Dziś – 1.XI. 2020

Taki dziś dzień, że wspominamy. Bliskich bliskich, dalszych, nawet tych, o których rzadko myślimy.  Nie tylko rodzinę ale i znajomych. Coraz więcej znajomych z pracy zamienia ten świat na lepszy (podobno) i przekracza Tęczowy Most…  Niby taka kolej rzeczy, ale smutno…

Przeszłam rano koło cmentarza, pomyślałam, pomamrotałam pod nosem i zrobiłam zdjęcia.  Nie będę nic mówić, bo mnie cholera bierze… nie można było powiedzieć tydzień wcześniej, że cmentarze zamkną? Jak mają się czuć oszukani ludzie, którzy w te dni zarabiają na przeżycie zimy? Mają zap****ć (przeżyć) za miskę ryżu przecież, zapomniałam….

Jedna sprawiedliwość jest na świecie, że wszyscy bez wyjątku znajdą się tam, gdzie dziś nam zabronili rządziciele wejść… bez względu na to, czy ktoś się uważa za nieśmiertelną istotę i lepszą od innych….

Nie mam problemu z cmentarzami, szczególnie takimi niedużymi, w małych miejscowościach, są częścią naszego życia… Takie mam odczucie od czasu kiedy sobie uświadomiłam, że cmentarz to też  życie –  chodząc z psami wzdłuż ogrodzenia i obserwując mnóstwo ludzi odwiedzających swoich bliskich, spędzających tam czas jakby z nimi, rozmawiających, opowiadających im o różnych sprawach, pytających o radę, proszących o pomoc…  Sama też tak robię… Niektóre cmentarze przypominają parki i jesienią wyglądają pięknie dzięki Matce Naturze…

Trzymajcie się zdrowo i nie dajcie się żadnej francy!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 22 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 46

Aldona siedziała na werandzie pogrążona w lekturze. Dała sobie na czytanie godzinę, potem planowała zająć się obiadem. Tina spała rozciągnięta na całą długość, dzieci pobiegły na Skałki zajęte swoimi sprawami, Karolina była w Krzeszowicach. Wokół cisza i spokój, cudownie leniwe letnie przedpołudnie. Koło ucha zabrzęczał owad. Aldona machnęła ręką nie przerywając czytania, by nie tracić wątku. Duża, pasiasta osa przeleciała jej nad głową i przysiadła na brzegu szklanki po kompocie. Aldona odłożyła książkę na stolik, wzięła szklankę z osą i wytrzepała owada na trawę.

– A idźże sobie stąd – mruknęła. – Jeszcze bym cię połknęła i co wtedy? Udusiłabym się jak nic. Śpij Tinunia, śpij malutka – uspokoiła suczkę, która  pytająco spojrzała na opiekunkę, po czym z powrotem przyjęła pozę najwygodniejszą do dalszej drzemki.

Aldona wróciła do przerwanej lektury. Nie dane było jej tym razem na dłużej przenieść się w świat bohaterów powieści. Drzemka Tiny również nie trwała długo. Usłyszały odgłos pracującego samochodowego silnika, zrazu daleki lecz wyraźnie coraz bardziej się przybliżający dopóki nagle nie zamilkł. Przed bramą zatrzymało się auto i wysiadł z niego wysoki mężczyzna. Aldona zapatrzyła się w niego jak w nadprzyrodzone zjawisko, bowiem uwielbiała długie włosy u mężczyzn. Nic tak nie przyciągało jej uwagi do przedstawicieli męskiego rodu jak właśnie długie włosy a nieznajomy takowe posiadał w dużej obfitości. Zachowywał się jakby był u siebie, po prostu wszedł przez furtkę, otworzył drzwi wejściowe domu i… zastygł bez ruchu. Na progu stanęła Tina pokonując kilkoma susami odległość z werandy do drzwi szczerząc zęby i wydając z siebie złowrogi warkot. Ona też czuła się jak u siebie, poza tym była tu przecież  pani, trzeba bronić swego stada przed intruzem.

– Już wiem, czego tu brakowało – głośno powiedział przybysz wcale nie przestraszony. – Tu po prostu brakowało psa. Piękna jesteś, dobra sunia, dasz mi przejść czy mnie zjesz?

Aldona poderwała się z miejsca i znalazła się u boku Tiny gotowa do obrony domu.

– Ooo, widzę, że nadeszły posiłki – zaśmiał się. – Ty jesteś pewnie Doniczka? Ja nazywam się Renald Czerwiński i jestem…

– Aaa, to ty, wiem kim jesteś – wyciągnęła rękę Aldona. – Miło cię poznać. Tiny się nie bój, ona tylko straszy.

– Ależ wcale się nie boję. Ja się w ogóle psów nie boję, ja je kocham – uśmiechnął się. – Tutaj też psy będą, bez nich nie ma życia w domu.

– Teraz i ja tak uważam, właściwie od roku, bo tyle czasu Tina jest z nami, od poprzednich wakacji.

Rozmawiali jakby się znali od dawna, czas więc mijał bardzo szybko, jak zwykle, gdy nie potrzeba. Aldona zerwała się raptownie z krzesła.

– Przepraszam cię, nie zauważyłam, że tak późno się zrobiło, muszę się wziąć za obiad. Karolina niedługo wróci,  dzieciom kazałam przyjść na piętnastą…

– Wiesz co? Może rozpalę grill, zrobimy dziś taki wakacyjny obiad – zaproponował. – Mam wszystkie potrzebne składniki. Siedź, a ja rozpalę.

– Jak to siedź? Co to ja, z gębą na pączki przyjechałam? – zaprotestowała. – Chociaż w ten sposób mogę się odwdzięczyć za gościnę.

– Nie ma żadnego odwdzięczania. Ja się cieszę, że Karolina dzięki wam może się zrelaksować  i rozerwać. Była już bardzo zmęczona i odpoczynek połączony z rozrywką jakiej dostarczają dzieciaki bardzo jej służy.

Jak wywołana do tablicy Karolina zjawiła się po słowach Renalda.

– Widzę, że już zdążyliście się poznać – powiedziała.

– Ale nie zdążyłam z obiadem… – zaczęła Aldona.

– Nic nie szkodzi. Wzięłam na wynos z restauracji, mają tam bardzo dobre jedzenie, tanie i do tego ogromne porcje. Pomyślałam, że skoro Reniek przyjedzie, to przyda się jak największa. Na pewno się nie zmarnuje – położyła na stole przyniesione pudełka z jedzeniem.

– Na pewno się nie zmarnuje – powtórzył jak echo Renald zaglądając do środka. – Umili nam czas oczekiwania, bo nie będziemy siedzieć z pustymi brzuchami.

– Oczekiwania na co? – zdziwiła się pani domu.

– Na grilla – odrzekł.

– Chyba na potrawy z grilla – sprostowała. – Grill jest obmurowany na stałe.

– Oj tam, oj tam, nie bądź taka drobiazgowa, kochanie –  przytulił zarumienioną Karolinę do siebie i delikatnie musnął wargami policzek.

– No dobrze, niech ci będzie – mruknęła. – Posiedzimy chwilę spokojnie, a ty nam zrób kawę, dobrze?

Zaledwie usiadły, Reniek jeszcze nie zdążył dotrzeć z kawą na werandę, a już rozległ się gwałtowny, ostry dzwonek do bramki. Aldona podskoczyła na krześle i chwyciła Tinę za obrożę. Karolina zwróciła wzrok w stronę furtki. Stała tam kobieta niecierpliwie bębniąc palcami lewej ręki po bramce, prawą naciskała bez przerwy dzwonek.

– Już idę, idę – zawołała Karolina. – Co się stało? Słucham panią.

– Niech pani nie słucha, niech pani patrzy!

Z bliska Karolina zobaczyła, że kobieta ma zaczerwienioną twarz, a widoczne  spod rękawów  bluzki ręce całe w czerwonych plamach, słowem czerwona była jak przysłowiowy upiór. Poznała ją, miały już kontakt w przychodni. Od razu wiedziała, że to uczulenie.

– Ojej, w stanie wysiewu – powiedziała.

– Znowu? – jęknęła kobieta. – Wysiewa się znowu? Już mi się leki skończyły. Pani przepisze, pani doktor, bo zwariuję, tak mnie swędzi.

– Zapraszam do gabinetu – Karolina wskazała kierunek i zastanowiła się. – A skąd pani wiedziała, że otworzyłam gabinet? Właściwie planowałam zacząć przyjmowanie pacjentów od przyszłego tygodnia.

– Wcale nie wiedziałam. Mieszkam niedaleko i pomyślałam, że pani przecież nie odmówi pomocy…

– Pewnie, że nie odmówię. Będzie pani moją pierwszą pacjentką w nowym gabinecie.

Kobieta wyszła z gabinetu zadowolona i uspokojona.

– Tu u nas jest świeże powietrze – powiedziała wychodząc na zewnątrz. – A ja jak głupia postanowiłam nie myśleć o pracy tylko rozkoszować się piętnastoma minutami spaceru. Szłam do roboty wzdłuż ulicy i powoli, głęboko oddychałam. Dopóki sobie nie uświadomiłam, że wdycham spaliny!

– No tak, zdrowia nie dodały, to pewne – potwierdziła  Karolina. – Na szczęście szybko sobie pani to uświadomiła.

Pożegnała pacjentkę i wreszcie usiadła wziąwszy do ręki filiżankę z  kawą. Grill był rozpalony, Reniek zajął się całą resztą. Widać, że był mistrzem w tej dziedzinie. Opowiadał, że nauczył się w Stanach, bo tam na porządku dziennym jest takie spędzanie wolnego czasu. Zdążyły wypić kawę, Reniek pochłonął w międzyczasie największą obiadową porcję i Tina znów skoczyła do furtki, tym razem cała w radosnych piskach i podskokach. Dzieci wróciły. Za nimi pojawiła się Teresa.

– Matko jedyna, jak ty się tu znalazłaś – zdziwiły się obie panie odstawiając filiżanki po kawie. – Piechotą przyszłaś?

– Zdurniałyście? Czy ja mam tyle lat ile nasze dzieci, żeby latać po polach jak jakaś morowa zaraza? – obruszyła się przyjezdna. – Ogłuchłyście chyba obydwie, skoro nie słyszycie auta.

– Nie miej do nich pretensji – odezwał się Reniek. – Pewnie ja zagłuszyłem, potem Tina się rozszczekała i ogień trzaska paląc się. Taki hałas, że nie było ciebie słychać.

– No właśnie, nie było cię słychać – przytaknęła Karolina. – A macie jakieś plany na wieczór? Może przyjechalibyście wszyscy do nas na grilla?

– Zapraszasz bo wypada, czy naprawdę chcesz? – upewniała się Teresa.

– No wiesz co, małpa jesteś – oburzyła się Karolina.

– Popieram przedmówczynię, małpa jesteś – dodała rozweselona Aldona.

– Przyjedźcie, przyda mi się jakieś męskie towarzystwo – przytaknął Reniek.

– No dobrze, – zgodziła się Teresa. – A gdzie macie koty? Rozglądam się i nie widzę. Coście z nimi zrobili?

– Nic. Mieszkają w pokoju na piętrze. Wiesz, że Mimi nie wychodzi na zewnątrz, a Maciuś siedzi razem z nią – wyjaśniła Aldona.

– O właśnie, – przypomniała sobie pani domu. – Reniek,  idź na górę i przynieś krzesła, żeby wszyscy mieli na czym siedzieć.

– No dobrze, skoro tak, jadę do domu i przekażę wasze zaproszenie – powiedziała Teresa, po czym wsiadła w samochód i odjechała.

Renald poszedł na piętro, do pokoju aktualnie zamieszkałego przez Aldonę i koty. Na jednym z krzeseł siedział Maciuś. Reniek kucnął obok krzesła, a kotek pogłaskał go łapką, powąchał łapkę po czym polizał go po policzku.

– A siedź sobie, później przyjdę po to krzesło – powiedział Reniek i wziął trzy pozostałe.

W piękny, letni wieczór zebrali się wszyscy w ogrodzie Karoliny.

Dorośli zajęli się swoimi sprawami,  Stokrotki zaprowadziły chłopców do małego pokoiku   i przekazały wiadomość dnia.

– Słuchajcie, Monika przyjedzie ze swoją babcią – pierwsza odezwała się Inka.

– Będą mieszkać obok nas, to znaczy tutaj,  koło cioci Karoliny – dodała Linka.

– Na zawsze?- zdziwił się Marek.

– Na jakie zawsze, głąbie – skrzywił się Kuba. – Chyba na wakacje.

– No, na wakacje – przytaknęły siostry.

– Musia zaraz by  powiedziała, że nie zaczyna się zdania od „no” – Maciek zerknął na Linkę….

– No i co z tego? Teraz się nie chodzi do szkoły – Marek stanął w obronie bliźniaczek. – No to kiedy przyjadą?

– Jakoś niedługo.

– Super, to poczekamy na Monikę z pójściem na strych wujka Zygmunta, bylibyśmy świniami gdybyśmy poszli sami.  Pójdziemy też zobaczyć Bramę Zwierzyniecką, ruiny po kopalni „Krystyna” – dodał. – Aha, jeszcze willę „Eliza”, taką starą, do której kiedyś z Krakowa sławni ludzie przyjeżdżali.

– Jacy sławni? – zainteresowała się Inka.

– Nie pamiętam, przecież wtedy nie żyłem – wzruszył ramionami.

– Dowiem się – obiecała sobie dziewczynka.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 13 komentarzy

Niedzielny wieczór

Weekend się kończy. Burzliwy bardzo i nie zanosi się na uspokojenie w żadnej kwestii. Kto sieje wiatr zbiera burzę… czyż nie?

********************************************************************************

… to zdjęcie nazwałam: Bogactwo jesieni – w słoikach śliwki i zalewa, modra kapusta i własne ogórki w miseczkach, poza tym jabłka, cukinia, pomidory, cytryna, cebula, czosnek – oby nam tego nigdy nie zabrakło…

W piątek poszłam do Biedronki w „godzinach senioralnych”, między innymi kupiłam pierogi z serem, które są smaczne, już wypróbowane. Brakowało mi pomysłu na obiad, po czarnym czwartku miałam koszmarne sny i bolącą głowę…
Dla zajęcia rąk i częściowo chociaż myśli wzięłam się za gotowanie. Na obiad były owe pierogi oraz reszta zupy z poprzedniego dnia. Mając z głowy sprawę obiadu zajęłam się „pracą twórczą”. Ugotowałam jajka i warzywa na sałatkę oraz dwa selery na kotlety. Sałatki wyszła duża salaterka. Do kotletów selerowych użyłam złocistej przyprawy do kurczaka. Posypałam obficie i poleżały sobie plastry dłuższą chwilę w towarzystwie przyprawy „przegryzając się”. W tym czasie przygotowałam trzy miseczki: z mąką, rozkłóconymi jajkami i z tartą bułką. W tej kolejności panierowałam i usmażyłam na złoty kolor. Wyszły bardzo smaczne. Zdecydowanie trzeba używać dużo przypraw, żeby uzyskać odpowiedni „efekt smakowy” 🙂
Ugotowałam i utarłam buraczki. Część na dużych oczkach i spróbuję zrobić z nich kotlety, część na drobnych na jarzynkę do obiadu i włożyłam do zamrażalnika, w końcu został pusty. Część surowej włoszczyzny pokroiłam w kosteczkę, wyszło sześć woreczków i również
zamroziłam. Lubię mieć takie gotowce, w razie potrzeby wyjmuję, wrzucam do garnka i podstawę obiadu mam.
Czerwoną kapustę kupiłam, bo przeczytałam nowy przepis (na blogu Darii Ładochy – mamałyga.org), ale oczywiście nie trzymałam się ściśle przepisu, jak zwykle, posłużył mi jako inspiracja. Zamiast soku z cytryny dodałam wodę z octem po śliwkach, z cynamonem i
goździkami. Zagęściłam zasmażką i zachwyciłam się smakiem. Rewelacja!
No właśnie, śliwki przecież! Moja przyjaciółka Marynia robi takie śliwki od lat, ja zmobilizowałam się po raz pierwszy i … kupiłam kolejną porcję śliwek, którą od razu przerobiłam. Bardzo prosty przepis, jedyny wysiłek to wypestkowanie owoców 😉  Ze Szczawnicy przywiozłam sobie bardzo fajne miski do kuchni (nie chińskie, tureckie), korzystałam z takich już wcześniej, nie niszczą się i nie rysują tak szybko jak
te, które mam w domu, widocznie są z jakiegoś innego, trwalszego tworzywa. Akurat przydały się. Połówki śliwek wrzuciłam do miski, zalałam gorącym octem zagotowanym z wodą w proporcji 1:1 (szklanka octu, szklanka wody) z goździkami. Po 24 godzinach zlałam
zalewę (użyłam ją do modrej kapusty) i zasypałam śliwki cukrem, wymieszałam. Na 1 kg śliwek trzeba 1/2 kg cukru. Kiedy cukier się rozpuścił przełożyłam całość do słoików. Jaka pycha, normalnie niebo w gębie 🙂 A mnie się ich nie chciało wcześniej robić!

… to selerowe kotlety, ale nie dzisiejsze, jeszcze zrobione w Szczawnicy, nawet babci D. smakowały…

W niedzielę rano wyszłam z psiepsiołam (to znaczy wcale nie tak rano, zmiana czasu przecież była), korzystając ze spokoju i ciszy na ulicy zrobiliśmy mały spacer. Ostatnio szłam tędy w pełni lata, podczas upałów a tu już jesień… Piękna jest, nie da się ukryć, że piękna. Choć wolę lato to przyznaję, że doceniam i widzę urok jesieni.

Na łące jest mokro, do lasku przeszłam raz w kaloszach, ale jest zbyt grząskie błoto na spacery. Może wyschnie, bo przestało padać i znów wszyscy będą chodzić wydeptanymi ścieżkami jak na wiosnę…

Trzymajcie się zdrowo bez względu na wszystko!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 35 komentarzy

22.X.2020 – czwartek

Już czwartek! Tydzień temu wróciliśmy ze Szczawnicy, dopiero tydzień, a wydaje się, że to było w innym świecie. Zdążyliśmy jakby na ostatnią chwilę, od soboty cały kraj ma być w czerwonej strefie.

Co się dzieje na Wiejskiej i w TK – trudno określić parlamentarnymi słowami więc zmilczę. Kolejna odsłona piekła kobiet, a protestować nie ma jak, bo zakaz zgromadzeń… Wykorzystywanie pandemii na załatwianie własnych spraw, realizację chorych wizji… Miałam już nie wspominać o polityce, ale nie mogę pominąć milczeniem krzywdzenia kobiet w świecie, który urządzają nam starzy faceci, raczej „byli mężczyźni”, młodzi talibowie, albo stare panny czy księża (!). Myślę, że Tadeusz Boy- Żeleński przewraca się w grobie. Cieszę się, że ciąża mi już nie grozi, ale mam wnuczki, którym przyszło żyć tu i teraz i jestem przerażona. W każdym razie gdybym była młoda to starałabym się nigdy nie zajść w ciążę… Teraz słyszę polityka mówiącego o pomocy dla niepełnosprawnych dzieci, a mnie się przypomina obraz z sejmu, gdy rośli mężczyźni odrywali od okien ręce matkom właśnie niepełnosprawnych, które walczyły o  prawa własnych dzieci do godnego życia.

Taki widok uwieczniłam 7.IV tego roku. Patrząc w niebo można ochłonąć i pomyśleć o małości człowieka wobec wielkości Wszechświata. Dotyczy to nawet tych, którzy uważają się za pępek świata oraz alfę i omegę w każdej dziedzinie, a także uzurpują sobie prawo do urządzania innym życia wbrew ich woli.

Trzymajcie się zdrowo na przekór wszystkiemu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Wróciłam!

Skończyły się moje piękne wakacje, wróciłam do domu i nie wiem w co mam włożyć ręce. Ale nic to, pomału odnajdę się w rzeczywistości. Wprawdzie pobyt w raju (czytaj: w Szczawnicy) zmienia na ten czas (pobytu) sposób patrzenia na świat, trzeba jednak się otrząsnąć,  a rajskie widoki zachować w sercu, oglądać na zdjęciach i pokazywać Wam dla rozrywki w długie, zimne wieczory.
W środę zaczęliśmy się pakować (dziś niedziela), powrót zaplanowany był na czwartek. Szilka widząc torby, ruch i pakowanie staje się niespokojna, wyraźnie się boi. Być może właśnie przy okazji jakiegoś wyjazdu została wyrzucona/porzucona. Kto to może wiedzieć? Bidusia nie powie przecież. Tłumaczyliśmy jej, że jest kochana, nigdy jej nikomu nie oddamy itd. Skitek nie wiedział o co chodzi, ale dla towarzystwa też się zaniepokoił i zdenerwował. My z kolei zaniepokoiliśmy się jego zdenerwowaniem, żeby nie dostał ataku. Babcia D. zobaczywszy pakowanie też zaczęła się niepokoić. W związku z tym przez całą noc chodziła po mieszkaniu, wstała z łóżka, ubrała się i chciała o północy jechać. Nabrała jakichś podejrzeń (typowy podręcznikowy przykład), że … nie wiem co. Może, że chcemy ją zostawić, pojechać bez niej, ukraść jej bagaż… i co tam jeszcze w chorej głowie może się urodzić. Nie pamiętała ile czasu spędziła w Szczawnicy, zresztą po obiedzie nie pamiętała, że po śniadaniu już była na spacerze. Mąż robił mamie zdjęcia i pokazywał na dowód, że mówi prawdę. Z przykrością stwierdzam, że splątanie się nasila. Wizyty u lekarza nie było, odwołano przecież wszystkie, a co przez telefon może neurolog powiedzieć? Jeszcze o osobie mającej 88 lat, nie widząc jej i nie mając możliwości z nią porozmawiać? No cóż, jest jak jest, ważne, że na spacery chodziła, ruszała się i nawet po schodach musiała się wdrapać i problemów z ciśnieniem nie było.
Wracaliśmy więc w czwartek. Droga była zupełnie dobra mimo naszej nieprzespanej nocy, robót drogowych, drobnego deszczu padającego w niektórych rejonach. Zrobiliśmy przystanek, żeby pieski mogły rozprostować łapki i załatwić swoje sprawy. Zmarzłam okrutnie, wygwizdało mnie na dziesiątą stronę, bo jakoś wcześniej nie pomyślałam, że może być aż tak zimno. Moja wina, bo to przecież połowa października była, a ja nie wzięłam pod uwagę, że trzeba będzie opuścić ciepłe auto i wyjść na zewnątrz.
Po 6,5 godzinach dotarliśmy do domu. Psiaki wyskoczyły, uszczęśliwione podbiegły w radosnych podskokach, Mąż z kluczem do drzwi a klucz… złamał się w zamku! Nie dało rady wejść do środka! A tu zimno, ciemno, psiepsioły nie mogły zrozumieć czemu znowu muszą wejść do ciasnego pudełka, w którym już tyle czasu spędziły! Rozpoczęło się poszukiwanie ślusarza. Tu podziękowania dla tych, co wymyślili telefony komórkowe 🙂 Mały znalazł namiar na pana Sebastiana (wszystkie pogotowia zamkowe do kitu się okazały, kazały czekać 2 godziny!), który szybko przyjechał i nie dość, że nas do domu wpuścił, to jeszcze naprawił zamek.
A w domu zimno jak w lodówce, zanim się nagrzało – trochę musiało potrwać. A w ogóle słowo lodówka wzbudza we mnie do tej pory zimny dreszcz nie tylko ze względu na temperaturę… Otóż nie było prądu podczas naszej nieobecności i cały zamrażalnik wypłynął na kuchnię… Wszystko trzeba było wyrzucić, uporać się z brudem i smrodem. Tu Moje Szczęście największe miało zasługi co przyznaję szczerze. No dobrze, było, minęło i mam odmrożoną lodówkę. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło 🙂
Bez telewizora było mi bardzo dobrze, nie denerwowałam się patrząc na gadające głowy, czytałam tylko nagłówki w necie, żeby wiedzieć co się dzieje. A że się źle dzieje w państwie naszym – to wiadomo …

Ale co tam, przyroda się ludźmi nie przejmuje i pokazuje swe jesienne, dojrzałe oblicze 🙂

Na ostatniej fotografii łania z dzieckiem (chyba z córeczką, bo synek miałby małe różki), które chodzą po osiedlu, odwiedzają różne miejsca i zachodzą w odwiedziny bez względu na napisy na bramie. Są śliczne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy

Jesień, Pani Złota :)

Deszcz pada, koszmarna pogoda już trzeci dzień. Nie lubię!!!

Jesień. Cóż robić? Już przyszła
i deszczem w szyby stuka,
wiatrem wyje i jęczy,
do drzwi gwałtownie puka.

Wygnała słoneczne lato,
świat cały mgłą spowiła,
niebo już nie jest błękitne,
chmurami je zasłoniła.

Jakaś taka zła przyszła,
wkurzona niesłychanie.
Słyszała pewnie za latem
chóralne ludzkie wzdychanie.

Niechby słonkiem zabłysła
i ubarwiła liście,
podsunęła przed oczy
dojrzałych winogron kiście.

Niech rubinową czerwienią
z bogactwa bukowych liści
daje wierzyć marzeniom,
że każde z nich się ziści.

Ale najgorzej jest wtedy
gdy psy całkiem przemokną.
Wytarte nawet nie zerkną
tam, gdzie deszczowe jest okno.

Jak już jesteś, jak być musisz,
zarządź jakoś, Pani Złota,
że gdy muszę wyjść z pieskami
niech na chwilę zniknie słota!

AZ 13.10.2020

… mgły zakrywają góry…

… cóż innego mogą psiepsioły robić niż spać …

… gdy góry ukradli i nie ma ich …

… dopóki nie pada jest pięknie …

…  w parku …

… w każdej parku części …

… gdziekolwiek zwrócisz oczy – zachwycisz się …

… bo Natura w każdym swoim przejawie jest cudem …

… dopóki nie pada widać pierwsze kolory… ale jak pada to nic nie widać…

… ale nawet wtedy Szczawnica jest piękna i ktoś mnie uprzedził w przekazie 😉 …

Trzymajcie się zdrowo i nie dajcie się jesiennej chandrze!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, wierszydełka | 30 komentarzy

10.10.2020 – czyli dziś

Dziś jest nasza rocznica – czyli wspólna moja i mojego Szczęścia. Znalazłam wierszydełko napisane siedem lat temu z tej samej okazji.  Niech tu zaistnieje 🙂

********************************************************************************

Miedzy wschodami – zachodami słońca,
między księżycem lśniącym a gwiazdami,
między dymem z komina a wstęgą Dunajca,
między śniegu płatkami a deszczu kroplami,

pomiędzy mchem zielonym a drzewami w lesie,
między marzeniem a rzeczywistością
krąży moja przeogromna miłość
związana, skarbie, z twoją obecnością.
10.10.201

********************************************************************************

Teraz trzy rodzaje marcinków z dzisiejszego spaceru.

Każdy inny a wszystkie równie piękne, prawda?

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 36 komentarzy

To i owo

Mięsa nie jem i nie wrócę do tego niecnego procederu, ryby biedne jeszcze od czasu do czasu tak, bo fizyczna część mnie się tego domaga. Trudno, etap przejściowy, więc niech ma, ta ona, fizyczna. Dzielę się jak coś nowego wymyślę, co się nie tylko nadaje do zjedzenia ale dodatkowo jest smaczne. W ramach testu zrobiłam więc kotleciki z ziemniaków ugotowanych (pozostałych z poprzedniego obiadu), surowej cebulki drobno pokrojonej, trochę otrąb owsianych dodałam, nieco zmielonego siemienia lnianego, tyleż wędzonego żółtego sera, jajko i przyprawę do kurczaka po staropolsku. Przyprawy sporo, bo inaczej kotleciki są mdłe. Usmażyłam na oleju i zjadliwe były. Drugie znów przyrządziłam z dodatkiem kaszy gryczanej  do ziemniaków ugotowanych, reszta jak wyżej – i też wyszły zupełnie smaczne.

Próbowałam całkiem bez jajka, Mały powiedział, że jajka zastępuje zmielone siemię lniane zalane wrzątkiem. Zrobiłam w ten sposób ryżowe, ale mi nie wyszły, rozpadały się i w ogóle za mało przyprawiłam. Zjadłam (bo co miałam robić) z niechęcią i odstąpiłam od
dalszych prób bez użycia jajek. Z nich nie zrezygnuję, znaczy z jajek,  zdecydowanie i ostatecznie. Nadmienię, iż kupuję tylko z wolnego wybiegu albo ściółkowe. Klatkowych za nic na świecie nie kupię i już!
Kalafior zdecydowanie najlepiej smakuje w tradycyjnej postaci, czyli ugotowany (nie rozgotowany) i polany bułeczką przesmażoną na masełku. Cukinię też najbardziej lubię usmażoną na odrobinie oleju z solą i pieprzem, bez żadnych udziwnień. Teraz szukam innych smaków, które zostaną ze mną na dłużej 🙂

…mylą mi się już kotlety, które są z czego, bo wszystkie wyglądają tak samo, ale na pewno na ostatniej fotce są  z ziemniaków i wędzonego sera, bo kawałki serka widać…

Z innej beczki zupełnie. Miałam problem podczas deszczu. Mianowicie odziedziczyłam po siostrze kurtkę przeciwdeszczową, która przez wiele lat świetnie się sprawdzała. To kurtka firmowa, leciutka, dająca się schować w plecaku i w razie potrzeby dobrze chroniąca przed wilgocią.  Z kapturem, w ładnym granatowym kolorze. Firmowa dlatego, że na plecach jest biały nadruk firmy, w której siostra pracowała wieki całe –  „Biuro Reklamy TVP”. Kiedy sobie uświadomiłam co mam na sobie wpadłam w przerażenie, bo niech ludzie sobie pomyślą, że to z obecnej tvp i co? Jak ja będę wyglądała? Przecież nie mogę tłumaczyć każdemu napotkanemu człowiekowi, że to z czasów kiedy obecny prezes koszulę w zębach nosił i pieluchy tetrowej używał! Mąż mnie zakrywał dopóki nie dotarliśmy do domu, żeby napisu widać nie było. Odłożyłam więc kurtkę i już jej nie założę, bo wstyd po prostu.

Żeby poprawić nastrój i pozostawić dobre wrażenie pokażę jakich przystojniaków można spotkać w Szczawnicy zupełnie niespodziewanie 🙂

… czy ktoś wiem kim ja jestem, bo  zapomniałem…

 

… czyż nie jestem przystojny? …

… zobaczcie jaką mam piękną twarz…

… nocą też wspaniale się prezentuję…

… latające psy też się trafiają 🙂 …

Od jutra wszędzie w maseczkach, uważajcie na siebie i nie traktujcie lekko bezpieczeństwa własnego i innych, bo Ziemia naprawdę nie jest płaska…

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 45

Niewielka odległość dzieliła dom Karoliny od domu, w którym mieszkała Martyna Matecka. Kiedyś  chodziły razem do szkoły muzycznej, Karolina uczyła się grać na skrzypcach, Martyna na wiolonczeli,  później dołączyła gitarę. Dostała od rodziców w prezencie ślubnym działkę pod dom, który teraz prezentował się bardzo ładnie od zewnątrz. W środku trochę mniej, ponieważ mąż Martyny pracując za granicą w celu zarobienia pieniędzy na budowę domu oraz utrzymanie rodziny uległ wypadkowi i zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Martyna została z dwuletnią wtedy córeczką Milenką, z niewykończonym domem i bez pracy. Rodzice pomagali córce ile mogli, dzięki nim przeżyła pierwszy, najtrudniejszy okres żałoby, rozpaczy, załamania. Tylko myśl o Mili utrzymała ją przy życiu, córeczka stała się jedynym punktem odniesienia dla nieszczęśliwej młodej kobiety. Teraz Milka miała lat pięć, była rezolutną osóbką, bezgranicznie kochaną przez matkę i dziadków, lubianą przez sąsiadów..

Karolina myślała o zaproponowaniu Martynie pracy w recepcji, w swojej nowo otwartej przychodni w miasteczku. Niedaleko mieściło się przedszkole, co byłoby wygodnym rozwiązaniem kwestii zapewnienia dziecku opieki. Wiedziała, że Martyna nie miała sumienia bez reszty angażować rodziców tym bardziej, iż matka w miarę możności łapała dorywcze prace przy organizowaniu wesel czy innych imprez, piekąc ciasta i torty na zamówienie. Ojciec – sporo starszy od matki – był już schorowanym człowiekiem i czasem sam wymagał opieki. Przemyślawszy dogłębnie rzecz całą Karolina podjęła decyzję i zobaczywszy sąsiadkę przed domem, pomachała do niej.

– Martyna! Chodź na chwilę, możesz?

– Za moment, wyłączę tylko pralkę, bo słyszę, że piszczy, pranie się skończyło – odpowiedziała.

Niedługo potem pojawiła się przed bramką trzymając za rączkę śliczną blondyneczkę z loczkami wijącymi się wokół buzi. Tina natychmiast stanęła po drugiej stronie węsząc zawzięcie.

– Mamusiu, jaki ładny piesek. Mogę go pogłaskać? – Milenka zachwyconym wzrokiem przyglądała się suni przez pręty furtki.

– Poczekaj skarbie, najpierw musimy zapytać, czy wolno. On cię jeszcze nie zna, a nieznajomych piesków nie należy dotykać, bo mogą tego nie lubić.

Tina szczeknęła delikatnie, wywołując na zewnątrz swoją panią. Aldona zerknęła z ogródka.

– Karolina! Masz gości! Jakaś cudna dziewuszka do ciebie przyszła! – zawołała uśmiechając się do małej. – Tinuś, przywitamy się z tą małą królewną? – zwróciła się do suni i podeszła otworzyć furtkę.

Milenka była zachwycona mogąc do woli głaskać miękkie futerko i przytulać się do mądrej, łagodnej Tiny.

– Dzień dobry – powiedziała Martyna. – Ja do Karoliny, jestem sąsiadką z tamtego domu pod sosną – wskazała ruchem głowy.

– Cześć, jestem Aldona, mama tych dwóch … – w oknie pojawiły się główki  bliźniaczek, – łebków – dokończyła.

– A ja Martyna.

– A ja jestem Milka – przedstawiła się mała piękność.

Stokrotki zbiegły na dół skacząc po dwa stopnie i znalazły się obok matki.

– Ja jestem Inka.

– A ja Linka – tym sposobem kompletna prezentacja została dokonana.

– A więc wszyscy ze wszystkimi zawarli znajomość – uśmiechnęła się Aldona.

– Mamusiu, wszystkie a nie wszyscy, bo tu są same dziewczyny – zwróciła uwagę Inka.

– No tak, bo jedynym chłopakiem jest Maciuś, ale on siedzi zamknięty w pokoju, tu go nie ma – dodała Linka.

Buzia Mili posmutniała.

– Dlaczego ten chłopczyk jest zamknięty? Za karę? Był niegrzeczny i coś zbroił? – spytała przenosząc wzrok na Aldonę, wyginając buzię w podkówkę.

– Ależ nie, skarbie, to jest kotek – czym prędzej odpowiedziała obawiając się potoku łez już zbierających się pod powiekami małej.

Buzia natychmiast się rozjaśniła.

– Mały kotek? Czy mogę go zobaczyć?

– Stokrotki, weźcie Milkę na górę, pobawcie się z kotami. Tylko pilnujcie, żeby mała  nie przewróciła się na schodach, dobrze? – zaproponowała Karolina.

Dzieci poszły na piętro, a Tina oraz trzy pozostałe niewiasty usiadły na tarasie.

Karolina przedstawiła sąsiadce swój pomysł. Martyna zaniemówiła z wrażenia, znieruchomiała, po czym kazała się uszczypnąć w celu przekonania jej, że to nie sen.

– Dziewczyno, – odezwała się nagle wzruszona Aldona, – wiesz co? Zdarzają się cuda. Wiem, bo sama takiego doświadczyłam, cudu przyjaźni. Byłam w koszmarnym dołku, nie widziałam przed sobą żadnego wyjścia a miałam dwoje dzieci! Wyobrażasz sobie? Ty masz chociaż rodziców i dach nad głową, ja i tego nie miałam. Dzięki przyjaciołom mam gdzie mieszkać, jestem szczęśliwa i mam wokół ludzi, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. A oni oczywiście na mnie.

Wszystkie się wzruszyły, jak to zwykle bywa w przypadku ludzi o dobrych sercach i długo gawędziły omawiając szczegółowo nieoczekiwaną propozycję oraz różne inne sprawy przy okazji. Szczególne wrażenie zrobiła na Martynie wiadomość, że Aldona, podobnie jak ona sama,  została wdową w młodym wieku.

– Myślałam, że nie potrafię dalej żyć, że już nigdy nie będę się śmiała, nic mnie nie będzie cieszyło… bo jak to może być, że jego nie ma? Nie zobaczy jak Mila rośnie, jaka jest śliczna i mądra… Teraz… nauczyłam się być sama, żyję myślą o małej, o rodzicach… oni byli dla mnie największym wsparciem…

– Rozumiem cię, Martynko, jak nikt. Ja musiałam wtedy szukać pomocy u psychologa, nie mogłam sobie dać rady… – zamyślona Aldona umilkła na chwilę. – Ale ja nie miałam rodziców…

– Według psychologów każdą stratę, nawet tę najbardziej dotkliwą jak śmierć bliskiej osoby, trzeba przeboleć, przecierpieć przynajmniej przez rok. Przeżyć calutki rok, cały cykl ze wszystkimi ważnymi rocznicami, świętami, przeżyć bez … kochanej osoby, która … zniknęła z naszego życia – wtrąciła Karolina, a pozostałe panie wiedziały, że myśli o swoim ojcu.

– Potem się przekonujemy, że jakoś dało się przetrwać ten rok. Ja nie miałam wyjścia, musiałam sama nauczyć się żyć w nowych warunkach, całkiem nowych, bo wyniosłam się od teściów, z którymi nigdy nie miałam wspólnego języka, a po… po wypadku… po prostu nie mogłam wytrzymać z teściową pod jednym dachem. Dopiero niedawno zaczęła mnie traktować jak człowieka… – w zamyśleniu pokiwała głową Aldona.

– Rodzice mi tłumaczyli, żebym odżałowała, to znaczy przeżyła mój żal do końca, opłakała stratę tak długo jak tego potrzebuję, ale potem zmusili mnie po prostu, żebym przyjęła do wiadomości, że czas się nie odwróci, że jestem silną kobietą i nauczyłam się już istnieć w nowych warunkach. Musiałam się zastanowić jak postępować i ruszać do przodu – w głosie Martyny dało się wyczuć ogromne wzruszenie.

– Twoi rodzice wykazali się niezwykłą mądrością – powiedziała Karolina. – Jeśli zbyt długo żyjemy w żalu, zamykamy się tym samym na dobre rzeczy, które mogą nas spotkać. No i tworzymy wokół siebie taką atmosferę smutku  i cierpiętnictwa, która odpycha ludzi i sprawia, że w najbliższym otoczeniu wypełnionej ciągłym żalem osoby ciężko jest przebywać. Choćby ze względu na dziecko trzeba się wziąć w garść. I ty to zrobiłaś, czego ci gratuluję.

– Prawie na siłę wypychali mnie z domu, żebym poszła się spotkać ze znajomymi. Milenkę zabierali do siebie, żebym była spokojna i mogła się oderwać od smutnych myśli. Ale mnie nie bardzo się podobały takie wyjścia. Zmieniłam się. Nie czuję się dobrze wśród starych znajomych. Dlatego najszybciej jak mogłam przeniosłam się znów do mojego domu. Tu mi dobrze. No i jakoś się pozbierałam.

– Życie toczy się dalej, uwierz mi, szczególnie wtedy, kiedy ma się dla kogo żyć – podsumowała Aldona.

– Wybierałam się do ciebie, Karolciu, bo też mam sprawę. Właściwie chciałam się poradzić… – powiedziała Martyna po chwili milczenia, otrząsnąwszy się ze wspomnień i po przetrawieniu nieoczekiwanie dobrej wiadomości przekazanej przez sąsiadkę. –  Doszłyśmy z mamą do wniosku, że trzeba sensownie pomyśleć nad wyjściem z obecnej sytuacji. Twoja propozycja po prostu spadła mi jak z nieba. A z mamą wymyśliłyśmy, żeby część domu przeznaczyć na coś w rodzaju pensjonatu. Nie, nie na agroturystykę, bo gospodarstwa nie prowadzimy. Mama sobie przypomniała, że kiedyś ludzie z miasta przyjeżdżali na wieś na letnisko, no i na takiej zasadzie może udałoby się ruszyć do przodu, jak myślisz?

– To nie jest głupi pomysł – przytaknęła Aldona.

– Przecież przed wojną kuracjusze przyjeżdżali „do wód” do Krzeszowic – przypomniała Karolina. – Ale jak to widzisz, jak byś sobie poradziła? – zapytała.

– Obmyśliliśmy z rodzicami szczegóły. Dwa pokoje są gotowe do wynajęcia, prowadzi do nich osobny korytarzyk z ogródka, więc wejście jest niekrępujące. Z resztą domu oczywiście też jest połączenie. Do nich, do tych pokoi, jest jedna łazienka, na razie. Kiedyś można będzie dobudować drugą, jak się znajdą pieniądze.

– W dalszym ciągu nie wiem jak sama dasz sobie radę – Karolina z powątpiewaniem pokręciła głową.

– Najważniejszego przecież nie powiedziałam – wykrzyknęła Martyna. – Rodzice przeniosą się do mnie a oba mieszkania w bloku sprzedadzą. Swoje i po babci. W ten sposób byłyby  pieniądze na rozpoczęcie. No i na prace wykończeniowe, właściwie takie drobne przebudowanie wewnątrz, może nawet wystarczy na drugą łazienkę. Poszukam dobrego architekta, żeby mi pomógł zaprojektować konieczne zmiany i dopilnował. Mama z tatą byliby na miejscu, do dyspozycji gości.

– Goście powinni się zajmować sami sobą, bo to nie wczasy pracownicze – powiedziała Aldona.

– Tak, ale posiłki możemy z mamą przygotowywać. Wiesz, mama jest prawdziwą mistrzynią w pieczeniu ciast i ogólnie w gotowaniu. Ogród mamy duży, więc znajdzie się też miejsce na grill.

– Na taką altankę jak w Cięciwie Altanka Pod Bachusem – zapaliła się Aldona do pomysłu, wyobraźnia zaczęła jej podsuwać kolorowe obrazy.

– A co to takiego?

– Opowiem ci potem. Teraz pomyśl nad reklamą. Przecież skądś ludzie muszą się dowiedzieć, że będą mogli tu przyjechać i czego mogą się spodziewać, no, zapoznać się z ofertą przed przyjazdem. I musi być zachęcająca, żeby się zdecydowali…

– Ojej, dotąd to były tylko wstępne pomysły, a tu nagle zaczynają nabierać realnych kształtów… – Martyna pokręciła głową w zadziwieniu. –  Grać potrafię ale na rysowaniu i reklamie się nie znam – zatroskała się.

– Ja trochę się znam – uśmiechnęła się Aldona. – Jestem na urlopie i mam nieco więcej wolnego czasu, z przyjemnością pomyślę.

– O matko jedyna – Martyna złożyła ręce jak do modlitwy, prawie nieprzytomna z nadmiaru wrażeń. – Mnie się to naprawdę nie śni?

– Mam cię jeszcze raz uszczypać? Tym razem zrobię to mocniej, lojalnie uprzedzam – śmiała się Karolina. – Najwyraźniej masz dziś szczęśliwy dzień. O, a ja mam pomysł. Jeśli zrobisz altankę na samym końcu ogrodu, to będziemy mogły tam dawać koncerty, bo nikt we wsi nie usłyszy. Przypomnę sobie jak się gra – nie przestawała się śmiać.

Dzień był wyjątkowo szczęśliwy dla Martyny i brzemienny w skutki, albowiem wieczorem Teresa zadzwoniła do Karoliny mówiąc, że Dorota pyta, czy nie zna kogoś, u kogo mogłaby się zatrzymać na resztę lata ciotka z Moniką. Z pewnych względów byłoby lepiej, gdyby spokojnie spędzały czas w bezpiecznym miejscu oddalonym od oka cyklonu. Obydwie z Aldoną narobiły tyle krzyku i hałasu, że bliźniaczki przyszły zobaczyć co się stało i przyłączyły się powiększając ilość decybeli na metr sześcienny powietrza dowiedziawszy się, że Monika dołączy do nich na resztę wakacji.  Martyna natychmiast została powiadomiona o tym fakcie. Znamienne jest, że nikt jej nie pytał o zdanie. Została jedynie poinformowana, że za kilka dni przyjadą pierwsze letniczki, pewne i godne zaufania.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Teresa, Terenia, Teresia, Tesia i inne zdrobnienia – czyli kwiatki dla Tereski :)

Lubię to imię. Nosi je nawet główna bohaterka „Wejścia w światło” pojawiająca się potem w innych częściach ursynowskiej sagi. Mam też w rodzinie dziewczyny o tym imieniu, więc wszystkim Tereskom życzę dziś zdrowia przede wszystkim, żeby żadne wirusisko się nie przyplątało nawet w najbliższej okolicy, życzę radości i uśmiechu, spełniania swoich marzeń i realizowania planów, ale przede wszystkim niech Wam się ziści to, czego same w skrytości ducha pragniecie 🙂 🙂 🙂

…piękne róże dla specjalnej Solenizantki 🙂 Legendarna 🙂 to dla Ciebie z uściskami najserdeczniejszymi 🙂 …

Żeby przy temacie kwiatów pozostać pokażę jeszcze kilka zdjęć ze szczawnickiego osiedla. Taki ciąg dalszy do wpisu o Osiedlu XX lecia i Osiedlu Połoniny – bo kwiatów tam tyle, że żal chować dla siebie i nie pozwolić innym oglądać 🙂  Schodki i samo położenie osiedli jeszcze przed nami, pokażę na pewno, będzie miło oglądać kiedy się zrobi zimno, szaro i ponuro.

Czyż nie chciałoby się zamieszkać na zawsze w takim miejscu? Może i dlatego ludzie życzliwsi się wydają od innych, uśmiechają się częściej, nawet „stacze” sprzed sklepu spożywczego o różnorodnym asortymencie są grzeczni, mówią „dzień dobry” i nie ma w nich czegoś obrzydliwie agresywnego jak gdzie indziej. Może to wyidealizowany obraz osoby przyjezdnej, ale nie tylko „muzyka łagodzi obyczaje” – w cywilizowanym świecie oczywiście – ale także kwiaty.  Tak więc jeszcze raz najwięcej kwiatów życzę dzisiejszym Solenizantkom. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 29 komentarzy