Stefania Cichocka, pani Stenia

W nawiązaniu do poprzedniego tekstu, muszę, po prostu muszę, wspomnieć o pani Steni Cichockiej. Osobę pana Tadeusza Pankiewicza i pani Steni łączy dzień i miesiąc urodzenia czyli 21 listopada ( lata już inne) oraz medal Yad Vashem.
Panią Stenię poznałam w ten sposób, że korzystałam w okresie studiów z Biblioteki, w której pracowała. Była niesamowicie ciepłym, dobrym, życzliwym człowiekiem o ogromnym sercu. Pochodziła ze Lwowa. Tam uczyła się w gimnazjum im. Juliusza Słowackiego wspólnie z Rut i Haliną. Kiedy rozpoczęła się wojna – wiadomo, dziewczynom groziła śmierć ze względu na pochodzenie. Pani Stenia wyszła za mąż i oddała Rut swoje panieńskie dokumenty ratując ją w ten sposób przed zamknięciem w getcie. Później pracując wraz z mężem koło Lwowa w gospodarstwie w Oleszycach, ukrywała Halinę, jej matkę Zofię i siostrę Jankę przez około trzy miesiące. Poza tym – już jako członkini AK – nosiła do getta szczepionki przeciw tyfusowi oraz produkty pierwszej potrzeby narażając swoje życie.
5 listopada 2009 roku pani Stenia odebrała przyznany medal i dyplom honorowy Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Zdążyła odebrać osobiście, zmarła miesiąc później, 2 grudnia.

20.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Jeden komentarz

„Apteka w getcie krakowskim” Tadeusz Pankiewicz

Bieżące sprawy nakładają się na historyczne wydarzenia i najczęściej je oddalają. Chyba, że są znaczące na tyle, żeby je obchodzić odgórnie i obowiązkowo. Są też takie obchodzone oddolnie. Dlatego, że ludzie chcą pamiętać. Albo przez sympatię, albo ku przestrodze albo z wielu innych powodów. Ważne, by uszanować pamięć i osoby, których ta pamięć dotyczy. W związku z rocznicą wybuchu powstania w getcie
warszawskim moje myśli skierowały się ku gettu krakowskiemu.

Przeczytałam mianowicie niedawno wspomnienia Tadeusza Pankiewicza, krakowskiego aptekarza, którego apteka „Pod Orłem” znalazła się w granicach getta utworzonego w Krakowie przez okupanta. Przez dwa i pół
roku mieszkał tam i pracował. Od utworzenia w marcu 1941 roku do całkowitej likwidacji i zagłady dzielnicy żydowskiej w roku 1943, był świadkiem potwornej gehenny ludzi zamkniętych jak w klatce, zmuszonych do egzystencji w nieludzkich warunkach na wciąż kurczącym się obszarze, na którym wolno było im przebywać. Pankiewicz oraz jego personel byli jedynymi łącznikami między światem zewnętrznym a piekłem, które ludzie stworzyli ludziom. „Apteka w getcie krakowskim” to wyjątkowa relacja przekazana z samego centrum getta widzianego oczami Polaka, który był i uczestnikiem i świadkiem, dał wstrząsający obraz wydarzeń mających tam miejsce.

20.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 16

Budzik wydzwonił się do końca, wcale go nie słyszałam. Obudziła mnie Kuleczka strącając kwiatek na podłogę. Półprzytomna skoczyłam na równe nogi. Musiałam się zwijać jak w ukropie, spałam o całe pół godziny za długo. Rzuciłam się do dzieci. Gwałtownie obudzone wstały w bardzo złych humorach, co mnie wprawiło w jeszcze gorszy nastrój. Jacuś szukał drugiej skarpetki, którą porwała Kuleczka, kiedy zakładał pierwszą. Piotruś stwierdził, że on codziennie nie będzie chodził do szkoły tak wcześnie, bo to jest maltretowanie dzieci, najwyżej co drugi dzień.
Zanim uporałam się ze wszystkim, zrobiło się strasznie późno. Gdy wreszcie przygalopowałam na przystanek, okazało się, że zmienione
zostały trasy i godziny odjazdu autobusów a pętla przeniesiona za metro. Jakby mnie goniły furie dopadłam do taksówki i tym środkiem
lokomocji dotarłam do pracy w ostatniej chwili. Okazało się, że szef chce mnie natychmiast widzieć. Poszłam najpierw podpisać listę. Przy kilku nazwiskach ktoś postawił duże, czarne kropki. Przy moim też. Zdenerwowałam się potwornie. Cóż to mogło oznaczać? Na pewno nic dobrego. Cały niefortunny ranek i jeszcze ta czarna kropka spowodowały, że byłam niczym materiał wybuchowy przeznaczony do zdetonowania. Wystarczyła tylko iskra.
– Słuchaj, co to za kropki na liście? – weszłam do pokoju Pawełka.
– Nie wiesz? Z choinki się urwałaś?
– Nie z choinki tylko z urlopu.
– Aha, racja. Jest kilka osób, które od przyszłego miesiaca odchodzą…
– Jak to: odchodzą? Gdzie: odchodzą? Po co: odchodzą?
– Różnie. Żeby gdzie indziej pracować… Słucham, tak, redakcja…
Pawełek odebrał dzwoniący telefon a mnie wmurowało w ziemię. Odchodzą – czyli są zwolnieni, czyli zostałam wyrzucona z pracy w czasie urlopu!
– To znaczy, że wyrzucili mnie z pracy? – syknęłam przez zaciśnięte zęby w stronę Pawełka.
Zapisywał coś na fiszkach wsłuchany w głos płynący ze słuchawki. Robił przy tym do mnie jakieś straszne miny, wreszcie machnął ręką,
żebym się przymknęła. Mroczki zaczęły mi latać przed oczami.
– Marianna, do szefa – zawołała Małgosia z sekretariatu.
Słabo mi się zrobiło. Co teraz będzie? Z czego będę żyła? Gdzie pójdę? Przecież ja nic nie umiem! Co ja zrobię? A dzieci? Kamień do szyi i do Wisły?
– Marianno, gdzie jesteś? – usłyszałam znowu.
– Idę… – odrzekłam słabym głosem.
Oderwałam się od ściany, o którą byłam oparta, zrobiłam kilka głębokich wdechów, zacisnęłam pięści. Czekaj no ty… Harowałam jak dziki osioł w pracy i w domu, jeździłam, zbierałam materiały, pisałam po nocach, woziłam ze sobą tony makulatury, nad którą ślęczałam do rana, a ty mnie wyrzucasz? A czort z tobą! Sama pójdę!
Powoli słabość zaczynała ustępować coraz większej furii. Dam sobie radę, przecież wygrałam konkurs. Potrafię pisać. Będę pisać. Zostanę sławną i bogatą pisarką. Nikt mną pomiatać nie będzie! Nigdy!
Napisałam podanie o zwolnienie. Wpadłam do sekretariatu.
– Zamelduj mnie szefowi – warknęłam do Małgosi.
– Co ci? Poczekaj, jak ty wyglądasz… – zaczęła.
– Szybciej… bo nie ręczę za siebie…
– Marianna, stój! – zawołała przerażona.
Głośno zapukałam, weszłam do środka nie czekając na zaproszenie i zamknęłam drzwi za sobą, przed nosem Małgosi.
– Dzień dobry – powiedziałam głośno i zabrakło mi tchu.
Przede mną siedział… Herbert. I zażerał się moją szarlotką! To znaczy przestał i wpatrywał się we mnie jak w upiora.
Wściekłość mi przeszła. Poczułam się taka biedna, samotna, oszukana, poniżona, że mimo wysiłku nie zdołałam nad sobą zapanować.
Rozdygotana jakbym włożyła palce do kontaktu, rozmazując łzy na policzkach, wybuchnęłam.
– To dlatego wczoraj byłeś taki miły, tak? Chciałeś mnie udobruchać, tak? Wyrzucasz mnie z pracy i udajesz przyjaciela, tak?
– Marianno – wybełkotał wreszcie, przełykając ostatni kęs szarlotki. – O co ci chodzi? Skąd ty tutaj i dlaczego na mnie krzyczysz? Niczego
nie rozumiem.
Nie zwracając uwagi na jego słowa ryczałam dalej.
– Przez cały czas mnie oszukiwałeś, co? Świetna zabawa, wszechwładny szef i głupia dziennikarka, durna baba, którą można sobie owinąć dookoła palca, wykorzystać a potem zdeptać i zniszczyć!
– Ja ciebie wykorzystałem?!
Dopiero dużo później uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nie widziałam nikogo tak zaskoczonego, zdziwionego, ogłupiałego wręcz.
– I kto udawał miłego, sympatycznego? Kto był taki cudowny i tak się uśmiechał? W kim się zakochałam do nieprzytomności?
– Marianno – zrobił krok w moją stronę.
– Stój, bo wyskoczę – stanęłam przy otwartym oknie.
– Marianno…- głos stał się taki ciepły, taki miękki…
– Nic z tego. Nie nabierze mnie nikt wiecej. Nie ty mnie zwalniasz ale sama odchodzę, rozumiesz? Sama! Proszę, tu jest podanie o zwolnienie.
– Marianno…
– Przestań powtarzać „Marianno” i „Marianno”. Wiem jak mam na imię. Podpiszesz czy nie?!
– Pozwól mi wyjaśnić…
– Nie chcę, nie będę słuchać, nie chcę cię więcej znać!
– Ależ posłuchaj…
– Nie, nie i nie! A wiec to o mnie mówiłeś „chuda, zaniedbana, kompletny brak kobiecości”.
– Ależ ja nie…
– Nie będę cię słuchała. Nigdy! – mój wzrok padł na okruszki szarlotki leżące na talerzyku. – Smakowała ci szarlotka?
– Bardzo, i…
– Żadne „i”. Skoro tak – powiedziałam z lodowatym chłodem, tak mi się przynajmniej zdawało, – to spełnisz moje trzy życzenia. Pamiętasz?
– Jak mógłbym zapomnieć? – znów zrobił krok w moją stronę.
– Nie ruszaj się, bo… – ostrzegłam kładąc rękę na parapecie. – Po pierwsze: podpisz.
Zmarszczył brwi. Spojrzał mi prosto w oczy jakoś tak twardo, zimno, aż mi ciarki przyszły po grzbiecie, serce drgnęło jakby ukłute, ale
wytrzymałam spojrzenie.
– Chcesz tego naprawdę? – spytał nie spuszczając wzroku.
– Tak, chcę – ani na sekundę nie przestałam patrzeć w stalowoszare, przymrużone oczy.
– Dobrze. Ja dotrzymuję słowa, proszę – podpisał. – A jakie jest twoje drugie życzenie?
Cała buta opuściła mnie z chwilą złożenia przez Herberta podpisu na moim podaniu.
– Moim drugim życzeniem jest opuszczenie tego pokoju – powiedziałam cicho.
– Zapamiętaj dziewczyno, że ja nie oszukuję – usłyszałam za sobą, kiedy położyłam dłoń na klamce.
Wyszłam na uginających się nogach. Powitała mnie cisza w sekretariacie, nieruchoma twarz Małgosi i Pawełek rwący sobie włosy z głowy.
– Coś ty narobiła? – jęknął na mój widok.
– Zwolniłam się sama, nikt mnie nie będzie wyrzucał z pracy – wyjaśniłam drżącym głosem.
– Ona powiedziała – wskazał na Małgosię, – że wyglądałaś jak żywy trup i miałaś mord w oczach, kiedy wtargnęłaś do szefa.
– Najpierw słyszałam twój głos, a potem nic nie słyszałam – dodała Małgosia. – Myślałam, że się pozabijaliście.
– Coś ty narobiła? – powtórzył Pawełek. – Kazałem ci czekać aż skończę rozmawiać przez telefon?
– Kazałeś mi się zamknąć – protestowałam słabym głosem.
– Bo ledwo słyszałem, a to był bardzo ważny telefon, kupa forsy od tego zależała.
– Aha, rozumiem – pokiwałam bezmyślnie głową. – No i co z tego?
– Ty świętego potrafisz wyprowadzić z równowagi – zniecierpliwił się wreszcie Pawełek. – Te kropki ja sam postawiłem przy tych, co zostają
w naszej redakcji! Nie zdążyłem ci tego powiedzieć, bo poleciałaś jakby cię śmierć goniła.
Tego było już za wiele. Nogi mi się naprawdę ugięły i osunęłam się na krzesło. Co ja zrobiłam? Bezmyślna idiotka! Zniszczyłam całe swoje życie, zniszczyłam miłość. Sama! Muszę stąd natychmiast odejść, nigdy w życiu nie mogę się spotkać z Herbertem. Nigdy! Nigdy? Przecież ja tego nie przeżyję! Obrzuciłam go niesłusznymi oskarżeniami jak błotem, nie dałam mu dojść do głosu, zachowałam się jak psychicznie chora, niespełna rozumu histeryczka. Muszę stąd uciekać.
– Muszę stąd uciekać – powtórzyłam głośno i podniosłam się z krzesła patrząc z przerażeniem na drzwi, oby się nie otworzyły…
– Chodź do mnie – Pawełek wziął mnie za rękę.
– Nie, ja muszę natychmiast opuścić budynek – szarpałam się z nim.
– Uspokój się, już za dużo dzisiaj narozrabiałaś – ofuknął mnie.
– Masz relanium – Małgosia podała mi malutką, różową tabletkę. – Pomoże ci.
Połknęłam relanium i pozwoliłam się Pawełkowi zaprowadzić do jego pokoju.
– Pójdę do szefa – ofiarował się. – Może da się to wszystko odkręcić. On jest fajny chłop, nie zrobi ci krzywdy. Kiedy mu wyjaśnię co i jak to się jeszcze uśmieje.
– Po tym, co mu powiedziałam? Nigdy w życiu. Dziękuję ci, Pawełku, jesteś najlepszym kumplem.
– A coś ty mu powiedziała?
– O każde słowo za dużo.
– Marianno, usiądź i poczekaj, pójdę do niego.
– Stój! Ani się waż! Za skarby świata!
– Zawsze musisz być taka uparta!
– Nie i koniec!
– Ale dlaczego?
– Pawełku, proszę cię, nie mów nikomu, ale to osobista sprawa. Nic nie mów!
– Chyba, że tak – spojrzał zdziwiony. – A mówiłaś, że nie znasz szefa.
– Skąd miałam wiedzieć, że to on? – spytałam żałośnie. – Kiedyś ci opowiem.
Uspokoiłam się. Otępiałą i otumanioną przez relanium Pawełek wypuścił mnie na korytarz sprawdzając uprzednio czy nikogo na nim nie ma.
– Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – zapewnił.

19.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 15

Wieczorem „coś” kazało mi wyjść na balkon. Szkraby były już w łóżkach wykąpane i pachnące. Przygotowałam im ubranka na jutrzejszy dzień i zastanawiałam się jak sobie poradzę z nowymi obowiązkami. Mimo wielkiego płaczu zapisałam chłopców do świetlicy. Na szczęście mieli chodzić na pierwszą zmianę, więc nie było obawy, że usną ze zmęczenia w czasie lekcji. A potem – niech się dzieje co chce. Przecież nie mogłam dać im kluczy od mieszkania. Wysadzenie w powietrze całego budynku podczas mojej nieobecności nie przedstawiałoby specjalnych trudności, w najlepszym wypadku spaliliby jedynie swoje mieszkanie.
Tak rozmyślając stanęłam na balkonie. Był przecudny wieczór, ciepły, przepojony „różnowonną i różnokolorową kwiatową symfonią” – jak
kiedyś stwierdziła Bożena będąca w wyjątkowo romantycznym nastroju. To „coś”, co kazało mi wyjść na balkon, poleciło mi też szeroko otworzyć oczy, by ujrzeć wielkiego psa, który zatrzymał się na chodniku na wprost mnie machając wesoło ogonem, a jego radosne poszczekiwanie przypominające głuche dudnienie tam-tamów skrzyżowane z rykiem lwa wypełniło cały ogródek i omal nie zwaliło mnie z nóg.
– Będziesz ty cicho – powiedziałam teatralnym szeptem. – Wszystkie dzieci pobudzisz.
– Cicho Gałgan, spokój!
Usłyszałam głos, który brzmiał mi w uszach co noc. Właściwie teraz w ogóle przestałam go słyszeć, bo serce poczęło łomotać tak mocno, że zagłuszało wszystkie inne odgłosy. Dobrze, że z odległości nie widać było rumieńca, który z pewnością oblał mnie od głowy do stóp. Czułam, że moje własne ciało pali mnie jak ogień, trzęsę się niczym galareta i zaczynam szczękać zębami.
Uspokój się idiotko, mruczałam do siebie, natychmiast się uspokój!
– Dobry wieczór Marianno – Herbert stanął obok Gałgana. – Witaj po wakacjach. Wyjdziesz z Alfą na spacer?
– Dobry wieczór Herbercie – powiedziałam cicho, zbyt cicho, bo jakaś kula tkwiąca ni stąd ni zowąd w moim gardle sprawiła, że z
trudnością wydobyłam z siebie głos. – Nie mogę w tej chwili, mam ciasto w piekarniku. Ale może ty wejdziesz na chwilę? Za piętnaście minut powinno być gotowe i będę wolna.
Tak się złożyło, że jeszcze nigdy u mnie nie był. Z zewnątrz wszystko wyglądało na zwykłą „psią” znajomość. Któż mógłby przypuszczać, że jego ślady na trawie były dla mnie cenniejsze od wszystkich skarbów świata, a powietrze, którym oddychał, stawało się świetliste i
przezroczyste niczym kryształ? Komu przyszłoby do głowy, że płakałam z tęsknoty za jego głosem i widokiem, a głowę ściskałam obiema
rękami, żeby nie pękła i wołałam w duszy: Herbercie kochany, najdroższy, jedyny, tęsknię za tobą, za tobą jednym na całym bożym świecie, chcę cię widzieć, czuć przy sobie, być z tobą , raz jeden być z tobą a potem niech się wali świat. Kocham cię, dostaję obłędu z miłości i nie wytrzymam, rzucę się na ciebie na ulicy, zobaczysz… Wariatka…
– Właściwie, dlaczego nie? – zapytał nie mając pojęcia co się ze mną dzieje.
Po chwili stali z Gałganem w przedpokoju witani przez Alfunię i Kuleczkę.
– Ładnie tu – rozglądał się. – Masz dużo zieleni, to lubię. Bardzo mi się podobają drewniane półeczki na ścianach zamiast regałów. Dobrze zabudowałaś przedpokój wykorzystując każdy kawałek miejsca. Moje gratulacje.
– Usiądź, proszę, gdzie wolisz, na narożniku czy na fotelu – zapraszałam drogiego mi gościa. – Nie! Na tamtym nie siadaj, on się rozpada,
tylko zwierzaki mogą tam siedzieć.
Schwyciłam go za rękę, by nie zdążył usiąść.
– Tym razem ty uratowałaś mi życie – uśmiechnął się nakrywając swoją dłonią moją dłoń. – Czy wyobrażasz sobie, jak żałośnie wyglądałbym siedząc na podłodze wśród szczątków połamanego fotela?
– Z guzem na głowie wielkości co najmniej śliwki – uzupełniłam obraz.
Roześmialiśmy się oboje. Śmiech zlikwidował napięcie i mogłam zachowywać się normalnie.
– Może napijesz się herbaty? – zaproponowałam.
– Z przyjemnością napiję się herbaty, której sam nie muszę parzyć – odpowiedział.
– Już gdzieś to słyszałam – spojrzałam mu w oczy. – powiedz jak to jest, że często mamy identyczne myśli i wypowiadamy je w tym samym
momencie?
– Wiesz, sam się nad tym zastanawiam – znów uśmiech, od którego dostaję zaćmienia umysłu.
– Poczekaj, woda się gotuje, przyniosę herbatę – uciekłam do kuchni, żeby ochłonąć.
Wróciłam z tacką, na której zmieściły się dwie filiżanki herbaty, cukierniczka i talerzyk z sernikiem.
– A to niespodzianka! – zawołał zachwycony. – Skąd wiedziałaś, że przepadam za sernikiem?
– Wcale nie wiedziałam, sama go uwielbiam.
Bożenka podsumowałaby, że to widać. Ale Bożenki nie było i mogłam jeść bez oglądania się na czyjekolwiek komentarze. To znaczy
mogłabym, gdybym zdołała cokolwiek przełknąć poza herbatą, której nie trzeba gryźć przed połknięciem. Zachwycona patrzyłam na Herberta zajadającego ze smakiem.
– W piecyku też masz sernik? – spytał.
– Nie, szarlotkę.
– Jeśli jest tak samo wspaniała jak ten sernik, to… – zastanowił się chwilę, – …to spełnię twoje trzy życzenia.
– Nic prostszego jak spróbować. Zapraszam cię więc na szarlotkę.
– Zastanów się co robisz. Ostrzegam lojalnie, że ze mnie straszny łasuch.
– Powiedziałam i nie cofnę. Tylko nie zapomnij, że moje Szkraby są w stanie pożreć wszystko w błyskawicznym tempie i dla ciebie może nie zostać ani okruszyna.
Była to godzina jak z bajki, jak ze snu. Siedzieliśmy obok siebie, rozmawialiśmy o wakacjach, o jego podróżach, a nasze oczy spotykały się co chwilę, mówiły to, czego usta jeszcze nie były w stanie wypowiedzieć, ręce przypadkiem na siebie trafiały przyciągane wzajemnym ciepłem, leciutko drżące, spragnione swego dotyku.
Wtem zadzwonił domofon niczym głos trąb na sąd ostateczny. Zerwały się zwierzaki drzemiące zgodnie obok siebie. Kuleczka miauknęła i czmychnęła do łazienki, skąd wystawiła trójkątną mordkę, aby lepiej widzieć, kto idzie. Alfa i Gałgan rozszczekały się straszliwie a mnie o mało nagła krew nie zalała. Ze złości.
Takie już to moje szczęście. Kogo diabli niosą? Podniosłam słuchawkę.
– Czego? – warknęłam.
– Nie czego, tylko kogo – usłyszałam głos Bożenki.
– Co kogo?
– Powinnaś spytać: kogo tu bogi prowadzą. Nie uważasz, że mogłabyś się trochę grzeczniej odzywać?
– A czego tu szukasz? Miało cię nie być cały tydzień, więc czemu się szwendasz po nocy i przeszkadzasz porządnym ludziom?
– Nie gderaj tylko otwórz, bo zapomniałam kluczy. I daj mi moje własne klucze wiszące u ciebie na wieszaczku.
– Po co już wróciłaś? Jeszcze nie minął tydzień – upierałam się.
– Idiotka – zniecierpliwiła się moja sąsiadka. – Otwórz wreszcie. Zgłupiałaś już do reszty, czy co? Ciotka przyjechała do mamy i zostanie na dłużej, będzie z nią więc mogłam wrócić. Otwierasz czy nie?!
– Już, już – nacisnęłam przycisk.
Zabrzęczał automat, trzasnęły drzwi.
– Nie musisz trzaskać drzwiami o tak późnej porze – zauważyłam jadowicie, podając klucze od mieszkania.
Wściekła byłam za przerwanie cudownej chwili. Może już nigdy nie uda mi się przeżyć czegoś podobnego. A tymczasem Herbert dusił się ze śmiechu na balkonie, tak go rozweseliła nasza rozmowa.
– Jesteście niezrównane – wybełkotał próbując spoważnieć.
Ukroiłam słuszny kawał ciepłej szarlotki i kazałam mu zabrać do domu, przed czym się zresztą nie bronił. Długo jeszcze spacerowaliśmy z
psami po osiedlu aż wreszcie spojrzałam na zegarek: była dwudziesta trzecia czterdzieści trzy.
– O rany, jak późno – złapałam się za głowę. – A ja muszę rano być w pracy!
Usnęłam dopiero nad ranem. W stanie półsnu – półjawy przewracałam się na łóżku z boku na bok, nie mogłam usnąć, przeżywałam całą
sytuację od początku. Widziałam Herberta chodzącego po pokoju, słyszałam go. Ale, co za pech, kiedy zbliżał się do mnie – za każdym razem budziłam się i nie mogłam wejść w dalszy ciąg snu. Zaczynał się od początku, by znów się przerwać w najciekawszym momencie. Jak pech, to pech…

18.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Drodzy Czytacze płci obojga:):):)

Dziękuję tym, którzy trafili na dyrdymałkowy adres i spędzili tu nieco czasu. Szczególnie dziękuję za wyrażone opinie. To dla mnie bardzo miłe i nowe przeżycia.

Chciałabym Wam w te pierwsze wspólne Święta życzyć, abyście codziennie – nie tylko w Święta ale i po – znajdowali więcej powodów do uśmiechu niż dotychczas, szukali jaśniejszych stron życia (te ciemne wreszcie kiedyś się rozjaśnią), cieszyli się zdrowiem, życzliwością otoczenia, miłością najbliższych i taką ilością pieniędzy, która pozwala na godne życie.

….WESOŁYCH ŚWIĄT….

15.04.2017

  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Wesołego Alleluja, dalszego zapału do pisania blogu.:-)
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Dzięki, zapraszam serdecznie do dalszych odwiedzin:)
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Dzięki, zapraszam serdecznie do dalszych odwiedzin:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 14

Pierwszego września wystroiłam moje pociechy niczym książątka i zaprowadziłam do szkoły. Nie była to dla nich wielka atrakcja, miały za sobą rok w zerówce, umiały czytać od piątego roku życia a pisać nauczyły się same, z własnej i nieprzymuszonej woli.

Wchodząc do szkolnego budynku odniosłam bardzo niemiłe wrażenie, że to ja wracam do szkolnych lat. Brr, co za koszmar. Za żadne skarby świata nie chciałabym się znów znaleźć w tamtym okresie. Patrząc na mrowie dziecięcych główek myślałam: dobrze, że nie zdają sobie sprawy z wejścia – w tym dniu – w kierat, z którego nie wyzwolą się prawie do końca życia. Przez wiele, wiele lat ich losy będą uzależnione od obcych ludzi, często nie znoszących dzieci, szukających sposobu, by im dokuczyć, zgnębić je, wystraszyć, pokazać swoją rzekomą władzę i wyższość akurat tam, gdzie najmniej potrzeba. Ludzi nie zdających sobie sprawy, iż niejednokrotnie mają nieodwracalny, niszczący wpływ na losy młodych istot, wpędzając je w nerwice i depresje, prowadzące nawet do samobójstw.

Sama zbyt dobrze pamiętam swoje szkolne lata, potworne bóle brzucha przed matematyką, torsje przed odpowiedzią czy klasówką, myśli o śmierci, gdybym nie zdała do następnej klasy, bo co by mama powiedziała… Oczywiście czarny scenariusz nie mógł się ziścić, byłam dobrą uczennicą, lecz strach potrafił całkowicie sparaliżować logiczne myślenie.

Niewiele się zmieniło od moich czasów. Majka nieraz opowiadała o szkolnych problemach swego siostrzeńca Maćka, które miał dopóki Teresa nie przeniosła go do innej szkoły. Od koleżanek z pracy wciąż słyszałam narzekania na nauczycieli, przeładowany program, przywiązywanie wagi do nieistotnych drobiazgów. Do tej pory żyłam jednak w błogim przekonaniu, że mnie te sprawy już i jeszcze nie dotyczą, lecz nadszedł czas, że miały się stać i moją codziennością. Na tę myśl czułam zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Ale cóż, nie mogłam tego po sobie pokazać. Tak więc na zewnątrz byłam promienna i radosna wprowadzając dzieci do szkoły jako pierwszoklasistów. A może właśnie będą miały szczęście i trafią na nauczycieli z powołania, którzy lubią dzieci, chcą im pokazać piękno i dobro świata oraz nauczyć być dobrymi, porządnymi ludźmi?

Starsze klasy przygotowały program artystyczny, jak to zwykle bywa. Potem dzieci poznały swoje wychowawczynie i pomaszerowały do klas. Trwało to całą wieczność. Wreszcie skończyło się i mogliśmy wrócić do domu.

– Ja się będę dobrze uczył – oświadczył Jacuś. – I zawsze odrobię lekcje.

– To bardzo dobrze – Piotruś podskoczył z radości. – Jak ty odrobisz to ja przepiszę i z głowy.

– O nie! – zaprotestowałam. – Każdy sam będzie się zajmował swoimi lekcjami. Chcesz wyrosnąć na głąba, który nic nie umie?

– Ee tam, – machnął rączką mój siedmioletni synek. – Na komputerze się znam, prawie całkiem. A jak się nauczę, czego się nie nauczyłem, to się nauczę angielskiego i już.

– Jeszcze zapomniałeś, że musisz zrobić prawo jazdy – przypomniał bratu Jacuś.

– No właśnie – znowu podskoczył Piotruś. – I już mogę być biznesmenem, no nie?

– I musisz chodzić ubrany tak jak dzisiaj – smętnie pokiwał główką Jacuś.

– Trudno, – Piotruś spojrzał na swoje eleganckie ubranko z wyraźnym obrzydzeniem. – Ale na podwórko będę chodził normalnie, jak człowiek.

– Myślisz, że biznesmen ma czas chodzić na podwórko? – usiłowałam utrzymać powagę, co przychodziło mi z trudem.

– Pewnie, przecież ma wszystkie pieniądze, to zapłaci, żeby za niego pracowali i wtedy może siedzieć na podwórku aż mu się odechce!

– Skąd wam to przyszło do główek? – zapytałam uświadamiając sobie niezwykłą trafność spostrzeżeń Szkrabów.

– Co? – jednocześnie zwrócili łebki w moją stronę.

– No, to o angielskim, komputerze i prawie jazdy?

– Maciek mówił. Ten duży, co przyszedł z Maksem do ciotki Majki – wyjaśnił Jacuś.

– Do was mówił? Do takich maluchów?

– No wiesz mamo! – obruszył się Piotruś. – Ja jestem najwyższy w klasie a Jacek jest mniejszy tylko o jednego chłopaka!

– Nie do nas, tylko do ciotki – tłumaczył jednocześnie Jacuś. – Ale my siedzieliśmy pod balkonem. Nie mogliśmy wyjść, bo ciotka stała na górze i krzyczałaby, że włazimy do ogródka i depczemy kwiatki a przez to Aba hałasuje.

– No to siedzieliśmy cicho i czekaliśmy, żeby sobie poszła – dodał Piotruś.

– I podsłuchiwaliście, tak? – zrobiłam groźną minę.

– Wcale nie! – Jacuś przystanął na chodniku i spojrzał na mnie z wyrzutem. – Wcale nie podsłuchiwaliśmy, wiesz?

– To tylko ten Maciek tak głośno mówił – Piotruś stanął koło brata jak drugi kogucik. – Jakby nie mówił, to byśmy nie słyszeli! Chodź Jacek.

Puścili się pędem w stronę domu uważając sprawę za zakończoną.

14.04.2017

 

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Opowieść Marianny 13

W domu – istne szaleństwo. Chłopcy krzyczeli, biegali po całym mieszkaniu i skakali na wersalce, żeby uczcić powrót. Jacuś wprawdzie co jakiś czas przypominał sobie Urwisa i pochlipywał, że go długo nie zobaczy, ale szybko zapominał, ponieważ mnóstwo wrażeń zaprzątało dziecięcą uwagę. Cała podwórkowa dzieciarnia zebrała się koło ogródka. Wszyscy jednocześnie opowiadali o wakacyjnych przeżyciach przekrzykując się wzajemnie, powodując hałas nie do opisania i nie do wytrzymania.

– Jeżeli się natychmiast nie uspokoicie, obleję was zimną wodą! – zagroziłam przez okno nie mogąc tego dłużej znieść.

Jak spłoszone stadko wróbli odfrunęli, przenieśli się na środek podwórka, obsiedli drabinki, płotki, ławeczki i co się jeszcze dało, i pytlowali dalej. Zamknęłam okno w dużym pokoju, otworzyłam w kuchni i pokoiku chłopców. Nareszcie zrobiło się spokojniej, mogłam się wziąć za rozpakowywanie i porządkowanie rzeczy. Prawie wszystkie, oczywiście, nadawały się do prania, uruchomiłam więc od razu pralkę.

Wieszając pranie na balkonie zauważyłam Gałgana. Z bijącym nagle mocniej i głośniej sercem rozejrzałam się na wszystkie strony usiłując robić to dyskretnie. Nigdzie nie zauważyłam Herberta. Gałgan urósł i naprawdę przewyższał wielkością okoliczne psy, ustępował jedynie piaskowemu dogowi mieszkającemu w sąsiedztwie.

– Cześć, Marianno! – zawołała Majka odciągając Abę od wyjątkowo interesująco pachnącego miejsca. Mam dla ciebie korespondencję, a właściwie cały stos. Dobrze, że jesteś, smutno tu bez ciebie. Wszyscy już wrócili z wakacji, jesteś ostatnia.

– A gdzie Bożenka? – spytałam. – Nie ma jej w domu i ty masz moje listy, nie ona? Wrobiła cię, bo jej się skrzynki nie chciało otwierać? – żartowałam.

– Pojechała na tydzień do mamy, źle się czuła…

– A co jej się stało? – zaniepokoiłam się. – Coś poważnego? Musiała się mamie na głowę zwalać? Przecież ma nas.

– Co ty mówisz? – zdziwiła się Majka. – Tłumaczę ci wyraźnie, że mama Bożenki źle się czuła i Bożenka do niej pojechała. Czy to tak trudno zrozumieć?

– Aha, myślałam, że Bożenka!

Kiedy dotarło do mnie, że Bożenka jest zdrowa i nic jej nie grozi, całą moją uwagę przykuł Gałgan i jedna natrętna myśl: dlaczego nie widać Herberta? W związku z czym, jak zwykle w podobnych wypadkach, plotłam coś bez ładu i składu, rozmawiałam z Majką nie wiem o czym, aż moja droga sąsiadka puknęła się palcem w czoło zwracając się do Aby i Gałgana.

– Chodźcie do domu zwierzaki, bo z ciotką nie da się teraz rozmawiać. Najwyraźniej klepki w łepetynie jej się od upału poprzestawiały. Hej, ty! – krzyknęła w moja stronę śmiejąc się głośno. – Czy ty mnie w ogóle poznajesz? Ja jestem Majka, wiesz? Twoja sąsiadka. Zaraz przyniosę ci twoje listy, rozumiesz?

– Rozumiem, rozumiem, przecież nie jestem taka tępa jak ci się wydaje – najpierw się oburzyłam a potem parsknęłam śmiechem. – Przepraszam cię Majeczko, zamyśliłam się.

– No, widzę. Oprzytomniałaś już? Jak się na ciebie nie huknie, to fruwasz w przestworzach. Chodź tu, Gałganie jeden. Aba do mnie, szybko. Nie słyszysz? No już! – zbierała zwierzaki z podwórka.

– Gałgan znowu u ciebie mieszka? – odważyłam się wreszcie zadać najistotniejsze dla mnie pytanie.

– Tak się złożyło, zaraz do ciebie przyjdę, poczekaj.

Przyszła za pół godziny ze stosem kartek pocztowych i kopert zaadresowanych do mnie.

– O, jakie kolorowe znaczki – ucieszyłam. – Ostatnio moje pociechy zbierają znaczki, będą miały zabawę odklejając taką ilość.

Obejrzałyśmy zdjęcia z wakacji, piękne, barwne fotografie całej rodziny Majki robione w Cięciwie. Były tam psy, koty, Dorota z całą ferajną, jeszcze jakieś bliźniaczki z matką. Dowiedziałam się, że to Aldona, przyjaciółka Teresy, która teraz mieszka w jej mieszkaniu, odkąd siostra Majki przeniosła się do nowego domu w Natolinie. Większość zdjęć robił Maciek, starszy siostrzeniec Majki oraz jedna z bliźniaczek. Nie wiem która, bo mi się poplątało. Podczas komentowania wyglądu psów nadarzyła się okazja do „zahaczenia” o Gałgana i jego pana, czego nie omieszkałam uczynić.

– Herbert dał mi klucze na stałe, bo całymi dniami siedzi teraz w pracy. Wraca dopiero późnym wieczorem albo nocą. Wszystko się pokręciło, jak teraz wszędzie, a on nie może znieść myśli, że znów mu kazali robić reorganizację, w wyniku której musi zwolnić ludzi. Siedzi więc, kombinuje, łamie sobie głowę jak i gdzie, kogo zostawić, ustawić, przestawić, zmienić nazwę albo co innego, żeby nikogo nie skrzywdzić.

– Ja też nie wiem co zastanę po powrocie z urlopu – wtrąciłam.

– Biorę więc Gałgana do siebie, żebym nie musiała latać tam i z powrotem – ciągnęła dalej. – Zresztą smutno by mu było samemu tyle godzin, w końcu to jeszcze psie dziecko, choć wielki jak smok. Przez tydzień będę siedziała w domu, mam urlop, mogę więc się nim zająć. Potem trudno, siusiu i do domu, nic na to nie poradzę.

– Zrobimy dyżury, jak w zeszłym roku, pamiętasz?

– Tak, to najlepsze wyjście z sytuacji, jakoś sobie pomożemy.

– Wiesz Majka, naprawdę nam się udało…

– Z wieloma sprawami, to fakt – zgodziła się Majka. – Ale co konkretnie masz na myśli w tej chwili?

– Właśnie to, że tak sobie siedzimy, rozmawiamy, że jesteśmy otoczone fajnymi ludźmi, na których zawsze można liczyć, którzy pomogą w ciężkiej chwili i podzielą się radością w dobrej…

Nie mogłam dalej snuć rozważań na powyższy temat ponieważ Jacuś pojawił się z wiadomością, że jakiś duży chłopak przyszedł na nasze podwórko, ma zapałki i koniecznie chce zapalić ognisko w drewnianej budce na placu zabaw.

– Chociaż my mu tłumaczymy, że nie wolno, bo będzie pożar! – mówił podniecony. – On nic nie rozumie! Głupi jakiś, albo co? Piotrek powiedział, że go rzuci kamieniem w łeb!

– Nie „go” rzuci, ale „w niego” – poprawiłam. – Ile razy będę ci jeszcze zwracała uwagę?

– Ale ja się spieszę, – odpowiedziało moje dziecko. – Więc nie mam czasu myśleć jak się mówi. A poza tym jeszcze są wakacje, to wolno.

Wyszłyśmy z Majką przed blok, lecz nasza interwencja nie była już potrzebna. Sprawę załatwił sąsiad z pierwszego piętra również wezwany na pomoc. Po chwili na podwórku zapanował spokój.

Wróciłam do mieszkania i sięgnęłam po paczuszkę przyniesioną przez Majkę. Były to wieści „z kraju i ze świata”, pozdrowienia od znajomych i przyjaciół, którzy w czasie wakacji rozjechali się w różne strony. Był też druczek z babskiego pisma informujący, że powieść niejakiej Marianny Sadowskiej nadesłana na konkurs zajęła pierwsze miejsce.

Najpierw nie zrozumiałam o co chodzi, pomyślałam, że przez pomyłkę dotarło do mnie owo zawiadomienie. Już miałam odłożyć kopertę, żeby potem wrzucić do przegródki na zwroty, gdy nagle doznałam olśnienia: przecież Marianna Sadowska to ja! Wygrałam konkurs! Napisałam powieść, która się spodobała komisji! To w ogóle nie do uwierzenia!

Jak szalona tańczyłam i skakałam po pokoju z karteluszkiem w ręce. Nie zauważyłam, kiedy dzieci weszły do domu. Stanęły i nieruchome obserwowały ów dziwaczny obraz.

– Pewnie się stało coś fajnego – stwierdził Piotruś.

– Skąd wiesz? – spytał Jacuś na wszelki wypadek nie zbliżając się zanadto.

– Bo inaczej mama siedziałaby na fotelu i ryczała – odrzekł spostrzegawczy malec.

– Aha, – zgodził się z bratem Jacuś. – Albo krzyczałaby na nas, że pokój nie sprzątnięty, łóżko nie schowane, zęby nie umyte i co ona z nami ma.

Mimo stanu euforii w jakim się znajdowałam, dotarły do mnie słowa Szkrabów. Coś podobnego, wydawało mi się, że potrafię ukrywać zły nastrój i nie przenoszę go na dzieci. Jednak się myliłam, bo chłopcy jak małe psiaki wyczuwali co się ze mną dzieje. Postanowiłam, że muszę popracować nad sobą, bardziej kontrolować swoje zachowanie a zły humor pozostawiać za drzwiami. Nie tylko mieszkania, ale nawet klatki schodowej.

13.04.2017

  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Przypominam sobie dawne czasy czytając Mariannę. Dzięki.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Miło wspomnieć, prawda? Są takie „miejsca w życiu”, do których zawsze się dobrze wraca, które pomagają się wyciszyć, zatęsknić za tym, czego już nie ma i przeżyć ponownie. Wpadaj często:):)
Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 12

W czasie wakacji dni wydawały mi się dłuższe niż zwykle. Ciocia twierdzi, że czas przyspieszy swój bieg, gdy będą czekały na mnie obowiązki. Miała świętą rację. Teraz pędził, uciekał, nie mogłam go dogonić. Dni przepływały jeden za drugim wypełnione gotowaniem, przetworami, codzienną domową krzątaniną, robieniem generalnych porządków od piwnicy do strychu, zabawą i spacerami z dziećmi i zwierzakami.

Wśród tych rozlicznych zajęć, w czasie których zgubiłam owe „boczki” krytykowane przez Bożenkę, często widziałam Herberta. Tak ni stąd ni zowąd pojawiał się obok mnie, uśmiechał się, mrużył oczy jak kot. Myśl o nim dawała mi siłę i wewnętrzną radość. Czułam, że nie jest ważna odległość dzieląca nas, bo ciągle jestem z nim w kontakcie, odczuwam jego obecność. Czegoś podobnego jeszcze dotąd nie przeżyłam.

Zakochana byłam prawie od urodzenia: jak nie w Tomku Wilmowskim to w Gilbercie Błythe, uwielbiałam Johna Wayne”a i Alaina Delona oraz całą masę innych gwiazdorów. Nawet młody nauczyciel chemii o zabójczo zielonych oczach znalazł się na liście idoli. A Seweryn Krajewski? To dopiero była miłość: od siódmej klasy do matury. Ale to dawne dzieje.

Kochałam mego byłego drogiego małżonka, lecz to także było zupełnie co innego. Przy nim czułam się mała, szara, nic nie znacząca. Cały czas żyłam obok niego, w obawie, że go stracę. I tak się stało. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że myśl jest potęgą zdolną kształtować rzeczywistość i prędzej czy później zmaterializuje się to, o czym uporczywie myślałam dniami i nocami. Tak bardzo intensywnie wyobrażałam sobie co by się stało, gdybym się dowiedziała, że ma dziecko z inną, tak przeżywałam w wyobraźni tę sytuację aż stała się rzeczywistością. Cóż z tego, że „to był przypadek, pomyłka, bo kocha tylko mnie”? Skończyło się małżeństwo, było, minęło, przebolałam, doszłam do siebie i cześć. Teraz wiem, gdyby nie moje negatywne myślenie, emanowanie z siebie zazdrości i złości, gdyby nie wieczne pretensje i żale – byłoby inaczej.

Cóż, tak miało być. Odkąd poznałam siłę afirmacji, roztaczania wokół siebie jedynie pozytywnej energii – łatwiej mi żyć. Jestem szczęśliwa, otoczona życzliwymi ludźmi, mam pracę, którą lubię, nie boję się nikogo i niczego, bo nikomu nic złego świadomie nie robię. A jeśli nieświadomie i zrozumiem swój błąd – staram się wszystko naprawić. No i jeszcze – spotkałam Herberta.

Uświadomiłam sobie, że właśnie to spotkanie pomogło mi najbardziej. Przy nim wzrosło moje poczucie własnej wartości, wiedziałam, że traktuje mnie jak równorzędną partnerkę, nie miałam przy nim żadnych kompleksów, było mi cudownie w jego towarzystwie. Rozmawialiśmy godzinami, nigdy nie zdarzało się gorączkowo szukać tematów. Przeciwnie, tyle ich się nasuwało, że nie mogliśmy się rozstać, bo ciągle coś zostawało niedopowiedziane. Oboje nie dotykaliśmy obszaru pracy zawodowej wychodząc z założenia, że każdemu należy się odreagowanie stresów związanych nie tyle z wykonywaniem obowiązków, lecz z niektórymi ludźmi, z którymi trzeba się, niestety, kontaktować.

Urzekała mnie delikatność Herberta i jakby pewna doza nieśmiałości. Nigdy nie wykonał niestosownego ruchu czy gestu, jakby wyszedł z kart przedwojennego romansu. Wśród mężczyzn mówiących bez ogródek i skrępowania na co i z kim mają ochotę, rzucających wulgaryzmami na prawo i lewo, bez zahamowań i jakiegokolwiek szacunku dla rozmówcy – był istnym cudem natury. Takim oderwaniem od brutalnej, brudnej, chamskiej rzeczywistości; oazą światła i spokoju wśród morza ludzi opętanych żądzą wybicia się, utrzymania pozycji, zdobycia poklasku bez względu na cenę, którą przyszło za to zapłacić im samym lub otoczeniu.

Wiedziałam, że sprawia mu przyjemność moja obecność. Mówiły o tym oczy, najpierw zwężające się w dwie ciemne szparki a potem rozbłyskujące – jak snopem iskier – ciepłem i serdecznością. Mówiła o tym radość malująca się na twarzy i uśmiech, niepowtarzalny, jedyny uśmiech, najpiękniejszy uśmiech we wszechświecie.

Nie widziałam tego uśmiechu już dwa miesiące, a mimo to byłam zupełnie spokojna i pewna miłego powitania. Skąd taka pewność? Irracjonalna, nie oparta na żadnych logicznych przesłankach? Nie potrafię wytłumaczyć. Po prostu tak było.

Zbliżał się koniec wakacji i konieczność wyjazdu z Czernej. Zawsze trudno było mi rozstawać się z ciocią i kochanym domkiem, z przecudną okolicą. Tak było i tym razem, chociaż tęskniłam za własnym domem. Poza tym… Herbert już wrócił, dostałam od niego kartkę z pozdrowieniami, a Gałgan pewnie osiągnął wielkość dorosłego psa…

Ciocia obiecała, że na Boże Narodzenie przyjedzie razem z Urwisem, który wywoływał salwy śmiechu u obserwujących, gdy chodził za Alfunią jak za panią matką i pokornie przyjmował od niej szturchańce, choć już był od niej dużo większy.

Powrotną drogę odbyliśmy w luksusowych warunkach – samochodem, wspólnie z kuzynką Aurelią wracającą do Warszawy po urlopie spędzonym u rodziców, która się zlitowała nad nami wszystkimi i zabrała nas ze sobą.

13.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 11

Dzień zbudził się do życia tak cudny jak tylko letni dzień potrafi. Zbudziłam się razem z nim. Kiedy jestem odprężona, spokojna, nie nękana pracowymi stresami, otwieram oczy razem ze słońcem. Pełna radości życia, wesoła, od razu mam ochotę przewrócić świat do góry nogami. Zresztą – w ogóle nie znoszę bezczynności, marnowania czasu, jałowych dyskusji. Zamiast gadać wolę coś zrobić. Chyba, że mogę połączyć jedno z drugim.

Dawniej na przykład, uwielbiałam robić na drutach. Gdy tylko ktoś zaprzyjaźniony wpadał na pogawędkę, natychmiast łapałam druty, żeby nie zmarnować ani minuty. Dzięki temu feblikowi ubierałam siebie i resztę rodziny w różnokolorowe sweterki. Nie musiałam kupować, co zawsze liczyło się w domowym budżecie, bo pieniędzy zawsze brakowało. Tak bardzo lubiłam – jak mówił Jacuś – drutować, że zbierałam nitki, ścinki od sąsiadek i krewnych, prułam i przerabiałam. Na widok ładnej włóczki dosłownie „ciekła mi ślinka”, jak palaczowi na widok papierosów czy alkoholikowi na widok pełnego kieliszka.

Przeszło mi. Od roku nie spojrzałam na wełnę, czuję drutowstret i nie wiem, czy się z niego wyleczę. Widocznie już wyrobiłam swoją normę oczek w tym życiu. Przeszłam do następnego etapu. Czytam, piszę i pracuję głową.

– Rozwinęłaś się – stwierdził mój były drogi małżonek patrząc na rezultaty moich poczynań, co dało mi powód do śmiechu.

Słońce weszło do pokoju, chciało pogłaskać śpiące dzieci po zaróżowionych twarzyczkach i ciemnych włoskach zmierzwionych i rozczochranych podczas snu. Stanęła mu na drodze przeszkoda nie do pokonania: drewniana ścianka w nogach łóżka. Zawiesiło więc nieruchomo promyczki i odpoczywało.

Piotruś rozłożył się w poprzek łóżka, zamruczał coś i spał dalej. Kuleczka leniwie otworzyła oczka, przeciągnęła się na poduszce, lekko trąciła noskiem Jacusia, ale nie zareagował, pogrążony we śnie. Cichutko zeskoczyła i w podskokach znalazła się przy mnie, zaczepiając po drodze Alfunię zwiniętą w kłębek na kocu. Obudzona suczka szeroko ziewnęła.

Wstałam najciszej jak umiałam. Otworzyłam oba okna na całą szerokość. Na noc zostawiałam jedynie uchylony lufcik. Poranne, chłodne powietrze wpadło do pokoju, odurzająco świeże, przesycone zapachem kwiatów mokrych jeszcze od rosy. Zdawało się być kolorowe: różowe i bordowe od nowej, późnej odmiany piwonii o ogromnych kwiatach, żółte od lwich paszczy, białe od margaretek, fioletowe od floksów.

Narzuciłam szlafrok i wyszłam przed dom. Czyż może być coś piękniejszego od ździebełka zielonej trawy, wyginającego się ku ziemi pod ciężarem kropelki rosy, mieniącej się kolorami tęczy? Cały ogród iskrzył się i mienił od tysięcy takich kropelek, jakby na nocnym balu wróżki rozsypały sznury pereł.

– Boże, jak ja kocham żyć – szepnęłam do siebie i do zwierzaków towarzyszących mi krok w krok.

Alfunia zrobiła pędem kilka kółek po trawniku, po czym wytarzała się trawie i rozpoczęła powtórny szalony bieg wokół ogrodu. Kuleczka miała zamiar pójść w jej ślady, ale poczuwszy pod łapkami mokrą trawę, z niechęcią się cofnęła. Fuknęła, prychnęła, usiadła na chodniku, wylizała łapki, po czym wróciła na schody i położyła się w słoneczku obserwując z wysoka popisy Alfy.

Gdybym tak mogła kroczyć po tym cudownym ogrodzie trzymając pod ramię Herberta i razem z nim wdychać czarowną woń kwitnącego ogrodu… – pomyślałam. Zaraz przyszła następna, rozsądniejsza myśl: – to bym nogi przemoczyła i kichała jak stara czarownica o zmierzchu…

Roześmiałam się i poszłam w stronę stajni, skąd dochodził głos cioci przemawiającej do kur. Miała ich dziesięć, więc zawsze w domu były świeże jajka dla własnych potrzeb. Kury miały dożywocie, zdychały ze starości. Ciocia nigdy by żadnej nie zabiła a tym bardziej nie zjadła. Twierdziła, że to jej koleżanki dotrzymujące towarzystwa przez cały rok.

– Ja przecież nie jestem kanibalem – odpowiadała na docinki sąsiadek, którym takie postępowanie nie mieściło się w głowie i uważały ją za nieszkodliwą dziwaczkę.

– Ciociu, dlaczego nie weźmiesz sobie psa? – pytałam. – Miałabyś towarzysza i obrońcę.

– Wiesz jak kochałam Burka. Na razie jeszcze nie mogę znieść myśli, że miałby go zastąpić inny, Na pewno przygarnę jakąś bidę, na dłuższą metę nie wytrzymam bez psa, ale trochę poczekam. One – pokazała ruchem głowy sąsiednie domy z myślą o ich mieszkankach, – uważają mnie za wariatkę, bo płakałam po psie. A niech im tam będzie!

Ciocia Jadzia miała siedemdziesiąt jeden lat, piękne, popielate, falujące włosy, które zwijała na karku w gruby węzeł. Od niej nauczyłam się tak czesać, na co Herbert zwrócił kiedyś uwagę mówiąc, że wyglądam jak posąg greckiej bogini. Niebiesko-zielone oczy cioci (sama o nich mówiła: siwe) wesoło i życzliwie spoglądały na każdego, a drobna, szczupła postać wciąż jeszcze miała energiczne, młodzieńcze ruchy.

– Jeżeli już wstałaś to zjedz śniadanie, weź rower i przejedź się po chleb i bułeczki dla chłopaków. Niech zawsze pamiętają, że u mnie dostawali świeżutkie, chrupiące bułeczki – powiedziała uśmiechnięta.

– Ciociu, po co tak wcześnie wstałaś? – strofowałam ją.- Masz wypoczywać i nabierać sił.

– Już nabrałam, kochanie, jestem zupełnie zdrowa i powiedziałam Szkrabom, że w poniedziałek pojedziemy do Krzeszowic na jarmark.

– Ciociu, czy to nie za wcześnie? Sama mnie uczyłaś: szanuj zdrowie, bo nowego nie znajdziesz i nie kupisz.

– Właśnie to robię Marianno. Sama bym się nie wybrała, ale z wami – z wielka przyjemnością. Dawno już nie byłam w miasteczku, mam do załatwienia kilka spraw.

Lekka i zwiewna jak rusałka wskoczyłam na rower. Bożenka – gdyby mogła mnie w tej chwili widzieć – powiedziałaby, że do rusałki mi jeszcze bardzo daleko i najpierw musiałabym ociosać sobie boczki albo przegłodzić się co najmniej przez miesiąc, dodając, że właściwie w moim wieku to już zupełnie niepotrzebne. Bożenki na szczęście w pobliżu nie było, więc do woli mogłam udawać rusałkę.

Moja paplanina wprawiała ciocię w dobry humor. Tak samo relacjonowanie tego, co się dzieje w Natolinie i okolicy. Opowiedziałam też, oczywiście, o pierwszym spotkaniu z Herbertem, z czego się serdecznie uśmiała.

Nie jestem zarozumiała, broń Boże, nigdy nie byłam, ale stwierdzam z całą odpowiedzialnością, ze coraz lepiej potrafię opowiadać. Wypowiadanie się na piśmie szło mi zawsze jak z płatka od kiedy nauczyłam się pisać, lecz gdy przyszło się odezwać i to publicznie – to był prawdziwy koniec świata! Nie umiałam zebrać myśli, plątałam się, jąkałam, z przerażenia miałam pustkę w głowie. Dlatego nie pociągała mnie praca z mikrofonem w ręce, to nie dla mnie. Mogłam pisać, pisać i znowu pisać, byle tylko nikt nie kazał mi mówić. Teraz coraz częściej zdarzały mi się kilkuzdaniowe „wystąpienia”. I do tego sensowne. Jestem z siebie oczywiście bardzo dumna.

Wyprawa na jarmark była dla chłopców atrakcją nie z tej ziemi. Tyle koni, świnek, kur, indyków, gołębi, krów, królików i nie wiadomo czego jeszcze nigdy nie widzieli. Najdłużej zatrzymali się przy rozkosznych szczeniaczkach śpiących w pudełku. Jacuś zaparł się „wszystkimi nogami” i w ryk.

– Mamusiu, weźmy te szczeniaczki! Ja cię proszę, weź je! Będę nawet cały tydzień pił mleko w ubranku, tylko je weź!

Włożył piąstki w te kochane szaroniebieskie ślepki, tarł, a łzy wielkie jak groch, płynęły po policzkach.

– Jak to w ubranku? – zdziwiła się ciocia.

– W kożuchu, tfu, to znaczy z kożuchem – wyjaśniłam.

– Aha, nigdy bym na to nie wpadła – pokiwała ciocia głową doceniając trafność określenia.

– Głupi jesteś. Co byśmy z nimi w domu zrobili? Przecież się nie zmieszczą. I kto by tyle płacił w administracji za podatek? – tłumaczył bratu trzeźwo myślący Piotruś.

– Jakie wszystkie, jakie wszystkie? – ryczał Jacuś. – Tu są tylko dwa!

Ludzka natura jest bardzo dziwna. Rozpacz Jacusia zwróciła uwagę innych ludzi na pieski. Jakaś dziewczynka i jej mama przystanęły szczerze zainteresowane. Okazało się, że za bardzo dobre świadectwo dziewczynka miała obiecanego pieska. Wybrały czarnego z białą łatką na środku czoła i na koniuszku ogonka.

W pudełku został drugi. Z czarnymi uszkami, czarnymi skarpetkami na łapeczkach, czarnym ogonkiem i czarnym kółkiem na grzbiecie. Gdy został sam, zaczął się niespokojnie kręcić i żałośnie skomleć. Jacuś ryknął jeszcze głośniej.

– Teraz on jest sam jeden na świecie i nikt go nie kocha! I on tak strasznie płacze! Nie słyszysz? – łkał.

Ciocia nie mogła znieść przedłużającej się sceny. Spojrzała na mnie spod oka, położyła rękę na główce zrozpaczonego malca.

– Jacusiu, a jak myślisz, ucieszyłby się, gdybym go kupiła dla siebie? – powiedziała.

Piotruś już wisiał cioci na szyi całując głośno w oba policzki, brązowe oczka śmiały mu się ze szczęścia. Jacuś pomału podniósł na ciocię zapuchnięte, zapłakane ślepki i patrzył z niedowierzaniem.

– Naprawdę, przecież wiesz, że mi smutno w domu bez psa – tłumaczyła wzruszona.

Tym sposobem wracaliśmy do domu w powiększonym składzie.

– Z pewnością tak mi było sądzone – głaskała ciocia puchatą kulę. – Ciekawe co za urwis z ciebie wyrośnie. Jak ci dać na imię?

– Urwis, Urwis – skakał Piotruś dookoła cioci na jednej nodze. – Daj mu na imię Urwis!

– Na razie chyba Urwisek albo Urwisiątko – uśmiechnęła się ciocia. – Sądząc po wyglądzie wyrośnie na dużego psa. Jeśli faktycznie ma dopiero sześć tygodni, za pół roku będzie olbrzymem.

– Jesteś śliczny – tulił Jacuś Urwiska ledwo dźwigając swój ciężar. Potykał się, sapał ze zmęczenia, ale nie oddał dopóki nie doszliśmy do autobusu.

– Dzień dobry – głośno powiedział Piotruś wchodząc do pojazdu.

– Dzień dobry – zawtórował bratu Jacuś siadając za kierowcą.

Nikt im nie odpowiedział.

– Dzień dobry – raz jeszcze powtórzył Piotruś uważnie przyglądając się mężczyźnie siedzącemu za kierownicą.

Znowu cisza, brak odpowiedzi.

– Mamusiu, jeżeli ten pan jest głuchy, to dlaczego ma prawo jazdy? – spytał głośno zaniepokojony Szkrab. – A jak nas zabije po drodze?

12.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Człowieczeństwo w człowieku

Wydarzenia, z którymi mamy do czynienia, których jesteśmy świadkami,  przekraczają granice wyobraźni, budzą strach, przywodzą myśli o schyłku naszej cywilizacji.

Ale z drugiej strony – można zauważyć zwiększające się zainteresowanie rozwojem duchowym, pracą nad sobą.

Zło jest bardziej krzyczące, brutalne, rzuca się w oczy, bije pianę wokół siebie.

Dobro cicho i spokojnie – ale jednak jest, rozwija się zupełnie nieraz niespodziewanie.

Starsze pokolenie mówiło z reguły źle o swoich następcach – „dzisiejsza młodzież” zła, niewychowana, niedobra itp., itd. A po prostu dobrej nie widać, bo się uczy, pracuje, ma co robić. Natomiast tą drugą widać aż za bardzo podczas różnych „imprez” chociażby stadionowych, albo w kamerach monitoringu jak katuje Bogu ducha winnego człowieka, nieznajomego na dodatek.

Mam takie głupie marzenie: świat, w którym ludzie w harmonii i pokoju są w stanie razem egzystować bez względu na swą różnorodność, bo są mądrzy, inteligentni a nadrzędną wartością w tym świecie jest etyka, która wyznacza normy współżycia. Wszystkim członkom społeczeństwa. To pozwala żyć w pokoju i wygaszać rozumnie wszelkie konflikty, nawet gdy nie wszyscy są pozbawieni agresji.

Od początku istnienia ludzkości część jej miała takie marzenie. Inna część miała zaś marzenie o panowaniu nad światem. A jeszcze inna patrzyła, która z dwóch opcji wygrywa, pod którą się podłączyć, by ugrać coś dla siebie.

Ze smutkiem myślę, że lepiej to będzie dopiero gdy jako społeczeństwo wzniesiemy się na wyższy poziom etyczny. I tu nasuwa mi się bardzo wyraźnie: uważam, iż miarą człowieczeństwa w tzw. człowieku jest jego stosunek do zwierząt.

Tu idziemy w dobrym kierunku – fundacje ratujące życie naszym braciom mniejszym skrzywdzonym przez podłych ludzi, sprzeciw wobec bestialstwa i publiczne potępienie.

Ostatnio dostałam sms z Centaurusa z informacją, że w akcji na skaryszewskim targu uratowano 50 koni za ponad 300 tys. zł. zebranych oczywiście przez wrażliwszą część społeczeństwa, wspierającą dążenia mające na celu ulżenie doli niewinnych, cierpiących przez człowieka istot.

Jak można zabijać i zjadać przyjaciół, którzy pracowali dla nas bez słowa skargi całymi latami?

Żal, że zwiększanie ilości „człowieczeństwa w człowieku” nie następuje szybciej. Ubolewać można nad powolnością tego procesu. Wciąż napotykamy na przypadki okrutnego znęcania się ( jak choćby niedawno – zakopanie żywcem zmaltretowanego potwornie psa), zagłodzone krowy czy brutalnie traktowane konie. A o gehennie zwierząt hodowanych na futra czyż można spokojnie nawet pomyśleć?

A co sądzić o tych, którzy maleńkie dzieci czynią przedmiotem swoich chorych ataków? Co chwilę media donoszą o śmierci niemowlęcia czy kilkulatka skatowanego przez dorosłych, którzy są im winni opiekę i troskę. Skąd tyle zła w tych „ludziach”? Może dlatego, że dzieci rodzą się nie tam, gdzie są upragnione i wyczekiwane, lecz wręcz przeciwnie, gdzie są problemem „na później”, a „na teraz” są źródłem kasy. Ale gdy np. alkohol rozum odbierze, to o kasie się zapomina i wali dzieciakiem w ścianę. Gdy promile wywietrzeją w chorym mózgu pojawia się myśl:co ja zrobiłem, szkoda kasy…

12.04.2017

  • Gość: [Rick] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl Podpisuję się obiema rękoma,świetne.
  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Oczywista oczywistość!!!
    Ludzkość zawsze cechowało okrucieństwo, a postęp cywilizacyjny nie przynosi poprawy. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie lepiej.
  • annazadroza Rick:-) Wolałabym nie musieć myśleć o takich sprawach, ale się nie da.
  • annazadroza L.C:-) Patrząc na to, co się dzieje teraz mam wrażenie, że demony okrucieństwa zostały wypuszczone na wolność i bezkarnie sieją nienawiść.
  • ciotkaeliza Znęcanie się nad malutkimi dziećmi czy zwierzętami to obecnie problem, tu nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Ja mieszkam całe życie na wsi i pamiętam czasy kiedy ojciec orał pole koniem,ale co kilka godzin koń dostawał jedzenie i odpoczywał, a wieczorem i rano ojciec czyścił jego sierść i mówił do niego jak do człowieka.
  • annazadroza Elizo:-) Wszystko chyba od konkretnego człowieka zależy. Jeden – jak Twój tata – dbał o zwierzęta i traktował je po ludzku, inny maltretował i rodzinę i zwierzęta. Albo ma się w sobie jakiś gen okrucieństwa, sadyzmu, albo nie. Jednak – jeśli wokół jest coraz większe przyzwolenie na to, co najgorsze, boję się, że nic dobrego nie może nastąpić. Budzi we mnie strach rozprzestrzeniające się zło.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz