Trzeci grudniowy piątek

Mówiąc szczerze nie mogę zebrać myśli, żeby coś sensownego napisać. Co chwilę kłócę się z telewizorem, który co i rusz ogłasza nowe „mądrości” poprzez złotoustych rządzicieli, jakoś mnie doprowadza wszystko do większej „cholery” niż zwykle. Każda właściwie dziedzina naszego życia  dołuje coraz bardziej nawet jeśli bezpośrednio mnie nie dotyczy. Teoretycznie nie dotyczy, bo w sumie jesteśmy ze sobą połączeni.  A teraz u Olejnik jest gen. Rapacki, chcę go posłuchać.  Pokażę Wam tylko kilka fotek ze spacerów lockdawnowych (już) po lasku.

Dla poprawy nastroju prześliczne kwiaty, które dostałam niespodziewanie od koleżanki 🙂

… czy ktoś nie wierzy, że goździki są przepiękne? …

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Drugi grudniowy piątek

Już piątek, znowu czas przemyka w szalonym tempie. Tyle się działo przez ostatni tydzień w naszym pięknym kraju, że… chciałabym to wyrzucić z pamięci. Oczywiście nie da się, ale pisać o tym nie będę. Nie chcę skupiać się na złych sprawach i emocjach, jesteśmy
wystarczająco zdołowani, żeby jeszcze głębiej się pogrążać z własnej woli.
Są i dobre wiadomości. Za miesiąc odbędzie się finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – to jest cudowne święto wspólnoty, społeczeństwa obywatelskiego, więzi z rodakami z całego świata. Druga – to widziałam z przyjemnością działania Szlachetnej Paczki, pomoc dla potrzebujących rodzin. O polsatowskim „Naszym nowym domu” już wspominałam. I jeszcze coś, co wydaje się być ważne baaardzo – budzenie się świadomości obywatelskiej wśród młodych ludzi. Ciekawa jestem niedzieli, czy faktycznie coś się wydarzy
ważnego czy nic. Zobaczymy.
We czwartek zaczął sypać śnieg. Wcześnie rano byłam z psami i tylko wiało, potem wyjrzałam w którymś momencie przez okno i zdziwiłam się, bo zrobiło się biało. Do wieczora nie przestało, pierwszy śnieg nie stopniał. Ciekawa jestem czy będzie kiedy następnym razem przyjedzie Calineczka. Obiecałam jej, że zrobimy bałwanka 🙂 Ucieszyła się i wyglądała co chwilę czy już jest ten jakiś śnieg, ale nie było. Maleńka jest bardzo konkretną osóbką w dalszym ciągu, bardzo samodzielną, wszystko chce robić „siama”, przecież „siama poladzie” i „dam lade” 🙂 Cieszę się, że dobrze się u nas czuje, kiedy Duży się zbiera ona chce „jeście ziośtanąć” , bo „telaś ubieziem ciepłe ublanko i pójdem na podwólko albo na twój plać ziabaw, babciu” 🙂 Na pytanie jak ma na drugie imię zastanawiała się przez chwilę i odpowiedziała „cólcia mała” 🙂 Aha, jeszcze nie lubi „ciekapu” (keczapu) do „ubluionego makalonu” 🙂 Po prostu bezustannie mi się gęba
uśmiecha gdy słucham jej szczebiotu, nie da się inaczej 🙂

Dwa zdjęcia jesienne zrobione niedaleko, przy okazji wyjścia  z psiepsiołami.

… zaorane pole, na którym latem rosło zboże…

…konik też na trasie spacerów …

Jako ciekawostkę pokażę Wam roślinę, na którą zwróciłam uwagę dopiero w tym roku. Gdyby nie było informacji co to takiego przeszłabym obojętnie jak już wielokrotnie. Po przeczytaniu przyjrzałam się temu „dziwu” i zobaczyłam owoce. Noo, to już zasługiwało na uwiecznienie 🙂  Oczywiście było to w Szczawnicy, gdy zieleń szalała wokół a kwiaty oszałamiały kolorami 🙂

… słyszeliście o gruszy wierzbolistnej? …

… tu widać małe gruszeczki…

…na dwóch pozostałych zdjęciach też, choć trudno je wypatrzyć w gęstwinie liści…

… a tak się prezentuje w całej okazałości…

Grusza nie ma żadnego związku ze związkiem 🙂  ale jakoś mi tak przyszło do głowy, żeby ją pokazać, w końcu nie wszystko musi być zawsze zrozumiałe, prawda? Ważne, że nowe i ciekawe.  I Szczawnicę przypomina 🙂

Miłego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 31 komentarzy

7 grudnia, poniedziałek

Bardzo lubię oglądać „Nasz nowy dom” na Polsacie. W niedzielę był wyjątkowy, świąteczny odcinek, w którym gościły „fundacyjne” rodziny, obdarowane prezentami. Miałam przez cały czas uśmiech na twarzy, przyznaję, że podczas tego programu zapominam o wszystkim innym. Tym razem jeszcze dodatkową przyjemnością było patrzenie na uszczęśliwione dzieciaki, ich radość – bezcenna 🙂

W tygodniu upiekłam chlebki po raz pierwszy po wakacyjnej przerwie. Nie chciało mi się iść do sklepu, w dalszym ciągu ograniczam takie wyjścia do niezbędnych. W zamrażalniku chleb mam nauczona wiosennym lockdownem, ale trzeba byłoby go rozmrażać, więc przypomniałam sobie o przepisie od Małego i upiekłam. Przepis jest na tej stronie –  https://annapisze.art/?p=2756

… Skituś jest pierwszy wszędzie tam, gdzie zwącha coś do zjedzenia, a może się uda podkraść?…

Zachęcona udanym wypiekiem wypróbowałam przepis na bułeczki od Jotki. Może niezbyt foremne wyszły ale za to takie dobre, że zniknęły momentalnie czyli na kolację 🙂  Moje Szczęście stwierdziło, że się rozpływają w ustach. Tak więc Jotko kochana – dziękuję za przepis 🙂 🙂 🙂

… tak wyglądały bułeczki Jotki, już tak się będą nazywały na wieki wieków – jak mawiała moja babcia 🙂

Z kulinarnych ciekawostek zrobiłam smaczne kotleciki/placuszki.  Użyłam pół wędzonego tofu, które utarłam na dużych oczkach i tak samo postąpiłam z jednym ziemniakiem. Do tego dałam 2 surowe jajka, trochę mąki ziemniaczanej i kukurydzianej, resztkę startego żółtego sera, sól, pieprz, trochę przyprawy do gyrosa. Konsystencję miały idealną, usmażyły się szybciutko i smakowały nawet Mężowi 🙂  Do tego zrobiłam dwa dni temu sałatkę kremlowską z przepisu przysłanego przez moją przyjaciółkę Marysię i wiecie co? Pycha! Przepisu ściśle się nie trzymałam, jak zwykle, nic nie ważyłam, jedynie składniki zalewy Mąż odmierzał i zalewę robił własnoręcznie. Użył:  3 szklanki wody, 1 łyżkę soli, 15 łyżeczek cukru, 3/4 szklanki oleju, 1/2 szklanki octu. Wszystkie składniki zagotował.  W tym czasie ja kroiłam kapustę, jedną po prostu, bez ważenia. W przepisie było tak: 1 kg białej kapusty, 2 buraki, 2 cebule, 2 marchewki. Kapustę pokroiłam (wcale nie idealnie cienko bo nie umiem), cebule w piórka, buraki i marchewkę Mąż starł na dużych oczkach. Zalewy starczyło akurat, żeby w misce przykryła wymieszane składniki.  Tak sobie stała przez noc. Po spróbowaniu stwierdziliśmy, że za mdła, dodałam dużo pieprzu, jeszcze trochę soli i sypnęłam czosnku granulowanego sporo, nie żałowałam. Potem przełożyłam do słoików, wyszły trzy po ogórkach. Jeden już pusty, wczoraj i dziś zjedliśmy zachwycając się smakiem.

… placuszki z tofu obok kremlowskiej sałatki, idealnie razem pasują do siebie smakiem i wyglądem …

Poza tym – byłoby zupełnie przyjemnie gdyby nie paskudny, mroźny wiatr. Przez jego wianie nie ma już całkiem liści. Wiem, powtarzam się, ale naprawdę nie ma i żałuję, że nie jest już kolorowo.

… ostatnie podrygi jesieni …

Jedynie na dębach jeszcze trochę się trzymają. Nic dziwnego, dęby są mocne, silne to i liście długo się opierają wiatrowi 🙂  Tak i Wy opierajcie się wszelkim niekorzystnym wiatrom 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 45 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 48

Letniczki przyjechały ekspresem do Krakowa, stamtąd Reniek przywiózł je autem  do Karoliny. Dziewczynki narobiły tyle radosnego pisku i krzyku, że słychać je było w całej okolicy. Monika najpierw nie mogła się oderwać od Tiny, a potem ugrzęzła w pokoju na piętrze z Mimi w ramionach i płakała z radości.

– Gdybym mogła, w tej chwili łeb bym tej małpie ukręciła przy samej … kości biodrowej – mruknęła Karolina.

I pani Mela i Aldona spojrzały na nią z aprobatą, nie były potrzebne żadne dokładniejsze wyjaśnienia, wiedziały o kim mowa. Dziewczynka pozwoliła się oderwać od swoich  faworytek dopiero po długim czasie i po przekonaniu się, że będzie mieszkała w domu obok, mogąc w każdej chwili przyjść w odwiedziny. No i oczywiście Tina pójdzie z nią, zresztą wszyscy pójdą zainstalować ją wraz z babcią w letniskowym domu. Pełnia szczęścia nastąpiła, gdy dowiedziała się, że do domku pod lasem przyjechała już cała rodzina chłopaków i niebawem się zobaczą.

Nie trzeba było długo czekać, by trzech chłopców przybiegło na skróty przez pola. Całe towarzystwo narobiło po raz kolejny co niemiara krzyku, pisku i hałasu, po czym wszyscy razem pognali z powrotem. Nie trzeba dodawać, że najszczęśliwszą istotą na świecie była w tym momencie Monika.

Pogalopowali od razu na strych. Rozsiedli się na swoich stałych miejscach, przekrzykiwali się wzajemnie, paplali o wszystkim co tylko ślina przyniosła na język, o przygodach zeszłorocznych, o tym, co się działo przed przyjazdem Moniki, o babci Basi i jej przeżyciach z dawnych lat. Monika nie mogła się nadziwić, że tyle ciekawych rzeczy się wydarzyło.

Po południu do domku pod lasem przyszedł wujek Zygmunt. Często przychodził na pogawędki, albo przyjmował przyjaciół u siebie. Nie mogli się z Dziadkiem nagadać i nawspominać – jak twierdziła babcia Basia.

– Witaj skarbie – serdecznie przytulił dziewczynkę. – Bardzo się cieszę, żeś przyjechała. O rany, jakżeś ty urosła! Nie wiem czy bym cię poznał, gdybym cię tak znienacka na drodze spotkał.

– Wujku, – spojrzała z wyrzutem, – mógłbyś mnie nie poznać?

– No coś ty, żartowałem – uśmiechnął się. – Przecież poznałbym na końcu świata moją Biedroneczkę.

– Wujku, opowiedz nam o partyzantce – poprosiła Monika.

– A co was tak nagle na wspomnienia wzięło? – zapytał.

– Powiemy? – bliźniaczki spojrzały na siebie.

– No…bo… znaleźliśmy starą gazetę, w której było zdjęcie babci Basi…

– Udzielała wywiadu, mówiła tam o jakimś Heńku i o pistolecie, który miała dostać jakby na imieniny…

– I  zrobiła się smutna – wyjaśniły równocześnie.

– No tak – zamyślił się wujek. – To nie są łatwe sprawy. Ona wtedy straciła narzeczonego.

– Co? Jak to… – zaczął Marek. – Niemożliwe, przecież pamiętam dziadka, a nie żyłem w czasie wojny!

– Tu nie chodzi o twojego dziadka, Mareczku. Jego znała dawno, jako kolegę. Heniek, jej pierwszy narzeczony zginął w lesie podczas akcji.

– Biedna babcia – cichutko powiedziała Monika.

– Dziadek Marka miał do niej sympatię od dawna. Po tej tragedii bardzo jej pomagał. Po wojnie długo zachodził do niej, zalecał się aż w końcu zgodziła się zostać jego żoną. Życie toczyło się dalej, odbudował się kraj z ruin, trawa zarosła ślady zbrodni, ludzie pragnęli normalności po strasznych wojennych przejściach, ale było ciężko. Jeszcze wiele lat potem bali się, że wyjdzie z lasu jakaś banda i wymorduje mieszkańców… Straszne czasy, straszne… Dzięki Bogu, że ich nie znacie… – zamyślił się.

– Babcia Basia tak samo wyglądała – szepnęła  Inka.

– Może oni widzą to, co się działo wtedy i dlatego im się robi smutno – odszepnęła Linka.

Myśli chłopców podążały całkiem innymi drogami.

– Wujku, wujku, opowiedz nam o akcjach, w których brałeś udział – prosił Kuba.

– No bo, wujku, Marek o tym słyszał od małego, a my nie i nic nie wiemy – tłumaczył Maciek. –To nie całkiem w porządku, skoro zostaliśmy braćmi.

– Masz rację, całkiem nie w porządku – wujek zgodził się z chłopcem. – A o czym chcielibyście usłyszeć?

– O wszystkim!

– Nie da się, nie ma takiej możliwości – potarmosił czuprynę najbliżej stojącego Kuby i zastanowił się przez chwilę. – Trochę wam już opowiadałem. A… a więc na przykład konwojowaliśmy dwóch oficerów angielskich, którym udało się uciec z obozu jenieckiego. W lasach, to już kiedyś mówiłem, były magazyny broni. Tam też robiliśmy wypady, żeby zdobyć łupy. Udawało się capnąć granaty, różną amunicję, czasem też artyleryjską, z której nasi chłopcy wykorzystywali materiał wybuchowy. Czasem przechodząc nocą w pobliżu wsi strzelaliśmy…

– Po co?

– Żeby ludziom dodać otuchy, pokazać, że jesteśmy, żeby myśleli, że jest nas dużo. Zmuszaliśmy tym wroga do czuwania. W dzień kryliśmy się po lasach albo w różnych opuszczonych stodołach, szałasach. Przemieszczaliśmy się nocami, bo nocą w lesie byli tylko sami swoi.

– Ja bym się bardzo bała być nocą w lesie – wzdrygnęła się Monika.

– Ale to już było jak uciekłeś z Baudinstu? – dopytał Kuba.

– Tak, po tym, jak wyszedłem zza szafy.

– Jak to?

– Mówiłem, że się ukrywałem w pokoju, na którego drzwi ciotka z babcią przesuwały szafę zasłaniając je całkowicie. I siedziałem tam najpierw sam, a potem z Wieśkiem, granatowym policjantem, który uciekł z posterunku,  nie chciał już dłużej służyć frycom. Potem on poszedł do lasu a ja pojechałem do Krakowa. Dopiero później, już po krakowskich tramwajach, wróciłem tutaj, do ciotki i nawiązałem współpracę z chłopakami z lasu. Było mi łatwiej bo już dobrze się znałem na broni.

– A skąd mieliście broń i amunicję, z tych magazynów? – spytał Maciek.

– To też, ale przecież była bezustannie potrzebna. Jak zabrakło amunicji to nie dało się robić wypadów, żadnej akcji. Zmuszeni byliśmy do  zasadzania się na pojedynczych żołnierzy albo na granatowych policjantów. Z niemieckich  transportów kolejowych jadących na Słowację chłopaki też wykradali broń i oprzyrządowanie. Zresztą nie tylko to było w lesie potrzebne.

– A co jeszcze?

– Wam się pewnie zdaje, że było jak na filmach. Wszyscy najedzeni, czyści, w mundurach, śpiewający pieśni przy ognisku… A było zupełnie odwrotnie. Musieliśmy zdobywać ubrania, buty, żywność. Były okresy okropnego głodu. Jeśli nie udało się przynieść jedzenia od rodziny ze wsi, było  bardzo źle. To samo z lekarstwami, bo choroby atakowały naszych osłabłych z głodu, zimna, przemoczonych od padającego całymi dniami deszczu. Nie było się gdzie ukryć, nie dało się założyć stałego obozu bo groziło odkryciem, zdemaskowaniem podczas obław na partyzantów tropionych przez szwabów….

– A ty byłeś dowódcą? – zapytał Kuba.

– Nie, coś ty, ja młodzik byłem jeszcze, ale łącznikiem byłem, wszędzie się pchałem gdzie mogłem, bo mi przygoda pachniała. Po latach, w wieku dojrzałym, widzi się dopiero głupotę młodości, ale tak już ten świat jest urządzony, że rozumu przy młodości nie znajdziesz…

– Ty też się tak męczyłeś?

– Nie, ja nie tak bardzo, bo mieszkałem w domu ciotki. Musiałem mieć uszy i oczy otwarte, bo jak dokwaterowali oficerów niemieckich to mogłem usłyszeć coś, co przydatne było naszym. W samym lesie też spędziłem trochę czasu a potem, gdy na powrót u ciotki zamieszkałem, miałem już inne nazwisko, lewe dokumenty i czułem się bezpieczny.

Wujek się zamyślił, zapadła cisza, którą przerwała ciocia Rózia wołając Maćka do telefonu.

– Maciusiu, dlaczego nie zadzwoniłeś? – usłyszał głos matki.

– Jakaś baba na mnie napiszczała. Musiu, dlaczego napuszczasz na mnie jakąś wstrętną babę?

– Słucham? – w głosie Teresy dało się słyszeć ogromne zdumienie.

– Kazałaś mi zadzwonić jak dojdziemy do wujka. Dzwonię i dzwonię, a ta zołza mi mówi: piju, piju, abonent czasowo wyłączony. To po co każesz mi dzwonić a potem się wyłączasz? I to czasowo!

W słuchawce zrobiło się najpierw cicho, a potem omal nie eksplodowała na skutek salwy śmiechu….

– No ja nie mogę z tymi dziećmi, zwyczajnie kiedyś przez was umrę ze śmiechu – wyrzęziła Maciusiowa matka. – Chciałam ci przypomnieć, żebyś wziął od cioci Rózi paczuszkę, którą ma dla mnie.

– Ok, nie ma sprawy, ale muszę lecieć, bo może wujek jeszcze coś opowie.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Barbara, Basia, Baśka, Basieńka…

Dla wszystkich dzisiejszych Solenizantek kwiaty 🙂 Oraz życzenia, żeby na przekór wszystkiemu cieszyły się zdrowiem każdego dnia, by radość gościła w sercu pospołu z nadzieją na rychły powrót normalności, i żeby to się spełniło jak najszybciej 🙂

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

Poniższe informacje pochodzą z „Księgi imion” trojga autorów: Bogdana Kupisa, Bogny Wernichowskiej i Jana Kamyczka wydanej w 1975 roku przez Książkę i Wiedzę.

Niech nam żyję wszystkie dziewczyny o tym pięknym imieniu 🙂 🙂 🙂

…a żeby miło było przez dzień cały to jeszcze kwiatki z sąsiedztwa, takie były wiosną 🙂 🙂 🙂 …

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

Jesień, która już sobie poszła

Jak to możliwe, że już nadszedł ostatni miesiąc roku? Mówiłam, że ten czas pędzi niemiłosiernie do przodu, przyspieszył nawet jeszcze bardziej.  Dopiero była wiosna, chyłkiem wychodziliśmy z domu, żeby nikt nie widział, potem nagle ogłoszono, że nie ma powodu, że „jego” już nie ma, potem spaliły na panewce nadzieje powrotu do normalności, bo większość otumanionego narodu dopiero teraz zaczyna przeglądać na oczy… Oj, trudny to rok i będzie zapamiętany na długo.

Zanim się zrobi najpaskudniejsza jesień (a trwać będzie do 21 grudnia) , czyli wietrzna, dżdżysta, błotnista i ogólnie paskudna,  najokropniejsza ze wszystkich, albo już śnieżna i mroźna – pokażę kilka zdjęć jesieni ładnej, kolorowej, czyli takiej jaka powinna trwać do wiosny, aby zimy nie było 😉 Jak ja nie lubię zimna!

No i takie to pożegnanie kolorów. Z drugiej strony bliżej do wiosny i tego się trzymać będę, a Wy się trzymajcie zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 24 komentarze

Arkady Fiedler

Tak się złożyło, że dziś jest rocznica urodzin Arkadego Fiedlera, który przyszedł na świat 28 listopada 1894 roku (czyli był o 5 miesięcy starszy od mojego dziadka Staszka). Nie wiedząc tego napisałam o nim kilka słów, bo akurat znalazłam w starych wycinkach informację o Puszczykowie. Weszłam na stronę Muzeum i zobaczyłam datę urodzenia. Niesamowita zbieżność, bo akurat dziś chciałam wpis opublikować! Akurat w urodziny!

Dawno temu uwielbiałam powieści przygodowe, czytanie o podróżach, ciekawostki o dalekich krajach.  To było jeszcze przed epoką telewizora w domu! Ktoś pamięta takie czasy? Rano, przed szkołą, mama posyłała mnie z bańką do sklepu po mleko i kupowałam też pyszne słodkie bułeczki z makiem polane lukrem, uwielbiałam je… Wyobraźcie sobie, że marzyłam o chatce na palach nad Amazonką! Teraz na samą myśl dreszcz mnie przeszywa, brrr, za skarby świata, ale młodość kieruje się swoimi prawami i wtedy chciałam 🙂  Książki przynosiłam ze szkolnej biblioteki, kupowałam za uciułane kieszonkowe. Do tej pory mam jeszcze kilka pozycji Arkadego Fiedlera. Czy wiecie, że studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim filozofię i nauki przyrodnicze? Nie mógł poświęcić się nauce ponieważ wybuchła I wojna światowa i wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim. Potem już oddał się swojej głównej pasji i został podróżnikiem.
Pierwszą prawdziwą podróż odbył w 1927 roku (mój tata miał roczek)  do Brazylii,  wrażenia opisał  w książce „Bichos, moi brazylijscy przyjaciele” oraz „Wśród Indian Koroadów”, potem „Ryby śpiewają w Ukajali”. W 1937 roku był na Madagaskarze, a w chwili wybuchu II wojny przebywał na Tahiti. Stamtąd przez Francję przedostał się do Wielkiej Brytanii. Tam napisał słynny „Dywizjon 303” o polskich lotnikach walczących w bitwie o Anglię. W pojemnikach zrzucanych nad Polską z alianckich samolotów była często ta właśnie książka (oczywiście pomiędzy innymi przedmiotami znajdującymi się wśród  zrzutów), która krążąc między ludźmi pomagała przetrwać okupację.
Po wojnie Arkady Fiedler wrócił do Polski z żoną Marią, Włoszką, którą poznał w Londynie. Zamieszkali w Puszczykowie pod Poznaniem. Miejsce to stało się domem rodzinnym dla następnych pokoleń Arkadych, bowiem w każdym kolejnym pokoleniu jest Arkady 🙂  Taka rodzinna tradycja 🙂  Rozróżnia się ich po drugim imieniu. Pierwszy był Arkady Adam, jego syn to Arkady Radosław, dalej Arkady Paweł, a najmłodszy – Arkady Antoni.
Pierwszy Arkady napisał 32 książki wydane w 23 językach w nakładzie ponad 10 mln. Odbył 30 wypraw w różne zakątki świata, kilkakrotnie zabierał ze sobą syna. Zmarł 7 marca 1985 roku.

W Puszczykowie znajduje się prywatne Muzeum-Pracownia Literacka Arkadego Fiedlera w rodzinnym domu. Więcej informacji i zdjęcia można zobaczyć w:
http://www.fiedler.pl/sub,pl,muzeum.html
http://www.fiedler.pl/news,pl,228.html

Polecam ponieważ sama zaczęłam oglądać filmiki z Muzeum, na których Marek Fiedler opowiada historie z życia Arkadego. Z przyjemnością przenoszę się na kilka minut w inny świat. Jeszcze wszystkich nie widziałam, dawkuję sobie jeden dziennie, ale jestem zachwycona tym, że mogę siedząc w domu przebywać jednocześnie pod Poznaniem i zwiedzać Muzeum.

Pod ręką miałam dwie pozycje, świetnie były wydane, w twardej okładce z kolorową mapą po wewnętrznej stronie  pokazującą tereny, o których mowa w tekście. Były jeszcze piękne, kolorowe obwoluty, ale się nie uchowały, zniknęły w mrokach czasu  😉

Wydobyłam je z czeluści regału w ramach szczerej chęci zabrania się za świąteczne porządki, ale chyba najpierw z przyjemnością je sobie przypomnę. Robota nie zając, nie ucieknie, prawda?  I obejrzę kolejny filmik z Muzeum w Puszczykowie 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Jesienna nasza…

Dopiero jedne życzenia były dla Kasiek super dziewczyn, a już dziś dla naszej Maryni, kochanej czyli kobiety w barwach jesieni   URODZINOWE ŻYCZENIA  🙂 🙂 🙂

…dla Maryni takie piękne kwiaty z parku w Piasecznie…

Maryniu kochana! Zdrowia, zdrowia i zdrowia – teraz to wartość podstawowa, żebyś przez długie lata podnosiła mnie na duchu jak to czynisz cały czas, bo jesteś dla mnie wzorem do naśladowania. Jesteś niesamowicie ciepłą osobą, mądrą, wciąż uczącą się i poszukującą, umiesz tworzyć, umiesz przywołać wspomnienia i przekazać je w niezwykle zajmujący sposób, prezentujesz mądre przemyślenia, wspaniałe cytaty, piękne grafiki …  i w ogóle – jesteś  FANTASTYCZNA !!!  Przesyłam moc najserdeczniejszych życzeń, i duuużo Ciepłego i Puchatego, sto lat!!! A potem będę życzyć dalej 🙂

Teraz trochę jesiennego nastroju z wczorajszego spaceru z psiepsiołami w lasku.

… to przepiękny dąb, uosobienie siły, spokoju i dostojnego piękna…

Ten dąb wprawdzie nie rośnie w lasku, ale zdjęcie zostało zrobione podczas psiego spaceru więc się liczy 🙂  Przez ostatnie dwa dni świeciło słonko, od razu przyjemniej się zrobiło. Najbardziej przeszkadza mi krótki dzień i ciemno za oknem, zdecydowanie nie lubię, gdy „ciemność widzę” – ale przy tych słowach od razu się uśmiecham widząc sceny z „Seksmisji” 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 16 komentarzy

Kasieńko, Kasiu, Katarzyno :)

… z życzeniami dla każdej Kasi 🙂 …

Kasiek w pobliżu jest niemało,
trochę się ich tu „nazbierało”,
a ja się z tego bardzo cieszę
i z rana z życzeniami spieszę.

Kasia domowa, Kasie blogowe
niech się dziś czują niczym królowe,
niech im słoneczko przecudnie świeci,
zmartwień nie przysparzają dzieci.

Niech moc radości, kasy, miłości
w życiu Kasieńki każdej zagości
i jeszcze – co się należy każdej Kasi –
partner coś szybko upitrasi.

Dziś mają imieniny Kaśki,
nie są potrzebne Kasiom zdrowaśki
lecz duuużo szczęścia, nie bez przyczyny,
bo Kaśki to są SUPER DZIEWCZYNY !

A.Z. 25.XI. 2020

… skromnie dodam, że w mojej ursynowskiej sadze też znalazła się Kasia, bo bardzo lubię to imię 🙂 …

Dla każdej Kasi z osobna i dla wszystkich razem WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 10 komentarzy

Podczas mycia buraków…

Podczas mycia buraków przed wrzuceniem do garnka celem ugotowania przyszło mi na myśl co następuje dalej, a wszystko odnośnie kobiet. W pokoleniu moich pradziadków podział ról między kobietą a mężczyzną był tradycyjny. U dziadków też, lecz tu już drobna zmiana nastąpiła, bo babcia pracowała zanim wyszła za mąż. W pokoleniu moich rodziców dzieciństwo od dorosłości oddzieliła wojna. Właściwie źle mówię, nie oddzieliła tylko spowodowała skok z dzieciństwa wprost w dojrzałość bez okresu przejściowego. Po wojnie kobiety w wielu przypadkach musiały wziąć stery w swoje ręce, szukać pracy, utrzymać domy, rodziny, wychować (i wykarmić) dzieci. Zresztą nie pierwszy raz w historii polskie kobiety  musiały tak postępować, panowie przecież ginęli w powstaniach, byli wywożeni na Sybir, gnili w więzieniach i jeśli nawet któryś wrócił w domowe pielesze – nie zawsze wracał do normalnego życia ze względu na nadwątlone siły fizyczne, zły stan zdrowia psychicznego tak, że kobieta jeszcze i nim musiała się opiekować.
Ja się wychowywałam już w warunkach, które były dla mnie najnormalniejsze na świecie, tak uważałam. Życie było cudowne i przewidywalne, spokojne i bezpieczne: szkoła, studia, praca, założenie rodziny, w dalekiej perspektywie emerytura i w sumie – pełnia
szczęścia. Nie zauważałam różnicy w traktowaniu dziewcząt i chłopców, w obowiązkach, to zapewne zasługa rodziców i nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Teraz, w dzisiejszych zwariowanych (ze znaczeniem pejoratywnym użyłam określenia: zwariowane) czasach z podziwem patrzę na wspaniałe dziewczyny, młode kobiety nie wyrażające zgody na odebranie sobie wolności przez bandę stetryczałych facetów, starych i młodych dewotek, faryzeuszy, którzy dawniej masowo usuwali ciąże biorąc za to bajońskie sumy, a teraz robią z siebie świętoszków, przez starego dziada „ni to chłopa ni to babę” co nigdy w życiu nie miał żony, dzieci, co zostawiony sam sobie zginąłby z nieporadności i ze strachu po kilku krokach na ulicy bez obstawy. Przez takie monstrum, co z obłędem w oczach, który to widok dobrze jest już znany z kilku wystąpień, z rozczochranymi resztkami włosów, z których obficie łupież sypie się na marynarkę – jest obrzydliwy a nie tylko żałosny. Byłby godny politowania gdyby nie niszczył życia ludziom, nie demolował całego kraju. Za tą pokraczną postacią wyrasta jednak groźniejszy cień, mianowicie poseł zero. Przez jego chore urojenia życie straciło swego czasu wiele osób, które nie doczekały się przeszczepów, mści się na lekarzach za to, że jego rodzina nie należy do nieśmiertelnych bogów. Teraz koniecznie chce nas wyprowadzić z normalnego świata i zabierać dorobek życia i pracy każdego, kto mu się nie podoba. Dokąd doszliśmy? Dokąd pozwoliliśmy się zaprowadzić?
Miałam nie odnosić się do spraw aktualnych, uspokoić się… ale nie da się tego wytrzymać! Nie jestem „zasmucona” jak abp Polak w sprawie Dziwisza. Jestem wściekła, wpieniona, wk***na także na to, że wieloletnia praca nad zbudowaniem wysokiej pozycji Polskiej Policji
w rankingu zaufania społecznego poszła na marne. Za to, że etos służby policjanta walczącego ze złem rozbija się na moich oczach w pył.  Za to, że formacja, która z różnych powodów była bliska memu sercu splamiła się w sposób niemożliwy do wytłumaczenia –
zamaskowane mięśniaki z pałami atakujące kobiety i nastolatków, wypadające nagle jak faszystowskie bojówki dawno temu… Widziałam na własne oczy i żaden „pan” nie będzie mi tu kitu wciskał, że nie widziałam tego co widziałam, że nie słyszałam tego co słyszałam i w
ogóle niczego i nikogo w tym miejscu nie było. Wstyd panowie! I to ma być elita Polskiej Policji? Antyterroryści znienacka atakujący kobiety? Policjant podchodzący od tyłu do spokojnie stojącego chłopaka i ciskający nim o beton? Jak się teraz mogą czuć ludzie pracujący w Policji nie pochwalający takich zachowań, nie mający z nimi nic wspólnego?

Jako ciekawostkę przytoczę Wam Przykazania Policjanta zamieszczone w czasopiśmie „Na Posterunku” z 1938 roku (nr 5).

Przykazania Policjanta
1. Honor i Ojczyzna – oto hasła, którymi w życiu Twoim masz się kierować.
2. Ojczyzna powierzyła Ci broń i oczekuje, że będziesz Jej godny.
3. Ojczyzna przyznała Ci wyjątkowe prawa. Tych praw nie nadużywaj, gdyż nie są one przywilejem, lecz obowiązkiem, który sumiennie wypełniasz w służbie Narodu.
4. Przestępstwo jest nieszczęściem. Zachowaj się wobec niego z powagą i ludzkością.
5. Pomóż temu, kto Twej pomocy potrzebuje i obchodź się ze wszystkimi tak, jak byś chciał, by się z Tobą obchodzono.
6. Bądź odważny, sumienny, ostrożny i nie zawiedź nigdy zaufania przełożonego. Nadużycie zaufania jest hańbą. Mów prawdę, gdyż kłamstwo jest tchórzostwem.
7. Pamiętaj, że nosisz mundur. Jak Cię widzą, tak Cię piszą. Bądź więc zawsze schludnie i czysto ubrany i nie zaniedbuj wyglądu zewnętrznego.
8. Żyj skromnie, zachowasz przez to niezależność. Nie przyjmuj żadnych podarunków, gdyż to zobowiązuje. Jako policjant nie możesz mieć zobowiązań. Życie ponad stan jest hańbą i prowadzi do nieszczęścia. Pijaństwo zabierze Ci ludzką godność, staniesz się
pośmiewiskiem rodaków i zasłużysz na pogardę dzieci.
9. Pamiętaj, że Cię podsłuchują, więc nie mów publicznie o sprawach służbowych. Zachowaj umiar w mowie.
10. Bądź w życiu i służbie sprawiedliwy.
11. W wystąpieniach przeciwko wrogom Ojczyzny bądź bezwzględny, pamiętaj jednak, że dobry żołnierz gardzi okrucieństwem.
12. Rozkazów przełożonych słuchaj bezwzględnie, bądź wzorem dla podwładnych, którzy Cię pilnie obserwują. Jeśli żądasz od innych, by byli dobrymi kolegami, pamiętaj sam o koleżeństwie.
13. Miej pogardę dla pochlebców.
14. Pamiętaj, że jesteś żołnierzem. Nie zaniedbuj ćwiczyć się w żołnierskiej sprawności i ucz się ciągle, pamiętając o tym, że obywatele widzą w Tobie człowieka, który musi wiedzieć wszystko.
Komendant Główny Policji Państwowej
Gen. bryg. nadinspektor Józef KORDIAN-ZAMORSKI

Takie myśli mogą nachodzić kobietę w wieku dojrzałym podczas mycia buraków… Bowiem życiem jest wszystko co nas otacza i wszystko co się wewnątrz nas kłębi…

…dla uspokojenie jesień w lasku…

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy