„Koniec wakacji” 6

Czas nagle ruszył do przodu nadzwyczaj szybko. W stołówce szarooki chłopak podszedł do ich stolika. Chętnie przyjęli go do swego grona, czwarte krzesło czekało puste na kogoś, kto by je zajął… Miał na imię Damian.  Mówił z lekko obcym akcentem. Prawie całe życie spędził za granicą. Obecnie rodzice wrócili do kraju na stałe. Długo się zastanawiał jaką podjąć decyzję: zostać czy przyjechać z rodziną i rozpocząć życie w nowych dla siebie warunkach. Postanowił najpierw pojeździć po Polsce, poznać lepiej kraj. Zwiedził wybrzeże, stolicę, kilka losowo wybranych  miejscowości uzdrowiskowych, teraz zatrzymał się w Szczyrku, bo dużo o nim słyszał. Jest zachwycony tym bardziej, że spotkał takie miłe towarzystwo…

Dobrze, że nie wychowywał się tutaj, myślała Zosia tonąc bez reszty w szarych oczach. Nie nauczył się przeklinać, nie zastępuje całej wypowiedzi kilkoma wulgaryzmami, mówi piękną polszczyzną, jaką słyszeć na co dzień można chyba tylko w teatrze.

Cudownie spędzali dni. Chodzili szlakami, zajadali się pizzą, pochłaniali mnóstwo przysmaków zaliczając wszystkie kawiarenki po kolei, tańczyli. Małgosia z uśmiechem psotnego chochlika przyglądała się siostrze, której jeszcze nigdy nie widziała w stanie takiego upojenia i odurzenia.

– Zośka jest zakochana – zwierzyła się Krzyśkowi. – Wreszcie wpadła po uszy.

W czwartek Damian pojechał do Bielska ponieważ w Szczyrku zepsuł się jedyny bankomat. Podczas posiłku recepcjonistka wezwała Małgosię do telefonu. Pobiegła zdziwiona a wróciła przerażona.

– Mama straciła przytomność i pogotowie zabrało ją do szpitala – głos jej drżał. – Taty nie ma w domu, wróci dopiero w sobotę. Ciotka znalazła ją na podłodze…

– Która godzina? – zerwała się pobladła Zosia. – Zdążymy jeszcze na autobus, pakuj torby!

– Szkoda, że akurat dziś nie ma Damiana – westchnął Krzysiek. – Odwiózłby nas bezpośrednio do pociągu.

Nie ma Damiana! Serce Zosi skurczyło się i jakby na moment zamarło.  Przecież nie wymienili adresów ani telefonów… ani niczego nie zdążyli sobie powiedzieć… Boże!… No i dobrze, że nie powiedzieli. Koniec wakacji. Teraz mama jej potrzebuje. Trzeba wracać do życia. Mama… nic więcej się nie liczy.

Błyskawicznie spakowali swoje rzeczy i po chwili pędzili w stronę przystanku. Zdążyli w ostatniej chwili. Potem kolejka do kasy na dworcu…udało się. Nie było czasu na rozważania. Dopiero w przedziale dopadły Zosię myśli, przed którymi chciała uciec, wypełniły mózg, rozsadzały czaszkę.

Na szczęście mamie nic się nie stało. Nagły spadek ciśnienia spowodował omdlenie. Upadając uderzyła głową w róg wersalki. Córki zastały ją z lekami regulującymi ciśnienie, z opatrzoną raną na czole, zakłopotaną i zmartwioną.

– Niczym się nie przejmuj, mamusiu. Najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa – obie tłumaczyły matce.

– Ale przykro mi, że zepsułam wam koniec wakacji.

– Głupstwo. Masz zacząć wreszcie dbać o siebie. I przestaniesz się zamęczać, bo ja, jako przyszła lekarka, nie pozwolę ci na to. Już ja się tobą zajmę – żartobliwie pogroziła mamie Małgosia.

13.05.2017

Zaszufladkowano do kategorii Koniec wakacji, Opowiadania | Dodaj komentarz

„Koniec wakacji” 7

Życie wróciło do normy, wszystko szło ustalonym trybem. Ojciec wrócił zanim Zosia, uspokojona co do stanu zdrowia mamy, zdążyła wyjechać do Warszawy. Tata miał dla niej ofertę pracy w firmie kolegi, w Krakowie.

– Naprawdę tak bardzo nas nie lubisz, że nie chcesz być blisko nas i koniecznie musisz stąd uciekać? – mówił poważnie, ale jakoś dziwnie się uśmiechał pod ciemnym jeszcze wąsem, czego Zosia nie zauważyła pogrążona w swoich myślach.

Jak zawsze uparta, postanowiła jechać do Warszawy.

Następnego dnia wyszła na pożegnalny spacer po okolicy. Szła rozmyślając o ostatnich przeżyciach, z sercem wypełnionym tęsknotą za Damianem. Zdawała sobie sprawę z faktu, że nie spotka go nigdy więcej. Nie ma takiej możliwości. Jak odnaleźć człowieka nie znając adresu, nie wiedząc w jakiej części Polski ma zamiar zamieszkać, oczywiście o ile pozostanie w kraju przodków. Mieli tyle ciekawych tematów, że nie zdążyli porozmawiać o przyziemnych sprawach… wyjechała tak nagle…

Szła i szła, a kiedy wreszcie zeszła z obłoków na ziemię spostrzegła, że zmierza dobrze znaną wąziutką ścieżynką w stronę Domu, a raczej dziury w płocie prowadzącej do ogrodu. Rozejrzała się wokół. Nie dostrzegła nikogo, panowała cisza wypełniona jedynie dobrze znanymi odgłosami natury. Przedostała się do środka. Westchnęła z ulgą. Trochę się zmieniło, owszem, ale został zachowany urok dzikości. Bardzo jej się to spodobało. Przystrzyżona trawa dawała złudzenie powiększenia i tak dużej powierzchni. Żywopłot odzyskał kształt, chwasty przestały dusić róże. Sam Dom miał nową elewację, która pokrywała wypełnione braki w murze oraz kamienną balustradę na werandzie. U podnóża schodków na nią prowadzących stały duże donice z kwitnącymi kolorowymi kwiatami. Pod oknami posadzono małe iglaki. Okna były szeroko otwarte.

17.05.2017

Zaszufladkowano do kategorii Koniec wakacji, Opowiadania | Dodaj komentarz

Kiedy znika wewnętrzny świat…

Każdy człowiek nosi w sobie swój świat. W podświadomości, w pamięci. Gdziekolwiek się udaje, ten jego wewnętrzny świat podąża razem z nim. W ten sposób zabiera ze sobą samego siebie, swoją tożsamość, swoje marzenia, wspomnienia od pierwszego uświadomionego, poprzez całe dotychczasowe życie aż do chwili obecnej. I oby do końca życia, do ostatniego tchnienia, do odejścia na drugą stronę w spokoju i godności.
Niestety, są choroby, które odbierają pamięć. Już drugi raz przychodzi mi mieć do czynienia z taką sytuacją na co dzień, w domu. Zaburzenia pamięci pociągają za sobą niewiarygodnie trudne przeżycia dla otoczenie i dla samego chorego dotkniętego nieszczęściem. Człowiek taki przeżywa koszmarne chwile, ponieważ całkowicie wierzy w swoje urojenia, przyjmuje je za rzeczywistość, najczęściej wrogą. Nie wiem z czego wynika jakość owych urojeń. Czy z cech charakteru, które – będąc świadomym – potrafił ukrywać, w chorobie zaś traci nad sobą kontrolę. Może z warunków życia w dzieciństwie, młodości, do których się cofa stopniowo tracąc pamięć krótkoterminową. Może z doświadczeń całego życia, a może to sprawa genów. W każdym razie rezultatem jest uczucie zagubienia, strach, obawa, poczucie zagrożenia. Bojąc się bezustannie spisków, zamachu, skrzywdzenia, kradzieży, różne swoje przedmioty chory chowa w najdziwniejsze miejsca zapominając o tym fakcie i posądzając otoczenie o kradzież.Chory traci kontakt z rzeczywistością do tego stopnia, że nie obchodzą go zobowiązania, kredyty, opłaty, rachunki, pieniądze na codzienne zakupy ani stan zdrowia pozostałych członków rodziny. Nie liczy się nic poza jego, chorego, wymaganiami, urojeniami. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest chory, nie chce współpracować, wielokrotnie odmawia jedzenia, leki  chowa po kieszeniach, zawija w serwetki i ukrywa np w szafie, nie chce iść do lekarza.
Tak naprawdę stwarza zagrożenie dla otoczenia. Z ostatnich moich doświadczeń przytoczyć mogę choćby fakt przecięcia kabli od dwóch ładowarek do telefonów, odkręcanie wody, która płynie i płynie, zostawianie czajnika na palniku aż gwizdek wyskoczy i woda się wygotuje, chowanie komórki, kluczy, portfela, najprzeróżniejszych przedmiotów ( dziś np zginął samowar i lampa) i szukanie bezustanne połączone z oskarżaniem domowników. Nie można bez opieki takiego człowieka zostawić, bo nie wiadomo co mu przyjdzie do chorej głowy.                                                                                                                                                     Najbardziej wykończeni są opiekunowie, żyjący w stałym napięciu i oczekiwaniu: co też nowego za chwilę chory zrobi, w poczuciu uwięzienia, osaczenia, nie mogący żyć własnym życiem z ciągłą świadomością nieprzewidywalności najbliższego czasu.

30.04.2017

  • Gość: [Rick] *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl Stopniowe zanikanie pamięci,spowodowane demencją,czy innymi chorobami jest rzeczywiście straszne dla chorego.szczególnie w momentach gdy jest tego świadom/potęguje się depresja/. Ale co z opiekunami, z ich psychiką, czy mają przez lata tracić nerwy i też popadać w depresję. Oczywiście jest moralny obowiązek opieki nad chorymi członkami rodziny ale do jakiego momentu ?. Czy obowiązek opieki powinien być stosowany osobiście gdy chory jest częściej poza rzeczywistością niż w realu ?. Jedno jest pewne.opieka musi być zapewniona.
  • annazadroza Poruszyłeś niezmiernie ważny problem, na dobrą sprawę nie do rozwiązania. Dla opiekuna. Bo chory pomału odjeżdża w inny świat, który z realem niewiele ma wspólnego i swoje wewnętrzne koszmary przeżywa tak samo w każdym miejscu. Opiekun zaś, cokolwiek by zrobił, ma dyskomfort, że źle, że za mało, że może jeszcze dałoby się zaradzić chorobie, pomóc… Nieprawda, nie dałoby się. Wiem, bo sama przez to przeszłam. Najgorsze jest wrażenie, że bliska osoba już nie żyje, zamiast niej pojawił się ktoś inny, niepoznawalny i nieprzewidywalny, ale chwilami – coraz rzadziej – wraca. I wtedy jeszcze bardziej boli. W moim przypadku rzecz dotyczyła Taty, kochanego, ciepłego, dobrego człowieka. Alzheimer go zżerał a on bardzo długo potrafił to ukrywać. Potem szybko się rozpanoszył…
    Z całą pewnością opiekun musi w sobie wytworzyć dystans, nie przyjmować do siebie zachowania chorego bo nie w opiekuna są wymierzone lecz w to, co prezentuje w danej chwili chory mózg, za moment będzie to coś innego.
    Działa Polskie Stowarzyszenie Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera.Ponieważ objawy wszystkich chorób otępiennych są podobne, tam znaleźć można pomoc. Życzę siły i wytrwałości. Mimo wszystko życie toczy się dalej i świat jest piękny.
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Prawda jest najważniejsza

Zadzwonił wczoraj do mnie kuzyn wielce zdegustowany różnymi faktami z życia rodzinnego, o których dowiedział się niedawno, a które miejsce miały bardzo dawno temu. Rozmowa przeciągnęła się w czasie zahaczając o moralność, politykę, światopogląd i różne aspekty tematów owych. Wreszcie zeszła na najmłodszego domownika czyli czteromiesięcznego szczeniaka (nadmieniam, iż w domu kuzynostwa są
aktualnie jeszcze dwa starsze psy), oczywiście cudownego, wspaniałego, fantastycznego pod każdym względem. Wysłuchałam relacji o hierarchii między członkami „trójosobowego” stada i przy okazji dowiedziałam się, że najstarszy ma ogromne problemy ze zdrowiem.
No i co z tego? – powiedział kuzyn. – Leczyć trzeba. Kiedyś przyszedł do mnie kolega i powiedział: uśpijże go, stary już, nogi ma chore i kuleje. Jak ja się wściekłem! Odpowiedziałem: to ciebie trzeba uśpić, boś stary i też kulejesz. Choremu trzeba pomóc, leki, zastrzyki dawać. Jak miałbym go uśpić? Ma świadomość, cieszy się, mordę ma uśmiechniętą jak nas wita. To członek rodziny jest. Mogę sobie czegoś nie kupić, ale dla niego na leki musi być. A jak przyszedł czas na mojego poprzedniego przyjaciela, że już się nic nie dało zrobić, najlepszy zastrzyk ściągnąłem dla niego, żeby nie cierpiał, żeby godnie odszedł, bo to rodzina. A co do rodziny jeszcze – to nie można kłamać, przed dziećmi też, bo człowiek musi mieć twarz. Jak się golę, to bym się zaciął, gdybym fałszywą gębę zobaczył. Bo taka jest prawda, a prawda jest najważniejsza.

29.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Znowu Szczawnica:)

Burmistrz mojego ukochanego miasteczka pan Grzegorz Niezgoda zdobył nagrodę „Lider Samorządu” czyli został uznany najlepszym samorządowcem wśród gmin miejskich i wiejsko-miejskich w Polsce. Nieźle, prawda? GRATULACJE!!!
Druga informacja jest taka, że 6 maja w kościele ss. Wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie wystąpi SZCZAWNICKI CHÓR KAMERALNY drugi już raz zaproszony w ramach cyklu „Bach 200 UW – 200 kantat Bacha na 200-lecie UW”, co jest związane z obchodzoną w zeszłym roku dwusetną rocznicą powstania Uniwersytetu Warszawskiego przypadającą 19 listopada.
Trzecia zaś, że może uda mi się wreszcie pojechać do Szczawnicy:):):)

29.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” – koniec

Szliśmy objęci i przytuleni do siebie jakbyśmy mieli po szesnaście lat. Nie spotkaliśmy nikogo po drodze, pora była nietypowa dla psiarzy. Wjechaliśmy windą na górę. Herbert przekręcił klucz w zamku. Zanim otworzył drzwi zasypał mnie gradem niecierpliwych pocałunków,  szukałam jego warg omdlewając ze szczęścia… Nacisnął klamkę, otworzył drzwi…

Usłyszałam pisk i coś spadło mi na głowę, wplątało się we włosy. Sięgnęłam ręką i trafiłam na coś miękkiego. Szczur!

– Szczur! Szczur! – wrzeszczałam jak opętana.

Herbert skamieniał w pierwszej chwili.

– O choroba! – krzyknął i rzucił się w pogoń za szczurem, który zeskoczył z mojej głowy drapnąwszy mnie wcześniej w policzek.

Stałam nieprzytomna ze strachu, rozdygotana i dopiero po dłuższej chwili zaczęło docierać do mnie co się dzieje.

Herbert skoczył najpierw w stronę szklanych drzwi oddzielających dwa mieszkania, jego i najbliższego sąsiada, od reszty korytarza. Domknął je gwałtownie. Dopiero wtedy odetchnął i zwrócił wzrok w kierunku „szczura”. Siedział w kącie, malutki, biały w czarne łatki, wystraszony tak samo jak ja, ale dodający sobie odwagi fukaniem, wyraźnie skierowanym w moją stronę. Napięcie mnie opuściło i dostałam ataku śmiechu.

– Przepraszam cię, kochanie – tłumaczył Herbert biorąc kociaka na ręce. – Zupełnie zapomniałem, że mam nowego lokatora, na którego trzeba uważać. Teresa mi go dzisiaj przyniosła, co miałem zrobić? Został sam, taki mały, bezdomny kocurek. Dorota znalazła martwą kotkę a to biedactwo się do niej tuliło.

– A Gałgan? – uświadomiłam sobie, że nie słyszałam szczekania.

– Obraził się na mnie. Siedzi w drugim pokoju.

– Przejdzie mu, jeszcze będzie zadowolony z towarzystwa – powiedziałam głaszcząc kotka.

Wreszcie weszliśmy do mieszkania  zaśmiewając się z zabawnej przygody. Dobrze, że nie było sąsiada, bo najadłabym się wstydu za swoje tchórzostwo. Gałganowi widocznie zaczął mijać zły humor, bo podszedł do mnie i przywitał się serdecznie, choć po cichu. Obserwowałam z uśmiechem i radością psa, który zbliżył się do pana, machnął ogonem dając do zrozumienia, iż wybacza mu jego wszystkie grzechy. Uspokojony Herbert postawił malucha na podłodze. Ten zaś zadomowił się natychmiast, rozejrzał się, przydreptał do psa i położył się obok. Gałgan obwąchał kocurka i łaskawie pozwolił mu pozostać u swego boku.

Herbert objął mnie, przytuliłam się do jego ramienia.

– Mam nadzieję, że ze strony zwierzaków nie grożą nam już żadne niespodzianki – mówił mierzwiąc mi włosy i tak splątane przez kotka. – Proszę, wejdź do pokoju.

Weszłam do pokoju, w którym przyciągało wzrok ogromne akwarium. Jego oświetlenie rzucało blask na wszystkie strony, woda poruszana przez pływające rybki sprawiała, że załamujące się refleksy świetlne przesuwały się po ścianach, kotarach, po dużej ilości roślin rozmieszczonych na oknie i w kwietniku. To był cudowny pokój, o ścianach przyozdobionych cieniami „latających” ryb.

– Nie włączaj światła – szepnęłam. – Tu jest jak w bajce.

– Naprawdę ci się podoba? – spytał pochylając się nade mną, nie dając mi już możliwości odpowiedzi.

Odpłynęłam w krainę, do której można trafić tylko we dwoje, tylko na skrzydłach miłości, gdy duch i ciało odnajdują się i zespalają w jedną, jedyną całość we wszechświecie.

Leżałam z głową na ramieniu ukochanego, całym ciałem w niego wtulona, zasłuchana w rytm bijącego serca. Bijącego w tym samym rytmie, co moje. Sięgnęłam dłonią do policzka Herberta. Delikatnie przesuwałam palcami po twarzy jak ślepiec wbijający w pamięć drogie sobie rysy.

– Kochanie – szepnęłam, – bądź ze mną zawsze, zawsze, nawet wtedy, kiedy cię nie ma w pobliżu.

Zginęłam całkiem w jego objęciach. Ryba patrząca na nas z akwarium dziwiła się pewnie, jak to jest: było dwoje a jest jedno.

– Czy to jest twoje trzecie życzenie? – spytał

– Tak kochany, właśnie trzecie życzenie.

– A więc muszę je spełnić. Przecież wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Musisz, czy chcesz – zmarszczyłam groźnie brwi.

– A jak myślisz? – zaśmiał się bezgłośnie i zamknął mi usta pocałunkiem.

Po chwili zgodnie szybowaliśmy ku granicy niebytu wiedząc, że jest już gdzieś tam, wysoko, zaklepane dla nas podwójne miejsce. Na zawsze, na wieczność, do końca świata.

28.04.2017

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Zofia Helwing (Tarkocińska) „Ociosani”

Zosia (z domu Sawicka) urodziła się w Kowlu w 1925 roku. Była szwagierką mojej siostry. Poznałam ją w 1991 roku na ślubie Lucy i Zygmunta, który odbył się w domu ze względu na stan zdrowia pana młodego. Od tego czasu nazywała mnie siostrą. Mieszkała we Wrocławiu. Po śmierci Lucy czasem pisałyśmy do siebie listy a czasem zamieniałyśmy kilka słów przez telefon. Była osobą niezwykle ciepłą, serdeczną, życzliwą, operującą w cudowny sposób językiem ojczystym zarówno w piśmie jak i w mowie, emanującą opanowaniem, spokojem i ogromną dystynkcją godną prawdziwej damy, którą była. Była nią naprawdę, choć zdawałoby się niemożliwe pozostanie taką ze względu na potworne przeżycia, jakie stały się jej udziałem od momentu, gdy wraz z mamą została wywieziona na Syberię w 1940 roku.
Tę straszliwą tułaczą, męczeńską dolę opisała w książce „Ociosani” pod pseudonimem Zofia Tarkocińska. W necie wystarczy wpisać nazwisko, aby na You Tube móc posłuchać relacji Zosi z wydarzeń, w których uczestniczyła jako młodziutka dziewczyna, tak wciąż żywych w pamięci, przejmująco świeżych mimo upływu czasu. Z ogromną pokorą i skromnością, które to cechy posiadają jedynie ludzie wielcy duchem, przez całe swoje życie po powrocie do Polski w 1946 roku starała się przekazać jak najwięcej prawdy o Golgocie Wschodu. Robiła to nie dla zemsty ale ku przestrodze i ku pamięci. Dlatego szczególnie ukierunkowała się na pracę z młodzieżą. Należała do założycieli Stowarzyszenia Pamięci Zesłańców Sybiru, którego była Honorowym Członkiem, pełniła przez wiele lat funkcję prezesa Dolnośląskiego Oddziału Sybiraków. Zmarła 5 września 2016 roku. Żyje w pamięci bliskich i znajomych oraz w sieci, dzięki czemu wciąż nowi ludzie mogą poznawać Jej historię.

27.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Jeden komentarz

„Opowieść Marianny” 20

Przez szeroko otwarte balkonowe okno wiatr wtłaczał do pokoju świeże, ciepłe, czerwcowe powietrze, pachnące latem i słońcem, stawiające przed oczyma obrazy wielu wakacyjnych dni z minionych lat. Siedziałam nieruchomo, zapatrzona i zasłuchana we wspomnienia. Widziałam ukwiecone łąki, polne drogi obrośnięte po bokach wysokimi trawami, krwawnikiem, macierzanką, mleczami i najprzeróżniejszym, kolorowym zielskiem. Środkiem zaś gładkie, zielone, „wygryzione” przez krowy i wyglądające jak po przejeździe kosiarki elektrycznej. Widziałam falujące zboża ubarwione czerwonymi makami, różowofioletowymi kąkolami, kwitnące krzaki dzikiej róży, rozrośnięte krzewy głogu nad którymi krąży śpiewający szary ptaszek mający gniazdko uwite wśród kolącej gęstwiny gałęzi. U stóp starych głogów leżały kamienie, całe stosy kamieni pozbieranych z pól. Można wśród nich znaleźć skamieniałe muszelki, odbite amonity różnej wielkości. Widziałam rzekę, do której schodzi się z pagórka  zasłanego dywanem złotej pszenicy kłaniającej się wszystkim stronom świata w zależności od woli wiatru. Zobaczyłam siebie uciekającą w popłochu przed stadem krów pędzących wprost do rzeki.

Ostatnie wspomnienie było tak zabawne, że parsknęłam głośnym śmiechem. Leżąca obok Kuleczka przyjrzała mi się uważnie.

– Nie patrz tak na mnie, mam powód do śmiechu – pogłaskałam kotkę po łebku.

Oto właśnie trzymałam w ręku książkę. Moją własną, osobistą powieść, której autorskie egzemplarze dzisiaj odebrałam. To było niesamowite przeżycie. Oglądałam ją ze wszystkich stron, dotykałam, wąchałam jak dziki Papuas widzący takie dziwadło pierwszy raz w życiu.

– Zobacz koteczko, przyjrzyj się. Widzisz co tu jest napisane?

Kuleczka szeroko ziewnęła dając do zrozumienia, że jest jej to zupełnie obojętne. W końcu, cóż, nie musiała się przejmować faktem, iż moją pierwszą powieść zadedykowałam Herbertowi. Może to i był szalony pomysł. Kiedy zobaczyłam tekst już wydrukowany zrobiło mi się dziwnie i przyszło do głowy: co ludzie powiedzą? Zaraz jednak machnęłam ręką. A cóż mnie to obchodzi? Obchodzi mnie tylko to, co myśli ten jeden jedyny „ludź” a nie reszta. Mam rację? Mam. Ciocia Jadzia też tak powiedziała, kiedy była tu z Urwisem w święta.

Długo z nią rozmawiałam o wszystkim co się wydarzyło. Zawsze potrafiła mądrze ocenić i doradzić „jak trzymać”. Kochana ciocia. Zaraz jutro wyślę jej książkę. Jakże się ucieszy! A jaka będzie ze mnie dumna!

Zdecydowałam się. Wzięłam długopis. Napisałam: Herbertowi, któremu zadedykowałam tę powieść, ofiarowuję pierwszy autorski egzemplarz życząc miłej lektury. Włożyłam ten historyczny egzemplarz do reklamówki, zawołałam Alfunię  i lekka jak piórko ruszyłam w stronę bloku Herberta, zostawiając dzieci na podwórku.

W miarę zmniejszania się odległości między mną a domem Herberta rosła moja waga.  Wreszcie ciężar stał się ogromny, nogi nie mogły go unieść i chyba wrosły w ziemię. Alfa nie mogła tego pojąć i poszczekując biegała wokół, aby zachęcić mnie do dalszego spaceru.

A może ja wcale nie miałam racji? Ubzdurałam sobie coś, wyobraziłam i żyłam mrzonkami przez tyle miesięcy? Co ja mam zrobić? Tak po prostu zapukać i powiedzieć: cześć, mam dla ciebie książkę? A on spojrzy na dedykację, zwróci książkę i powie: dziękuję, nie lubię babskich czytadeł, trzeba było mnie wysłuchać rok temu.

Rok to bardzo dużo czasu. Odszukałam wzrokiem jego balkon. Coś tam się ruszało. Wytężyłam wzrok. Choroba, źle widzę bez okularów. Źle… ale przecież zobaczyłam Herberta stojącego tyłem, opartego o balustradę i… zamknęłam oczy, i jeszcze raz wpatrzyłam się w to samo miejsce otworzywszy je po chwili. W balkonowych drzwiach stała jakaś dziewczyna z długimi, jasnymi włosami.

Poczułam zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Cóż w tym dziwnego, że tam była? Przecież rok to bardzo długo, to bardzo dużo czasu… Stałam i stałam aż zniknęli oboje w głębi mieszkania.

Postarzała chyba o sto lat, z wysiłkiem odwróciłam się w drugą stronę. Ruszyłam w kierunku domu krok za krokiem, ciągnąc za sobą nogi jakby były z ołowiu. Mój świat się skończył, więc moje życie także mogło się skończyć. Tak byłoby najlepiej. Stało mi się w tej chwili wszystko obojętne, nawet dzieci, kotka, Alfa i nasz dom. Chciałam tylko dotrzeć do siebie nie spotykając nikogo po drodze, położyć się i już więcej nie wstać.

Jak na złość natknęłam się na Majkę. Była tak rozpromieniona, że nie mogłam tego nie zauważyć nawet w stanie ducha, w którym się znajdowałam.

– Grzegorz dzwonił,  wraca – zawołała uszczęśliwiona a spojrzawszy na mnie dodała: – rany boskie, co się stało?

– Nic – odpowiedziałam z wysiłkiem. – Tylko łeb mi pęka.

– To nie łaź po osiedlu. Mogłaś chłopaków wysłać z Alfą. Idź się połóż. Masz jakiś przeciwbólowy proszek w domu?

– Nie, nie wiem, zobaczę.

– Już cię tu nie ma, idź się położyć. No, już cię tu nie ma, słyszysz? Wyglądasz jakbyś już nie żyła. Zaniosę tę teczkę Teresie, jest u Herberta, chce mu wcisnąć kota. Zaraz do ciebie przyjdę.

Co ona właściwie powiedziała? Że idzie do Teresy czy do Herberta? Że jak? Kto jest u Herberta? Teresa? Boże, ja chyba oszalałam! To przecież mogła być Teresa. To była Teresa! Oparłam się o mur.

– To Teresa jest u Herberta? – spytałam nieswoim głosem.

Majka jakoś tak dziwnie na mnie spojrzała.

– Tak, Teresa, dobrze słyszałaś, moja rodzona, własna siostra. Nie mam innej. Idziesz wreszcie czy mam cię zaprowadzić?

– Idę, już idę – szepnęłam połykając łzy.

Dowlokłam się do domu i usiadłam. Uświadomiłam sobie z całą wyrazistością: wszystko co osiągnęłam zawdzięczam tylko Herbertowi, żyję przez niego, dla niego i dzięki niemu, on jest moim źródłem energii, bez niego nie ma mnie wcale, nie istnieję, nie działam, nie funkcjonuję. Przecież to straszne. Kobieto, opamiętaj się – powiedziałam do lustra.

Nie wiem ile czasu tak siedziałam, chyba całą wieczność. Nagle usłyszałam delikatne pukanie do drzwi. Pewnie Majka przyniosła jakiś proszek na mój rzekomy ból głowy.

– Wejdź, otwarte – zawołałam.

Wstałam zanim drzwi się otworzyły i stanęłam przy oknie. Po co ma widzieć, że znowu ryczałam. Na dworze zachmurzyło się, pociemniało, to nie zobaczy.

Drzwi skrzypnęły. Pomyślałam, że muszę je nasmarować. Czemu Alfa tak szczeka? Majki nie poznaje czy co? Usłyszałam kroki i odwróciłam się gwałtownie. To nie były kroki Majki! Przede mną stał Herbert. W białych spodniach, błękitnej koszulce, jasny i promienny.

– Kazałaś wejść to wszedłem – powiedział po prostu. – Przywitasz się ze mną czy znów będziesz chciała skakać przez okno?

Stałam wpatrzona w niego niczym w nadprzyrodzone zjawisko. Chyba się znowu nie rozryczę… O rany, tylko nie to!

– Słyszałem, że miałaś zamiar wyzionąć ducha pod moim blokiem, przyszedłem więc spytać czego ci, nieszczęsna duszyczko, potrzeba do szczęścia?

Żartobliwy ton wypowiedzi wprowadził jeszcze większy mętlik do mojej biednej, skołowanej głowy.

– Kto ci to powiedział? Pewnie Majka? Nie wiem kto ją o to prosił.

– Ale ja wiem – przerwał mi. – Marianno, przecież ja cały czas śledziłem twoje poczynania, wiedziałem o wszystkim, co robisz, w każdej chwili gotów byłem pomóc.

– Nic o tym nie wiem, nawet raz cię od tego czasu nie widziałam – odpowiedziałam z nieuzasadnioną, głupią pretensją, jakbym to nie ja narozrabiała, lecz on.

Teraz się powinien obrazić na śmierć i życie, i pójść sobie… Nie, tylko nie to… nie odchodź, bo umrę bez ciebie… już nigdy nie odchodź!

– Kochanie, wiele razy chciałem się do ciebie odezwać ale Majka mi nie pozwoliła. Stwierdziła, że najpierw musisz dojrzeć i dopiero wtedy będzie można z tobą rozmawiać.

– Oo, jędza! – wyrwało mi się.

Roześmiał się. Śmieje się ze mnie. Cały czas się śmieje. Patrzyłam ponuro w podłogę a on śmiał się coraz głośniej. Co za romantyczna scena! Teraz sąsiadka z góry powinna zalać mi mieszkanie, albo lepiej: niech się sedes z hukiem rozleci na drobne kawałki…

– Jak się okazało, Majka ma intuicję . Osiągnęłaś niesamowity sukces. Nie masz pojęcia jaki jestem z ciebie dumny.

Zrobiło mi się nagle potwornie głupio. Jak ja się zachowuję?

– Marianno, poprzednio nie dopuściłaś mnie do słowa a teraz się do mnie nie odzywasz. Czy mam sobie pójść czy mogę tu jeszcze trochę postać? Dobrze mi się stoi w twoim towarzystwie, w ciszy i spokoju. Wiesz, że nie lubię nadmiernie gadatliwych kobiet.

Rozkleiłam się zupełnie.

– Herbercie – powiedziałam cicho. – Ja cię bardzo za wszystko przepraszam. Zachowałam się idiotycznie i wtedy, i teraz przed chwilą też.

– Wyszło nam to obojgu na zdrowie – wyciągnął do mnie rękę. – Daj łapkę na zgodę. Już dobrze?

Skwapliwie podałam mu rękę. Boże, ile razy we śnie widziałam podobną scenę. Bałam się głębiej odetchnąć, by nie spłoszyć tego snu.

– Hej, nie śpij, ja tu jestem naprawdę – powiedział półgłosem.

Skąd wiedział o czym myślę? Delikatnie przyciągnął mnie do siebie. Pierwszy raz na jawie przytuliłam się do najmilszego mi człowieka na świecie. I oczywiście – rozryczałam się ze wzruszenia, bo jakby mogło być inaczej. Całe szczęście, że z hukiem wpadły moje dzieci wracające z podwórka. Może nie zauważył, że zmieniłam się w fontannę?

– Marianno, czy wypada, żeby redaktorka poczytnego pisma robiła z siebie fontannę?

– No wiesz…

– Idź, daj dzieciom kolację a ja sobie tu chwilę posiedzę – przytulił mnie znowu, bardzo, bardzo mocno i lekko pchnął w kierunku kuchni. – No idź już i prędko wracaj.

Spojrzałam na reklamówkę leżącą w przedpokoju.

– Proszę, to dla ciebie, nie będziesz się nudził.

Zajęłam się dziećmi: pogoniłam do kąpieli, zaniosłam kolację do łóżek, włożyłam do magnetowidu kasetę z nową komedią, ucałowałam na dobranoc i wyszłam z pokoiku zamykając drzwi, uprzedziwszy – jak zwykle, – że w razie czego mają ciocię Bożenkę wołać na pomoc.

Podeszłam do Herberta, stanęłam za fotelem, objęłam go za szyję. Przytulił twarz do moich rąk.

– Jeszcze od nikogo nie dostałem takiego prezentu. I nie dostanę. Jestem wzruszony jak nigdy w życiu. Może się rozpłaczę, jak myślisz?

– Nie ma obawy, to nie jest zaraźliwe – uśmiechnęłam się do ukochanych, szarych oczu, lekko w tej chwili przymrużonych.

Wtulając twarz we włosy Herberta, czując na dłoniach delikatny dotyk jego warg, zaczynałam tracić poczucie rzeczywistości.

– Herbercie, mów coś do mnie – poprosiłam.

– Cicho, bo chłopcy przyjdą sprawdzić co wyprawia ich matka – szepnął. – Już późno, trzeba iść.

Zajrzałam po cichu do dzieci, spały jak aniołki, film się skończył.

O nie, ten wieczór tak się nie może zakończyć. Po roku męczarni i czekania? Objęłam go w pół, najchętniej zastygłabym w tej pozycji do końca życia.

– Herbercie – szepnęłam, – zaprosiłeś mnie do siebie, pamiętasz? Wtedy nie wyszło, ale teraz…

– Przyjmiesz zaproszenie i nie będziesz już na mnie krzyczała, tak? – odpiął mi klamrę z włosów, rozsypały się i okryły plecy.

– Tak, chodźmy…

26.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

„Opowieść Marianny” 19

Nie da się ukryć, że ostatnia uwaga Majki dała mi wiele do myślenia. Kretynka to kretynka, ale dlaczego akurat w tym momencie?

Jesteś Marianno głupią, rozhisteryzowaną babą, nie umiejącą zapanować nad nerwami i językiem – mówiłam sama do siebie. Dopóki sobie z tym nie poradzisz, nic z ciebie nie będzie. Nie będziesz godna stąpać po ziemi, po której on stąpa, ani spoglądać w księżyc, który jego otacza swymi promieniami. Nie możesz go też widzieć i słyszeć dopóki nie dosięgniesz swego ideału. A jeśli będzie za późno – twoja wina. Pozostanie ci wycie do księżyca i snucie się o północy po leśnych drogach. W jednym i drugim masz już wprawę.

Fakt, że zaczynałam chwilami niezupełnie poważnie rozmawiać sama ze sobą, oznaczał niewątpliwie duży krok na drodze do odzyskania równowagi wewnętrznej. Któregoś dnia uświadomiłam sobie swoje własne myśli z reguły bez żadnej kontroli przepływające w ogromnych ilościach przez moją mózgownicę. Jak to? Czy tylko ja zgłupiałam czy cały świat stanął do góry nogami? To ja, słaba kobieta, ten niby puch marny, walczę z losem, z całym światem i ze sobą, żeby zdobyć ukochanego? Pokazać mu, iż nie jestem jedynie zlepkiem samych okropnych wad – bo o tym się zdążył przekonać, – ale i coś dobrego też we mnie siedzi? Chcę zdobyć sławę i majątek i rzucić mu to pod nogi?

Oj, żeby sobie tylko na tym zębów nie wybił… I kto tu jest Wokulskim, a kto Izabelą-lalką? Z drugiej strony – nikt mi nie kazał. Mogłam zwyczajnie do niego pójść, powiedzieć: wygłupiłam się, przepraszam, przyjmij mnie z powrotem do redakcji  jeśli możesz, będę grzeczną, miłą, uśmiechniętą pracownicą, przyniosę kawę, herbatę, upiekę ciasto… O, co to – to nie. Nigdy. Zresztą, wtedy rzeczywiście nie spojrzałby nawet w moją stronę. Na jego miejscu tak bym zrobiła. Intuicyjnie wyczuwałam, że nie jest to czas stracony, lecz bardzo ważny czas próby i ogromnej pracy. Muszę jemu, ale i sobie udowodnić ile jestem warta. Stanąć dokładnie naprzeciw niego, ani o centymetr niżej i wtedy przekonać go, że o ile zechce – zawsze będzie mógł się na mnie wesprzeć, wszystko wytrzymam.

Pracowałam więc jak szalona. Pisałam, pisałam i pisałam. Pomysły jeden za drugim przychodziły mi do głowy, nie nadążałam za własnymi myślami, wpadłam w manię pisania. W całym domu leżały porozkładane kartki i długopisy. Co chwilę przerywałam domowe czynności w rodzaju prania czy zmywania naczyń i coś zapisywałam, żeby nie umknęło.

Z dziećmi na szczęście nie miałam problemów. Okazało się, że Piotrusiowi szybciej wchodzi do głowy matematyka, zaś Jacuś lubi wymyślać opowiadania i od razu widać, że z niego urodzony humanista. Każdy szybko odrabiał pracę domową z ulubionych przedmiotów, potem pomagali sobie w tajemnicy przede mną i mieli z głowy. Co jakiś czas kazałam im się wzajemnie  przepytywać nagradzając tę niedogodność lodami albo czekoladą. Tak minęła zima. Już nie uciekałam w przeciwną stronę na widok każdego psa przypominającego z daleka Gałgana. Robiłam to zresztą niepotrzebnie. Wcale tu nie przychodził, jego pan też, co oczywiście dawało mi temat do rozmyślań.

Jeśli mężczyzna nawet nie spojrzy w stronę kobiety, która go kiedyś interesowała, oznacz to jedno: faktycznie interesować go przestała… Nie, nieprawda. Nie i już! Uświadamiając sobie tę myśl odrzucałam ją od siebie. To przecież myśl kształtuje rzeczywistość, precz z negatywnym myśleniem! Kocham Herberta. Kocham do obłędu, do szaleństwa. Kocham go tak bardzo, tak bardzo… On mnie też będzie kochał. Musi. Nie ma innego wyjścia, bo ja nigdy nie przestanę. Nigdy! Nigdy! Tuliłam jedno jedyne zdjęcie, które miałam. Zrobiłam je kiedyś z balkonu. Wszystkie uczucia wyznawałam patrząc w tę fotografię, opowiadałam o marzeniach i pragnieniach. Naprawdę odnosiłam wrażenie, że jest gdzieś w pobliżu, czułam to.

Chodziłam z psami na spacer. Bożenka miała grypę, więc zabierałam ze sobą Hondę. Zaczęłam się zbliżać do domu Herberta. Jak dzikie zwierzę zataczałam wokół kręgi. Usiłowałam z daleka zaglądać w okna pragnąc ujrzeć choć cień postaci. Tęsknota stawała się nie do zniesienia. Wracałam do domu i zapisywałam niezliczone ilości kartek papieru rozmazując łzy.

25.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Opowieść Marianny, Powieści | Dodaj komentarz

Kręgi na wodzie

Z każdej strony bombardują nas dziesiątki informacji. Jak nie oszaleć? Uodpornić się na wszystkie? Działać wybiórczo? Podzielić według
własnego klucza i tylko część przyjmować do wiadomości? Nie dać się zatopić tonom nienawiści miotanym przed siebie bez opamietania przez niektórych? Otworzyć się na solidarność, szacunek, pomoc sobie nawzajem? Może jest nam za dobrze, za spokojnie i nie potrafimy tego docenić? Jak to możliwe, by ludzie, którzy przeżyli straszliwe sytuacje w czasie wojny, powstania, osobiste i zbiorowe tragedie, ból fizyczny i psychiczny potrafili dożyć późnego wieku pełni uśmiechu, ciepła, życzliwości, skorzy nieść pomoc zawsze i wszędzie? Może właśnie dlatego, że przeżyli piekło za życia?
Jestem pod wrażeniem obejrzanego filmu o Danucie Szaflarskiej, którą grała … Danuta Szaflarska. „Inny świat” miał tytuł ów film w reżyserii Doroty Kędzierzawskiej ze zdjęciami Arthura Rienharta. Wzruszająca opowieść, podczas słuchania której trudno mi było wzrok oderwać od twarzy aktorki. Nie dlatego, że uczucia na niej widoczne są aktorskie, grane, udawane ale właśnie dlatego, że szczere. Chwilami musi przerwać, aby ukryć łzy, albo przerażenie na przykład na myśl o kałużach krwi w prześlicznym ogrodzie skąpanym w słońcu, albo zdziwienie i niedowierzanie gdy mówi o umierającym młodym, przystojnym, opalonym powstańcu, który w agonii biega z przestrzelona szyją… Wszystkie wspomnienia zdają się odżywać na nowo. I wciąż pewnie na nowo odżywają, dlatego tak trzeba kochać życie póki trwa. Nie odbierać go w żaden sposób ani sobie ani innym, choć możemy się nie zgadzać w wielu kwestiach. Potem będzie już naprawdę wszystko jedno. Ważne jest co robimy tu i teraz. To jest tak: mały kamyczek rzucony do wody wywołuje kręgi na dużej powierzchni. Niech tym kamyczkiem będzie coś dobrego. Choćby dobra myśl, choćby zaniechanie czegoś złego…

24.04.2017

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz