Szczawnickie wspominki 8 – osiedla w kwiatach

Przeglądałam zdjęcia w Lapciu, a mogę to robić godzinami, i pomyślałam, że póki jeszcze w miarę ciepło i wakacyjne wspomnienia są ciągle żywe, to ja znowu o Szczawnicy 😉 Konkretnie o osiedlu, właściwie o dwóch. Jest Osiedle XX lecia i Osiedle Połoniny. Uważam, że to najpiękniej położone osiedla mieszkaniowe na świecie 😉 … no, w każdym razie w kraju dla mnie na pierwszym miejscu. Wszak serce nie sługa i obcych bogów chwalić nie będzie…
Osiedle XX lecia jest starsze, kiedy powstało – sama nazwa wskazuje. Osiedle Połoniny jest młodsze, bloki są nowocześniejsze i wyżej położone. Jak wyglądają i jakie widoki mają mieszkańcy – pokażę później. Ważne jest, że osiedla są zadbane, czyściutkie (chyba, że przyjezdni zostawiają śmieci po sobie), panie gospodynie domów od rana krzątają się koło bloków, sprzątają, czyszczą, zbierają, dbają o chodniki, trawniki, kwiatki. Właśnie, kwiatki. Przed blokami rośnie mnóstwo kwiatów, stoją ławeczki, cieszą oczy mini ogródeczki urządzane najczęściej przez lokatorów mieszkających na parterze. Mieszkańcy obydwu osiedli wszyscy (chyba) dbają o to, by wygodnie się żyło w ładnym otoczeniu. Za żywopłotem  wypatrzyłam ukrytych przed okiem przechodnia wiele „umeblowanych” kącików, gdzie sobie mieszkańcy siedzą i omawiają różne swoje sprawy. Ludzie się znają między sobą jak to w małych miejscowościach, wiedzą kto z jakiej rodziny się wywodzi, znają przeszłość rodową do któregoś pokolenia, nikt nie jest anonimowy poza turystami oczywiście. Ale tacy, co od lat przyjeżdżają w jedno miejsce, już nie są traktowani jako obcy. W ogóle ludzie są gościnni, sympatyczni. pomocni. Taki drobny przykład – kurier dostarczył jedzenie dla psiaków. Było to ogromne i bardzo ciężkie pudło, bo i puszki i duży worek suchej karmy. Wtaszczył to na górę (wind przecież nie ma) i nie przyjął ani grosza za fatygę! Inny przykład – trzeba było wyjąć akumulator z auta, żeby podładować, a potrzebny jest do tego specjalny wichajster, żeby odkręcić śrubę. Przyjechał taksówkarz na zamówienie, ze swoimi narzędziami, odkręcił, pomógł i też nie wziął za przyjazd. Powiedział, że my też kiedyś komuś pomożemy. Ja się wzruszyłam taką NORMALNOŚCIĄ. Po takich sytuacjach po prostu wraca wiara w ludzi 🙂
Wracając do osiedla nadmienię jeszcze, że Spółdzielnia Mieszkaniowa „Połoniny” organizuje różne imprezy typu spotkania na Dzień Kobiet, na których są występy np. dzieci ze świetlicy recytujących wiersze, doradza paniom kosmetyczka, śliczna Natalia, do której czasem chodziłam, a koleżanka w pracy po moim powrocie z urlopu zdziwiła się : coś ty taka „wyprasowana” 😉 😉 😉  Przy dźwiękach muzyki, podczas recytacji panie częstowały się owocami, ciasteczkami, kawą lub herbatą, rozmawiały z kosmetyczką, dostały próbki wód toaletowych i maseczek odżywczych. Na koniec panie obdarowano tulipanami.  Ja nie byłam na takiej uroczystości, o tej porze roku nie bywałam w Szczawnicy, ale czytując  miesięcznik „Z Doliny Grajcarka” kupowany podczas każdego pobytu (teraz jest darmowy) wiedziałam na bieżąco co się dzieje w moim ukochanym miasteczku. O tym konkretnym spotkaniu przeczytałam w kwietniowym numerze z 2015 roku.
Odbywają się też konkursy na najładniej ukwiecone balkony, ogródki, na najbardziej zadbane klatki schodowe. I rzeczywiście są zadbane, poza kwiatami na parapetach można zobaczyć dekoracje na ścianach i nad drzwiami poszczególnych mieszkań w najprzeróżniejszej postaci – wieńców z kwiatów, suchych bukietów, obrazków, rzeźb. Prezes Spółdzielni jak dobry gospodarz (nie mylić z Aniołem Stanisławem z ul. Alternatywy 4  😉 ) obchodzi osiedla, kontroluje stan, rozmawia z ludźmi, mieszkańcy podchodzą do niego na ulicy ze swoimi sprawami czy uwagami.  Widziałam wielokrotnie takie sytuacje na własne oczy i bardzo mi się to podoba.

…czy nie przyjemnie robi się na duszy gdy po wyjściu z klatki schodowej wita na dzień dobry taka róża?…

…aksamitki niesamowitej wielkości, jeszcze takich wysokich nie widziałam…

…różne iglaki, fantazyjnie uformowane/powycinane również, co widać w głębi…

…a tutaj z bliska…

… hortensja bukietowa – jak mi się zdaje – rzuca się w oczy od razu…

…z przewagą bieli, ale Szilka zainteresowana czerwoną szałwią…

…te żółte posadziłabym u siebie w ciemnym kącie dla rozjaśnienia…

…najbardziej lubię różowe kwiaty…

…fragment zaczarowanego ogrodu…

…murek i kwiaty – to lubię 🙂 …

… tu też …

…uporządkowane, rozplanowane nasadzenia…

…urok osiedla docenia jelonek…

…tu w przybliżeniu, to samo zdjęcie co na górze,  zrobione z balkonu…

W następnym odcinku szczawnickich wspominek będą widoki z osiedli i na osiedla. Uwierzcie, że z przyjemnością i tęsknotą je oglądam. Myślę, że jak się tam mieszka na stałe i od zawsze, nie zwraca się na to uwagi tak bardzo jak wtedy, gdy przyjeżdża się co jakiś czas. Nie można się wtedy napatrzeć, nasycić oczu widokami… oj, znowu zacznę marudzić 😉 Kończę więc na razie i życzę spokojnego, dobrego tygodnia 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

Smutek, ale i słodkości nieco ;)

Wieje smutkiem. Zawsze pod koniec wakacji tak odbieram odchodzące lato. Za czasów wczesnego dzieciństwa tak było, kiedy Lucy z mamą jechały do domu, bo siostra już do szkoły szła, a ja zostawałam w Tenczynku i było mi smutno przez kilka dni, zanim znowu się nie przyzwyczaiłam. Znowu miałam swoje życie z kurkami, króliczkami, woziłam je w wózku dla lalek, chodziłam się bawić do małego Zbysia, synka cioci (teraz jest konserwatorem zabytków i ma własną pracownię, ale nie w Polsce), towarzyszyłam babci w polu gdy kopała ziemniaki, a ja sobie po cudownych Skałkach chodziłam. Patrzyłam na szare zaorane pola, niektóre jeszcze złocące się ścierniskami, na dymy ognisk snujące się nad polami niosące zapach palonych ziemniaczanych badyli…  Snułam się po polach jak te dymy, niczym „zaduma szara, osmętnica” i snułam marzenia…
Nigdy nie lubiłam szkoły, ale chodziłam gdy przyszedł czas, jak wszyscy. Nie lubiłam nigdy – co uświadomiłam sobie duuużo później – żadnej formy przymusu, czyli nie lubiłam się uczyć tego czego musiałam, a nie  chciałam; nie lubiłam współpracować z ludźmi, do
których czułam awersję, ale musiałam jak wszyscy jakoś to przeżyć i nie zwariować. Koniec lata kojarzy się z końcem wakacji i przymusem pójścia do szkoły, oraz – później –  z końcem urlopu i przymusem powrotu do pracy. W końcu z czegoś trzeba było żyć i utrzymać dzieci.
A potem dzieci poszły do szkoły i znowu przeżywałam koniec wakacji i powrót szkolnego koszmaru… Cóż, chłopcy jak to chłopcy, nie byli zachwyceni przymusem szkolnym, przecież jest tyle ciekawszych rzeczy niż marnowanie czasu na siedzenie w szkole 😉  Dobrze, że to już poza mną…
Tak czy inaczej jest mi szkoda lata, w powietrzu unosi się zapach jesieni choć słoneczko przygrzewa jeszcze nieźle a kolory wciąż z przewagą zieleni przyciągają wzrok. Niestety, wnuczka wciąż o szkole wspomina, zastanawia się jak to będzie więc siłą rzeczy i moje
myśli krążą wokół tematu szkoły. W tym roku doszedł  problem covida i przyznam, że jestem bardzo zaniepokojona przyszłością. Jak chyba większość rodziców i dziadków boję się o dzieci.
Strach strachem, a siły codziennym pożywieniem pokrzepiać trzeba. Co wymyśliłam tym razem? Otóż kotleciki z fasoli z puszki, bo nie miałam zupełnie pomysłu co zrobić. W sumie jadłam nie tylko ja ale reszta rodzinki także 🙂 Nie kombinowałam ze składnikami, już się przekonałam, że co za dużo to niezdrowo 🙂  Odsączyłam fasolkę na sitku, rozgniotłam widelcem, przyprawiłam, dodałam jajko, tartą bułkę i bardzo zgrabne kotleciki ukazały się oczom moim 😉  Opanierowałam w bułce tartej i usmażyłam. Zdecydowanie wyszły na prowadzenie w kategorii kotletów. Zapomniałam je uwiecznić, jak sobie przypomniałam było już po obiedzie 🙂
Poza tym były naleśniki z serem, też im fotki nie zrobiłam. Był chłodnik jagodowy z makaronem, o nim pamiętałam i uwieczniłam przed skonsumowaniem, bo mi się kolor podobał 🙂

… cudny kolor…

Kolejne kotlety zrobiłam z pozostałych po poprzednim obiedzie ziemniaków utłuczonych z usmażoną cebulką, odrobiny ryżu podebranego (znowu) psom, otrąb owsianych, przyprawy do indyka (dla pozostałych członków rodziny był indyk), trochę pokrojonego
żółtego wędzonego sera, jajka, surowej drobno pokrojonej cebulki. Bardzo dobrze się skleiły, opanierowałam w bułce tartej i usmażyłam. I już 🙂  Coraz lepiej mi idzie przygotowanie bezmięsnej potrawy dla siebie, a przy okazji Mąż i Średnia (która od dziś nazywa się tutaj Werą, bo takie imię sobie wymyśliła na potrzeby babcinego bloga)   testują.

Bez słodkości nie może się przecież obyć podczas wakacji u dziadków, więc różne babcia szykuje. Galaretki owocowe z serkiem waniliowym bardzo smakują i najczęściej goszczą. Są lody oczywiście, wafelki, rurki waflowe, w których niepotrzebnie babcia też zasmakowała i nie znajduje dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Żadnego!!! Jednak najlepsze są słodkości wykonane własnoręcznie przez babcię, bo przynajmniej wiadomo co jest w środku. I tak deser budyniowo-herbatnikowy zniknął natychmiast.

…robi się szybko i bez wysiłku, jedynie zawsze muszę przypalić garnek z mlekiem ;( …

…drugi od pierwszego różnił się tylko tym, że nie przypaliłam garnka robiąc budyń i posypałam po wierzchu wiórki czekoladowe oprócz cukru pudru …

Kaszka manna ugotowana w mleku z cukrem waniliowym i odrobiną masła polana sokiem malinowym okazała się smacznym deserem.

…taki deser z dzieciństwa smaczny i zdrowy…

A tak wygląda Skituś przykryty kołderką, który śpi w łóżku ze swoją ukochaną pańcią jak spał od prawie urodzenia. Mimo siwej mordki zachowuje się jak szczęśliwy szczeniaczek 🙂

… Skituś w dziale deserów, bo przecież to słodziak 🙂 …

Dużo słodyczy na cały tydzień Wam Skituś życzy w ostatnim dniu sierpnia, a także zdrówka oraz pomyślności wszelkiej mimo końca wakacji. Trzymajcie się zdrowo!!!

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 43 komentarze

Szczawnickie wspominki 7 – godła Szalayowskie

W XIX wieku chałupy szczawnickich górali były jeszcze bardzo biedne. Przeważnie bez podłogi z samym klepiskiem tylko, okna najczęściej bez szyb, ściany czarne od sadzy i dymu ponieważ domy najczęściej nie miały komina, na podwórkach było błota tyle, że przejść się nie dało suchą nogą. Józef Szalay zastanawiał się nad ulokowaniem coraz większej liczby tak zwanych wtedy „gości kąpielowych” przyjeżdżających do wód szczawnickich w celu wypoczynku oraz podreperowania zdrowia. Okazało się, że liczba gości przewyższa znacznie możliwości lokalowe willi z pokojami przeznaczonymi dla kuracjuszy. Wymyślił wtedy, że gdyby miejscowi górale podnieśli standard swoich domostw, część gości mogłaby u nich zamieszkać. Namawiał więc górali aby szklili okna, układali drewniane podłogi i budowali kominy. Obiecywał wynagrodzenie jeśli dostosują izby do przyjmowania gości.
Z początku nie bardzo się taki pomysł góralom podobał. Jednak kiedy się przekonali, że można na tym dobrze zarobić, coraz więcej chałup zaczęto przystosowywać do wynajmu gościom. Bywało i tak, że gospodarze przenosili się do szopy lub innego gospodarczego pomieszczenia, a dom zostawiali do dyspozycji gości. Domy, które dostosowano do potrzeb kuracjuszy i mogły przyjmować przyjezdnych zostały oznakowane specjalnymi szyldami, drewnianymi tablicami nazywanymi „godłami Szalayowskimi”. Domy bez oznaczenia godłem nie miały prawa przyjmowania gości na kwatery, co automatycznie oznaczało mniejsze dochody od tych, którzy kwatery mogli przyjezdnym wynajmować.

„Na szyldzie znajdowało się malowidło i napis. Oba elementy ukrywały informację o charakterze albo talentach gospodarza; przykładowo Słowikowie mieli w godle Szalayowskim dzwon, Malinowscy – serce, Zachwiejowie – anioła, a wojujący z Szalayem Węglarzowie – węża lub smoka. Wieszanie tablicy było swoistym wydarzeniem, któremu nadawano uroczystą oprawę; uczestniczyła w nim orkiestra zdrojowa, a drzwi wieńczono girlandami z jedliny.

W Szczawnicy doliczono się 105 tablic powstałych w ciągu tych dwustu lat; ich wykonawcy nie są znani poza pierwszym – Józefem Szalayem i współczesnymi: Józefem Bieńkiem, Janem Papieżem, Janem Zachwieją, którzy na zlecenie prywatnych właścicieli domów lub miejscowego oddziału PTTK rekonstruowali tablice. Wiele z godeł znikło przy rozbiórkach budynków albo przebudowach, kilka z nich znajduje się w Muzeum Pienińskim.” (cytat ze strony http://szczawnica.pl/pl/1774/5570/z-prasy.html). W ostatnich latach w odtwarzaniu tablic uczestniczył Wietek Kołodziejski twórca Muzycznej Owczarni, ale o niej innym razem.

Poniżej kilka zdjęć godeł zrobionych w 2019 roku podczas pobytu w Szczawnicy, wszystkich nie odczytam już teraz, nie zapisałam, a sprawdzić nie mam jak. Ale kiedyś sprawdzę i podpiszę 🙂

Jest godło Pod sroką, Pod Matką Boską, Pod topolą, Pod matroną, Pod kozicą, Pod dzwonem, Pod słowikiem, Pod Aniołem Stróżem, Pod Bożą Opatrznością, Pod wilkiem, Pod kołem, Pod kozakiem, Pod capkiem, Pod winogronem, Pod bzem, Pod zającem, Pod pomarańczą, Pod rakiem, Pod trzema koronami, Pod św. Józefem, Pod Kościuszką, Pod strzelbą, Pod góralką, Pod lisem, Pod jeleniem, Pod gołąbkiem, Pod basami  i mnóstwo innych, których nie spamiętałam.

…tu mi wskoczyło zdjęcie łani regularnie odwiedzającej w zeszłym roku tereny koło bloku, chodziła po osiedlu z młodym…

…na Dworku Gościnnym (odbudowanym, zwanym przed pożarem także Kursalonem) jest widoczne nowe godło…

A teraz kilka zdjęć z 2005 roku, z wyprawy na Białą Wodę, gdy było pięknie i zielono, a z oddali patrzyły na nas Tatry i wołały, żeby do nich zajrzeć. Jednak na próżno, wolimy na nie patrzeć z daleka będąc w ukochanych Pieninach 🙂

Dobrego tygodnia! Choć zbliża się koniec wakacji niech będzie pięknie, wesoło i zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Szczawnica | 32 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 43

 Dziewczynki błyskawicznie zadomowiły się u Karoliny, nawiązały nowe znajomości,  odnowiły te sprzed roku. Na początku trochę się obawiały, czy bimbrownik ich nie znajdzie i nie będzie się mścił za pomoc w nakryciu go na gorącym uczynku. Wujek Zygmunt rozwiał obawy i zapewnił, że nie muszą się niczego obawiać, ponieważ winowajca odsiaduje karę w zakładzie karnym również za różne inne grzeszki i rychło na wolność nie wyjdzie. Poza tym przecież nie wie, że to one właśnie przyczyniły się do jego ujęcia. Tak więc uspokojone dzieciaki poznały najkrótszą drogę z domu Karoliny na Skałki i biegały z wiatrem w zawody, czasem w towarzystwie Tiny, czasem wujkowego  Miśka, który stał się dorosłym psem i bardziej teraz przypominał bernardyna niż przed rokiem, wciąż będąc oczkiem w głowie wujka Zygmunta.

Dziadek zdecydował się przyjechać latem do Tenczynka w towarzystwie córki, wnuków, zięcia i babci Basi. Tak więc pewnego dnia do domku pod lasem przyjechały dwa samochody, a w nich rodzina Zacharskich wraz – oczywiście – ze wszystkimi czworonożnymi domownikami. Tak więc zebrała się cała zeszłoroczna paczka młodzieży, brakowało jedynie Moniki. Szczególnie Marek był niepocieszony tym faktem.

– Słuchajcie, wiecie pewnie więcej niż ja – powiedział do bliźniaczek, gdy siedzieli wszyscy  na ganku wspominając zeszłowakacyjne przygody. – Jak to naprawdę jest z Moniką? Nie mogę się od starszych dowiedzieć dokładnie i jestem głupi.

– Ale o co ci konkretnie chodzi? – chciała uściślić Linka.

– O to, że jej tata zniknął, a mama chce ją wywieźć za granicę, żeby się z nami nie zadawała, czy jak?

– No nie, co za bzdury, zaraz wam dokładnie wszystko wyjaśnimy – z miną osoby wszystkowiedzącej odpowiedziała Inka.

– Bo my, z pewnych względów, jesteśmy najlepiej poinformowane – dodała Linka.

– Akurat – prychnął Kubuś. – Ja usłyszałem… no nie, nie podsłuchiwałem specjalnie, przypadkiem usłyszałem – tłumaczył lekko speszony karcącym spojrzeniem Inki. – Przy-pad-kiem, rozumiesz? Słyszałem jak wujek Jurand i wujek Michał rozmawiali, że wujek Sergiusz jedzie do Szwajcarii, żeby zarobić pieniądze, które mu ukradł wspólnik i mama Moniki.

– No co ty mówisz? Jak mama Moniki kradłaby pieniądze własnemu mężowi? – skrzywił się z niesmakiem Maciek.

– Właśnie o to chodzi, że ona chce się ożenić z tym wspólnikiem i zabrać Monikę wujkowi Sergiuszowi

– To jakieś głupie jest.

– No głupie, ale przecież dorośli wciąż robią jakieś głupoty.

– Fakt – zgodziła się Linka. – Jakby zupełnie myśleć nie potrafili.

– No to mówcie co wiecie – zniecierpliwił się Marek.

– W sumie to jest proste – stwierdziła Inka. – Wujek Sergiusz kocha naszą mamę, ciotka Agata się o tym dowiedziała i chce się zemścić na wujku zabierając mu Monikę.

– A Monika nie chce być zabrana, dlatego się schowała u swojej babci – wyjaśniła Linka. – A wujek przecież myślał, że już nie ma żony. Jak ta Agata wyjechała na kilka lat i napisała, że nie wraca i się nie odzywała wcale, bo miała ich w nosie, to się mógł od nowa zakochać, no nie?

– Mógł – zgodzili się chłopcy.

– A ona była niedobra dla Mimi i dla Tiny, chciała, żeby wujek je gdzieś w lesie wyrzucił albo pod schroniskiem, żeby nikt nie widział… – ciągnęła zbulwersowana Inka. – Dobrze, że nasza mama je wzięła do domu.

– Wasza mama jest super – potwierdzili chłopcy.

– I teraz chodzi o to, żeby ta cała niby-ciotka Agata nie mogła Moniki nigdzie zabierać, żeby została z wujkiem na zawsze – podsumowała Linka.

– Monika żeby została – uzupełniła Inka.

– Aha, o to chodziło – puknął się w czoło Kuba. – Teraz już wszystko rozumiem. Ona była, Agata znaczy, w zmowie z tym wspólnikiem i można ją wsadzić do więzienia za współudział w zbrodni.

– W jakiej zbrodni? – spojrzała na Kubusia zdziwiona Inka.

– No, w tej kradzieży pieniędzy i ucieczce – wyjaśnił.

– Dorośli to naprawdę są jacyś dziwni – skrzywił się Maciek z niesmakiem. – Oczywiście zdarzają się wyjątki – dodał szybko na widok nadchodzącej matki.

– Jakie wyjątki? – zainteresowała się Teresa.

– Od reguły – szybko odpowiedziała Linka.

– Bo wiesz, ciociu, zawsze są jakieś wyjątki od reguły – pospiesznie dodała Inka.

– A konkretnie?

– No… na przykład…

– O, mrówka – krzyknął Kuba. – Palnę ją! Skoczyła!

– Mrówki nie skaczą – z powątpiewaniem spojrzał Marek.

– To pchła! – pisnęła Linka. – Jak ją złapać?

– Trzepnij, może ją ogłuszysz – poradził Maciek.

Rozpoczęło się polowanie na pchłę. Teresa chciała coś powiedzieć ale machnęła ręką i weszła do domu. Z chwilą zamknięcia się za nią drzwi polowanie ustało.

– Dzięki za poratowanie – spojrzała z wdzięcznością Inka. – Nie wiedziałam co powiedzieć.

– Drobnostka – z wyrozumiałością skwitował Kubuś.

– Wiecie co? Chodźmy na strych, tam nikt nam znienacka nie wejdzie i unikniemy głupich sytuacji – zaproponowała Linka.

Przenieśli się na strych wysprzątany podczas poprzednich wakacji, pozbawiony większości rupieci, jakie zwykle zalegają na strychach. Jedynie kurzu nazbierało się przez ten czas zdecydowanie zbyt dużo i zaczęli kichać.

– Chłopaki, przynieście odkurzacz – zadecydowała Linka. – Musimy sobie tu stworzyć bazę wypadową, takie fajne miejsce do siedzenia jak na przykład się rozpada…

– Co się rozpadnie? – zdziwił się Marek.

– Nie rozpadnie, tylko rozpada. Deszcz. Takie mokre, z nieba leci, rozumiesz? – spojrzała na chłopca z politowaniem.

– Udusić się od kurzu nie mamy przecież zamiaru – dodała Inka.

Nie wyrazili sprzeciwu i głodny odkurzacz pożarł mnóstwo kurzu. Mokrym mopem przetarli podłogę i mogli się wygodnie rozsiąść na wiklinowych fotelach i ławce. Zagracony pozostał tylko jeden kąt obszernego strychu, ale na razie nie chciało im się niczego ruszać. Postanowili tam zajrzeć, oczywiście, ale dopiero wtedy, kiedy im się zachce, albo kiedy będą się nudzili.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 11 komentarzy

Nie chce mi się

Najwyższa pora napisać znowu o Szczawnicy, dawno nic nowego nie było, tyle się dzieje wokół w naszej rzeczywistości, że czasu nie starcza na wszystko, co by się chciało robić. Myśli też uciekają nie w tę stronę co trzeba i robi się w głowie dołujący mętlik, z którego
trzeba się wydobywać, żeby nie oszaleć – co wcale łatwe nie jest. Lepiej spojrzeć na coś pięknego, wiecznego, niezmiennego, niewzruszonego… Co to takiego? Góry przecież ! A jak góry to moja ukochana Szczawnica 🙂 Jest wiele tematów, które mam zamiar poruszyć, ale teraz zwyczajnie mi się  nie chce.

Mam Średnią u siebie i myślę jak dziecku dogodzić, żeby pamiętało mnie do końca życia jak ja swoją babcię 🙂 Zrobiłam wczoraj na obiad kotlety z kalafiora, smaczne wyszły, nie powiem, ale jeszcze nad ostateczną wersją muszę popracować. Ugotowany kalafior rozgniotłam widelcem, dodałam usmażoną cebulkę, jajko, bułkę tartą, ząbek czosnku. Czegoś jednak mi brakuje w nich, konsystencja nie do końca mi odpowiadała po usmażeniu. Popróbuję. Zdjęć nie robiłam, bo wszystkie kotleciki wyglądają tak sam. Zrobię, jak będę zadowolona z rezultatu w stu procentach.  Zamówiła sobie młoda placki z jabłkami, więc oczywiście przygotuję 🙂

Przejrzałam trochę zdjęć szczawnicowych i wybrałam kilka, takich z relaksującymi widokami. Niech i Wasze oczy ucieszą i odrobinę spokoju wniosą w życie 🙂

Tematów – jak wspomniałam – jest wiele i jeśli się zmobilizuję, a przecież kiedyś to nastąpi, będę się starała pokazać Wam dalsze ciekawe wycinki szczawnickiej historii. Na razie jednak nie mam kiedy się skupić, poza tym – w końcu są wakacje, więc trochę luzu każdemu się przyda. Szczególnie po trudnej wiośnie i przed jesienią, podczas której nie wiadomo co nas czeka. Myślę o wirusie, o innych kwestiach chwilowo staram się nie myśleć. Telewizora w dalszym ciągu nie włączam. Mąż z wnuczką oglądali jakieś filmy, seriale – ale przez internet jakoś tam… 😉 A ja nie, wolę się wyciszyć i popatrzeć na zieleń i piękne niebo.

I jeszcze Trzy Korony, cudowne, na które się wdrapałam kiedyś. Oczywiście nie na skałę tylko na platformę widokową. Żeby dotrzeć na samą górę musiałam pokonać chyba milion schodków 😉 Mam na to dowód. Jakość wprawdzie straszna, ale dowód jest 😉

Może uda mi się poprawić jakość to wymienię. Ale wszystko jedno, spojrzeć na świat z takiej wysokości to jest coś fantastycznego, wszystkie problemy wydają się malutkie…

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 30 komentarzy

Pyszne bez mięsa

Odkąd postanowiłam nie jeść mięsa całkowicie i definitywnie, a było to 26 lutego tego roku  (wcześniej jadłam tylko kurczaki, indyki i ryby od wielu, wielu lat, ssaków żadnych), staram się coś dla siebie znaleźć dobrego i pożywnego. Mąż i babcia D. jedzą drób w dalszym ciągu, więc im przyrządzam co innego niż sobie. Pieczarki już mi się znudziły, rzuciłam się teraz na cukinię. Zawsze lubiłam, ale robiłam tylko smażoną na oleju na patelni i posoloną. A teraz zaczęłam myśleć co by tu zrobić innego i smacznego.

…zrobiłam więc cukinię w naleśnikowym cieście…

Potem kombinowałam co by tu jeszcze , co by tu jeszcze…

…  ładnie wyglądało…

… i wymyśliłam utartą cukinię z ziarnami słonecznika, siemieniem lnianym i otrębami owsianymi oraz bułką tartą – bo akurat to miałam pod ręką – w postaci kotlecików. Do tego zrobiłam sos chrzanowy i wyszło świetne jedzenie 🙂

W dalszym następstwie  cukiniowego ciągu wytworzyłam kotleciki z cukinii utartej i ugotowanego ryżu (miałam ugotowany dla psiepsiołów, więc im trochę podkradłam 😉 ). Oczywiście zawsze dodaję jajko, bułkę tartą dla zagęszczenia, tu jeszcze dużo surowej  cebulki drobno pokrojonej, troszkę żółtego sera, który został ze śniadania, o przyprawach nie wspomniałam – wiadomo, że sól, pieprz i czosnek granulowany.

…prezentowały się znakomicie i tak samo smakowały, nawet Średnia jadła i kurczakowych mielonych nie próbowała wcale…

A potem wykorzystałam jabłka leżące w koszyczku od kilku dni i usmażyłam z nimi placki. Rewelacyjne wyszły chyba dlatego, że dodałam odrobinę proszku do pieczenia i resztkę śmietany. To w ramach wykorzystywania resztek wszelakich oraz niemarnowania żywności.

…jeszcze nigdy takie dobre nie były…

Kupiłam fasolkę szparagową, czerwone buraki i mam chęć na barszcz ukraiński (tak zwany) i jutro, nie, pojutrze ugotuję. Na jutro jeszcze są kotlety. Nie robiłam w tym roku żadnego chłodnika, więc to plan na przyszłość, przecież trzeba latem chłodnik przyrządzić, bo jak inaczej 😉  Ziemniaków się uzbiera, bo gotuję z premedytacją więcej, zrobię więc kluski śląskie, które zdecydowanie smakują wszystkim 🙂

Jeszcze tylko powiem, że na śniadanie przygotowałam rodzince pastę z jajek na twardo i cebulki. Moja mama kroiła białko w drobniutką kosteczkę, żółtko ucierała z masłem. Ja idę na łatwiznę, utarłam na tarce jajka, cebulkę pokroiłam oczywiście drobno, ale zamiast masła dodałam trochę majonezu, plus sól i pieprz. Średnia lubi, więc z myślą o niej gotowałam wieczorem jajka, ja też lubię, babcia D. zjadła bez grymaszenia i nawet Mąż powiedział, że dobra wyszła, choć on osobiście za nią nie przepada 🙂

…wyglądała apetycznie..

Nie narzekam na upał, bo jestem istotą ciepłolubną i dobrze wiem, ze lato jest bardzo krótkie, zaraz się skończy i będzie zimno. A tego nie lubię zdecydowanie! Korzystajcie więc z wakacji ile się da. Tylko mądrze, żeby siebie i bliskich nie zarazić wirusiskiem, paskudnym covidem.

Trzymajcie się zdrowo!

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 28 komentarzy

Tenczyńskie tęsknoty…

Wakacyjna pora  to zawsze czas wspomnień – przynajmniej dla mnie – wakacji w Tenczynku. Zresztą już nieraz mówiłam, że moja dusza czy podświadomość, czy jak też ją inaczej nazwać – w Tenczynku jest obecna bezustannie. Ale w tym Tenczynku, którego już nie ma,  w miejscach drogich mi, kochanych, obecnych już tylko na mapie pamięci ponieważ w świecie rzeczywistym zastąpiły je zupełnie inne. Wszystko się zmienia, rozbudowuje, burzy, powstaje nowe, dzieli się przestrzenie na małe działki, w nich zamieszkują nowi  ludzie budujący tam nowe domy i tworzą swoją własną historię. A ja się przechadzam wciąż w tych miejscach, które ukochałam, z których wywodzą się moi przodkowie zupełnie jak duch przybywający na ziemię z wizytą zza Tęczowego Mostu. Znalazłam jeszcze kilka zdjęć z ostatniego prawdziwego pobytu w Tenczynku, potem już tylko na cmentarz (który jest bardzo ładny) wpadam jeśli mogę, ostatnio zastępowała mnie kuzynka moja kochana, za co jestem jej baaardzo wdzięczna.

…tu Ania nad Stawem Wrońskim wieki temu w ulubionej falbaniastej spódnicy…

Pamiętam jak tata „na barana” niósł mnie przez ten staw, musiałam być bardzo malutką dziewczynką 🙂

…widok ze Skałek…

…na Buczynę…

…na cudowne, ukochane przestrzenie, których już nie ma, a które teraz odnajduję w Szczawnicy…

…ostatnie zdjęcia niezamieszkałego już domku dziadków, mojego ukochanego domku, w którym mieści się całe moje dzieciństwo i młodość też, mnóstwo uczuć, wspomnień, właściwie – cała Ania …

…przed płotem stały trzy ule z ukochanymi pszczołami dziadka Staszka, siedział obok i godzinami przyglądał się jak wlatywały do ula z pełnymi „koszyczkami” na nóżkach i jak wylatywały po nowe zbiory, a potem  mieliśmy pyszny miód…

Na koniec dom, który przed samą wojną budowali wujkowie mojego taty, dziadkowie mojej kochanej kuzynki 🙂  Mieszkała tam też prababcia Karolina, która podczas I wojny swego rannego męża (mojego pradziadka Władysława)  do Tenczynka z Przemyśla przywiozła. Mój tata mieszkał tu podczas wojny i ukrywał się w środkowym pokoju po ucieczce z Baudienstu. Ciotka z babcią w dzień zastawiały drzwi szafą i nie było ich widać, gdyby ktoś nagle wszedł.

…te dwa zdjęcia zrobiłam w 2006 roku…

…to też, ale chodziło mi o przybliżenie balkonu, z którego tata zrobił dwa historyczne dziś zdjęcia…

…to widok z balkonu w latach trzydziestych XX wieku, teraz na górce jest dom handlowy (przynajmniej był, kiedy byłam tam ostatni raz)…

…a to widok z drugiej strony balkonu na browar…

Dopóki się nie przyjrzałam tej fotografii w powiększeniu myślałam, że jest sprzed wojny. Dopiero gdy zrobiłam zdjęcie zdjęciu i powiększyłam to zobaczyłam, że budynki są spalone, okna puste, dachu nie ma. Czyli było zrobione po spaleniu browaru podczas wojny.  Już po przegonieniu okupantów ludzie brali co się dało ze spalonego obiektu, wiem z opowiadań.  Mój tata na pytanie czy on też coś wziął – odpowiedział „poczęstowałem się butelką szampana” 🙂 Tego szampana mama wspominała – „smaczny był, jak lemoniadę zupełnie się piło, ale potem wstać nie dało rady, choć głowa była absolutnie trzeźwa” 🙂  Jak ja żałuję, że nie dopytałam o więcej szczegółów, że w ogóle za mało interesowałam przeszłością, historią przeżytą, a więc prawdziwą, nie wymyśloną na potrzeby chwili…. Młodzi ludzie już tak mają, że zajmują się swoim życiem, własnymi aktualnymi sprawami a nie przeszłością. Taka jest kolej rzeczy, inaczej mieszkalibyśmy do tej pory w jaskiniach 😉  Później przychodzi czas na zadawanie pytań – ale już nie ma kto na nie odpowiedzieć…

Swoją drogą – uciekają z pamięci wakacyjne wyjazdy na wczasy, to znaczy pamiętam oczywiście Kołobrzeg, Świnoujście, które bardzo lubiłam. Międzyzdroje też, różne imprezy młodzieżowe, wyjazdy integracyjne na studiach, super wakacje w Bułgarii – wszystko było bardzo fajne, ale w duszę zapadły wakacje u dziadków. I tylko tam wracam, tam jestem jakbym funkcjonowała w kilku wymiarach… Cóż… takie sobie dyrdymałki…takie było motto na Bloxie…

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 41 komentarzy

Cisza informacyjna :)

Dzieciaki są zajmujące, absorbujące, wesołe, cudowne, kochane i w ogóle całkiem nie do zastąpienia 🙂  Calineczka nieustannie babcię Anię przyprawia o ataki śmiechu, wesołości, dobrego humoru (choć czasem już babcia ledwo zipie 😉 ) przeplatające się z ogromną miłością i czułością wypełniającą babcię od stóp do głowy. Tak samo Średnia, poza atakami śmiechu oczywiście, które zastąpiła duma i podziw, że nastolatka zrobiła się (już!!!) mądra i dojrzała, a  dopiero co była taką dziewczynką z kucykami jak Calineczka teraz. Ten czas jest okropny pędząc bez opamiętania do przodu, buuu ;(

Kiedy dzieciaki są w pobliżu nie ma kiedy zająć się blogiem, więc musi – biedny – leżeć odłogiem i czekać na chwilę spokojniejszą. Przez trzy dni nie włączaliśmy telewizora ani komputera. Z czystą premedytacją. I przeżyliśmy! Bez ciągłego jazgotu, trzeszczenia i krążących „okołomózgowo” złych informacji, w ciszy pozwalającej zregenerować szare komórki co jest konieczne, aby nie stać się chodzącym okazem słynnej już  „inteligencji bezobjawowej” 😉 Dzięki temu mogę pokazać fotki z porannego spaceru z psiepsiołami odbytego 26 lipca. Stąd znam datę, że telefon to taka zmyślna „istota”, która wie dokładnie kiedy zdjęcie było zrobione. Wprawdzie nie lubię, kiedy poprawia to co piszę i uważa, że wie lepiej co miałam na myśli, ale na zdjęciach zna się zdecydowanie bardziej niż ja 😉

… na dzień dobry spotkaliśmy wiewióreczkę spacerującą po ogrodzeniu, która wskoczyła na gałąź na nasz widok i wyraźnie się nam przyglądała…

…tak wyglądała w zbliżeniu, śliczne stworzonko, prawda?…

…skręciliśmy w boczną uliczkę …

…a tam jak na wczasach…

…ogromne stare sosny…

…mnóstwo zieleni…

…zieleń na uliczce, zieleń w ogródkach…

…aż przyjemnie iść o poranku…

…gdy uśmiechają się kwiaty niczym słoneczka złote…

…gdy słoneczko rozjaśnia każde miejsce…

…gdy poranne powietrze odurzająco pachnie i nie  psuje go nawet przelatujący samolot…

…gdy trafi się na dróżkę jak na wakacjach u babci…

…gdy pachną iglaki i zielone szyszki…

…gdy wyglądają spod liści czerwone – chyba czereśnie, na wiśnie już trochę późno, chociaż – u babci wiśnie były dobre przez całe wakacje, taka odmiana stara…

… no i róże oczywiście…

…i jeszcze takie piękne w moim ulubionym różowym kolorze, bo kwiaty różowe najbardziej lubię…

Myślę, że kolorowa Matka Natura jest najlepszą odskocznią od tego, czego nie mam zamiaru ani ochoty oglądać i słuchać w realu. Tak już jest, że wszystko się zmienia, życie polega na nieustannych przemianach jak stara Księga I Czing mówi i na to nie ma rady. Poza tym – jak napisał staropolski poeta – ” U Fortuny to snadnie, że kto stoi upadnie, a któren był dopiero u niej pod nogami, patrzajcie go po chwili, on już gardzi nami…” – oczywiście nieścisłości mogą być, bo z pamięci odtwarzam, ale sens z pewnością zachowałam.

Tak więc trzymajcie się zdrowo, podziwiajcie cuda Natury, cieszcie się wakacjami i latem, oby z głową i zachowaniem ostrożności!!!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 39 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 42

Dorota została zaskoczona przez bardzo przystojnego mężczyznę, którego spotkała wychodząc z mieszkania ciotki  gdzie podlewała kwiatki podczas nieobecności właścicielki. Zaskoczenie polegało na tym, że nijak nie mogła go sobie przypomnieć, on zaś zachowywał się jakby ją znał sto lat albo dłużej, powitał z wielką radością i wypytywał o całą rodzinę. Kiedy wreszcie dotarł do Sergiusza i okresu studiów, olśniło ją.

– O matko, Miłosz! To naprawdę ty? Dopiero teraz cię poznałam.

– Widziałem, że nie wiesz z kim rozmawiasz i byłem ciekaw, co dalej zrobisz – mówił rozbawiony sytuacją.

– Za skarby świata bym cię nie poznała gdybyś nie wspomniał jak zwialiście z ćwiczeń, żeby zdążyć na koncert i skończyło się złamaniem ręki.

– Aż tak bardzo się zmieniłem?

– Przez tyle lat każdy się zmienia… Oj, no dobra, nie będę kombinować. Pewnie, że bardzo. Było z ciebie takie chuchro, taka bida, że żadna dziewczyna nie zawiesiła na tobie oka na dłużej, co tam będę kręcić. Tak było. Ale teraz… to ho, ho – zaśmiała się. – W niezłe ciacho się przemieniłeś.

– Ty za to wcale się nie zmieniłaś, poznałbym cię na końcu świata. Dorcia, wyglądasz jeszcze ładniej niż wtedy…

– Dobra, dobra, mów mi tak jeszcze, zaraz wyjdę z siebie i stanę obok, bo moja mile połechtana próżność musi znaleźć jakieś ujście – powiedziała rozbawiona.

– Kilku z nas się wtedy w  tobie kochało, ale Sergiusz obiecał, że udusi każdego, który spróbuje cię zaczepiać.

– Aaa, to takie  buty. Porozmawiam ja sobie z tym moim braciszkiem…

– Ja właśnie w tej sprawie – wtrącił. – Ja też chciałbym z nim porozmawiać. Dlatego przyszedłem. Pomyślałem, że może jeszcze mieszka tutaj jego mama i dowiem się jak go znaleźć.

– Od ciotki niczego byś się nie dowiedział bo jej nie ma, wyjechała. Ale jestem ja – szelmowsko zmrużyła oko. – Jeśli powiesz po co ci mój najdroższy braciszek, to może pomogę ci go znaleźć. To nie jest obecnie takie proste.

– Dlaczego? – zdziwił się

– Bo się ukrywa – oznajmiła tajemniczym prawie szeptem.

– Przed kim? – zdziwił się jeszcze bardziej.

– Przed komornikiem i przed prawie byłą żoną – wyjaśniła nie zmieniając tonu.

– Coś podobnego, jak do tego doszło?

– O nie, mój drogi, nic więcej ode mnie nie usłyszysz dopóki się nie dowiem po co szukasz mojego brata. A może jesteś w zmowie z wrogami i chcesz mu zrobić krzywdę?

– Oszalałaś? Ja?

– Skąd mogę wiedzieć? Ludzie się przecież zmieniają, sam się zmieniłeś nie do poznania. Może coś się za tym kryje?

– Chyba się filmów sensacyjnych za dużo naoglądałaś – stwierdził z niesmakiem. – A może pójdziesz ze mną na kawę? Wszystko ci opowiem.

– Na kawę nie pójdę, bo nie mam czasu, ale ty możesz mnie odprowadzić i pogadamy po drodze. Jak nie skończysz zanim dojdziemy, to zajdziesz na kawę do mnie.

– A nie dostanę w łeb od Sergiusza? – zaśmiał się.

– Od Sergiusza nie, najwyżej od Michała. To jak? Idziesz?

– Pewnie, że idę. Niechże po tylu latach spełni się chociaż jedno marzenie i odprowadzę cię do domu – westchnął komicznie przewracając oczami.

Gadali jedno przez drugie i nagadać się nie mogli, nie zdążyli nawet poruszyć zasadniczego tematu, bo tyle innych spraw nazbierało się do omówienia. Doszli więc pod blok Doroty i wjechali windą na górę.

– Kochanie, jestem – zawołała otwierając drzwi, jej wołanie zostało zagłuszone radosnym szczekaniem Azy, które przeszło w głuchy pomruk gdyż za panią ukazał się obcy mężczyzna.

– Co u diabła – z kuchni wyskoczył Michał z nożem w ręce, który bynajmniej nie miał być użyty jako narzędzie mordu lecz służył aktualnie do obierania ziemniaków, czego dowodem był ziemniak trzymany w drugiej ręce.

Równocześnie do przedpokoju wbiegli chłopcy zainteresowani nagłą zmianą głosu Azy, zwiastującą ewentualne ciekawe rozwinięcie sytuacji.

– Czy ja mam szansę ujść z życiem? – spytał wcale nie przestraszony Miłosz.

– O, mamy gościa – zdziwił się Michał. – Nic nie mówiłaś…

– A skąd miałam wiedzieć, że spotkam tego faceta pod domem ciotki i go nie poznam? – parsknęła śmiechem. – Rozmawiałam z nim pewnie kwadrans usiłując sobie przypomnieć kto to może być, zanim mnie olśniło.

– Cześć, Miłosz Rzepecki – wyciągnął rękę do Michała. – Szukałem Sergiusza a trafiłem na Dorcię. Całe szczęście, że akurat się napatoczyła, bo nigdy bym nie znalazł szanownego braciszka.

– Michał Zabawski, witaj, mam brudne ręce, widzisz, domowe obowiązki…

– Wchodźcie chłopaki dalej, będziecie tak stać w przedpokoju? – Dorota wyjęła Michałowi z ręki nóż i ziemniaka. – Umyj ręce i idźcie do pokoju. Miłosz, zjesz z nami obiad?

– Jakby to wyglądało? Nie wypada …

– Akurat ty kiedykolwiek przejmowałeś się tym, co wypada a co nie, Nie uwierzę, że aż tak się zmieniłeś – zaśmiała się pani domu. – A to są nasi synowie – wskazała Kajtusia, Bartka  i Jędrka.

– A ty skąd znas moją mamę? – zapytał od razu Kajtuś.

– Z dawnych czasów – uśmiechnął się Miłosz.

– A kiedy były dawne casy?

– Jak ciebie nie było na świecie.

– To były strasnie dawne casy – stwierdził Kajtuś. – A po co sukałeś mamy? Mas coś dla niej?

– Szukałem Sergiusza i przypadkiem trafiłem na twoją mamę.

– Aha, psypadkiem. A po co sukałeś wujka?

– Kajtusiu, zlituj się – jęknął Michał. – Zamęczysz pana Miłosza.

– To Miłos nie jest wujkiem? – zdziwił się Kajtuś.

– Ależ mogę być, z miłą chęcią – zaproponował Miłosz, któremu się gęba rozjeżdżała w bezustannym uśmiechu kiedy słuchał malca.

– Dobze, jak jus jesteś wujkiem, to mozes zostać i Aza cię nie zezre – powiedział poważnie Kajtuś i wyszedł z pokoju ale zaraz wrócił. – Psecies nie powiedziałeś po co sukas wujka.

– Sergiusza? – upewnił się gość.

– Noo…

– Nie mówi się „no” tylko…- zaczął Michał.

– Psecies wiem, ze „tak” ale mi się nie chce. No to wujek powies wrescie po co sukas wujka?

– Mam do niego sprawę, pewną propozycję – Miłosz próbował mówić poważnie ale nie wytrzymał, patrząc na minę Kajtusia nie zdołał się opanować i parsknął śmiechem.

Wiadomo, że śmiech jest zaraźliwy i Michał też się uśmiechał, Dorota zajrzała zainteresowana.

– To jakaś wesoła propozycja musi być – zauważyła. – Zaraz podam obiad i wszystko zeznasz jak na spowiedzi.

Okazało się, że Miłosz wygrał konkurs na projekt obiektu sportowego w Szwajcarii. Sam pomysł zakiełkował mu w głowie dawno temu, jeszcze w czasie studiów. Podzielił się wtedy swoją wizją z przyjacielem i w ramach rozwijania twórczej wyobraźni stawiali zamki na lodzie. Mnóstwo tych zamków zbudowali. Część z owych planów wykorzystał w konkursowym projekcie. Machnąłby ręką na wszystko gdyby nie wygrana, lecz teraz poczuł się w obowiązku odszukać Sergiusza i przypomnieć mu o dawnych marzeniach, z których część  teraz miała szansę nabrania realnych kształtów. Chciał, by dawny przyjaciel wziął udział we wcielaniu w życie projektu, który kiedyś wspomógł wyobraźnią i fachowymi radami.

Dorota poczuła, że świat wokół pojaśniał. Zobaczyła światełko w tunelu, realną możliwość wyjścia z impasu, ratunek dla brata. Miłosz zaś objawił się jej jako posłaniec dobrej nowiny przysłany z innej planety. Siedziała bez ruchu wpatrzona w gościa z rozanielonym wyrazem twarzy.

– Dorcia, co ci? – zdziwił się nieświadomy posłaniec. – Czemu mi się tak dziwnie przyglądasz?

– Kochanie, hop, hop, tu ziemia –  zamachał ręką Michał przyzwyczajony do nagłego „zawieszania się” ukochanej.

– To u mamy normalne jak się zamyśli – skomentował bez emocji Jędrek.

– Albo jak ma nowy pomysł to tes się nie rusa – dodał Kajtuś.

– Miłosz, czy ja dobrze zrozumiałam? – odezwała się „odwieszona” Dorota. – Chcesz go wciągnąć do tego swojego projektu i zabrać na trochę do Szwajcarii?

– Dokładnie to miałem na myśli.

– To jest…to jest genialny pomysł! Oderwie się od tutejszych spraw, zarobi na spłatę kredytu… bo zarobi, prawda? Miłosz?

– Warunki finansowe rysują się w bardzo jasnych kolorach – odpowiedział.

– Przyjmijmy, że zarobi – powiedziała do siebie.- Biedroneczkę albo weźmiemy do siebie albo będzie u ciotki…

– Jaką biedronkę? – zdziwił się Miłosz.

– Nie biedronkę, tylko Biedroneckę – sprostował Kajtuś. – To córecka wujka.

– Aha, rozumiem. A jej mama nie może się nią opiekować?

– Agata? Czyś ty zgłupiał? –  krzyknęła Dorota. – Właśnie o to chodzi, żeby ona dziecka w swoje łapy nie dostała.

– Jak to? Dlaczego? Ma zabrane prawa?

– Jeszcze nie, ale sprawa jest w toku – odpowiedział Michał. – Nasza kancelaria ją prowadzi.

– Michał, ona naprawdę znowu wyjechała? – spytała Dorota.

– Naprawdę. Powiedziała, że skoro mała pojechała z babką na wakacje, to ona nie musi tu gnić. Podejrzewam, że pojechała do Sergiuszowego byłego wspólnika.

– Przecież nie ma go w domu. Jak idę z psicą zaglądam do okna, jest zawsze ciemno odkąd zniknął. Mieszka niedaleko – wyjaśniła Miłoszowi. – Pytałam nawet znajomej od psa, która mieszka w tej samej klatce, ale go od dawna nie widziała. Natomiast poznała Agatę na zdjęciu, wielokrotnie ją spotykała w drzwiach, albo na klatce, albo przy windzie. Tak więc mamy dowód na konszachty. Na wszelki wypadek, jakby ktoś nie wierzył w moje słowa i zarzucił mi kłamstwo.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Wieczorny spektakl

Wczoraj wieczorem na niebie rozgrywał się spektakl. Robiłam zdjęcia, bo było to niesamowite widowisko choć na fotkach nie wygląda aż tak wspaniale jak w rzeczywistości. Ponieważ ciąg dalszy wakacji, pokażę je bez poważnych tekstów, na które wciąż nie mam ochoty. Zresztą… jutro 1 sierpnia, a kolor  wczorajszego nieba może się chwilami kojarzyć…

Jutro o godz. 17-ej głos syren przypomni tamte chwile sprzed lat…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 23 komentarze