Będzie co ma być

Oddalam od siebie złe myśli jak tylko mogę. Myślę, że większość z nas tak robi, jakoś trzeba próbować żyć w miarę możliwości normalnie. Udaje się raz lepiej, raz gorzej. W końcu podczas okupacji ludzie też żyli, kochali się, gotowali posiłki, uczyli się, choć za rogiem albo w bramie czekała śmierć. Wychodząc wtedy z domu nikt nie wiedział czy wróci, czy spotka swoich bliskich. Nie ma porównania z tamtym potwornym czasem. Jednak gdy zadzwoniła do mnie koleżanka i wysłuchałam jej słów, poczułam się właśnie tak jakby niebezpieczeństwo zaczaiło się gdzieś… w pobliżu… nie wiadomo gdzie… a my wszyscy udajemy, że go nie ma. Koleżanka powiedziała, że niedawno zmarła jej siostra, teraz szwagier, druga siostra w szpitalu… Covid nie pozwala wracać do normalności. Może jako ogól nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków, w dalszym ciągu niszczymy naszą Ziemię, zło się rozlewa, jedni bez pardonu chcą rządzić innymi w każdej absolutnie dziedzinie siebie uważając za lepszą kastę, ba, za ludzkich panów… Ale z drugiej strony coraz więcej dobra się pokazuje, podnosi, zbiera w całość. Jakby na planie filmowym dochodziło do walki dwóch przeciwstawnych sił, a my się z boku przyglądamy mniej lub bardziej obojętnie…
Tak bardzo poruszyła mnie rozmowa z koleżanką. To nie „tylko” szwagier koleżanki… My się „koleżankowałyśmy” przez kilkadziesiąt lat, siedziałyśmy biurko w biurko, po moim rozwodzie pojechałyśmy razem na wczasy do Kołobrzegu (chłopcy zostali z moim tatą) i postawiła mnie do pionu. Znałam całą jej rodzinę, obydwie siostry, szwagra też. Kiedy zmieniłam kolor włosów na ciemny, akurat przyjechał do nas do pracy i wycałował mnie myśląc, że to ona. Śmiechu było mnóstwo…
Coraz więcej osób ma już covida za sobą, czytamy o tym w naszej blogowni, staje się naszym codziennym towarzyszem, być może przyzwyczaimy się do niego jak do każdej choroby sezonowej (np. grypy), tylko jak przemówić do rozumu choćby tym, których widać na migawkach z Zakopanego? Z jednej skrajności wpadamy w drugą…
Nie wiem co dalej… Nieprawda, wiem. Otrząsnę się z ponurych myśli, poczekam na szczepionkę, będę ostrożna jak do tej pory… „wola boska i skrzypce”, będzie co ma być.

… taki obrazek z samego rana wywołuje uśmiech 🙂 …

… brakuje sań i dzwoneczków …

Poza tym Matka Natura zrobi co sama będzie chciała. Oby wiosnę przyprowadziła, a wtedy będziemy podziwiać piękne kolory.

… wiosno przybądź …

Trzymajcie się zdrowo i ciepło!!!

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

Walentynkowe życzenia :)

Dziś starajmy się o dobry nastrój, bez względu na to czy się komuś podoba Dzień Zakochanych czy nie. Można go potraktować po prostu jako Dzień Życzliwości dla Bliźniego, albo Dzień Empatii czy Dzień bez Agresji, czy jakkolwiek ten dzień nazwać.  A więc MIŁEGO, DOBREGO DNIA!!!

Blożanki i Blożan zapraszam na ciasto z jabłkami i naleweczkę z pigwy.  Radości i uśmiechu

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 18 komentarzy

Środa, 10.02.2021

Dziś są urodziny mojej koleżanki Morelki co sobie uświadomiłam spoglądając na datę, a ponieważ czasem tu zagląda –  życzę wszystkiego najnajnajlepszego pod każdym względem i na każdym polu 🙂 Sto lat Morelciu !!! Dla Ciebie takie zimowe zdjęcie 🙂

Ciąg dalszy moich kulinarnych działań wynika z tego, że się zmobilizowałam do „wzięcia się za bary ” z papierami. Rozpoczęłam dawno, ale mi się odechciało, choć nie zaprzestałam wypróbowywania nowych przepisów, czego rezultatów jesteście na bieżąco naocznymi świadkami, jeśli oczywiście uda mi się zrobić fotkę przed zniknięciem potrawy 😉  Tym razem muszę się pochwalić, że w przedpokoju stoi prawie pełny duży niebieski worek na papier, a zanim przyjdą panowie zabierający odpady segregowane po ten worek – jeszcze go zapełnię do końca.  Pozbyłam się wszystkich przepisów zawierających mięso wśród wykorzystywanych produktów. Znalazłam dużo różnych ciast (prostych i łatwych), deserów, najprzeróżniejszych kombinacji warzywnych i mnóstwo pomysłów na fajne dania. I te zostawiłam, oczywiście tylko do wypróbowania, żeby się podzielić z Wami wrażeniami 😉

Upiekłam ciasto z suszonymi morelami (w sezonie używa się świeżych) namoczonymi w herbacie (można w brandy). Smakiem przypomniało mi ciasto pieczone przez mamę, przepis wskoczył więc do zeszytu na zawsze. Następnym razem spróbuję z jabłkami. W przepisie jest napisane, że potrzeba: *50-60 dkg moreli, *8 dkg masła, *8 dkg mąki, * pół łyżeczki proszku do pieczenia, * 2 jajka, * 6 dkg cukru, * 2 łyżki mielonych migdałów (nie dałam).  1/ Morele świeże przekroić, wyjąć pestki; masło stopić i przestudzić; mąkę przesiać z proszkiem i wymieszać z migdałami; jajka utrzeć z cukrem. Gdy masa będzie puszysta wsypywać porcjami sypkie składniki, wymieszać, dolać masło, wymieszać dobrze. 2/ Potrzebna tortownica o śr.22 cm, rozsmarować ciasto na dnie na papierze do pieczenia albo tradycyjnie wysmarować tłuszczem i posypać tartą bułką. Ułożyć na cieście połówki moreli wypukłą stroną do góry. piec 20-30 min/ 175 st.

… tak wyglądało po upieczeniu …

Ciasto jest pokazane (wraz z przepisem)  specjalnie dla Luci, która wykazała nim zainteresowanie 🙂 Mnie bardzo smakowało, taki wspomnieniowy smak dzieciństwa i mamy ciasta na niedzielę 🙂

Jeszcze mogę się pochwalić zdjęciem mojego obiadu, na który składały się kluski śląskie, surówka z kapusty pekińskiej, kotletoplacki ( z tofu, pieczarek, płatków drożdżowych, owsianych, jajka, bułki tartej) – reszta domowników jadła kurczaka –  oraz  modrej kapusty (  https://annapisze.art/?p=3519 ) 

… zdjęcia robione przez „ślepy” telefon, więc nigdy nie wiem co wyjdzie…

Poza tym zima wróciła, śniegu powyżej kostek, psiaki się tylko cieszą, ja nie. Wiało i sypało tak, że musiałam czapkę założyć, a nienawidzę mieć na głowie czegokolwiek, toleruję tylko kaptur i opaskę. Mam czapkę z daszkiem, kupioną (w Szczawnicy) ze względu na daszek, do której doszyłam czarną opaskę i zakładam tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia.

Pisałam we wtorek, a dopisuję w środę rano.  Wyszłam z psiepsiołami i znalazłam się w bajkowym świecie 🙂 Delikatne śnieżynki łagodnie osiadały wokół mnie, żadnego wiatru, szłam osłonięta, otulona białym puchem a psiaki skakały szczęśliwe oglądając się tylko co jakiś czas, czy mnie nie zgubiły 🙂 Potem wzięłam je na smycz bo ślady sarenek bardzo wyraźnie odznaczały się na śniegu i poszliśmy jeszcze kawałek przez lasek. Było przepięknie.  Wiecie co? Na depresję lekarstwem jest psi nos, wierne ślepia patrzące z miłością, świadomość, że jeśli nawet czarne myśli dopadają człowieka, tak czarne jak strony dzisiejszych gazet czy portali informacyjnych, to wstać trzeba z łóżka choć się nie chce, wyjść z nimi  trzeba choć się nie chce i żyć trzeba, choć czasami  też się nie chce. Psiaki darzą nas ogromną, bezinteresowną miłością i ratują nasz świat w trudnych dla nas chwilach. Przerobiłam to już dawno dzięki mojemu kochanemu Rolfowi i potwierdzam bezustannie. Tylko… nie każdy człowiek zasługuje na psa…

… Szilunia i Skituś ze śniegiem na noskach 🙂 …

Trzymajcie się zdrowo i nie pozwólcie czarnym myślom sobą rządzić!!!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 33 komentarze

Piątek, 5.02.2021

Piękna zima trwała krótko (pisałam wczoraj wieczorem, więc stan na czwartek jest zarejestrowany), znów jest chlapa, psiepsioły wacają ze spaceru (który właściwie ogranicza się do wyjścia do psiej toalety) przemoczone i trzeba je wycierać za każdym razem. Skitek ma płaszczyk i długie nogi, jest więc mniej poszkodowany. Szilka natomiast
wraca kompletnie przesiąknięta, jej gęstą sierść trudno wysuszyć, a brzuszek ma mokry jakby wyszła z jeziora. A przez chwilę  tak było pięknie!

… zdjęcia są zrobione w naszym przyosiedlowym lasku…


Kulinarny przegląd tygodnia mogę z czystym sumieniem określić jako zaliczony -urozmaicony. Szczególnie ten wege, musiałam szare komórki wytężać, żeby rezultat był pozytywny, a moje wytwory „zjadliwe” nie tylko dla mnie. Wyobraźcie sobie, że choć dla domowników był kurczak, to próbowali potraw bezmięsnych i smakowały im! Poczułam się dumna jak paw, a i moje kubki smakowe są zadowolone, bo przecież Byk lubi dobre jedzenie 🙂 Prawie rok temu stawiałam pierwsze kroki w diecie całkiem bezmięsnej i teraz już nie mam najmniejszego problemu ze zrobieniem żarełka dla siebie.

O kotletoplackach już mówiłam, tym razem też je robiłam kilka razy w większej ilości, głównie  tofu i pieczarki biorąc za podstawę, reszta to była wielka improwizacja z rodzaju: przegląd lodówki i kuchennych zapasów 🙂

…są dobre i do chleba…

…i do obiadu…

Robiłam też krokiety. Za nadzienie posłużył por uduszony na maśle klarowanym z kilkoma wcześniej usmażonymi pieczarkami drobno pokrojonymi.

…udało mi się zgrabnie zwinąć, co nie zawsze mi wychodzi…

Smarowidełko do chleba przyrządziłam z białej fasoli, usmażonej cebulki z jabłkami i suszonymi śliwkami. Po szybkim zniknięciu pierwszej porcji zrobiłam drugą, większą. Już się kończy 🙂

Na deser była szarlotka na jednojajkowcu Luci.

Zdjęcia teraz byle jakie bo robione w ciemno, nie mogę dopasować, obciąć niepotrzebnych szczegółów włażących w kadr ponieważ w Samsungu tylko pół ekranu działa, reszta jest czarna jak smoła i czasem trafiam w ciemno na to, co chcę uwiecznić, ale nic więcej nie da się zrobić. Zdechł, a szkoda, taki świetny i praktyczny był z niego komputerek podręczny. Jedynie w plenerze mogę pstrykać dużą przestrzeń, on widzi chociaż ja nie widzę co on widzi i co z tego wyjdzie ;(
Franulek przychodzi rano, często czeka przy drzwiach gdy wracam z pierwszego wyjścia  z psiepsiołami, przekąsza  coś albo i nie, i udaje się w miejsce wybrane przez siebie na sen, ma kilka do wyboru. Śpi słodko i głęboko, wyraźnie czuje się pewnie i bezpiecznie 🙂

… jest rozkoszny 🙂 , kto ma kota ten wie, że jest całkowicie rozluźniony…

Najbardziej  niezbędnym obuwiem są w tym sezonie kalosze, przynajmniej dla mnie, wszystkie inne buty nasiąkają wodą. Wciąż się cieszę, że ich nie pocięłam jak miałam w planie, zobaczyć je można w:  https://annapisze.art/?p=2962   Tylko podczas tych kilku pięknych, mroźnych dni założyłam wyjątkowo ciepłe buty kupione w Szczawnicy w sklepie na pl.Dietla. Sklepu już nie ma, ale ja mam go gdzieś na zdjęciu, jak znajdę to pokażę.

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 36 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 51

Tymczasem cała grupa „antyterrorystów” rozsiadła się na ganku i na schodach domu wujka Zygmunta zajadając się sernikiem upieczonym przez ciocię Rózię. Ponieważ sernik nie miał spodu z ciasta lecz w całości składał się z sera, Kuba mógł się delektować jego wybornym smakiem na równi z resztą towarzystwa. Był z tego zadowolony i prezentował świetny humor. Skoro dzieciaki przyszły w odwiedziny, dołączył do nich Misiek i nie odstępował dopóki miał nadzieję coś smacznego od nich dostać. Oczywiście dobrze wiedział co robi.

– Skończyliście już? – Linka pierwsza uporała się ze swoją porcją. – No to idziemy na górę.

– Czekaj, może ciocia da się namówić na dokładkę – oblizał się Marek.

– No właśnie, może – przytaknął Kuba.

– A to żarłoki! Nic z tego, chodźcie. Mamy się przecież rozejrzeć – Inka poparła siostrę.

– Ale tym razem za czym? – Maciek odstawił swój talerzyk.

Weszli po schodkach na obszerny, jasny strych, na którym z powodzeniem można byłoby zmieścić dwa pokoje i łazienkę. Misiek zrezygnował z towarzyszenia dzieciom świadomy, że ani okruszka od nich już nie dostanie.

– Co za czym? – spojrzała Inka z politowaniem.

– No, za czym się mamy rozejrzeć? – domagał się sprecyzowania przedmiotu poszukiwań.

– Za czymś z przeszłości – odpowiedziała.

– Głupie gadanie, przecież na strychu są same stare rzeczy. Nowe trzyma się w domu – skrzywił się Kubuś.

– Ale różne mogą być. Ciekawe i bezsensowne na przykład. Albo stare, bo z wojny, albo jeszcze starsze, bo z pańszczyzny – Inką wyraźnie zawładnęła wyobraźnia.

– Z pańszczyzny to mogłoby być ciekawe – zastanowił się Kuba.

– Głupio to ty gadasz. Wiesz, kiedy zniesiono pańszczyznę? – zwrócił się Maciek do brata.

– Niby czemu głupio? – zaperzył się od razu Kubuś.

– W tysiąc osiemset sześćdziesiątym czwartym roku, tego domu nawet w planach nie było, to skąd by się wzięły takie starocie? – spojrzał z wyższością na Kubę.

– A co to pańszczyzna? – spytała Monika.

– To był taki rodzaj niewolnictwa – Maciek zrobił mądrą minę.

– W Polsce? Niewolnictwo? – zdumieli się pozostali takim określeniem.

– Żebyś wiedziała. Ludzie ze wsi musieli pracować u pana na polu zupełnie jak murzyni na plantacjach bawełny, a on ich za to bił – wyjaśnił najstarszy z grupy.

– Dlaczego bił? Przecież powinien zapłacić za pracowanie! I nikt go do więzienia nie posłał za przemoc? – Monika nie mogła pojąć takiej niesprawiedliwości.

– Ale panowie tacy byli, że się znęcali – wtrącił Marek. – Dziadek mi opowiadał, że kiedyś się zbuntowali, normalni ludzie się wpienili, bo mieli dość i zemścili się na tych panach, piłą ich rżnęli. Dziadek mi mówił, że jego praprapra jakiś tam dziadek brał w tym udział. To było powstanie Jakuba Szeli – opowiadał Marek dumny z takiego przodka.

– Jak w horrorze…- skrzywiła się Inka.

– No, zupełnie jak w „Mechanicznej pile” – przytaknął Kuba.

– Brr, dobrze, że to już dawno temu było – Moniką wstrząsną zimny dreszcz.

– I że już takich panów teraz nie ma – dodała Linka.

– Jakby byli, to trzeba znowu byłoby znaleźć takie piły – spokojnie stwierdził Marek.

– Teraz to są elektryczne, nie trzeba byłoby się męczyć – radośnie oświadczył Kuba.

– Czy wam coś ciężkiego na głowę spadło? – podniesionym głosem spytała Linka.

– No co? Przecież trzeba iść z postępem, teraz są na prąd, nawet spalinowe piły są – doprecyzował Kubuś.

– Jak dzieci – skwitowała Linka. – Jak durne, małe dzieci.

– Coś ty, małe nie oglądają horrorów, rodzice przecież zabraniają – sprostowała Monika.

– Dobrze już, przestańcie gadać a zacznijcie wreszcie coś robić – Linka nie lubiła bezproduktywnie tracić czasu.

Pooglądali jakieś drewniane urządzenia, sprzęty, nic specjalnego nie rzuciło im się w oczy.  Strych był uporządkowany, jak wszystko w gospodarstwie cioci Rózi. Marek zdjął coś z gwoździa wbitego w deskę.

– To jest kaganiec. Zostaw, to nie dla ciebie, to dla psa – krzyknął Kuba do Marka.

– Palnąć cię?

– Nie trafisz – Kubuś cofnął się za drewniany słup.

– Pająk idzie po słupie! Zaraz mnie ugryzie do krwi! – zapiszczała Monika.

– Coś ty, myślisz, że to notoryczny krwiopijca? – prychnął Kuba. – Odsuń się od słupa.

– Ojej! On idzie za mną – pisnęła cofając się tyłem ze wzrokiem utkwionym w przerażającego pająka.

– Weź przestań, pająk jest mniejszy od ciebie – Linka z politowaniem spojrzała na Monikę. – Czego się boisz, przecież cię nie zje, nie da rady.

– Ale ma takie obrzydliwe, długie nogi!

– To się na niego nie patrz – odpowiedziała spokojnie.

Maciek z  podziwem patrzył na Linkę. Zaimponowała mu po raz kolejny: dziewczyna, a nie boi się pająków. Monika tymczasem cofała się pomalutku, aż nagle zahaczyła o coś nogą i usiadła z rozmachem na niedużym pudełku. Pozostała część towarzystwa znieruchomiała na moment. Widząc, że nic jej się nie stało, parsknęli śmiechem wszyscy, oprócz Inki, na widok zaskoczonej miny ofiary niespodziewanego upadku.

– Oto byliśmy świadkami starcia owadów – skomentował Kuba. – Wynik: 1:0 dla pająka. Ha ha, maleńki pajączek pokonał dużą Biedronkę.

– Weź, nie bądź świnia – Marek tłumiąc chichot stanął w obronie dziewczynki, która nie zwracając na chłopców uwagi macała ręką wokół i odwróciwszy się szukała czegoś wzrokiem.

– Nie potłukłaś się? – z troską spytała Inka spojrzawszy groźnie na rozchichotanych chłopców.

– Nie, bo usiadłam na tym pudełku, ono nie jest twarde, ale coś tu jest obok, coś się zaświeciło…

– Może wszystkie gwiazdy zobaczyłaś upadając, to i ci się zaświeciło – zasugerował Marek.

–  Nie, to było gdzieś tu…. Jest! – krzyknęła tryumfalnie wskazując metalowe pudełko stojące na drugim tekturowym kartonie.

– To? Co się tu mogło zaświecić – spojrzał Kuba z powątpiewaniem.

– Zaświeciło – z uporem powtórzyła Monika.

Bliźniaczki spojrzały na siebie, na Monikę, na metalowe pudełko i na okno strychowe, przez które wpadały słoneczne promienie. Buzie im się rozjaśniły jednocześnie. Z pełnym zrozumieniem przyznały dziewczynce rację.

– Oczywiście, że się zaświeciło – skinęła głową Inka.

– Promień słońca padł na metal, zobaczyłaś to w momencie upadku i się zaświeciło – dodała Linka.

Monika podniosła się z kartonu w pełni usatysfakcjonowana słowami sióstr i z tryumfem spojrzała na chłopców.

– Widzicie? Miałam rację, a gwiazdy to sami zobaczycie jak się stukniecie w głowę – odgryzła się patrząc na Kubę.

– Ale to nie ja powiedziałem – poczuł się jak wywołany do tablicy, – to Marek.

– Oj, cicho już – machnęła lekceważąco ręką Linka. – Zobaczymy co jest w środku?

– No, u nas były gazety z babcią Basią – powiedział Marek. – Ciekawe co tu może być.

Bez trudu otworzyli pudełko, w którym były wycięte artykuły z lokalnej prasy.

– Ee, znowu gazety – w głosie Kuby dała się słyszeć nutka zawodu.

– A co byś chciał, brylanty albo karabin maszynowy? – zakpił z brata Maciek.

– Coś ciekawego.

– Jeśli są odłożone – głośno myślała Inka, – to przecież z jakiegoś powodu. Gdyby nie, to po co leżałyby na strychu? Ciocia Rózia by je spaliła w piecu.

– Może i tak – przyznał Kuba po zastanowieniu się przez chwilę. – Trzeba poczytać.

– Przecież właśnie o tym mówię – mruknęła biorąc do ręki kilka zadrukowanych karteluszków. – Każdy niech coś weźmie i czyta.

Zajęli się przeglądaniem treści, co chwilę któreś mówiło o czym przeczytało. Było o różnych wydarzeniach w okolicy, o jarmarku w Krzeszowicach, o nowym wozie pożarniczym dla OSP, zdjęcia z festynu, informacje o ślubach i pogrzebach.

– O, tu mam coś ciekawego – podniosła się Inka z kartonu, na którym siedziała. – Zobaczcie, to jest dom, w którym straszy.

– Pokaż, pokaż – zainteresował się Maciek. – Gdzie straszy? Kto straszy? Jest na zdjęciu?

– No przecież duch straszy, a kto inny miałby to robić? – odpowiedziała. – Jak na zdjęciu? Straszący duch? Zgłupiałeś? Jakby go sfotografowali, to by się go nikt nie bał, bo już by go znali.

– Właściwie… masz rację – zastanowił się Maciek. – Jak się pozna źródło strachu, to już przestaje być straszne, bo można znaleźć sposób i go zneutralizować. Tego stracha.

– Ten strach – poprawiła Inka.

– Jaki strach? – zdziwił się Marek podnosząc głowę znad czytanego tekstu..

– Ten, co by mu ewentualnie zrobili zdjęcie – odrzekł Maciek.

– Strachowi? – zdziwił się Kuba odkładając przeczytane kartki. – A już mu zrobili? Po co?

– Co zrobili? Komu? Komu zrobili? – spytała Monika podchodząc bliżej, ponieważ swoje kartki czytała pod oknem i nie słyszała o czym mowa.

– Temu, co ewentualnie  straszy na zdjęciu – uśmiechnął się Maciek pod nosem.

– A kto straszy? – dołączyła Linka.

– Skąd mam wiedzieć, przecież to wy mówicie o tym zdjęciu – odpowiedziała Monika.

– Głąby, cicho bądźcie wreszcie, to wam powiem o co chodzi.

– To mów wreszcie – zniecierpliwił się Marek.

– Pod lasem, z drugiej strony niż wasz, stoi dom, w którym straszy – zaczęła Inka.

– Ee tam, nie wierzę w takie bzdury – skrzywił się Maciek.

– A może coś się za tym kryje? – zainteresował się Kuba.

– Czekaj, czekaj, coś kiedyś słyszałem na ten temat. Wujek mówił – przypomniał sobie Marek.

– To może się zapytamy wujka albo ciocię? – rzuciła pomysł Monika. – Powiedzą nam na pewno, jak napisali w gazecie to nie może być żadna tajemnica.

– Moglibyśmy tam się wybrać i zrobić zdjęcia – Linką już miała przed oczami wizję kolejnego wyróżnienia albo nawet nagrody w tegorocznym konkursie na fotografię z wakacji.

Odłożyli na miejsce wszystkie wycinki, sprzątnęli po sobie i zeszli do cioci zajętej zrywaniem porzeczek.

– Przyszliście mi pomóc? – uśmiechnęła się ciocia Rózia. – Tyle was jest, że migiem oberwiecie porzeczki z całego krzaka.

– Pewnie, że pomożemy – powiedziała Linka nie zwracając uwagi na skrzywione miny pozostałych. – Ciociu, a słyszałaś o nawiedzonym domu, w którym straszy?

– A bo to o jednym? Ludzie co trochę wymyślą coś i potem bajdurzą całymi latami.

– O tym pod lasem. Podobno ktoś się w studni utopił…

– Aa, ten… to była smutna historia.

– Opowiesz nam? – przymilała się Inka. – Obierzemy cały krzak z porzeczek, a ty, ciociu kochana, opowiadaj.

– Co tu jest do opowiadania… Dom zbudował Mieczysław, on był przed pierwszą wojną takim inżynierem, jakby to dziś powiedzieć. Miał firmę, co budowała domy, on sam je projektował. Swój dom też postawił, spory taki, wymyślny, bo chciał mieć liczną rodzinę. Pierwszy mu się urodził syn. Mietek się cieszył, że firmę po nim przejmie, że go nauczy fachu. Ale wybuchła pierwsza  wojna. Wzięli go Austriacy, Mietka znaczy, do budowy umocnień do Przemyśla. Tam został ranny i wkrótce umarł. Mały Antek  nie zdążył ojca poznać. Matka go chowała sama w tym dużym domu, nie puszczała synka do innych dzieci, taki dziwny rósł. Jak poszedł do szkoły to mu się wyprostowało, ale matka zaczęła fiksować. Chodziła za nim pod szkołę, pilnowała na każdym kroku. Jakoś to wytrzymał dopóki nie dorósł, potem uciekł, wyjechał do pracy. Po jakimś czasie wrócił, żeby matce powiedzieć, że się żeni. Uprosiła go, żeby z żoną zamieszkał u niej, bo przecież dom duży i pusty. Zgodził się i po ślubie zamieszkali razem. Co się tam działo, tego nikt nie wie. Ludzie mówili, że pewnego razu znaleziono matkę martwą w sieni, Antka utopionego w studni, zaś młoda żona zniknęła.

– I co dalej?

– A nic. Nikt więcej o niej nie słyszał.

– Nie wiadomo co się z nią stało?

– Nie, zniknęła. I od tej pory ludzie mówią, że tam straszy. Jak ktoś się zapuścił do tego domu, zaraz miał jakieś dziwne przypadki.

– Jakie?

– Nie wiem dokładnie, to przecież dawno było, ale podobno coś wyło, stukało, szurało i potem już nikt tam  nie zachodził, każdy się bał, że jakieś złe za nim do domu się zawlecze.

– Wierzysz ciociu w tę historię?

– A tam, ciemnota i już, ciemny naród każdą bzdurę kupi. Wiater hula po pustym domu, deski trzeszczą i skrzypią, i tyle. A jak kto na szaber szedł to i duszę miał na ramieniu, więc zwykłe odgłosy za  diabelskie uznał, bo i diabeł do kradzieży namawiał. Tak uważam.

– Czyli, że żadnych strachów tam nie ma? – upewniała się Monika.

– Dziecko, swój strach każdy nosi ze sobą, a każdy się boi czego innego. Stąd i strachy są różne. Jak kto jest przyzwoitym człowiekiem i ma dobre serce, to się bać nie ma czego – uśmiechnęła się ciocia Rózia do wpatrzonej w nią dziewczynki.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Orkiestra najpiękniejsza w świecie :)

Dziś wcześnie rano wyszłam przed dom z psiepsiołami i … zamarłam z zachwytu. Przez noc świat stał się piękny, biały, nieskazitelnie czysty! Coś cudownego! Ponieważ jest sobota ludziom się nie spieszy, pewnie właśnie leniwie przewracali się na drugi bok w ciepłej
pościeli. I ja bym tak robiła gdyby nie moje kochane psiaki. Dzięki nim mogłam przeżyć magiczną chwilę zachwycenia 🙂
W porównaniu z wczorajszym wieczorem przed telewizorem i relacją na żywo z ulic polskich miast… no nie, nie ma porównania, w żaden sposób, to odmienne dwa światy jakby dwie równoległe rzeczywistości. Po chwili zrozumiałam dlaczego jest tak pięknie 🙂 Dziś gra ORKIESTRA !!! To jest niezwykły dzień, bo niezwykle rzadko nas coś jednoczy tak bardzo w dobrej sprawie. W tym roku nabiera to szczególnego znaczenia. W ogólnym potwornym chaosie jaki nam zaserwowali rządziciele, w brutalizacji zachowania w codziennym życiu po uprzednim na nią przyzwoleniu przez owych rządzicieli Jurek Owsiak jest jak Gwiazdka z nieba połączona ze świętym Mikołajem, Aniołkiem, Dzieciątkiem i czym/kim jeszcze się da, żeby wywołać uśmiech, ciepłe uczucia i czynić dobro. Zwyczajnie pomagać ludziom, ratować życie dzieciom, a tym samym całym rodzinom na przekór tzw. „obrońcom życia”, którzy
niosą śmierć, niewyobrażalne cierpienie, którzy podczas pandemii wyprowadzili na ulice tysiące ludzi zmuszonych do stawania w obronie swojego prawa do swojego życia w godności i ludzkich warunkach. Niech więc Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra nam do końca świata i dłużej jak to ma w planie 🙂 🙂 🙂

Nie zrobiłam dziś zdjęć przepięknej zimowej scenerii jaka ukazała się oczom moim, bo coś się zrobiło mojemu Samsungowi, odmówił współpracy, trzy czwarte ekraniku jest czarne, jakby nie chciał patrzeć na ten świat i tylko przez małą szparkę czasem zerka. Zdjęcia
potraw (pokażę w innym wpisie) robiłam właściwie w ciemno nie wiedząc co wyjdzie i co on (telefon) widzi i uwieczni. Taki cyrk. Mam tylko kilka z poprzedniego śnieżnego epizodu tej zimy.

Trzymajcie się zdrowo i trzymajcie kciuki za wszystkich przyzwoitych ludzi, bo warto być przyzwoitym człowiekiem!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 19 komentarzy

Niech piorun strzeli!!!

To co się dziś stało woła o pomstę do nieba. Myślę oczywiście o potraktowaniu kobiet i całego piekła jakie nam kobietom wyszykowali znowu rządziciele. W „Kropce nad i” jeden z „młodych wilczków” od posła zero (przepraszam wilki za porównanie) pokazał całą niewyobrażalną pogardę dla kobiet, dla wszystkich ludzi nienależących do jego ugrupowania. Nie był w stanie odpowiedzieć ani na jedno pytanie prowadzącej, natomiast chyba miał wrażenie, że jest na wiecu i może zagłuszać wszystko i wszystkich, co nie jest nim samym. Tragedia. Sadystyczne upodobania, buta, arogancja, zarozumiałość i właśnie pogarda zostały ujawnione, pokazane jak na dłoni- to jest po prostu straszne. To wszystko dla przykrycia wszystkich oszustw, nieudolności, korupcji, maseczek, respiratorów, handlarza bronią, srebrnych wież, braku szczepionek, nieludzkiego traktowania ludzi jak bezrozumne bydło (znowu przepraszam wszystkie zwierzątka), jak przedmioty, zaprogramowane torturowanie kobiet! Gdybym była młodą kobietą zrobiłabym wszystko, żeby nie zajść w ciążę ze strachu, że moje dziecko mogłoby być chore, a ja nie mogłabym mu ulżyć w cierpieniu. Nie mam milionów na operacje, na badania prenatalne mogące spowodować uleczenie dziecka w łonie matki, które mogą być zakazane za chwilę całkiem (takie Ordo się kłania), matki będą przeżywać gehennę patrząc na niemożność zrobienie czegokolwiek dla poprawy sytuacji, zostawione same sobie, bo przecież najczęściej panowie odchodzą. Biedacy są zbyt wrażliwi by na to patrzeć, uciekną do młodszego modelu albo np. do polityki. I będą biadolić, że ilość Polaków się zmniejsza, rodzi się mniej dzieci a oni nie rozumieją dlaczego, przecież dali 500 plus…
Wydaje mi się, że dzieci będzie się rodzić coraz mniej, a młode kobiety będą uciekały z tego kraju, gdziekolwiek, gdzie da się normalnie, godnie żyć. Ciekawe, że gdy aborcja była dostępna, dzieci rodziły się bez problemów. Czemu? Najprostsza odpowiedź – kobieta nie bała się zajść w ciążę, wiedząc, że do niczego nie będzie zmuszona. Bardzo dużo nawet przypadkowych ciąż miało szczęśliwy finał, bo żadna kobieta nie podchodzi lekko do decyzji usunięcia ciąży, to jest ostateczność wynikająca z wielu czynników. I żaden facet nie powinien narzucać kobiecie co ma robić, bo to ona przez całe swoje życie będzie dźwigała ciężar utrzymania, wychowania chorego dziecka, potem niepełnosprawnego dorosłego, który nie może funkcjonować samodzielnie.
A skąd się bierze takie częste katowanie niemowląt? A niemowlęta znalezione na śmietnikach? Nie ma dnia, żeby o takich tragediach media nie donosiły. To dzięki właśnie tym „obrońcom” życia, dla których liczy się zygota ale już urodzone dziecko nie obchodzi nikogo.

Niech barbarzyńców piorun strzeli, wszystkich, co do jednego!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Bohaterka dnia :)

Dziś babcia D. została zaszczepiona pierwszą dawką. Mówiliśmy jej od tygodnia, że ma termin szczepienia. Oczywiście za każdym razem nie pamiętała. Rano nie chciała wstać na śniadanie, bo „nie spała całą noc” (codzienna śpiewka) i „boli ją biodro i kręgosłup”. MS powiedział, żeby przyszła na śniadanie, ja dodałam, że dam jej tabletkę przeciwbólową po śniadaniu. Przyszła, zjadła i już się nie kładła. Przypominamy, że za chwilę musi jechać do przychodni. Przy niej zadzwoniła pani z pytaniem, czy można by wcześniej, widocznie zwolniło się miejsce. Babcia D. nie stawiała oporu i poszła do łazienki. Przygotowałam jej spodnie i buty zimowe. Wyszykowała się i… nikt by nie powiedział, że to chora osoba. Normalnie pani hrabina, która chciała w pantofelkach iść po śniegu 🙂 Klipsy kazaliśmy jej zdjąć, żeby nie zgubiła ich ściągając maseczkę, pierścionki na palcach oczywiście były. Pojechali. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą.
Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami, żadnych problemów, zadowolona, bo ktoś pochwalił, że pani seniorka elegancka 🙂  Nic nie bolało, kręgosłup i biodro też przestały trochę po Apapie, a trochę pewnie z wrażenia 🙂 Termin podania drugiej dawki zapisany i tyle. Ciekawa jestem jak będzie z nami. Może szczepionki dotrą i nam też się uda w swoim czasie?

…tu babcia D. kilka dni temu, za nią na fotelu Franek – ten czarny kłębek 🙂 …

Jest wieczór, Babcia D. dobrze się czuje, nic się na szczęście nie dzieje. Przypomnę, że to rocznik 1932 .

Trzymajmy się wszyscy zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Szczawnickie wspominki 10 – schodki

Dzisiejszy wpis dedykuję Mojemu Szczęściu z racji naszej  rocznicy 🙂 🙂 🙂

Szczawnica jest cudownie położona, mówiłam o tym wiele razy i będę powtarzać do końca świata i nawet dłużej 🙂  Obiecałam kiedyś, że pokażę zdjęcia schodków, które pomagają pokonywać różnice wysokości. Są nieodłącznymi składnikami uroku miasteczka. Co kilka
kroków rozpościera się przed oczyma inny widok, co kilka schodków odkrywamy nowy piękny fragment miasteczka a także okolicy, jeśli z danego miejsca zmienia się perspektywa i ogarniamy wzrokiem dużą przestrzeń, często zupełnie się tego nie spodziewając. Po schodach musimy się wdrapać jeśli chcemy się dostać do najwyżej położonych bloków Osiedla Połoniny, a zupełnie nie chce nam się iść wzdłuż ulicy stromym podejściem. Chwilami to bywa męczące, nie powiem, tym bardziej, że dla mnie chodzenie po schodach nie jest upragnionym sposobem dostania się na wyższe poziomy. Zdecydowanie wolę schody obejść ulicą. Ale już zejść mogę z przyjemnością. Oczywiście małe schodki, urokliwie wyłaniające się w parku nie przeszkadzają mi zupełnie 🙂  Spacerując po miasteczku pstrykałam fotki z myślą o pokazaniu Wam różnych schodów, pstrykałam też płoty – do czego mnie zainspirowała Krysia http://krystynaczarnecka.pl/     pokazując u siebie różne różniste  płoty i płotki. Płoty potem, teraz schody, schodki, schodeczki 🙂

Zapraszam na wycieczkę po szczawnickich schodkach 🙂 🙂 🙂

… schodki docenia jelonek, który często z nich korzystał, co widziałam na własne oczy …

… po opuszczeniu bloku natychmiast pojawiają się schodki, które prowadzą np. do sklepu po codzienne zakupy …

… Park Górny, w tle budynek Inhalatorium

… jak wyżej …

… za schodkami fragment budynku, w którym była restauracja Malinowa, już nieczynna, niestety…

… Park Górny upodobała sobie miła rodzinka, tu mama z dzieckiem …

… alejka Parku Górnego …

… tymi schodkami dochodzimy do dawnego Hutnika, teraz w remoncie po zmianie właściciela …

… muszla koncertowa w Parku Górnym niedaleko zejścia na plac Dietla …

… w tle kaplica Szalaya, po lewej willa Szwajcarka Górna

… willa Holenderka

Szwajcarka Górna zimą, znalazłam takie zdjęcie 🙂 …

… tu willa Pałac też oczywiście na placu Dietla, stoi jeszcze poprzednia rzeźba zwana Panną Fontanną, teraz jest inna, pokazywałam ją w „Szczawnickich wspominkach”…

… piękny budynek Inhalatorium

… gdy idąc z Inhalatorium w dół …

… pięknymi schodami …

… przystaniemy na alejce Parku Górnego i spojrzymy wzwyż – zobaczymy taki widok …

… pójdziemy dalej w dół, do ul. Zdrojowej i odwróciwszy się zobaczymy taką piękną całość …

… Skituś też się przyglądał 🙂 …

… to już schodki z Parku w dół obok hotelu Batory do ul. Szalaya …

… te same schodki z dołu …

… to też, one są bardzo długie …

… tu Ania na schodkach, zdjęła patrzałki i dlatego ma przymrużone oczy usiłując zobaczyć swoje Szczęście …

… tu też Ania na tych samych schodkach, tylko zimą i dużo wcześniej; zwróćcie uwagę na widok ponad dachami …

… te same schodki podczas naszego wakacyjnego pobytu 2020 …

… schodki przy Dworku Gościnnym

… tu też …

… kolejne schodki i sam Dworek ...

… schodki na uliczkę, która podczas naszego pobytu była remontowana, prowadzi w stronę Osiedla …

… to tysiąc schodów potwornie męczących, które trzeba pokonać, żeby dotrzeć do Budowlanych

… stare zdjęcie, Adria zmieniła nazwę i właściciela, schodki są …

… schodki na ul. Zdrojowej, po prawej ruiny budynku w którym był Zakład Przyrodoleczniczy, podobno ma być remontowany …

… schodki widoczne w głębi prowadzą obok apteki na ulicę Jana Wiktora, którą już Wam pokazywałam …

… zegar kwietny niedaleko schodków (są po prawej)  z poprzedniej fotografii …

… z góry robione fotki ul. Zdrojowej …

… z tego samego miejsca …

… Henryk Sienkiewicz również przy ul. Zdrojowej, obok zegara kwietnego …

… bywał w Szczawnicy, nic dziwnego, że się zatrzymał i myśli …

… schodki przy Horwatówce prowadzące na ulicę Jana Wiktora (na górze) …

… Skituś przy schodkach do kościółka …

… wzdłuż Grajcarka są schodki, którymi można schodzić do potoku, w tle Jarmuta, z której startują lotniarze…

… tymi schodkami można się dostać na kładkę prowadzącą na wyspę …

… to schody w Osiedlu Połoniny …

… i tu też …

 

… tymi schodkami (m.in. oczywiście) schodzimy z Osiedla Połoniny na Osiedle XX -lecia, między dwoma blokami wracamy do domu;  Aga – poznajesz? …

… poza schodami budowanymi ludzką ręką jest mnóstwo schodków stworzonych przez naturę, są co krok 🙂 …

Jak Wam się podobał spacer po Szczawnicy? Zaręczam, że schodków w miasteczku jest dużo więcej, pokazałam tylko trochę, żeby nieco przybliżyć miejsce, które pokochaliśmy oboje z MS od pierwszego pobytu, a właściwie od pierwszego wejrzenia. Tam też podjęliśmy decyzję o naszej dalszej wspólnej przyszłości, która trwa ponad ćwierć wieku 🙂 I jak tu nie kochać Szczawnicy?

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

I tydzień mija

„Wzięło” mnie na gotowanie i pieczenie. Normalnie nie mam ochoty za nic innego się brać… niby nie nowina, zawsze mówię, że sprzątać nie lubię (tylko z musu to robię, bo lubię mieć już za sobą „najkonieczniejsze” czynności), natomiast gotować lubię. Teraz gdy ciemno i zimno – jeszcze bardziej. Od ostatnich prób opisanych na blogu nie minęło wiele czasu, a ja znów próbę zrobiłam i to udaną! Ale najpierw przepis na ciasto z czekoladą pokazane w poprzednim wpisie z kategorii Kuchennie i smacznie.  Całe szczęście, że miałam go na kartce, bo na „Kuchni na wypasie” już go nie znalazłam.
Więc tak 🙂  potrzebne: – 2,5 szkl. mąki,  – 120/130 ml ciepłego mleka,  – 3 jajka,  – 4 łyżki cukru,  – kilka kropli wanilii (dodałam olejek migdałowy),  – szczypta soli,  – 4-5 łyżek roztopionego masła, – 1 torebka suchych drożdży,  – 4 łyżki pokrojonej czekolady (wzięłam całą mleczną),  – cukier puder do posypania (nie posypywałam). Następnie: 1/ ciepłe mleko+cukier+drożdże — na 10 min. odstawić;  2/ dodać jajka+wanilia+sól — wymieszać do połączenia składników; 3/ + przesiana mąka — znów mieszać aż się mąka wchłonie;  4/ polać roztopionym, ostudzonym masłem, wyrobić, odstawić do wyrośnięcia na ok. 40 min.;  5/ keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia, pół ciasta przełożyć, posypać pokruszoną czekoladą, nałożyć resztę ciasta, wyrównać, przykryć na 20 min.; 6/ ciasto posmarować mlekiem, piec ok. 30-40 min./ 180 st.
Jak wyszło widać na fotce w: https://annapisze.art/?p=3791
Rozochociłam się i upiekłam słodkie bułeczki, które w przepisie były pączkami w:
https://kuchnianawypasie.pl

… nadawały się do chrupania podczas czytania, oglądania filmu i z każdym kęsem stawały się smaczniejsze, lecz trzeba było popić, bez nadzienia trochę suche …

Potem Blożanka „To Przeczytałam” http://toprzeczytalam.blogspot.com/  odezwała się u mnie, pobiegłam więc z rewizytą i napotkałam chlebek paprykowy! Tak mi się spodobał, że natychmiast go wypróbowałam. Rezultat był powalający, nie tylko w wyglądzie ale i w smaku 🙂 Wyobraźcie sobie, że babcia D. powiedziała, że pyszny!

… po wyjęciu z formy ukazał się zgrabny chlebek oczom moim 🙂 …

… po przekrojeniu wyglądał tak …

Kolejny „wyczyn” tym razem nie został udokumentowany, musicie uwierzyć na słowo. Były to kotlety/placki z tofu naturalnego, płatków drożdżowych, odrobiny żółtego sera wędzonego, czterech pieczarek, dwóch jajek, jednego ugotowanego ziemniaka z poprzedniego obiadu, łyżki mąki, bułki tartej (ile trzeba, żeby się nie rozpadały) i przyprawy do gyrosa, której nie żałowałam. Gdyby mi się chciało lepić kotlety, obtaczać w bułce i smażyć w takiej postaci to wyszłyby przepisowe kotlety. Ponieważ jednak mi się nie chciało, łyżką kładłam na patelnię, na rozgrzany olej. Przyklepałam łopatką, żeby się spłaszczyły i miały jaki taki kształt. Smażą się wtedy bardzo szybko, bo nie są grube. Okazało się, że wyszły wspaniałe w smaku! Nawet MS stwierdził po spróbowaniu, że pyszne! Jestem cała dumna z tego powodu, bo nie ma tam odrobiny mięsa 🙂
Mam na kartce przepis na chlebek wiedeński i ta kartka mnie wabiła i wabiła aż w środę jej udało się mnie namówić na wykorzystanie zapisanych na niej mądrości 😉  Nie oparłam się i chlebek wiedeński upiekłam, a właściwie dwa chlebki. Słuchajcie, to jest bajka i poezja chlebowa! Na dodatek można cieniutko pokroić i nic się nie kruszy! Przynajmniej od razu po upieczeniu, zobaczę na drugi dzień jaki będzie. Przepis jest ze strony:  https://www.domowe-wypieki.pl/przepisy/pieczywo/chleby/190-pszenny-chleb-wiedenski

… na drugi dzień też się nie kruszył ani na trzeci, miał idealną konsystencję …

W czwartek upiekłam cynamonowe słońce, które znalazłam na stronie:  https://www.domowe-wypieki.pl  Nie muszę dodawać, że słoneczko straciło swój piękny wygląd w jednej chwili 🙂  Oczywiście w porównaniu z pierwowzorem ze strony jawi się jako wytwór prymitywny i toporny, ale co tam! Ważne, że smakowało 🙂

… idealne nie jest, ale to dopiero pierwsza próba …

Tak się przedstawiają moje dokonania kulinarne w tygodniu, który właśnie mija.

Poza tym zapisaliśmy się telefonicznie na szczepienie w naszej przychodni, bez terminu jeszcze, mamy czekać na telefon. Spadł śnieg, z którego psiaki cieszyły się jak małe dzieci i szalały biegając i skacząc niczym króliczki 🙂

… Szila nie wierzy własnym oczom …

… tyle śniegu! …

… skąd się wziął? …

… i w lasku go pełno, może coś znajdziemy? …

… e tam, nic nie było pod choinką 🙁 …

… może myszkę wykopię spod śniegu? …

… lasek w zimowej szacie pięknie wygląda …

Teraz jest piątkowy wieczór, sypie i wieje za oknem, w mieszkaniu zaczyna się robić chłodno, musiałam założyć sweter. Zdecydowanie nie lubię zimy. Toleruje ją na zdjęciach i za oknem tylko wtedy, kiedy nie muszę wychodzić z domu. Dobrze, że się nauczyłam piec chleb, w razie zasypania – jak znalazł 😉

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 43 komentarze