Do słowackiej Leśnicy nie poszli, ani też Drogą Pienińską się nie przespacerowali, ponieważ na teren Pienińskiego Parku Narodowego nie wolno chodzić z psami. Inga głośno złorzeczyła wszystkim, przez których taki zakaz został sformułowany.
– To na pewno przez takich co puszczają psy bez smyczy, tak samo w Lesie Kabackim. Niech ich piorun strzeli! Żebym ja nie mogła z własnymi, ułożonymi, mądrymi psami na smyczy przejść się nad Dunajcem! Kasia mówiła, że całe Kabaty wzdłuż i wszerz przeszła i przejechała rowerem milion razy, zawsze w towarzystwie psów, a teraz zabronili. Wcale mi się to nie podoba, żeby ich….
Mimo to odwiedzili mnóstwo ciekawych miejsc. Codziennie chodzili rano po Parku Górnym, potem Feliks brał matkę na spacer, po obiedzie szli z psami na dłuższą wycieczkę, wieczorem znów chodzili po Parku, oglądali pl. Dietla w nocnej odsłonie, wracali obok Dworku Gościnnego. Kilkakrotnie mijali elegancko ubrane towarzystwo uczestniczące w jakiejś imprezie w Dworku, który dysponował imponującą salą koncertową. Czasem ubiór zupełnie nie współgrał z zachowaniem osoby go noszącej…
Pewnego popołudnia wybrali się na spacer w stronę Jaworek, obejrzeli po drodze uliczkę Samorody nad Grajcarkiem, którą Kasia zachwalała jako urokliwą i koniecznie kazała zobaczyć. Akurat była rozkopana, ciągnięto rury od gazu, gazyfikacja była przeprowadzana w różnych punktach miasteczka. Przeszli więc drugim brzegiem Grajcarka oglądając uliczkę z perspektywy. Domki były dobrze widoczne i można było je podziwiać do woli. Inga wyparzyła dwa domki z bali w trakcie budowy i zachwyciła się słoneczną, radosną barwą drewna. Domki nieduże, ale zmyślnie postawione wąskim bokiem do uliczki, szerszym ciągnące się wzdłuż, w stronę wzniesienia. Niektóre budynki stawiano na kawałkach ziemi wydartych wzgórzu. Cała uliczka wydała się Indze zachwycająca, podzieliła się swym spostrzeżeniem z Feliksem, który przychylił się do zdania małżonki.
Szli sobie i szli, rozglądali się na wszystkie strony zachwycając się tym co dane im było po drodze dostrzec. Z Jarmuty zlatywali lotniarze szybujący niczym kolorowe motyle na tle nieba. Słońce oświetlało dalekie zielone łąki, linie wzniesień o różnej wysokości, stadko owiec przemieszczające się po zboczu, domy o ładnej architekturze z odległości przypominające domki dla lalek. Spacer ułatwił chodnik niedawno położony wzdłuż drogi biegnącej do Jaworek. Kasia mówiła, że lubi tę trasę, jednak nie jest ona zbyt bezpieczna, bo cały czas trzeba uważać na jadące samochody. Teraz można było iść oddając się całkowicie przyjemności spaceru. Doszli do karczmy w Szlachtowej i tu postanowili zakończyć wyprawę, zbyt długo teściowej nie chciała Inga samej zostawiać. Po spacerze z synem zdążyła już pewnie odpocząć i nie wiadomo co jej może strzelić do głowy. Usiedli na zewnątrz przy szerokim drewnianym stole, napoili psy wodą zabraną z domu w małej butelce po wodzie mineralnej. Na ziemi stała metalowa psia miska, a pan właściciel spytał czy jego pies nie będzie im przeszkadzał. Śmieszny był (piesek, nie właściciel), białoczarny, biegał swobodnie i witał gości. Oczywiście im nie przeszkadzał. Zamówiła Inga szarlotkę z lodami i bitą śmietaną. A co, raz się żyje! Feliks wziął piwo dla siebie. Szarlotka okazała się pyszna, wygrała bezapelacyjnie wielkością z wcześniej próbowanymi w różnych miejscach. Równała się tylko z poprzednią, którą jedli przy ulicy Jana Wiktora, w lokalu usytuowanym w budynku wzniesionym na miejscu wyburzonej rudery znanej kiedyś jako „Małuja”. Teraz to była po prostu „Lala 2”, jakby siostra „Lali”, pensjonatu z tradycjami stojącego po drugiej stronie ulicy. Lokal nazywał się „Książkawiarnia” i bardzo przypadł Indze do gustu, kojarząc się z „Filiżanką”, w której Jagna Sabinki bawiła się w kelnerkę.
cdn.