„Opowieść Marianny” 12

W czasie wakacji dni wydawały mi się dłuższe niż zwykle. Ciocia twierdzi, że czas przyspieszy swój bieg, gdy będą czekały na mnie obowiązki. Miała świętą rację. Teraz pędził, uciekał, nie mogłam go dogonić. Dni przepływały jeden za drugim wypełnione gotowaniem, przetworami, codzienną domową krzątaniną, robieniem generalnych porządków od piwnicy do strychu, zabawą i spacerami z dziećmi i zwierzakami.

Wśród tych rozlicznych zajęć, w czasie których zgubiłam owe „boczki” krytykowane przez Bożenkę, często widziałam Herberta. Tak ni stąd ni zowąd pojawiał się obok mnie, uśmiechał się, mrużył oczy jak kot. Myśl o nim dawała mi siłę i wewnętrzną radość. Czułam, że nie jest ważna odległość dzieląca nas, bo ciągle jestem z nim w kontakcie, odczuwam jego obecność. Czegoś podobnego jeszcze dotąd nie przeżyłam.

Zakochana byłam prawie od urodzenia: jak nie w Tomku Wilmowskim to w Gilbercie Błythe, uwielbiałam Johna Wayne”a i Alaina Delona oraz całą masę innych gwiazdorów. Nawet młody nauczyciel chemii o zabójczo zielonych oczach znalazł się na liście idoli. A Seweryn Krajewski? To dopiero była miłość: od siódmej klasy do matury. Ale to dawne dzieje.

Kochałam mego byłego drogiego małżonka, lecz to także było zupełnie co innego. Przy nim czułam się mała, szara, nic nie znacząca. Cały czas żyłam obok niego, w obawie, że go stracę. I tak się stało. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że myśl jest potęgą zdolną kształtować rzeczywistość i prędzej czy później zmaterializuje się to, o czym uporczywie myślałam dniami i nocami. Tak bardzo intensywnie wyobrażałam sobie co by się stało, gdybym się dowiedziała, że ma dziecko z inną, tak przeżywałam w wyobraźni tę sytuację aż stała się rzeczywistością. Cóż z tego, że „to był przypadek, pomyłka, bo kocha tylko mnie”? Skończyło się małżeństwo, było, minęło, przebolałam, doszłam do siebie i cześć. Teraz wiem, gdyby nie moje negatywne myślenie, emanowanie z siebie zazdrości i złości, gdyby nie wieczne pretensje i żale – byłoby inaczej.

Cóż, tak miało być. Odkąd poznałam siłę afirmacji, roztaczania wokół siebie jedynie pozytywnej energii – łatwiej mi żyć. Jestem szczęśliwa, otoczona życzliwymi ludźmi, mam pracę, którą lubię, nie boję się nikogo i niczego, bo nikomu nic złego świadomie nie robię. A jeśli nieświadomie i zrozumiem swój błąd – staram się wszystko naprawić. No i jeszcze – spotkałam Herberta.

Uświadomiłam sobie, że właśnie to spotkanie pomogło mi najbardziej. Przy nim wzrosło moje poczucie własnej wartości, wiedziałam, że traktuje mnie jak równorzędną partnerkę, nie miałam przy nim żadnych kompleksów, było mi cudownie w jego towarzystwie. Rozmawialiśmy godzinami, nigdy nie zdarzało się gorączkowo szukać tematów. Przeciwnie, tyle ich się nasuwało, że nie mogliśmy się rozstać, bo ciągle coś zostawało niedopowiedziane. Oboje nie dotykaliśmy obszaru pracy zawodowej wychodząc z założenia, że każdemu należy się odreagowanie stresów związanych nie tyle z wykonywaniem obowiązków, lecz z niektórymi ludźmi, z którymi trzeba się, niestety, kontaktować.

Urzekała mnie delikatność Herberta i jakby pewna doza nieśmiałości. Nigdy nie wykonał niestosownego ruchu czy gestu, jakby wyszedł z kart przedwojennego romansu. Wśród mężczyzn mówiących bez ogródek i skrępowania na co i z kim mają ochotę, rzucających wulgaryzmami na prawo i lewo, bez zahamowań i jakiegokolwiek szacunku dla rozmówcy – był istnym cudem natury. Takim oderwaniem od brutalnej, brudnej, chamskiej rzeczywistości; oazą światła i spokoju wśród morza ludzi opętanych żądzą wybicia się, utrzymania pozycji, zdobycia poklasku bez względu na cenę, którą przyszło za to zapłacić im samym lub otoczeniu.

Wiedziałam, że sprawia mu przyjemność moja obecność. Mówiły o tym oczy, najpierw zwężające się w dwie ciemne szparki a potem rozbłyskujące – jak snopem iskier – ciepłem i serdecznością. Mówiła o tym radość malująca się na twarzy i uśmiech, niepowtarzalny, jedyny uśmiech, najpiękniejszy uśmiech we wszechświecie.

Nie widziałam tego uśmiechu już dwa miesiące, a mimo to byłam zupełnie spokojna i pewna miłego powitania. Skąd taka pewność? Irracjonalna, nie oparta na żadnych logicznych przesłankach? Nie potrafię wytłumaczyć. Po prostu tak było.

Zbliżał się koniec wakacji i konieczność wyjazdu z Czernej. Zawsze trudno było mi rozstawać się z ciocią i kochanym domkiem, z przecudną okolicą. Tak było i tym razem, chociaż tęskniłam za własnym domem. Poza tym… Herbert już wrócił, dostałam od niego kartkę z pozdrowieniami, a Gałgan pewnie osiągnął wielkość dorosłego psa…

Ciocia obiecała, że na Boże Narodzenie przyjedzie razem z Urwisem, który wywoływał salwy śmiechu u obserwujących, gdy chodził za Alfunią jak za panią matką i pokornie przyjmował od niej szturchańce, choć już był od niej dużo większy.

Powrotną drogę odbyliśmy w luksusowych warunkach – samochodem, wspólnie z kuzynką Aurelią wracającą do Warszawy po urlopie spędzonym u rodziców, która się zlitowała nad nami wszystkimi i zabrała nas ze sobą.

13.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 11

Dzień zbudził się do życia tak cudny jak tylko letni dzień potrafi. Zbudziłam się razem z nim. Kiedy jestem odprężona, spokojna, nie nękana pracowymi stresami, otwieram oczy razem ze słońcem. Pełna radości życia, wesoła, od razu mam ochotę przewrócić świat do góry nogami. Zresztą – w ogóle nie znoszę bezczynności, marnowania czasu, jałowych dyskusji. Zamiast gadać wolę coś zrobić. Chyba, że mogę połączyć jedno z drugim.

Dawniej na przykład, uwielbiałam robić na drutach. Gdy tylko ktoś zaprzyjaźniony wpadał na pogawędkę, natychmiast łapałam druty, żeby nie zmarnować ani minuty. Dzięki temu feblikowi ubierałam siebie i resztę rodziny w różnokolorowe sweterki. Nie musiałam kupować, co zawsze liczyło się w domowym budżecie, bo pieniędzy zawsze brakowało. Tak bardzo lubiłam – jak mówił Jacuś – drutować, że zbierałam nitki, ścinki od sąsiadek i krewnych, prułam i przerabiałam. Na widok ładnej włóczki dosłownie „ciekła mi ślinka”, jak palaczowi na widok papierosów czy alkoholikowi na widok pełnego kieliszka.

Przeszło mi. Od roku nie spojrzałam na wełnę, czuję drutowstret i nie wiem, czy się z niego wyleczę. Widocznie już wyrobiłam swoją normę oczek w tym życiu. Przeszłam do następnego etapu. Czytam, piszę i pracuję głową.

– Rozwinęłaś się – stwierdził mój były drogi małżonek patrząc na rezultaty moich poczynań, co dało mi powód do śmiechu.

Słońce weszło do pokoju, chciało pogłaskać śpiące dzieci po zaróżowionych twarzyczkach i ciemnych włoskach zmierzwionych i rozczochranych podczas snu. Stanęła mu na drodze przeszkoda nie do pokonania: drewniana ścianka w nogach łóżka. Zawiesiło więc nieruchomo promyczki i odpoczywało.

Piotruś rozłożył się w poprzek łóżka, zamruczał coś i spał dalej. Kuleczka leniwie otworzyła oczka, przeciągnęła się na poduszce, lekko trąciła noskiem Jacusia, ale nie zareagował, pogrążony we śnie. Cichutko zeskoczyła i w podskokach znalazła się przy mnie, zaczepiając po drodze Alfunię zwiniętą w kłębek na kocu. Obudzona suczka szeroko ziewnęła.

Wstałam najciszej jak umiałam. Otworzyłam oba okna na całą szerokość. Na noc zostawiałam jedynie uchylony lufcik. Poranne, chłodne powietrze wpadło do pokoju, odurzająco świeże, przesycone zapachem kwiatów mokrych jeszcze od rosy. Zdawało się być kolorowe: różowe i bordowe od nowej, późnej odmiany piwonii o ogromnych kwiatach, żółte od lwich paszczy, białe od margaretek, fioletowe od floksów.

Narzuciłam szlafrok i wyszłam przed dom. Czyż może być coś piękniejszego od ździebełka zielonej trawy, wyginającego się ku ziemi pod ciężarem kropelki rosy, mieniącej się kolorami tęczy? Cały ogród iskrzył się i mienił od tysięcy takich kropelek, jakby na nocnym balu wróżki rozsypały sznury pereł.

– Boże, jak ja kocham żyć – szepnęłam do siebie i do zwierzaków towarzyszących mi krok w krok.

Alfunia zrobiła pędem kilka kółek po trawniku, po czym wytarzała się trawie i rozpoczęła powtórny szalony bieg wokół ogrodu. Kuleczka miała zamiar pójść w jej ślady, ale poczuwszy pod łapkami mokrą trawę, z niechęcią się cofnęła. Fuknęła, prychnęła, usiadła na chodniku, wylizała łapki, po czym wróciła na schody i położyła się w słoneczku obserwując z wysoka popisy Alfy.

Gdybym tak mogła kroczyć po tym cudownym ogrodzie trzymając pod ramię Herberta i razem z nim wdychać czarowną woń kwitnącego ogrodu… – pomyślałam. Zaraz przyszła następna, rozsądniejsza myśl: – to bym nogi przemoczyła i kichała jak stara czarownica o zmierzchu…

Roześmiałam się i poszłam w stronę stajni, skąd dochodził głos cioci przemawiającej do kur. Miała ich dziesięć, więc zawsze w domu były świeże jajka dla własnych potrzeb. Kury miały dożywocie, zdychały ze starości. Ciocia nigdy by żadnej nie zabiła a tym bardziej nie zjadła. Twierdziła, że to jej koleżanki dotrzymujące towarzystwa przez cały rok.

– Ja przecież nie jestem kanibalem – odpowiadała na docinki sąsiadek, którym takie postępowanie nie mieściło się w głowie i uważały ją za nieszkodliwą dziwaczkę.

– Ciociu, dlaczego nie weźmiesz sobie psa? – pytałam. – Miałabyś towarzysza i obrońcę.

– Wiesz jak kochałam Burka. Na razie jeszcze nie mogę znieść myśli, że miałby go zastąpić inny, Na pewno przygarnę jakąś bidę, na dłuższą metę nie wytrzymam bez psa, ale trochę poczekam. One – pokazała ruchem głowy sąsiednie domy z myślą o ich mieszkankach, – uważają mnie za wariatkę, bo płakałam po psie. A niech im tam będzie!

Ciocia Jadzia miała siedemdziesiąt jeden lat, piękne, popielate, falujące włosy, które zwijała na karku w gruby węzeł. Od niej nauczyłam się tak czesać, na co Herbert zwrócił kiedyś uwagę mówiąc, że wyglądam jak posąg greckiej bogini. Niebiesko-zielone oczy cioci (sama o nich mówiła: siwe) wesoło i życzliwie spoglądały na każdego, a drobna, szczupła postać wciąż jeszcze miała energiczne, młodzieńcze ruchy.

– Jeżeli już wstałaś to zjedz śniadanie, weź rower i przejedź się po chleb i bułeczki dla chłopaków. Niech zawsze pamiętają, że u mnie dostawali świeżutkie, chrupiące bułeczki – powiedziała uśmiechnięta.

– Ciociu, po co tak wcześnie wstałaś? – strofowałam ją.- Masz wypoczywać i nabierać sił.

– Już nabrałam, kochanie, jestem zupełnie zdrowa i powiedziałam Szkrabom, że w poniedziałek pojedziemy do Krzeszowic na jarmark.

– Ciociu, czy to nie za wcześnie? Sama mnie uczyłaś: szanuj zdrowie, bo nowego nie znajdziesz i nie kupisz.

– Właśnie to robię Marianno. Sama bym się nie wybrała, ale z wami – z wielka przyjemnością. Dawno już nie byłam w miasteczku, mam do załatwienia kilka spraw.

Lekka i zwiewna jak rusałka wskoczyłam na rower. Bożenka – gdyby mogła mnie w tej chwili widzieć – powiedziałaby, że do rusałki mi jeszcze bardzo daleko i najpierw musiałabym ociosać sobie boczki albo przegłodzić się co najmniej przez miesiąc, dodając, że właściwie w moim wieku to już zupełnie niepotrzebne. Bożenki na szczęście w pobliżu nie było, więc do woli mogłam udawać rusałkę.

Moja paplanina wprawiała ciocię w dobry humor. Tak samo relacjonowanie tego, co się dzieje w Natolinie i okolicy. Opowiedziałam też, oczywiście, o pierwszym spotkaniu z Herbertem, z czego się serdecznie uśmiała.

Nie jestem zarozumiała, broń Boże, nigdy nie byłam, ale stwierdzam z całą odpowiedzialnością, ze coraz lepiej potrafię opowiadać. Wypowiadanie się na piśmie szło mi zawsze jak z płatka od kiedy nauczyłam się pisać, lecz gdy przyszło się odezwać i to publicznie – to był prawdziwy koniec świata! Nie umiałam zebrać myśli, plątałam się, jąkałam, z przerażenia miałam pustkę w głowie. Dlatego nie pociągała mnie praca z mikrofonem w ręce, to nie dla mnie. Mogłam pisać, pisać i znowu pisać, byle tylko nikt nie kazał mi mówić. Teraz coraz częściej zdarzały mi się kilkuzdaniowe „wystąpienia”. I do tego sensowne. Jestem z siebie oczywiście bardzo dumna.

Wyprawa na jarmark była dla chłopców atrakcją nie z tej ziemi. Tyle koni, świnek, kur, indyków, gołębi, krów, królików i nie wiadomo czego jeszcze nigdy nie widzieli. Najdłużej zatrzymali się przy rozkosznych szczeniaczkach śpiących w pudełku. Jacuś zaparł się „wszystkimi nogami” i w ryk.

– Mamusiu, weźmy te szczeniaczki! Ja cię proszę, weź je! Będę nawet cały tydzień pił mleko w ubranku, tylko je weź!

Włożył piąstki w te kochane szaroniebieskie ślepki, tarł, a łzy wielkie jak groch, płynęły po policzkach.

– Jak to w ubranku? – zdziwiła się ciocia.

– W kożuchu, tfu, to znaczy z kożuchem – wyjaśniłam.

– Aha, nigdy bym na to nie wpadła – pokiwała ciocia głową doceniając trafność określenia.

– Głupi jesteś. Co byśmy z nimi w domu zrobili? Przecież się nie zmieszczą. I kto by tyle płacił w administracji za podatek? – tłumaczył bratu trzeźwo myślący Piotruś.

– Jakie wszystkie, jakie wszystkie? – ryczał Jacuś. – Tu są tylko dwa!

Ludzka natura jest bardzo dziwna. Rozpacz Jacusia zwróciła uwagę innych ludzi na pieski. Jakaś dziewczynka i jej mama przystanęły szczerze zainteresowane. Okazało się, że za bardzo dobre świadectwo dziewczynka miała obiecanego pieska. Wybrały czarnego z białą łatką na środku czoła i na koniuszku ogonka.

W pudełku został drugi. Z czarnymi uszkami, czarnymi skarpetkami na łapeczkach, czarnym ogonkiem i czarnym kółkiem na grzbiecie. Gdy został sam, zaczął się niespokojnie kręcić i żałośnie skomleć. Jacuś ryknął jeszcze głośniej.

– Teraz on jest sam jeden na świecie i nikt go nie kocha! I on tak strasznie płacze! Nie słyszysz? – łkał.

Ciocia nie mogła znieść przedłużającej się sceny. Spojrzała na mnie spod oka, położyła rękę na główce zrozpaczonego malca.

– Jacusiu, a jak myślisz, ucieszyłby się, gdybym go kupiła dla siebie? – powiedziała.

Piotruś już wisiał cioci na szyi całując głośno w oba policzki, brązowe oczka śmiały mu się ze szczęścia. Jacuś pomału podniósł na ciocię zapuchnięte, zapłakane ślepki i patrzył z niedowierzaniem.

– Naprawdę, przecież wiesz, że mi smutno w domu bez psa – tłumaczyła wzruszona.

Tym sposobem wracaliśmy do domu w powiększonym składzie.

– Z pewnością tak mi było sądzone – głaskała ciocia puchatą kulę. – Ciekawe co za urwis z ciebie wyrośnie. Jak ci dać na imię?

– Urwis, Urwis – skakał Piotruś dookoła cioci na jednej nodze. – Daj mu na imię Urwis!

– Na razie chyba Urwisek albo Urwisiątko – uśmiechnęła się ciocia. – Sądząc po wyglądzie wyrośnie na dużego psa. Jeśli faktycznie ma dopiero sześć tygodni, za pół roku będzie olbrzymem.

– Jesteś śliczny – tulił Jacuś Urwiska ledwo dźwigając swój ciężar. Potykał się, sapał ze zmęczenia, ale nie oddał dopóki nie doszliśmy do autobusu.

– Dzień dobry – głośno powiedział Piotruś wchodząc do pojazdu.

– Dzień dobry – zawtórował bratu Jacuś siadając za kierowcą.

Nikt im nie odpowiedział.

– Dzień dobry – raz jeszcze powtórzył Piotruś uważnie przyglądając się mężczyźnie siedzącemu za kierownicą.

Znowu cisza, brak odpowiedzi.

– Mamusiu, jeżeli ten pan jest głuchy, to dlaczego ma prawo jazdy? – spytał głośno zaniepokojony Szkrab. – A jak nas zabije po drodze?

12.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Człowieczeństwo w człowieku

Wydarzenia, z którymi mamy do czynienia, których jesteśmy świadkami,  przekraczają granice wyobraźni, budzą strach, przywodzą myśli o schyłku naszej cywilizacji.

Ale z drugiej strony – można zauważyć zwiększające się zainteresowanie rozwojem duchowym, pracą nad sobą.

Zło jest bardziej krzyczące, brutalne, rzuca się w oczy, bije pianę wokół siebie.

Dobro cicho i spokojnie – ale jednak jest, rozwija się zupełnie nieraz niespodziewanie.

Starsze pokolenie mówiło z reguły źle o swoich następcach – „dzisiejsza młodzież” zła, niewychowana, niedobra itp., itd. A po prostu dobrej nie widać, bo się uczy, pracuje, ma co robić. Natomiast tą drugą widać aż za bardzo podczas różnych „imprez” chociażby stadionowych, albo w kamerach monitoringu jak katuje Bogu ducha winnego człowieka, nieznajomego na dodatek.

Mam takie głupie marzenie: świat, w którym ludzie w harmonii i pokoju są w stanie razem egzystować bez względu na swą różnorodność, bo są mądrzy, inteligentni a nadrzędną wartością w tym świecie jest etyka, która wyznacza normy współżycia. Wszystkim członkom społeczeństwa. To pozwala żyć w pokoju i wygaszać rozumnie wszelkie konflikty, nawet gdy nie wszyscy są pozbawieni agresji.

Od początku istnienia ludzkości część jej miała takie marzenie. Inna część miała zaś marzenie o panowaniu nad światem. A jeszcze inna patrzyła, która z dwóch opcji wygrywa, pod którą się podłączyć, by ugrać coś dla siebie.

Ze smutkiem myślę, że lepiej to będzie dopiero gdy jako społeczeństwo wzniesiemy się na wyższy poziom etyczny. I tu nasuwa mi się bardzo wyraźnie: uważam, iż miarą człowieczeństwa w tzw. człowieku jest jego stosunek do zwierząt.

Tu idziemy w dobrym kierunku – fundacje ratujące życie naszym braciom mniejszym skrzywdzonym przez podłych ludzi, sprzeciw wobec bestialstwa i publiczne potępienie.

Ostatnio dostałam sms z Centaurusa z informacją, że w akcji na skaryszewskim targu uratowano 50 koni za ponad 300 tys. zł. zebranych oczywiście przez wrażliwszą część społeczeństwa, wspierającą dążenia mające na celu ulżenie doli niewinnych, cierpiących przez człowieka istot.

Jak można zabijać i zjadać przyjaciół, którzy pracowali dla nas bez słowa skargi całymi latami?

Żal, że zwiększanie ilości „człowieczeństwa w człowieku” nie następuje szybciej. Ubolewać można nad powolnością tego procesu. Wciąż napotykamy na przypadki okrutnego znęcania się ( jak choćby niedawno – zakopanie żywcem zmaltretowanego potwornie psa), zagłodzone krowy czy brutalnie traktowane konie. A o gehennie zwierząt hodowanych na futra czyż można spokojnie nawet pomyśleć?

A co sądzić o tych, którzy maleńkie dzieci czynią przedmiotem swoich chorych ataków? Co chwilę media donoszą o śmierci niemowlęcia czy kilkulatka skatowanego przez dorosłych, którzy są im winni opiekę i troskę. Skąd tyle zła w tych „ludziach”? Może dlatego, że dzieci rodzą się nie tam, gdzie są upragnione i wyczekiwane, lecz wręcz przeciwnie, gdzie są problemem „na później”, a „na teraz” są źródłem kasy. Ale gdy np. alkohol rozum odbierze, to o kasie się zapomina i wali dzieciakiem w ścianę. Gdy promile wywietrzeją w chorym mózgu pojawia się myśl:co ja zrobiłem, szkoda kasy…

12.04.2017

  • Gość: [Rick] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl Podpisuję się obiema rękoma,świetne.
  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Oczywista oczywistość!!!
    Ludzkość zawsze cechowało okrucieństwo, a postęp cywilizacyjny nie przynosi poprawy. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie lepiej.
  • annazadroza Rick:-) Wolałabym nie musieć myśleć o takich sprawach, ale się nie da.
  • annazadroza L.C:-) Patrząc na to, co się dzieje teraz mam wrażenie, że demony okrucieństwa zostały wypuszczone na wolność i bezkarnie sieją nienawiść.
  • ciotkaeliza Znęcanie się nad malutkimi dziećmi czy zwierzętami to obecnie problem, tu nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Ja mieszkam całe życie na wsi i pamiętam czasy kiedy ojciec orał pole koniem,ale co kilka godzin koń dostawał jedzenie i odpoczywał, a wieczorem i rano ojciec czyścił jego sierść i mówił do niego jak do człowieka.
  • annazadroza Elizo:-) Wszystko chyba od konkretnego człowieka zależy. Jeden – jak Twój tata – dbał o zwierzęta i traktował je po ludzku, inny maltretował i rodzinę i zwierzęta. Albo ma się w sobie jakiś gen okrucieństwa, sadyzmu, albo nie. Jednak – jeśli wokół jest coraz większe przyzwolenie na to, co najgorsze, boję się, że nic dobrego nie może nastąpić. Budzi we mnie strach rozprzestrzeniające się zło.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 10

Zajęłam się domem, zakupami, ogrodem, ciocia więc mogła dojść do siebie i nabrać sił po ciężkim zapaleniu płuc. Poza tym, obserwując zabawy dzieci i zwierzaków, zaśmiewała się do łez i nie miała czasu na myślenie o chorobie.

Czerna jest wyjątkowo pięknie położoną miejscowością. A właściwie nie wyjątkowo, źle powiedziałam, bo w dawnej Galicji każde miejsce jest piękne, jedyne i niepowtarzalne. Wzgórza poprzecinane wąwozami, stoki porośnięte różnobarwną roślinnością, serpentyny dróg, co kilka kroków nowy widok zapierający dech – oto uroki tej ziemi. Kiedy nadchodzi lato tęsknię za tym wszystkim aż do fizycznego bólu. Mogę przez cały rok normalnie funkcjonować w Warszawie tylko dlatego, że mam w perspektywie przyjazd tutaj. I to mnie zawsze trzymało przy życiu.

Chłopcy bardzo dobrze czuli się na swobodzie. Mogli łazić po drzewach, turlać się po cudownie chłodnej trawie z górki w dół, budować bazę w gęstych krzakach jaśminu i robić mnóstwo ciekawych rzeczy, jakie tylko im przyszły do głowy.

Domek cioci stał na wysokiej podmurówce. Na poziomie ziemi mieściła się komora, piwnica i piwniczka, ta ostatnia tuż koło schodów prowadzących na ganek. Teraz była pusta i w razie niepogody służyła Szkrabom za „mieszkanie”. Ganek był nieduży, drewniany. Z trzech stron wyglądało się z niego na ogród przez okna składające się z maleńkich szybek. Na ganeczku, na wprost drzwi wejściowych stała biała ława-skrzynia z oparciem. Obok, w rogu, pralka, po lewej stronie – maszyna do szycia, piękny Singer, jeszcze sprzed wojny. Podwójne, szerokie drzwi zapraszały do sieni, z której było wejście do pokoju, do kuchni, zejście do piwnicy zakryte zasłonką oraz szeroka drabina na strych.

Ciocia spała w kuchni na dużym łóżku stojącym zaraz za drzwiami. Poza nim biały kredens, stół pod oknem, lodówka i szafeczka na garnki stanowiły umeblowanie pomieszczenia. Aha, jeszcze kuchenny piec z kafli miodowego koloru, wykończony mosiądzem, wyczyszczonym zawsze i błyszczącym.

Pokój był olbrzymi. Zmieściły się w nim dwa duże, małżeńskie łóżka, nad którymi – na ścianie osłoniętej kilimem, wisiał obraz – tak często w Galicji spotykany – przedstawiający Serce Jezusowe. Poza tym przepiękny, rzeźbiony kredens, identycznie zrobiony sięgający sufitu stojący zegar i taka sama trzydrzwiowa szafa z lustrem na zewnętrznej stronie środkowych drzwi. Ponadto jeszcze stół z toczonymi nogami, sześć krzeseł i leżanka po lewej stronie drzwi. Po prawej zaś – piec kaflowy wyjątkowo długo trzymający ciepło.

Między dwoma oknami na trójkątnym kwietniku pysznił się zielenią ogromny asparagus. Jego „dziecko” ozdabiało ganek wisząc na drewnianej półeczce nad ławą, przy samym oknie. Nad drzwiami pokoju wisiały oprawione w ramki dyplomy nieżyjącego wujka i jego fotografia, z której się uśmiechał wyglądając na ogród przez szeroko otwarte okno ganku.

Kochałam wszystko, co się tu znajdowało. To było całe moje dzieciństwo, a uśmiechnięta i promieniująca ciepłem i życzliwością twarz cioci Jadzi dawała poczucie bezpieczeństwa oraz pewność, że zawsze znajdę u niej schronienie. Bez względu na to, z której strony wiać będą wiatry historii i co się wydarzy.

10.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 9

Zanim ów osławiony szef miał okazję wrócić, wzięłam urlop i wyjechałam z dziećmi. Musiałam, ponieważ rozchorowała się ciocia Jadzia, u której od urodzenia spędzałam wakacje. Nie mogłam się nią nie zająć. Jest siostrą mojej mamy. Sama bezdzietna, traktowała mnie jak własną córkę. Miałyśmy wspólny język, opowiadałam jej o wszystkim,zwierzałam się z sekretów, których nie umiałabym powierzyć mamie. Kiedy oznajmiłam, że podjęłam decyzję i rozwodzę się z mężem, przytuliła mnie.

– Kochanie, zawsze twierdzę, że lepiej się rozejść niż dla zachowania pozorów męczyć siebie i wszystkich wokół – stwierdziła. – Najważniejsze zawsze i wszędzie jest zachowanie człowieczeństwa. Jeśli tak będziesz postępowała, twój obecny mąż będzie w przyszłości darzył cię szacunkiem a dzieci miłością. W przeciwnym wypadku wszyscy się znienawidzicie.

Miała absolutną rację. Całe życie będę jej wdzięczna za dobre i mądre rady.

Pojechaliśmy do cioci wszyscy, oczywiście z Alfą i Kuleczką, zostawiając Bożence klucze od mieszkania. Nigdy nie zapomnę drogi przez mękę, którą odbyłam, zanim resztkami sił dotarłam z całym towarzystwem do domku cioci Jadzi.

Najpierw były problemy z pakowaniem, jako że moje Szkraby chciały zabrać ze sobą tonę – oczywiście najpotrzebniejszych – przedmiotów, wśród których znalazły się między innymi dwa kawały kredy o średnicy dziesięciu i dwudziestu ośmiu centymetrów przytarganych pewnie z jakieś budowy z okolicy. Zanim do nich dotarło, że wszystko musi się zmieścić w jednym plecaku, kilka razy ręce opadały mi aż do podłogi. Miałam ochotę ryknąć na nich, stłuc na kwaśne jabłko albo udusić gołymi rękami wbrew głoszonym zasadom, iż robić takich rzeczy nie należy.

Wreszcie byliśmy spakowani i wyruszyliśmy do autobusu, tworząc pochód wyglądający widocznie interesująco skoro napotkani przechodnie przyglądali się nam mniej lub bardziej dyskretnie. Jakaś tęga niewiasta aż się odwróciła bezczelnie się nam przyglądając. Miałam ochotę pokazać jej język, co oczywiście byłoby wysoce niestosowne.

Pierwsza szła Alfunia, podniecona i poszczekująca z radości, że coś się ciekawego dzieje, ciągnąc na smyczy Jacusia. Za nim szedł Piotruś, podskakując i wymachując reklamówką wypchaną jedzeniem. Obaj chłopcy wsiadając do pociągu, a czekała nas kilkugodzinna jazda, natychmiast odczuwali wilczy apetyt i podczas podróży potrafili pochłonąć olbrzymią ilość pokarmu. Na plecach mieli małe plecaczki, w które wepchnęłam trochę ciuszków. Na końcu pochodu wlokłam się ja, objuczona wielkim plecakiem, uginając się pod jego ciężarem, z klatką „pełną Kulki” w ręce.

Kotka głośno protestowała przeciw takiemu traktowaniu, więc tłumaczyłam jej gdzie jedzie i po co. Być może moja głośna rozmowa z kotem wywołała zainteresowanie owej tęgiej niewiasty, której miałam ochotę pokazać język.

– Mamusiu, a po co ta pani tak się na nas patrzy? – spytał głośno Jacuś.

– Co to, cyrk? – oburzył się Piotruś. – Normalnych ludzi nie widziała czy co? Pokażę jej język.

– Coś ty, dziecko! Ani się waż! – zareagowałam gwałtownie świadoma własnej niedawnej reakcji. – Nie można się tak zachowywać…

Oj, podobno niedaleko pada jabłko od jabłoni…

Szłam i w duchu klęłam swój paskudny charakter. Dlaczego nie poprosiłam któregoś z sąsiadów, żeby mnie z tą całą bandą odwiózł na dworzec. Nic by się nie stało gdyby któryś wstał wcześniej niż zwykle. Ale nie, nie mogłam, bo przecież nigdy nikogo o nic nie proszę i nie będę! Dobrze mi tak. Skoro jestem głupia, muszę za tę głupotę płacić.

Zanim dotarłam na dworzec, byłam ledwo żywa ze zmęczenia. Kuleczka na szczęście przestała się żalić na okrutny los, zwinęła w kłębek i usnęła. Nie przypuszczałam, że klatka z małą koteczką może być taka ciężka.

Droga do Krakowa upłynęła na oglądaniu mijanych krajobrazów, przekomarzaniu się ze Szkrabami oraz konsumowaniu zapasów. Tak się złożyło, że mieliśmy cały przedział dla siebie, nikt więc nam nie przeszkadzał.

W Krakowie trzeba było przesiąść się do pociągu jadącego przez Krzeszowice, a tam z kolei do autobusu, by dotrzeć do Czernej. Na tym ostatnim etapie podróży zwątpiłam w siebie i wzięłam taksówkę.

Ciocia Jadzia załamała ręce na nasz widok.

– Bój się Boga, dziewczyno – zawołała. – Jak ty sobie poradziłaś? Taki szmat drogi sama jedna z bandą gagatków! Zuch jesteś!

A ja? Padłam jak pies Pluto.

10.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Urodziny Mojej Drugiej Połówki :):):)

Kochany, niech świat Ci ofiaruje wszystko najlepsze, najpiękniejsze. Odszukałam coś, co napisałam dokładnie 20 lat temu. Pamiętasz?

Na biurku filiżanka niedopitej herbaty,

okulary, krem do połowy wyciśnięty z tubki,

flamastry kolorowe, złamany ołówek,

z taśmy głos piosenkarza szemrzący, cichutki.

……….

Wiatr wpadł do pokoju rozchyliwszy okno,

firanka rozdarta szeleści, furkoce,

rozbita doniczka leży na podłodze,

kot złamany kwiatek zaciągnął pod fotel.

………..

Demolka? Szkoda? Czego? Nic a nic! Zupełnie!

Uśmiech rzucają dwa żonkile pochylając główki.

Przesyłam im w locie pocałunek dłonią,

są rzeczy, których nie można zamknąć do probówki.

……….

Pachną słodko kwiaty w skrzynkach na balkonie,

deszcz błyszczącą warstwą pokrywa każdy liść,

zmierzch barwi na różowo każdy kontur świata,

mogę z Tobą pod rękę całe życie iść.

 9.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | Dodaj komentarz

Monika Szwaja

Wcześnie rano, już po spacerze z sunią, która mnie ściągnęła z łóżka o piątej rano, usiadłam do komputera. Od dawna miałam zamiar wejść na stronę Wydawnictwa Sol, sprawdzić co nowego Monika Szwaja wydała. Nadmieniam, iż internet stały mam od niedawna, dokładnie od powołania do życia tego bloga. Wcześniej tylko dorywczo mogłam „spojrzeć na świat oczami internetu” odkąd się wyprowadziłam z Ursynowa (ale nie mentalnie, bo jestem tam cały czas). Dlatego wcześniej tego nie zrobiłam. I przeżyłam szok.

Monika Szwaja nie żyje, zmarła 22 listopada 2015 roku.

Uwielbiam jej powieści, takie pełne życia i radości, lekarstwo na smutki i depresje, na całe zło … Jak widać, nie całe. Choroby nie pokonała. Traktowałam Ją jak osobę znajomą i bliską, tak samo jak Lucy Maud Montgomery, pokochałam Jej książki, myślałam, że kiedyś Ją spotkam na jakimś wieczorze autorskim, kiedyś… przecież mamy dużo czasu przed sobą… Okazało się, że nie, czasu nie ma, już się skończył, przegapiłam moment… Tak mi przykro i źle, tak bardzo żal…

Jakże smutno zaczął mi się dzisiejszy dzień.

7.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 8

Następnego dnia po południu Alfa okropnie ujadała na balkonie. Zawsze złościła się, gdy jakiś obcy pies wskoczył do jej ogródka i w ten sposób dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Wyjrzałam i zobaczyłam Gałgana machającego zawzięcie ogonem. Herberta nigdzie nie było widać.

– Skąd się tu wziąłeś? Gdzie zgubiłeś pana? – spytałam zagłuszana przez Alfę.

– Pana nie ma – krzyknęła Majka ze swego balkonu. – Poczekaj, przyjdę do ciebie.

Przyszła za chwilę i opowiadała.

– Późnym wieczorem otrzymał wiadomość, że musi wyjechać wcześnie rano. Mieli na niego czekać z biletem na lotnisku. W nocy mnie obudził przyprowadzając Gałgana. Tak się sumitował, tak przepraszał, aż się zeźliłam i objechałam porządnie. Mówię: twoja wina? Nie twoja więc nie zrzędź. Fruwaj stąd i daj mi spać. Kazał cię serdecznie przeprosić, nie wiem za co, i powiedzieć, że podtrzymuje swoją propozycję, ale realizacja po powrocie. Wy coś knujecie – spojrzała na mnie badawczo.

– Nie. Po prostu miał mi pokazać swoją dżunglę w mieszkaniu.

– Aha, to możesz tam ze mną iść kiedy pójdę podlać kwiatki. Nawet dobrze by było, bo gdybym nie mogła z jakichś powodów, ty pójdziesz.

– Coś ty, do cudzego domu?

– Głupia jesteś i tyle. Wiem, że Herbert ma do ciebie zaufanie. Nie musisz wiedzieć skąd wiem. Wiem i już. On byle kogo do siebie nie zaprasza, a ciebie zaprosił. Zresztą, co tam będę owijać w bawełnę, rozmawialiśmy o tobie nie jeden raz.

– No wiesz! Kto ci pozwolił? Nie życzę sobie, żeby ktokolwiek rozmawiał na mój temat – oburzyłam się.

– A nie życz sobie dalej. Nic ci do tego z kim rozmawiam we własnym domu. Mówię co chcę, jak chcę i o kim chcę, rozumiesz? – śmiała się Majka patrząc na moją minę. – Chciałabyś posłuchać co o tobie mówił? Ale skoro jesteś małpa, nie, przepraszam, zapomniałam, że ty jesteś koszmarna jędza, to ci nic nie powiem. Możesz się wściekać, a i tak nie powiem.

Herbert co kilka dni dzwonił do Majki pytając o Gałgana, o kwiatki też. Zdarzyło się to również kiedyś w mojej obecności i mogłam zamienić z nim kilka słów. Zupełnie nie wiem co się ze mną działo, bo na dźwięk telefonu robiło mi się słabo, serce zaczynało walić oszalałym rytmem, mroczki latały przed oczami a w głowie miałam pustkę.

Pewnego dnia Majka poszła do sklepu, mnie w tym czasie kazała warować przy aparacie. Zadzwonił. Usłyszałam głos Herberta tak wyraźnie jakby stał obok.

– Marianna? – wcale nie wydawał się być zdziwiony. – Byłem pewien, że cię dziś usłyszę. Śniłaś mi się. Wiesz co? Może mężczyzna nie powinien się przyznawać do czegoś takiego, ale na ucho ci powiem, że się za tobą stęskniłem.

Boże, czy ja to sobie wyobraziłam? Czy on to naprawdę powiedział?

– Marianna, jesteś tam, słyszysz?

– Słyszę.

– Czemu nic nie mówisz?

– Bo mnie zwyczajnie zatkało. Gałgan też za tobą tęskni.

– A ty?

– Co ja?

– No a ty…

– Troszeczkę…

W słuchawce odezwał się sygnał oznaczający przerwane połączenie. Troszeczkę? Gdybyś ty wiedział jak ja za tobą tęsknię! Dniem i nocą czuję cię i widzę obok siebie. Żyję dla ciebie, przez ciebie i dzięki tobie. Zwariowałam kompletnie. Opętało mnie to uczucie sama nie wiem kiedy. Kocham cie do obłędu, do szaleństwa, nie mogłabym już bez ciebie żyć. Uświadomiłam sobie po twoim wyjeździe, że będę na ciebie czekać sto, nawet tysiąc lat. Zawsze. Nie spojrzę na nikogo więcej, nikt mnie nie obchodzi. Jesteś jeden jedyny w całym wszechświecie! Ale przecież tego wszystkiego ci nie powiem. Może kiedyś, na pewno nie teraz przez telefon. O Boże, czy ja naprawdę straciłam rozum?!

Dzieciaki baraszkowały na podwórku z Abą, Alfą, Gałganem i Kuleczką. Tej ostatniej pozwoliłam wychodzić odkąd stwierdziłam, że o ile w domu nic sobie z Alfy nie robi, o tyle w ogródku nie opuszcza jej na krok i tylko przy niej czuje się bezpieczna. Z Gałganem, który mieszkając u Majki, stał się i naszym domownikiem, także się zaprzyjaźniła. Przed Abą jednak czuła respekt i chowała się za Alfą lub wskakiwała na balkon i stamtąd obserwowała co się dzieje. Do domu uciekała przezornie, gdy do Majki zwalała się cała „mafia”, czyli Dorota z Azą i chłopakami oraz Teresa z Maksem, przecudnym skrzyżowaniem owczarka niemieckiego z dogiem oraz swoimi synami, czyli Maćkiem i Kubą. Aza nie znosiła kotów i Dorota nie mogła z niej tego wykorzenić. Kuleczka instynktownie wyczuwała niebezpieczeństwo, chowała się do szafki w regale i wyłaziła dopiero wtedy, gdy goście opuścili mieszkanie. „Mafia” – będąc u Majki – wpadała i do mnie, szczególnie Dorota, z którą łączyło nas wielu wspólnych znajomych.

„Mafia” coś wymyślała, uzgadniała, kombinowała. Nie wiem co, bo cały czas chodziłam z głową w chmurach, odurzona świeżo odkrytym uczuciem. Zdawałam sobie sprawę, że prędzej czy później będę zmuszona powrócić do rzeczywistości, lecz odsuwałam to w bliżej nieokreśloną przyszłość.

W pracy tymczasem sytuacja zaczęła się komplikować. Głównego szefa nie było, wyjechał służbowo do Francji. Podobno był informowany o problemach firmy, ale myślę, że – tak jak wielu innych przed nim – mało go to obchodziło. Na pewno wspaniale spędzał czas i nie troszczył się o resztę

-Marianno, on nam nie pozwoli zrobić krzywdy – uspokajała Małgosia. – Jest wspaniały, niepodobny do swoich poprzedników. Z twojej pracy naprawdę jest zadowolony. Powiedział, że to jak w dowcipie o czterech pancernych: gdybyśmy mieli drugi taki czołg jak Rudy, to byśmy sobie sami tę wojnę wygrali.

– No tak, ładnie, jeszcze mnie do czołgu będzie porównywał! Może do kolubryny! – byłam bojowo nastawiona, ponieważ nastroje większości przyjaciół były minorowe.

– Nie widziałaś dotąd u nas na stanowisku szefa kogoś takiego jak on, więc nie gadaj – broniła Małgosia zwierzchnika. – Powiedział, że nie da zrobić krzywdy wartościowym ludziom i ja mu wierzę.

– Srali muszki będzie wiosna – bardzo brzydko odpowiedziałam koleżance, które wymownie popukała się palcem w czoło.

– Zachowujesz się jak typowa stara panna – podsumowała i uwolniła mnie od swego towarzystwa.

Wiele osób odchodziło, czując zagrożenie szukali innej pracy.

– Szczury uciekają – stwierdził Pawełek. – Ja się stąd nie ruszę. Jestem tu od tylu lat, że mnie spychaczem ani dźwigiem stąd nie ruszą. Ja już mam tysiąc pomysłów, tylko czekam z nimi na szefa. A szczury niech uciekają, będzie nam lżej.

6.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 7

Podczas któregoś ze spacerów Herbert oznajmił, że musi wyjechać na pewien czas, ale jeszcze nigdy do tej pory nie wyjeżdżał z niechęcią. Zawsze chętnie podróżował, lubił gdy się coś działo, nie znosił monotonii. Ale teraz żal mu przemiłych, wieczornych gawęd i spacerów. Serce jakoś tak szybko zaczęło mi bić… pewnie ze zmęczenia… cóż, starość nie radość…

– Cieszę się, że zetknąłem się z takimi ludźmi jak wy – powiedział.

– To znaczy kto?

– Ty, Bożenka, Dorota, o Majce i Teresie nie wspomnę, bo znam je od dawna. Jak pewnie zauważyłaś, wymieniłem tylko damską część tej zwariowanej mafii.

Jak zwykle – nie pytałam gdzie jedzie, na jak długo, w jakich okolicznościach poznał Dorotę. Cóż mnie to może obchodzić? Jeśli będzie chciał, sam powie. Nie przyszło mi do głowy, że może chciał, abym zaczęła pytać o cokolwiek. Wiedziałam tylko jedno: gdy tak stał i patrzył na mnie tymi swoimi zmrużonymi szarymi ślepiami, nie widziałam poza nim całego świata.

– Co zrobisz z Gałganem na czas nieobecności? – to było jedyne pytanie, które zadałam.

– Miałem go zawieźć do ciotki, ale Majka wytłumaczyła mi niewłaściwość takiej decyzji. Ciocia już nie jest najmłodsza. Gałgan, choć ją zna i lubi, może jej nie słuchać, albo szarpnąć, przewrócić i niechcący zrobić krzywdę. Zostanie więc u Majki. Zostawię jej też klucze, żeby zajrzała do domu i podlała kwiatki.

– Masz w domu kwiatki? – zdziwiłam się.

– Mam. Całą dżunglę. Wiesz co? – zawahał się. – Może byś weszła do mnie i zobaczyła? Znamy się już tyle czasu, że chyba nie ma w tym nic niestosownego. Co ty na to?

– Z przyjemnością. Może masz coś, czego ja nie mam i ukradnę ci zaszczepkę? – uśmiechnęłam się uszczęśliwiona.

Niestety, nie było mi dane skorzystać z nęcącej propozycji, bo odnalazły nas Honda z Bożenką. Ta ostatnia z informacją, że Jacuś skaleczył się i ryczy, nie pozwolił się dotknąć i woła mamę.

– Poczekam pod klatką, a ty sprawdź czy nie trzeba przypadkiem jechać na pogotowie to cię zawiozę – powiedział Herbert.

Na szczęście ranka nie była groźna, przemyłam, zakleiłam plastrem. Obyło się bez pogotowia. Pełna wyrzutów sumienia, że zaniedbuję dzieci, utuliłam Szkraby i uśpiłam. Gdy usnęły, rozkoszne, cieplutkie i cichutkie, usiadłam na podłodze między tapczanami i pogrążyłam się w rozmyślaniach nas własnym losem.

Było mi w tej chwili cudownie. Miałam dom, dzieci, ulubioną pracę, miałam wieczorne spacery z psem. Herbert zaprosił mnie do domu! To znaczy, że uważa mnie za osobę na tyle bliską, iż chciał mi pokazać swoje refugium, swoje schronienie. Tłumaczyłam sobie: cóż z tego, na pewno gości u siebie tłumy ludzi i nie masz, Marianno, żadnego powodu do radości. A jednak byłam tą radością przepojona, wypełniona wewnętrznie. Zdawało mi się, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, że potrafię świat przewrócić do góry nogami.

3.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Przedświąteczne refleksje

Mam wrażenie, że marnuję czas, kiedy tylko przysiądę bezczynnie i np. patrzę w telewizor. Jeśli myślę o czymś, planuję – jest ok. Natomiast gdy uświadomię sobie, że przestałam rozważać konkretny temat, od razu pojawiają się wyrzuty sumienia. Tyle przecież jest do zrobienia!
Spojrzałam w kalendarz i zorientowałam, że zaraz Święta. Tylko dwa tygodnie dzielą nas od Wielkanocy. Coś trzeba w związku z tym zacząć robić.
Sprzątanie – wiadomo, po zimie konieczność, chociaż nie lubię sprzątać. Lubię gotować. Tak więc przyjemność mam w układaniu menu, przeglądaniu mnóstwa książek kulinarnych, powycinanych z czasopism niezliczonej ilości przepisów, sięganie do własnych zapisków. Muszę przygotować dwie opcje, jedna całkowicie wegetariańska, druga prawie (z dopuszczeniem kurczaka, indyka i ryb). I nagle – w trakcie zajmowania się przyjemnymi, prozaicznymi sprawami – usłyszałam hasło z telewizora.
Konstytucja.
No przecież, dwudziesta rocznica uchwalenia Konstytucji (to było wczoraj).
Od razu refleksja, że życie to splot tak wielu czynników w jednej chwili, iż nie ma ich jak rozdzielić. Myśl przeskakuje od kuchni do Konstytucji. Śmieszne? Niegodne? A niby dlaczego? I następny ciąg myśli: jaka to wielka wartość jest. I żal, że inni swoją potrafią chronić przez dwieście lat a my? Ale zaraz też, że ludzie świętują. W różny sposób, w wielu miejscowościach, bo są z niej dumni. Jak dobrze, że na społeczeństwo nasze zawsze można liczyć.
Nasuwają się następne skojarzenia. Konstytucja 3-go Maja też nie wszystkim się podobała. A jakie były wtedy uwarunkowania … astrologiczne? – O historycznych niech myślą historycy. Otóż przeczytałam w Nieznanym Świecie (nr1/2017), że w 2017 roku w opozycji do Słońca jest Pluton, co zdarzyło się w roku 1771, kiedy to w Rosji panowała caryca Katarzyna Wielka. Skończyło się rozbiorem. Groźnie brzmi? Szczególnie gdy spojrzeć na społeczeństwo wtedy i teraz. Zostaje nadzieja, że nauczyliśmy się czegoś jednak i historia się nie powtórzy, mimo powtórzenia się układu w historycznym horoskopie. Jestem dyletantką w tych sprawach, ale skojarzenia idą swoim torem…
„Tak to już jest na tym świecie, że się mądre z głupim plecie”.

Ciekawych rzeczy można się dowiedzieć na blogu http:// piotrpiotrowski.blog.onet.pl

3.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz