niego wróciła.

– Wiesz co? Wyciągnę ją do tych Łazienek, spróbuję, może mi się uda z nią od serca pogadać.

– Spróbuj, życzę powodzenia.

– Powiedz mi jeszcze coś o Sergiuszu. Jak myślisz, dlaczego tak postępuje, dlaczego zwleka z podjęciem decyzji? A może już podjął i jest mu dobrze, nie zamierza niczego zmieniać?
– Nie, niemożliwe. On jest podobny do Juranda z charakteru. Nie znosi, kiedy coś mu się wymyka spod kontroli. Nie lubi improwizacji, potrzebuje planu, który może realizować punkt po punkcie.

– Możliwe, że jeszcze sobie planu nie ułożył? Nie wyglądał, przepraszam cię bardzo, na tępego kretyna, który sobie planu działania ułożyć nie potrafi.

Aldona chętnie przyjęła zaproszenie do Łazienek. Ucieszyła się nawet twierdząc, że skoro już tak dawno nie była w parku, który lubiła  i kiedyś odwiedzała bardzo często, to z przyjemnością przeniesie się w czasie do epoki króla Stasia i dotrzyma Karolinie towarzystwa.

W Łazienkach część parku została wynajęta i wyodrębniona na potrzeby prywatnego spotkania po zakończonym zjeździe. Palące się lampiony wyznaczały teren zamknięty dla osób zwiedzających Królewskie Łazienki, dostępny jedynie dla zaproszonych gości  wraz z osobami towarzyszącymi. Przewidziany był spektakl w Teatrze na Wyspie, a wcześniej czekały na przybyłych różne atrakcje w postaci grillowanego mięsiwa serwowanego bez ograniczeń, pływającej gondoli, w której można było zażyć przejażdżki po stawie, kataryniarza z papugą siedzącą mu na ramieniu, obracającego korbką urządzenia wydającego z siebie chrapliwe dźwięki muzyki, powozu zaprzężonego w przystrojone konie, którym można było odbyć spacer po parku, kolorowych pawilonów wewnątrz których aktorzy w odpowiednich kostiumach czytali głośno utwory z epoki.  Po trawnikach spacerowały pawie od czasu do czasu rozkładając swe przepiękne ogony ku uciesze gości. Były cudowne, dopóki późnym wieczorem podczas spektaklu nie zaczęły się odzywać skutecznie zagłuszając aktorów. Była to tak zabawna sytuacja, że ludzie nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Ptaki bowiem upodobały sobie na nocny odpoczynek  drzewa znajdujące się najbliżej sceny. Rozsiadły się na gałęziach położonych wysoko i zebrało im się na rozmowę. Wymieniały poglądy między sobą długo i głośno.

– Ja nie miałam pojęcia, że pawie potrafią latać – powiedziała zdziwiona Aldona. – Że tak niemiłosiernie wrzeszczą też nie wiedziałam.

– Ani ja – odpowiedziała Karolina. – Wiesz co, Doniczko? Cieszę się, że przyszłaś ze mną, raźniej się czuję. Niby znam tu wiele osób, ale co swój to swój.

–  To w związku z pawiami? – zaśmiała się Aldona. – Ale powiem ci, że cię rozumiem. Ja też nie lubię przebywać w dużym gronie obcych ludzi całkiem sama. Bo przecież są obcy. To, że wiesz jak się ktoś nazywa i zamieniłaś z nim  kilka mało znaczących słów nie oznacza, że przestał być obcy.

– Masz rację. Jedynie przestał być anonimowy, tak bym to określiła.

– Ja to co innego – spojrzała spod oka Aldona. – Mnie zdążyłaś poznać od podszewki.

– Nie, od podszewki nie. Może trochę od wewnętrznych szwów, jeśli pozostajemy w temacie krawiectwa – uśmiechnęła się Karolina.

– Na razie mam dosyć szycia – skrzywiła się Aldona. – Szyłam z konieczności. Kiedy niczego nie było w sklepach przerabiałam swoje stare sukienki na nowe dla dziewczynek. No, ale kiedyś bawiłam się zdobieniem tkanin techniką batikową, uwielbiałam to…

– Nie miałam dotąd dzieci więc mnie to ominęło. Teraz na szczęście można to i owo upolować w sklepach bez takich problemów jak przedtem. Ale bluzki i swetry na drutach robiłam, nawet sporo i nieźle mi wychodziły – pochwaliła się Karolina.

– To jest bardzo praktyczna umiejętność i nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Chciałabym nauczyć dziewczynki chociaż podstaw, żeby wiedziały jak się trzyma druty i włóczkę.

– Będą chciały się nauczyć?

– Na razie nie są zainteresowane, może w przyszłości. Ja zaczęłam zajmować się robótkami dopiero wtedy, kiedy byłam od nich starsza i zaczęło mi zależeć na wyglądzie i ciuchach, jak to dziewczynie. Więc nauczyłam się i robiłam je sobie sama. Teraz pewnie wrócę do robótek, bo dzierganie ubranek dla maleństwa będzie samą przyjemnością… – Aldona zamilkła uświadomiwszy sobie co powiedziała.

Karolina „zastrzygła uszami” i obrzuciła towarzyszkę uważnym spojrzeniem.

– Jakiego maleństwa?

– O, ojej, wymknęło mi się – jęknęła Aldona. – Trudno, przepadło. Widocznie tak miało być. Sama się wygadałam.

– Mów mi tu zaraz jak na spowiedzi. Albo jak lekarzowi – uśmiechnęła się zaskoczona Karolina. – Gdzie, jak, kiedy, z kim i na kiedy masz termin.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Widocznie tak miało być | 13 komentarzy

Spokój potrzebny od zaraz

Intensywny mam ostatnio czas, brak tego czego najbardziej potrzebuję czyli spokoju. Jest mi niezbędny, żebym mogła pozbierać myśli, zaplanować, zrelaksować umysł, pobyć chwilę sama ze sobą. Mam wrażenie, że zatraciłam zdolność regeneracji w tym nieustannym pędzie dwojakiego rodzaju. Jeden dotyczy obecności i aktywności w świecie materialnym, drugi – szalonej galopady myśli, które się rozzuchwaliły do tego stopnia, iż drwią ze mnie i moich nieskutecznych prób ich okiełznania. Zbyt dużo ważnych spraw się nawarstwiło do
rozwiązania, takich zdrowotno-egzystencjalno-bytowych mówiąc w skrócie bez wdawania się w szczegóły. Gdybym nie miała głęboko i na stałe zakodowanych już (na szczęście) afirmacji z którymi pracowałam od wielu lat – kiepsko by było. Uświadomiłam sobie na szczęście ten stan i zdecydowanie muszę przejąć nad nim kontrolę. Nie mogę pozwolić, by okoliczności zewnętrzne w dalszym ciągu całkowicie rządziły moim życiem, a przynajmniej moim życiem wewnętrznym. Howgh! Jako stary Indianin nie dam się i już 😉
Poczułam się (nareszcie i na szczęście) jakbym się otrząsnęła, obudziła z głębokiego snu nagle i niespodziewanie, i zupełnie mi się nie podoba to, co zobaczyłam.
Trzecim czynnikiem, który muszę, właściwie chcę pokonać to nadmiar przedmiotów, które chcą mnie udusić, dosłownie pożreć (zjeść to zbyt delikatne określenie). Trochę już ruszyłam, najgorzej jest z tonami papierków, papierów, wycinków, zapisków, całych gazet itp. materiałami, które „na pewno się przydadzą i nie można się ich pozbyć”. Wygląda na to, że nie tylko można ale i trzeba, bo mnie zwyczajnie zaduszą. Zaczęłam od wycinków z przepisami. Czasu zajmuje sporo, bo każdy czytam, mam chęć odłożyć i wypróbować. Wtedy druga Anka, ta rozsądniejsza, krzyczy ta tę pierwszą Ankę, żeby przestała chomikować i wyrzuciła. I tak to one dwie, te Anki, spierają się o każdy papierek, a ja muszę to znosić 😉 😉 😉
Teraz chcę Lucii pokazać filiżankę, bo chyba jest taka sama, jaką ona wypatrzyła nie tak dawno temu.

Na koniec jeszcze Franuś.

 Franuś jako malutki kotek 🙂 Czy ten słodziak wygląda, że wyrośnie na pięknego kota o tajemniczym spojrzeniu Rademenesa?

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 35 komentarzy

Baśkom :)))

Przepraszam, że dopiero teraz, ale najpierw nie mogłam wejść na bloga, a potem nie było mnie w domu i niedawno wróciłam. Od razu spieszę nadrobić zaległości. A więc –

Wszystkim Barbarom, Barbórkom, Baśkom, Basiulom, Basieńkom (oraz używającym innych form imienia) w dniu ich święta 4 grudnia składam serdeczne życzenia zdrowia, bo jest najważniejsze, wielu dobrych ludzi wokół, bo wtedy świat jest jasny i piękny, spełnienia najskrytszych pragnień, oraz  mnóstwa radości, miłości i szczęścia. I żeby każda z Was miała kogo kochać 🙂

Do życzeń dołącza się Franek obiecując pomoc w ich spełnieniu, wiadomo, koty czarować potrafią…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 22

Dorota przeziębiła się okrutnie, nie pomogły specyfiki z Magdzinego sklepu. Może zbyt późno je sobie zaaplikowała, a może była po prostu już tak bardzo zmęczona, że organizm nie wytrzymał i ogłosił strajk. Poleżała bezczynnie dwa dni, po czym poczuła się lepiej. Zrezygnowała na razie z towarzyszenia Michałowi podczas wizyt u Zosi w ośrodku, częstszych z powodu choroby żony, której stan zaczął się pogarszać. Nie chciała osłabionej kobiety  narażać dodatkowo na zarażenie jakimś wirusem. W celu oderwania się  od wielu poważnych spraw zaprzątających myśli postanowiła przez kilka dni robić zapiski na temat widoku z okna. Oto co uwieczniła.

Dzień pierwszy.

Widok z mojego okna to przede wszystkim skrzyżowanie ulic, kawałek łąki i bazarek. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie zamieniłabym go na żaden inny. Ten pozornie pospolity widok jest pełen niespodzianek. Szczególnie obfitujący w wydarzenia był ostatni tydzień. Koło przystanku autobusowego postawiono kabinę wc. Stała sobie w tym samym miejscu przez wiele miesięcy. Pewnego dnia stwierdziła, że nudne ma życie, nikt prawie jej nie odwiedza. Postanowiła zmienić miejsce. Niestety, nie doszła daleko,  brak nóg uniemożliwia szybkie przemieszczanie się. Gdy rano wyjrzałam przez okno, kabina stała na środku skrzyżowania. Zdziwieni kierowcy omijali tę przeszkodę. Niejeden zastanawiał się co to za dziwny pojazd i jak go ominąć. Co jakiś czas na ulicy powstawał korek. A kabina stała nieporuszona w tym samym miejscu, bo przecież przedmioty tylko nocą ożywają.

Dzień drugi.

Niespodzianka. Na łące pod moim blokiem stoją barakowozy. Dużo ich. Jest wczesny ranek. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Nagle zza krzaków wychodzi zwierzę. Dziwne jakieś, z rogami. Uświadamiam sobie, że to nie pies, do widoku psów jestem przyzwyczajona. To kozioł  spaceruje po łące! Wreszcie znudziło mu się to miejsce i zapragnął zwiedzić okolicę. Udał się na pobliski przystanek autobusowy. Obok przystanku przechodził chłopak z pieskiem. Piesek tak się przeraził na widok dziwnego zwierza, że postanowił na wszelki wypadek bronić się atakiem. Szczeknął na kozła, a ten rzucił się do ucieczki. Przebiegł na drugą stronę jezdni. Tam spacerowała pani z owczarkiem. Nie przeczuwając niebezpieczeństwa spokojnie trzymała na smyczy  psa, który coś wąchał. Nagle przed psem przeleciał kozioł. Pies ruszył do przodu wyrywając właścicielce smycz z ręki. Co za widok! Biegnie kozioł, za nim pies a za nimi kobieta. Ganiali się w kółko przez jakiś czas. Wreszcie kozioł chcąc uwolnić się od natręta pobiegł do metra. Nie udało się autobusem wiec spróbował metrem udać się na wycieczkę. Nie widziałam co dalej się działo. Po jakimś czasie zobaczyłam mężczyznę prowadzącego kozła. Przechodził obok przystanku autobusowego. Wyobrażam sobie miny czekających osób, gdy zobaczyli faceta spacerującego z kozłem po mieście, Nie udała się kozłu wycieczka. Pracownik metra złapał go przed wejściem do wagonu i zaprowadził do jednego z barakowozów.

To był cyrk!

Widok osoby z psem czy nawet kotem na smyczy nie budzi już w mieście zdziwienia, ale spacer człowieka ze słoniem w środku miasta każdy długo zachowa w pamięci. Ja też się zdziwiłam i w pierwszej chwili przetarłam oczy ze zdumienia. 

Dzień trzeci.

Za domem słyszę dziwny odgłos jakby przebiegał tabun koni. Nie, to nie halucynacja. Wyglądam … naprawdę! Cztery kuce galopują po łące. Za nimi kilkoro ludzi. Próbują je złapać.  Konie poczuły wreszcie wolność i przestrzeń. Galopowały po łące tam i z powrotem. Wreszcie im się to znudziło. Pobiegły na jezdnię. Zdziwienie kierowców nie miało granic. Zderzenia z samochodami na ulicach miasta to nic nowego, ale stuknąć się z koniem nie przestrzegającym przepisów, to niespodzianka.

Dzień czwarty.

Wyglądam sobie oknem, prawie cała zdrowa już. Widzę podjeżdżający pod bazarek samochód. Przykuł moją uwagę, bo jakby się wahał, czy ma tu stanąć czy ma odjechać. Jakiś taki niezdecydowany był,  to znaczy, że podejrzany. No i miałam rację! Cóż to znaczy mieć intuicję. Kto wysiadł z auta? No kto? I z czyjego auta? Moja bratowa wysiadła! Agata Zdanowska jak w mordę strzelił! Z auta wspólnika Sergiusza, tego łgarza i krętacza. To już po raz kolejny się zdarza, więc z pewnością coś się za tym kryje.

Na tym skończyły się zapiski Doroty. Nie miała więcej na nie czasu bowiem życie przyspieszyło niespodziewanie przybierając tragiczny obrót. Stan zdrowia żony Michała  pogarszał się z dnia na dzień i zmarła z powodu nagłego zatrzymania krążenia.

Dorota bardzo przeżyła jej  śmierć. Zżyła się z tą biedną istotą w specyficzny sposób, jakby siostrami były, łączyła je więź przywodząca na myśl jakąś wiedzę nie z tego świata, z innego wymiaru.

Wróciły wszystkie wahania, rozterki i myśli, które Dorota uważała za przeszłość, o których sądziła, że odeszły w niebyt. A one wróciły i nie dawały spokoju. Wreszcie powiedziała Michałowi, że jest wolny, że może iść sobie gdzie go oczy poniosą i w ogóle to ona, Dorota, czuje się źle, podle, ma wyrzuty sumienia i nie może na siebie patrzeć. Bartuś przerażony sytuacją i gwałtowną rozmową siedział cichutko, schowany za wersalką, nie zauważony przez dorosłych i dopiero łkanie dające się słyszeć gdy dorośli zamilkli przytłoczeni ciężarem emocji spowodowało ich oprzytomnienie.

– Ty nie chcesz być moją mamą – płakał chłopczyk. – Dlaczego mnie przestałaś kochać? Co zrobiłem? Gdzie teraz będę mieszkał jak mam iść gdzie mnie oczy poniosą? Gdzie to jest?

– Kochanie, to nie tak – Dorota płakała razem z Bartkiem. – Przepraszam cię, źle zrozumiałeś…

– Dobrze zrozumiałem, że już mnie nie chcesz. I tatusia też i mamy sobie stąd pójść…

– Cicho skarbie – próbowała przytulić wyrywającego się chłopca. – Nigdzie nie pójdziecie… Ani ty, ani tatuś. Jeśli będzie chciał… Bardzo was kocham i nie wyobrażam sobie życia bez was…

– To dlaczego tak powiedziałaś? – wycierał zapłakane oczy.

– Bo bardzo było mi smutno z powodu tego, co spotkało twoją mamę Zosię.

– Mnie też jest smutno, ale ona nigdy ze mną nie mieszkała, nie chodziła ze mną na spacer ani do zoo, nie bawiła się ze mną…

– Była chora – cicho powiedziała Dorota głaszcząc Bartusia po główce. – Ale bardzo cię kochała, nigdy o tym nie zapominaj, bardzo.

– Przedtem miałem dwie mamy a teraz co? Ty dalej jesteś moją mamą? Prawda? Jesteś? – upewniał się.

– Tak kochanie, jestem, jeśli tylko tego chcesz.

– I nie każesz iść tatusiowi gdzie go oczy poniosą?

– Nie, nie każę. Pójdzie gdzie i kiedy będzie chciał – powiedziała cicho.

Michał przez czas  rozmowy synka z Dorotą nie odezwał się ani słowem. Teraz podszedł i objął ich oboje.

– Nigdzie się nie wybieram – powiedział równie cicho.

cdn.                                                                          

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 22 komentarze

Od plecaka się zaczęło

Przepakowałam niezbędnik, czyli akcesoria noszone w porze ciepłej w jasnym plecaczku, do plecaczka takiego samego, tylko w czarnym kolorze. Mam jeszcze zielony. Plecaczki rewelacyjne, jeśli chcą być torebkami to nimi są. Jeśli chcą być plecakami to też nimi są. A
kupione gdzie? No gdzie? 🙂  Dla ułatwienia dodam, że w miejsce zakupu iść można najdłuższą promenadą w Polsce, do tego wzdłuż potoku. Można przejść na drugą stronę jednym z nowych mostków-kładek, z których każdy ma swoja nazwę. Jest Most Flisaków, Most Zbójników, Most Zakochanych, Most Michała Słowika-Dzwona, a każdy pięknie udekorowany pelargoniami rosnącymi w skrzynkach zawieszonych na bocznych poręczach. Przynajmniej w tym roku tak było. Można przystanąć, oprzeć się  o poręcz i patrzeć w dół, na płynące w stronę Dunajca wody Grajcarka… Ups, wygadałam się 🙂 🙂 🙂  Już wszystko wiadomo, prawda? No właśnie, a  więc można patrzeć wszędzie, bo wszędzie jest pięknie. Po jednej stronie Grajcarka ciągnie się promenada, po drugiej – chodnik oraz ścieżka rowerowa. Obok chodnika ustawiono głazy dla upamiętnienia słynnych Polaków.


Przed oczami turysty nieustająco przesuwają się urokliwe obrazy. Muszę dodać, że najpiękniejsze zdjęcia znad Grajcarka mam ze Średnią, ale ona nie zgadza się na publikowanie, więc cóż, siła wyższa. Mogę jedynie obiecać, że zrobię nowe fotki podczas następnych odwiedzin mojego kochanego miasteczka.

 

Podczas naszych pierwszych pobytów na drugą stronę potoku można było przejść skacząc po kwadratowych kamieniach (pewnie obrobionych do pożądanego kształtu), których pozostałości widać na powyższej fotografii. Przyszła wielka woda, łagodny zwykle potoczek zbuntował się i z ogromną siłą uderzył w brzeg, zniszczył fragment ścieżki, odbił się od zbocza i dopiero wtedy pognał do Dunajca zabierając ze sobą owe kamienie służące do przejścia na drugą stronę. Co do niektórych się rozmyślał i rozrzucał gdzie miał chęć.  Po wyremontowaniu zniszczonej ścieżki, umocnieniu brzegów potoku metalową siatką, powstały kładki-mostki umożliwiające przechodzenie w kilku miejscach.

Mostu Flisaków tym razem nie sfotografowałam, jest to solidny, prawdziwy most, nie kładka jak tamte trzy. Pod nim Grajcarek spotyka się z Dunajcem. Lubię stać oparta o poręcz i patrzeć w dół, na spienioną wodę, ulegając wrażeniu, że to ja płynę a nie ona 🙂  Jeśli skręcę w prawo  – przejdę  w ulicę prowadzącą do Krościenka, a jeśli w lewo- dojdę  do Pienińskiego Parku Narodowego. Zanim wyruszę do PPN mogę pooglądać stoiska z pamiątkami, regionalne wyroby i właśnie tu kupiłam moje plecaczki, od których zaczęła się dzisiejsza wycieczka.

Tym sposobem dotarliśmy do Dunajca 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 14 komentarzy

Szczególny dzień

Jeśli dobrze zapisałam, to dziś – 27 listopada –  są urodziny Marysi naszej kochanej, Zamyślonej Kobiety w Barwach Jesieni. Niech nam pisze i doradza, opowiada i wspomina, tworzy piękne grafiki i roztacza wokół ciepło, mądrość i urok, jak tylko Ona potrafi. Wszystkiego najlepszego, Maryniu 🙂

Róża kwitnąca w tej chwili w moim ogródku, specjalnie dla Maryni 🙂

Drugie kwiatki – to dla przyjaciółki mojej, kochanej Mary, na pocieszenie i dowód, że nie jest sama tam, gdzie jest, bo dobre myśli i życzenia są obok i krążą, chociaż niewidoczne dla zwykłego ludzkiego oka.

Marcinki też z ogródka, w kolorze rozjaśniającym wszelkie mroki 🙂

Zwróciły w tej chwili moją uwagę słowa Louise L. Hay, właściwie afirmacja,  i pomyślałam, że je tutaj teraz przytoczę dla obu adresatek kwiatów na fotografiach.

W bezkresie życia, w którym jestem,                                                                               wszystko jest doskonałe, całkowite i pełne,                                                                                   a mimo to życie ciągle się zmienia.                                                                                               Nie ma początku i końca, tylko ciągły proces                                                                               przemian rzeczywistości i doświadczeń.                                                                                         Życie nie zatrzymuje się i nie zużywa,                                                                                           w każdej chwili jest zawsze nowe i świeże.                                                                                     Jestem jednością z Potęgą, która mnie stworzyła                                                                         i ta Potęga dała mi moc tworzenia siebie.                                                                                     Cieszę się wiedząc, że posiadam moc umysłu,                                                                         której mogę dowolnie używać.                                                                                                         Każda chwila w życiu jest nowym punktem wyjścia,                                                     umożliwiającym odejście od tego co stare.                                                                             Właśnie ta chwila, tu i teraz, jest dla mnie                                                                           nowym punktem wyjścia.                                                                                                               W moim świecie wszystko jest dobre.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

Złota jesień tegoroczna piękna była i długa

Po czterech dniach spędzonych w czterech ścianach, w tym dwóch w stanie kompletnej obojętności na świat zewnętrzny (w trzecim już spojrzałam w tv i się zagotowałam nie wiedzieć po co), wyszłam w niedzielę z domu. Poszliśmy po obiedzie z psiepsiołami w miejsce, w którym mogły się wybiegać. Szilka aż piszczała z radości, kiedy wychodziliśmy z domu. Ona uwielbia, kiedy wybieramy się wszyscy razem. Obwieszcza całemu światu, że idzie z własną rodziną, rozgląda się na boki, zagaduje do spotkanych sąsiadów, podskakuje z radości – to jest coś absolutnie wyjątkowego i cudownego.  Skitkowi jest wszystko jedno, ma na oku głównie moją kieszeń, w której są psie smakołyki 🙂  Na zewnątrz zdziwiłam się, że tak zimno. Wprawdzie Mąż uprzedzał i ubrałam się ciepło, ale mroźne powietrze zaskoczyło mnie. Cóż, koniec listopada przecież, więc niby nic dziwnego, a jednak niespodzianka.   Gdzie nie spojrzeć są już reklamy świąteczne. A ja wrócę do pięknej, wyjątkowo pięknej i długiej w tym roku, złotej polskiej jesieni.

Jeszcze niedawno było tak kolorowo w naszym przyosiedlowym lasku.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy