Kręgi na wodzie

Z każdej strony bombardują nas dziesiątki informacji. Jak nie oszaleć? Uodpornić się na wszystkie? Działać wybiórczo? Podzielić według
własnego klucza i tylko część przyjmować do wiadomości? Nie dać się zatopić tonom nienawiści miotanym przed siebie bez opamietania przez niektórych? Otworzyć się na solidarność, szacunek, pomoc sobie nawzajem? Może jest nam za dobrze, za spokojnie i nie potrafimy tego docenić? Jak to możliwe, by ludzie, którzy przeżyli straszliwe sytuacje w czasie wojny, powstania, osobiste i zbiorowe tragedie, ból fizyczny i psychiczny potrafili dożyć późnego wieku pełni uśmiechu, ciepła, życzliwości, skorzy nieść pomoc zawsze i wszędzie? Może właśnie dlatego, że przeżyli piekło za życia?
Jestem pod wrażeniem obejrzanego filmu o Danucie Szaflarskiej, którą grała … Danuta Szaflarska. „Inny świat” miał tytuł ów film w reżyserii Doroty Kędzierzawskiej ze zdjęciami Arthura Rienharta. Wzruszająca opowieść, podczas słuchania której trudno mi było wzrok oderwać od twarzy aktorki. Nie dlatego, że uczucia na niej widoczne są aktorskie, grane, udawane ale właśnie dlatego, że szczere. Chwilami musi przerwać, aby ukryć łzy, albo przerażenie na przykład na myśl o kałużach krwi w prześlicznym ogrodzie skąpanym w słońcu, albo zdziwienie i niedowierzanie gdy mówi o umierającym młodym, przystojnym, opalonym powstańcu, który w agonii biega z przestrzelona szyją… Wszystkie wspomnienia zdają się odżywać na nowo. I wciąż pewnie na nowo odżywają, dlatego tak trzeba kochać życie póki trwa. Nie odbierać go w żaden sposób ani sobie ani innym, choć możemy się nie zgadzać w wielu kwestiach. Potem będzie już naprawdę wszystko jedno. Ważne jest co robimy tu i teraz. To jest tak: mały kamyczek rzucony do wody wywołuje kręgi na dużej powierzchni. Niech tym kamyczkiem będzie coś dobrego. Choćby dobra myśl, choćby zaniechanie czegoś złego…

24.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 18

Przez długi czas po owym fatalnym dniu żyłam jak w letargu. Na pozór funkcjonowałam prawidłowo, wykonywałam domowe obowiązki, odpowiadałam w miarę sensownie na zadawane pytanie. Szkrabom powiedziałam, że mam zaległy urlop. Były uszczęśliwione chwilową rezygnacją ze świetlicy.

Wszystkie formalności w redakcji pozałatwiał za mnie niezastąpiony Pawełek. Prawdę mówiąc, nie wiem co podpisywałam, gdy mi podsuwał kolejne papiery ale sporo tego było. Zdziwiłam się niezmiernie, kiedy któregoś dnia Majka zawołała z balkonu.

– Marianna! Ruszaj się szybko, telefon do ciebie.

Okazało się, że to Bogdan, kolega, który kiedyś proponował mi pracę, odnalazł mnie przez Pawełka.

– Czy ty pamiętasz, że pojutrze przychodzisz do pracy? Chciałem się upewnić.

– Co ty bredzisz Bodziu? Do jakiej pracy? Pawełek ci nie powiedział, że nie pracuję?

– Marianno, czy ty jesteś przytomna? Przecież Pawełek był u ciebie z papierami i podpisałaś.

– Był z jakimiś i kazał mi podpisać. Pokazał palcem gdzie trzeba, to podpisałam.

Cisza w słuchawce. Po dłuższej chwili się odezwał.

– Podpisywałaś i nie wiesz co?

– Ojej, mówił, ale nie byłam w stanie się skoncentrować. Mam problemy osobiste, więc mi wolno. A Pawełek mówił długo i zawile, więc pewnie miał rację. Ja mu wierzę bez zastrzeżeń.

– Ja już teraz nie. Powiedział, że jesteś na granicy choroby psychicznej, a ja widzę, że jesteś już całkiem stuknięta.

– O, wypraszam sobie, – oburzyłam się. – Najwyżej mam lekkiego bzika na skutek zbiegu niepomyślnych wypadków losowych.

– Niech ci będzie. Masz być o ósmej rano u mnie. Rozumiesz?

– Tyle rozumiem, ale nic więcej.

– Aha, słuchaj, czy to prawda co mówił Pawełek?

– Pawełek zawsze mówi prawdę. A co mówił?

– O twojej nagrodzie w konkursie.

– Tak, wygrałam, udało mi się. Już nawet mam wydawcę.

– No to bomba, gratuluję. Czekam na ciebie pojutrze rano. Nie zapomnij, zapisz sobie na lustrze.

Pokręciłam głową z podziwu dla Pawełka. To dopiero przyjaciel. Umiał każde wydarzenie przedstawić w świetle najodpowiedniejszym w danym momencie, byle komuś pomóc. Nawet Bodzia przekonał, tego niezwykle poważnie podchodzącego do życia, spokojnego Bodzia.  Taki to jest Pawełek. Bez krzty fałszu czy obłudy co się rzadko zdarza w dzisiejszych czasach. Dobrze wiedziałam, że przysługa, którą mi oddał nie była rewanżem za to, że przygarnęłam go, kiedy wyprowadził się od swojej pierwszej żony z walizeczką i maszyną do pisania. Spał w pokoju chłopców a pisał nocami w kuchni. Maluchy oraz mój, wtedy jeszcze nie „były” małżonek, nie wyrażali sprzeciwu. Potem spotkał Kasieńkę, przemiłą dziewczynę, swoją obecną żonę i ułożyło mu się życie na nowo.

– Majka, czy mogę przekręcić do Pawełka? – spytałam.

– A kręć sobie.

– Cześć Kasieńko. Czy twój mąż jest w domu, czy też ukrywa się po tym, co narozrabiał?

– A cóż on znowu takiego narozrabiał? – ucieszyła się Kasieńka.

Nie wiem co się ze mną stało, bo się nagle rozryczałam.

– Co mówisz? Nic nie zrozumiałam – dopytywała się Pawełkowa połowica.

– On mi znalazł pracę – ryczałam dalej.

Majka przyglądała mi się z fotela z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Potem coś powiedziała do Aby, która też zaczęła mi się przyglądać, przekrzywiając czarną, kosmatą mordę to w jedną, to w drugą stronę.

– Przestań beczeć – wołał do słuchawki Pawełek, nie zauważyłam, kiedy zastąpił przy słuchawce Kasieńkę. – Uspokój się wreszcie! Sama opowiadałaś, co ci Bodzio proponował. Zadzwoniłem i zapytałem czy sprawa jest jeszcze aktualna. Przywiozłem ci papiery, wytłumaczyłem o co chodzi, myślałem, że wszystko rozumiesz. Podpisałaś i już. Skąd mogłem wiedzieć, że jesteś nieprzytomna? To wszystko.

– Nie wszystko! – oburzyłam się głośno wycierając nos w chusteczkę. – Zrobiłeś ze mnie wariatkę.

– Wcale nie musiałem tego robić – sprostował uprzejmie.

– Wiesz co? – zastanowiłam się. – Może i masz raję…

– No widzisz, nareszcie zaczynasz mówić rozumnie – ucieszył się.

Musiałam wyglądać koszmarnie, bo Majka przyjrzała mi się jeszcze raz i wygoniła mnie do łazienki.

– Rozmazałaś się. Idź się umyć, bo wyglądasz jak nieboskie stworzenie.

Kiedy wróciłam, nalała piwa do wysokiej szklanki i postawiła przede mną.

– Masz, napij się, dobrze ci to zrobi.

Rozmawiałyśmy o mojej powieści, o kilku opowiadaniach, które kiedyś napisałam, o dzieciach. Opowiedziała mi historię Teresy i jej obecnego męża Juranda, czego wysłuchałam z wyjątkowym zainteresowaniem. Wreszcie podniosłam się z krzesła.

– Czas do domu. Muszę jeszcze sprawdzić lekcje Szkrabom. Dzięki ci, Majka, rozładowałam się dzięki tobie.

– Wiesz co? Nie przypuszczałam, że aż tak bardzo to wszystko przeżyłaś. Dobrze się trzymałaś. Ale czy warto robić z siebie taką bohaterkę?

– Myślisz o Herbercie? – pierwszy raz od owego fatalnego dnia głośno wymieniłam jego imię.

Skinęła głową.

– Co zamierzasz?

– Muszę najpierw pozbierać się do kupy, zebrać siły i… nie wiem. On pewnie nigdy w życiu już na mnie nie spojrzy. Wcale by mnie to nie zdziwiło.

– Kretynka – określiła mnie jednym słowem sąsiadka zamykając za mną drzwi.

21.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 17

Wyszłam z redakcji, szłam, szłam i szłam ze Śródmieścia na Ursynów. Właściwie wlokłam się noga za nogą. Nie widziałam wokół siebie ludzi, było mi obojętne gdzie jestem, czy mnie ktoś potrąca, czy się za mną ogląda. Nie mogłam skupić uwagi na żadnej konkretnej myśli. Dziesiątki ich, może setki kłębiły się w mózgu, a ten myślowy chaos stwarzał pozory kompletnej bezmyślności i tępoty. W którąkolwiek stronę zwróciłam wzrok, widziałam zimne, stalowe oczy Herberta. Gdzieś wewnątrz mózgu słyszałam głos Majki: Herbert jest tak dumny, że o nic nie prosi dwa razy, a odepchnięty – nie wraca.

Dotarłam do szkoły na godzinę siedemnastą. W ostatniej chwili odebrałam dzieci ze świetlicy. Obaj byli na mnie obrażeni. I słusznie.

– Dlaczego tak późno po nas przyszłaś? – indagował nadąsany Jacuś.

– Tylko Kowalski został i my – skarcił mnie Piotruś. – Wstyd!

– Pewnie, że wstyd – dodał Jacuś. – On ma mamę co pije piwo, wszyscy to wiedzą. I często zapomina po niego przyjść. A ty co?

– Głowa mnie okropnie boli – wcale nie kłamałam, czułam tępy ból jakby ktoś od środka uderzał czymś twardym w celu powiększenia czaszki.

   – To pewnie dlatego, że obaj razem poszliśmy do szkoły – stwierdził poważnie Jacuś.

– Co to ma wspólnego z moją głową? – zdziwiłam się.

– Bo mama jednego chłopaka z drugiego podwórka mówiła, że jak córka poszła do szkoły, to ją o to głowa nie bolała, a jak syn, to strasznie – wyjaśnił Piotruś.

– A jak twoje dwa syny poszły razem, to cię głowa musi boleć za dwóch, bo za córki to by cię nie bolała. Rozumiesz teraz? – zaglądali  mi w oczy.

Przygarnęłam do siebie dwa ciemne łebki, moje ukochane małe Szkraby martwiące się, że to przez nich matkę boli głowa.

– Na pewno nic mnie przez was nie boli – ucałowałam pyzate policzki. Wy jesteście moje Szkrabiątka i kocham was najbardziej na całym świecie. Wiecie o tym, prawda?

– Ze wszystkich dzieci, to tak – podniósł główkę Piotruś.

Poczułam się trochę dziwnie. Co ten dzieciak ma na myśli?

– Bo z psów kochasz najbardziej Alfunię, a z kotów Kuleczkę – wyjaśnili.

– Ależ oczywiście, macie absolutną rację. Za waszą wielką spostrzegawczość dostaniecie ryż z truskawkami i śmietaną na kolację.

– Hurra! – podskoczył Jacuś.

– A na pewno się rozmroziły? – upewniał się praktyczny Piotruś.

– Do tej pory na pewno – rozwiałam wątpliwości synka.

Zjedli przysmak, pobiegli z Alfunią na podwórko. Bałam się wyjść na balkon. Wszędzie widziałam Gałgana a zza każdego krzaczka wyłaniał się Herbert z bezlitosnym, zimnym spojrzeniem, na które w pełni zasłużyłam. A przecież wczoraj siedział obok, patrzył na mnie jak na kogoś bardzo bliskiego, czułam jego ciepło oraz – mimo dzielącego nas stolika – czułam jego bliskość. To się już nigdy nie powtórzy. Nigdy! Wszystko zniszczyłam. Sama! Nie dałam mu dojść do słowa. Powiedział, że nie oszukuje. To przecież jest prawda!

Nagle mnie olśniło. Skąd mógł wiedzieć, że wróciłam do panieńskiego nazwiska i nazywam się Sadowska, skoro na drzwiach i liście lokatorów widnieje nazwisko mojego byłego męża? Tematów związanych z pracą zawodową nie poruszaliśmy wychodząc z założenia, że trzeba odreagować stres związany nie tyle z samą pracą co z pewnymi osobami, z którymi przychodzi się kontaktować.

To moja wina, że niczego nie kojarzyłam, żadnych faktów. Jakże mogłam się nie domyśleć, że to on?! Teraz zapłaciłam za własną bezmyślność. Na dobrą sprawę powinnam pójść go przeprosić. Tu moje „drugie ja” rzuciło się na moje „pierwsze ja”. Co? Jeszcze czego! Żeby pomyślał, że żebrzesz i prosisz o łaskę? Albo szukasz  tak zwanej protekcji i korzyści materialnych? O nie! Musisz stanąć na głowie, żeby stanąć na własnych nogach. Dopiero wtedy możesz się do niego pierwsza odezwać.

Ryczałam jak bóbr. Musiałam jakoś wyrzucić z siebie nadmiar przeżytych dzisiaj wrażeń, rozładować napięcie. Byłam przekonana, że moje dalsze życie będzie jedynie ponurym pasmem przykrych chwil, które muszę znosić ze względu na dzieci.

Co chwilę wpadałam z jednej skrajności w drugą. Z przekonania, że jakoś sobie poradzę, w strach przed następnym dniem. Z rozważań „co on sobie o mnie pomyśli” do: „ja mu jeszcze pokażę”. Z nadziei w otchłań rozpaczy. I tak przez cały czas.

Dzieci już spały, kiedy Majka zawołała mnie przez balkon.

– Chodź z psem, to ci coś opowiem po drodze.

Zadrżałam z obawy, że będzie to dotyczyło dzisiejszych wydarzeń. Na szczęście nie. O niczym jeszcze nie wiedziała.

– Rozmawiałam o tobie z Teresą. Mówiłam ci, że zbiorowo założyli własne wydawnictwo.

– Tak, mówiłaś, że ona i Dorota.

– Co Dorota?

– Też jest w tej spółce.

– Aha, no tak. Właśnie kazały mi przywieźć twoją powieść. Masz wolną kopię?

– Mam.

– To mi ją daj. Jutro Maciek przyjedzie rowerem i zabierze.

– Dobrze.

– Co ci jest? – spojrzała na mnie podejrzliwie.

– Dlaczego?

– Wyglądasz jakoś dziwnie.

– Głowa mi pęka z bólu przez cały dzień i ledwo patrzę na oczy.

– No to wracamy, psy zrobiły co trzeba. Daj tylko kopię i idź się kładź.

20.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Stefania Cichocka, pani Stenia

W nawiązaniu do poprzedniego tekstu, muszę, po prostu muszę, wspomnieć o pani Steni Cichockiej. Osobę pana Tadeusza Pankiewicza i pani Steni łączy dzień i miesiąc urodzenia czyli 21 listopada ( lata już inne) oraz medal Yad Vashem.
Panią Stenię poznałam w ten sposób, że korzystałam w okresie studiów z Biblioteki, w której pracowała. Była niesamowicie ciepłym, dobrym, życzliwym człowiekiem o ogromnym sercu. Pochodziła ze Lwowa. Tam uczyła się w gimnazjum im. Juliusza Słowackiego wspólnie z Rut i Haliną. Kiedy rozpoczęła się wojna – wiadomo, dziewczynom groziła śmierć ze względu na pochodzenie. Pani Stenia wyszła za mąż i oddała Rut swoje panieńskie dokumenty ratując ją w ten sposób przed zamknięciem w getcie. Później pracując wraz z mężem koło Lwowa w gospodarstwie w Oleszycach, ukrywała Halinę, jej matkę Zofię i siostrę Jankę przez około trzy miesiące. Poza tym – już jako członkini AK – nosiła do getta szczepionki przeciw tyfusowi oraz produkty pierwszej potrzeby narażając swoje życie.
5 listopada 2009 roku pani Stenia odebrała przyznany medal i dyplom honorowy Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Zdążyła odebrać osobiście, zmarła miesiąc później, 2 grudnia.

20.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Jeden komentarz

„Apteka w getcie krakowskim” Tadeusz Pankiewicz

Bieżące sprawy nakładają się na historyczne wydarzenia i najczęściej je oddalają. Chyba, że są znaczące na tyle, żeby je obchodzić odgórnie i obowiązkowo. Są też takie obchodzone oddolnie. Dlatego, że ludzie chcą pamiętać. Albo przez sympatię, albo ku przestrodze albo z wielu innych powodów. Ważne, by uszanować pamięć i osoby, których ta pamięć dotyczy. W związku z rocznicą wybuchu powstania w getcie
warszawskim moje myśli skierowały się ku gettu krakowskiemu.

Przeczytałam mianowicie niedawno wspomnienia Tadeusza Pankiewicza, krakowskiego aptekarza, którego apteka „Pod Orłem” znalazła się w granicach getta utworzonego w Krakowie przez okupanta. Przez dwa i pół
roku mieszkał tam i pracował. Od utworzenia w marcu 1941 roku do całkowitej likwidacji i zagłady dzielnicy żydowskiej w roku 1943, był świadkiem potwornej gehenny ludzi zamkniętych jak w klatce, zmuszonych do egzystencji w nieludzkich warunkach na wciąż kurczącym się obszarze, na którym wolno było im przebywać. Pankiewicz oraz jego personel byli jedynymi łącznikami między światem zewnętrznym a piekłem, które ludzie stworzyli ludziom. „Apteka w getcie krakowskim” to wyjątkowa relacja przekazana z samego centrum getta widzianego oczami Polaka, który był i uczestnikiem i świadkiem, dał wstrząsający obraz wydarzeń mających tam miejsce.

20.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 16

Budzik wydzwonił się do końca, wcale go nie słyszałam. Obudziła mnie Kuleczka strącając kwiatek na podłogę. Półprzytomna skoczyłam na równe nogi. Musiałam się zwijać jak w ukropie, spałam o całe pół godziny za długo. Rzuciłam się do dzieci. Gwałtownie obudzone wstały w bardzo złych humorach, co mnie wprawiło w jeszcze gorszy nastrój. Jacuś szukał drugiej skarpetki, którą porwała Kuleczka, kiedy zakładał pierwszą. Piotruś stwierdził, że on codziennie nie będzie chodził do szkoły tak wcześnie, bo to jest maltretowanie dzieci, najwyżej co drugi dzień.
Zanim uporałam się ze wszystkim, zrobiło się strasznie późno. Gdy wreszcie przygalopowałam na przystanek, okazało się, że zmienione
zostały trasy i godziny odjazdu autobusów a pętla przeniesiona za metro. Jakby mnie goniły furie dopadłam do taksówki i tym środkiem
lokomocji dotarłam do pracy w ostatniej chwili. Okazało się, że szef chce mnie natychmiast widzieć. Poszłam najpierw podpisać listę. Przy kilku nazwiskach ktoś postawił duże, czarne kropki. Przy moim też. Zdenerwowałam się potwornie. Cóż to mogło oznaczać? Na pewno nic dobrego. Cały niefortunny ranek i jeszcze ta czarna kropka spowodowały, że byłam niczym materiał wybuchowy przeznaczony do zdetonowania. Wystarczyła tylko iskra.
– Słuchaj, co to za kropki na liście? – weszłam do pokoju Pawełka.
– Nie wiesz? Z choinki się urwałaś?
– Nie z choinki tylko z urlopu.
– Aha, racja. Jest kilka osób, które od przyszłego miesiaca odchodzą…
– Jak to: odchodzą? Gdzie: odchodzą? Po co: odchodzą?
– Różnie. Żeby gdzie indziej pracować… Słucham, tak, redakcja…
Pawełek odebrał dzwoniący telefon a mnie wmurowało w ziemię. Odchodzą – czyli są zwolnieni, czyli zostałam wyrzucona z pracy w czasie urlopu!
– To znaczy, że wyrzucili mnie z pracy? – syknęłam przez zaciśnięte zęby w stronę Pawełka.
Zapisywał coś na fiszkach wsłuchany w głos płynący ze słuchawki. Robił przy tym do mnie jakieś straszne miny, wreszcie machnął ręką,
żebym się przymknęła. Mroczki zaczęły mi latać przed oczami.
– Marianna, do szefa – zawołała Małgosia z sekretariatu.
Słabo mi się zrobiło. Co teraz będzie? Z czego będę żyła? Gdzie pójdę? Przecież ja nic nie umiem! Co ja zrobię? A dzieci? Kamień do szyi i do Wisły?
– Marianno, gdzie jesteś? – usłyszałam znowu.
– Idę… – odrzekłam słabym głosem.
Oderwałam się od ściany, o którą byłam oparta, zrobiłam kilka głębokich wdechów, zacisnęłam pięści. Czekaj no ty… Harowałam jak dziki osioł w pracy i w domu, jeździłam, zbierałam materiały, pisałam po nocach, woziłam ze sobą tony makulatury, nad którą ślęczałam do rana, a ty mnie wyrzucasz? A czort z tobą! Sama pójdę!
Powoli słabość zaczynała ustępować coraz większej furii. Dam sobie radę, przecież wygrałam konkurs. Potrafię pisać. Będę pisać. Zostanę sławną i bogatą pisarką. Nikt mną pomiatać nie będzie! Nigdy!
Napisałam podanie o zwolnienie. Wpadłam do sekretariatu.
– Zamelduj mnie szefowi – warknęłam do Małgosi.
– Co ci? Poczekaj, jak ty wyglądasz… – zaczęła.
– Szybciej… bo nie ręczę za siebie…
– Marianna, stój! – zawołała przerażona.
Głośno zapukałam, weszłam do środka nie czekając na zaproszenie i zamknęłam drzwi za sobą, przed nosem Małgosi.
– Dzień dobry – powiedziałam głośno i zabrakło mi tchu.
Przede mną siedział… Herbert. I zażerał się moją szarlotką! To znaczy przestał i wpatrywał się we mnie jak w upiora.
Wściekłość mi przeszła. Poczułam się taka biedna, samotna, oszukana, poniżona, że mimo wysiłku nie zdołałam nad sobą zapanować.
Rozdygotana jakbym włożyła palce do kontaktu, rozmazując łzy na policzkach, wybuchnęłam.
– To dlatego wczoraj byłeś taki miły, tak? Chciałeś mnie udobruchać, tak? Wyrzucasz mnie z pracy i udajesz przyjaciela, tak?
– Marianno – wybełkotał wreszcie, przełykając ostatni kęs szarlotki. – O co ci chodzi? Skąd ty tutaj i dlaczego na mnie krzyczysz? Niczego
nie rozumiem.
Nie zwracając uwagi na jego słowa ryczałam dalej.
– Przez cały czas mnie oszukiwałeś, co? Świetna zabawa, wszechwładny szef i głupia dziennikarka, durna baba, którą można sobie owinąć dookoła palca, wykorzystać a potem zdeptać i zniszczyć!
– Ja ciebie wykorzystałem?!
Dopiero dużo później uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nie widziałam nikogo tak zaskoczonego, zdziwionego, ogłupiałego wręcz.
– I kto udawał miłego, sympatycznego? Kto był taki cudowny i tak się uśmiechał? W kim się zakochałam do nieprzytomności?
– Marianno – zrobił krok w moją stronę.
– Stój, bo wyskoczę – stanęłam przy otwartym oknie.
– Marianno…- głos stał się taki ciepły, taki miękki…
– Nic z tego. Nie nabierze mnie nikt wiecej. Nie ty mnie zwalniasz ale sama odchodzę, rozumiesz? Sama! Proszę, tu jest podanie o zwolnienie.
– Marianno…
– Przestań powtarzać „Marianno” i „Marianno”. Wiem jak mam na imię. Podpiszesz czy nie?!
– Pozwól mi wyjaśnić…
– Nie chcę, nie będę słuchać, nie chcę cię więcej znać!
– Ależ posłuchaj…
– Nie, nie i nie! A wiec to o mnie mówiłeś „chuda, zaniedbana, kompletny brak kobiecości”.
– Ależ ja nie…
– Nie będę cię słuchała. Nigdy! – mój wzrok padł na okruszki szarlotki leżące na talerzyku. – Smakowała ci szarlotka?
– Bardzo, i…
– Żadne „i”. Skoro tak – powiedziałam z lodowatym chłodem, tak mi się przynajmniej zdawało, – to spełnisz moje trzy życzenia. Pamiętasz?
– Jak mógłbym zapomnieć? – znów zrobił krok w moją stronę.
– Nie ruszaj się, bo… – ostrzegłam kładąc rękę na parapecie. – Po pierwsze: podpisz.
Zmarszczył brwi. Spojrzał mi prosto w oczy jakoś tak twardo, zimno, aż mi ciarki przyszły po grzbiecie, serce drgnęło jakby ukłute, ale
wytrzymałam spojrzenie.
– Chcesz tego naprawdę? – spytał nie spuszczając wzroku.
– Tak, chcę – ani na sekundę nie przestałam patrzeć w stalowoszare, przymrużone oczy.
– Dobrze. Ja dotrzymuję słowa, proszę – podpisał. – A jakie jest twoje drugie życzenie?
Cała buta opuściła mnie z chwilą złożenia przez Herberta podpisu na moim podaniu.
– Moim drugim życzeniem jest opuszczenie tego pokoju – powiedziałam cicho.
– Zapamiętaj dziewczyno, że ja nie oszukuję – usłyszałam za sobą, kiedy położyłam dłoń na klamce.
Wyszłam na uginających się nogach. Powitała mnie cisza w sekretariacie, nieruchoma twarz Małgosi i Pawełek rwący sobie włosy z głowy.
– Coś ty narobiła? – jęknął na mój widok.
– Zwolniłam się sama, nikt mnie nie będzie wyrzucał z pracy – wyjaśniłam drżącym głosem.
– Ona powiedziała – wskazał na Małgosię, – że wyglądałaś jak żywy trup i miałaś mord w oczach, kiedy wtargnęłaś do szefa.
– Najpierw słyszałam twój głos, a potem nic nie słyszałam – dodała Małgosia. – Myślałam, że się pozabijaliście.
– Coś ty narobiła? – powtórzył Pawełek. – Kazałem ci czekać aż skończę rozmawiać przez telefon?
– Kazałeś mi się zamknąć – protestowałam słabym głosem.
– Bo ledwo słyszałem, a to był bardzo ważny telefon, kupa forsy od tego zależała.
– Aha, rozumiem – pokiwałam bezmyślnie głową. – No i co z tego?
– Ty świętego potrafisz wyprowadzić z równowagi – zniecierpliwił się wreszcie Pawełek. – Te kropki ja sam postawiłem przy tych, co zostają
w naszej redakcji! Nie zdążyłem ci tego powiedzieć, bo poleciałaś jakby cię śmierć goniła.
Tego było już za wiele. Nogi mi się naprawdę ugięły i osunęłam się na krzesło. Co ja zrobiłam? Bezmyślna idiotka! Zniszczyłam całe swoje życie, zniszczyłam miłość. Sama! Muszę stąd natychmiast odejść, nigdy w życiu nie mogę się spotkać z Herbertem. Nigdy! Nigdy? Przecież ja tego nie przeżyję! Obrzuciłam go niesłusznymi oskarżeniami jak błotem, nie dałam mu dojść do głosu, zachowałam się jak psychicznie chora, niespełna rozumu histeryczka. Muszę stąd uciekać.
– Muszę stąd uciekać – powtórzyłam głośno i podniosłam się z krzesła patrząc z przerażeniem na drzwi, oby się nie otworzyły…
– Chodź do mnie – Pawełek wziął mnie za rękę.
– Nie, ja muszę natychmiast opuścić budynek – szarpałam się z nim.
– Uspokój się, już za dużo dzisiaj narozrabiałaś – ofuknął mnie.
– Masz relanium – Małgosia podała mi malutką, różową tabletkę. – Pomoże ci.
Połknęłam relanium i pozwoliłam się Pawełkowi zaprowadzić do jego pokoju.
– Pójdę do szefa – ofiarował się. – Może da się to wszystko odkręcić. On jest fajny chłop, nie zrobi ci krzywdy. Kiedy mu wyjaśnię co i jak to się jeszcze uśmieje.
– Po tym, co mu powiedziałam? Nigdy w życiu. Dziękuję ci, Pawełku, jesteś najlepszym kumplem.
– A coś ty mu powiedziała?
– O każde słowo za dużo.
– Marianno, usiądź i poczekaj, pójdę do niego.
– Stój! Ani się waż! Za skarby świata!
– Zawsze musisz być taka uparta!
– Nie i koniec!
– Ale dlaczego?
– Pawełku, proszę cię, nie mów nikomu, ale to osobista sprawa. Nic nie mów!
– Chyba, że tak – spojrzał zdziwiony. – A mówiłaś, że nie znasz szefa.
– Skąd miałam wiedzieć, że to on? – spytałam żałośnie. – Kiedyś ci opowiem.
Uspokoiłam się. Otępiałą i otumanioną przez relanium Pawełek wypuścił mnie na korytarz sprawdzając uprzednio czy nikogo na nim nie ma.
– Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – zapewnił.

19.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 15

Wieczorem „coś” kazało mi wyjść na balkon. Szkraby były już w łóżkach wykąpane i pachnące. Przygotowałam im ubranka na jutrzejszy dzień i zastanawiałam się jak sobie poradzę z nowymi obowiązkami. Mimo wielkiego płaczu zapisałam chłopców do świetlicy. Na szczęście mieli chodzić na pierwszą zmianę, więc nie było obawy, że usną ze zmęczenia w czasie lekcji. A potem – niech się dzieje co chce. Przecież nie mogłam dać im kluczy od mieszkania. Wysadzenie w powietrze całego budynku podczas mojej nieobecności nie przedstawiałoby specjalnych trudności, w najlepszym wypadku spaliliby jedynie swoje mieszkanie.
Tak rozmyślając stanęłam na balkonie. Był przecudny wieczór, ciepły, przepojony „różnowonną i różnokolorową kwiatową symfonią” – jak
kiedyś stwierdziła Bożena będąca w wyjątkowo romantycznym nastroju. To „coś”, co kazało mi wyjść na balkon, poleciło mi też szeroko otworzyć oczy, by ujrzeć wielkiego psa, który zatrzymał się na chodniku na wprost mnie machając wesoło ogonem, a jego radosne poszczekiwanie przypominające głuche dudnienie tam-tamów skrzyżowane z rykiem lwa wypełniło cały ogródek i omal nie zwaliło mnie z nóg.
– Będziesz ty cicho – powiedziałam teatralnym szeptem. – Wszystkie dzieci pobudzisz.
– Cicho Gałgan, spokój!
Usłyszałam głos, który brzmiał mi w uszach co noc. Właściwie teraz w ogóle przestałam go słyszeć, bo serce poczęło łomotać tak mocno, że zagłuszało wszystkie inne odgłosy. Dobrze, że z odległości nie widać było rumieńca, który z pewnością oblał mnie od głowy do stóp. Czułam, że moje własne ciało pali mnie jak ogień, trzęsę się niczym galareta i zaczynam szczękać zębami.
Uspokój się idiotko, mruczałam do siebie, natychmiast się uspokój!
– Dobry wieczór Marianno – Herbert stanął obok Gałgana. – Witaj po wakacjach. Wyjdziesz z Alfą na spacer?
– Dobry wieczór Herbercie – powiedziałam cicho, zbyt cicho, bo jakaś kula tkwiąca ni stąd ni zowąd w moim gardle sprawiła, że z
trudnością wydobyłam z siebie głos. – Nie mogę w tej chwili, mam ciasto w piekarniku. Ale może ty wejdziesz na chwilę? Za piętnaście minut powinno być gotowe i będę wolna.
Tak się złożyło, że jeszcze nigdy u mnie nie był. Z zewnątrz wszystko wyglądało na zwykłą „psią” znajomość. Któż mógłby przypuszczać, że jego ślady na trawie były dla mnie cenniejsze od wszystkich skarbów świata, a powietrze, którym oddychał, stawało się świetliste i
przezroczyste niczym kryształ? Komu przyszłoby do głowy, że płakałam z tęsknoty za jego głosem i widokiem, a głowę ściskałam obiema
rękami, żeby nie pękła i wołałam w duszy: Herbercie kochany, najdroższy, jedyny, tęsknię za tobą, za tobą jednym na całym bożym świecie, chcę cię widzieć, czuć przy sobie, być z tobą , raz jeden być z tobą a potem niech się wali świat. Kocham cię, dostaję obłędu z miłości i nie wytrzymam, rzucę się na ciebie na ulicy, zobaczysz… Wariatka…
– Właściwie, dlaczego nie? – zapytał nie mając pojęcia co się ze mną dzieje.
Po chwili stali z Gałganem w przedpokoju witani przez Alfunię i Kuleczkę.
– Ładnie tu – rozglądał się. – Masz dużo zieleni, to lubię. Bardzo mi się podobają drewniane półeczki na ścianach zamiast regałów. Dobrze zabudowałaś przedpokój wykorzystując każdy kawałek miejsca. Moje gratulacje.
– Usiądź, proszę, gdzie wolisz, na narożniku czy na fotelu – zapraszałam drogiego mi gościa. – Nie! Na tamtym nie siadaj, on się rozpada,
tylko zwierzaki mogą tam siedzieć.
Schwyciłam go za rękę, by nie zdążył usiąść.
– Tym razem ty uratowałaś mi życie – uśmiechnął się nakrywając swoją dłonią moją dłoń. – Czy wyobrażasz sobie, jak żałośnie wyglądałbym siedząc na podłodze wśród szczątków połamanego fotela?
– Z guzem na głowie wielkości co najmniej śliwki – uzupełniłam obraz.
Roześmialiśmy się oboje. Śmiech zlikwidował napięcie i mogłam zachowywać się normalnie.
– Może napijesz się herbaty? – zaproponowałam.
– Z przyjemnością napiję się herbaty, której sam nie muszę parzyć – odpowiedział.
– Już gdzieś to słyszałam – spojrzałam mu w oczy. – powiedz jak to jest, że często mamy identyczne myśli i wypowiadamy je w tym samym
momencie?
– Wiesz, sam się nad tym zastanawiam – znów uśmiech, od którego dostaję zaćmienia umysłu.
– Poczekaj, woda się gotuje, przyniosę herbatę – uciekłam do kuchni, żeby ochłonąć.
Wróciłam z tacką, na której zmieściły się dwie filiżanki herbaty, cukierniczka i talerzyk z sernikiem.
– A to niespodzianka! – zawołał zachwycony. – Skąd wiedziałaś, że przepadam za sernikiem?
– Wcale nie wiedziałam, sama go uwielbiam.
Bożenka podsumowałaby, że to widać. Ale Bożenki nie było i mogłam jeść bez oglądania się na czyjekolwiek komentarze. To znaczy
mogłabym, gdybym zdołała cokolwiek przełknąć poza herbatą, której nie trzeba gryźć przed połknięciem. Zachwycona patrzyłam na Herberta zajadającego ze smakiem.
– W piecyku też masz sernik? – spytał.
– Nie, szarlotkę.
– Jeśli jest tak samo wspaniała jak ten sernik, to… – zastanowił się chwilę, – …to spełnię twoje trzy życzenia.
– Nic prostszego jak spróbować. Zapraszam cię więc na szarlotkę.
– Zastanów się co robisz. Ostrzegam lojalnie, że ze mnie straszny łasuch.
– Powiedziałam i nie cofnę. Tylko nie zapomnij, że moje Szkraby są w stanie pożreć wszystko w błyskawicznym tempie i dla ciebie może nie zostać ani okruszyna.
Była to godzina jak z bajki, jak ze snu. Siedzieliśmy obok siebie, rozmawialiśmy o wakacjach, o jego podróżach, a nasze oczy spotykały się co chwilę, mówiły to, czego usta jeszcze nie były w stanie wypowiedzieć, ręce przypadkiem na siebie trafiały przyciągane wzajemnym ciepłem, leciutko drżące, spragnione swego dotyku.
Wtem zadzwonił domofon niczym głos trąb na sąd ostateczny. Zerwały się zwierzaki drzemiące zgodnie obok siebie. Kuleczka miauknęła i czmychnęła do łazienki, skąd wystawiła trójkątną mordkę, aby lepiej widzieć, kto idzie. Alfa i Gałgan rozszczekały się straszliwie a mnie o mało nagła krew nie zalała. Ze złości.
Takie już to moje szczęście. Kogo diabli niosą? Podniosłam słuchawkę.
– Czego? – warknęłam.
– Nie czego, tylko kogo – usłyszałam głos Bożenki.
– Co kogo?
– Powinnaś spytać: kogo tu bogi prowadzą. Nie uważasz, że mogłabyś się trochę grzeczniej odzywać?
– A czego tu szukasz? Miało cię nie być cały tydzień, więc czemu się szwendasz po nocy i przeszkadzasz porządnym ludziom?
– Nie gderaj tylko otwórz, bo zapomniałam kluczy. I daj mi moje własne klucze wiszące u ciebie na wieszaczku.
– Po co już wróciłaś? Jeszcze nie minął tydzień – upierałam się.
– Idiotka – zniecierpliwiła się moja sąsiadka. – Otwórz wreszcie. Zgłupiałaś już do reszty, czy co? Ciotka przyjechała do mamy i zostanie na dłużej, będzie z nią więc mogłam wrócić. Otwierasz czy nie?!
– Już, już – nacisnęłam przycisk.
Zabrzęczał automat, trzasnęły drzwi.
– Nie musisz trzaskać drzwiami o tak późnej porze – zauważyłam jadowicie, podając klucze od mieszkania.
Wściekła byłam za przerwanie cudownej chwili. Może już nigdy nie uda mi się przeżyć czegoś podobnego. A tymczasem Herbert dusił się ze śmiechu na balkonie, tak go rozweseliła nasza rozmowa.
– Jesteście niezrównane – wybełkotał próbując spoważnieć.
Ukroiłam słuszny kawał ciepłej szarlotki i kazałam mu zabrać do domu, przed czym się zresztą nie bronił. Długo jeszcze spacerowaliśmy z
psami po osiedlu aż wreszcie spojrzałam na zegarek: była dwudziesta trzecia czterdzieści trzy.
– O rany, jak późno – złapałam się za głowę. – A ja muszę rano być w pracy!
Usnęłam dopiero nad ranem. W stanie półsnu – półjawy przewracałam się na łóżku z boku na bok, nie mogłam usnąć, przeżywałam całą
sytuację od początku. Widziałam Herberta chodzącego po pokoju, słyszałam go. Ale, co za pech, kiedy zbliżał się do mnie – za każdym razem budziłam się i nie mogłam wejść w dalszy ciąg snu. Zaczynał się od początku, by znów się przerwać w najciekawszym momencie. Jak pech, to pech…

18.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Drodzy Czytacze płci obojga:):):)

Dziękuję tym, którzy trafili na dyrdymałkowy adres i spędzili tu nieco czasu. Szczególnie dziękuję za wyrażone opinie. To dla mnie bardzo miłe i nowe przeżycia.

Chciałabym Wam w te pierwsze wspólne Święta życzyć, abyście codziennie – nie tylko w Święta ale i po – znajdowali więcej powodów do uśmiechu niż dotychczas, szukali jaśniejszych stron życia (te ciemne wreszcie kiedyś się rozjaśnią), cieszyli się zdrowiem, życzliwością otoczenia, miłością najbliższych i taką ilością pieniędzy, która pozwala na godne życie.

….WESOŁYCH ŚWIĄT….

15.04.2017

  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Wesołego Alleluja, dalszego zapału do pisania blogu.:-)
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Dzięki, zapraszam serdecznie do dalszych odwiedzin:)
  • Gość *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Dzięki, zapraszam serdecznie do dalszych odwiedzin:)
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 14

Pierwszego września wystroiłam moje pociechy niczym książątka i zaprowadziłam do szkoły. Nie była to dla nich wielka atrakcja, miały za sobą rok w zerówce, umiały czytać od piątego roku życia a pisać nauczyły się same, z własnej i nieprzymuszonej woli.

Wchodząc do szkolnego budynku odniosłam bardzo niemiłe wrażenie, że to ja wracam do szkolnych lat. Brr, co za koszmar. Za żadne skarby świata nie chciałabym się znów znaleźć w tamtym okresie. Patrząc na mrowie dziecięcych główek myślałam: dobrze, że nie zdają sobie sprawy z wejścia – w tym dniu – w kierat, z którego nie wyzwolą się prawie do końca życia. Przez wiele, wiele lat ich losy będą uzależnione od obcych ludzi, często nie znoszących dzieci, szukających sposobu, by im dokuczyć, zgnębić je, wystraszyć, pokazać swoją rzekomą władzę i wyższość akurat tam, gdzie najmniej potrzeba. Ludzi nie zdających sobie sprawy, iż niejednokrotnie mają nieodwracalny, niszczący wpływ na losy młodych istot, wpędzając je w nerwice i depresje, prowadzące nawet do samobójstw.

Sama zbyt dobrze pamiętam swoje szkolne lata, potworne bóle brzucha przed matematyką, torsje przed odpowiedzią czy klasówką, myśli o śmierci, gdybym nie zdała do następnej klasy, bo co by mama powiedziała… Oczywiście czarny scenariusz nie mógł się ziścić, byłam dobrą uczennicą, lecz strach potrafił całkowicie sparaliżować logiczne myślenie.

Niewiele się zmieniło od moich czasów. Majka nieraz opowiadała o szkolnych problemach swego siostrzeńca Maćka, które miał dopóki Teresa nie przeniosła go do innej szkoły. Od koleżanek z pracy wciąż słyszałam narzekania na nauczycieli, przeładowany program, przywiązywanie wagi do nieistotnych drobiazgów. Do tej pory żyłam jednak w błogim przekonaniu, że mnie te sprawy już i jeszcze nie dotyczą, lecz nadszedł czas, że miały się stać i moją codziennością. Na tę myśl czułam zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Ale cóż, nie mogłam tego po sobie pokazać. Tak więc na zewnątrz byłam promienna i radosna wprowadzając dzieci do szkoły jako pierwszoklasistów. A może właśnie będą miały szczęście i trafią na nauczycieli z powołania, którzy lubią dzieci, chcą im pokazać piękno i dobro świata oraz nauczyć być dobrymi, porządnymi ludźmi?

Starsze klasy przygotowały program artystyczny, jak to zwykle bywa. Potem dzieci poznały swoje wychowawczynie i pomaszerowały do klas. Trwało to całą wieczność. Wreszcie skończyło się i mogliśmy wrócić do domu.

– Ja się będę dobrze uczył – oświadczył Jacuś. – I zawsze odrobię lekcje.

– To bardzo dobrze – Piotruś podskoczył z radości. – Jak ty odrobisz to ja przepiszę i z głowy.

– O nie! – zaprotestowałam. – Każdy sam będzie się zajmował swoimi lekcjami. Chcesz wyrosnąć na głąba, który nic nie umie?

– Ee tam, – machnął rączką mój siedmioletni synek. – Na komputerze się znam, prawie całkiem. A jak się nauczę, czego się nie nauczyłem, to się nauczę angielskiego i już.

– Jeszcze zapomniałeś, że musisz zrobić prawo jazdy – przypomniał bratu Jacuś.

– No właśnie – znowu podskoczył Piotruś. – I już mogę być biznesmenem, no nie?

– I musisz chodzić ubrany tak jak dzisiaj – smętnie pokiwał główką Jacuś.

– Trudno, – Piotruś spojrzał na swoje eleganckie ubranko z wyraźnym obrzydzeniem. – Ale na podwórko będę chodził normalnie, jak człowiek.

– Myślisz, że biznesmen ma czas chodzić na podwórko? – usiłowałam utrzymać powagę, co przychodziło mi z trudem.

– Pewnie, przecież ma wszystkie pieniądze, to zapłaci, żeby za niego pracowali i wtedy może siedzieć na podwórku aż mu się odechce!

– Skąd wam to przyszło do główek? – zapytałam uświadamiając sobie niezwykłą trafność spostrzeżeń Szkrabów.

– Co? – jednocześnie zwrócili łebki w moją stronę.

– No, to o angielskim, komputerze i prawie jazdy?

– Maciek mówił. Ten duży, co przyszedł z Maksem do ciotki Majki – wyjaśnił Jacuś.

– Do was mówił? Do takich maluchów?

– No wiesz mamo! – obruszył się Piotruś. – Ja jestem najwyższy w klasie a Jacek jest mniejszy tylko o jednego chłopaka!

– Nie do nas, tylko do ciotki – tłumaczył jednocześnie Jacuś. – Ale my siedzieliśmy pod balkonem. Nie mogliśmy wyjść, bo ciotka stała na górze i krzyczałaby, że włazimy do ogródka i depczemy kwiatki a przez to Aba hałasuje.

– No to siedzieliśmy cicho i czekaliśmy, żeby sobie poszła – dodał Piotruś.

– I podsłuchiwaliście, tak? – zrobiłam groźną minę.

– Wcale nie! – Jacuś przystanął na chodniku i spojrzał na mnie z wyrzutem. – Wcale nie podsłuchiwaliśmy, wiesz?

– To tylko ten Maciek tak głośno mówił – Piotruś stanął koło brata jak drugi kogucik. – Jakby nie mówił, to byśmy nie słyszeli! Chodź Jacek.

Puścili się pędem w stronę domu uważając sprawę za zakończoną.

14.04.2017

 

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Opowieść Marianny 13

W domu – istne szaleństwo. Chłopcy krzyczeli, biegali po całym mieszkaniu i skakali na wersalce, żeby uczcić powrót. Jacuś wprawdzie co jakiś czas przypominał sobie Urwisa i pochlipywał, że go długo nie zobaczy, ale szybko zapominał, ponieważ mnóstwo wrażeń zaprzątało dziecięcą uwagę. Cała podwórkowa dzieciarnia zebrała się koło ogródka. Wszyscy jednocześnie opowiadali o wakacyjnych przeżyciach przekrzykując się wzajemnie, powodując hałas nie do opisania i nie do wytrzymania.

– Jeżeli się natychmiast nie uspokoicie, obleję was zimną wodą! – zagroziłam przez okno nie mogąc tego dłużej znieść.

Jak spłoszone stadko wróbli odfrunęli, przenieśli się na środek podwórka, obsiedli drabinki, płotki, ławeczki i co się jeszcze dało, i pytlowali dalej. Zamknęłam okno w dużym pokoju, otworzyłam w kuchni i pokoiku chłopców. Nareszcie zrobiło się spokojniej, mogłam się wziąć za rozpakowywanie i porządkowanie rzeczy. Prawie wszystkie, oczywiście, nadawały się do prania, uruchomiłam więc od razu pralkę.

Wieszając pranie na balkonie zauważyłam Gałgana. Z bijącym nagle mocniej i głośniej sercem rozejrzałam się na wszystkie strony usiłując robić to dyskretnie. Nigdzie nie zauważyłam Herberta. Gałgan urósł i naprawdę przewyższał wielkością okoliczne psy, ustępował jedynie piaskowemu dogowi mieszkającemu w sąsiedztwie.

– Cześć, Marianno! – zawołała Majka odciągając Abę od wyjątkowo interesująco pachnącego miejsca. Mam dla ciebie korespondencję, a właściwie cały stos. Dobrze, że jesteś, smutno tu bez ciebie. Wszyscy już wrócili z wakacji, jesteś ostatnia.

– A gdzie Bożenka? – spytałam. – Nie ma jej w domu i ty masz moje listy, nie ona? Wrobiła cię, bo jej się skrzynki nie chciało otwierać? – żartowałam.

– Pojechała na tydzień do mamy, źle się czuła…

– A co jej się stało? – zaniepokoiłam się. – Coś poważnego? Musiała się mamie na głowę zwalać? Przecież ma nas.

– Co ty mówisz? – zdziwiła się Majka. – Tłumaczę ci wyraźnie, że mama Bożenki źle się czuła i Bożenka do niej pojechała. Czy to tak trudno zrozumieć?

– Aha, myślałam, że Bożenka!

Kiedy dotarło do mnie, że Bożenka jest zdrowa i nic jej nie grozi, całą moją uwagę przykuł Gałgan i jedna natrętna myśl: dlaczego nie widać Herberta? W związku z czym, jak zwykle w podobnych wypadkach, plotłam coś bez ładu i składu, rozmawiałam z Majką nie wiem o czym, aż moja droga sąsiadka puknęła się palcem w czoło zwracając się do Aby i Gałgana.

– Chodźcie do domu zwierzaki, bo z ciotką nie da się teraz rozmawiać. Najwyraźniej klepki w łepetynie jej się od upału poprzestawiały. Hej, ty! – krzyknęła w moja stronę śmiejąc się głośno. – Czy ty mnie w ogóle poznajesz? Ja jestem Majka, wiesz? Twoja sąsiadka. Zaraz przyniosę ci twoje listy, rozumiesz?

– Rozumiem, rozumiem, przecież nie jestem taka tępa jak ci się wydaje – najpierw się oburzyłam a potem parsknęłam śmiechem. – Przepraszam cię Majeczko, zamyśliłam się.

– No, widzę. Oprzytomniałaś już? Jak się na ciebie nie huknie, to fruwasz w przestworzach. Chodź tu, Gałganie jeden. Aba do mnie, szybko. Nie słyszysz? No już! – zbierała zwierzaki z podwórka.

– Gałgan znowu u ciebie mieszka? – odważyłam się wreszcie zadać najistotniejsze dla mnie pytanie.

– Tak się złożyło, zaraz do ciebie przyjdę, poczekaj.

Przyszła za pół godziny ze stosem kartek pocztowych i kopert zaadresowanych do mnie.

– O, jakie kolorowe znaczki – ucieszyłam. – Ostatnio moje pociechy zbierają znaczki, będą miały zabawę odklejając taką ilość.

Obejrzałyśmy zdjęcia z wakacji, piękne, barwne fotografie całej rodziny Majki robione w Cięciwie. Były tam psy, koty, Dorota z całą ferajną, jeszcze jakieś bliźniaczki z matką. Dowiedziałam się, że to Aldona, przyjaciółka Teresy, która teraz mieszka w jej mieszkaniu, odkąd siostra Majki przeniosła się do nowego domu w Natolinie. Większość zdjęć robił Maciek, starszy siostrzeniec Majki oraz jedna z bliźniaczek. Nie wiem która, bo mi się poplątało. Podczas komentowania wyglądu psów nadarzyła się okazja do „zahaczenia” o Gałgana i jego pana, czego nie omieszkałam uczynić.

– Herbert dał mi klucze na stałe, bo całymi dniami siedzi teraz w pracy. Wraca dopiero późnym wieczorem albo nocą. Wszystko się pokręciło, jak teraz wszędzie, a on nie może znieść myśli, że znów mu kazali robić reorganizację, w wyniku której musi zwolnić ludzi. Siedzi więc, kombinuje, łamie sobie głowę jak i gdzie, kogo zostawić, ustawić, przestawić, zmienić nazwę albo co innego, żeby nikogo nie skrzywdzić.

– Ja też nie wiem co zastanę po powrocie z urlopu – wtrąciłam.

– Biorę więc Gałgana do siebie, żebym nie musiała latać tam i z powrotem – ciągnęła dalej. – Zresztą smutno by mu było samemu tyle godzin, w końcu to jeszcze psie dziecko, choć wielki jak smok. Przez tydzień będę siedziała w domu, mam urlop, mogę więc się nim zająć. Potem trudno, siusiu i do domu, nic na to nie poradzę.

– Zrobimy dyżury, jak w zeszłym roku, pamiętasz?

– Tak, to najlepsze wyjście z sytuacji, jakoś sobie pomożemy.

– Wiesz Majka, naprawdę nam się udało…

– Z wieloma sprawami, to fakt – zgodziła się Majka. – Ale co konkretnie masz na myśli w tej chwili?

– Właśnie to, że tak sobie siedzimy, rozmawiamy, że jesteśmy otoczone fajnymi ludźmi, na których zawsze można liczyć, którzy pomogą w ciężkiej chwili i podzielą się radością w dobrej…

Nie mogłam dalej snuć rozważań na powyższy temat ponieważ Jacuś pojawił się z wiadomością, że jakiś duży chłopak przyszedł na nasze podwórko, ma zapałki i koniecznie chce zapalić ognisko w drewnianej budce na placu zabaw.

– Chociaż my mu tłumaczymy, że nie wolno, bo będzie pożar! – mówił podniecony. – On nic nie rozumie! Głupi jakiś, albo co? Piotrek powiedział, że go rzuci kamieniem w łeb!

– Nie „go” rzuci, ale „w niego” – poprawiłam. – Ile razy będę ci jeszcze zwracała uwagę?

– Ale ja się spieszę, – odpowiedziało moje dziecko. – Więc nie mam czasu myśleć jak się mówi. A poza tym jeszcze są wakacje, to wolno.

Wyszłyśmy z Majką przed blok, lecz nasza interwencja nie była już potrzebna. Sprawę załatwił sąsiad z pierwszego piętra również wezwany na pomoc. Po chwili na podwórku zapanował spokój.

Wróciłam do mieszkania i sięgnęłam po paczuszkę przyniesioną przez Majkę. Były to wieści „z kraju i ze świata”, pozdrowienia od znajomych i przyjaciół, którzy w czasie wakacji rozjechali się w różne strony. Był też druczek z babskiego pisma informujący, że powieść niejakiej Marianny Sadowskiej nadesłana na konkurs zajęła pierwsze miejsce.

Najpierw nie zrozumiałam o co chodzi, pomyślałam, że przez pomyłkę dotarło do mnie owo zawiadomienie. Już miałam odłożyć kopertę, żeby potem wrzucić do przegródki na zwroty, gdy nagle doznałam olśnienia: przecież Marianna Sadowska to ja! Wygrałam konkurs! Napisałam powieść, która się spodobała komisji! To w ogóle nie do uwierzenia!

Jak szalona tańczyłam i skakałam po pokoju z karteluszkiem w ręce. Nie zauważyłam, kiedy dzieci weszły do domu. Stanęły i nieruchome obserwowały ów dziwaczny obraz.

– Pewnie się stało coś fajnego – stwierdził Piotruś.

– Skąd wiesz? – spytał Jacuś na wszelki wypadek nie zbliżając się zanadto.

– Bo inaczej mama siedziałaby na fotelu i ryczała – odrzekł spostrzegawczy malec.

– Aha, – zgodził się z bratem Jacuś. – Albo krzyczałaby na nas, że pokój nie sprzątnięty, łóżko nie schowane, zęby nie umyte i co ona z nami ma.

Mimo stanu euforii w jakim się znajdowałam, dotarły do mnie słowa Szkrabów. Coś podobnego, wydawało mi się, że potrafię ukrywać zły nastrój i nie przenoszę go na dzieci. Jednak się myliłam, bo chłopcy jak małe psiaki wyczuwali co się ze mną dzieje. Postanowiłam, że muszę popracować nad sobą, bardziej kontrolować swoje zachowanie a zły humor pozostawiać za drzwiami. Nie tylko mieszkania, ale nawet klatki schodowej.

13.04.2017

  • Gość: [L.G.] *.play-internet.pl Przypominam sobie dawne czasy czytając Mariannę. Dzięki.
  • Gość: [annazadroza] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl Miło wspomnieć, prawda? Są takie „miejsca w życiu”, do których zawsze się dobrze wraca, które pomagają się wyciszyć, zatęsknić za tym, czego już nie ma i przeżyć ponownie. Wpadaj często:):)
Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz