„Pod czerwonym muchomorkiem”

Pod czerwonym muchomorkiem

usiadł krasnal z dużym workiem,

otarł z czoła pot płynący,

był zmęczony oraz śpiący.

Zerknął w górę na słoneczko,

podrapał się pod czapeczką,

szeroko ziewnął, potem kichnął,

spił kroplę wody z liścia, prychnął,

wreszcie położył się na trawie

i zamknął oczka. Wnet ciekawie

zwierzątka przyglądać mu się zaczęły

i cichuteńko się przysunęły.

Najbardziej worek je intrygował:

ciekawe, co też tam krasnal schował?

Ślimak przypełznął, ruszał różkami,

myszka zaś strzygła dwoma uszkami,

jeż nosek marszczył przezabawnie

myśląc: spadnie czy też nie spadnie

ta wesolutka ruda wiewiórka

oraz jej równie ruda córka,

co biegły w górę, w dół po sośnie

śmiejąc się głośno i radośnie.

Sroka złodziejka z łupem leciała,

na widok wiewiórek tak zaskrzeczała,

że z dzioba jej wypadł skradziony pierścionek,

uderzył wiewiórkę w rudy ogonek,

po brązowym pniu sosny się stoczył,

nad muchomorkiem przeskoczył,

puknął krasnala w czółko,

zrobił jeszcze jedno kółko,

potoczył się po trawie,

znieruchomiał na murawie.

Krasnal usiadł rozbudzony,

rozejrzał się we wsze strony,

rozwiązał długi sznurek u worka,

wyciągnął worek spod muchomorka

– a worek ciężki był i duży

z dalekiej przywieziony podróży.

Jejku, co tam w środku było!

Zwierzakom nawet się nie śniło!

Mnóstwo lizaków kolorowych,

pysznych cukierków czekoladowych,

zabawek moc najprzeróżniejszych,

piłek też dużo większych i mniejszych,

słomek do picia kilkusmakowych

napojów mlecznych i owocowych.

Ogółem – skarbów było bez liku,

nie zmieściłyby się w koszyku

żadnym, nawet z hipermarketu

gdyby dwa wzięto do kompletu,

bo worek bez dna był, zaczarowany,

który krasnalek dostał od mamy,

by wszystkie zwierzątka na polanie

zostały hojnie obdarowane.

27.03.2017

  • Gość: [Rick] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl Fajne,wydaj książkę dla dzieci.
  • annazadroza Dzięki:) To nie takie proste, mnóstwo ludzi pisze takie „dyrdymałki”, trzeba mieć chyba duuużo szczęścia, żeby to zrobić.
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka, Wymyślanki | Dodaj komentarz

„Kot Miluś”

Kot Miluś rankiem siedząc na płocie
wielką ochotę miał na łakocie.
Myślał: czy nie ma tu gdzieś cukierka?
Przekrzywił łepek, na okno zerka.
Może Zuzanka coś zostawiła
nim się wieczorem do snu ułożyła?
Może jej mama sernik upiekła,
na okno dała, z dala od ciepła?
Miluś to kotek jest wyjątkowy,
nie tylko lubi mleko od krowy,
ale cukierki, ciastka, ciasteczka
i czekoladę dodać do mleczka.
Mama Zuzanki oknem wyjrzała,
kotka na płocie z dala ujrzała,
wnet na parapet wstawiła miseczkę,
do której czegoś wsypała troszeczkę.
Kot jednym susem z płotu zeskoczył,
miauknął i zaraz na parapet wskoczył.
Mrucząc z radości zanurzył wąsy
– w myślach zaś miał już wesołe pląsy –
w pysznym jedzeniu w sam raz dla kota,
po którym do psotek rośnie ochota.
Najadł się wreszcie Miluś do syta
i o Zuzankę mamę zapytał.
Dziewczynka spała jeszcze w łóżeczku,
więc Miluś oblizał wąsiki po mleczku,
wskoczył do Zuzanki, na jej poduszeczkę.
Pomyślał sobie: zdrzemnę się troszeczkę
i będę mojej Zuzanki pilnował,

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka, Wymyślanki | Dodaj komentarz

„Stonoga”

Wracając do dzieci – uwielbiam takie w wieku przedszkolnym. Są najsłodsze, najwięcej radości sprawiają swoimi pomysłami, powiedzonkami, reakcją na różne sytuacje i napotkane osoby. A jakich trafnych, dowodzących niebywałej spostrzegawczości określeń potrafią użyć 🙂

Lubiłam wymyślać wierszyki dla dzieci i cieszyć się obserwowaniem ich twarzyczek. Niektóre z tych wymyślanek – ku uciesze i rozrywce – umieszczę tutaj.

Wybrała się stonoga

do baru na hot-doga.

Usiadła przy stoliku

w pobliżu dwóch chomików.

      – Dzień dobry wam, panowie,

        który z was mi odpowie

        czy dobre są hot-dogi?

        Ja tutaj prosto z drogi.

        Nie bardzo się orientuję,

        choć miłe zapachy czuję –

         jakie panują zwyczaje,

         jak się zamawia, dostaje…

Chomiki na nią spojrzały,

noskami poruszały,

łapką wskazały kelnera

co biały fartuch ubiera.

Po chwili był przy stoliku,

dał kartę, a tam bez liku

potraw, napojów różnych

ku radości podróżnych.

W lekturze się pogrążyła

lecz wybrać nie zdążyła.

      Chomik ketchupem chlupnął,

      stół oblał, jeszcze tupnął!

     Skoczyła na wszystkie nogi,

     zaczepiła stołu rogi,

     rety, rety co to było!

Całe szkło się w pył rozbiło,

ketchup pływa po podłodze,

plamy są na każdej nodze,

a że nóg tych przecież sto,

to plam tyle, że ho, ho!

     – Nie, to mi się nie podoba,

       nie chcę wcale już hot-doga!

       Gdzie do mego domu droga? –

        wykrzyknęła zła stonoga.

Zniechęcona wyszła z baru…

Mijając przechodniów paru

wnet do domu podążyła,

tam przed światem się ukryła.

A we środę rzekła w sklepie:

Wiecie, w domu jest najlepiej.

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka, Wymyślanki | Dodaj komentarz

„Życie to raj, do którego klucze są w naszych rękach” Fiodor Dostojewski

Minął kolejny weekend, jak zwykle szybko. No i pracowicie. Część kochanej mojej rodzinki mnie odwiedziła z czym wiąże się przygotowanie odpowiedniej ilości jedzenia, bowiem w planie był obiad.

   Najpierw wcześnie rano upiekłam chleb. Jeśli o chleb chodzi wypróbowałam różne przepisy, także babciny (piekła wspaniały), jednak wymagały za dużo wysiłku. Teraz tylko i wyłącznie piekę jeden rodzaj, znaleziony w internecie, ale nie mam pojęcia gdzie i u kogo go znalazłam. Wtedy nie myślałam o blogu, do głowy mi nawet nie przyszło, że będzie to sfera, która i moją przyjemnością się stanie, więc nie zwracałam uwagi na inne. Teraz już wiem na pewno, ze spisałabym namiary, żeby polecić innym to, co sama wypróbowałam z sukcesem. Od czasu odkrycia owego przepisu faktem jest, że w sklepie chleb kupuję rzadko, jedynie w awaryjnych sytuacjach, bo mi po prostu nie smakuje, Mężowi też.

   W czasie, kiedy chlebek siedział w piekarniku i zmieniał kolor na złocisty, pokroiłam filety z kurczaka, część na gulasz, część na kotleciki, przyprawiłam i włożyłam do lodówki. Ugotowałam marchewkę (bez groszku, bo moja Wnusia K. wybrałaby każdą zieloną kulkę), pokroiłam ogórki na mizerię, udusiłam i usmażyłam kurczaka. Aha, wcześniej jeszcze przygotowałam zupę, która jest idealnym sposobem na obiad błyskawiczny. Mianowicie: maślanka, słoik dżemu i blender 🙂 Tym razem użyłam powideł śliwkowych. Do tego świeże grzanki na masełku i gotowe, pycha. Następnie zabrałam się za babeczki, żeby je włożyć do piekarnika zaraz po wyjęciu chleba.  To zaś w ramach oszczędności energii, by nie tracić jej niepotrzebnie na ponowne rozgrzewanie piekarnika. Babeczki zdrowe, z dodatkiem płatków i otrąb owsianych namoczonych w mleku, oleju z pestek winogron, rodzynek, suszonej żurawiny, śliwek i moreli, oraz wiórków kokosowych i jabłka. Sprawdzają się jako drugie śniadanie do szkoły dla dzieci.

   Dzieci, no właśnie. Jakby to było gdyby obowiązkowo, tak z automatu, choć raz w tygodniu wszystkim dorosłym zmieniał się punkt widzenia i odbioru świata na taki, jaki cechuje dzieci? Tylko one są otwarte, szczere, bezkompromisowe, prawdomówne, postępują tak jak trzeba i tak jak się powinno. Bez żadnych uprzedzeń i zahamowań, bo jeszcze ich nie nabrały. Jeszcze wierzą w to, co mówią dorośli i nie zwracają na razie uwagi na rozdźwięk między mówieniem a postępowaniem, między słowami a czynami. W miarę dorastania zaczynają to zauważać, najpierw się przeciw takiemu stanowi rzeczy buntują a potem… albo buntować się przestają przyjmując i uznając go za normę, albo buntują się dalej dążąc do ideału.

   Co by się stało, gdyby choć raz w tygodniu przyszło na dorosłych zastanowienie i opamiętanie? Gdyby sobie nagle uświadomili, że może być inaczej a nienawiść opanowująca umysł, podświadomość, ciało, mieszkanie, otoczenie i zdająca się tryumfować – nie jest nikomu do niczego potrzebna? Że można jej powiedzieć: idź sobie, nie ma tu dla ciebie miejsca.

   Cóż, pomarzyć dobra rzecz…

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Cholera” :):)

Dziękuję za komentarze. To szalenie miłe: włączyć komputer i przekonać się, że ktoś mnie odwiedził i na dodatek było mu przyjemnie podczas wizyty, nie nudził się i dotrwał do końca:)

Więc dla rozrywki, z przymrużeniem oka : cholera 🙂

Wyszła cholera z komputera.

Potknęła się, zęby zbiera.

Nie ma już co zaciskać ze złości.

Co najwyżej zbieleją jej kości,

bo zaciśnie swoje chude ręce

gdy zbierać zęby będzie naprędce.

Warczy, rozgląda się wokoło.

Oj, nie jest jej zbyt wesoło.

W komputerze wyczytała o cholerze,

że mnóstwo ludzi w zaświaty bierze.

Ona też by chciała. Więc stoi

i straszy. Nikt się jej nie boi!

Ani ten, co przy klawiaturze,

ani ten, co siedzi na murze,

ani dziewczyna na spacerze,

ani staruszek, co leki bierze.

„Pewnie dlatego, że wybiłam zęby

i nie mam czym straszyć z mojej gęby”.

Wreszcie myszka od klawiatury

podskoczyła wysoko do góry

i śmiejąc się z cholery

powtórzyła razy cztery:

ty, cholero, wbij sobie do głowy,

że jesteś wirusem, lecz komputerowym!

16.04.2017

  • Gość: [Kim Records] *.dynamic.chello.pl Bardzo fajny Wierszyk/opowiadanie.
    Dużo śmiechu, Ekstra!!!
  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Wesoło też może być. Super
  • annazadroza Kim Records. Dzięki:) Śmiech to zdrowie:)
  • annazadroza L.G. Cieszę się, że wesoło i super:):):)
Zaszufladkowano do kategorii wierszydełka, Wymyślanki | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 11 – koniec

Lipiec minął jak z bicza strzelił, nie wiadomo kiedy. Dzieci uprosiły rodziców, żeby dziewczynki mogły zostać jeszcze chociaż przez dwa tygodnie. Pogoda dopisywała więc wchodziły w rachubę wszelkie wakacyjne przyjemności jak choćby wyprawy do lasu na jagody, z którymi ciocia robiła pyszne pierogi, palenie ogniska i pieczenie ziemniaków na tak zwanym ugorku praprababci, zjeżdżanie wózkiem z dyszlem po polnej drodze z górki nazywanej  Styrkiem, opalanie się na Skałkach albo nad rzeczką czy pływanie w stawie. Były też dalsze wyprawy na przykład do Alwerni, gdzie mieści się Muzeum Pożarnictwa założone przez pana Gęsikowskiego, przyjaciela jednego prapra-wujka, który był zawodowym strażakiem i został szefem wszystkich strażaków w Polsce, albo do Czernej, gdzie w przepięknej okolicy znajduje się zabytkowy klasztor. W tej miejscowości inny prapra-wujek był kierownikiem szkoły. To było niesamowite: gdziekolwiek by nie pojechały, to pojawiała się w historii jakaś spokrewniona z nimi osoba. W samym Tenczynku zwiedziły stary kościół, w nim – jak się dowiedziały – kiedyś ławy i ambony zrobił prapra-wujek, który był cieślą. Zobaczyły też zabytkową, drewnianą dzwonnicę. Ze wzruszeniem odwiedziły groby przodków na miejscowym cmentarzu. Czytały napisy na tablicach, imiona, nazwiska, daty urodzin i śmierci i jakoś im się to wszystko posplatało w jedną całość. Poczuły się częścią tego co je otaczało, jakby znalazły miejsce, w którym chciały być, jakby wróciły do domu po długiej podróży… Warszawa, szkoła, tamto życie stało się odległe, inne, nieistotne…

Mamusiu, ja bym chciała tu mieszkać na zawsze – powiedziała Julka przytulając się do matki.

Pani Bogna przyjeżdżała teraz na każdy weekend. W pociągu miała czas na przestawienie się na „tryb weekendowy”, na różne przemyślenia i refleksje, i wysiadała w Krakowie jako zupełnie inna kobieta: uśmiechnięta, zrelaksowana, uwolniona od myśli o stosunkach w firmie, wyglądająca bardziej na starszą siostrę Zuzi niż na jej mamę.

Służy ci, siostro, pobyt na łonie rodziny – powiedziała z wyraźnym zadowoleniem pani Halinka.

A żebyś wiedziała, że służy. I to bardzo. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze się czułam. Poza tym my, my obie, mamy wreszcie okazję pobyć trochę razem i nagadać się za wszystkie czasy.

Masz rację. Kontakt z żywą siostrą to jednak zupełnie co innego niż ze słuchawką telefoniczną – uśmiechnęła się pani Halinka.

A wiesz co Julka mi dziś powiedziała? – pani Bogna siedząc na ławeczce przed domem z rozkoszą wdychała woń floksów z rabatki.

Myślę, że mi zaraz powiesz – pani Halinka usadowiła się na schodkach, objęła kolana ramionami i oparła na kolanach brodę. – No więc?

Że chciałaby tu zostać na zawsze.

Nie dziwię się – spojrzała poważnie na siostrę. – Na cmentarzu przeżyły bardzo ważną dla siebie chwilę. Chwilę zatrzymania i ciszy. Odnalazły swoją tożsamość, swoich przodków, swoje korzenie. Wplotły się w to sny Julki. Może dziwne, może – ktoś powie – niedorzeczne. Pozwalające jednak spojrzeć z nowej dla nich perspektywy na sprawy ostateczne, na przeszłość, teraźniejszość…

Spójrz na nich – szepnęła pani Bogna.

Julka z chłopcami uprawiali akrobacje na trzepaku. Przed bramką stała nierozłączna od pewnego czasu czwórka: Zuźka, Bartek, Szilka i Kasztan.

Oni są po prostu szczęśliwi. Właściwie ja też, tylko Bronka mi brakuje do pełni szczęścia…

Siostro, no to może coś z tym trzeba zrobić? Nie mówię o Bronku, na niego musisz jeszcze trochę poczekać. Ale… wczoraj rozmawiałam z moim drogim szwagrem i… niedaleko stąd jest do sprzedania zupełnie przyzwoita parcela budowlana. Tam, w stronę Skałek…

No co ty?! Nie…

A właśnie, że tak!

Przecież to niemożliwe. Wiesz, że jesteśmy zadłużeni. Braliśmy na mieszkanie kredyt hipoteczny we frankach i teraz mamy do spłacenia dwa razy tyle ile wzięliśmy. Dlatego Bronek musiał wyjechać, nie starczało nam na raty.

Bogna! I co z tego? Teraz sprzedacie mieszkanie w Warszawie i spokojnie wystarczy na działkę…

Ale kredyt…

O matko! – pani Halinka uderzyła dłonią w czoło. – Ja ci przecież nic nie powiedziałam!

Czego? Mówże jaśniej!

Słuchaj, Emil wszystko wyjaśnił w kwestii kwitów, no, tych papierów znalezionych przez dzieciaki w szufladzie. Okazuje się, że nasza mama odziedziczyła piękną sumkę i dzieli ją miedzy nas po połowie. Spłacisz kredyt.

Niemożliwe!

Możliwe. Nawet pewne. Mama obiecała, że razem z tatą dotrą tu w połowie przyszłego tygodnia. Jak przyjedziesz na następny weekend to zobaczysz co się będzie działo.

Babcia Marianna przyjechała zgodnie z obietnicą, oczywiście przyjechała z nieodłącznym dziadkiem Wojtkiem uwielbianym przez całą czwórkę wnucząt. Mieli pojechać na wycieczkę do Hiszpanii ale wobec zaistniałej sytuacji związanej z odkryciem rodzinnych niespodzianek – zmienili plany.

I stało się jak w bajce albo, według określenia dzieci, jak na filmie w kinie familijnym. Wujek Emil miał rację. Papiery wartościowe rzeczywiście miały wartość, dużą wartość, na tyle dużą, że wystarczyło na spłacenie kredytu i zakup parceli. Po sprzedaniu zaś mieszkania w Warszawie na rozpoczęcie budowy domu w Tenczynku. Takim to sposobem historia zatoczyła koło i rodzina powróciła do miejsca z którego się wywodziła, do swoich korzeni.

koniec

13.03.2017

  • Gość: [Rick] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl Bardzo przyjemnie się czytało.
  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Przeczytałam z zainteresowniem, śledząc znajome mi miejsca. Czekam na ciąg dalszy, może będzie legendarna ciotka? 🙂 2
  • annazadroza L.G. Zawsze przyjemniej się czyta jeśli spotykamy znajome miejsca. Zapraszam do dalszej lektury. Tam też pojawią się znajome miejsca, mam na myśli „Po co wróciłaś Agato”, w „Mariannie” fragment też. Pozdrawiam.
  • annazadroza Rick. Dzięki:) Zapraszam do dalszych odwiedzin i życzę miłego relaksu podczas lektury. Pozdrawiam.
Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki, Powieści | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 10

Pewnego pięknego, ciepłego wieczoru dzieci stwierdziły, że nie chce im się jeszcze spać. Jest zbyt pięknie, zbyt radośnie i zbyt pachnąco, żeby odciąć się od świata i podążyć w stronę krainy snów. Co innego zimą, gdy za oknem wyje wiatr, trzaskający mróz trzyma na baczność zamarznięte trawy i sypie śnieg. Wtedy przyjemnie jest z ciepłego łóżka oglądać telewizję. Teraz telewizor – przynajmniej u cioci Halinki – miał wakacje i odpoczywał.

Może pójdziemy na gąsienice? – zaproponował Krzyś.

Jak to? Na robaki mamy iść? I niby co z nimi robić? Brr… – wstrząsnął Julką dreszcz obrzydzenia .

Durna jakaś? – zdziwił się chłopiec. – Jakie robaki? Przecież to pociągi, które się obserwuje ze Skałek!

Chłopie, one nie wiedzą, że jak jadą w ciemności, te pociągi, całe oświetlone to wyglądają jak gąsienice – wtrącił Zbyszek.

No właśnie, skąd mogłybyśmy wiedzieć jak nie widziałyśmy – wzruszyła ramionami Julka. – Ale zobaczyć możemy – i zwróciła się do Zuzi. – Siostra! Hej, Zuźka! Idziemy? Słyszysz? Hop hop, tu ziemia! Mówi się! Ogłuchłaś?

Rozmawiam przez telefon. Nie widzisz? – zniecierpliwiła się starsza siostra.

To się spytaj Bartka czy z nami pójdzie – Julka błysnęła kobiecą intuicją i znajomością psychologii.

Skąd wiesz, że z nim rozmawiam? – zdziwiła się Zuzia.

Przecież widzę – odpowiedziała roześmiana od ucha do ucha młodsza z sióstr.

Ciocia i wujek zgodzili się na wieczorną wyprawę młodzieży na Skałki pod warunkiem, że młodsze dzieci pod opieką Zuzi i Bartka pójdą prosto Siejkową Drogą i nigdzie nie zboczą. I najdalej do kapliczki, ani kroku dalej.

Zuźka szła z Szilką przy nodze. Julka, Krzysiu i Zbysiu ścigali się kto pierwszy dobiegnie do Zamkowej Drogi. Tam już stali Bartek i Kasztan. Chłopcy doczekali się wreszcie konnej przejażdżki. Bartek pomógł im wdrapać się na koński grzbiet i prowadził Kasztana trzymając za uzdę. Gdyby nie zrobiło się ciemno, cały świat mógłby zobaczyć braci wyprostowanych, sztywnych jakby połknęli kije, którzy rozglądając się na boki wprost pękali z dumy. Zmrok jednak już zapadł i tylko jakaś zabłąkana ćma zobaczyła ich miny przelatując obok Krzysiowego nosa.

Julka szła trzymając w ręce latarkę, wyłączoną na razie, bo księżyc wysunął się zza chmury i świecił tak mocno, że chwilowo nie była potrzebna. Szilka poszczekiwała radośnie, wybiegała przed Kasztana, podskakiwała wesoło, podbiegała do wszystkich po kolei trącając nosem jakby liczyła uczestników wycieczki i sprawdzała czy wszystko w porządku.

Jest! Jest! Widzicie? Gąsienica! – krzyknęli chłopcy z wysokości Kasztanowego grzbietu.

Rozświetlone wewnętrznymi światłami wagony łączyły się w jedną, wijącą się po torach, całość.

Jak ładnie – zdumiała się Julka. – Kto by pomyślał, że to zwykły pociąg. Wygląda jak czarodziejski, błyszczący wąż, który z bajki na spacer wyjechał…

I pojechał. Faktycznie ładnie wyglądał w ciemnościach – przyznała Zuzia.

Zobaczcie co tam jest? – zawołał Krzyś. – Kawałek wagonu się urwał i został?

Gdzie? – natychmiast zainteresował się Zbyszek. – Acha, coś się świeci i mruga dziwnie.

Pozostała trójka wytężyła wzrok wpatrując się w miejsce wskazywane przez chłopców. Bartek sięgnął po lornetkę. Zuzia pomyślała z uznaniem, że jest przygotowany na każdą sytuację.

Wziąłem ją, bo chciałam wam pokazać jak pięknie wygląda nocą nasza okolica – powiedział do sióstr jakby usłyszał myśli Zuzi. Przyłożył szkła do oczu, nakierował, powiększył, patrzył przez moment.

I co, i co widzisz? – dopytywała się Julka.

Tam się pali – krzyknął. – Płomienie szybko rozprzestrzeniają się wzdłuż torów. O rany, przecież to obok domku babci Rozalii!

Twojej babci? – zdziwili się chłopcy.

Nie, to staruszka i wszyscy tak do niej mówią. Zuźka, masz telefon? Dzwoń na 112. Chłopaki z konia. Julka, ty pilnuj dzieci. Ja jadę na miejsce, muszę zdążyć obudzić babcię Rozalię zanim płomienie dotrą do domku.

Jednym susem znalazł się na grzbiecie Kasztana i już ich nie było. Zuzia najpierw zadzwoniła na alarmowy numer 112 a zaraz potem do cioci Halinki. Wkrótce odezwała się syrena w remizie tenczyńskiej OSP a w chwilę potem rozległ się sygnał samochodu pożarniczego wyruszającego na akcję.

To samochód bojowy, jedzie nim przynajmniej czterech naszych wujków a reszta to znajomi – z dumą oznajmił Krzyś.

Julka niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i raz po raz spoglądała na siostrę rozmawiającą przez telefon.

I co, będziemy tu stać jak durni? Mam tego dość, idę tam!

Czekaj, nie gorączkuj się tak – wyłączyła telefon starsza siostra. – Uwaga, przejmuję dowodzenie. Macie słuchać i wykonywać. Bez dyskusji. Zrozumiano?

Tak jest – odruchowo odpowiedziała cała trójka a Szila potakująco szczeknęła.

Chłopcy trzymają smycz. Obaj. Żeby żaden nie puścił, bo łby pourywam. Jasne?

Mruknęli coś pod nosem niezrozumiale.

Jasne? – powtórzyła ostrym tonem Zuźka.

Jasne – tym razem odpowiedzieli wyraźniej.

Julka, włącz latarkę, księżyc chowa się za chmury. Pójdziemy na skróty, miedzami w stronę rzeki – zakomenderowała Zuzia.

Ok. Tylko nie szalejcie, żeby któryś nogi nie skręcił – zwróciła się do braci, którzy zrobili kilka głupich min skierowanych w jej stronę.

Ruszyli na tyle szybko na ile pozwoliły ciemności i skąpa strużka światła rzucanego przez latarkę. Z daleka wyglądało jakby promyczek słońca zapomniał drogi do domu i plątał się po polach w oczekiwaniu na nadejście świtu by móc dołączyć do reszty słonecznych promieni.

Zziajani, lecz z podniecenia nie czujący zmęczenia, dotarli na miejsce, gdy ogień został już ugaszony, babcia Rozalia siedziała bezpieczna przed domkiem, do którego nie dotarły płomienie powstrzymane przez strażaków. Nadpaliła się tylko mała drewniana komórka stojąca w kącie podwórza, blisko torów. Staruszka trzymała w objęciach kremowo-kakaową kotkę i dwa takież kocięta.

Jakie śliczne – rzuciła się do nich Julka. Jednym rzutem oka stwierdziła, że sytuacja została opanowana i całą uwagę skupiła na kociej rodzinie.

On je uratował – babcia Rozalia wskazała na Bartka. – Najpierw mnie obudził i wyprowadził z domu. Wtedy Kicia wyskoczyła z okropnym krzykiem spod komórki, ażem się przelękła. To był rozpaczliwy krzyk matki i prośba o ratowanie dzieci. Od razu wiedziałam, bo się rozglądnęłam i malutkich nigdzie nie było. A wieczorem bawiły się przy komórce. Bartuś – tu pogładziła chłopaka po ręce – bez namysłu pobiegł i wydostał kocięta. Kicia nie poradziła ich wynieść, bo drewno się obsunęło w dół i nie mogła się do nich dostać. Ocalił je chociaż ogień huczał i iskry wkoło latały.

Wszystkie dzieci spojrzały na Bartka. Julka i chłopcy z podziwem, Zuźka z jeszcze większym…w końcu była z nich największa. Bartek aż się zaczerwienił od nadmiaru pochwał a kiedy sobie to uświadomił, zaczerwienił się jeszcze bardziej. Na szczęście przypomniał sobie, że jest noc a z wysiłku i gorąca wszyscy mają czerwone twarze, strażacy też. Żeby odzyskać spokój poszedł po Kasztana uwiązanego do drzewa w bezpiecznym miejscu w ogrodzie.

Upewniwszy się, że na pewno niebezpieczeństwo zostało zażegnane, źródło ognia zneutralizowane a babci Rozalii i kotom nic nie grozi, strażacy odjechali. Bartek podał Zuzi rękę, żeby jej pomóc wskoczyć na grzbiet Kasztana, chłopcy wrócili do domu z wujkiem Andrzejem a Julka z wujkiem Emilem, którzy dotarli na miejsce zdarzenia równocześnie z wozem pożarniczym.

Nadmiar wrażeń nikogo nie zachęcał do udania się na spoczynek. Cała rodzina zebrała się w ogródku przy stole na którym ciocia Hela postawiła sernik przyniesiony z domu a ciocia Halinka ciasto drożdżowe z wiśniami. I jeszcze dzbanek z kompotem oraz czajniczek z herbatą.

Dobrze, że jutro sobota, nie trzeba rankiem zrywać się do pracy – powiedział wujek Emil.

Ciężko byłoby po takich nocnych przejściach. No, ale przede wszystkim muszę pogratulować chłopakom. Jako przyszli strażacy spisali się znakomicie – pochwalił wujek Andrzej.

A dziewczyny to co? – ujęła się pod boki ciocia Halinka.

No pewnie, pewnie. Ja tylko w tym sensie, że jako tubylcy zasilą w przyszłości szeregi naszej OSP – tłumaczył się wujek Andrzej.

OSP to znaczy Ochotnicza Straż Pożarna – popisał się Krzyś znajomością tematu.

Przecież wiemy – obruszyła się Julka. – Co ty myślisz, że myśmy z Marsa przyleciały?

Z Marsa nie, bo na Marsie mieszkają faceci – Zbyszek przyszedł bratu w sukurs.

Faceci może tak ale nie małe dzieciaki – odparowała Julka patrząc wyniośle na obu chłopców.

Tymczasem dorośli omawiali całe zajście.

Skoro stało się to zaraz po przejeździe pociągu, jestem przekonana, że jakiś idiota wyrzucił papierosa przez okno – stwierdziła ciocia Halinka.

A niby jest całkowity zakaz palenia w pociągach – wtrąciła Zuzia.

Zakaz zakazem a durnych ludzi pozbawionych rozumu i wyobraźni nie brakuje – pokiwała głową ciocia Hela.

Fakt. Wystarczy spojrzeć co się dzieje na drogach. Dziewięciu kierowców jedzie normalnie a dziesiąty myśli, że jest na torze wyścigowym i zabija niewinnych ludzi – ciągnęła ciocia Halinka głosem pełnym emocji.

Nie myśli, bo mózgu mu brakuje. Albo alkoholem przeżarty, albo narkotykami otumaniony albo innymi świństwami, których jest pełno – włączył się do rozmowy wujek Andrzej.

Taki głupek to na zwierzaki w ogóle nie zwraca uwagi, stąd na drogach pełno rozjechanych psów i kotów, albo i lisów – dodała Julka.

Albo jeżów. Ja zawsze będę jeździł ostrożnie i nigdy nie najecham zwierzaka. – oświadczył poważnie Krzyś.

Nie mówi się „najecham” tylko „najadę” – poprawił Zbyszek.

I jeży – dodała Julka.

Który Jerzy? – zainteresował się wujek Emil podchodząc do stołu.

Z kolcami – parsknęła śmiechem Zuzia.

Ja też, jak zrobię prawo jazdy – ciągnął Zbyszek.

Co też? Też bredzisz? – zaśmiewały się siostry.

Też będę jeździł ostrożnie.

Bardzo pięknie, ale jeszcze trochę musicie poczekać – uśmiechnął się tata do synków.– Największym bohaterem dzisiejszego wieczoru, czy raczej nocy, jest Bartek.

Niezaprzeczalnie – chórem przytaknęli wszyscy dorośli.

Gdyby nie znalazł się tak szybko przy domku babci Rozalii, mogłaby się we śnie żywcem spalić. Drewniany domek z pewnością zająłby się od komórki i błyskawicznie spłonął – powiedział wujek Andrzej.

Babcia to babcia – włączyła się Julka. – Ale koty! Bartek uratował Kicię i jej dzieci! Babcia Rozalia mogłaby uciec a Kicia nie dałaby rady maluszków wynieść na wolność i ogień by je spalił!

Nazajutrz wszyscy pozwolili sobie na dłuższe spanie. Należało się przecież po tak niezwykle spędzonej nocy. W obu sąsiadujących ze sobą domach panowała cisza choć słońce dawno wędrowało po niebie. Nawet bliźniaczki cioci Heli wykazały zrozumienie dla wyjątkowej sytuacji i cichutko bawiły się w swoim pokoiku. Słońce obserwowało dwa domy, w których o tej porze zawsze panował ruch, zdziwione absolutną ciszą je otaczającą. No nie, nie absolutną, ponieważ na ganku pomalutku otworzyły się drzwi, przez które wysunęła się czarna suczka a za nią dziewczynka o uśmiechniętej buzi okolonej burzą loków. Rozejrzała się, cichutko zamknęła za sobą drzwi, skinęła na suczkę. Wyszły za bramkę i powędrowały tam, gdzie jeszcze w powietrzu unosiła się woń spalenizny, czyli do domku babci Rozalii. Staruszka nie spała. Oglądała swoje gospodarstwo nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Tak niewiele brakowało, żeby wszystko poszło z dymem. Na ławeczce siedziała Kicia i myła sobie pyszczek a oba kociątka naśladowały mamę.

A cóż to za ranny ptaszek do mnie przyfrunął? – spytała uśmiechając się do Julki tak serdecznie, że uśmiechały się i oczy, i cała pokryta siateczką zmarszczek sympatyczna twarz.

Obudziłam się wcześnie i postanowiłam zobaczyć jak się pani czuje i czy kociakom nic się nie stało.

Mów mi: babciu Rozalio, tak jak wszyscy, dobrze? To miło, że zatroszczyłaś się o starą kobietę. Jak widzisz, wszystko jest w porządku. Kocięta śliczne, zadowolone, nawet sobie nie zdawały sprawy z niebezpieczeństwa a Kicia pewnie już zapomniała.

Ja myślę, że od wczoraj będzie już zawsze wrażliwa na dym – poważnie powiedziała Julka. – Czytałam o takich przypadkach. Dym będzie jej się kojarzył z zagrożeniem.

Jaka ty mądra jesteś – z podziwem powiedziała babcia Rozalia. – Teraz to dzieci mądrzejsze od starych. Może napijesz się kwaśnego mleka? Chłodne, świeżutkie, od krowy a nie ze sklepu. Chcesz? To przyniosę z piwniczki.

Chętnie, dziękuję. A mogę pobawić się z kotkami?

Możesz, pewnie, że możesz. Ciekawe, że one nie boją się twojego psa a on ich nie goni.

To jest suczka. Ma na imię Szila. Ona kocha wszystkie koty i konie, i nie ma w sobie ani odrobiny agresji. Jest bardzo dobra i kochana – odpowiedziała Julka gładząc czarny łebek Szilki. – Nie jest moja tylko cioci Halinki.

Babcia Rozalia podreptała do piwniczki za domem. Przyniosła glinianą babkę z kwaśnym mlekiem. Łyżką nałożyła gęste, nie roztrzepane mleko do dużego kubka. Julka spróbowała.

Mniam, jakie dobre! W życiu takiego pysznego nie piłam. Zsiadłe mleko z kartoników ma zupełnie inny smak i konsystencję – stwierdziła dziewczynka oblizując mleczne „wąsy”.

Bo moje jest prawdziwe, bez jakichś tam sztuczności. Możesz dać kapkę psu do spróbowania, zobaczymy czy też zje ze smakiem. Masz tu miskę od kotów.

Szilunia skrzętnie wylizała miseczkę do czysta. Potem dokładnie oblizała sobie mordkę. Kicia zeskoczyła z ławki i podeszła do suczki. Obwąchały sobie pyszczki. Za przykładem matki poszły oba kociaki. Po chwili leżały na trawie obok siebie dwie kotki, jeden kotek i jedna suczka.

Jak ty masz na imię, bom sobie zapomniała – babcia Rozalia rozłożyła ręce w geście bezradności.

Julia.

Julcia. Ładnie. A nie chciałabyś kotka? Albo obu? One rosną, zaraz i tak trzeba będzie je komuś oddać, a chciałabym, żeby poszły w dobre ręce.

Ja bym bardzo chciała. Kocham koty. Tylko, że ja tu nie mieszkam. Przyjechałyśmy z siostrą na wakacje do cioci Halinki i wujka Emila. Ale może ciocia się zgodzi? Albo wujek? – nagły błysk w oczach rozjaśnił buzię dziewczynki.

Babcia Rozalia odpowiedziała uśmiechem na ten błysk i Julka miała wrażenie, że babci spojrzenie nabrało szelmowskiego wyrazu jaki pojawia się wtedy, gdy ktoś chce spłatać figla.

Gdybym zabrała kotki ze sobą i ukryła na strychu, to miałabym czas, żeby urobić ciocię i wujka a potem mamę, kiedy przyjedzie. I jeszcze tatę. Jak będę się z nim dziś wieczorem widziała na skypie, poproszę go, żeby przekonał mamę. Jakoś to zorganizuję. W razie czego jest jeszcze ciocia Hela i wujek Andrzej. On jest weterynarzem, więc na pewno pomoże – Julka już miała kilka pomysłów na pozytywne załatwienie sprawy.

Łebska z ciebie dziewczynka – pochwaliła babcia Rozalia. – Ale nie trop się na zapas, w razie czego przyniesiesz je do mnie na powrót.

Naprawdę mogę je zabrać ze sobą? – Julka prawie unosiła się nad ziemią z radości.

Naprawdę. Pożyczę ci kocią klatkę. Udźwigniesz? A cóżeś tak posmutniała?

Bo pomyślałam, że Kicia będzie nieszczęśliwa…

Tym sobie główki nie zaprzątaj. Tak już jest, że odchowane kotki idą do nowych domów. Najbiedniejsze są takie co domów nie mają.

Julka nie zastanawiała się więcej. Kociaki bez oporów powędrowały do klatki. Kicia nie protestowała, jakby wiedziała, że będą kochane i szczęśliwe. Szilka machnęła ogonem, liznęła Kicię, powiedziała jej po swojemu coś, co kotka przyjęła z zadowoleniem, przeciągnęła się na całą swoją długość, miauknęła, usiadła i zaczęła czyścić sobie futerko.

Drogę do domu Julka pokonała w rekordowym tempie, z wrażenia nie czując ciężaru niesionego „bagażu”. Odczuła ulgę, bo nic się nie zmieniło. Było dokładnie tak, jak w chwili kiedy opuszczała dom, który – w dalszym ciągu pogrążony w ciszy – najwyraźniej spał. To znaczy wszyscy mieszkańcy spali. Julka przemknęła się po schodkach na strych i umieściła kocią klatkę w rogu, zasłoniła kartonami i workami czekającymi na rozpakowanie. Kociaki słodko spały przytulone do siebie. Dziewczynka po cichutku weszła do pokoiku i przekonała się, że siostra śpi w najlepsze. Zabrała swoje oszczędności i pobiegła do sklepu, znajdującego się w centrum wsi, kupić karmę dla kociąt.

W czasie gdy Julka dokonywała zakupu, w domu rozległ się dziki wrzask z tymczasowego pokoju chłopców. Rodzice, obudzeni nagle i niespodziewanie, błyskawicznie opuścili sypialnię i znaleźli się na górze. Tam Krzysiu stał na łóżku i krzyczał wniebogłosy.

Co się stało? – rodzice odetchnęli z ulgą zobaczywszy dzieci całe i zdrowe.

Co się dzieje? – obok wujostwa zjawiła się zaspana Zuźka.

No właśnie, czego się drzesz? – siedzący na swoim łóżku Zbyszek z wyraźną niechęcią patrzył na brata.

Pudełko, pudełko – zająknął się Krzysiu.

Co pudełko? – ziewnął Zbyszek.

Pudełko samo tu przyszło! Chodziło między łóżkami i poszło za komodę – wykrztusił naprawdę przestraszony malec.

O matko, myślałam, że coś się stało – ziewnęła Zuzia. – Za dużo emocji, braciszku, miałeś wczoraj i oto rezultat.

Głupia jesteś! Pudełko chodziło i jeszcze świeciło, tak migało! Naprawdę! – Krzyś nie mógł się pogodzić z lekceważącym stosunkiem siostry.

Świeciło? Migało? A białe myszki też były? – znacząco popukała się palcem w czoło. – Śniło ci się i tyle.

A gdzie Julka? Nie obudził jej ten wrzask? – rozejrzał się wujek.

Nie ma jej w pokoju, Szilki też – odpowiedziała Zuzia. – Pewnie śpią na ławce przed domem, one tak lubią.

Zza „ściany” oddzielającej „pokój” chłopców od reszty strychu dał się słyszeć jakiś odgłos, jakby szmer, jakieś szuranie… Wszyscy obecni zamarli w bezruchu. Pod „ścianą” coś się przesunęło i znieruchomiało. Było to kartonowe pudełko z przyczepioną bransoletką, która pod wpływem ruchu emitowała kolorowe świetlne sygnały.

O! Idzie! Znowu idzie a nikt mi nie wierzył! – wołał Krzyś.

Moja bransoletka! Kupiłam ją w Biedronce, żebym widziała gdzie się Julka szwenda po zmroku i gdzieś mi wsiąkła. Dobrze, że się znalazła – ucieszyła się Zuzia.

Pudełko się przesunęło pod wpływem przeciągu, syneczku – ciocia Halinka podeszła do obiektu zainteresowania. – Okna są otwarte na przestrzał i dlatego…

Schyliła się, żeby podnieść karton z podłogi ale… uciekł jej spod ręki. Nie dała za wygraną. Goniła na czworakach uciekające pudełko i za każdym razem, kiedy już, już była blisko celu pudełko chowało się albo pod łóżko, albo pod komodę wychodząc z drugiej strony. Wszyscy pozostali z zapartym tchem obserwowali rozgrywającą się scenę. Nagle, cofając się, zahaczyła o pudełka po butach zastępujące stolikowi nogę. Pozbawiony oparcia stolik runął na podłogę a wraz z nim niezliczone ilości chłopięcych skarbów na nim się znajdujących. Najwięcej hałasu sprawił blaszany pojemnik wypełniony metalowymi samochodzikami. Tego było za dużo dla chodząco–świecącego pudełka, które wrzasnęło, podskoczyło do góry…

W międzyczasie Julka załatwiła sprawunki i wróciła z Szilką do domu. Usłyszawszy rumor na pięterku szybko pokonała schodki i wpadła do „sypialni” chłopców. Jednym rzutem oka ogarnęła całą sytuację. Roztrącając stojące osoby rzuciła się na wrzeszcząco-miauczące pudełko łapiąc w powietrzu przerażonego kotka.

Co wy mu zrobiliście!? – krzyknęła na osłupiałą rodzinę. – Sadyści! Tak przestraszyć maleństwo!

Przytuliła kociątko, uspokajała je i szukała wzrokiem drugiego malucha. Nie zważając na przedłużające się osłupienie rodziny powędrowała do kąta, w którym zostawiła kocią klatkę. Pomyślała, że pewnie przypadkiem odsunęła zasuwkę i kociak wydostał się na zewnątrz. Odetchnęła z ulgą widząc w środku kremowo– kakaowa kuleczkę. Buzię dziewczynki rozjaśnił uśmiech, bo uświadomiła sobie, że właśnie nadała koteczce imię Kuleczka. Kocurka zaś, który już się uspokoił, nazwała Kartonikiem.

Rodzina otrząsnęła się z osłupienia. Pierwszą reakcją był szalony wybuch radości. Cała rodzina popłakała się ze śmiechu i jeszcze długo nikt nie był w stanie się odezwać, bo natychmiast wybuchała kolejna salwa śmiechu i kolejna, i kolejna… Najdłużej opierał się wesołości nadąsany Krzyś ale wreszcie i on parsknął śmiechem. No i czy w takiej rodzinie mogło nie być miejsca dla kociąt? Oczywiście, że miejsce znalazło się i w domu i w sercach wszystkich obecnych a Julka był szczęśliwa, że nie musi „urabiać” cioci i wujka, żeby zgodzili się przygarnąć kotki. Kartonik sam się o to postarał w sposób całkowicie niepowtarzalny.

 cdn

 

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki, Powieści | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 9

Chłopcy zabawili chwilę w kuchni po czym udali się w kierunku domku na drzewie. Opuszczając dom każdy trzymał w jednej ręce duży kawałek placka, w drugiej papierową torbę z drożdżowymi rogalikami. Zbyszek, jako starszy i teoretycznie silniejszy, dźwigał plastikową butelkę po wodzie mineralnej wypełnioną porzeczkowo– agrestowym kompotem. Donieśli prowiant na miejsce. Zbyszek schylił się, umieścił na trawie ciążącą mu butelkę a Krzyś postawił nogę na szczeblu drabinki. W domku rozległy się jakieś dziwne dźwięki, zakotłowało się we wnętrzu i coś z przeraźliwym piskiem spadło na ramię Krzysia, odbiło się od pleców schylonego Zbysia i zniknęło w krzakach.

Auu, drapie! – wrzasnął chłopiec. – Co to było?

Nie wiem. – Krzyś, którego niespodziewany atak pozbawił równowagi podniósł się z trawy i rozcierał potłuczoną tylną część ciała. – Może czarna pantera, która uciekła skądś tam, bo ją źle traktowali?

Jak uciekła to dobrze zrobiła – odpowiedział brat. – Tylko czemu przed nami też uciekła jak my nie skrzywdzimy żadnego zwierzaka?

Pewnie o tym nie wiedziała – domyślił się Krzyś.

Z domku dochodziły dziwne odgłosy, jakby jakieś szelesty, piski, mlaskania a po chwili wyraźne, głośne mruczenie.

Tam coś jeszcze jest – szepnął Krzyś podniecony myślą o czarnej panterze.

Cicho bądź, żebyś nie spłoszył. I odsuń się od wejścia, bo jak staniesz jej na drodze to cię przyatakuje – „odszepnął” Zbyszek.

To co zrobimy? – wyszemrał Krzyś nie przyznając się bratu, że mu ciarki przeszły po plecach ze strachu na myśl o wielkim kocie.

Ty stój bez ruchu. Ja się wdrapię na okienko i zajrzę do środka. Wtedy będziemy wiedzieli co robić – odpowiedział Zbyszek udając bohatera, choć naprawdę wcale się nie czuł tak pewnie.

Podsunął pod okienko skrzynki po jabłkach, wspiął się na ile dał radę, potem uchwycił belkę obiema rękami i podciągnął się tak, że górna połowa ciała znalazła się w środku a nogi wisiały na zewnątrz. W pierwszej chwili niczego nie zauważył. Już miał powiedzieć o tym bratu gdy nagle ujrzał dwa świecące zielone punkciki i usłyszał wściekły ryk atakującego potwora… Nie wiedział jak znalazł się na dole, chwycił brata za rękę i obaj, pobijając rekord świata w biegu z sadu do domu (gdyby ktoś mierzył im czas), wpadli na ganek i zamknęli za sobą drzwi na zasuwkę. Oparli się o nie plecami ciężko dysząc i stali tak dłuższą chwilę nie mogąc wydusić z siebie słowa. Złapawszy oddech pojawili na progu pokoju. Pozostała część rodziny zajęta odnalezionymi pamiątkami przerwała swoje arcyciekawe czynności i wpatrywała się w chłopców czekając na wyjaśnienia.

Tam, tam, czarna pantera – wykrztusił wreszcie Krzysiu.

Gdzie? – rozległ się zgodny chór.

W domku na drzewie – wydusił Zbysiu między jednym głębokim oddechem a drugim.

To na pewno ta, co uciekła – wydyszał Krzyś.

Nie, tamta została schwytana i przebywa w bezpiecznym miejscu – uspokajał ojciec.

Czarna pantera uciekła? – zaciekawiły się młodsze siostry, starsze zaś wyraziły zaniepokojenie.

Teraz różni wariaci mają tyle pieniędzy, że nie wiedzą co z nimi robić i kupują sobie jako zabawki niebezpieczne, dzikie zwierzęta nie mając pojęcia jak się nimi opiekować – powiedziała mama Bogna. – Media donosiły o wielu takich przypadkach.

Fakt – zgodziła się z siostrą ciocia Halinka. – Musimy koniecznie sprawdzić co to jest. Skoro przestraszyło moich walecznych chłopców, to musi być naprawdę coś!

Może tak na wszelki wypadek zadzwonić po wujka Andrzeja? – zaproponowała Julka.

Właśnie, w końcu jest fachowcem od zwierząt – przytaknęła Zuzia.

Z pewnością tak będzie bezpieczniej. Dzwonię – zadecydowała ciocia.

Zadzwoniła. Na szczęście był w domu i przedsięwziął odpowiednie działania. Dzieciom polecono nie wychodzić z domu. Może jakieś dzieci spełniłyby polecenie ale na pewno nie czteroosobowe cioteczno-stryjeczne rodzeństwo. Po cichutku wymknęli się za drzwi w ślad za dorosłymi skradając się i przemykając od drzewa do drzewa. Będąc w bliskiej już odległości od domku na drzewie usłyszeli głośne wybuchy śmiechu.

To najpiękniejsza czarna pantera jaką w życiu widziałam – śmiała się pani Bogna.

I najmniejsza – zaśmiewała się jej siostra. – A mama tego czarnego potwora to kotka Bartkowej mamy. Od dwóch dni nie mogli ich nigdzie znaleźć. Kotka jest już stara i urodziła jedno jedyne kociątko.

Zuźka przestała się kryć za drzewem a Julka poszła za jej przykładem. Obie zbliżyły się do dorosłych i zobaczyły ciocię tulącą szarą pręgowaną kotkę i mamę z czarnym puchatym maleństwem mieszczącym się w jednej dłoni.

Dopiero niedawno otworzyła oczy – wyjaśnił im wujek Andrzej. – To koteczka.

No to mamy czarną panterę – krztusiły się dziewczynki ze śmiechu. – Skąd się to cudo tutaj wzięło? Od mamy Bartka?

Chłopcy zbliżali się pomału, z bardzo niewyraźnymi minami i ogromnie zawstydzeni.

Ale naprawdę coś strasznie ryczało a jeszcze wcześniej skoczyło mi na plecy – próbował się tłumaczyć Zbysiu.

Jak mogło wcześniej skoczyć na ciebie a potem ryczeć w środku? – ironizowała Zuzia.

Ryczy to krowa – zauważyła Julka.

A ja słyszałem z dołu jak ryczało w środku – poparł brata Krzysiu.

Mówiłam, że Stefek Burczymucha – śmiała się Zuźka.

Śmiejcie się, śmiejcie, a kto się konia przestraszył? – próbowali się bronić.

Nie odwracaj konia do góry ogonem, braciszku. Tfu, kota. Żeby z kociego niemowlaka zrobić czarną panterę to trzeba być geniuszem….

Pan Andrzej rozbawiony jak wszyscy – oprócz chłopców oczywiście – postanowił przyjść z pomocą znękanym „bohaterom”.

Wiecie, jak byłem małym chłopcem to się okropnie przestraszyłem nietoperza, który się zadomowił na strychu w moim rodzinnym domu. Narobiłem krzyku na cały Tenczynek, że wampir wisi na belce.

Małym chłopcem… – mruknął z niechęcią Zbyszek.

Oho, nie trafiłem, chciałem tylko pomóc… – bezradnie podrapał się po głowie wujek Andrzej.

Przyszedł Bartek uradowany, że Misia – bo tak kotka ma na imię – odnalazła się cała i zdrowa wraz z maleńką Kropeczką. Usłyszawszy historię związaną z odnalezieniem uciekinierki nie był w stanie utrzymać powagi. Zgnębieni bohaterowie opowieści najpierw się obruszyli ale potem wrodzone poczucie humoru właściwe wszystkim członkom rodziny wzięło górę i też zaczęli się śmiać.

Misia miała chyba dość swego kociego męża, ojca Kropeczki, czymś jej się pewnie naraził więc wzięła dziecko za skórę na karku, bo tak koty noszą dzieci, i przyniosła do waszego domku na drzewie. Najwyraźniej stwierdziła, że to bezpieczne miejsce – wyjaśnił wujek Andrzej. – Czarny kocur odszukał swoja rodzinę. Misia jednak jeszcze nie przebaczyła mu jego kocich win i po prostu go pogoniła. Czarny uciekł przed rozzłoszczoną małżonką.

I trafiliście na finał małżeńskiej kłótni – śmiała się Zuzia.

Aha, – zrozumiał Zbysiu – Misia była wściekła na Czarnego i go pogoniła. Myślała, że wrócił i dlatego tak na mnie naryczała, no, nafukała…

Ale przecież ryczała jak tygrys – nie ustępował Krzysiu.

Po prostu broniła dziecka jak każda matka – dodała pani Halinka przytulając obu chłopców.

Bartek wziął Misię na ręce, Zuzia Kropeczkę a Julka i chłopcy im towarzyszyli w drodze do Bartkowego domu gdzie przywitała ich mama Bartka uszczęśliwiona odnalezieniem swojej pupilki i jej córeczki. Zuzia patrząc na cioteczno-stryjecznych braci pomyślała, że dostali za swoje i ona zrezygnuje z planowanej zemsty na smarkaczach. Na razie. Nie wiadomo przecież na co sobie jeszcze zasłużą.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki | Dodaj komentarz

Dżem na nosie

Jadłeś kanapkę z dżemem. Nie zauważyłeś, że grudka słodkiego przysmaku została na czubku nosa. Zdążyła przyschnąć a ty niczego nie zauważasz. Nie zwracasz uwagi na znaczące spojrzenia otoczenia. Nie reagujesz na delikatne sugestie sąsiadów. Bagatelizujesz uwagi dalszych znajomych. Przyschnięta kropla dżemu ściąga skórę i zaczyna cię drażnić. Wściekasz się, złościsz winiąc innych za twój dyskomfort. Wreszcie wychodzisz na ulicę. Ludzie mówią ci, że masz coś na nosie. Wściekasz się coraz bardziej, wręcz dostajesz szału. A wyjście jest takie proste…

Jeśli mówi ci to samo 27 osób – spojrzyj w lustro albo chociaż ukradkiem wytrzyj nos chusteczką.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

8 marca

No i jest rekord! 105 570 801,49 zł! Chyba dobrze spisałam sumę. Dowód na to, że jesteśmy wspaniałym narodem i wbrew wszelkim przeciwnościom potrafimy razem dużo osiągnąć 🙂

Dziś inna ważna okazja. Trzymam kciuki za wszystkie odważne, dzielne, samodzielne dziewczyny. A także za te, które dotąd nie miały możliwości takimi się stać, przed którymi jeszcze walka z przemocą, agresją, głupotą, walka o godność i szacunek.

Niech żyją wspaniałe dziewczyny ze swoimi parasolkami!

Obiło mi się o uszy, że w nowej erze Wodnika władza się facetom wymyka…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz