Martyna nie myślała o mężczyznach, nie interesowały jej stosunki damsko-męskie. Stwierdziła, że skoro miłość ma już za sobą, w jej życiu liczą się tylko Milenka i rodzice. Przeszłość jest zamknięta. To co najdroższe schowała w sercu na zawsze. Stała teraz przy oknie przestronnej, wygodnej kuchni, zaplanowanej tak, aby z przyjemnością rodzina mogła wspólnie spędzać tutaj czas podczas przygotowywania i spożywania codziennych posiłków, wszak kuchnia to serce domu. Pomimo zamyślenia zauważyła w ogrodzie jakiś ruch. Przyjrzała się uważniej poruszającym się krzewom i rozpoznała swego gościa w osobniku wyłaniającym się spomiędzy liści. Zaintrygowana przesunęła się bliżej ściany, aby nie zostać zauważoną. Teraz już spokojnie się przyglądała pewna, że nikt jej nie zobaczy. Wpatrywała się jakby w ten sposób mogła poznać nie tylko wygląd ale i wnętrze, charakter, słowem – sam środek owego osobnika. Musiała przed sobą przyznać, że wyglądałby jak bohater filmu, gdyby nie bladość skóry. Twarz miał opaloną, lecz reszta ciała widoczna spod krótkich spodni i obcisłej koszulki bez rękawów sprawiała wrażenie, że ta część osobnika spędziła ostatni rok w lochu albo w pomieszczeniu bez dostępu światła dziennego. Oceniła też, że owa bladość to jedyny mankament w wyglądzie obiektu obserwacji. Obiekt zaś ćwiczył zapamiętale nieświadom bycia obiektem zainteresowania, zmuszając swe blade ciało do wysiłku. Takie odniosła Martyna wrażenie. Jednak mimo różnych wykonywanych ewolucji wysiłku po obiekcie widać nie było, za to bardzo wyraźnie dało się zauważyć mięśnie pod koszulką, uwidaczniający się tak zwany kaloryfer na brzuchu, napięte mięśnie nóg i bicepsy na rękach. Gdyby go tak trochę wystawić na słońce…
Ćwicząc intensywnie Miłosz myślał o wczorajszym dniu, o trafie, który przywiódł go w to konkretne miejsce, do miejscowości, w której spotkał uroczych ludzi. Szczególnie urocza zaś była jego nieoczekiwana gospodyni. Jakże w życiu można być pewnym czegokolwiek, skoro zdarzają się dziwne, niezaplanowane sytuacje. Myślał o tym, że wychowywał się bez ojca i zapewne dlatego żal mu się zrobiło Milenki, którą dotknął taki sam los. Jednocześnie zjeżył się na myśl, że jej matka trafi na jakiegoś typa, który nie będzie dobry dla dziewczynki. Jeszcze bardziej się zjeżył myśląc o tym jakimś typie zbliżającym się do Martyny na niebezpiecznie bliską odległość… Już on by mu pokazał…Ćwiczenia stawały się tym intensywniejsze, im bliżej typ z wyobraźni zbliżał się do jego pięknej gospodyni… Co u licha? Zgłupiał czy jak?
Przyłapał się na tym, że od kiedy został przez Kajtusia uznany za wujka, jego myśli wciąż krążyły wokół dzieci. Wcześniej w ogóle nie zauważyłby dziewczynki z dziadkami na stacji benzynowej, a Milenka nie zaprzątałaby jego głowy. Tymczasem teraz wciąż zalewały go wspomnienia sprzed lat, napływały zupełnie nieproszone powodując mętlik w mózgu i dziwne myśli. Gdyby nie jego głupota dawno temu, sam miałby taką córeczkę jak Mila albo synka jak Kajtek. Wolał postawić na karierę i wesołe życie bez zobowiązań niż zakładać rodzinę. Ówczesna partnerka wreszcie nie wytrzymała, zostawiła go, ułożyła sobie życie z kimś innym, bardziej dojrzałym i odpowiedzialnym. Proces dojrzewania widoczne przebiegał u niego nietypowo przewlekle, bo dopiero teraz odezwała się w nim jakaś nieokreślona tęsknota. Za czymś czy za kimś? Uderzył pięścią pień drzewa i syknął, ból przywrócił mu poczucie rzeczywistości.
– Hej, a może worek treningowy chcesz? – rozległ się głos Renalda, którego Karolina przysłała z teczką papierów, żeby je Martyna podrzuciła do poradni jadąc do miasteczka.
– O, cześć Reniek. A masz? – zdążyli się poznać wieczorem.
– I worek mam, i rękawice się znajdą. Zrobiłem u Karolci na strychu salkę ćwiczeń.
– Genialna sprawa – ocenił lekko zdyszany Miłosz. – Masz pod ręką wszystko, czego trzeba do szczęścia. Musisz się rozładować to walisz. I nie przywalasz jakiemuś draniowi ale walisz w worek. Super. Wkurzysz się, mówisz do klienta: „chwileczkę stary” i lecisz na strych. Za moment wracasz spokojny, zrelaksowany, zasiadasz w fotelu i masz jasną głowę, myśleć możesz.
– Nooo, dobrześ to ujął – Renald rozglądał się po ogrodzie jakby oceniał wielkość domu z zewnątrz. – Mam wrażenie, że tutaj, u Martyny, jest na górze sporo miejsca. Skoro chce z rodzicami prowadzić pensjonat, bardzo pożyteczne byłoby miejsce do treningów, do ćwiczeń podczas na przykład złej pogody..
– Wiesz, to niezły pomysł.
– Muszę przyznać, że nie wpadłem na to sam. Karolina wymyśliła. I od razu kazała mi z tobą pogadać, żebyś zajrzał na strych i obejrzał pod kątem przydatności. Przecież znasz się na tych budowlanych tajemnicach.
– No no, zaczyna mi się to podobać. A Martyna o tym już wie?
– Chyba nie, ale wiesz co? Sam pomyśl, rozejrzyj się, w końcu jesteś fachowcem. Ja mogę czasem poprowadzić indywidualny trening, mam na to papiery więc mogę oficjalnie.
– Dziwne rzeczy się tutaj dzieją. Dopiero co przyjechałem, a mam wrażenie, jakbym znał was od wieków.
– Słuchaj, ja się już trochę wyznaję w tych „mafijnych” stosunkach…
– W czym?
– To jeszcze nie wiesz, że Dorota, Teresa i cała reszta to ursynowska „mafia”?
– Słucham? Jak to?
– A moja Karolina to małopolska filia, więc siłą rzeczy i ja musiałem do nich przystać – wyjaśnił z tajemniczym wyrazem twarzy i wesołym błyskiem w oczach.
– Ty bredzisz czy ja mam świra? – spojrzał niepewnie Miłosz.
– Właściwie jedno i drugie…
– Wiesz co, chyba za długo siedziałem za granicą, bo niczego nie rozumiem.
– Jak cię dziewczyny wezmą w obroty, szybko zrozumiesz – zarechotał Reniek.
cdn.