„Opowieść Marianny” 6

Ciepły, letni dzień mimo późnej godziny dopiero zbierał się do odejścia. Właściwie wcale mu się nie chciało zmieniać miejsca pobytu. Leniwie obserwował czerwone smugi na niebie, ostatnie blaski układającego się do snu słońca. Wreszcie opamiętał się spojrzawszy na zegarek któregoś z przechodniów, bo nagle zniknął. Zrobiło się ciemno.

– Ciemność letnia jest zupełnie inna niż ciemność zimowa – powiedziałam do Herberta.

– Tak samo jak temperatura – przytaknął. – Dziesięć stopni w zimie i dziesięć w lecie to niebo a ziemia.

Poszliśmy ulicą Belgradzką do Rosoła, potem skręciliśmy w Płaskowickiej. Rozmawialiśmy o ludzkich charakterach i stosunku do pracy, która stanowi źródło utrzymania.

– Wiesz, mam pracownicę, której jeszcze nie widziałem na oczy – powiedział.

– Jak to możliwe? – zdziwiłam się.

Nie jestem wścibska i nigdy Herberta nie pytałam o miejsce pracy ani o pełnioną funkcję. Co mnie to może obchodzić? Jeszcze by sobie pomyślał, że mam w tym jakiś cel. Nie byłam jednak taka tępa, żeby się nie zorientować, iż pełniona przez niego funkcja wznosi się powyżej poziomu przeciętnego zjadacza chleba. Szła z nią w parze wysoka kultura, ogromna wiedza z różnych dziedzin, wykształcenie, co się – niestety – niezbyt często zdarza.

– Tak się składa, że ciągle się mijamy, co jest możliwe ze względu na nienormowany czas pracy. Ale chciałbym zobaczyć jak wygląda to indywiduum. Ta kobieta pracuje jak szatan, materiały przygotowane przez nią są rewelacyjne. Lecz jeśli chodzi o wygląd, wyobraźnia nieodparcie podsuwa mi jeden obraz: taka „sucha jędza” z krótko obciętymi dla wygody włosami, zaniedbana, bo przecież nie ma czasu na takie rzeczy przy ogromie pracy jaką wykonuje.

– Jak możesz mówić w ten sposób o kimś, kogo nie znasz? – oburzyłam się. – Męski szowinista! Pojęcia nie masz jak kobiety potrafią zorganizować czas, ile zrobić dla domu, firmy i dla siebie. Facet w jednej dziesiątej sobie nie poradzi i się zgubi…

– Taki obraz sam mi się narzuca – tłumaczył zdziwiony moim atakiem. – Przecież nie mam żadnego wpływu na wyobraźnię.

Doszliśmy do Braci Wagów i tam wyskoczył z ciemności czarny potwór z błyskającymi białkami ślepiów i białymi zębami w paszczy rozwartej w szerokim uśmiechu. Honda i Alfa rzuciły się ku niemu z radosnym szczekaniem. Gałgan po chwili zastanowienia też.

– To Aba, mieszka w sąsiedniej klatce – wyjaśniłam Herbertowi. – Znają się jak łyse konie.

Po chwili dał się słyszeć głos zza krzaków.

– O rety, jakie to cudo! Skąd się tutaj wziąłeś? Ja cię wcale nie znam. No tak, śliczny jesteś, piękny, tak… najpiękniejszy na świecie… oczywiście… Nie skacz już wariacie, przewrócisz mnie, jesteś za duży na takie czułości…

– Ojej …- mój towarzysz stanął zdumiony.

– To Majka, właścicielka Aby – pospieszyłam z wyjaśnieniem. – Właśnie zawiera znajomość z Gałganem.

Majka wyłoniła się z ciemności oszczekiwana przez tańczącego wokół niej Gałgana.

– Majka? – z niedowierzaniem spytał Herbert wpatrując się w nadchodzącą postać.

– Przecież mówiłam, że Majka – stwierdziłam lekko zniecierpliwiona.

– Majka! – wykrzyknął. – Skąd się tutaj wzięłaś?

– Majka, Majka, a ty co za licho? Przecież nie widzę po ciemku, a ta cholera – tu wskazała Abę, – wyciągnęła mnie z domu w tempie alarmowym i nie wzięłam patrzałków.

– Czego? – znowu zdziwiłam się.

– Patrzałków. Nie wiesz co to? Jak sama nazwa wskazuje służą do patrzenia. Nie widziałaś nigdy? Zakłada się na nos i się patrzy. Rozumiesz?

– Majka, to naprawdę ty! Gdybym do tej pory miał wątpliwości czy mnie oczy nie mylą, to po usłyszeniu tej tyrady nabrałem absolutnej pewności.

– Wszelki duch! Herbert, to ty? – w głosie Majki brzmiało przeogromne zdumienie.

Najbardziej zdumiona byłam jednak ja. Też coś! Idę sobie z moim „obcym chłopem” a tu się okazuje, że w okolicy jeszcze ktoś go zna! I to tak dobrze, że się z nim ściska jak siostra, albo… Uświadamiając sobie tę myśl, roześmiałam się na głos z własnej głupoty.

– Czy możecie mi wyjaśnić co się tutaj dzieje? Idę z psami na spacer i ciągle na mnie ktoś napada…

– O przepraszam, tym razem to „maleństwo” na mnie napadło – oburzyła się Majka wskazując Gałgana galopującego z „rozwianymi” uszami za Abą i Hondą, z tyłu goniła ich Alfunia, głośno jazgocząc z oburzenia, że nie chcą na nią zaczekać.

– Słuchaj Marianno, my się znamy wieki całe, albo nawet dłużej. Kiedy rozpoczynałam pracę w radio, jeszcze na Kopernika, on był moim dobrym duchem i wtajemniczał mnie w arkana sztuki. Odszedł niedługo potem kiedy zrobiłam kartę mikrofonową – wyjaśniła Majka.

– Potem spotykaliśmy się u znajomych, nieraz zderzyliśmy się na Woronicza, jak zwykle w biegu…

– I nie było kiedy spokojnie pogadać – weszła Herbertowi w słowo Majka. – I popatrz, takie spotkanie!

– Mieszkam tu od niedawna – uśmiechnął się. – I bardzo mi się podoba.

– A ja od dawna. No tak, odkąd zamieszkałam w Natolinie, nie złapaliśmy się ani razu.

– Często o tobie myślałem. Nie zapomina się o przyjaciołach, na których zawsze można polegać.

Słuchałam uważnie dowiadując się w ciągu tej jednej rozmowy więcej o Herbercie niż podczas całej naszej znajomości. To znaczy o jego życiu, o które nigdy nie wypytywałam, bo jaki jest – już wiedziałam poznając go coraz bardziej poprzez rozmowy i obserwację zachowania.

– I w ten sposób rozpoczęłam pracę w telewizorni, co nie znaczy, że zdradziłam radio. Zawsze mile wspominamy z Grzegorzem stare, radiowe czasy – kończyła Majka.

– A co u Grzegorza?- spytał Herbert. – Ostatnio go nie widać i nie słychać. Masz o nim jakieś wieści?

– Przeszedł na wcześniejszą emeryturę ze względu na stan zdrowia. Ale na szczęście już jest po operacji obu oczu. Miał usuwaną kataraktę w Niemczech. Dzwonił, że niedługo wraca. Aha, i widzi lepiej niż kiedykolwiek w życiu.

– Dzwoni do ciebie?

– Wypada, żeby mąż od czasu do czasu zadzwonił do własnej żony nawet będąc za granicą, prawda? – uśmiechnęła się Majka na myśl o mężu.

– Wiec jednak się pobraliście – ucieszył się Herbert. – Zawsze uważałem, że jesteście dla siebie stworzeni.

– Tak? A większość znajomych uważała, że różnica wieku jest między nami zbyt duża.

– Nie rozumiem tego mieszania się w cudze sprawy – wtrąciłam. – Co i kogo może obchodzić jak ja żyję, z kim, co robię we własnym domu jeśli nikomu nie czynię krzywdy? Przecież za wszystkie postępki dobre i złe odpowiem kiedyś ja sama, nikt inny. Czy ludzie naprawdę tego nie mogą pojąć i zająć się sobą? Jeśli komuś potrzebna pomoc, tego nie widzą. Ale obmawiać, rzucać potwarze, tworzyć plotki, o, do tego są zawsze pierwsi.

– Tak już jest – odpowiedział Herbert. – Zauważ, że im prymitywniejsza jednostka, tym wyższe ma mniemanie o sobie i cały świat chciałaby przerobić na obraz i podobieństwo swoje.

– I odwrotnie – dodała Majka. – Im człowiek stoi na wyższym poziomie rozwoju, tym więcej ma w sobie wyrozumiałości i tolerancji. Potrafi zaakceptować innych z ich wadami i słabościami zamiast niszczyć narzucając własną wolę. Pokazywać, podsuwać właściwą drogę powoli, krok za krokiem i własnym przykładem pociągać we odpowiednim kierunku.

– Wiecie co, dziewczyny? – serdecznie uśmiechnął się Herbert. – Cieszę się, że tu zamieszkałem. Naprawdę, dawno się tak z niczego nie cieszyłem. A zmieniając temat: Majka, czy ty nie boisz się chodzić sama nocą?

– Z Abą? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Zresztą wracam od Teresy, to niedaleko. Pamiętasz moją siostrzycę? Akurat była u niej Dorota z Azą, Jędrkiem i Kajtusiem. I się zasiedziałam.

– Dorota z Azą, Jędrkiem i Kajtusiem? – powtórzyłam jak echo. – Znasz ją?

– Tak, a co? – zaciekawiła się Majka. – Nic w tym dziwnego, wielu ludzi ją zna.

– Chodziłam kiedyś do Akademii Życia Lucyny Winnickiej na zajęcia relaksacyjne. Tam poznałam bardzo fajną dziewczynę o imieniu Dorota. Miała dwóch synków i suczkę. Może to zbieżność imion?

– Tylu naraz?

– Dorota Brzozowska?

– Tak.

– Plastyczka?

– Tak.

– I ma świra na punkcie zwierząt?

– Jest dokładnie tak samo stuknięta jak ty i moja siostra, że o sobie nie wspomnę, bo jestem najbardziej normalna w tym towarzystwie – odsunęła się ode mnie na bezpieczną odległość, tak na wszelki wypadek.

– To ta, nikt inny. Dzisiejszy wieczór jest pełen niespodzianek. Może się jeszcze okaże, że Kuleczka jest kocurkiem, zaś Alfa stanie na dwóch łapkach i przemówi ludzkim głosem? Nic mnie już nie zdziwi – pokręciłam głową zastanawiając się czy przypadek i zrządzenie losu są tym samym.

Doszliśmy do naszego, czyli Majki i mojego, bloku.

– Zobacz, Bożenka wygląda przez okno. Pewnie się nie może ciebie doczekać – zauważyła Majka.

– Nie mnie tylko Hondy – sprostowałam. – Najpierw mi każe z nią wyjść a potem krzyczy, że nas długo nie ma.

– A jak z jej pracą? – spytała Majka. – Nie widziałam się z nią kilka dni więc nie jestem na bieżąco.

– Tak samo. Nie jest pewna dnia ani godziny – westchnęła. – Co za czasy…

– Aha, Jurand, mój szwagier i Michał, jego przyjaciel…

– Ten Michał od Doroty?

– Ten od Doroty. Myślą o założeniu wydawnictwa. Do tej pory nie traktowałam ich poważnie, bo Teresa ma sześćdziesiąt pomysłów na minutę i nie wszystkie mądre. Ale teraz widzę, że to zupełnie poważna sprawa. Najbardziej jestem zdziwiona, że czytadła mojej siostry rozchodzą się w błyskawicznym tempie. Nigdy by mi to wcześniej nie przyszło do głowy. Teraz ona drze się na mnie ciągle, żebym się wzięła za pisanie, bo mam lepsze pióro ale ja nie mam czasu. O właśnie sobie coś przypomniałam, wpadnę jutro do ciebie z dyskietką, dobrze? Pozwolisz mi skorzystać z komputera?

– No wiesz! Po co pytasz, przecież jasne, że tak.

– Powiedzcie mi, do kogo należy piwnica z zaklejonym okienkiem – Herbert pokazał moją piwnicę. – Muszę się wreszcie rozliczyć z tą koszmarną jędzą

Majka zastygła w pozycji żony Lota wpatrując się w Herberta szeroko otwartymi oczami. Mnie zrobiło się zimno a potem gorąco.

– Dlaczego tak brzydko mówisz o mojej przyjaciółce? – wykrztusiła po chwili.

– Jak ja mówię o twojej przyjaciółce? – zdumiał się niepomiernie.

– Dlaczego mówisz na Mariannę: koszmarna jędza?

– Ja wcale tak nie mówię o Mariannie! – szczerze się oburzył, co było dla mnie wielką pociechą.

– Bo to przecież jej piwnica – wyjaśniła Majka parskając głośnym śmiechem.

Spojrzał na mnie, na nią, znowu na mnie i zawtórował Majce. Kiedy po chwili podeszła do nas Bożenka, rżeliśmy we trójkę, łzy ciekły po twarzach i nikt nie był w stanie wytłumaczyć powodu zbiorowej głupawki. Wreszcie z siebie wydusiłam.

– Powinnam cię zamordować – rzęziłam, – ale nie mam siły. Tyle się dziś wydarzyło, że cię zamorduję kiedy indziej.

Majka ochoczo zastąpiła mnie w opowiadaniu i Bożenka również zaśmiewała się do łez. Nie mogliśmy tak stać do rana, więc wreszcie Herbert poszedł do siebie a my w swoją stronę. Przyrzekłam sobie, że spytam Majkę o różne rzeczy, o które nie miałabym odwagi zapytać Herberta.

W domu dzieciątka dyskutowały nad problemem, który wyłonił się podczas oglądania programu o psach. Dwa psy goniły uzbrojonego bandziora, a gdy go dopadły i przewróciły na ziemię, rzuciły się na siebie.

– Bo one się pokłóciły, kto pierwszy dorwał gangstera – krzyczał Jacuś.

– A nie, bo się pogryzły o to, który pierwszy ma go zjeść – oświadczył Piotruś odwracając się do ściany i tym samym zamykając dyskusję.

Jacuś jeszcze chwilę roztrząsał problem, lecz nie słysząc odzewu ze strony brata usnął i w domu zapanowała cisza.

Długo przewracałam się z boku na bok. Nie mogłam usnąć. Dopiero nad ranem zapadłam w kamienny sen i gdyby nie Bożenka stukająca do drzwi, zaspałabym, bo zupełnie nie wiem, kiedy budzik zdążył się wydzwonić, nie słyszałam.

2.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 5

Spotykaliśmy się prawie codziennie. Oczywiście przypadkiem, na wieczornych spacerach z psami. Wychodziłam wcześniej niż Bożenka z Hondą. Ona zaś, o dziwo, nie piekliła się z tego powodu jak zazwyczaj. Twierdziła, że w tym akurat momencie wyjść nie może ale jeśli zabiorę ze sobą Hondę, ulżę jej ogromnie, będzie mi niezmiernie wdzięczna i odpłaci pięknym za nadobne przy okazji.

Czas biegł jakoś wyjątkowo szybko. Żyłam na zwiększonych obrotach, bardzo intensywnie. Wykonywałam pracę śpiewająco, w zawrotnym tempie a do tego wprost tryskałam pomysłami. Sama nie wiem skąd brałam tyle energii oraz bezustanny dobry humor.

Podczas porządkowania biurka trafiłam na swoje dawne zapiski, powieść napisaną jeszcze w trakcie trwania małżeństwa, którą mój drogi były małżonek wyśmiał o mało nie tarzając się po podłodze. Teraz przeczytałam ją na nowo w spokoju, wprowadziłam drobne poprawki i nikomu nic nie mówiąc wysłałam na konkurs ogłoszony przez pewne babskie czasopismo na babskie czytadło.

Każdego dnia od momentu przebudzenia czekałam wieczora. Nie przyznawałam się do tego nawet przed sobą, to znaczy, udawałam, że się nie przyznaję. Zresztą, czyż miałam czas przystanąć i zastanowić się nad czymkolwiek skoro żyłam jakby w amoku?

Rozrywki dostarczały mi dzieci i zwierzaki. Na przykład Alfa usiłująca wejść na szafę. Opanowała już sztukę włażenia po krześle na biurko, a także na średnią półkę regału wskakując na fotel, z niego na parapet a z parapetu przełaziła na półkę ciągle obrywając zasłonkę.

Kuleczka upodobała sobie ołówki i długopisy najbardziej ze wszystkich zabawek. Bezustannie więc po całym domu szukałam czegoś do pisania. Piotruś sprytnie wypatrzył jej schowki i wiedząc gdzie zaciąga wszelkie pisadła, chłopcy bawili się ze mną w „ciepło zimno”. Kiedy wreszcie odzyskiwałam któryś długopis, słodka pieszczoszka wskakiwała na ławę i łapką próbowała odebrać mi swoją – jak zapewne uważała – własność. Inną ulubioną zabawą Kuleczki było wyciąganie zegarka z mojej torebki. Zegarek był „dostany” na Dzień Matki, różowy, w związku z czym nie zawsze pasował do ubrania, nieraz więc nosiłam go w torebce. Tę zaś często rzucałam w domu byle gdzie i do tego rozpiętą. Koteczce tak spodobała się nowa zabawka, że czekała na mnie, kiedy wracałam z torebką, nie spuszczała z torebki oka i po chwili uciekała ze zdobyczą.

Nadchodził wieczór, upragniony wieczór kończący pracowity dzień. Kładłam Szkraby do łóżek i szłam na psi spacer. W ciągu dnia chłopcy biegali z Alfą po podwórku, więc dla mnie zostawał poranny tylko i wieczorny spacer.

1.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 4

Na korytarzu powitała mnie Bożenka stojąca między dwoma mieszkaniami, czyli swoim i moim.

– Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Zabrałaś mi sukę i wcięło cię. Co to za porządki? Ja o mało nie umarłam pilnując moich i twoich dzieci, a ty się gdzieś szwendasz po nocy! Twoje cholery wysmarowały się pastą do zębów od stóp do głów a moje poszły za ich przykładem. Sama ich sobie myj, ja mam dosyć swoich.

– Coś ty ze mnie zrobiła? – skorzystałam, że przerwała tyradę dla zaczerpnięcia tchu.

– Co ja z ciebie zrobiłam? – zdziwiła się.

– Koszmarną jędzę zrobiłaś!

– Naprawdę? – zdziwiła się jeszcze bardziej. – Kiedy?

– Wtedy, kiedy napadł na ciebie obcy szczeniak.

– Aha, wtedy – przejechała ręka po krótkich, ciemnych włosach, mrużąc niesamowicie jasnoniebieskie oczy. – Ale, czyż musiałam robić? Przecież jesteś. Jak mogłaś zostawić mnie przez pół nocy z taką hałastrą? Przecież moje huncwoty we wszystkim naśladują twoje. Jasiek, jeszcze rozumiem, jest w końcu młodszy o całe dwa lata, ale Baśka? Też zgłupiała, chociaż prawie taka stara jak te twoje diabły. I jeszcze na tak długo zabrałaś mi Hondę! Wiesz, że się boję bez niej być w domu kiedy Łukasza nie ma. I dobrze wiesz, że znów musiał wyjechać.

– Twoja Honda, być może, uratowała mi dzisiaj życie albo co innego – stwierdziłam.

– Jak to? – Bożenka od razu spoważniała.

Opowiedziałam wszystko do momentu pojawienia się Gałgana, całą zasługę przypisując dzielnej suczce.

– Coś podobnego – pokręciła głową moja sąsiadka, pogłaskała Hondę a na mnie groźnie spojrzała. – Jesteś nie tylko koszmarna ale i beznadziejnie głupia jędza. Czy wiesz, co by się mogło stać…

Przerwała, zmarszczyła czoło myśląc nad czymś intensywnie, badawczo mi się przyglądała przez dłuższą chwilę.

– Skąd wiesz, że taka jesteś? – spytała.

– Słucham? – nie zrozumiałam pytania.

– Chyba mówię wyraźnie! Kto ci powiedział, że jesteś koszmarna jędza?

Nic nie zdołało umknąć przenikliwości Bożenki. Zająknęłam się, coś wybełkotałam, ale nie ustąpiła i dokładnie zeznałam co i jak. Na szczęście nie musiałam się wdawać w dyskusję nad zbiegiem okoliczności, ponieważ z pokoju chłopców dobiegły straszne krzyki i szczekanie Alfy. Momentalnie się tam znalazłam. Okazało się, że Piotruś przyniósł Kuleczce mleko na spodeczku i postawił obok swojego tapczanu. Koteczka wszystko wylała i na podłodze utworzyła się biała kałuża.

– Kuleczka myśli, że jest w kosmosie i zrobiła Drogę Mleczną – tłumaczył Piotruś kociaka w obawie przed burą.

Wygoniłam dzieci do łazienki. Wytarłam mleko, poprawiłam skotłowaną pościel. W głowie miałam kompletny mętlik wynikający z nadmiaru wrażeń. Mimo niebezpiecznej przygody nie były to wrażenia niemiłe. Czułam się jakoś tak dziwnie, jak – nie pamiętam kiedy – ale bardzo, chyba nawet bardzo dawno temu. Chciało mi się skakać, śpiewać i śmiać się. Oczywiście bez żadnego istotnego powodu, tak sobie.

Uporałam się wreszcie ze wszystkim, to znaczy wyszorowałam do czysta moje słodkie pociechy, sprzątnęłam kuchnię i dałam zwierzakom kolację. Jacuś z Piotrusiem usnęli, wycałowani i wytarmoszeni jak co wieczór. Kuleczka i Alfunia z pełnymi brzuszkami oddały się błogiemu lenistwu a ja mogłam się zająć sobą.

Poczytałam chwilę w wannie, ale oczy mi się kleiły i szybciutko wskoczyłam do łóżka. Kuleczka natychmiast ulokowała się na poduszce, Alfa zajęła swój ulubiony fotel. We śnie przeżywałam napad wilkołaków, nietoperzy z twarzami pijaków, ratowali mnie Indianie na pstrokatych mustangach, przyplątał się nawet jakiś bizon, na dodatek stojący na tylnych nogach i miauczący. Okropieństwo. W tym skomplikowanym treściowo śnie nagle pojawiał się niemożliwie przystojny mężczyzna o szarych oczach…

Rano obudziłam się zmęczona, niewyspana i zła. Popędziłam do redakcji po swoją porcję materiałów zanosząc jednocześnie gotowe już „dzieła”. Dowiedziałam się przy okazji, że grupka przyjaciół postanowiła założyć własne pismo i proponują mi pracę. Aha, usłyszałam też, że nowy szef – rewelacyjny podobno, bo normalny jak żaden dotąd – za jakiś czas wyjedzie na miesiąc do Francji.

Drugą wiadomość puściłam mimo uszu, bo co mnie to mogło obchodzić? Nad pierwszą zastanowiłam się, lecz ponieważ wszystko było jeszcze patykiem na wodzie pisane, machnęłam ręką. Przywiązuję się do miejsc i ludzi, nie znoszę jakichkolwiek zmian, więc zdecydowanie wolałabym, żeby wszystko zostało po staremu.

W domu zajęłam się pracą, dziećmi, a właściwie to one zajęły się mną zmuszając do głośnego czytania książki, którą dostały od babci, czyli mojej byłej teściowej. Dopiero późnym popołudniem wyskoczyłam do sklepu kupić kocie żarełko dla Kuleczki.

Przed sklepem Gałgan, przywiązany do drewnianego płotka, robił hałas na pół osiedla. Patrzył tęsknym wzrokiem w stronę sklepowych drzwi i płakał, to znaczy szczekał, a każde szczeknięcie przechodziło w żałosną skargę. Na widok Alfy i mnie ucieszył się, jakby nas znał od stu lat. Wytarmosiłam go, wygłaskałam i przywiązałam Alfunię koło niego.

– Pilnuj Alfy, Gałganku, żeby jej nikt nie porwał, dobrze? – powiedziałam.

Weszłam do sklepu, włożyłam do koszyka jedzenie dla kotki, przy okazji rzuciło mi się w oczy parę drobiazgów, których wcale nie miałam teraz kupować: olej kukurydziany, mrożone pyzy, pierogi z kapustą, zielona gąbka do łazienki i ręczniki tego samego koloru. Przy oszklonej szafce z mrożonkami stał mój „obcy chłop” i zastanawiał się czy ma skusić się na mrożoną pizzę czy nie.

– Radzę ci wziąć. Jest naprawdę pyszna i nic nie trzeba z nią robić, wkładasz do piecyka i z głowy – poradziłam.

– O, Marianna – wyraźnie się ucieszył. – Radzisz mi ją kupić?

– Radzę.

– I jesteś pewna, że się tym nie otruję?

– Ja kupuję dość często i jeszcze żyję – posłałam mu uśmiech.

– Mówisz, że tylko do pieca i już?

– Należy także włączyć piekarnik, nie wiem czy na to wpadłeś – zauważyłam złośliwie.

– Skoro tak mówisz, wezmę – zlekceważył uwagę. – Samotny mężczyzna musi szukać potraw smacznych, a jednocześnie nie wymagających skomplikowanych czynności przygotowawczych. Biorę na twoją odpowiedzialność. Jeśli Gałgan zawyje:”co ty mi znowu Herbercie dałeś” – to odeślę go do ciebie, zgoda?

– Zgoda – uśmiechnęłam się promiennie. – Tylko przypadkiem psu nie dawaj jedzenia z przyprawami – zauważyłam przytomnie.

Pomyślałam, że chyba mam dzisiaj wyjątkowo pomyślny dzień. Dwie arcyważne informacje w jednej wypowiedzi: samotny i do tego Herbert. No tak, przecież od pierwszej chwili wiedziałam, że nie może mieć na imię Franciszek albo Antoni, a już Józef to w ogóle niedopuszczalne.

Wracaliśmy razem. Przy okazji dowiedziałam się, w którym bloku mieszka. Rozmawiało nam się cudownie jakbyśmy znali się od lat i od dawna mieli uzgodnione poglądy na różne sprawy, sposób widzenia rzeczywistości, podejście do życia, gust, upodobania.

1.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 3

Dzieci wróciły do domu wcześniej niż to było w planie. Okazało się, że Jacuś zachorował na różyczkę, zostałam więc uziemiona w domu. To znaczy niezupełnie, bo rano pędziłam na złamanie karku do redakcji, zgarniałam przygotowane przez koleżankę materiały i wracałam. Mogłam sobie pozwolić na taki luksus, ponieważ za wszystkie zgromadzone oszczędności kupiłam niedawno komputer, mogłam więc pracować w domu.

W związku z powyższym nie miałam okazji poznać nowego szefa. Było mi zresztą absolutnie obojętne jak wygląda i gdzie się obraca. Przeżyłam już wielu takich panów. Ja muszę się zająć swoją działką, nikt jej za mnie nie zrobi. A ci wszyscy panowie na górze mogą się żreć między sobą ile wlezie, mogą się kochać – ich sprawa. Wprawdzie Małgosia, moja bliska pracowa koleżanka twierdziła, że nowy szef jest rewelacyjny pod każdym względem. Ponieważ jednak takie samo zdanie miała na temat każdego nowo poznanego mężczyzny w wieku od lat piętnastu do stu sześciu, nie przywiązywałam wagi do jej słów.

Kiedy Jacusiowa różyczka miała się ku końcowi, „zakwitło” drugie dziecko. Obaj byli bardzo zadowoleni, że tyle czasu spędzam z nimi w domu. Ja – wprost przeciwnie. Tym bardziej, że w ramach rozrywki wymalowali flamastrami ściany swojego pokoju w kolorowe zygzaki „żeby było ładniej”, włożyli Kuleczkę do wanny, aby ją wykąpać i nauczyć pływać, a ponadto wprowadzili do komputera swoje poprawki. To już mnie doprowadziło do białej gorączki. Żeby nie zamordować ukochanych dzieciątek opuszczałam mieszkanie w wyżej wymienionych momentach w trybie natychmiastowym. Na szczęście mogłam to robić bezkarnie motywując każde wyjście koniecznością wyprowadzenia Alfy, naszej jamniczki ostrowłosej, która wraz z dziećmi wróciła do domu.

Trochę się obawiałam spotkania Alfuni z Kuleczką, lecz – jak się okazało – niepotrzebnie. Suczka nie miała zamiaru pożreć malucha. Obudził się w niej instynkt macierzyński i od pierwszej chwili traktowała kociaka jak własne dziecko. Wylizywała mu futerko, myła pyszczek, nosiła za luźną skórę na karku i bardzo się denerwowała gdy owo dziecko wspinało się na regał, szafki, właziło do szafy nie zauważone przez nikogo. Szczekała wtedy i skakała na krótkich łapkach, najwyraźniej żądając powrotu nieznośnego futrzaka. Po wielu nieudanych próbach przybiegała do mnie tłumacząc w swoim języku złożoność sytuacji. Kiedy zaś uznała, że Kuleczce nie grozi żadne niebezpieczeństwo, kładła się na podłodze i czekała nie spuszczając z oka małego wisusa.

Tak więc wrażeń miałam co niemiara, w związku z czym zupełnie zapomniałam o obcym chłopie z obcym szczeniakiem. Sąsiad zakleił moje piwniczne okienko, żeby nie było dziury i na razie byłam zadowolona z istniejącego stanu rzeczy. Do zimy przecież daleko, dopiero się jedna skończyła.

Bożenka nie przypomniała mi o całym zajściu i mojej obietnicy, ponieważ była bardzo zajęta własnymi sprawami. Firma, w której pracowała „tańczyła na linie” i nikt idąc do pracy nie wiedział, czy dowie się, że już nie pracuje, czy też nadal ma przed sobą jakąś przyszłość i nadzieję. Obie uznawałyśmy zgodnie, iż najgorsze jest poczucie braku bezpieczeństwa, bezustanne zagrożenie oraz, że trzeba pomyśleć o założeniu jakiegoś własnego „interesu”. Jakiego – nie miałyśmy pojęcia, ale na pewno przynoszącego od razu odpowiednie dochody, jedynego w swoim rodzaju, rewelacyjnego. Łukasz znacząco stukał się palcem w czoło słuchając nas i nie brał udziału w dyskursach. Ale my w rzadkich wolnych chwilach, to znaczy podczas spacerów z psami albo stojąc pod drzwiami mieszkań, na klatce schodowej wymyślałyśmy najprzeróżniejsze warianty coraz nowych pomysłów i to pomagało utrzymać równowagę psychiczną.

Pewnego wieczoru wyszłam na spacer z Alfą i Hondą, wyżlicą Bożenki. Delikatny wiaterek niósł od strony Lasu Kabackiego cudowny zapach lata. Nie dusznego, zgęszczonego miejskiego smrodu lecz świeżość, woń nie tylko złączonych w jedno zapachów kwitnących roślin ale i kolorów zapamiętanych, przesuwających się pod przymkniętymi powiekami. Machinalnie skierowałam się w stronę lasu rozciągającego się za osiedlem, zatopiona w myślach i otoczona ową wyobrażoną zielenią niebotycznych sosen gładzących igiełkami młodsze, niższe od nich dęby, klony i kasztany. Pod nogami szeleściła świeżo zżęta trawa, przywołująca wspomnienia dzieciństwa, wakacji spędzonych wśród uroczych krajobrazów krakowskiej ziemi, u cioci Jadzi w Czernej.

Przeniosłam się w czasie i przestrzeni. Rozmarzona, zasłuchana w echo wspomnień nie zwracałam uwagi na przebytą rzeczywistą odległość. Oprzytomniałam dopiero na dźwięk podniesionych, rozgorączkowanych męskich głosów.

Coś podobnego! Doszłam do samego lasu a na skraju drogi stało kilku facetów. Kłócili się o coś, wymachiwali rękami, już – już mieli sobie skoczyć do oczu… Klęłam w duchu własną głupotę. Tyle razy sobie przyrzekałam, że nie pójdę wieczorem sama w stronę lasu. Znowu straciłam poczucie rzeczywistości i oto rezultat. „Panowie” zaprzestali chwilowo kłótni. Dostrzegli mnie i rozpoczęli serię niewybrednych uwag pod moim adresem. W cudownie świeżym do tej pory powietrzu poczułam wstrętny odór alkoholu i niedomytych, spoconych ciał. Ohyda! Muszę przyznać, że miałam duszę na ramieniu i trzęsła się ta dusza ze strachu. Jak na złość Honda gdzieś pobiegła i przepadła w gęstwinie. Alfa przydreptała do mnie i grzecznie szła przy nodze kładąc uszy po sobie i nieufnie zerkając w stronę hałaśliwej gromady. Wiedziałam, że choć mała – ząbki ma ostre i w razie konieczności nie zawaha się ich użyć. Ta świadomość dodała mi nieco odwagi.

Usiłując nie przyspieszać kroku, ruszyłam w powrotną drogę. Wyraźnie słyszałam za sobą kroki jednego człowieka, o ile obrzydliwego, pijanego typa można określić takim mianem. Pozostali dodawali mu odwagi słowami niekoniecznie używanymi na co dzień w średnio nawet inteligentnym towarzystwie. W tym momencie strach prysnął, poczułam wzbierającą odrazę i potworną wściekłość. Odwróciłam się gwałtownie.

– Pan sobie czegoś życzy? – zapytałam z lodowatym spokojem.

– Tee, mała… – wybełkotał zaskoczony, odważny gdy widział plecy, twarzą w twarz nie miał odwagi stanąć nawet z kobietą.

Z zarośli bezszelestnie jak duch, wypadła Honda. Stanęła między mną a prześladowcą z pochylonym łbem i błyszczącymi na zielono ślepiami. Obnażone białe zęby i wydobywający się z gardła głuchy pomruk zrobiły wrażenie.

Bojowy duch ogarnął również Alfunię, czującą się już całkiem bezpiecznie w obecności potężnej, silnej koleżanki. Rozjazgotała się jak nieboskie stworzenie robiąc hałas godny co najmniej tuzina ratlerków. Widok gotowego do skoku ogromnego psa zatrzymał delikwenta w miejscu. Jak każdy tchórz nie był w stanie ani ruszyć się ani myśleć. Zresztą i tak wyglądał, jakby myślenie przytrafiało mu się bardzo rzadko i na pewno nie było jego mocną stroną.

Nagle coś zaszeleściło w zaroślach koło drogi i wyskoczył stamtąd z głośnym ujadaniem – wilk! Gdyby delikwent robił czasem użytek ze swojej mózgownicy, wiedziałby, że wilki nie szczekają, mamy więc do czynienia ze zwyczajnym, ludzkim psem. Ale cóż, nie robił, więc jego strata.

– Wilk! Wilk! – wrzasnął i rzucił się do ucieczki w ślad za towarzyszami, którzy zniknęli w ciemnościach nocy.

Fala odwagi odpłynęła. Trzęsłam się jak galareta, ale przecież nie mogłam tak stać i trząść się do rana. Głęboko odetchnęłam kilka razy nakazując sobie spokój i dopiero teraz przyjrzałam się „wilkowi” zapraszającemu obie suczki do zabawy. Przypadł na ugiętych łapach do ziemi przed Hondą, machnął ogonem z wielkiej radości i szczeknął łagodnym basem. Wtórowała mu Alfunia skacząc wokół niego i biegając ile sił w krótkich łapkach.

Wyżlica jeszcze przez chwilę stała nieruchomo z obnażonymi kłami. Wreszcie zjeżona sierść opadła, sunia wydała z siebie dźwięk przypominający moje głębokie westchnienie i machnęła ogonem. Uznała, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

– Uratowałaś mnie – powiedziałam szeptem.

Kucnęłam przy niej, przytuliłam łeb. Liznęła mnie po policzku i szczeknęła spoglądając w kierunku drugiego wybawiciela. Przecież sprawiedliwość musi być na świecie i ona nie zamierzała sobie przypisywać wszystkich zasług.

„Wilk” zaś, choć wielkością niewiele ustępował Hondzie, był szczeniakiem, puchatym i kosmatym, Takim, któremu się jeszcze chwilami plączą zbyt długie łapy i rozwiewają uszy.

– Masz rację suczko – odpowiedziałam Hondzie. – To maluch, trzeba go zabrać do domu.

„Maluch” szczerzył zęby z radości i bez żadnego problemu pozwolił się wziąć za obrożę. Z Alfunią, szczekającą niczym nakręcona zabawka ruszyliśmy w drogę powrotną.

Uszliśmy nieduży kawałek, gdy nagle Honda znowu zjeżyła włos na grzbiecie i z głuchym pomrukiem oraz Alfą u boku skoczyła do przodu oddzielając mnie od kogoś, kto szedł w mroku naprzeciw nas. Zdrętwiałam. Słyszałam kroki ale niczego ani nikogo nie widziałam. Noc była bardzo ciemna, księżyc skrył się całkowicie za chmurami. Bałam się, że może pijaczynom zebrało się na odwagę.

„Maluch” powęszył, po czym – z odgłosem będącym czymś pośrednim między rykiem lwa a chichotem hieny – wyrwał mi się i ruszył pędem w stronę nadchodzącego. Skoczył mu przednimi łapami na ramiona, usiłował polizać po twarzy i piszczał dając wyraz wielkiej psiej radości.

– Gdzie ty łobuzie byłeś? Wszędzie cię szukam, pół nocy krążę po okolicy, już myślałem, że cię nie znajdę, ty Gałganie jeden! – strofował psa.

Ten głos! To był głos mojego znajomego-nieznajomego z autobusu!!! Nieraz odtwarzałam go sobie w pamięci. A jaka byłam na siebie wściekła za własną głupotę! Po jakie licho wysiadłam wcześniej i dlaczego nie usłyszałam jak się nazywa? I nagle teraz, tutaj? Nie, na pewno nie, to tylko nerwy rozstrojone niebezpieczną przygodą.

– Przestraszył panią mój pupilek? – zapytał zwracając się w moja stronę.

Stałam, bo nogi wrosły mi w ziemię. Najpierw po kostki, potem po kolana a zaraz pewnie ugrzęznę po samą głowę. To był on! Uświadomiłam sobie, że chyba znów jestem potargana, mam na sobie stare dżinsy, w które ledwo się wciskam oraz jeszcze starsze, naderwane z boku, tenisówki. Zgroza!

Wreszcie się zbliżył. Księżyc, wychylając się zza chmur, oblał srebrnym blaskiem twarz mężczyzny, na której zobaczyłam wyraz ogromnego zdumienia.

– Marianna? – spytał z niedowierzaniem.

Nie miałam nic przeciw mówieniu sobie po imieniu.

– Ja, a któż by inny? – bałam się, że znów dostanę chrypki ze zdenerwowania.

– Nieraz się zastanawiałem, czy mieszkasz w pobliżu, czy byłaś tu tylko przypadkiem. Nie wpadłoby mi jednak do głowy, że spotkam cię prawie o północy na drodze wiodącej z lasu, przestraszoną przez Gałgana.

– O przepraszam, nie przez żadnego gałgana. Po pierwsze, to nie żaden gałgan tylko wspaniały pies obrończy choć sam jeszcze o tym nie wie. A po drugie – nie spotkałam do tej pory psa, którego bym się bała.

– Owszem, to jest wielki gałgan i Gałgan ma na imię – wyjaśnił.

A jak może mieć na imię jego pan? Zastanawiałam się, zamiast po prostu zapytać.

– Aha, – ucieszyłam się nagle, że dotarło do mnie choć jedno. – To znaczy, że w zupełnie niezwykłych okolicznościach zawarłam znajomość z Gałganem. Cześć maluchu, cieszę się z tego.

„Maluch” usiadł i podał łapę, więc ją z powagą uścisnęłam.

– Uczę go podawać łapę na hasło „cześć”, bo „podaj łapę” czasem wydaje mi się upokarzające – powiedział dumny ze swego pupila.

Moja Alfunia wpakowała się Gałganowi między przednie łapy i bezceremonialnie zaczęła go podskubywać. Odpowiedział na to basowym: hauuu. Alfa dała nogę, on za nią. Nawet Honda pobiegła za nimi doszedłszy do wniosku, że opiekun Gałgana nie jest złym człowiekiem i może mnie zostawić w jego towarzystwie.

– Masz dwa psy? – spytał podając mi rękę, bo właśnie potknęłam się o wystającą płytę chodnikową, o której przecież od wieków wiedziałam, że tam jest.

– To nie są dwa psy – sprostowałam. – to jest jeden pies, a raczej suczka oraz dodatek do psa, też płci żeńskiej. Ale nie obie są moje. Honda to moja sąsiadka, tylko Alfunia należy do mojej rodziny. Nie jest to pies mojego życia, ale po prostu znalazłam ją kiedyś maleńką i chorą. I już została. Natomiast tak naprawdę uwielbiam owczarki niemieckie, to moja ukochana rasa.

– Może w którymś z poprzednich wcieleń byłaś owczarkiem? – zażartował uśmiechając się.

Zobaczyłam ten uśmiech mimo ciemności.

– Może, nie pamiętam. W każdym razie Alfunię bardzo kochamy, wszyscy.

– A ilu was tych wszystkich jest?

– O, jaki ciekawy – zaśmiałam się. – Dużo. Moje dwa Szkraby, Alfa, Kuleczka i ja.

– A Kuleczka to co takiego? – zdziwił się.

– Nie co, tylko kto – poprawiłam. – W moim domu wszyscy mają równe prawa. Kuleczka to koteczka. Malutka i śliczna.

Rozmawiając doszliśmy pod blok, w którym okna mojego mieszkania były rozświetlone wszystkimi możliwymi źródłami światła.

– Mówiłaś o swoim kocie i przypomniała mi się zabawna przygoda, która zdarzyła mi się niedawno koło tego, albo tamtego bloku…

Zaczął opowiadać… Dokładnie tę samą historię słyszałam już raz od Bożenki. Nagle doznałam olśnienia! Przecież to on jest obcym chłopem z obcym szczeniakiem! A więc Bożenka zna jego adres i nazwisko!

– …i powiedziała mi, że kobieta do której należy piwnica to koszmarna jędza – zakończył opowieść. – Nie znasz jej?

– Nnie, nie wiem, nie jestem pewna – wyjąkałam w duchu przyrzekając Bożence krwawą zemstę.

Na razie musiałam jakoś wybrnąć z sytuacji, zrobić coś, aby mu przez myśl nie przeszło, że owa koszmarna jędza to ja we własnej osobie. Ruszyłam dalej, obeszliśmy budynek z drugiej strony i stanęliśmy obok drzwi prowadzących na klatkę schodową. W międzyczasie wyjaśniałam zdarzenie w lesie.

– Jestem dłużniczką Gałgana i twoją – cały czas gimnastykowałam swój umysł, abym nie musiała użyć jego imienia. – Raz ty uratowałeś mnie przed rozbiciem głowy o kasownik, a dzisiaj twój Gałgan do spółki z Hondą od czegoś znacznie gorszego. Takie przynajmniej mam wrażenie.

Z przyjemnością obserwowałam zmianę na jego twarzy.

– Marianno – powiedział, – przyrzeknij mi, że więcej nie zrobisz takiego głupstwa.

– O, głupstwo to ja zrobię jeszcze niejedno w swoim życiu – odparłam. – Na pewno jednak długo nie pójdę po ciemku do lasu. Oj, długo!

31.03.2017

 

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 2

– Obudź się! Słyszysz? – kilka razy powtórzył Pawełek. – Mówię do ciebie i mówię a ty co? Śpisz z otwartymi oczami! Gorzej ci?

– Nie, przepraszam, zamyśliłam się. Co mówiłeś?

– Dużo różnych rzeczy. Ale wiesz co? Chyba myślałaś o czymś bardzo przyjemnym, bo uśmiechałaś się do tych swoich myśli. Dawno już u ciebie nie widziałem takiego uśmiechu.

– Oj, co ty tam widziałeś, pleciesz i tyle. Pokaż te papiery a tymczasem przejrzyj moje.

Szybko minęły dwa dni wypełnione referatami, dyskusjami, wywiadami, spotkaniami.

W drodze powrotnej porządkowaliśmy z Pawełkiem notatki.

Z uczuciem wielkiej ulgi, zmęczona do nieprzytomności, dotarłam do domu. Wskoczyłam do wanny z gorącą wodą. „Odmoczona” i pachnąca, z miłą świadomością, że nigdzie już dziś nie pójdę, wyłączyłam domofon. Powiedziawszy sobie „nikogo nie ma w domu” weszłam pod koc. Cóż za rozkosz znaleźć się we własnym łóżku po dwóch nocach spędzonych w hotelowym pokoju. Nie ma to jak własny kąt, choćby najmniejszy, najbiedniejszy ale swój.

Usnęłam jak kamień pierwszym snem. Śniło mi się jakieś straszne trzęsienie ziemi, dzwony dzwoniące na trwogę, potworny huk – jakby wybuch całego magazynu amunicji. Zapewne chciałam salwować się ucieczką, bo nagle ocknęłam się na podłodze, z guzem na głowie i siniakiem na łokciu. Nie wiedziałam kim jestem i jak się nazywam.

Dopiero po dłuższej chwili do mnie dotarło, że ja to ja i jestem we własnym, osobistym mieszkaniu. Podnosząc się z podłogi spojrzałam na budzik stojący obok tapczanu. Była dokładnie godzina dziewiętnasta minut czterdzieści osiem. Co u licha? Chyba przyśniło mi się coś koszmarnego. Tylko dlaczego dalej słyszę dzwonek i jakieś hałasy?

Dość długo trwało zanim zupełnie oprzytomniałam i zrozumiałam, że przez cały czas ktoś stuka i dzwoni do drzwi mojego mieszkania. Zarzuciłam szlafrok i przekręciłam klucz tkwiący w zamku. Ujrzałam przerażoną twarz Bożenki.

– Ty żyjesz?! Co się z tobą dzieje?! Tyle czasu walę w te cholerne drzwi a ty nic! Myślałam, że zasłabłaś albo się utopiłaś! Nie wiem zresztą co myślałam. Tak się zdenerwowałam, że już sama nie wiem co wiem.

– Uspokój się Bożenko. Wejdź do środka i usiądź.

– A ty zwyczajnie sobie spałaś! O tej porze! Powinnam cię zaskarżyć za „uszczerbek na nerwach”. Ja umieram z niepokoju a ta sobie śpi jakby nigdy nic.

– Skończyłaś? No to słuchaj. Przecież nie było mnie przez dwa dni. Wróciłam potwornie zmęczona i chciałam się przespać. Co w tym dziwnego? Wiesz, jak nie znoszę hoteli.

– Wiem, już mi przeszło. Ubierz się, weź klucze od piwnicy i chodź ze mną.

– A to po co?

– Pospiesz się, przestań marudzić – zniecierpliwiła się Bożenka. – I tak straciłyśmy dużo czasu.

– Ale co się stało? Może mi wreszcie łaskawie wytłumaczysz o co chodzi? – zupełnie nie mogłam pojąć jej zniecierpliwienia.

Ubieraj się, no szybciej a ja będę opowiadała.

– Ale…

– Pospieszysz się czy nie?! Już cię tu nie ma… – rozzłościła się Bożenka nie na żarty.

Wolałam się dłużej nie narażać. Złapałam dżinsy, leżącą na wierzchu bawełnianą koszulkę a Bożenka opowiadała.

– We wtorek wzięłam się za porządkowanie ogródka z drugiej strony bloku. Nie od balkonu lecz od kuchni.

– Co cię napadło? Powiedziałaś, że za Chiny Ludowe tego nie ruszysz – zdziwiłam się.

– Ale mi się znudził ten nieporządek. Wymyśliłam, że posadzę jaśmin i pnące róże… Ojej, przestaniesz mi przerywać? Jeszcze raz się odezwiesz i zrobię ci krzywdę!

– No dobrze, dobrze, już się nie odezwę, chyba, że…

Bożenka najpierw tupnęła nogą, następnie ruszyła w moim kierunku. Na wszelki wypadek cofnęłam się za drzwi szafy. Bożenka zatrzymała się, groźnym spojrzeniem dała do zrozumienia, że następnym razem nie zapanuje nad sobą i, być może, żądza mordu weźmie górę nad resztkami zdrowego rozsądku, po czym usiadła w fotelu.

– Wzięłam się więc za ten ogródek. Miałam akurat w ręku metalowe grabki… gdy nagle z przerażeniem zobaczyłam jak wprost na mnie pędzi wilk z rozwianymi uszami i…

– Z rozwianymi uszami? – zdziwiłam się niepomiernie. – Wilk? W środku osiedla? No… ostatecznie… – zastanowiłam się, – uszy mogą się rozwiewać, na przykład spanielowi. Ale skąd wytrzasnęłaś wilka?

-…i z otwartą zębatą paszczą! – Bożenka dokończyła zdanie podniesionym głosem i z bardzo wymownym wyrazem twarzy, więc umilkłam. – Kucałam, to mi się zdawało, że wilk. Mogło się zdawać? Mogło. A tobie nic do tego. Kiedy był o krok, nie, o skok ode mnie, zobaczyłam, że coś goni. Coś malutkiego, szarego, czego wcześniej nie zauważyłam. Nie skończyłam myśleć, gdy to coś przemknęło obok mnie a owo wilcze szczenię…

– Aha, to było wilcze szczenię, dlatego mu się uszy rozwiewały – zauważyłam dumna ze swej domyślności. – I co, i co?

– I to, że wpadło na mnie! Nie dosyć, że mnie całkiem zwaliło z nóg, to jeszcze wytrąciło mi z ręki grabki, które po wykonaniu pięknego lotu rąbnęły w okienko twojej piwnicy…

– Ojejku – jęknęłam, – trzeci raz w tym roku…

– … rozbijając oczywiście szybkę. Czego jęczysz? Całe szczęście, że rozbiły szybkę, bo przez tę dziurę wpadło do środka to coś, co, jak się wreszcie domyśliłam, było małym kociakiem. Gdyby nie dziura, szczeniak dopadłby kociaka i pewnie rozszarpał.

– Skoro tak, dobrze, że rozbiłaś szybkę.

– Ja rozbiłam? – zdziwiła się Bożenka.

– A kto? – zdziwiłam się, że ona się dziwi.

– Przecież chyba słyszałaś, że szczeniak wpadł na mnie i wytrącił te diabelskie grabki.

– To znaczy, że szczeniak? – miałam mętlik w głowie. Nie dosyć, że wyrwała mnie z głębokiego snu, to jeszcze straszy i każe myśleć!

– Głupia. Posłuchasz wreszcie do końca? – Bożenka podniosła się z fotela. – Szczeniak zahamował przed okienkiem wszystkimi czterema łapami i szczekał. Zanim zdążyłam się pozbierać, za szczeniakiem przycwałował jakiś obcy chłop. Prosto na mnie, przez mój ogródek.

– Poczekaj, zaczynam rozumieć – ucieszyłam się. – Obcy chłop gonił obcego szczeniaka, który przed nim uciekał, tak?

– Coś podobnego, zaczynasz myśleć – zdumiała się moja kochana sąsiadka. – Obcy, bo go nigdy nie widziałam, znam wszystkie psy w okolicy. Takiego nie ma. To znaczy, teraz już jest.

– Czekaj, kogo nie ma? A kto jest? Chłop czy szczeniak?

– Tępa jakaś czy znów zgłupiała? – z politowaniem spojrzała na mnie. – Żadnego nie było, rozumiesz? Gdybym go choć raz zobaczyła na oczy, z pewnością dobrze bym zapamiętała. Chłopa. Nie był w psim ubraniu. Elegancki jak marzenie. Gdy przecwałował nade mną, w powietrzu uniósł się cudowny zapach markowej wody… – zamilkła i wpatrywała się w pusty kawałek ściany.

– Zaczadziałaś od tego zapachu? I co dalej?

– I złapał szczeniaka. I bardzo się zmartwił, że komuś rozbił szybę.

– Aha, bo to on rozbił – wykrzyknęłam radośnie.

– No i czego się cieszysz? Przecież ci to cały czas mówię. Skoro szczeniak był jego, to znaczy, że on rozbił szybę. No nie tak?

– No chyba tak…

– Nie chyba, ale na pewno – stanowczo powiedziała Bożenka i tak jakoś westchnęła. – Oj, gdybyś ty zobaczyła tego obcego chłopa… Dobrze, że siedziałam na trawie bo chyba usiadłabym z wrażenia. Był tak przystojny, elegancki…

– I pachniał?

– I pachniał.

– To go nie znam.

– Ja też. Dlatego jest obcy. To znaczy był, bo teraz już go znam. O mało co się nie zakochałam, ale przecież mam męża a Łukasz nie zasłużył sobie, żebym się zakochiwała w obcym chłopie.

– Dlatego mnie ściągałaś z łóżka? Żeby opowiedzieć o obcym chłopie, w którym się o mało nie zakochałaś? – nie mogłam się zdecydować, czy z politowaniem pokiwać głową czy zacząć się złościć.

– Oszalałaś? Po to cię budziłam, żebyś wreszcie zeszła ze mną do twojej piwnicy, otworzyła ją i wyciągnęła kotka.

– To ty go tyle czasu trzymasz w mojej piwnicy? – oburzyłam się. – Może mu się coś stało? Może z głodu umarł?

– Nie umarł, bo miauczy. Zresztą przez okienko wrzucałam mu jedzenie.

– Ale szczury mogły zeżreć żarcie i jego też! – już byłam na korytarzu z kluczami od piwnicy w garści.

Otworzyłyśmy drzwi. O dziwo, światło dało się włączyć za pierwszym razem i blask mocnej żarówki rozświetlił piwniczne ciemności. W kąciku, wciśnięte między szafkę a ścianę, na kawałku tekturowego pudełka siedziało malutkie, szare stworzonko z ogromnymi oczami zajmującymi więcej niż połowę trójkątnej mordki.

Pomaleńku zbliżyłam się i pochyliłam nad kociakiem. To było niemożliwe, ale przecież wyraźnie widziałam, że skurczył się jeszcze bardziej. Biedna, maleńka, wystraszona istotka sama samiuteńka na tym „najlepszym” ze światów. Zrobiło mi się żal szarej sierotki do tego stopnia, że poczułam łzy pod powiekami. Zerknęłam na Bożenkę. Stała nieruchomo prawie nie oddychając. Pomału wyciągnęłam rękę i delikatnie dotknęłam łebka. Całe ciałko zadrżało. Już się zdecydowałam. Trudno. To widocznie zrządzenie losu. Czyż mogę zostawić tę bidulkę tutaj szczurom na pożarcie? Wzięłam malucha na ręce. Był jak sparaliżowany ze strachu, nawet się nie bronił. Zrobił tylko jedno cichutkie „kiauuu”. Przytuliłam go do siebie, był taki malutki i cieplutki. Usłyszałam jak Bożenka głęboko odetchnęła.

-Ach ty jędzo! Ty wiedziałaś, że go wezmę do domu, specjalnie kota wrzuciłaś do mojej piwnicy! – ruszyłam w jej stronę.

– Cicho, nie drzyj się, bo jeszcze bardziej kociaka wystraszysz. Nic nie zrobiłam specjalnie, samo wyszło. Nie, źle mówię. Specjalnie to ja wzięłam adres od obcego chłopa. Powiedziałam, że to piwnica takiej okropnej złośnicy, która będzie chciała rekompensatę za tę rozbitą szybę. I znajdzie go przez policję jak inaczej nie da rady.

– No wiesz! – oburzyłam się. – Jak mogłaś coś podobnego powiedzieć?

– Inaczej nie zdobyłabym jego adresu.

– Zgłupiałaś już do cna. Masz zamiar zdradzać Łukasza?

– Też coś. O co ty mnie posądzasz? O tobie myślałam.

– No nie, to już przekracza wszelkie granice!

– Proszę, to się nazywa wdzięczność – Bożenka najwyraźniej miała dość naszej wysoce inteligentnej wymiany zdań. – Jest tak przystojny, że szkoda byłoby go oddać w ręce jakiejś obcej baby. Pasowałby do ciebie jak ulał.

– O nie, dziękuję. Ja już ten temat przerobiłam i nie reflektuję na powtórkę – powiedziałam trochę głośniej niż zamierzałam, wściekła jednocześnie na swoją wyobraźnie podsuwającą obraz pięknego znajomego-nieznajomego z autobusu.

– Marianno, czy mogłabyś przestać wrzeszczeć i nie znęcać się już nad tym biednym kotem?

– Mój kot, nie twój – oświadczyłam przekraczając próg własnego mieszkania. – Mogę go straszyć ile mi się podoba.

– Guzik byś miała a nie kota gdyby moja Baśka jeszcze trochę nie była uczulona. Jak jej całkiem przejdzie to też sobie kota znajdę. A w ogóle masz go dzięki mnie i czuję się za niego odpowiedzialna – odpowiedziała z godnością podnosząc głowę odrobinę wyżej niż zazwyczaj.

– Wcale nie, bo dzięki obcemu szczeniakowi należącemu do obcego chłopa. I żebyś wiedziała, pójdę do niego podziękować za kota. Nie będziesz mi szargała opinii w całym osiedlu!

Widząc tryumfalną minę przyjaciółki i słysząc jej chichot zamknęłam drzwi. Zrobiła mnie w konia. Postawiła na swoim. Wiedziała, że jeśli powiedziałam, że pójdę, to tak zrobię, bo może jestem głupia, ale słowa zawsze dotrzymuję.

Kociak przez cały czas siedział przytulony do moich rąk. Wyraźnie czułam, że nie jest już spięty, mięśnie rozluźniły się i malutka, cieplutka kuleczka poruszyła się. Najpierw spod ręki wysunęła się główka, zabawnie zmarszczony nosek wciągał powietrze poznając nowe zapachy. Oczka otworzyły się szeroko, wąsiki poruszały po obu stronach pyszczka.

Przytuliłam do policzka mięciutkie futerko. W gardziołku włączył się traktorek i poczułam dotyk szorstkiego, różowego języczka, który zaczął wylizywać moja rękę. Wiedziałam, że mam nowego domownika, którego nikomu nie oddam, że to cała „kulka” psot i utrapienia, ale jednocześnie rozproszenie chmur i rozładowanie napiętych sytuacji, odreagowanie stresów na wesoło, to radość, śmiech i dobry humor.

Kiedy przed rokiem ze starości zakończyła życie moja najukochańsza kotka Kizia powiedziałam, że nie chcę żadnej innej. Cóż, zrządzenie losu i ostrzeżenie, żeby nigdy nie mówić nigdy.

I co ja mam z tobą zrobić, maluchu? – spytałam szarej kulki.

Kulka coś pisnęła nie wyłączając traktorka.

– Jak ci dać na imię, szara kuleczko? Może właśnie Kuleczka?

Z prawdziwą przyjemnością stwierdziłam, że to Kuleczka a nie Kuleczek. Przyzwyczaiłam się do kotki, może z kocurkiem nie doszłabym do porozumienia? Może nie kochałabym go tak bardzo jak – już wiedziałam – pokocham Kuleczkę?

Wciąż trzymając znajdusię jedną ręką nalałam odrobinę mleka na spodeczek i włożyłam kawałek gotowanego kurczaka do pojemniczka po serku homogenizowanym. Nie okazując wcale strachu Kuleczka zajęła się jedzeniem. Oczywiście zauważyłam duże podobieństwo do Kizi, choć ktoś obcy powiedziałby, że żadnego nie ma. Ja jednak widziałam i to wystarczyło.

Kuleczka najadła się, brzuszek napęczniał jak balonik. Wzięłam ją na ręce i zaniosłam na kołdrę. Sama wreszcie położyłam się spać a koteczka przydreptała na poduszkę i zwinięta w kłębuszek usnęła przytulona do mojego policzka.

31.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 1

Wyszłam z domu do pracy wcześniej niż zwykle. Wskoczyłam do autobusu w ostatniej chwili, nim ruszył z pętli, a kierowca nie zamknął mi drzwi przed nosem. Tak więc dzień rozpoczął się niezwykle.

Słońce świeciło, po nocnym czerwcowym deszczu pachniała świeżością zielona trawa, ćwierkały wróble. Miałam wrażenie, że od strony pól oddzielających osiedle od Lasu Kabackiego usłyszałam dźwięczny głos skowronka. Zrobiło mi się lekko na duszy. Uśmiechnęłam się promiennie do kierowcy zamierzając spokojnie usiąść na środkowym siedzeniu. Autobus ruszył – dokładnie w tym właśnie momencie – i dość gwałtownie szarpnął. Usiłując przytrzymać się górnej poręczy zaczepiłam palcem o frotkę ściągającą włosy w koczek nad karkiem. W rezultacie nie zdążyłam się owej poręczy uchwycić, frotka została na palcu, włosy rozsypały się wokół głowy a ja, ku swemu przerażeniu, wylądowałam na kolanach siedzącego mężczyzny.

Wystraszona, zdumiona, zaskoczona i zawstydzona zarazem, nie byłam w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu. Siedziałam jak skamieniała. Jedyne co widziałam to oczy tego jegomościa. Wpatrzone we mnie szare oczy, wręcz kłujące zimnym, stalowym blaskiem stopniowo przechodzącym w ciepłe iskierki uśmiechu. Poza tymi oczami nie widziałam bożego świata, skrył się za mgłą. Jak można mieć takie cudne oczy?

– Czy pani wygodnie? – usłyszałam koło ucha miękki, ciepły, niski głos.

Chciałam się odezwać, ale żadnego słowa nie udało mi się wydobyć. Minęła chyba cała wieczność… Głośno przełknęłam ślinę i usłyszałam jakiś obcy, chropowaty dźwięk.

– Przepraszam pana bardzo…

To był mój głos?! O zgrozo, koszmarny niczym starej pijaczki po wypaleniu pięciu paczek najpodlejszego gatunku papierosów i to za jednym zamachem.

– Ależ nie ma pani za co przepraszać. Bardzo rzadko tak wcześnie rano szczęście samo wpada człowiekowi w ręce.

Uśmiechnięte szare oczy i cudowny głos były jedynymi elementami świata zewnętrznego docierającymi do mnie. Pomyślałam, że wreszcie muszę coś zrobić. Spróbowałam poruszyć głową, co w końcu się udało. A więc odzyskałam zdolność ruchu.

– Jeszcze raz bardzo pana przepraszam – oświadczyłam już prawie normalnym głosem. – O matko, muszę się podnieść. Przecież nie mogę siedzieć obcemu mężczyźnie na kolanach!

– Ale może pani usiąść obok mnie. Jest wolne miejsce. Nie widzi pani? Nic się pani nie stało? Może się pani uderzyła…

Chyba w głowę… Nie, nie uderzyłam się i nie zauważyłam wolnego miejsca. Za to zauważyłam, że wszystko, co dla mnie trwało wieki całe, poza mną trwało zaledwie kilka chwil. Akurat tyle, ile zajmuje przejazd od jednego przystanku do drugiego. Zauważyłam też, że do tej pory byliśmy jedynymi pasażerami, zaś kierowca, z konieczności zapatrzony przed siebie, niczego nie zauważył. Odetchnęłam głęboko.

Dopiero teraz spojrzałam uważniej na siedzącego obok mężczyznę. O choroba, chyba mu się zepsuł samochód. Tacy jak on nie jeżdżą autobusami. Jakbym go gdzieś widziała… dawno temu… we śnie… Jak może mieć na imię? Żadne zwyczajne do niego nie pasuje. Albo raczej: zwykłe imię automatycznie stałoby się niezwykłe… Gdzie się zdążył tak opalić? Włosy, choć wcale nie tak bardzo jasne, wydawały się jaśniejsze w połączeniu z opaloną twarzą. Na pewno nie miał jeszcze czterdziestki. To tak jak ja… No nie, przesada, niedawno przekroczyłam trzydziestkę i uważam się za bardzo jeszcze młodą osobę. Cóż ja trzymam na palcu? O rety, przecież to frotka! A więc wyglądam jak czupiradło! Oczywiście! Nie dosyć, że znalazłam się w idiotycznej sytuacji, to wyglądem przypominam wiedźmę do straszenia dzieci. Zawsze tak jest. Ilekroć chciałabym wypaść wspaniale, robię coś głupiego i klops, nigdy mi nic nie wychodzi. Teraz to samo.

– Właściwie uratował mi pan życie – powiedziałam z uśmiechem, który miał być czarujący, usiłując okazać spokój i pewność siebie. – Przecież mogłam się zabić, prawda?

– Prawda – przytaknął jakoś tak zbyt gorliwie.. – Czy pomóc się pani uczesać?

Też coś! Wzruszyłam ramionami. Co za brak delikatności. Sama wiem co mam zrobić. Obcy chłop nie musi mi mówić, że jestem rozczochrana.

– Faktycznie, muszę się doprowadzić do porządku – sięgnęłam do torebki po grzebień. – To bardzo nieładnie czesać się w autobusie ale cóż, siła wyższa.

– Właśnie, czasami trzeba postępować wbrew utartym regułom – zaczął mówić i nagle przestał.

Rozczesałam splątane włosy. Dwaj pasażerowie zajęci byli czytaniem i nie zwracali na mnie uwagi. Mój piękny sąsiad wyjął długopis i notesik, i otworzył usta chcąc zapewne dokończyć rozpoczętą wypowiedź. W tym momencie kierowca niespodziewanie zahamował. Uderzyłam grzebieniem w długopis, który łukiem przeleciał nad przejściem między siedzeniami i zniknął gdzieś na podłodze. Zrobiłam się czerwona jak piwonia. Miałam wrażenie, że włosy mające zwykle kolor jesionowego drewna też się zaczerwieniły. Zamarł na moment w bezruchu i wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami. Znowu odjęło mi mowę i jedyne o czym marzyłam, to zniknięcie z powierzchni ziemi, absolutne zdematerializowanie się. Siedzieliśmy tak, ja z grzebieniem w garści, on z notesikiem. Kąciki ust zaczęły mu lekko drżeć, wreszcie parsknął śmiechem nie mogąc dłużej utrzymać powagi.

– Jest pani wspaniała i niepowtarzalna – wydusił wreszcie.

– Czy zawsze śmieje się pan z nieznajomych… – chciałam jeszcze coś powiedzieć ale moja zaśniedziała dotąd wyobraźnia zaczęła intensywnie pracować i wczułam się w jego położenie.

– Czegoś podobnego jeszcze nie przeżyłem – śmiał się. – Uratowałem pani życie a w podziękowaniu pani chciała mnie zamordować grzebieniem.

Teraz i ja nie wytrzymałam, ze śmiechu łzy pociekły mi po twarzy.

– Uważam, że nad takim splotem wydarzeń nie można przejść do porządku dziennego. Akurat odstawiłem samochód do warsztatu…

A więc miałam rację! Poczułam się dumna z własnej domyślności.

-…i akurat pani wsiadła do tego autobusu, i akurat mnie wpadła w objęcia, i…

– I niech mi pan uwierzy – wpadłam mu w słowo, – że akurat wcale nie miałam zamiaru pana zamordować. Za mało pana znam… Z reguły nie morduję nieznajomych i to bez powodu. A już rano wykluczone! Nie miewam o wczesnej porze morderczych instynktów, zawsze wydaje mi się, że rano spotka mnie coś miłego.

– A co, nie spotkało? – spytał z uśmiechem, od którego nogi mi się ugięły i nie było tego widać jedynie dlatego, że siedziałam.

– Aha, spotkało! Zrobiłam z siebie idiotkę i to ma być miłe? Przed znajomymi to co innego, już się przyzwyczaili…

– Ale przed obcym człowiekiem to okropne przeżycie, prawda? – teraz on wpadł mi w słowo.

Dokładnie tak chciałam powiedzieć…

– Nie pozostaje mi nic innego niż prosić, aby zaliczyła mnie pani do grona swoich znajomych.

– Przecież ja wcale pana nie znam!

– Właśnie chcę się przedstawić ale pani mnie nie dopuszcza do głosu.

– Przecież nic nie mówię, tylko…

– O, znowu. Muszę się pospieszyć bo znów pani czymś we mnie rzuci. Dlaczego pani wygląda przez okno zamiast patrzeć na mnie?

– Bo zaraz będzie mój przystanek – zełgałam.

– No widzi pani, że pośpiech jest konieczny. Nazywam się – w tym dokładnie momencie kierowca zatrąbił więc nie usłyszałam. – I bardzo proszę o pani telefon.

– Nie mam telefonu, nie zdążyłam się dorobić. Dopiero mają zakładać za rok w naszym rejonie – podniosłam się z miejsca.

– Proszę poczekać, a do pracy?

– O Boże, zapomniałam, naprawdę. Przecież nie dzwonię sama do siebie!

Z nadmiaru wrażeń rzeczywiście nie mogłam sobie przypomnieć. Choroba, akurat od niedawna miałam nowy numer.

– Niech pani jeszcze nie ucieka!

– Muszę, mam spotkanie z nowym szefem – ruszyłam w stronę drzwi.

– Jak pani na imię? – przytrzymał mnie za rękę.

– Marianna. Przepraszam, niech pan puści moją rękę bo nie zdążę wysiąść.

Wyskoczyłam na chodnik w ostatniej chwili. Stanęłam i bezmyślnie wpatrywałam się w odjeżdżający autobus. To wcale nie był mój przystanek. Musiałam wysiąść, bo coś dziwnego zaczęło się ze mną dziać. Jak kiedyś, dawno temu, gdy w Opolu dotknęłam ręki Seweryna Krajewskiego prosząc o autograf. Tylko… byłam w nim do nieprzytomności zakochana. W Sewerynie oczywiście, nie w autografie. Ale teraz?

Przeszłam piechota całe dwa przystanki usiłując po drodze ochłonąć i pozbierać myśli. No i co się takiego stało? Czy to moja wina, że autobus szarpnął? Oczywiście, że nie. Zresztą każdemu może się zdarzyć chwilowy brak równowagi. Mógł tam nie siedzieć… Jak mu się nie podobało… Coś mi jednak w duchu mówiło, że mu się podobało, w przeciwnym wypadku nie rozmawiałby, nie przedstawiał się… i w ogóle… No tak, ale nie wiem jak się nazywa! Zachowuję się jak nastolatka a nie dojrzała kobieta, matka bliźniaków rozpoczynających po wakacjach szkolną karierę. Dobrze wiem, że mu się podobało… Boże, cóż on miała za uśmiech, szkoda, że go więcej nie zobaczę… A właściwie to dlaczego nie miałabym go zobaczyć? Skoro wsiadł na pętli, pewnie mieszka gdzieś w pobliżu. Może go jeszcze spotkam? Muszę jutro znowu wstać wcześniej i zdążyć na ten sam autobus. Dobrze, że mój były drogi małżonek zabrał dzieci i sunię na wieś, mam więc tydzień spokoju. Zaraz po pracy pójdę do fryzjera, podetnę trochę włosy. Nie pozwolę dużo obciąć, o nie! Trzy lata się męczyłam, żeby mieć długie. Tak z pięć centymetrów wystarczy, żeby zrównać. Może zrobię lekką trwałą? Dlaczego nie? A po powrocie do domu wyrzucę z szafy wszystkie ciuchy, zrobię porządek. Przy okazji może znajdę jakąś starą spódnicę nadającą się do obcięcia. Wprawdzie twierdziłam, że nigdy już nie założę mini bo nosiłam przez prawie całe życie i długie spódnice jeszcze mi się nie zdążyły znudzić, ale podobno tylko krowa nie zmienia zdania.

Z głową przepełnioną tysiącem pomysłów doszłam do budynku redakcji. Natychmiast wróciłam na ziemski padół ponieważ – w postaci grupki koleżanek i kolegów – „skrzeczała rzeczywistość” i to dosyć głośno. Hałas wzmógł się na mój widok.

Okazało się, że pewna impreza, w której miałam służbowo uczestniczyć, została przesunięta o tydzień i rozpoczyna się nazajutrz a wieść o tym dotarła zaledwie przed chwilą. Kochani współpracownicy podzielili się pracą, którą powinnam wykonać w ciągu najbliższych godzin, zebrali do teczki materiały potrzebne do przygotowania się na jutrzejszy wyjazd i wypchnęli mnie do domu. Tak więc plany zajęcia się wreszcie własną cenną osoba spełzły na niczym.

Wróciwszy do domu zatonęłam w papierzyskach. Zdążyłam jeszcze poprosić moją sąsiadkę Bożenkę, jadącą właśnie do miasta, o kupno biletów na poranny ekspres do Krakowa dla mnie i dla redakcyjnego kolegi Pawełka, który miał mi towarzyszyć.

Zajęta sprawami zawodowymi męczyłam się bardzo, muszę przyznać, bo myśl uciekała – oczywiście wbrew mej woli – w stronę owego urokliwego pana o szarych oczach…

30.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Lucynie Gatlik-Sawickiej – mojej siostrze i przyjaciółce

Opowieść Marianny” powstała dawno temu, zadedykowałam ją mojej siostrze. Lucy już dawno powędrowała do Krainy Wiecznych Łowów, tęsknię bardzo za nią, za taką jak była przed chorobą, wesołą dziewczyną, skorą do żartów, figli, mającą kilka pomysłów na minutę, kochającą książki. W naszym rodzinnym domu było jak u Pruszkowskiej w „Życie nie jest romansem” i „Przyślę panu list i klucz”: wszyscy uwielbialiśmy czytać i często mówiliśmy do siebie cytatami z aktualnie czytanych lektur.

Tę malutką opowieść wydano w 1993 r. z błędami orograficznymi (których w życiu bym nie zrobiła) oraz ze zmienionymi fragmentami tekstu. Przeżyłam to okrutnie, wstydziłam się bardzo  jakby to była moja wina, dopóki moja chrzestna mama, kochana ciocia Ela ( też już po Drugiej Stronie Tęczy) nie powiedziała: rzecz jest dobra, tylko rzemieślnik spieprzył dzieło, ja jestem z ciebie dumna. Przepraszam za dosadne wyrażenie, ale ciocia tak właśnie podtrzymała mnie wówczas na duchu. I pomogło. Po wielu latach sięgnęłam po „Mariannę” i cofnęłam się w czasie…

Przytoczę ją w wersji poprawionej, w ramach ciągu dalszego zbierania w jednym miejscu moich najprzeróżniejszych dyrdymałkowych tekstów, ku rozrywce tych, którzy ją tu znajdą (znaczy: rozrywkę:))

30.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Szczawnica – nagroda i „Szczawnickie słonie”

Właśnie przed chwilą weszłam na oficjalną stronę Szczawnicy. Otóż moje kochane miasteczko w Ogólnopolskim Konkursie na Najlepiej Oświetloną Gminę i Miasto 2016 zdobyło II nagrodę za oświetlenie świąteczne na terenie miasta w sezonie 2015/2016.

Gratulacje!!!

Niezwykle mnie cieszą takie informacje, bardziej niż… nie wiem co….:) Mimo, iż nie mogę teraz tam długo przebywać z przyczyn ode mnie niezależnych:( tak się złożyło:( to często – gdy włączam komputer – zerkam co się w tej mojej Szczawnicy dzieje. Teraz też zerknęłam i ucieszyłam się ogromnie.

Z tej okazji dołączę Wymyślankę o szczawnickich słoniach:)

Przyszły dwa słonie do Szczawnicy

i przystanęły na Głównej ulicy.

Zaciekawili się przechodnie:

Czy aby będzie wam wygodnie?

Skąd tu przyszłyście, jak, dlaczego?

Może z namiotu cyrkowego?

Czy przyjechałyście z Afryki

słonia małego ukryć wybryki?

Ależ skąd! – mama słonica odpowie. –

Ja mam ważniejsze sprawy na głowie.

Synek mój grzeczny jest niesłychanie

drodzy panowie i miłe panie.

Chcę kupić dla niego spodnie,

duże, by było mu wygodnie.

Doradzili wnet przechodnie:

Idź do „Halki” naprzeciwko

tam z pewnością kupisz spodnie.

Idą po schodach, ledwo się mieszczą

a schody pod słoniami trzeszczą.

Ogląda ciuszki mama słonica,

tym, oraz tamtym się zachwyca,

lecz słonik płacze bez umiaru,

bo spodni dla niego nie ma rozmiaru.

Radzą klienci i sprzedawczyni

co należałoby uczynić,

by będąc w mieście słonik miał spodnie

no…i tak…jakoś…wyglądał godnie.

Wtem chmara ptaków nadleciała,

chyba ich z tysiąc było bez mała.

Obsiadły okna, do środka wpadły

i sprzedawczyni kanapkę zjadły.

Poczęły ćwierkać, krakać, cirlikać

aż słonik po schodach zaczął umykać,

a za nim mama w trosce o dziecko,

by nikt mu krzywdy nie zrobił zdradziecko.

Zbyteczne były obawy słonicy.

Ptaki dopadły słoni na ulicy

i przekazały wiadomość radosną,

że od dziś – słonie każdą wiosną

otrzymają piękne kwiatowe ubranie

i fakt ten tradycją w Szczawnicy się stanie.

Słonie z radości trąby uniosły do góry

i tak stoją, trąbami celując wprost w chmury.

30.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Szczawnica, wierszydełka, Wymyślanki | Dodaj komentarz

Urodziny Małego:):):)

Dzisiaj są urodziny mojego Małego synka 🙂 Nie powiem ile lat minęło, bo sama w to nie wierzę. Duży miał wtedy trzy latka i czekał na dzidziusia, zresztą jemu pierwszemu powiedziałam, że będzie miał rodzeństwo 🙂

Synku! Niech Ci sprzyja wszystko na Twojej drodze, niech to, co na świecie najlepsze będzie Twoim udziałem, bo na to zasługujesz.

I w ogóle NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ teraz i zawsze 🙂

29.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Miesięcznica

Nagłówek wielce mylący… Życie polityczne tak zdominowało wszystkie inne sfery, że skojarzenia stają się jednoznaczne. .. A otóż chodzi o coś innego:) Minął miesiąc od kiedy moje Duże dziecko założyło mi bloga:)

Stwierdzam po upływie owego miesiąca, że bardzo mi się to podoba, na dodatek spowodowało znaczny wzrost pozytywnych emocji w moim życiu codziennym:) Mniej uwagi poświęcam problemom a więcej porządkowaniu papierów (oraz myśli), wyszukiwaniu w ich stosach kolejnych Wymyślanek oraz innych dyrdymałkowych tekstów. Idą w ślad za tym refleksje, choćby: jakim innym człowiekiem byłam pisząc np. ‘Mariannę”. Nie do wiary, że wraz z ilością przeżywanych doświadczeń i upływającego czasu tak bardzo zmienia się stosunek do życia, do spraw dziejących się – a właściwie przepływających – obok nas. I wewnątrz nas również. Coś, co niegdyś wydawało się być końcem świata i nieomal powodem do samounicestwienia, teraz budzi tylko uśmiech i politowanie. To takie przesłanie dla młodych (i nie tylko): na każdą sprawę, nawet tę najważniejszą, czas przyniesie inne spojrzenie. Przyniesie też nowe, niespodziewane, nieprzewidziane, cudowne przeżycia i ciąg dalszy wszystkiego. Po prostu tak już jest. Nie warto sobie więc tego czasu dobrowolnie skracać ani go nie marnować, bo i tak dany jest nam w ograniczonym zakresie.

28.03.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz