Drzewa – piękności i osobliwości

Uwielbiam drzewa, szlag mnie trafia kiedy barbarzyńcy je niszczą!  Wyłamałabym im wszystkim łapy tak jak oni drzewom gałęzie!

Drzewa są cudowne, są żywymi istotami, w których zamknięta jest tajemnica, każde ma swoją. Nie na darmo dawne ludy otaczały je czcią i niektóre z drzew traktowane były jako święte. Każdy gatunek jest jedyny w swoim rodzaju, można rzec, że  sosna jest słoneczna, topola smukła, brzózka wiotka, dąb mocarny… i tak można każdemu gatunkowi  przypisywać konkretne cechy. Każde z nich jest inne, gdyby mogły mówić opowiedziałyby nam takie historie, jakich nie bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić. Szczególnie te stare pamiętające pradawne czasy.

Przeglądałam zdjęcia i postanowiłam pokazać Wam trochę tych, na których uwieczniałam drzewa. Zainspirowała mnie nasza Blożanka Stokrotka z: http://stokrotkastories.blogspot.com/2021/01/natrectwo-obsesja-czy-mania.html

…  za psim spacerowym laskiem…

…w piaseczyńskim parku …

… uliczka Książąt Mazowieckich, Piaseczno …

… jak wyżej …

 

… jak wyżej …

… i jeszcze to …

… szczawnicki Park Górny …

… to też …

… i to również, a widzicie głowę pieska na pniu? …

… w Parku Górnym obok ścieżki zdrowia…

… rosną takie drzewa…

… które tworzą mroczny nastrój …

… samotne drzewo za Osiedlem, przy drodze w stronę  Czardy w Szczawnicy oczywiście …

… Szczawnica, obok nieczynnej już restauracji „Malinowa”, ja widzę misia albo świątka z brodą zależnie od kąta patrzenia …

… w Parku Górnym …

… widok na ul. Zdrojową z alejki Parku Górnego …

… drzewa wokół Dworku Gościnnego w Parku Górnym …

… w Parku Górnym …

… przejście z Parku Górnego do Osiedla uliczką 1 Maja …

… Park Górny …

… jak wyżej …

 

… od tyłu widać popiersie Józefa Szalaya w Parku Górnym …

… W Parku Górnym …

… jak wyżej …

… jak wyżej, a jakie macie skojarzenia? …

… w Parku Górnym …

… piękny kasztan obok cmentarza i skrzyżowania ul. Julianowskiej z Okulickiego w Piasecznie …

…w piaseczyńskim parku …

… jak wyżej …

… to też …

… i jeszcze to …

… psi lasek spacerowy za naszym osiedlem, Piaseczno …

… jak wyżej …

… również to …

… psi lasek w dalszym ciągu …

… jest gdzie chodzić …

… z psiepsiołami …

… nawet gdy zakazali …

… na szczęście psiaki umożliwiały wyjście na zewnątrz …

… złapanie trochę świeżego powierza …

… i rozglądanie się po okolicy, żeby zobaczyć okrągłą dziuplę  wykutą w pniu przez dzięcioła …

… to już ul. Przybyszewskiego w Piasecznie na wiosnę, co widać po kwitnących forsycjach …

… na koniec dzisiejszego odcinka o drzewach – Oko Opatrzności 🙂  z psiego lasku …

Natura jest piękna, różnorodna, zachwycająca i niechby taka pozostała. Oby wredny człowiek przestał ją mordować, przestał niszczyć naszą Gaję-Ziemię. Jeśli Matka Natura i Matka Gaja złączą swe siły by pozbyć się tego pasożyta – nic nie uratuje ludzkiego gatunku, który jest wobec nich bezbronny i bezsilny. Cóż możemy zrobić? Są teorie, że Gaja jest żywą istotą … kto wie? Róbmy wszystko co możemy, żeby jej cierpienia oszczędzić… każdy we własnym zakresie, w miarę możliwości. Przestając się znęcać na zwierzętami, bo ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ,  ocalając drzewa, karmiąc w czasie mrozu ptaki, segregując śmieci, nie paląc plastikiem, nie wyrzucając pod nogi zużytych maseczek, butelek itp., itd. … I jeszcze jedno – ludzkość powinna zmniejszyć ilość nienawiści wyrzucanej w każdej minucie z tysięcy gardeł … Wiem, to póki co mrzonki, ale choć sami zacznijmy kontrolować własne myśli…

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno, Szczawnica | 34 komentarze

Rozmaitości – ale nie teatr :)

Najpierw muszę koniecznie pokazać jakie cuda dostałam w prezencie od Magdy z https://pomiedzypatrzeawidze.home.blog

Magduniu kochana, dziękuję za niespodziankę, za  TAKIE PIĘKNOŚCI !!! Zdrowia, zdrowia i zdrowia!!!

Zauważyłam, że ostatnio idę w stronę pamiętnikowo-wspomnieniową na blogu. Może taki czas przyszedł, że wspomnienia nasuwają się ze zwiększoną siłą. Może to wynika z konieczności przebywania głównie w domu. Częściej zahaczamy wzrokiem o różne przedmioty, pamiątki przywołujące na myśl najróżniejsze dawno minione zdarzenia i sytuacje. Częściej też zaglądamy do albumów ze zdjęciami, ożywiamy w pamięci naszych bliskich zza Tęczowego Mostu… U wielu z Was pojawiają się na blogach stare fotografie, a to inspiruje kolejne Blożanki do sięgnięcia do swoich pamiątek i tak się „zarażamy” jedne od drugich. Ale to jest dobre „zarażanie”, oby inne się nie zdarzyło. Bez względu na chaos i nasze typowe polskie pomieszanie z poplątaniem – tym razem w kwestii szczepionek – wierzę, że w końcu wszyscy chętni się zaszczepią i wrócimy do normalności. Znalazłam takie stare zdjęcie.

… mama, Lucy i Ania zamykająca bramkę w Tenczynku …

Musiała być niedziela, świadczą o tym świąteczne białe sukienki, białe skarpetki i torebki – jak na młode damy przystało. Ja mam warkocze i kokardy, które Bognnę przyprawiły o atak śmiechu 🙂 Podejrzewam, że szłyśmy z wizytą do cioci Władzi, babci mojej kochanej kuzynki, tej od pięknych owczarków 🙂

… zdjęcie piesków ostatnio przysłane sms-em, nie mogę inaczej pokazać, coś się zablokowało w telefonie …

Pieski są na zdjęciach jeszcze tutaj, na starszych stronach  https://annapisze.art/?p=2511  oraz https://annapisze.art/?p=1885

Upiekłam chleb według nowego przepisu z bloga –  https://www.domowe-wypieki.pl
Zdecydowanie lepszy od poprzedniego i w smaku, i w konsystencji, lepiej się kroił i mniej się kruszył. Mnóstwo smakowitych przepisów tam jest do wypróbowania. Kusi mnie cynamonowe słońce z ciasta francuskiego. Chciałam ciasto kupić  w Biedronce, wybrałam się po zakupy. Niestety, ciasta nie było. Znajoma pani Biedronkowa dziwiła się, że mnóstwo ludzi pytało o ciasto francuskie. Myślę, że nie wszyscy ze względu na „cynamonowe słońce”, a bardziej z powodu święta 6 stycznia, przecież z ciasta francuskiego można różne smakowitości wyczarować nie tylko na słodko, ale i nadające się na obiad.

… wyjęłam z keksówki zgrabniutki bochenek …

… po przekrojeniu nic nie stracił z „apetyczności” …

Potem trafiłam na stronę https://kuchnianawypasie.pl/ i stamtąd wzięłam przepis na ciasto drożdżowe z czekoladą. Chciało mi się go wypróbować, bo „jak mi się nie chce” to „święty Boże nie pomoże”. Wprawdzie nie miałam wanilii, ale użyłam olejku migdałowego i wyszło super. MS (czyli Moje Szczęście) stwierdził, że za suche, ale mnie smakuje i do mleka czy kawy jest wyśmienite. Potem MS stwierdził to samo 🙂

… wygląda bardzo zachęcająco …

… jak z cukierni …

Nie bardzo wiedziałam co zrobić na obiad, wtedy mój wzrok padł na jabłka i wykorzystałam je na placki z dodatkiem suszonych drożdży, którym w listopadzie minął termin przydatności. Nie wiem czy drożdże o tym wiedziały, w każdym razie zadziałały jak trzeba i placuszki wyszły takie, że palce lizać 🙂

… tak się prezentowały podczas smażenia na patelni …

… a tak w salaterce ze świątecznego serwisu mojej mamy…

… przy okazji ostatni świąteczny akcent …

Zrobiłam na śniadanie tzw. u nas niemiecką sałatkę – czyli wykorzystałam cztery nieduże ugotowane ziemniaki z poprzedniego dnia, dwa jajka na twardo, dwa ogórki kiszone, cebulkę, wgniotłam ząbek czosnku, dodałam sól, pieprz i trochę majonezu. Do tego świeży chlebek i pycha 🙂

… akurat porcja śniadaniowa na trzy osoby …

Szilka zaczęła jeść surową marchewkę, od niedawna, przedtem tylko przez chwilę była zainteresowana i zostawiała. Teraz bierze w łapki niczym prawdziwy przysmak i chrupie. Skitek patrzy z obrzydzeniem, więc chrupie i jego porcję. Mam nadzieję, że pomału się przekona, że  to „coś” nadaje się do jedzenia. Trzy lata tak samo traktował chleb, a teraz uznaje go za smakołyk 🙂

… oto dowód …

Kochane Blożanki, w następnym tygodniu wszystkie trzymamy kciuki za Magdę. Przez cały  13 dzień stycznia i tydzień potem bezustannie! Na pewno pomogą, co Lucia stwierdziła już jakiś czas temu.  A więc zdrowia, zdrowia, zdrowia!!!!

… jeszcze peonia dla Magdy dla uśmiechu i na szczęście 🙂 🙂 🙂 …

Trzymajcie się zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Tenczynek | 38 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 50

Dzień wstał bezchmurny i słoneczny. Przezroczyste powietrze przesiąknięte zapachem łąkowych roślin orzeźwiało i odbierało ochotę do dalszego snu pobudzając jakiś punkt w mózgu wymuszający aktywność. W głowie Aldony ów punkt został wyraźnie i  mocno pobudzony, więc wybrała się na spacer do domku pod lasem.

– A ty się dobrze czujesz, że sama przyszłaś? – przywitała Teresa przyjaciółkę.

– Ciąża to nie choroba – odpowiedziała Aldona. – Zapomniałaś już? To może sobie przypomnij, a nuż ci się dziewczynka trafi?

– Bardzo ci dziękuję za troskę, ale poprzestanę na moich trzech Budrysach, w zupełności mi wystarczą. Nie znam się na dziewczynkach, nie potrafiłabym się z nimi dogadać, wolę chłopaków.

–  Pomogę ci w razie czego…

– Wiesz co? A wypluj to słowo i zmień temat. Też coś! Za trochę to ja babcią mogę zostać, a ty mi tu takie tam!

– No już dobrze, dobrze, nic nie mówię. Daj coś do picia, bo mi w gardle zaschło.

Usiadły w ogrodzie rozkoszując się ciepłym, letnim dniem, omawiając różne kwestie. Między innymi poruszyły temat dotyczący wytwarzania batikowej odzieży.

– Zobacz, przyniosłam, żebyś obejrzała – Aldona wyjęła z reklamówki nieduże zawiniątko

– Co to?

– Rozwiń to zobaczysz

– Matko, jakie śliczne – wykrzyknęła Teresa rozłożywszy zawiniątko, które okazało się batikową bluzeczką.

– Zrobiłam próbę – wyjaśniła Aldona patrząc z zadowoleniem na podziw malujący się w oczach przyjaciółki. – Nieźle wyszło, prawda?

– Ty jesteś niesamowicie zdolna, nigdy bym nie przypuszczała…

– Jak miło się przekonać, że tak bardzo we mnie wierzysz – zaśmiała się Aldona.

– Głupia! Nie przypuszczałam, że coś takiego samemu można zrobić. Trzeba być artystką!

– Tylko wybrańcy, moja droga, tylko wybrańcy czegoś podobnego mogą dokonać – odpowiedziała zadowolona artystka.

– A zrobisz mi też? – spojrzała przymilnie gospodyni domku pod lasem. – Zrobisz?

– Zastanowię się, jak będziesz grzeczna, to kto wie, może…

– Zrobisz, zrobisz. A ja pogadam z Dorotą…

– Czy myślisz, że ja z nią gadać nie potrafię? – obruszyła się Aldona.

– Coś taka wrażliwa… aaa… przecież jesteś w ciąży, chociaż nie widać, no jasne. Pogadam z nią, bo mam pomysł, że w jej schowku na półpiętrze można zacząć przygotowania do waszego wspólnego artystyczno-biznesowego działania.

– Może powiesz, że Danusia mogłaby sprzedawać w swoim sklepie takie rękodzieło?

– A powiem. I dodam, że u Magdy w sklepie można reklamować twoje dzieła i sklep Danusi też – roześmiała się Teresa. – Nie ma to jak nasze sąsiedzkie interesy, zawsze ktoś coś wymyśli, potem inny coś dopowie, następny dorzuci kolejny pomysł i do przodu. Ty będziesz miała trochę czasu, oczywiście po tym najtrudniejszym okresie, kiedy malutka już podrośnie. Pójdziesz przecież na urlop wychowawczy i w tym czasie mogłabyś nawet zostać prezesem…

– Jeśli już to prezeską, nie jestem facetem. A niby czego?

– Firmy przecież, takiej …nie wiem …dekoratorsko – krawieckiej na przykład?

– Dajże ty mi spokój na razie. Skąd mam wiedzieć co się zdarzy i jak się sprawy potoczą. Nie będę teraz planować nie wiadomo czego. Przyjdzie czas, to się okaże co przyniesie.

– Dobrze już, dobrze, przecież cię nie zmuszam, poddaję tylko pomysł pod twoją rozwagę. Ale pomyśl, miałybyśmy zawsze najpiękniejsze stroje na różne imprezy… O, jak na przykład na to zeszłoroczne wesele brata Karolci.

– Przecież wyglądałyśmy zupełnie przyzwoicie, co się czepiasz. Dzieciaki też.

– A pamiętasz jacy moi chłopcy zrobili się nagle dorośli w normalnych ubraniach? Nawet zachowywać się starali – przypomniała sobie Teresa.

– Najlepszy był ksiądz – uśmiechnęła się Aldona. – Obserwowałam go, bo sympatycznie wyglądał, taki grubiutki i niewysoki. Najpierw tylko siedział, jadł i pił. Wreszcie panna młoda poprosiła go do tańca. Nie wiedziałam, czy im wolno tańczyć, widocznie wolno, tylko nie mają, biedaki, odwagi. Tańczył zamaszyście, wywijał jedną ręką i nie zginał wcale pleców zachowując idealnie proste. Wyszedł koło dwudziestej drugiej uradowany, uszczęśliwiony, że mógł trochę życia użyć.

– Ja pamiętam, że świetny był też jakiś wujek, okrąglutki jak beczułka z piwem, o niespożytej energii, wywijający coraz to z nową partnerką.

– A inny wuj, po kilku głębszych podszedł do księdza, długo z nim dyskutował i coś mu pisał na kartce. Wszyscy się śmiali, że daje spis grzechów, aby je mieć odpuszczone.

– Wesoło było, do tego jak blisko kuzynki Juranda. Okazało się przecież, że lokal jest dokładnie naprzeciwko jej mieszkania.

– I sala była sympatyczna, choć niezbyt wysoka, sufit wykończony drewnem, białe ściany, ciemne szkło w oknach…

– Ładna była. A dzieciaki jakie się na tę chwilę grzeczne zrobiły, zupełnie jak nie nasze. Tańczyły, zachowywały się jak ludzie…

– Za to później niezłego stracha napędziły, szczególnie biednej cioci Rózi, kiedy się obudziła rano a tych huncwotów ani śladu.

– A właśnie,  gdzie się dzieci podziały? Dopiero widziałam całą bandę i już gdzieś wsiąkli.

– O ile dobrze zrozumiałam – odpowiedziała Teresa, – wybierali się do wujka na strych.

– Tam ich jeszcze nie było – mruknęła Aldona.

Po miłym spędzeniu przedpołudnia Teresa odwiozła przyjaciółkę do domu Karoliny, zaopatrując ją uprzednio w dużą reklamówkę pełną jabłek z ogrodu.

– Dzięki – ucieszyła się Aldona. – Upiekę szarlotkę i nasmażę placków z jabłkami dla tej całej bandy żarłoków.

– Prawda, wcisną w siebie każdą ilość pokarmu, jakiegokolwiek, aby się dało przełknąć, zasysają niczym odkurzacz. Są w tej chwili na takim etapie, że pochłoną wszystko i jeszcze im mało – uśmiechnęła się Teresa. – Dziewczynki to jeszcze nic. Chłopaki, ooo, ci dopiero potrafią dać koncert jedzenia. Maciek zupę je w salaterce, a drugie danie na paterze do ciasta, talerze są dla niego za małe. Masz pojęcie?

– Przejściowe, długo nie potrwa – spokojnie odpowiedziała Aldona. – A pamiętasz jakim był niejadkiem?

– Jasne, że pamiętam. Jego rekord to wyplucie rano parówki, którą dostał na kolację. Nikt normalny w to nie uwierzy, ale Majka zrobiła to samo, tylko wypluła wiśnie. Widocznie taki rodzinny świr…

Dojechały pod dom a tam niespodzianka. Przed bramą stał obcy samochód, na murku oddzielającym posesję Karoliny od sąsiadów jakaś kobieta na czworakach przesuwała się powolutku od okna w gabinecie w stronę ogrodzenia kończącego posesję Karoliny. Przystanęły i ze wstrzymanym oddechem obserwowały niecodzienną scenę dopóki dziwny gość nie dopełzł do końca swej trudnej drogi i nie znalazł się bezpiecznie na twardym gruncie, przy wydatnej zresztą pomocy mężczyzny oczekującego obok ogrodzenia od strony drogi. Całemu zajściu towarzyszyło ujadanie Tiny biegającej wzdłuż ogrodzenia.

– Co się tutaj stało? Czemu pani wychodziła przez okno od doktor Zacharskiej? – zapytała Teresa.

Aldona czym prędzej weszła za bramę sprawdzając, czy przypadkiem Tinie się coś złego nie przytrafiło. W tym samym czasie podjechała Karolina swoim autem. Zdziwiona zbiegowiskiem wysiadła pospiesznie i podeszła do stojących.

– Nie! Niech pani nie wypuszcza tego potwora – krzyknęła kobieta widząc, że Aldona odsunęła bramę i pochyla się nad Tiną.

– Jakiego potwora? – zdumiała się Karolina nie mogąc zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

– Dlaczego wychodziła pani przez okno z gabinetu pani doktor? – powtórzyła Teresa pytanie.

– A którędy żona miała wyjść, skoro ten potwór chciał się na nią rzucić? – skoczył z pretensją mężczyzna, który okazał się być mężem pełznącej przed chwilą niewiasty.

– Jak to z gabinetu? – zdziwiła się Karolina. – Z mojego?

– Z twojego, z twojego, pełzła po murku jak glista – mruknęła Aldona urażona nazwaniem Tiny potworem. – Ja mogę moją sunię tak nazywać, bo to z miłości. Ale jak ktoś z agresją do niej… to… to… ja jej będę bronić! – spojrzała groźnym wzrokiem na oboje małżonków.

– Przepraszam bardzo, ale skąd się pani wzięła w moim gabinecie kiedy mnie nie było w domu? – Karolinie coraz mniej się to wszystko podobało. – Wyskoczyłam tylko na moment do sklepu zostawiając psa na straży a państwo się w tym czasie włamali na mój teren!

– Mam iść dzwonić na policję? – spojrzała Aldona pytająco.

– Ależ pani doktor, jaka policja, nigdy w życiu, to nieporozumienie – zaczął tłumaczyć mąż.

– Przecież to fakt. Moje kuzynki są świadkami, że nastąpiło wtargnięcie …

– Czekaj, ja powiem – odsunęła kobieta męża na bok. – Pani doktor, to było tak. Skończyły mi się leki a moja lekarka jest na urlopie. Znajoma powiedziała, że pani ma już otwarty gabinet więc pomyślałam, że przyjdę na wizytę. Przyszłam, to znaczy on mnie przywiózł – wskazała na męża. – Zadzwoniłam do bramki ale nikt się nie odezwał. Pomyślałam, że może w domu nie słychać, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Potem weszłam do domu i wołałam. Nikt się nie odezwał, więc chciałam wyjść a tu nagle wyskoczył ten potwór…

– Potwora to ja widzę tylko jednego – mruknęła dość głośno Aldona patrząc na męża.

– …ze strasznym rykiem… – ciągnęła żona.

– Słyszysz córcia? Masz straszny ryk – Aldona przytuliła łeb Tiny.

–  …i nie mogłam wyjść z domu! Stał pod drzwiami i warczał…

– Nie stał, tylko stała, bo to dziewczynka. A co miała robić, jak intruz wszedł do domu? Arie śpiewać?

– Wtedy mąż zadzwonił do sąsiadów zza płotu, że może jakieś przejście mają wspólne. Ale nie mają, znaczy nie macie. Sąsiadka poradziła, żeby wejść do gabinetu i stamtąd przez okno na murek. Tak zrobiłam. Wtedy przyjechały panine kuzynki.

– Faktem niezaprzeczalnym jest wtargnięcie przez panią na obcy teren bez zgody i pod nieobecność właściciela – oświadczyła Teresa.

– Ależ jakie wtargnięcie, ja tylko normalnie weszłam…

– No już dobrze, dobrze, nie będziemy tu stać do wieczora, wierzę pani i zapraszam do środka. A pan poczeka w aucie – zarządziła Karolina widząc, że mąż szykuje się do wejścia prędzej niż żona. – Na przyszłość proszę nie wchodzić bez zaproszenia. Ma pani szczęście, że Tina, suczka kuzynki, jest łagodna i spokojna. Ale ja będę miała tutaj psy obrończe, które żadnemu obcemu nie darują więc radzę o tym pamiętać. A teraz  proszę do gabinetu.

Karolina udzieliła porady, potem już na spokojnie rozmawiały o nieoczekiwanym zdarzeniu, pacjentka sama zaczęła się śmiać doceniając komizm sytuacji.

– Właściwie powinnam podziękować tej kobiecie bo dzięki niej awansowałam na twoją kuzynkę – śmiała się później Aldona.

– Same awanse – skomentowała Teresa. – Karolcia awansowała na „tymczasową kucharkę” i tak już zostanie na wieki wieków, Miłosz na wujka a teraz ty na kuzynkę. Ale, ale, ja nijak  nie awansowałam, co to za sprawiedliwość? Mnie się już nic nie należy?

– Ależ należy ci się, bez wątpienia należy, na przykład możesz zostać… chrzestną mamą mojej nowej córeczki. Co ty na to?

– O matko – jęknęła w zachwycie Teresa. – Będę miała córeczkę.

– Mogłabyś się o własną postarać – podpowiedziała Karolina. – Jeszcze możesz ale to już ostatni dzwonek, latka lecą…

– Zmówiłyście się czy co? – trzeźwym wzrokiem spojrzała Teresa na pozostałe niewiasty. – Nic z tego. Prędzej babcią zostanę. Ale taka przyszywana córcia to zupełnie co innego… – rozmarzyła się znowu.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Robótki wspomnieniowo

Był czas, że bez drutów w rękach nie usiadłam nawet na chwilę. Na zajęciach i wykładach w okresie studiów jeśli było to możliwe, przed telewizorem, w każdej wolnej chwili, nawet kilka minut przed wyjściem z domu. Druty były jak narkotyk – zmieniały, kolorowały świat, sprawiały, że miałam nowe bluzki i sweterki dla siebie i później także dla chłopaków. W pracy wszystkie dziewczyny dziergały i to było fantastyczne, co chwilę któraś przynosiła nowy wzór, wieści, gdzie można dostać jakąś włóczkę, wtedy głównie anitex udawało się kupić. Ktoś jeszcze pamięta co to było? Ja lubiłam z anitexu bluzki choć się szybko rozciągały, bo były wygodne, przyjemne w noszeniu i szybko się z niego robiło. Poza tym zdobycie włóczki było wyczynem. Już wspominałam kiedyś, że z moją sąsiadką z przeciwka pojechałam do zakładu dziewiarskiego po ścinki. Przywiozłyśmy dwa worki i ja to wszystko prułam, wiązałam nitki i stąd miałam materiał na robienie sweterków. Takie były czasy. Teraz włóczka jest, a ja nie robię na drutach. Najwyraźniej wyrobiłam swoją liczbę oczek na to wcielenie 😉

Była taka jedna zima, że machnęłam 10 swetrów, to były duże swetrzyska, nosiłam je do wąskich spodni i kozaków. Na pamiątkę zostały mi dwa – już nie z tych olbrzymich – sweterki i kilka zdjęć. Porozdawałam swetry,  część się zużyła, zmieniły się potrzeby. Podczas „wietrzenia szafy” wyjęłam ocalałe i uwieczniłam, żeby Wam pokazać, że prawdę mówię 😉 I jeszcze kilka zdjęć starych znalazłam, na których moje dłubaninki są uwidocznione.

… Duży był w żłobku, Mały był w drodze 🙂 – wtedy żółty sweterek w gwiazdki zrobiłam…

… tutaj Duży jest już całkiem duży, ale ma na sobie sweter zrobiony przez mamę…

… dowód, że robię sweter z poprzedniego zdjęcia 😉  a na sobie mam bluzkę z anitexu własnoręcznie wykonaną …

… na sobie mam przez siebie sweterek wydłubany i robię następny, a jakie okulary! …

…o proszę, ile już zrobiłam…

… niezły wyszedł i bardzo go lubię, ocalał i jest używany do tej pory…

…beżowy i biały jeszcze miałam podobne do siebie, to zdjęcie przestraszonej matki Duży zrobił znienacka 😉 …

… z brązowej bawełny jeszcze „dycha”, czasem ją noszę latem …

… jest w szafie …

… przód …

…tył sweterka, którego każdy kawałek jest inny i niepowtarzalny, rękawy również; pamiętam, że w pewnym momencie miałam jednocześnie tyle kłębków i kolorów na drucie, że teraz sama sobie nie wierzę, że potrafiłam 😉 …

… jeszcze znalazłam taką fotkę z działki w golfie z anitexu, dżinsy kupione na stadionie Skry, gdzie była pierwsza, ogromna giełda, na której można było takie cuda kupić w potwornym ścisku, bo cała Warszawa i okolice gromadziły się w jednym miejscu…

… z różowej bawełny…

… z szarej bawełny…

… z białej bawełny…

Trzy bluzeczki z ostatnich zdjęć jeszcze mam. W tamtych czasach (gdy je robiłam) nosiłam je do falbaniastych długich spódnic z szerokim paskiem… teraz mogę tylko pomarzyć, ale wtedy mogłam sobie na to pozwolić i mogę mieć satysfakcję, że tak było 😉  Za skarby świata nie odtworzyłabym teraz ściegów, wzorów. Jedynym „dziełem” jakie wykonałam przez ostatnie 10 lat było ubranko dla lalki Wery, spódniczka i bluzeczka. I to by było na tyle – cytując klasyka 🙂

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

Mamy go!!!

No to już mamy go! Mamy rok 2021 witany z wyjątkową nadzieją na poprawę życia na całej naszej pięknej błękitnej planecie. I to wbrew wszelkiej maści płaskoziemcom zaimpregnowanym na wiedzę.

Sylwestrową noc spędziliśmy w towarzystwie Szkła Kontaktowego. Nie żałuję, uwielbiam słuchać inteligentnych ludzi, dowcipnych, umiejących finezyjnie operować słowem z wrodzonym poczuciem humoru.  Wspomnienia Marka Przybylika nocy sylwestrowej spędzonej na Ursynowie w bloku przy Grzegorzewskiej z 1980 na 1981 rok przywołało moje wspomnienia ze wszystkich naszych ursynowskich sąsiedzkich sylwestrów na Kulczyńskiego 🙂 Cudne czasy. młode byłyśmy, dzieci małe… Jest co wspominać, tym bardziej, że robiliśmy zdjęcia i są pamiątki 🙂

Długo nie wysiedzieliśmy w spokoju. Nasz spokój skończył się gdy dały się słyszeć strzały. Psiepsioły szalały z przerażenia, chowały się tam, gdzie im się zdawało, że będzie bezpieczniej, a my próbowaliśmy im pomóc znieść to wszystko uspokajając je. Wprawdzie Królowa Marysieńka (tak mój tata nazywał moją przyjaciółkę Marysię 🙂 ) opiernicza mnie za takie zachowanie (jako „stara” psiara), że nie powinnam nic robić, by nie potęgować u psiaków niepokoju. Może ma rację, jednak ponieważ Skituś choruje na padaczkę, wolę go uspokajać zmniejszając ryzyko ataku.

Dopiero kiedy hałas ustał, ucichły strzały, psiepsioły się uspokoiły – mogliśmy odetchnąć i dokończyć szampana. Do przegryzania upiekłam rożki z ciasta francuskiego z powidłami. Nie miałam marmolady, zapomniałam kupić, musiałam wykorzystać to co było w domu czyli węgierkowe powidła.

O 12-ej obowiązkowo musiałam obejrzeć noworoczny koncert z Wiednia. Wprawdzie w kurwizji, ale to jeden jedyny wyjątek. Przez cały rok nic na tych kanałach nie oglądam i nie będę. Wybaczyłam sobie więc, potem przełączyłam natychmiast po zakończeniu transmisji. Gdybym nie oglądała to jakby nie było Nowego Roku!  Potem skoki już tradycyjnie, konkurs skoków noworoczny i wygrany! Pięknie się nasi chłopcy spisali w pierwszy dzień roku 2021 🙂 Potem wyjście z psiepsiołami, teraz „Alternatywy 4” z wielkim sentymentem oglądam, bo to z czasów gdy zamieszkałam niedaleko bloku, w którym kręcono serial. Znowu młodość i wspomnienia … 🙂  Same dobre, niech więc cały rok 2021 będzie dobry 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

…w związku z serialem poszukałam zdjęcia muralu z Ursynowa …

…spacer ulicą Okulickiego…

…jedno z nielicznych miejsc gdzie mogą się psiaki wybiegać kiedy na łące bagno się robi…

… przez lasek …

…  za laskiem …

Takie widoki mamy w pierwszy dzień stycznia. Szczerze mówiąc tylko słoneczka brakuje, śnieg wystarczy mi na zdjęciach i na ekranie. Ważne, że dzień dłuższy. Przysłowie mówi: na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok. I to jest dobra wiadomość 🙂

Trzymajcie się zdrowo i niech dobrych wieści będzie dużo w tym roku!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 24 komentarze

Końcówka roku

Nadchodzi Nowy Rok. Ten czwórkowy – 2020 – odchodzi w przeszłość i dobrze. Trudny to  rok,  przełomowy pod wieloma względami, ale… nie chcę o tym mówić. Podsumowań jest mnóstwo i z każdej strony, z każdego punktu widać co innego w zależności od patrzącego. Nowy Rok będący numerologiczną piątką – 2021 –  daje nadzieję (przynajmniej mnie) na poprawę sytuacji na wielu płaszczyznach. I niech tak się stanie!

Koleżankom Blożankom i Kolegom Blożanom życzę z całego serca, aby wszystko co złe zostało w starym roku, nic nie przeszło, zgubiło drogę, zaspało – jednym słowem niech będzie DOBRZE, BEZPIECZNIE, ZDROWO, SZCZĘŚLIWIE i niech każde z Was odnajdzie dla siebie wszystko co najlepsze 🙂  DO SIEGO ROKU 2021 !!!

… przyjmuję, że na obrazku jest Nowy Roczek trzymający w rączkach gwiazdkę z nieba dla wszystkich, którzy tu zajrzą 🙂 …

Pomyślałam, że pokażę Wam zdjęcia zrobione podczas świątecznego spaceru. Potem przyjdą inne tematy i święta się zdezaktualizują, przynajmniej te zimowe bez śniegu. Oo, przepraszam, jeden ranek przyniósł odrobinę białych gwiazdek, które szybko zniknęły.

… na leszczynie bazie, pomieszanie z poplątaniem w aurze niezgodne z porą roku wprowadza zamęt w świecie roślin…

Ponieważ to już ostatni wpis w 2020 roku pomyślałam, że jako przekaz na ten następny, motto właściwie, słowa do przemyślenia, zastosowania – zacytuję wypowiedź Mahatmy Gandhiego.

” Nie ma nic bardziej potężnego niż myśl. Czyn podąża za słowem, a słowo podąża za myślą… Kiedy myśl jest wielka i szlachetna, wynik jest zawsze wielki i szlachetny”

Trzymajcie się zdrowo i niech każdy Wasz krok niesie pokój i radość!!!

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 23 komentarze

Ostatni tydzień roku 2020

Święta minęły szybko jak zwykle. Jedyny pożytek, że dzień trochę dłuższy 🙂 I to mnie cieszy, nawet sprawia ogromną przyjemność, bo ja żyję tylko wtedy, kiedy jest jasno. A do tego w poświąteczną niedzielę zaświeciło słoneczko i od razu na świecie piękniej się zrobiło. No i coś jeszcze – pierwsze szczepienia! Niech sobie płaskoziemcy  mówią co chcą, ja się zaszczepię kiedy tylko będzie to możliwe. Mówiłam Wam rok temu, że odkąd zaszczepiłam się na pneumokoki (tym razem nową szczepionką już na zawsze, poprzednie trzeba było powtarzać co 5 lat) nie łapię żadnych przeziębień, a jeśli nawet zaczynam kichać to biorę uderzeniową dawkę rutinoscorbinu i po kłopocie, a kiedy drapie w gardle – chlorchinaldin.  Z ciekawostek – pamiętam obowiązkowe szczepienie przeciw prawdziwej czarnej  ospie, kiedy we Wrocławiu się pojawiła. To było w czasie wakacji (moja podstawówka), które oczywiście spędzałam w Tenczynku, całą rodziną szliśmy do ośrodka zdrowia zaszczepić się. Zaraza nie rozlała się na cały kraj właśnie dzięki szczepionce.  Tęsknię za normalnością!

W święta byliśmy sami, dzieciom nie dałam przyjeżdżać, chciałabym zdrowa i żywa doczekać … różnych sytuacji 🙂  W tym następnych świąt już w normalnych warunkach, poza tym zmiany w naszym kraju, która nadejdzie nieuchronnie ponieważ zmiana jest jedynym pewnikiem w życiu. Akurat TA zmiana mnie będzie cieszyć, choć zmian nie lubię i tylko z konieczności się z nimi godzę. Nie szalałam więc kulinarnie, zrobiłam indyka z morelami dla domowników, zawsze robiłam na święta (czasem z żurawiną). Dla siebie miałam rybkę z wigilii. Dziś wymyśliłam coś nowego, mianowicie gulasz z selera. Ugotowałam całego selera  z zamiarem przyrządzenia selerowych kotletów, ale mi się odechciało 😉 Wpadłam na pomysł, że prościej i szybciej będzie zrobić gulasz. Obrałam i pokroiłam dwie cebule, wrzuciłam na patelnię z masłem klarowanym,  selera pocięłam w kostkę i powędrował do cebuli na patelnię. Następnie wzięłam sporo przyprawy do indyka, suszone morele i rodzynki, i tak się wszystko razem dusiło przez dłuższą chwilę. No i … EUREKA 🙂  Nowa wypróbowana potrawa wskakuje na stałe do zeszytu z przepisami.

… ładnie się gulasz prezentował, prawda? …

… w połączeniu z surówką i kaszą gryczaną  smakował wyśmienicie …

Po obiedzie trafiłam na film, przebój najwcześniejszych lat, w którym grali Dean Martin, John Wayne, Ricky Nelson … już wiecie co to?  Nie mogłam sobie odpuścić, żeby nie wysłuchać piosenki śpiewanej w duecie … no, oczywiście – to „Rio Bravo” w reżyserii Howarda Hawksa z 1959 roku. I od razu wróciły wspomnienia z Opola, Lucy z koleżankami szalały za Ricky’m, pisały listy do Stanów i – co dziś nie do uwierzenia – dostawały piękne, kolorowe fotografie z autografami.  Nie do uwierzenia teraz dlatego, że to był początek lat sześćdziesiątych i poczta ze Stanów dochodziła! Tańczyłam twista i charlestona na klasowej zabawie ( to początek podstawówki), na Beatlesów mówiłam – za starszymi – kudłate małpy, żeby siostrze dokuczyć, dopóki sama nie posłuchałam i nie zakochałam się w George’u Harrisonie 🙂 🙂 🙂  „To były piękne dni, po prostu piękne dni, nie zna już dziś kalendarz takich dat…” Tak się wspomnieniowo zrobiło…  W końcu to ostatni tydzień tego trudnego, dziwnego roku.  Spędźcie go miło i dobrze.

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 26 komentarzy

Ewa, Ewcia, Ewunia :)

Tak się składa, że w wigilię Bożego Narodzenia imieniny mają Ewy 🙂 Wśród zaprzyjaźnionych blożanek są  Ewy – http://mycastle.video.blog/ , – https://jasna0ster.home.blog/ ,  – https://genewa.home.blog/. Na pewno jest jeszcze wiele innych Ew, nieujawnionych, jak np ta z piosenki Czerwonych Gitar – ” nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie…”.  Wszystkim składam życzenia imieninowe jak najlepsze, jak najserdeczniejsze tym bardziej, że Ewy są zawsze pokrzywdzone z powodu prezentów. No tak, przecież nie dostają osobnych prezentów na imieniny jak wszystkie inne solenizantki, tylko dostają pod choinkę, czyli mają rocznie o jeden prezent mniej! To nie jest sprawiedliwe! A ponieważ Ewy to świetne dziewczyny należy im się ode mnie kwiatek 🙂

… a nawet trzy kwiatki, trzy szczawnickie róże …

I jeszcze fragment z „Księgi imion” – niezmiennie tej samej – B. Kupisa, B.Wernichowskiej, J. Kamyczka – o imieniu Ewa.

Niech Ewy świętują i niech się dobrze Ewom dzieje bez względu na wszystko 🙂

Trzymajcie się zdrowo wszyscy!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 14 komentarzy

Zdrowych!

Doczekałyśmy, jutro już Wigilia. Jak zwykle coś jeszcze do zrobienia zostaje i nie wiem czy zdążę do wszystkich zajrzeć, ale podczas Świąt na pewno mi się to uda.  W związku z tym dziś tutaj życzę Wam razem i każdej/każdemu z osobna (aby jak najbardziej trafiły życzenia)  Gwiazdki z nieba 🙂  magicznej rodzinnej atmosfery 🙂  uśmiechów i życzliwości wokół 🙂  nadziei na lepsze jutro 🙂  wielu prezentów pod choinką 🙂  zdrowia, zdrowia, zdrowia 🙂   i w ogóle  WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

Pomyślałam, że ubarwię te życzenia zdjęciami kartek świątecznych, wezmę kilka z tych, które przez lata dostawałam. Wyciągnęłam jeden stosik i się rozkleiłam, bowiem wielu z tych osób, które pisały życzenia własną ręką, nie ma już z nami, są za Tęczowym Mostem i może się ucieszyły, że się  zwyczajnie poryczałam? Przecież ja ich wszystkich kocham!

… na koniec moje własne, osobiste „arcydzieło” z przesłaniem na te Święta…

BĄDŹCIE ZDROWI I SZCZĘŚLIWI!!!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 12 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 49

Miłosz zrobił postój na stacji benzynowej, zatankował, wziął sobie kawę i trzymając kubek w ręce z prawdziwą przyjemnością rozglądał się po okolicy. Pagórkowaty teren budził ciekawość co też kryje się za następnym wzniesieniem i za kolejnym, i jeszcze dalej… Poczuł spokój, jakby poranna cisza rozlewająca się wraz z lekkimi mgłami po okolicy wnikała do wewnątrz jego duszy wypierając z myśli chaos, napięcie i stres spowodowane nawarstwieniem się prac związanych z kończeniem projektu w Szwajcarii. Przyjechał na tydzień do kraju zobowiązany do wykonania konkretnych czynności, które udało mu się wykonać w ciągu dwóch dni, co uważał za prawdziwy cud. Teraz pozostało mu dostarczenie przesyłki od Sergiusza do jego matki, która wraz z córeczką przyjaciela przebywała na jakiejś zapadłej wsi pod Krakowem. Po wykonaniu zlecenia pozostaną mu całe cztery dni na odpoczynek. Czuł się ogromnie zmęczony i cztery wolne dni wydawały mu się darowaniem raju na ziemi. Stojąc przy samochodzie obserwował ptaki zakreślające kręgi w powietrzu, dwie krowy pasące się u podnóża wzniesienia, kilku turystów wchodzących  na łagodny szczyt i zapragnął znaleźć się na ich miejscu.

Nieopodal zatrzymał się srebrny volkswagen golf. Wysiadło małżeństwo z dziewczynką tak na oko pięcioletnią, która miała z włosków zrobione dwa śmieszne kucyki spięte kolorowymi gumkami. Z auta wygramolił się za nią czarny pies średniej wielkości. Najpierw pospacerowali, żeby pies mógł rozprostować łapki po podróży oraz załatwić swoje ważne sprawy, potem skierowali się w stronę budynku. Obserwujący mężczyzna uśmiechnął się sam do siebie na myśl, że ta trójka, właściwie czwórka, sprawiała wrażenie zgranej, dobrze porozumiewającej się grupki. Jeszcze z daleka słyszał śmiech dziewczynki. Ogarnęła go dziwna tęsknota nie wiadomo za czym, za czymś nieokreślonym, uczucie nieznane mu do tej pory. Przez chwilę przebywał pod wpływem owego uczucia, próbował je jakoś rozgryźć, rozpoznać, zrozumieć o co w tym  chodzi, potem machnął ręką jakby chcąc je od siebie odgonić i wsiadł do samochodu. Zdecydowanie musi odpocząć, jest po prostu przemęczony. Po doręczeniu przesyłki znajdzie jakiś motel w okolicy, wynajmie pokój i odpocznie.

Trafił pod dom Karoliny bez trudu, albowiem Dorota dokładnie mu drogę wyrysowała instruowana telefonicznie przez Teresę. Powstało dzieło sztuki niewiele mające wspólnego z rzeczywistością w sferze szczegółów, jako że artystka puściła wodze fantazji tworząc drzewostan niczym z kosmosu. Sama trasa przejazdu została jednak odwzorowana dokładnie. A dlatego pod dom Karoliny, że przyjaciółki doszły do wniosku, iż tym sposobem delikwent imieniem Miłosz zostanie doprowadzony do miejsca przeznaczenie w całości, bez błądzenia po polnych drogach. Rzeczony delikwent dotarł na miejsce, zatrzymał samochód, westchnął z ulgą na myśl o zbliżającym się odpoczynku i wysiadł rozglądając się z zaciekawieniem. Niewiele dane mu było zobaczyć, ponieważ otoczyły go ze wszystkich stron dziecięce figurki  powodujące gwar i hałas zagłuszany przez szczekanie psa.

– Czy pan kogoś szuka? – zapytała jedna figurka.

– Bo my jesteśmy Niewidzialna Ręka – dodała druga figurka.

– I mamy pomagać – uzupełniła trzecia.

– Może jesteście nie do końca Niewidzialną Ręką bo was widzę, ale Ryczącym Głosem jesteście na sto procent – odpowiedział siląc się na zachowanie powagi.

Jedna z figurek przybliżyła się do niego i wtedy spostrzegł, że jest jego wzrostu, chuda jak patyk ale wysoka prawie jak on sam. Ponieważ wszyscy stali pod słońce i nie był w stanie zobaczyć ich twarzy, widział w dalszym ciągu tylko postacie, jakby całkiem nierealne, takie cienie postaci. Rozbawiła go ta cała scena.

– Nieprawda – powiedziała oburzonym głosem najmniejsza figurka.

Roześmiał się choć próbował zachować powagę, co mu zdecydowanie nie wyszło mimo starań.

– Skąd wy jesteście ?– zapytał.

– Z Ursynowa – padła zbiorowa odpowiedź bez cienia zawahania.

– Aha, czyli dotarłem na miejsce – udał, że odetchnął z ulgą. – Dobrze, bo już myślałem, że będę musiał ruszyć w dalszą podróż szukając jednej dziewczynki.

– Jakiej dziewczynki? Jak ma na imię? A po co? Czego pan od niej chce? Może ją pan chce uprowadzić? To my nie pozwolimy! Zawołać mamę? – został zarzucony pytaniami.

– O tak, zawołać mamę, koniecznie. I to szybko.

– Mamusiu! Mamooo! Ciociuuu! – rozległo się wielogłosowe wołanie.

– Co takiego? Co się dzieje? – Aldona z Karoliną wyszły przed dom.

– Dzień dobry, jestem Miłosz Rzepecki, szukam pani Meli i jej wnuczki, mam przesyłkę od Sergiusza – wyjaśnił.

– Mamo, stój, a skąd wiadomo, że na pewno? – rzuciła pytanie Inka.

– Może ten pan chce porwać Monikę i ją wywieźć w umówione  miejsce? – wyraził wątpliwość Marek. – Oszustom nie można ufać.

– A czy ja wyglądam na oszusta? – spytał Miłosz nie będący w stanie powstrzymać uśmiechu.

– Nie. I właśnie dlatego powinien pan być podejrzany – oświadczyła Linka.

– A my Moniki nikomu nie oddamy – Marek powiedział te słowa groźnym, grubym głosem, żeby obcy nie miał żadnych wątpliwości.

– Jak mam wam udowodnić, że nie mam złych zamiarów? – spytał rozbawiony Miłosz.

– Może… na początek dowód osobisty? – zaproponowała Karolina.

– Oczywiście, bardzo proszę – sięgnął do kieszeni.

– Może być fałszywy – uprzedziła Inka.

– Na stadionie można wszystko kupić – dodał Maciek.

– I z prawie prawdziwym zdjęciem – uzupełnił Kuba.

– Nie doceniłem was – Miłosz zniżył głos. – Mam chyba do czynienia z brygadą antyterrorystyczną. Nie zdradzę was, słowo, tylko powiedzcie, gdzie mogę panią Melę znaleźć bo już zmęczony jestem. Muszę przekazać przesyłkę i znaleźć jakiś hotel na cztery dni. Nie znacie jakiegoś?

– Już wystarczy, dzieciaki, – włączyła się Aldona. – Dajcie panu odetchnąć.

– A jak udaje? – nie dawał za wygraną Marek.

– Myślę, że pani Mela sama to zweryfikuje. Jak znajomy to go pozna, a jak nie to zawołamy policję. Co wy na to?

– No dobrze, ale uważaj, mamy cię na oku – oświadczyły dzieciaki.

Postanowili całą gromadką uczestniczyć w akcie okazania obcego pani Meli. Tak  dla bezpieczeństwa, żeby być w pogotowiu. Monika szła z tyłu, jak najdalej od obcego, na wszelki wypadek trzymając mocno rękę Aldony.

– Nie bój się kochanie, – uspokajała dziewczynkę. – Wszystko będzie dobrze, uspokój się już.

Pani Mela zdziwiła się widząc tak liczny orszak.

– Coś się stało? – spytała zaniepokojona.

– Dzień dobry pani Melu  – ukłonił się Miłosz.

– Kto to? – przyjrzała się uważnie. – Miłosz? To naprawdę ty? Skąd się tu wziąłeś? Taka niespodzianka! Dziecko, jak ja ci się odwdzięczę za to, że mojego chłopaka uratowałeś…

– To znaczy, że on jest prawdziwy? – spytał nieco rozczarowany Marek.

– Że nie oszust? – upewniał się Kuba.

– Ani porywacz? – dodała Linka.

– Nie, nie, to przyjaciel twojego taty, Monisiu, jeszcze ze studiów.

– Uff, jak dobrze, że mnie pani rozpoznała – jęknął Miłosz. – Ta cała brygada antyterrorystyczna chciała mnie zaaresztować. I jak mógłbym przekazać paczkę i list od Sergiusza?

– Wiesz co, Miłoszku? Poczekaj chwilę, zagospodarujemy tych antyterrorystów  – pani Mela zniknęła w głębi domu i po chwili pojawiła się z miską pełną lodów. – Proszę. Rządźcie się tym po sprawiedliwości bo ja muszę porozmawiać z wujkiem Miłoszem.

– To on jest wujkiem? – zdziwiona spytała Monika.

– Skoro Kajtuś go adoptował na wujka – zaśmiała się Aldona, – to znaczy, że jest.

– Aha, Kajtek – zastanowił się Marek. – To znaczy, że jest. No to idziemy do ogrodu.

– Moniko, możesz zostać z nami przez chwilę? – zapytał Miłosz. – Mam dla ciebie wiadomości od taty.

– Chodź, skarbie, do nas – powiedziała pani Mela. – Za chwilę dołączysz do przyjaciół.

Dziewczynka usłyszała, że jest dla taty najważniejsza na całym świecie, że wróci do niej po wakacjach, żeby się nie martwiła, bo wszystko się dobrze ułoży. Dostała dużą paczkę z ciuszkami i ze słodyczami, którymi podzieliła się natychmiast z pozostałymi „antyterrorystami”. Pani Mela w tym czasie z wielką przyjemnością przyglądała się Miłoszowi, którego pamiętała jako chudego, niezgrabnego młodzieńca, a który po latach objawił się jej niespodziewanie jako niezmiernie przystojny wybawca jej syna z ogromnych problemów.

– Mam jeszcze cztery wolne dni i muszę odpocząć, pani Melu. Czy nie ma tu w pobliżu  jakiegoś motelu, w którym mógłbym wynająć pokój?

– Wiesz co, synku, niedługo Martyna wróci z pracy. To nasza gospodyni. Ma jeszcze jeden wolny pokój, mógłbyś się tu zatrzymać.

– Nie chciałbym przeszkadzać, wolałbym coś znaleźć…

Przerwał nagle, oczarowany widokiem małego aniołka w kolorowej sukieneczce, z buzią okoloną jasnymi loczkami, który pojawił się niespodziewanie i stanął nieruchomo, zaskoczony widokiem obcego człowieka. Za chwilę obok małego aniołka stanął większy anioł… Miłoszowi przemknęła myśl, że ze zmęczenia najwyraźniej ma przywidzenia… Duży anioł miał na sobie białą bluzkę i niebieskie dżinsy. Czy aniołom wolno chodzić w dżinsach? Szczególnie tak dopasowanych, uwydatniających wprost idealną figurę? Toż to chyba grzech… Duży anioł zbliżył się odrzucając jednym ruchem do tyłu lekko sfalowane, długie jasne włosy.

– Martynko, nie uwierzysz kto nas odwiedził – zawołała pani Mela.

– Tatusia przyjaciel – pospieszyła z wyjaśnieniem Monika.

Tatusia przyjaciel nie mógł oderwać oczu od uśmiechu i dołeczków w policzkach, już teraz czterech, bo mały aniołek, całkiem ośmielony, zbliżył się w podskokach i bez ceremonii chwycił go za rękę.

– Cześć wujek, jestem Mila.

– Kochanie, tak nie  można… – zaczęła starsza piękność.

– Można, można – wreszcie wyszedł ze stanu osłupienia. – Ostatnio mam niebywałe szczęście do dzieci, zostałem nawet adoptowany w charakterze wujka. Pozwolisz, Miłosz Rzepecki… – przytrzymał kobiecą dłoń

– Przez Kajtka – uśmiechnęła się pani Mela.

– Przez Kajtusia Doroty – przytaknął i zdał relację ze spotkania, podczas którego został przyjęty do rodziny jako nowy wujek.

– Jeśli Kajtuś cię zaakceptował, to nie masz wyjścia – roześmiała się starsza pani.

– Masz przechlapane – wtrąciła Monika. – Jakby to ci się nie podobało, nic nie zrobisz. Jak Kajtek zdecydował, tak będzie.

– Ależ mnie się to podoba, nawet bardzo.

– To ja też mogę ci mówić wujek, prawda? – upewniła się Mila.

– Oczywiście, będzie mi bardzo, bardzo miło – odpowiedział zwracając się w stronę Martyny, która chciała coś powiedzieć, ale po jego słowach zamilkła.

– Córeńko, masz wolny ten drugi pokój, prawda? – spytała pani Mela. – Nikt go jeszcze nie zarezerwował?

– Tak, jest wolny

– No to się możesz, chłopcze, wprowadzić na te cztery dni – oświadczyła spoglądając z zadowoleniem na wnuczkę. – Będziesz nam opowiadał o Sergiuszu.

Miłosz wcale już nie miał ochoty opuszczać tego konkretnego towarzystwa i szukać pokoju w motelu. Podobny pomysł wywietrzał mu z głowy natychmiast po ujrzeniu Martyny a na myśl o małej Mili uśmiechał się sam do siebie. Tak więc zainstalował się w drugim pokoju do wynajęcia i ogarnął go błogi spokój. Padł wczesnym wieczorem i jak kamień spał do samego rana.

Obudził się wypoczęty i radosny nie wiedząc z jakiego powodu. W każdym razie czuł się tak, jakby mu z ramion zdjęto ogromny ciężar, wyjątkowo niewygodny do niesienia. Nie wiedział czemu ten stan zawdzięcza ale było mu bardzo dobrze. Nie miałby nic przeciwko temu, by ów stan trwał jak najdłużej.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | Dodaj komentarz