„Opowieść Marianny” 10

Zajęłam się domem, zakupami, ogrodem, ciocia więc mogła dojść do siebie i nabrać sił po ciężkim zapaleniu płuc. Poza tym, obserwując zabawy dzieci i zwierzaków, zaśmiewała się do łez i nie miała czasu na myślenie o chorobie.

Czerna jest wyjątkowo pięknie położoną miejscowością. A właściwie nie wyjątkowo, źle powiedziałam, bo w dawnej Galicji każde miejsce jest piękne, jedyne i niepowtarzalne. Wzgórza poprzecinane wąwozami, stoki porośnięte różnobarwną roślinnością, serpentyny dróg, co kilka kroków nowy widok zapierający dech – oto uroki tej ziemi. Kiedy nadchodzi lato tęsknię za tym wszystkim aż do fizycznego bólu. Mogę przez cały rok normalnie funkcjonować w Warszawie tylko dlatego, że mam w perspektywie przyjazd tutaj. I to mnie zawsze trzymało przy życiu.

Chłopcy bardzo dobrze czuli się na swobodzie. Mogli łazić po drzewach, turlać się po cudownie chłodnej trawie z górki w dół, budować bazę w gęstych krzakach jaśminu i robić mnóstwo ciekawych rzeczy, jakie tylko im przyszły do głowy.

Domek cioci stał na wysokiej podmurówce. Na poziomie ziemi mieściła się komora, piwnica i piwniczka, ta ostatnia tuż koło schodów prowadzących na ganek. Teraz była pusta i w razie niepogody służyła Szkrabom za „mieszkanie”. Ganek był nieduży, drewniany. Z trzech stron wyglądało się z niego na ogród przez okna składające się z maleńkich szybek. Na ganeczku, na wprost drzwi wejściowych stała biała ława-skrzynia z oparciem. Obok, w rogu, pralka, po lewej stronie – maszyna do szycia, piękny Singer, jeszcze sprzed wojny. Podwójne, szerokie drzwi zapraszały do sieni, z której było wejście do pokoju, do kuchni, zejście do piwnicy zakryte zasłonką oraz szeroka drabina na strych.

Ciocia spała w kuchni na dużym łóżku stojącym zaraz za drzwiami. Poza nim biały kredens, stół pod oknem, lodówka i szafeczka na garnki stanowiły umeblowanie pomieszczenia. Aha, jeszcze kuchenny piec z kafli miodowego koloru, wykończony mosiądzem, wyczyszczonym zawsze i błyszczącym.

Pokój był olbrzymi. Zmieściły się w nim dwa duże, małżeńskie łóżka, nad którymi – na ścianie osłoniętej kilimem, wisiał obraz – tak często w Galicji spotykany – przedstawiający Serce Jezusowe. Poza tym przepiękny, rzeźbiony kredens, identycznie zrobiony sięgający sufitu stojący zegar i taka sama trzydrzwiowa szafa z lustrem na zewnętrznej stronie środkowych drzwi. Ponadto jeszcze stół z toczonymi nogami, sześć krzeseł i leżanka po lewej stronie drzwi. Po prawej zaś – piec kaflowy wyjątkowo długo trzymający ciepło.

Między dwoma oknami na trójkątnym kwietniku pysznił się zielenią ogromny asparagus. Jego „dziecko” ozdabiało ganek wisząc na drewnianej półeczce nad ławą, przy samym oknie. Nad drzwiami pokoju wisiały oprawione w ramki dyplomy nieżyjącego wujka i jego fotografia, z której się uśmiechał wyglądając na ogród przez szeroko otwarte okno ganku.

Kochałam wszystko, co się tu znajdowało. To było całe moje dzieciństwo, a uśmiechnięta i promieniująca ciepłem i życzliwością twarz cioci Jadzi dawała poczucie bezpieczeństwa oraz pewność, że zawsze znajdę u niej schronienie. Bez względu na to, z której strony wiać będą wiatry historii i co się wydarzy.

10.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 9

Zanim ów osławiony szef miał okazję wrócić, wzięłam urlop i wyjechałam z dziećmi. Musiałam, ponieważ rozchorowała się ciocia Jadzia, u której od urodzenia spędzałam wakacje. Nie mogłam się nią nie zająć. Jest siostrą mojej mamy. Sama bezdzietna, traktowała mnie jak własną córkę. Miałyśmy wspólny język, opowiadałam jej o wszystkim,zwierzałam się z sekretów, których nie umiałabym powierzyć mamie. Kiedy oznajmiłam, że podjęłam decyzję i rozwodzę się z mężem, przytuliła mnie.

– Kochanie, zawsze twierdzę, że lepiej się rozejść niż dla zachowania pozorów męczyć siebie i wszystkich wokół – stwierdziła. – Najważniejsze zawsze i wszędzie jest zachowanie człowieczeństwa. Jeśli tak będziesz postępowała, twój obecny mąż będzie w przyszłości darzył cię szacunkiem a dzieci miłością. W przeciwnym wypadku wszyscy się znienawidzicie.

Miała absolutną rację. Całe życie będę jej wdzięczna za dobre i mądre rady.

Pojechaliśmy do cioci wszyscy, oczywiście z Alfą i Kuleczką, zostawiając Bożence klucze od mieszkania. Nigdy nie zapomnę drogi przez mękę, którą odbyłam, zanim resztkami sił dotarłam z całym towarzystwem do domku cioci Jadzi.

Najpierw były problemy z pakowaniem, jako że moje Szkraby chciały zabrać ze sobą tonę – oczywiście najpotrzebniejszych – przedmiotów, wśród których znalazły się między innymi dwa kawały kredy o średnicy dziesięciu i dwudziestu ośmiu centymetrów przytarganych pewnie z jakieś budowy z okolicy. Zanim do nich dotarło, że wszystko musi się zmieścić w jednym plecaku, kilka razy ręce opadały mi aż do podłogi. Miałam ochotę ryknąć na nich, stłuc na kwaśne jabłko albo udusić gołymi rękami wbrew głoszonym zasadom, iż robić takich rzeczy nie należy.

Wreszcie byliśmy spakowani i wyruszyliśmy do autobusu, tworząc pochód wyglądający widocznie interesująco skoro napotkani przechodnie przyglądali się nam mniej lub bardziej dyskretnie. Jakaś tęga niewiasta aż się odwróciła bezczelnie się nam przyglądając. Miałam ochotę pokazać jej język, co oczywiście byłoby wysoce niestosowne.

Pierwsza szła Alfunia, podniecona i poszczekująca z radości, że coś się ciekawego dzieje, ciągnąc na smyczy Jacusia. Za nim szedł Piotruś, podskakując i wymachując reklamówką wypchaną jedzeniem. Obaj chłopcy wsiadając do pociągu, a czekała nas kilkugodzinna jazda, natychmiast odczuwali wilczy apetyt i podczas podróży potrafili pochłonąć olbrzymią ilość pokarmu. Na plecach mieli małe plecaczki, w które wepchnęłam trochę ciuszków. Na końcu pochodu wlokłam się ja, objuczona wielkim plecakiem, uginając się pod jego ciężarem, z klatką „pełną Kulki” w ręce.

Kotka głośno protestowała przeciw takiemu traktowaniu, więc tłumaczyłam jej gdzie jedzie i po co. Być może moja głośna rozmowa z kotem wywołała zainteresowanie owej tęgiej niewiasty, której miałam ochotę pokazać język.

– Mamusiu, a po co ta pani tak się na nas patrzy? – spytał głośno Jacuś.

– Co to, cyrk? – oburzył się Piotruś. – Normalnych ludzi nie widziała czy co? Pokażę jej język.

– Coś ty, dziecko! Ani się waż! – zareagowałam gwałtownie świadoma własnej niedawnej reakcji. – Nie można się tak zachowywać…

Oj, podobno niedaleko pada jabłko od jabłoni…

Szłam i w duchu klęłam swój paskudny charakter. Dlaczego nie poprosiłam któregoś z sąsiadów, żeby mnie z tą całą bandą odwiózł na dworzec. Nic by się nie stało gdyby któryś wstał wcześniej niż zwykle. Ale nie, nie mogłam, bo przecież nigdy nikogo o nic nie proszę i nie będę! Dobrze mi tak. Skoro jestem głupia, muszę za tę głupotę płacić.

Zanim dotarłam na dworzec, byłam ledwo żywa ze zmęczenia. Kuleczka na szczęście przestała się żalić na okrutny los, zwinęła w kłębek i usnęła. Nie przypuszczałam, że klatka z małą koteczką może być taka ciężka.

Droga do Krakowa upłynęła na oglądaniu mijanych krajobrazów, przekomarzaniu się ze Szkrabami oraz konsumowaniu zapasów. Tak się złożyło, że mieliśmy cały przedział dla siebie, nikt więc nam nie przeszkadzał.

W Krakowie trzeba było przesiąść się do pociągu jadącego przez Krzeszowice, a tam z kolei do autobusu, by dotrzeć do Czernej. Na tym ostatnim etapie podróży zwątpiłam w siebie i wzięłam taksówkę.

Ciocia Jadzia załamała ręce na nasz widok.

– Bój się Boga, dziewczyno – zawołała. – Jak ty sobie poradziłaś? Taki szmat drogi sama jedna z bandą gagatków! Zuch jesteś!

A ja? Padłam jak pies Pluto.

10.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Urodziny Mojej Drugiej Połówki :):):)

Kochany, niech świat Ci ofiaruje wszystko najlepsze, najpiękniejsze. Odszukałam coś, co napisałam dokładnie 20 lat temu. Pamiętasz?

Na biurku filiżanka niedopitej herbaty,

okulary, krem do połowy wyciśnięty z tubki,

flamastry kolorowe, złamany ołówek,

z taśmy głos piosenkarza szemrzący, cichutki.

……….

Wiatr wpadł do pokoju rozchyliwszy okno,

firanka rozdarta szeleści, furkoce,

rozbita doniczka leży na podłodze,

kot złamany kwiatek zaciągnął pod fotel.

………..

Demolka? Szkoda? Czego? Nic a nic! Zupełnie!

Uśmiech rzucają dwa żonkile pochylając główki.

Przesyłam im w locie pocałunek dłonią,

są rzeczy, których nie można zamknąć do probówki.

……….

Pachną słodko kwiaty w skrzynkach na balkonie,

deszcz błyszczącą warstwą pokrywa każdy liść,

zmierzch barwi na różowo każdy kontur świata,

mogę z Tobą pod rękę całe życie iść.

 9.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | Dodaj komentarz

Monika Szwaja

Wcześnie rano, już po spacerze z sunią, która mnie ściągnęła z łóżka o piątej rano, usiadłam do komputera. Od dawna miałam zamiar wejść na stronę Wydawnictwa Sol, sprawdzić co nowego Monika Szwaja wydała. Nadmieniam, iż internet stały mam od niedawna, dokładnie od powołania do życia tego bloga. Wcześniej tylko dorywczo mogłam „spojrzeć na świat oczami internetu” odkąd się wyprowadziłam z Ursynowa (ale nie mentalnie, bo jestem tam cały czas). Dlatego wcześniej tego nie zrobiłam. I przeżyłam szok.

Monika Szwaja nie żyje, zmarła 22 listopada 2015 roku.

Uwielbiam jej powieści, takie pełne życia i radości, lekarstwo na smutki i depresje, na całe zło … Jak widać, nie całe. Choroby nie pokonała. Traktowałam Ją jak osobę znajomą i bliską, tak samo jak Lucy Maud Montgomery, pokochałam Jej książki, myślałam, że kiedyś Ją spotkam na jakimś wieczorze autorskim, kiedyś… przecież mamy dużo czasu przed sobą… Okazało się, że nie, czasu nie ma, już się skończył, przegapiłam moment… Tak mi przykro i źle, tak bardzo żal…

Jakże smutno zaczął mi się dzisiejszy dzień.

7.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 8

Następnego dnia po południu Alfa okropnie ujadała na balkonie. Zawsze złościła się, gdy jakiś obcy pies wskoczył do jej ogródka i w ten sposób dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Wyjrzałam i zobaczyłam Gałgana machającego zawzięcie ogonem. Herberta nigdzie nie było widać.

– Skąd się tu wziąłeś? Gdzie zgubiłeś pana? – spytałam zagłuszana przez Alfę.

– Pana nie ma – krzyknęła Majka ze swego balkonu. – Poczekaj, przyjdę do ciebie.

Przyszła za chwilę i opowiadała.

– Późnym wieczorem otrzymał wiadomość, że musi wyjechać wcześnie rano. Mieli na niego czekać z biletem na lotnisku. W nocy mnie obudził przyprowadzając Gałgana. Tak się sumitował, tak przepraszał, aż się zeźliłam i objechałam porządnie. Mówię: twoja wina? Nie twoja więc nie zrzędź. Fruwaj stąd i daj mi spać. Kazał cię serdecznie przeprosić, nie wiem za co, i powiedzieć, że podtrzymuje swoją propozycję, ale realizacja po powrocie. Wy coś knujecie – spojrzała na mnie badawczo.

– Nie. Po prostu miał mi pokazać swoją dżunglę w mieszkaniu.

– Aha, to możesz tam ze mną iść kiedy pójdę podlać kwiatki. Nawet dobrze by było, bo gdybym nie mogła z jakichś powodów, ty pójdziesz.

– Coś ty, do cudzego domu?

– Głupia jesteś i tyle. Wiem, że Herbert ma do ciebie zaufanie. Nie musisz wiedzieć skąd wiem. Wiem i już. On byle kogo do siebie nie zaprasza, a ciebie zaprosił. Zresztą, co tam będę owijać w bawełnę, rozmawialiśmy o tobie nie jeden raz.

– No wiesz! Kto ci pozwolił? Nie życzę sobie, żeby ktokolwiek rozmawiał na mój temat – oburzyłam się.

– A nie życz sobie dalej. Nic ci do tego z kim rozmawiam we własnym domu. Mówię co chcę, jak chcę i o kim chcę, rozumiesz? – śmiała się Majka patrząc na moją minę. – Chciałabyś posłuchać co o tobie mówił? Ale skoro jesteś małpa, nie, przepraszam, zapomniałam, że ty jesteś koszmarna jędza, to ci nic nie powiem. Możesz się wściekać, a i tak nie powiem.

Herbert co kilka dni dzwonił do Majki pytając o Gałgana, o kwiatki też. Zdarzyło się to również kiedyś w mojej obecności i mogłam zamienić z nim kilka słów. Zupełnie nie wiem co się ze mną działo, bo na dźwięk telefonu robiło mi się słabo, serce zaczynało walić oszalałym rytmem, mroczki latały przed oczami a w głowie miałam pustkę.

Pewnego dnia Majka poszła do sklepu, mnie w tym czasie kazała warować przy aparacie. Zadzwonił. Usłyszałam głos Herberta tak wyraźnie jakby stał obok.

– Marianna? – wcale nie wydawał się być zdziwiony. – Byłem pewien, że cię dziś usłyszę. Śniłaś mi się. Wiesz co? Może mężczyzna nie powinien się przyznawać do czegoś takiego, ale na ucho ci powiem, że się za tobą stęskniłem.

Boże, czy ja to sobie wyobraziłam? Czy on to naprawdę powiedział?

– Marianna, jesteś tam, słyszysz?

– Słyszę.

– Czemu nic nie mówisz?

– Bo mnie zwyczajnie zatkało. Gałgan też za tobą tęskni.

– A ty?

– Co ja?

– No a ty…

– Troszeczkę…

W słuchawce odezwał się sygnał oznaczający przerwane połączenie. Troszeczkę? Gdybyś ty wiedział jak ja za tobą tęsknię! Dniem i nocą czuję cię i widzę obok siebie. Żyję dla ciebie, przez ciebie i dzięki tobie. Zwariowałam kompletnie. Opętało mnie to uczucie sama nie wiem kiedy. Kocham cie do obłędu, do szaleństwa, nie mogłabym już bez ciebie żyć. Uświadomiłam sobie po twoim wyjeździe, że będę na ciebie czekać sto, nawet tysiąc lat. Zawsze. Nie spojrzę na nikogo więcej, nikt mnie nie obchodzi. Jesteś jeden jedyny w całym wszechświecie! Ale przecież tego wszystkiego ci nie powiem. Może kiedyś, na pewno nie teraz przez telefon. O Boże, czy ja naprawdę straciłam rozum?!

Dzieciaki baraszkowały na podwórku z Abą, Alfą, Gałganem i Kuleczką. Tej ostatniej pozwoliłam wychodzić odkąd stwierdziłam, że o ile w domu nic sobie z Alfy nie robi, o tyle w ogródku nie opuszcza jej na krok i tylko przy niej czuje się bezpieczna. Z Gałganem, który mieszkając u Majki, stał się i naszym domownikiem, także się zaprzyjaźniła. Przed Abą jednak czuła respekt i chowała się za Alfą lub wskakiwała na balkon i stamtąd obserwowała co się dzieje. Do domu uciekała przezornie, gdy do Majki zwalała się cała „mafia”, czyli Dorota z Azą i chłopakami oraz Teresa z Maksem, przecudnym skrzyżowaniem owczarka niemieckiego z dogiem oraz swoimi synami, czyli Maćkiem i Kubą. Aza nie znosiła kotów i Dorota nie mogła z niej tego wykorzenić. Kuleczka instynktownie wyczuwała niebezpieczeństwo, chowała się do szafki w regale i wyłaziła dopiero wtedy, gdy goście opuścili mieszkanie. „Mafia” – będąc u Majki – wpadała i do mnie, szczególnie Dorota, z którą łączyło nas wielu wspólnych znajomych.

„Mafia” coś wymyślała, uzgadniała, kombinowała. Nie wiem co, bo cały czas chodziłam z głową w chmurach, odurzona świeżo odkrytym uczuciem. Zdawałam sobie sprawę, że prędzej czy później będę zmuszona powrócić do rzeczywistości, lecz odsuwałam to w bliżej nieokreśloną przyszłość.

W pracy tymczasem sytuacja zaczęła się komplikować. Głównego szefa nie było, wyjechał służbowo do Francji. Podobno był informowany o problemach firmy, ale myślę, że – tak jak wielu innych przed nim – mało go to obchodziło. Na pewno wspaniale spędzał czas i nie troszczył się o resztę

-Marianno, on nam nie pozwoli zrobić krzywdy – uspokajała Małgosia. – Jest wspaniały, niepodobny do swoich poprzedników. Z twojej pracy naprawdę jest zadowolony. Powiedział, że to jak w dowcipie o czterech pancernych: gdybyśmy mieli drugi taki czołg jak Rudy, to byśmy sobie sami tę wojnę wygrali.

– No tak, ładnie, jeszcze mnie do czołgu będzie porównywał! Może do kolubryny! – byłam bojowo nastawiona, ponieważ nastroje większości przyjaciół były minorowe.

– Nie widziałaś dotąd u nas na stanowisku szefa kogoś takiego jak on, więc nie gadaj – broniła Małgosia zwierzchnika. – Powiedział, że nie da zrobić krzywdy wartościowym ludziom i ja mu wierzę.

– Srali muszki będzie wiosna – bardzo brzydko odpowiedziałam koleżance, które wymownie popukała się palcem w czoło.

– Zachowujesz się jak typowa stara panna – podsumowała i uwolniła mnie od swego towarzystwa.

Wiele osób odchodziło, czując zagrożenie szukali innej pracy.

– Szczury uciekają – stwierdził Pawełek. – Ja się stąd nie ruszę. Jestem tu od tylu lat, że mnie spychaczem ani dźwigiem stąd nie ruszą. Ja już mam tysiąc pomysłów, tylko czekam z nimi na szefa. A szczury niech uciekają, będzie nam lżej.

6.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 7

Podczas któregoś ze spacerów Herbert oznajmił, że musi wyjechać na pewien czas, ale jeszcze nigdy do tej pory nie wyjeżdżał z niechęcią. Zawsze chętnie podróżował, lubił gdy się coś działo, nie znosił monotonii. Ale teraz żal mu przemiłych, wieczornych gawęd i spacerów. Serce jakoś tak szybko zaczęło mi bić… pewnie ze zmęczenia… cóż, starość nie radość…

– Cieszę się, że zetknąłem się z takimi ludźmi jak wy – powiedział.

– To znaczy kto?

– Ty, Bożenka, Dorota, o Majce i Teresie nie wspomnę, bo znam je od dawna. Jak pewnie zauważyłaś, wymieniłem tylko damską część tej zwariowanej mafii.

Jak zwykle – nie pytałam gdzie jedzie, na jak długo, w jakich okolicznościach poznał Dorotę. Cóż mnie to może obchodzić? Jeśli będzie chciał, sam powie. Nie przyszło mi do głowy, że może chciał, abym zaczęła pytać o cokolwiek. Wiedziałam tylko jedno: gdy tak stał i patrzył na mnie tymi swoimi zmrużonymi szarymi ślepiami, nie widziałam poza nim całego świata.

– Co zrobisz z Gałganem na czas nieobecności? – to było jedyne pytanie, które zadałam.

– Miałem go zawieźć do ciotki, ale Majka wytłumaczyła mi niewłaściwość takiej decyzji. Ciocia już nie jest najmłodsza. Gałgan, choć ją zna i lubi, może jej nie słuchać, albo szarpnąć, przewrócić i niechcący zrobić krzywdę. Zostanie więc u Majki. Zostawię jej też klucze, żeby zajrzała do domu i podlała kwiatki.

– Masz w domu kwiatki? – zdziwiłam się.

– Mam. Całą dżunglę. Wiesz co? – zawahał się. – Może byś weszła do mnie i zobaczyła? Znamy się już tyle czasu, że chyba nie ma w tym nic niestosownego. Co ty na to?

– Z przyjemnością. Może masz coś, czego ja nie mam i ukradnę ci zaszczepkę? – uśmiechnęłam się uszczęśliwiona.

Niestety, nie było mi dane skorzystać z nęcącej propozycji, bo odnalazły nas Honda z Bożenką. Ta ostatnia z informacją, że Jacuś skaleczył się i ryczy, nie pozwolił się dotknąć i woła mamę.

– Poczekam pod klatką, a ty sprawdź czy nie trzeba przypadkiem jechać na pogotowie to cię zawiozę – powiedział Herbert.

Na szczęście ranka nie była groźna, przemyłam, zakleiłam plastrem. Obyło się bez pogotowia. Pełna wyrzutów sumienia, że zaniedbuję dzieci, utuliłam Szkraby i uśpiłam. Gdy usnęły, rozkoszne, cieplutkie i cichutkie, usiadłam na podłodze między tapczanami i pogrążyłam się w rozmyślaniach nas własnym losem.

Było mi w tej chwili cudownie. Miałam dom, dzieci, ulubioną pracę, miałam wieczorne spacery z psem. Herbert zaprosił mnie do domu! To znaczy, że uważa mnie za osobę na tyle bliską, iż chciał mi pokazać swoje refugium, swoje schronienie. Tłumaczyłam sobie: cóż z tego, na pewno gości u siebie tłumy ludzi i nie masz, Marianno, żadnego powodu do radości. A jednak byłam tą radością przepojona, wypełniona wewnętrznie. Zdawało mi się, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, że potrafię świat przewrócić do góry nogami.

3.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Przedświąteczne refleksje

Mam wrażenie, że marnuję czas, kiedy tylko przysiądę bezczynnie i np. patrzę w telewizor. Jeśli myślę o czymś, planuję – jest ok. Natomiast gdy uświadomię sobie, że przestałam rozważać konkretny temat, od razu pojawiają się wyrzuty sumienia. Tyle przecież jest do zrobienia!
Spojrzałam w kalendarz i zorientowałam, że zaraz Święta. Tylko dwa tygodnie dzielą nas od Wielkanocy. Coś trzeba w związku z tym zacząć robić.
Sprzątanie – wiadomo, po zimie konieczność, chociaż nie lubię sprzątać. Lubię gotować. Tak więc przyjemność mam w układaniu menu, przeglądaniu mnóstwa książek kulinarnych, powycinanych z czasopism niezliczonej ilości przepisów, sięganie do własnych zapisków. Muszę przygotować dwie opcje, jedna całkowicie wegetariańska, druga prawie (z dopuszczeniem kurczaka, indyka i ryb). I nagle – w trakcie zajmowania się przyjemnymi, prozaicznymi sprawami – usłyszałam hasło z telewizora.
Konstytucja.
No przecież, dwudziesta rocznica uchwalenia Konstytucji (to było wczoraj).
Od razu refleksja, że życie to splot tak wielu czynników w jednej chwili, iż nie ma ich jak rozdzielić. Myśl przeskakuje od kuchni do Konstytucji. Śmieszne? Niegodne? A niby dlaczego? I następny ciąg myśli: jaka to wielka wartość jest. I żal, że inni swoją potrafią chronić przez dwieście lat a my? Ale zaraz też, że ludzie świętują. W różny sposób, w wielu miejscowościach, bo są z niej dumni. Jak dobrze, że na społeczeństwo nasze zawsze można liczyć.
Nasuwają się następne skojarzenia. Konstytucja 3-go Maja też nie wszystkim się podobała. A jakie były wtedy uwarunkowania … astrologiczne? – O historycznych niech myślą historycy. Otóż przeczytałam w Nieznanym Świecie (nr1/2017), że w 2017 roku w opozycji do Słońca jest Pluton, co zdarzyło się w roku 1771, kiedy to w Rosji panowała caryca Katarzyna Wielka. Skończyło się rozbiorem. Groźnie brzmi? Szczególnie gdy spojrzeć na społeczeństwo wtedy i teraz. Zostaje nadzieja, że nauczyliśmy się czegoś jednak i historia się nie powtórzy, mimo powtórzenia się układu w historycznym horoskopie. Jestem dyletantką w tych sprawach, ale skojarzenia idą swoim torem…
„Tak to już jest na tym świecie, że się mądre z głupim plecie”.

Ciekawych rzeczy można się dowiedzieć na blogu http:// piotrpiotrowski.blog.onet.pl

3.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 6

Ciepły, letni dzień mimo późnej godziny dopiero zbierał się do odejścia. Właściwie wcale mu się nie chciało zmieniać miejsca pobytu. Leniwie obserwował czerwone smugi na niebie, ostatnie blaski układającego się do snu słońca. Wreszcie opamiętał się spojrzawszy na zegarek któregoś z przechodniów, bo nagle zniknął. Zrobiło się ciemno.

– Ciemność letnia jest zupełnie inna niż ciemność zimowa – powiedziałam do Herberta.

– Tak samo jak temperatura – przytaknął. – Dziesięć stopni w zimie i dziesięć w lecie to niebo a ziemia.

Poszliśmy ulicą Belgradzką do Rosoła, potem skręciliśmy w Płaskowickiej. Rozmawialiśmy o ludzkich charakterach i stosunku do pracy, która stanowi źródło utrzymania.

– Wiesz, mam pracownicę, której jeszcze nie widziałem na oczy – powiedział.

– Jak to możliwe? – zdziwiłam się.

Nie jestem wścibska i nigdy Herberta nie pytałam o miejsce pracy ani o pełnioną funkcję. Co mnie to może obchodzić? Jeszcze by sobie pomyślał, że mam w tym jakiś cel. Nie byłam jednak taka tępa, żeby się nie zorientować, iż pełniona przez niego funkcja wznosi się powyżej poziomu przeciętnego zjadacza chleba. Szła z nią w parze wysoka kultura, ogromna wiedza z różnych dziedzin, wykształcenie, co się – niestety – niezbyt często zdarza.

– Tak się składa, że ciągle się mijamy, co jest możliwe ze względu na nienormowany czas pracy. Ale chciałbym zobaczyć jak wygląda to indywiduum. Ta kobieta pracuje jak szatan, materiały przygotowane przez nią są rewelacyjne. Lecz jeśli chodzi o wygląd, wyobraźnia nieodparcie podsuwa mi jeden obraz: taka „sucha jędza” z krótko obciętymi dla wygody włosami, zaniedbana, bo przecież nie ma czasu na takie rzeczy przy ogromie pracy jaką wykonuje.

– Jak możesz mówić w ten sposób o kimś, kogo nie znasz? – oburzyłam się. – Męski szowinista! Pojęcia nie masz jak kobiety potrafią zorganizować czas, ile zrobić dla domu, firmy i dla siebie. Facet w jednej dziesiątej sobie nie poradzi i się zgubi…

– Taki obraz sam mi się narzuca – tłumaczył zdziwiony moim atakiem. – Przecież nie mam żadnego wpływu na wyobraźnię.

Doszliśmy do Braci Wagów i tam wyskoczył z ciemności czarny potwór z błyskającymi białkami ślepiów i białymi zębami w paszczy rozwartej w szerokim uśmiechu. Honda i Alfa rzuciły się ku niemu z radosnym szczekaniem. Gałgan po chwili zastanowienia też.

– To Aba, mieszka w sąsiedniej klatce – wyjaśniłam Herbertowi. – Znają się jak łyse konie.

Po chwili dał się słyszeć głos zza krzaków.

– O rety, jakie to cudo! Skąd się tutaj wziąłeś? Ja cię wcale nie znam. No tak, śliczny jesteś, piękny, tak… najpiękniejszy na świecie… oczywiście… Nie skacz już wariacie, przewrócisz mnie, jesteś za duży na takie czułości…

– Ojej …- mój towarzysz stanął zdumiony.

– To Majka, właścicielka Aby – pospieszyłam z wyjaśnieniem. – Właśnie zawiera znajomość z Gałganem.

Majka wyłoniła się z ciemności oszczekiwana przez tańczącego wokół niej Gałgana.

– Majka? – z niedowierzaniem spytał Herbert wpatrując się w nadchodzącą postać.

– Przecież mówiłam, że Majka – stwierdziłam lekko zniecierpliwiona.

– Majka! – wykrzyknął. – Skąd się tutaj wzięłaś?

– Majka, Majka, a ty co za licho? Przecież nie widzę po ciemku, a ta cholera – tu wskazała Abę, – wyciągnęła mnie z domu w tempie alarmowym i nie wzięłam patrzałków.

– Czego? – znowu zdziwiłam się.

– Patrzałków. Nie wiesz co to? Jak sama nazwa wskazuje służą do patrzenia. Nie widziałaś nigdy? Zakłada się na nos i się patrzy. Rozumiesz?

– Majka, to naprawdę ty! Gdybym do tej pory miał wątpliwości czy mnie oczy nie mylą, to po usłyszeniu tej tyrady nabrałem absolutnej pewności.

– Wszelki duch! Herbert, to ty? – w głosie Majki brzmiało przeogromne zdumienie.

Najbardziej zdumiona byłam jednak ja. Też coś! Idę sobie z moim „obcym chłopem” a tu się okazuje, że w okolicy jeszcze ktoś go zna! I to tak dobrze, że się z nim ściska jak siostra, albo… Uświadamiając sobie tę myśl, roześmiałam się na głos z własnej głupoty.

– Czy możecie mi wyjaśnić co się tutaj dzieje? Idę z psami na spacer i ciągle na mnie ktoś napada…

– O przepraszam, tym razem to „maleństwo” na mnie napadło – oburzyła się Majka wskazując Gałgana galopującego z „rozwianymi” uszami za Abą i Hondą, z tyłu goniła ich Alfunia, głośno jazgocząc z oburzenia, że nie chcą na nią zaczekać.

– Słuchaj Marianno, my się znamy wieki całe, albo nawet dłużej. Kiedy rozpoczynałam pracę w radio, jeszcze na Kopernika, on był moim dobrym duchem i wtajemniczał mnie w arkana sztuki. Odszedł niedługo potem kiedy zrobiłam kartę mikrofonową – wyjaśniła Majka.

– Potem spotykaliśmy się u znajomych, nieraz zderzyliśmy się na Woronicza, jak zwykle w biegu…

– I nie było kiedy spokojnie pogadać – weszła Herbertowi w słowo Majka. – I popatrz, takie spotkanie!

– Mieszkam tu od niedawna – uśmiechnął się. – I bardzo mi się podoba.

– A ja od dawna. No tak, odkąd zamieszkałam w Natolinie, nie złapaliśmy się ani razu.

– Często o tobie myślałem. Nie zapomina się o przyjaciołach, na których zawsze można polegać.

Słuchałam uważnie dowiadując się w ciągu tej jednej rozmowy więcej o Herbercie niż podczas całej naszej znajomości. To znaczy o jego życiu, o które nigdy nie wypytywałam, bo jaki jest – już wiedziałam poznając go coraz bardziej poprzez rozmowy i obserwację zachowania.

– I w ten sposób rozpoczęłam pracę w telewizorni, co nie znaczy, że zdradziłam radio. Zawsze mile wspominamy z Grzegorzem stare, radiowe czasy – kończyła Majka.

– A co u Grzegorza?- spytał Herbert. – Ostatnio go nie widać i nie słychać. Masz o nim jakieś wieści?

– Przeszedł na wcześniejszą emeryturę ze względu na stan zdrowia. Ale na szczęście już jest po operacji obu oczu. Miał usuwaną kataraktę w Niemczech. Dzwonił, że niedługo wraca. Aha, i widzi lepiej niż kiedykolwiek w życiu.

– Dzwoni do ciebie?

– Wypada, żeby mąż od czasu do czasu zadzwonił do własnej żony nawet będąc za granicą, prawda? – uśmiechnęła się Majka na myśl o mężu.

– Wiec jednak się pobraliście – ucieszył się Herbert. – Zawsze uważałem, że jesteście dla siebie stworzeni.

– Tak? A większość znajomych uważała, że różnica wieku jest między nami zbyt duża.

– Nie rozumiem tego mieszania się w cudze sprawy – wtrąciłam. – Co i kogo może obchodzić jak ja żyję, z kim, co robię we własnym domu jeśli nikomu nie czynię krzywdy? Przecież za wszystkie postępki dobre i złe odpowiem kiedyś ja sama, nikt inny. Czy ludzie naprawdę tego nie mogą pojąć i zająć się sobą? Jeśli komuś potrzebna pomoc, tego nie widzą. Ale obmawiać, rzucać potwarze, tworzyć plotki, o, do tego są zawsze pierwsi.

– Tak już jest – odpowiedział Herbert. – Zauważ, że im prymitywniejsza jednostka, tym wyższe ma mniemanie o sobie i cały świat chciałaby przerobić na obraz i podobieństwo swoje.

– I odwrotnie – dodała Majka. – Im człowiek stoi na wyższym poziomie rozwoju, tym więcej ma w sobie wyrozumiałości i tolerancji. Potrafi zaakceptować innych z ich wadami i słabościami zamiast niszczyć narzucając własną wolę. Pokazywać, podsuwać właściwą drogę powoli, krok za krokiem i własnym przykładem pociągać we odpowiednim kierunku.

– Wiecie co, dziewczyny? – serdecznie uśmiechnął się Herbert. – Cieszę się, że tu zamieszkałem. Naprawdę, dawno się tak z niczego nie cieszyłem. A zmieniając temat: Majka, czy ty nie boisz się chodzić sama nocą?

– Z Abą? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Zresztą wracam od Teresy, to niedaleko. Pamiętasz moją siostrzycę? Akurat była u niej Dorota z Azą, Jędrkiem i Kajtusiem. I się zasiedziałam.

– Dorota z Azą, Jędrkiem i Kajtusiem? – powtórzyłam jak echo. – Znasz ją?

– Tak, a co? – zaciekawiła się Majka. – Nic w tym dziwnego, wielu ludzi ją zna.

– Chodziłam kiedyś do Akademii Życia Lucyny Winnickiej na zajęcia relaksacyjne. Tam poznałam bardzo fajną dziewczynę o imieniu Dorota. Miała dwóch synków i suczkę. Może to zbieżność imion?

– Tylu naraz?

– Dorota Brzozowska?

– Tak.

– Plastyczka?

– Tak.

– I ma świra na punkcie zwierząt?

– Jest dokładnie tak samo stuknięta jak ty i moja siostra, że o sobie nie wspomnę, bo jestem najbardziej normalna w tym towarzystwie – odsunęła się ode mnie na bezpieczną odległość, tak na wszelki wypadek.

– To ta, nikt inny. Dzisiejszy wieczór jest pełen niespodzianek. Może się jeszcze okaże, że Kuleczka jest kocurkiem, zaś Alfa stanie na dwóch łapkach i przemówi ludzkim głosem? Nic mnie już nie zdziwi – pokręciłam głową zastanawiając się czy przypadek i zrządzenie losu są tym samym.

Doszliśmy do naszego, czyli Majki i mojego, bloku.

– Zobacz, Bożenka wygląda przez okno. Pewnie się nie może ciebie doczekać – zauważyła Majka.

– Nie mnie tylko Hondy – sprostowałam. – Najpierw mi każe z nią wyjść a potem krzyczy, że nas długo nie ma.

– A jak z jej pracą? – spytała Majka. – Nie widziałam się z nią kilka dni więc nie jestem na bieżąco.

– Tak samo. Nie jest pewna dnia ani godziny – westchnęła. – Co za czasy…

– Aha, Jurand, mój szwagier i Michał, jego przyjaciel…

– Ten Michał od Doroty?

– Ten od Doroty. Myślą o założeniu wydawnictwa. Do tej pory nie traktowałam ich poważnie, bo Teresa ma sześćdziesiąt pomysłów na minutę i nie wszystkie mądre. Ale teraz widzę, że to zupełnie poważna sprawa. Najbardziej jestem zdziwiona, że czytadła mojej siostry rozchodzą się w błyskawicznym tempie. Nigdy by mi to wcześniej nie przyszło do głowy. Teraz ona drze się na mnie ciągle, żebym się wzięła za pisanie, bo mam lepsze pióro ale ja nie mam czasu. O właśnie sobie coś przypomniałam, wpadnę jutro do ciebie z dyskietką, dobrze? Pozwolisz mi skorzystać z komputera?

– No wiesz! Po co pytasz, przecież jasne, że tak.

– Powiedzcie mi, do kogo należy piwnica z zaklejonym okienkiem – Herbert pokazał moją piwnicę. – Muszę się wreszcie rozliczyć z tą koszmarną jędzą

Majka zastygła w pozycji żony Lota wpatrując się w Herberta szeroko otwartymi oczami. Mnie zrobiło się zimno a potem gorąco.

– Dlaczego tak brzydko mówisz o mojej przyjaciółce? – wykrztusiła po chwili.

– Jak ja mówię o twojej przyjaciółce? – zdumiał się niepomiernie.

– Dlaczego mówisz na Mariannę: koszmarna jędza?

– Ja wcale tak nie mówię o Mariannie! – szczerze się oburzył, co było dla mnie wielką pociechą.

– Bo to przecież jej piwnica – wyjaśniła Majka parskając głośnym śmiechem.

Spojrzał na mnie, na nią, znowu na mnie i zawtórował Majce. Kiedy po chwili podeszła do nas Bożenka, rżeliśmy we trójkę, łzy ciekły po twarzach i nikt nie był w stanie wytłumaczyć powodu zbiorowej głupawki. Wreszcie z siebie wydusiłam.

– Powinnam cię zamordować – rzęziłam, – ale nie mam siły. Tyle się dziś wydarzyło, że cię zamorduję kiedy indziej.

Majka ochoczo zastąpiła mnie w opowiadaniu i Bożenka również zaśmiewała się do łez. Nie mogliśmy tak stać do rana, więc wreszcie Herbert poszedł do siebie a my w swoją stronę. Przyrzekłam sobie, że spytam Majkę o różne rzeczy, o które nie miałabym odwagi zapytać Herberta.

W domu dzieciątka dyskutowały nad problemem, który wyłonił się podczas oglądania programu o psach. Dwa psy goniły uzbrojonego bandziora, a gdy go dopadły i przewróciły na ziemię, rzuciły się na siebie.

– Bo one się pokłóciły, kto pierwszy dorwał gangstera – krzyczał Jacuś.

– A nie, bo się pogryzły o to, który pierwszy ma go zjeść – oświadczył Piotruś odwracając się do ściany i tym samym zamykając dyskusję.

Jacuś jeszcze chwilę roztrząsał problem, lecz nie słysząc odzewu ze strony brata usnął i w domu zapanowała cisza.

Długo przewracałam się z boku na bok. Nie mogłam usnąć. Dopiero nad ranem zapadłam w kamienny sen i gdyby nie Bożenka stukająca do drzwi, zaspałabym, bo zupełnie nie wiem, kiedy budzik zdążył się wydzwonić, nie słyszałam.

2.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 5

Spotykaliśmy się prawie codziennie. Oczywiście przypadkiem, na wieczornych spacerach z psami. Wychodziłam wcześniej niż Bożenka z Hondą. Ona zaś, o dziwo, nie piekliła się z tego powodu jak zazwyczaj. Twierdziła, że w tym akurat momencie wyjść nie może ale jeśli zabiorę ze sobą Hondę, ulżę jej ogromnie, będzie mi niezmiernie wdzięczna i odpłaci pięknym za nadobne przy okazji.

Czas biegł jakoś wyjątkowo szybko. Żyłam na zwiększonych obrotach, bardzo intensywnie. Wykonywałam pracę śpiewająco, w zawrotnym tempie a do tego wprost tryskałam pomysłami. Sama nie wiem skąd brałam tyle energii oraz bezustanny dobry humor.

Podczas porządkowania biurka trafiłam na swoje dawne zapiski, powieść napisaną jeszcze w trakcie trwania małżeństwa, którą mój drogi były małżonek wyśmiał o mało nie tarzając się po podłodze. Teraz przeczytałam ją na nowo w spokoju, wprowadziłam drobne poprawki i nikomu nic nie mówiąc wysłałam na konkurs ogłoszony przez pewne babskie czasopismo na babskie czytadło.

Każdego dnia od momentu przebudzenia czekałam wieczora. Nie przyznawałam się do tego nawet przed sobą, to znaczy, udawałam, że się nie przyznaję. Zresztą, czyż miałam czas przystanąć i zastanowić się nad czymkolwiek skoro żyłam jakby w amoku?

Rozrywki dostarczały mi dzieci i zwierzaki. Na przykład Alfa usiłująca wejść na szafę. Opanowała już sztukę włażenia po krześle na biurko, a także na średnią półkę regału wskakując na fotel, z niego na parapet a z parapetu przełaziła na półkę ciągle obrywając zasłonkę.

Kuleczka upodobała sobie ołówki i długopisy najbardziej ze wszystkich zabawek. Bezustannie więc po całym domu szukałam czegoś do pisania. Piotruś sprytnie wypatrzył jej schowki i wiedząc gdzie zaciąga wszelkie pisadła, chłopcy bawili się ze mną w „ciepło zimno”. Kiedy wreszcie odzyskiwałam któryś długopis, słodka pieszczoszka wskakiwała na ławę i łapką próbowała odebrać mi swoją – jak zapewne uważała – własność. Inną ulubioną zabawą Kuleczki było wyciąganie zegarka z mojej torebki. Zegarek był „dostany” na Dzień Matki, różowy, w związku z czym nie zawsze pasował do ubrania, nieraz więc nosiłam go w torebce. Tę zaś często rzucałam w domu byle gdzie i do tego rozpiętą. Koteczce tak spodobała się nowa zabawka, że czekała na mnie, kiedy wracałam z torebką, nie spuszczała z torebki oka i po chwili uciekała ze zdobyczą.

Nadchodził wieczór, upragniony wieczór kończący pracowity dzień. Kładłam Szkraby do łóżek i szłam na psi spacer. W ciągu dnia chłopcy biegali z Alfą po podwórku, więc dla mnie zostawał poranny tylko i wieczorny spacer.

1.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 4

Na korytarzu powitała mnie Bożenka stojąca między dwoma mieszkaniami, czyli swoim i moim.

– Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Zabrałaś mi sukę i wcięło cię. Co to za porządki? Ja o mało nie umarłam pilnując moich i twoich dzieci, a ty się gdzieś szwendasz po nocy! Twoje cholery wysmarowały się pastą do zębów od stóp do głów a moje poszły za ich przykładem. Sama ich sobie myj, ja mam dosyć swoich.

– Coś ty ze mnie zrobiła? – skorzystałam, że przerwała tyradę dla zaczerpnięcia tchu.

– Co ja z ciebie zrobiłam? – zdziwiła się.

– Koszmarną jędzę zrobiłaś!

– Naprawdę? – zdziwiła się jeszcze bardziej. – Kiedy?

– Wtedy, kiedy napadł na ciebie obcy szczeniak.

– Aha, wtedy – przejechała ręka po krótkich, ciemnych włosach, mrużąc niesamowicie jasnoniebieskie oczy. – Ale, czyż musiałam robić? Przecież jesteś. Jak mogłaś zostawić mnie przez pół nocy z taką hałastrą? Przecież moje huncwoty we wszystkim naśladują twoje. Jasiek, jeszcze rozumiem, jest w końcu młodszy o całe dwa lata, ale Baśka? Też zgłupiała, chociaż prawie taka stara jak te twoje diabły. I jeszcze na tak długo zabrałaś mi Hondę! Wiesz, że się boję bez niej być w domu kiedy Łukasza nie ma. I dobrze wiesz, że znów musiał wyjechać.

– Twoja Honda, być może, uratowała mi dzisiaj życie albo co innego – stwierdziłam.

– Jak to? – Bożenka od razu spoważniała.

Opowiedziałam wszystko do momentu pojawienia się Gałgana, całą zasługę przypisując dzielnej suczce.

– Coś podobnego – pokręciła głową moja sąsiadka, pogłaskała Hondę a na mnie groźnie spojrzała. – Jesteś nie tylko koszmarna ale i beznadziejnie głupia jędza. Czy wiesz, co by się mogło stać…

Przerwała, zmarszczyła czoło myśląc nad czymś intensywnie, badawczo mi się przyglądała przez dłuższą chwilę.

– Skąd wiesz, że taka jesteś? – spytała.

– Słucham? – nie zrozumiałam pytania.

– Chyba mówię wyraźnie! Kto ci powiedział, że jesteś koszmarna jędza?

Nic nie zdołało umknąć przenikliwości Bożenki. Zająknęłam się, coś wybełkotałam, ale nie ustąpiła i dokładnie zeznałam co i jak. Na szczęście nie musiałam się wdawać w dyskusję nad zbiegiem okoliczności, ponieważ z pokoju chłopców dobiegły straszne krzyki i szczekanie Alfy. Momentalnie się tam znalazłam. Okazało się, że Piotruś przyniósł Kuleczce mleko na spodeczku i postawił obok swojego tapczanu. Koteczka wszystko wylała i na podłodze utworzyła się biała kałuża.

– Kuleczka myśli, że jest w kosmosie i zrobiła Drogę Mleczną – tłumaczył Piotruś kociaka w obawie przed burą.

Wygoniłam dzieci do łazienki. Wytarłam mleko, poprawiłam skotłowaną pościel. W głowie miałam kompletny mętlik wynikający z nadmiaru wrażeń. Mimo niebezpiecznej przygody nie były to wrażenia niemiłe. Czułam się jakoś tak dziwnie, jak – nie pamiętam kiedy – ale bardzo, chyba nawet bardzo dawno temu. Chciało mi się skakać, śpiewać i śmiać się. Oczywiście bez żadnego istotnego powodu, tak sobie.

Uporałam się wreszcie ze wszystkim, to znaczy wyszorowałam do czysta moje słodkie pociechy, sprzątnęłam kuchnię i dałam zwierzakom kolację. Jacuś z Piotrusiem usnęli, wycałowani i wytarmoszeni jak co wieczór. Kuleczka i Alfunia z pełnymi brzuszkami oddały się błogiemu lenistwu a ja mogłam się zająć sobą.

Poczytałam chwilę w wannie, ale oczy mi się kleiły i szybciutko wskoczyłam do łóżka. Kuleczka natychmiast ulokowała się na poduszce, Alfa zajęła swój ulubiony fotel. We śnie przeżywałam napad wilkołaków, nietoperzy z twarzami pijaków, ratowali mnie Indianie na pstrokatych mustangach, przyplątał się nawet jakiś bizon, na dodatek stojący na tylnych nogach i miauczący. Okropieństwo. W tym skomplikowanym treściowo śnie nagle pojawiał się niemożliwie przystojny mężczyzna o szarych oczach…

Rano obudziłam się zmęczona, niewyspana i zła. Popędziłam do redakcji po swoją porcję materiałów zanosząc jednocześnie gotowe już „dzieła”. Dowiedziałam się przy okazji, że grupka przyjaciół postanowiła założyć własne pismo i proponują mi pracę. Aha, usłyszałam też, że nowy szef – rewelacyjny podobno, bo normalny jak żaden dotąd – za jakiś czas wyjedzie na miesiąc do Francji.

Drugą wiadomość puściłam mimo uszu, bo co mnie to mogło obchodzić? Nad pierwszą zastanowiłam się, lecz ponieważ wszystko było jeszcze patykiem na wodzie pisane, machnęłam ręką. Przywiązuję się do miejsc i ludzi, nie znoszę jakichkolwiek zmian, więc zdecydowanie wolałabym, żeby wszystko zostało po staremu.

W domu zajęłam się pracą, dziećmi, a właściwie to one zajęły się mną zmuszając do głośnego czytania książki, którą dostały od babci, czyli mojej byłej teściowej. Dopiero późnym popołudniem wyskoczyłam do sklepu kupić kocie żarełko dla Kuleczki.

Przed sklepem Gałgan, przywiązany do drewnianego płotka, robił hałas na pół osiedla. Patrzył tęsknym wzrokiem w stronę sklepowych drzwi i płakał, to znaczy szczekał, a każde szczeknięcie przechodziło w żałosną skargę. Na widok Alfy i mnie ucieszył się, jakby nas znał od stu lat. Wytarmosiłam go, wygłaskałam i przywiązałam Alfunię koło niego.

– Pilnuj Alfy, Gałganku, żeby jej nikt nie porwał, dobrze? – powiedziałam.

Weszłam do sklepu, włożyłam do koszyka jedzenie dla kotki, przy okazji rzuciło mi się w oczy parę drobiazgów, których wcale nie miałam teraz kupować: olej kukurydziany, mrożone pyzy, pierogi z kapustą, zielona gąbka do łazienki i ręczniki tego samego koloru. Przy oszklonej szafce z mrożonkami stał mój „obcy chłop” i zastanawiał się czy ma skusić się na mrożoną pizzę czy nie.

– Radzę ci wziąć. Jest naprawdę pyszna i nic nie trzeba z nią robić, wkładasz do piecyka i z głowy – poradziłam.

– O, Marianna – wyraźnie się ucieszył. – Radzisz mi ją kupić?

– Radzę.

– I jesteś pewna, że się tym nie otruję?

– Ja kupuję dość często i jeszcze żyję – posłałam mu uśmiech.

– Mówisz, że tylko do pieca i już?

– Należy także włączyć piekarnik, nie wiem czy na to wpadłeś – zauważyłam złośliwie.

– Skoro tak mówisz, wezmę – zlekceważył uwagę. – Samotny mężczyzna musi szukać potraw smacznych, a jednocześnie nie wymagających skomplikowanych czynności przygotowawczych. Biorę na twoją odpowiedzialność. Jeśli Gałgan zawyje:”co ty mi znowu Herbercie dałeś” – to odeślę go do ciebie, zgoda?

– Zgoda – uśmiechnęłam się promiennie. – Tylko przypadkiem psu nie dawaj jedzenia z przyprawami – zauważyłam przytomnie.

Pomyślałam, że chyba mam dzisiaj wyjątkowo pomyślny dzień. Dwie arcyważne informacje w jednej wypowiedzi: samotny i do tego Herbert. No tak, przecież od pierwszej chwili wiedziałam, że nie może mieć na imię Franciszek albo Antoni, a już Józef to w ogóle niedopuszczalne.

Wracaliśmy razem. Przy okazji dowiedziałam się, w którym bloku mieszka. Rozmawiało nam się cudownie jakbyśmy znali się od lat i od dawna mieli uzgodnione poglądy na różne sprawy, sposób widzenia rzeczywistości, podejście do życia, gust, upodobania.

1.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz