„Widocznie tak miało być” – 67

– Cholera jasna – zaklęła Dorota potykając się na bazarku i wpadając wprost na Kasię.

– Nic ci się nie stało? Ja przed pracą, to znaczy przed budynkiem, o mało kostki nie skręciłam, nie zauważyłam dziury w asfalcie. Nie wiem skąd się wzięła, bo wcześniej jej tam nie było. Na szczęście tylko naciągnęłam ścięgno, ale bolało okropnie – podtrzymała Kasia sąsiadkę.

– Nie, chyba nie skręciłam, już mi lepiej.

– Zajrzyj do mnie, przyniosłam książki, które chciałaś.

– Oo, super – ucieszyła się Dorota. – Ogarnę tylko moje towarzystwo całe, pogonię do lekcji i przylecę do ciebie.

Po wykonaniu zamierzonych czynności zastukała do Kasi. Domofon nie działał, znowu coś się w nim popsuło i drzwi na klatkę były otwarte. Weszła więc bez dzwonienia zapowiadającego jej nadejście. Zastukała do Kasinych drzwi. Gdyby Ciapek nie dał znać swojej pani, że ciotka stoi pod drzwiami, stałaby tak jeszcze długo, ponieważ dzwonek przy drzwiach mieszkania również nie działał.

– O, jesteś – ucieszyła się pani domu. – Wchodź, chłopaków nie ma, poszli grać w piłkę, więc mamy chwilę świętego spokoju. Siadaj, przyniosę kawę.

– Niech ci bozia w tłustych dzieciach wynagrodzi – ucieszyła się Dorota. – Właśnie się zastanawiałam, co tak za mną chodzi, a to kawa przecież!

– Wyszło na to, że chodziła, chodziła aż cię wreszcie dopadła – zaśmiała się Kasia. – Popatrz na komódkę. Te wszystkie książki są dla ciebie, tyle ci znalazłam.

– Niech ci…

– O żadnych tłustych dzieciach więcej nie chcę słyszeć – przerwała Kasia.

– No dobrze, to niech ci bozia da zdrowie – zgodziła się Dorota. – A co ty robiłaś zanim przyszłam?

– A wiesz co, złapałam Orzeszkową i mnie wciągnęła. Bo jej język  to czysta uczta po wulgaryzmach dzisiejszych powieści i ludzkich odzywek. Jakiż piękny jest. Chciałoby się go słuchać i słuchać, i słuchać – rozmarzyła się Kasia zapatrzona w łyżeczkę, którą równomiernie, jednostajnie poruszała na boki.

– Hej, przestań, słyszysz? Przestań, bo się sama zahipnotyzujesz.

– Nie wyrywaj mnie z tak błogiego stanu – powiedziała Kasia żałosnym głosem. – Ogólnie to chandrę mam. Nie widać? Mickiewicz chciał, żeby książki trafiły pod strzechy. Były i co? Teraz ciągle słyszę, że biblioteka niepotrzebna. Już ileś razy ten durny pomysł wracał, żeby ją zlikwidować, rozumiesz? Zli-kwi-do-wać! Powinnam się przyzwyczaić, ale nie mogę i szlag mnie trafia. A dawniej, choć też ciągle robili reorganizacje i zmieniali nazwy biur, to bibliotekę każdy dyrektor chciał mieć u siebie, bo zawsze porządnie działała i można się nią było przed szefostwem wykazać, pochwalić…

– Nie myśl o tym, to są idioci niegodni wzmianki, ci co mają takie kretyńskie pomysły. W domu teraz jesteś. Oddziel pracę od życia.

– A w życiu! A w życiu… to mi będą rury wymieniać, wyobrażasz sobie, co tu się będzie działo?

– Wyobrażam sobie, nawet bardzo dokładnie, bo u nas już wymieniali. Nie zazdroszczę ci tego bałaganu. Ale było też i śmiesznie. Posłuchaj. Podczas wymiany zrobili dziurę między łazienką a kuchnią. Przygotowałam obiad, zawołałam chłopaków i usłyszałam jak zwykle: zaraz. Kilkakrotnie.

– Skąd ja to znam – westchnęła Kasia.

– Zamknęłam więc drzwi do kuchni zostawiając jedzenie na stole. Po chwili Kajtek krzyczy z pretensją: dlaczego znowu zamknęłaś kota w kuchni! Jakiego kota? Zdziwiłam się, bo sama widziałam jak wchodził do łazienki… O rety! Wrzasnęłam i wpadłam do kuchni, a tam kotuś oblizywał pyszczek, cały szczęśliwy, że wyżarł połowę klusek i gulasz z kurczaka.

– Słuchaj, a gdzie był Kajtek tyle czasu, dwa dni temu, kiedy go szukałaś?

– Powiedział, że poszedł, aby znaleźć złoto.

– Gdzie szukał? – parsknęła śmiechem Kasia.

– Na giełdzie. Wrócił jak zmarzł. Powiedziałam mu: pobiegaj to się rozgrzejesz. A mój synek mi na to: nie mogę, bo mi się szkielet kostny rozsypie.

– Cudne – śmiała się dalej Kasia. – Z twoim Kajtusiem mało kto się może równać.

– Chwilami się martwię jak on sobie poradzi w późniejszym życiu.

– Skąd takie myśli?

– Bo wiesz, on nie znosi podporządkowania, pracy w grupie, jest takim indywidualistą, że aż się o niego boję.

– Oho, to tak jak mój Kamil – westchnęła Kasia. – Kurczę, ile ja się muszę nakombinować, żeby mu coś wytłumaczyć, zanim on da się do czegoś przekonać. A najczęściej się nie da, tylko musi przyjąć do wiadomości, że on to coś wymyślił i on tego czegoś chce.

Na zewnątrz dały się słyszeć uderzenia kropli deszczu w szybę. Do domu wpadli chłopcy wraz z Olkiem Danusi, który stwierdził, że tu ma bliżej niż do siebie, to mniej zmoknie.

– No popatrz, Katarynko, Przyszłam do ciebie jak świeciło słońce, teraz deszcz zaczął padać, a ja nie zmokłam. Widzisz jakie mam szczęście?

– Głupi zawsze ma szczęście – zaśmiała się Kasia.

– Widzisz, ciocia, jak to dobrze być głupim? – zadał pytanie Łukasz z bezpiecznej odległości, poza zasięgiem rąk ciotczynych i matczynych.

Kamil stał w przedpokoju i kaszlał.

– O rany, co ci się stało? – zaniepokoiła się matka.

– Chyba połknąłem muchę, cały czas mnie drapie w gardle!

– Bo połykasz tę muchę, a ona próbuje się wydostać i gardłem wyłazi do góry. Nic dziwnego, że cię drapie…- wyjaśnił bratu Łukasz.

– Idź do kuchni, synku, napij się soku, dzbanek stoi na stole.

– No, napij się to ją utopisz, nie będzie ci łaziła po gardle – przytaknął Olek.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

23 marca 2022

Nie chce mi się. Dalej mi się nic nie chce. Wcale mi nie przeszło. Jest to wkurzające. Jednocześnie nie do przeskoczenia mimo prób. Może bardzo nie widać na zewnątrz. Ale jest. Żre, gryzie od środka. Strach i bezsilność. Nadzieja i zwątpienie. Jakby dotychczasowe życie zostało zakryte tiulem. Jakby mgła zatarła kontury świata. Jakby wszystko było nierealne, oniryczne. Z pragnieniem, by się z tego koszmarnego snu obudzić…

Wiosna przyszła jakby chciała trochę nas pocieszyć. „Zawsze niech będzie słońce, zawsze niech będzie niebo, zawsze niech będzie mama, zawsze niech będę ja…” Ktoś to pamięta? Wieki temu na festiwalu w Sopocie śpiewała Tamara Miansarowa, Rosjanka – dziś jak na ironię – te słowa powtarzają ukraińskie dzieci, do których Rosjanie strzelają… Właściwie powinno się mówić putinowcy, przecież nie wszyscy Rosjanie są mordercami. Tak jak nie wszyscy Ukraińcy zamordowali mojego dziadka.  Nasza historia, naszych dwóch narodów jest wspólna i trudna. Życie jest trudne. Życie wymaga wyborów, podejmowania decyzji.  Ja podejmuje decyzję kierowania się dobrem, człowieczeństwem, sprawiedliwością, tolerancją, empatią… właściwie nie teraz podejmuję, nie w tej chwili lecz zawsze te wartości były bliskie memu sercu, mojej duszy. Podejmuję decyzję myślenia o przyszłości. Decyzję pozostawienia przeszłości tam, gdzie jej miejsce, w historii. Niech tam zostanie. Niech więcej nie bruździ. Niech nie miesza się do życia tu i teraz. Jej czas minął.

Teraz jest wiosna.

Nawet w moim miniaturowym ogródeczku ją widać.

Jeść trzeba bez względu na nastrój. Piekłam drożdżowe, z tego Wera się ucieszyła, bo akurat to lubi. Przyznała się do tego lubienia w niedzielę, czym babci Ani sprawiła przyjemność. Calineczka dalej jeść nie lubi, nie ma na to czasu, przecież tyle innych ciekawych rzeczy jest na świecie. Na słowa babci: „przecież powiedziałaś, że zjesz”-  odpowiedziała: „cioś ty, babciu, psieśłysiało ci siem” 😀😀😀 Uwielbiam jej sposób mówienia, choć już coraz mniej zdrabnia, mówi bardziej „po dorosłemu”, ale na szczęście jeszcze jej się zdrabniać zdarza.

Robiłam kotlety w skład których weszła gotowana kasza gryczana, pokrojone drobno i usmażone pieczarki, ser żółty, cebulka, bułka tarta, mąka ziemniaczana, jajka.  Inne kotlety miały w składzie ugotowany ryż, utarte tofu, cebulkę, jajka, tartą bułkę. Proporcji nie ma żadnych, wszystko co jest w lodówce ląduje w misce, wrzucam co mi przyjdzie do głowy i daję dużo przypraw, ostatnio tymianek, cząber, estragon poza solą, pieprzem i czosnkiem. Wychodzą naprawdę smaczne i MS jest w stanie je konsumować 🙂 Dwa razy nie chciało mi się lepić kotletów, wrzuciłam w keksówkę i wyszedł pasztet, albo pieczeń – jeśli plastry na maśle klarowanym podsmażyłam do obiadu. Nauczyłam się robić smaczne te bezmięsne potrawy i mam z tego radość. Dziś na przykład usmażyłam kotlety z ziemniaków i marchewki gotowanej, które zostały z niedzielnego obiadu. Usmażyłam cebulkę, drugą pokroiłam i surową wrzuciłam, dałam jajka, mąki ziemniaczanej trochę i pszennej odrobinę, bułki tartej  tyle, żeby się dały ulepić i na obiad były idealne razem z pieczenią ryżową i kolorową surówką. Surówki już mi wszystkie wychodzą smaczne (uwaga- chwalę się 😁 ), MS nawet twierdzi, że są wspaniałe, co też mi radość sprawia 🙂

Pogoda piękna pozwala wreszcie iść do lasku z psiepsiołami, tam sobie luzem mogą pochodzić i nawąchać się do woli najróżniejszych zapachów, spotkać psich znajomych. Skitek się na starość towarzyski zrobił, przestał się bać i sam idzie w kierunku napotkanych piesków. Dla odmiany Szilka woli stać koło nas i wybiera kogo zaszczyci swoim zainteresowaniem, a kogo zignoruje.

… piękne słońce i moje pieski kochane …

… Szilka, Skitek i pełnia księżyca …

… śpiący Franuś …

Ponieważ wiosna dotarła, zmieniłam wianek w oknie kuchennym z zimowego na wiosenny i mam nową dekorację (zrobiony wianeczek własnoręcznie przez Magdę ).

… cudny, prawda? 🌺🌹🌷 …

Co więcej mogę powiedzieć skoro nic mądrego mi na myśl nie przychodzi? Przetrwajmy ten trudny czas. Uważajcie na siebie, wprawdzie covida nie ma w mediach, ale nie zniknął. Nie jest już tak jadowity jak na początku, lecz nie można znowu po raz kolejny  powtarzać, że „jego już nie ma”. Jest i doszły inne zarazy, oby do nas nie dotarły…

Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 26 komentarzy

15 marca 2022

Nawet zdjęć mi się nie chce robić. Przedtem pstrykałam co chwilę, a teraz się zmuszam, żeby coś uwiecznić, bo przecież trzeba… Cieplej się zrobiło, pierwsze sprzątanie w ogródku po zimie za nami, MS przyciął czubki iglaków, żeby lepiej rosły. Trzeba im nawozu podsypać, odżywić trochę, takie biedne się zrobiły. Szkoda by było, gdyby całkiem uschły, dają osłonę, ochronę przed spalinami i intymności nieco w maleńkim ogródeczku. Dzięki nim nie widać nas z uliczki. Na psich spacerach szukałam wiosny i znalazłam koło działek.

… krokusiki prawdziwe, Franek też prawdziwy wygrzewający się na słoneczku, za to bociek – sama się nabrałam w pierwszej chwili – tylko udaje prawdziwego na daszku działkowego domku 😀 …

Łąka obeschła na tyle, że dało się przejść do lasku. Dawno tam nie byliśmy. Zrobiłam znowu zdjęcia powalonych drzew, odsunięte od samej ścieżki leżą dalej, sosny mają jeszcze zielone korony choć już są ścięte… taka wola życia…

…zdjęcia z niedzieli 13 marca, psiepsioły szczęśliwe, że mogą pochodzić po lasku, tyle tam ciekawych zapachów …

Dobrze, że nasze psiaki jeszcze dają radę chodzić, choć chwilami zaczyna być problem. Ale często to jest zwyczajna zmowa! Stają nagle, spoglądają na siebie i zapierają się wszystkimi łapkami z jednoznacznym wyrazem mordek i ślepków – dalej nie idziemy 🐕🐕  – Takie to są mądrale kochane.

Matka Natura serwuje piękne widoki nie zważając na głupotę ludzką…

… szczególnie wczesnym rankiem wschód słońca zachwyca, zaś przez cały dzień zmieniający się układ chmur na niebie; rankiem wita nas mróz na łące …

Życie ludzkie jest tak niezwykle kruche i delikatne choć sam Człowiek potrafi być mocny, silny i niezłomny. Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 66

Sergiusz zadzwonił do matki z informacją, że niedługo przyjedzie i podał przybliżony termin. Oznajmił potem, że jeszcze na krótko będzie musiał kilkakrotnie polecieć do Szwajcarii, ale to dosłownie na chwilę. Pani Mela postanowiła powiedzieć Monisi o siostrzyczce, ale wiązało się to z niedopuszczeniem do jej kontaktu z ojcem. Przynajmniej tak długo jak się da, żeby nie uczyć dziecka kłamać – to raz. A dwa – żeby się dziewczynka nie wygadała, bo same kłopoty z tego by tylko były. Ponieważ czas powrotu syna nie był już zbyt odległy, pomyślała, że jakoś tego dopilnuje.

Monika najpierw nie uwierzyła w radosną wiadomość, nawet się chciała obrazić oskarżając wszystkich wokół o strojenie sobie z niej żartów. Jednak kiedy w końcu przekonała się, że sprawa jest poważna i nikt z nikogo nie żartuje, prawie oszalała z radości.

– Ciociu, naprawdę będzie moją prawdziwą siostrzyczką? Będę mogła do niej przychodzić? I wychodzić na spacery? I bawić się z nią? I uczyć różnych rzeczy? I…

– Oczywiście, że będziesz mogła. Myślę, że mi wszystkie trzy pomożecie przy malutkiej.

– To my już wszystkie będziemy siostrami, tak? Inka i Linka też, tak?

– Wychodzi na to, że skoro ty będziesz siostrą malutkiej i one będą siostrami malutkiej, to wszystkie razem  też możecie się uważać za siostry – tłumaczyła rozweselona Aldona.

– To może jeszcze mnie adoptujesz na siostrę – zaśmiała się Dorota, która była przez bratanicę zmuszana do ciągłych odwiedzin Mimi, Tiny i Stokrotek.

– Moją czy ich? Na ich siostrę jesteś trochę za stara…

– Stara nie stara, ale wykończona na pewno. Mogłoby się już to wszystko jakoś wreszcie poukładać, żebym trochę mogła odetchnąć. Dla Moniki cały świat się skończył, istniejesz tylko ty i jej trzy siostry. Koniec świata, ja już padam.

– Nie padaj, tylko usiądź jak człowiek zamiast kucać w przedpokoju. Szybciej przez to nie wyjdziesz.

– Ale ja nie mam siły się podnieść

– Wybacz, dźwigać cię nie będę, sama sobie musisz poradzić

– O, jaka małpa, nie mogłabyś się trochę nade mną poużalać?

– A niby czemu?

– A temu, że ja nie mam ani jednej dziewczynki, a ty już właściwie cztery.

– Jakby tak spojrzeć dokładniej, to Biedroneczkę mamy na spółkę i z malutką też tak będzie – roześmiała się Aldona. – A jeśli ci mało, postaraj się o własną.

– O nie, dziękuję ci bardzo za takie dobre rady. Wystarczy moich trzech łobuziaków.

– Jakbym Tereskę słyszała.

– Też jej proponowałaś powiększenie rodziny?

– Bo jęczała tak samo jak ty, ale nie wyraziła chęci pójścia w moje ślady.

Ponieważ czas płynął nieubłaganie jak to ma we zwyczaju, termin rozwiązania też się zbliżał. Przyjaciółki często wpadały do przyszłej mamy sprawdzić jak się czuje, przynosząc przy okazji różne drobiazgi składające się w sumie na bogatą wyprawkę dla maleństwa. Czasem wizyty się zazębiały i robiła się zbiórka, na którą wołane były pozostałe sąsiadki.

– Filip zgubił klucz od skrzynki – westchnęła Magda. – Całe szczęście, że klucz Steni pasuje, więc dało się otworzyć. A  tam… rachunki.

– Jak wygramy dużo pieniędzy to zrobimy kratę, taką jak u ciotki Doroty – podpowiedział Filip. – I nie damy klucza dozorczyni, to nam nie będzie przynosiła rachunków.

– O w mordę kopany, ale ma pomysł – z podziwem spojrzał Jędrek.

– Pomysły to ty masz, mój syneczku kochany – powiedziała Dorota. – Wiecie co wymyślił? Że przywiąże latarkę, wyrzuci przez okno i będzie mierzyć czas, żeby zbadać prędkość światła!

– Zawsze mówię, że dzieciaki są genialne – szepnęła Teresa.

– Czemu szepczesz? – zdziwiła się Aldona.

– Żeby nie słyszały, bo im się w głowach przewróci.

– Mamo, mól! – rozległ się krzyk Linki. – Mól leci, schowa się w szafie i pogryzie nowe bluzki!

– To go łapcie. Mało was w tym pokoju? Jednego mola nie możecie upolować?

– Ale to jest mól o zwiększonej odporności – krzyknął Bartuś. – Tłukę i tłukę, a on dalej lata zamiast się rozpłaszczyć.

– Dobra, wyleciał przez okno – uspokoił Maciek towarzystwo. – Siadajcie, bo nie będziecie grać dalej.

– W związku z molem przypomniał mi się ślimak – zaczęła Dorota.

– Ten Ślimak  z „Placówki”? – zainteresowała się Teresa.

– Nie, taki co pełza

– Aha. Ale co ty masz do takiego ślimaka? – zdumiała się Magda.

– Jędrek miał do szkoły narysować ślimaka i opisać. Wiecie, że ślimak ma nogę i płaszcz? Wcale nie pamiętam o płaszczu.

– Ciotka, bo za twoich czasów środowisko nie było takie zanieczyszczone i nie musiał się zasłaniać płaszczem – krzyknął Kuba z pokoiku.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Maciej Balcar – Dżem – „Partyzant”

Dla zajęcia myśli czymś innym zanurkowałam w muzykę. Przypadkiem, bo szukałam na YT jak pomóc mojej bolącej ręce. Są filmiki, na których chiński Mistrz Mu Yunczin pokazuje dokładnie punkty akupresurowe i sposób wykonania masażu przy konkretnej dolegliwości. I muszę powiedzieć, że nie mogłam prawej ręki podnieść do góry, a teraz mogę 👍

Przy okazji trafiłam na Macieja Balcara, wokalistę Dżemu i normalnie mnie zauroczył. Moje młodsze dziecko, będące w młodości wielkim fanem zespołu, oświeciło mnie, że Maciek gra z Dżemem od bardzo dawna. Ja go odkryłam dwa dni temu i jestem zachwycona nie tylko nim (Polinko, ma długie włosy 😉 ), ale i tekstami piosenek poza wykonaniem oczywiście. Szczególnie jedna jest jakby napisana tu i teraz, odnośnie aktualnych wydarzeń. To jest coś niesłychanego, co złapało za serce, utkwiło w myślach i wciąż „chodzi po głowie”.  Do tego stopnia, że czuję potrzebę podzielenia się z Wami i próbuję  zamieścić tutaj.

https://www.youtube.com/watch?v=UgVJptvs2F4  

Chyba się udało. Dla mnie utwór jest  z gatunku „wywołujących ciary”, poruszający, antywojenny, kiedyś nazywało się ten rodzaj – protest song. MS przychyla się całkowicie do mojej opinii, a on się na muzyce zna. Ja odbieram stronę emocjonalną, wymowę utworu. Taką muzykę też kocham.

Jeśli wysłuchacie to powiedzcie, czy też macie odczucia podobne do moich?

Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 40 komentarzy

2 marca 2022 💙💛

Uprzedzam na wstępie, że ja się nie znam (zaczynam od tego zdania, żeby nie było wątpliwości). Mogę jedynie notować luźne skojarzenia, które napływają mi do głowy podczas słuchania/oglądania informacji o aktualnej sytuacji na Ukrainie.  Przyszło mi na myśl, że w historii to my (Polska) byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa, zaporą dla bolszewików itd., zawsze na krańcu albo początku „czegoś”. Dzięki wstąpieniu do Unii należymy do wspólnoty i nie jesteśmy sami (wbrew usiłowaniom pewnych kręgów). Rolę, którą dotąd my pełniliśmy przejmuje Ukraina. Kiedy wreszcie koszmar wojenny się skończy będziemy rozważać  co po nim i podczas nastąpiło.

Z całą pewnością jesteśmy świadkami  narodzin prawdziwego narodu ukraińskiego. Znawcy mówią, że to dzieje się od 2014 roku, pewnie mają rację, ale ja (i zapewne większość z nas) dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Teraz, gdy walczą z taką ogromną, tak przeważającą siłą wroga, który mienił się być „przyjacielem, bratem”. Oczywiście nie dotyczy to całego społeczeństwa rosyjskiego, które w dużej mierze sprzeciwia się wojnie i rządom Putina, protestuje mimo represji,  co wymaga nie lada odwagi mając przed sobą perspektywę więzienia i łagru. Jak w łagrze wygląda pobyt wiemy dobrze z historii. Szwagierka mojej siostry, Zosia, została wywieziona z matką na Sybir jako młoda dziewczyna, co opisała w książce (Zofia Tarkocińska „Ociosani”). W końcu naród się wkurzy do imentu i dokona kolejnej rewolucji… Tylko czemu wcześniej szaleniec skazuje na śmierć,  morduje tysiące już ludzi?

Inna myśl, to odrobienie, zrównanie karmy między naszymi narodami. Ktoś się może popukać w czoło czytając te słowa, ale nic nie poradzę na myśli przemykające z prędkością błyskawicy…

Cała ta potworna sytuacja dla nas (dla Polski jako całości) mimo całego tragizmu niesie dobre przesłanie. Chyba nawet największe głąby widzą, że bez Europy, bez Unii nie byłoby już nas. Nie my przyjmowalibyśmy uciekających przed wojną ludzi tylko wielu z nas wiałoby gdzie pieprz rośnie w myśl starego powiedzenia: ” Co robić, gdy wieje wiatr ze wschodu? Wiać razem z nim!”  Teraz tylko dzięki obecności w Unii i NATO możemy się czuć w miarę bezpiecznie.

Czymś niesamowitym jest zjednoczenie Unii ponad wszelkimi podziałami w niesieniu pomocy  napadniętej Ukrainie, w odseparowaniu szaleńca Putina od reszty Europy. I nie tylko, wszak Stany, Kanada, Australia i pomniejsze państwa też się opowiedziały po stronie „jasnej Mocy”. I jeszcze Japonia – teraz usłyszałam. Protesty przed ambasadami Rosji na całym świecie, zrywanie stosunków, sankcje gospodarcze, odseparowanie w każdej dziedzinie nawet  w sporcie – to jest coś niebywałego. Ludzie już to dostrzegają, normalni mieszkańcy Rosji i właściwie to w ich rękach teraz jest przyszłość, bo do szaleńca nic nie dotrze, on poświęci absolutnie wszystko i wszystkich dla spełnienia swoich chorych urojeń. I oby jak najszybciej się stało, że albo ktoś z najbliższego otoczenia zbrodniarza weźmie sprawy w swoje ręce (mają długą tradycję takiego załatwiania spraw), albo zrobi to zbiorowość – też już tradycyjnie. I oby nie czekała do października!

Przeraziła mnie informacja, że domorośli złoczyńcy spod znaku „krużganka” zbierają się w Przemyślu i biją uchodźców!  Jak są tacy odważni, niech jadą na Ukrainę  do legionu cudzoziemskiego i tam pokażą swą odwagę. Są takim zgrzytem zła, jak „zgrzyt żelaza po szkle” i szkoda, że psują wspaniały obraz prawdziwego polskiego społeczeństwa. Ale cóż, tacy właśnie podczas wojny mordowali sąsiadów i na nich donosili…

Na tym skończę. Musiałam z siebie wylać trochę tego, co się kłębi…  Ku pokrzepieniu tekst, który wydał mi się adekwatny i piękny

https://celestynagemmafortunata.wordpress.com/2022/02/27/inspiracja-duchowej-swiadomosci-chaos-jest-procesem-stwarzania-nowej-drogi-%e2%9e%a1%ef%b8%8f%e2%9e%a1%ef%b8%8f%e2%9e%a1%ef%b8%8f/

Trzymajcie się zdrowo i dzielnie!

💙💛💙💛💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

27 lutego 2022

Wczoraj, 26 lutego minęły dwa lata od podjętej przeze mnie decyzji w kwestii jedzenia, a raczej niejedzenia, mięsa. Całkowitej rezygnacji.  Od wielu, wielu lat (Mały był w liceum) nie jadłam ssaków, od dwóch lat także drobiu. Żadnego. I bardzo mi z tym dobrze.

Dziś, czyli 27 lutego jest też rocznica – piąta rocznica rozpoczęcia mojej przygody blogowej. I z tym też mi bardzo dobrze. To był jeden z najlepszych zrealizowanych pomysłów w moim życiu. Jestem szczęśliwa, że poznałam Was, cudowne, wspaniałe osoby, z którymi czuję – wprawdzie w świecie wirtualnym – lecz prawdziwą wspólnotę, czuję ciepło, dobre myśli, empatię… i to jest takie podtrzymujące na duchu w tych trudnych czasach wszelkich zaraz. Bo przecież jedna zaraza się nie skończyła, a już druga rozpełza się po świecie. Nawet babcia D., która za młodu studiowała w Kijowie, stanęła przed telewizorem i zaczęła wygrażać ruskim. Absurdalność sytuacji polegała na tym, że telewizora nie włączamy            (wypisaliśmy się z polsatu, a nowego operatora jeszcze nie wybraliśmy na 100%), wydarzenia na Ukrainie oglądamy w telefonie z netu, a babcia przed telewizorem wyganiała najeźdźców słowami „wynocha z mojego pięknego Kijowa”. MS ma praktycznie wszystkie noce nieprzespane, odsypia rano, kiedy ja wstanę. Skitek na starość też spać nie daje, chce wychodzić kilka razy w nocy i trzeba go słuchać, bo inaczej jest sprzątanie podłogi.  Bardzo się ostatnio „posunął” bidulek kochany. Ciężko mu się podnieść, pocieszam go, że ja mam tak samo i też mnie wszystkie gnaty bolą. Nie wiem czy się z tego cieszy 😉 i czy mu to pomaga, ale tak musi być i już.

Jestem przygnębiona, przerażona, zdołowana a jednocześnie dumna z tej części rodaków, którzy niosą pomoc nie patrząc czy potrzebujący są z Syrii, Afganistanu czy Ukrainy. To aktualni  rządziciele dzielą ludzi na sorty i podgatunki. Ukraińcy w 1944 zamordowali mojego dziadka. To nie znaczy, że wszystkich Ukraińców mam uważać za morderców. Moi rodacy w części też niechlubnie się zapisali na kartach historii wydając na śmierć swoich sąsiadów, czy wręcz mordując, by przejąć ich mienie. W każdym narodzie są jednostki pozytywne i negatywne, nie ma ideałów. Okoliczności potrafią wyzwalać w ludziach zachowania, o które sami by się nie podejrzewali, łącznie ze skrajną podłością i niezmierzonym bohaterstwem. I to wreszcie trzeba sobie uzmysłowić. My jako ogół powinniśmy ten fakt przyjąć do wiadomości. Nie ma ideałów. Nigdy nie będzie. Jednak pogodzenie się z prawdą o przeszłości pozwoli ją zostawić wreszcie w spokoju i pójść dalej. Nareszcie ruszyć do przodu, zwrócić się ku przyszłości. Przestać się grzebać w tym co było, zmieniać fakty i  interpretację w zależności od aktualnych potrzeb rządzicieli. Przeszłość już była, minęła, nie można jej zmienić (by wykorzystywać do manipulownia „ciemnym ludem”). Jeszcze raz: było, minęło. Ważne, co jest TU i TERAZ – bo to generuje przyszłość.

„Warto być przyzwoitym” – może korzyści nie widać od razu, wręcz się wydaje to nieopłacalne, lecz jest to inwestycja w przyszłość, lepszą, przyzwoitszą. Zresztą, co ja tu będę mówić, każdy sam we własnym wnętrzu/duszy musi decydować co się dla niego liczy.

Tym razem bez zdjęć, jakoś mi się nie chce ich robić, ani szukać i wstawiać.  Trzymajcie się zdrowo.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 32 komentarze

🖤🖤🖤

🖤🖤🖤

Nad ranem zmienił się świat dla wszystkich. Dla wielu się skończył i przekroczyli granicę cieni… Odżyło przerażenie w pamiętających, tych, którzy sami przeżyli II wojnę i także w tych z następnego pokolenia. Znów przesuwają mi się przed oczami obrazy powstałe podczas opowiadań rodziców, którzy przeżyli tzw. ucieczkę we wrześniu 1939 roku, a potem w szeregach AK walczyli z okupantem…  A u nas jak zawsze – nasza wewnętrzna wojenka ważniejsza…  Kochani, nie wiem co będzie dalej, nikt nie wie.  Boję się o dzieci, o wnuczki, o przyszłość nas wszystkich… Już byliśmy zostawieni sami, teraz jesteśmy skłóceni z całym światem i nikt za nas ginąć nie będzie…

🖤🖤🖤

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 14 komentarzy

Szczawnickie wspominki 15 (zimowych c.d.)

Jeśli już się dokopałam do zimowych szczawnickich fotek to wykorzystam i pokażę Wam jeszcze trochę. Niektóre są sprzed piętnastu lat, albo nawet starsze.  Mam jeszcze z pierwszego pobytu, tego najważniejszego, podczas którego zakochałam się w miasteczku od pierwszego oddechu po opuszczeniu autokaru, ale muszę znaleźć wolną chwilę, żeby zrobić zdjęciom zdjęcia  ponieważ są w albumie. To były czasy robienia zdjęć aparatem, wywoływania filmów, zamawiania odbitek, więc rzeczywiście dawno temu.

… za Osiedlem, po drodze w stronę Czardy – teraz już takiego widoku nie ma, zasłaniają krzewy, które na zdjęciu są małe, a z czasem  zmieniły się w gęste zarośla …

… nad Grajcarkiem, w górze z lewej widać siodełko starej kolejki linowej, było dwuosobowe, w nowych mieszczą się 4 osoby …

… w Osiedlu Połoniny baba gada z dzieckiem przez telefon, a parasolka kupiona w Rabce do tej pory jeszcze żyje 🙂 …

… w drodze do Czardy – baba na Metaxę, chłop na grzane piwo 🙂 …

… w tle za murkiem płynie Grajcarek, otwarta brama wiedzie do Dworku Szalaya

… sam Dworek

… między drzewami wieża szczawnickiego kościółka …

… z tyłu Jakubówka (ta od placków ziemniaczanych), po prawej Pokusa zbudowana na miejscu dwóch zielonych rozpadających się budynków, które widzieliśmy podczas pierwszego pobytu …

… też Pokusa

…  plac Dietla, jeszcze było tu Muzeum przeniesione teraz do Szlachtowej …

... Zdrojowa była czynna i serwowano w niej świetne drinki, które mieliśmy zamiar próbować po kolei, żeby „światowy smak” w pełni poznać, ale nie zdążyliśmy, spadkobiercy hrabiego Stadnickiego Zdrojową zamknęli, a Helenki nie lubię …

… pl. Dietla …

… pl. Dietla, wejście do pijalni …

… w łączniku między budynkami jest teraz kawiarnia Helenka

… schodki po prawej stronie Szwajcarki Górnej prowadzą do Parku Górnego, z tyłu widać kaplicę Szalaya …

… tu baba i kamienna Panna Fontanna, teraz jest inna, ale baba wolała tę ze zdjęcia …

… wejście do pijalni i Helenka, latem są wystawione kawiarniane stoliki tu gdzie baba stoi…

… sam imć pan Józef Szalay w zimowej szacie …

Inhalatorium – co widać …

… znów nad Grajcarkiem …

… czysty śnieg, biały, piękny świat …

… baba się zachwyca …

… bo jak się nie zachwycać …

… kiedy o każdej porze dnia i nocy jest się czym zachwycać …

… i humor się poprawia …

… i ludzie się lepsi robią …

… gdy wokół tak ładnie …

… i świątecznie …

… i czas już wracać do domu, ciemno się zrobiło …

… a rankiem taki widok z okna babę i chłopa budzi …

… i taki …

… i taki …

… i taki …

… i jeszcze taki …

… i jak tu nie kochać Szczawnicy? …

Musi być coś/ktoś w Perle Pienin co rzuca czar na wybranych turystów. Bo przecież nie na wszystkich. Może to święta Kinga? Może niewidzialne Duchy Pienin? Może inne figlarne duszki kwiatów, krzewów, drzew? Sama Matka Natura nas wybrała? Nie, to nie zarozumialstwo z mojej strony, w żadnym wypadku.  Odczułam miłość w pierwszej chwili po wyjściu z autokaru gdy pierwszy raz przyjechaliśmy do miasteczka, o czym wspomniałam już nie jeden raz. Jakbym wróciła do domu i za każdym razem tak się czuję jadąc tam. Zresztą traktujemy z MS Szczawnicę jak drugi dom. Widocznie ona (Szczawnica) o tym wiedziała, dlatego nas tak gościnnie przyjęła i wskoczyła w nasze serca na zawsze 🙂 🍀🍀🍀

💗💗💗 Wczoraj były Walentynki. Nie zdążyłam się odezwać, więc dziś życzę wszystkim miłości, radości i szczęścia przez cały rok każdego dnia, a nie tylko 14 lutego 💕💕💕

Na widoku mamy od 2017 roku wierszyk walentynkowy napisany przez Werę, choć ona się teraz wypiera 😀😀😀

… uwielbiam moje wnuczki 💗💗💗…

Jeszcze od Calineczki na Dzień Babci i Dziadka przedszkolne dziełka pozostały do zaprezentowania 😀😀😀

… koszyczek dla babci, krawat dla dziadka 🙂🙂🙂 …

… kwiatki dla obojga …

Mamy jeszcze robione przez Werę w przedszkolu korale z makaronu dla mnie i podobiznę dziadka dla MS. Każda z mam i babć ma pewnie takie schowane skarby 🙂💗

Dobrego, spokojnego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 41 komentarzy

Szczawnickie wspominki 14 (zimowe)

Zima jaka jest każdy widzi. A jaka bywała dawniej? Nie ma znaczenia, że nie lubię teraz być na zewnątrz kiedy zimno, śnieg, mróz. Na zdjęciach mogę do woli się zachwycać urokiem Pani Zimy 😀 Szczególnie w Szczawnicy oczywiście 😀 Pomyślałam, że sięgnę do starszych fotografii póki czas.  Duży przegrał mi wszystko co miałam na „pendrajwach” na Lapka. Ale ja nie myślałam, że to się zapisze gdzieś tam, gdzie mi zapcha jakiś schowek i nic więcej się nie zmieści. Tym sposobem pożarło mi tekst, który spory już był, a się nie zapisał w komputerze tylko gdzieś tam powinien, gdzie już zapchane i doopa blada. Wściekłam się okrutnie. Na szczęście już mi przeszło i poczekam na Dużego, żeby zrobił hokus pokus, opróżnił jakiś ten schowek i zostawił mi wszystko w Lapku. W schowku ewentualnie mogą zostać zdjęcia. Ileż takie niby nic potrafi człowiekowi zjeść nerwów i czasu, buuu 😢😢😢

Zabiorę Was na zimową wyprawę do schroniska pod Bereśnikiem. Dawno temu już miała miejsce, ale to nie ma znaczenie przecież. Jest ślicznie. Idzie się od placu Dietla zgodnie z oznakowaniem, wygodnym podejściem, mijając krzyż na Bryjarce po prawej stronie błyszczący w słońcu (jeśli akurat świeci). Nocą jest widoczny z daleka, oświetlony wśród ciemności. Spod krzyża jest piękny widok, ale lepiej iść latem, albo o innej porze roku, bez śniegu. Jak znajdę zdjęcia to pokażę. Potem idzie się dalej i po wyjściu na wolną przestrzeń można sycić oczy cudnymi widokami.  Nawet zimą, choć takie niekolorowe, swój niezaprzeczalny urok mają.

… po drodze mijamy urokliwą chatkę/altankę …

… uwielbiam takie drewniane ogrodzenia z żerdzi …

… jest na co popatrzeć…

… jest co ogladać…

… ej, góry moje piękneście wy …

… lezie, lezie baba, kijem się podpiro…

… az sie łoparła na chłopie swoim …

… ile tu cudności …

… jus widać schronisko …

… a we środku ciepluśko …

… złazić mozno drugom stronom…

… i zaś dziwować sie …

… tu jus niedaleko chałupy, moze baba dolizie …

… docłapie się baba jakoś albo zjedzie w dół na cterech literach …

Hi hi, jak się podobała wycieczka? Baba się doczłapała i wcale się tak nie zmęczyła, w końcu młodsza i lżejsza była 😀😀😀

Jeszcze możecie sobie zerknąć na zimową Szczawnicę  tu:    https://annapisze.art/?p=2352   i tu:     https://annapisze.art/?p=2339     i tu:   https://annapisze.art/?p=2340 

Bez względu na to co się dzieje na świecie góry są piękne i stoją twardo, mocno trzymają się  ziemi 🙂  Tak i Wy trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 34 komentarze