Dzisiaj przypadają urodziny Dużego. A taki był malutki, że kiedy w szpitalu przynieśli mi pierwszy raz zawiniątko, odważyłam się zaledwie kciukiem dotknąć maleńkiego policzusia. To znaczy wtedy mi się zdawało, że maleństwo, a przecież od początku to był kawał chłopa, całe cztery kilo szczęścia:) A teraz, żeby spojrzeć mu prosto w oczy – stanąć na krześle muszę:)
Synku! Bądź szczęśliwy zawsze i wszędzie, bądź dalej takim słoneczkiem i promyczkiem jakim byłeś zawsze (bo my z Małym to dwa smutasy). Niech Twoje domowe dziewczyny czynią codzienność zajmującą i wesołą, niech absolutnie wszystkie sprawy płyną równym nurtem po Twojej myśli i zawsze w dobrą stronę. I oczywiście – jakżeby inaczej – NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ nieustannie 🙂
Pod samym lasem stał Dom. Stał w ogrodzie. Duży, murowany, z werandą otoczoną kamiennymi kolumienkami. Był tam od zawsze. Wabił ją do siebie, kusił tajemniczością, rozbudzał jej i tak ogromną wyobraźnię. Marzyła o mieszkaniu w nim, o ustawianiu mebli, ogniu płonącym na kominku, bo przecież Dom musi mieć kominek.
Dom kilkakrotnie zmieniał właściciela, jakoś nie miał szczęścia do swoich lokatorów. Może dlatego, że był zbyt daleko położony od innych domostw? Mało kto lubi życie w odosobnieniu mając za sąsiadów mieszkańców lasu z jednej strony, z drugiej – nigdy nie wykończony domek, który w zamyśle miał stać się ciepłym, przytulnym gniazdkiem, lecz był pusty i smutny, bo nikt nigdy w nim nie zamieszkał, jakby umarł zanim zaczął żyć. Z pozostałych dwóch stron Domu towarzyszem mógł być jedynie hulający wiatr.
Z wiatrem opowiadającym niestworzone historie Zosia zaprzyjaźniona była od najmłodszych lat. Przez zasłoniętą zielenią dziurę w płocie przedostawała się do ogrodu zawsze dzikiego i pełnego tajemnic, i spędzała wiele godzin na czytaniu oraz snuciu marzeń. Sztukę czytania posiadła w piątym roku życia, co było niezaprzeczalną zasługą dziadków poświęcających wnuczce bardzo dużo czasu. U nich też często odrabiała lekcje a uczyć się chodziła do ogrodu, w którym ukrywał się Dom. Mogła tak postępować, ponieważ kolejni właściciele Domu przebywali tu jedynie latem. Tak więc po zakończeniu sezonu ogród stawał się znowu jej wyłączną własnością.
Kaloszy w Biedronce nie było, muszę się nastawić na dalszą wyprawę w celu ich zakupienia. Jedne mam, ale nie nadają się na spacer z psem, są śliczne, na obcasie i w kwiatuszki 🙂 Gdybym umiała zrobione zdjęcie wstawić na stronę, to bym je pokazała. Ale nie potrafię. Na razie 🙂 Deszcz na szczęście przestał padać. Słoneczko w tej chwili w Piasecznie świeci, ładnie świat wygląda przez okno. Na zewnątrz też ładnie, niestety – zimno, szron na trawie jak w październiku, moje peonie główki pospuszczały, nie wiem czy jeszcze je podniosą, czy przemarzły na amen. Ogromna szkoda, bo są przepiękne a wiosna bez nich byłaby smutna. Ubarwiają całą grządkę wzdłuż siatki przez co ten fragment osiedlowej uliczki staje się kolorowy i pachnący.
Franek wczoraj przyszedł, przywitał się, obszedł teren kontrolując czy nie ma potwora, który na niego szczekał przez szybę, czyli Skitusia, zrobił mały postój przy pełnej miseczce i poszedł do szafy babci D. Lubi tam spać a na babcię D. ma wpływ terapeutyczny. Staruszka się uśmiecha, gładzi jego mięciutkie futerko (ma wyjątkowo miękkie), wyścieliła mu kocem dolną półkę i tam sobie Franuś śpi. Dziś idąc z Szilką na pierwszy spacer spotkałam Frankowego opiekuna i dowiedziałam się, że kotuś urodził się w szafie:) Pewnie dlatego tak dobrze mu się tam śpi.
Definitywnie skończyłam „Pasma życia”, które zaczęłam pisać w 2005 roku. Dopiero teraz udało mi się ukończyć, bo wcześniej nie miałam do tego ani siły ani głowy, ponieważ ostatnie czasy w pracy były … tu zmilczę. Jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. W każdym razie patrzenie jak stado … niszczy kilkudziesięcioletni owoc pracy wielu osób, służący zresztą – dosłownie – tysiącom ludzi przez lata istnienia, do łatwych nie należy… Życie jednak toczy się dalej… Wiem, że każdy kiedyś dostanie to, na co zasłużył, więc na tej myśli na razie poprzestanę.
Ponieważ „Pasma” nie są takie króciutkie jak te już prezentowane dyrdymałki, w przyszłości „puszczę” tutaj kilka fragmentów. A teraz wracam do ursynowskiej sagi, której pierwsza część – „Wejście w światło”- wyszła wieki temu. Druga – „Po co wróciłaś, Agato” – właśnie została przeze mnie zdjęta ze strychu w postaci maszynopisu na pożółkłym papierze i wymaga poprawek oraz przerzucenia do Lapcia (Felek jeszcze nie został zreanimowany, Duży powiedział, że wykończyłam go prawie zupełnie i wymaga dłuższego „leczenia”). Trzecia – „Widocznie tak miało być” – w postaci luźnych zapisków „siedzi” w dużym pudle na regale z książkami. I czeka. Tak więc zajęć i planów mam co niemiara, obym zdążyła, bo chcę dzieciom uporządkowane zostawić:). I zupełnie nie rozumiem jak ktoś pyta: nie nudzisz się na emeryturze?
Okres studiów szybko przeminął wypełniony nauką, życiem towarzyskim, korepetycjami, którymi zarabiała na swoje wydatki starając się jak najmniej korzystać z pomocy rodziców. Nie musiała tego robić. Ojciec pracował w prywatnym gabinecie lekarskim młodszego brata i do emerytury dokładał sporą sumkę. Zosia wciąż trwała w swoim uporze, więc matka łamała sobie głowę nieustannie, jak pomóc ambitnej córce nie raniąc jej dumy. W końcu stanęło na tym, że Zosia dostawała z domu produkty spożywcze, mnóstwo przetworów i piękne ciuszki szyte z talentem przez stęskniona mamę.
W czasie każdych wakacji miała dużo czasu, by nacieszyć się pięknem rodzinnych stron, odwiedzić przyjaciół, rodzinę bliższą i dalszą oraz „swój” ogród. Tak było zawsze aż do tego roku. Podczas telefonicznej rozmowy z siostrą dowiedziała się, że ktoś kupił Dom. Tym razem „na dobre”. Na dodatek remontuje cały budynek i porządkuje ogród.
Informacja poruszyła ją do tego stopnia, że nie słyszała dalszych słów Małgosi. Coś mówiła o małym domku obok. Pewnie też ktoś go kupił. Czuła ogromny smutek na myśl, że ktoś obcy chodzi po jej ukochanych kątach profanując je.
Jaka ja jestem głupia, myślała. Taka stara a rozumu za grosz. Przecież tak musi być. I dobrze, że się ktoś za remont wziął. Jeszcze trochę a z Domu zostałyby ruiny. Cóż, wejście w świat dorosłych zawsze jest połączone ze złożeniem ofiary z dziecięcych i młodzieńczych marzeń… Rozpoczęła pracę planując w głębi duszy tak pokierować swoim losem, by spełnić marzenia rodziców i siostry o domku z ogródkiem.
Wróciłam z Szilunią z porannego spaceru, krótkiego, bo mokro i natychmiast przemiękły mi buty:( Pójdę zaraz do Biedronki. Nie mam wyboru, bo tylko Biedronki rozsiadły się w okolicy najbliższej, ale dobre i to. Jak się wprowadzaliśmy w 2010 roku, nawet jednego sklepu w pobliżu nie było. Widziałam tam kiedyś krótkie kalosze, może jakieś ocalały i kupię, bo bez nich ani rusz.
Usiadłam z kawą i myślę, myślę, i niczego mądrego wymyśleć nie mogę. W temacie babci D. Najwyraźniej leki przestają działać, bo wracają poprzednie stany depresyjne, mania prześladowcza i jakieś fobie nie wiem skąd, bo to nie moja mama, nie znam jej przeżyć z przeszłości, nie będę się więc doszukiwać przyczyn. Główna przyczyna na tę chwilę to problemy z funkcjonowaniem mózgu, z jego stanem. Pośrednią przyczyną – a może skutkiem? – jest niechęć do jakiejkolwiek współpracy, odmawianie jedzenia (a więc brak budulca dla organizmu), wietrzenie spisku przeciw niej na każdym kroku. Mąż natknął się schowane leki, nie przyjmowała ich, więc może dlatego objawy się nasiliły. Przez jakiś czas było lepiej. Niestety, znów powraca poprzednie zachowanie. Wczoraj był płacz, że ukradziono jaj telefon, który – jak się okazało – miała schowany pod bluzką. Na pytania nie odpowiada, ewentualnie wybuchem agresji, do lekarza nie chce iść. Obawiam się, czy upragniony wyjazd do Szczawnicy dojdzie do skutku, bo nie wiem, czy uda się ją do tego przekonać. Przez cały zeszły rok nie byliśmy ani razu właśnie ze względu na jej badania, wizyty u specjalistów, na które czeka się przecież miesiącami, na operację zaćmy i inne „przyjemności”. Jedyny sukces – udało się babcię D. doholować do Poradni Zaburzeń Pamięci, na badania i zdiagnozowanie jej stanu, dobranie leków. Ale czy teraz się uda? Wizyta w poradni jest naznaczona za miesiąc. Tak sobie z Mężem marzyliśmy, że nareszcie jest chwila na wyjazd, ale co z tego wyjdzie?
Wokół Zosi wciąż kręcili się jacyś chłopcy budząc zazdrość niektórych koleżanek. Traktowała wszystkich jak kolegów, na widok żadnego nie zabiło mocniej serce. Śmiała się sama z siebie mówiąc, że jest niedzisiejsza i staromodna, bo wierzy w prawdziwą miłość od pierwszego wejrzenia. A jeśli jej nie spotka?
– Trudno, niczego „zamiast” nie chcę. Zresztą dziś kobieta nie musi, na szczęście, wychodzić za mąż, aby mieć udane życie – tłumaczyła znajomym.
– Naoglądałaś się idiotycznych filmów i sama nie wiesz, czego chcesz – koledzy nie mogli pogodzić się z faktem, iż żadnemu nie udało się zdobyć względów wesołej, na pozór beztroskiej dziewczyny, której włosy były przepiękne a figura przyciągała wzrok każdego przechodzącego stwora rodzaju męskiego bez względu na ilość przeżytych lat.
Czas płynął. Małgosia ukończyła liceum. Idąc w ślady ojca i stryja pomyślnie przebrnęła przez egzaminy wstępne i została przyjęta na medycynę w Krakowie. Udało jej się namówić siostrę na wspólny wyjazd we wrześniu do Szczyrku, do którego jeździły od dzieciństwa.
Spędzały razem wspaniałe chwile: wieczorami pogrążone w rozmowach, siostrzanych zwierzeniach a całymi dniami chodząc po górach. Wszystkie szlaki były dostępne, bo wrzesień przyniósł ze sobą słońce rzucające blaski na orgię barw na stokach, na przecudne kolory jesieni, których człowiek nazwą obdarzyć nie potrafi, może jedynie w milczeniu podziwiać, pochłaniać wzrokiem całe piękno.
Małgosia zewnętrznie ogromnie przypominała siostrę typem urody i wspaniałą figurą. Włosy miała obcięte do ramion, grzywka ciągle spadała na roześmiane oczy a dołeczki w policzkach i chochlik w spojrzeniu tworzyły obraz przeuroczego łobuziaka. Łobuziak ów był osóbką nader praktyczną, choć trudno było w to uwierzyć na pierwszy rzut oka. Otóż Małgosia dobrze wiedziała, co będzie robić przez najbliższe pięćdziesiąt lat: studia, praktyka, mąż, troje dzieci, własny dom, koty i psy – wszystko według planu, żadnych niespodzianek. Zmieniać się może tylko i wyłącznie ilość zwierzaków.
– Ależ Małgosiu, przecież właśnie niespodzianki są urokiem życia – mówiła Zosia podczas wchodzenia stromą dróżką od strony Biłej. – Nigdy nie wiesz co spotkasz za najbliższym zakrętem i to jest cudowne.
– Nienawidzę niespodzianek. Wolę najpierw dobrze zapoznać się z trasą nim na nią wejdę – odpowiedziała Małgosia. – Po co mi nerwy na trasie? Szkoda czasu i energii. Jeśli wiem, co mnie czeka na końcu, mogę spokojnie cieszyć się tym, co jest w międzyczasie. Jeśli nie znam zakończenia, tracę całą przyjemność zmierzania do niego.
Po kilku dniach dołączył do nich Krzysiek, chłopak Małgosi. Siłą rzeczy Zosia więcej czasu spędzała sama. Chwilami ogarniało ją nieznane do tej pory uczucie tęsknoty, jakiegoś dziwnego osamotnienia. Nasilało się szczególnie, gdy widziała pary spacerujące wieczorem po głównej ulicy. Denerwowało ją to coraz bardziej. Stawała się też coraz bardziej niegrzeczna w stosunku do różnych mężczyzn próbujących nawiązać z nią bliższą znajomość.
4.05.2017
Deszcz pada od wczorajszego wieczora do teraz, a jest szósta rano. Szkoda wielka, że nie ma jak wyjść na przyzwoity spacer z psami. Skituś wyskoczył do ogródka na chwilę, ale Szila jest tak porządną sunią, że koniecznie trzeba z nią wyjść całkiem na zewnątrz. Ta wątpliwa (tylko z powodu pogody) przyjemność przypadła Mężowi, bo ja ze względu na ostatnie zawroty głowy bez kija się nie ruszam, a kij, parasolka i dwie
smycze nie bardzo dadzą się połączyć. Trzeciej ręki bozia nie dała, choć szkoda.
Wczoraj po południu, już po wrzuceniu fragmentu „Wakacji” na bloga, zniknął mi internet. Tak po prostu – pyk! – i nie ma. Z pulpitu wyparowała ikonka, podążyła chyba w kosmos, bo zostało po niej puste miejsce. Więc ja za telefon i po ratunek do Dużego dziecka. Robiłam wszystko, co mi kazał, ale nie pomogło. Tym sposobem wracam do pisania na papierze. Mam nadzieję, że tylko na trochę. Wszystko potem umieszczę na stronie, bo muszę przyznać, że mnie wciągnęło:):) Przed samą „ucieczką” internetu zaczęłam trochę krążyć po bloxie, zajrzałam na kilka blogów, poczytałam i poczułam się jak wśród znajomych 🙂 Ucieszyłam się, że to takie fajne miejsce, zdobyłam się nawet na odwagę, żeby napisać do „babcibezmohera” lecz w czasie prób
wysłania coś musiałam sknocić, bo nie poszło, a po chwili uciekł ode mnie internet. Dziwak jakiś, bo go szczerze polubiłam 😉
5.05.2017
Duże dziecko miało dziś po Skitusia przyjechać, ale mogłoby dopiero wieczorem, więc umówiliśmy się na sobotę. Wpadną zbiorowo: Duży, Żona Dużego i Wnusia, więc i na obiad się załapią 🙂 Bardzo lubię moment, kiedy odkładam wszystko na bok i myślę, czym by tu całą trójkę nakarmić (albo jedną trójkę, albo drugą, bo mam dwie trójki dwunożne), żeby gębusie się uśmiechały wyrażając zadowolenie:). Tym razem mam w tym dodatkowo własny interes, ponieważ tęsknię za internetem i jedynie Duży może mnie poratować w tej materii. Ugotowałam dziś cały garnek krupniku, zostawię na jutro. Zrobiłam też kotleciki z mintaja, z rozmrożonych kostek pokrojonych na drobniutko z cebulką, jajkiem, bułką tartą i przyprawami. Sporo wyszło, więc część zostanie na jutro. Do tego „szarpane” czyli filet drobiowy też drobniutko pokrojony, plus – jak zwykle – cebulka, jajko, bułka tarta, przyprawy. Łyżką kładzie się to jako placuszki na patelnię, na rozgrzany olej, po minucie z każdej strony i gotowe. Pierwszy raz zrobiłam to danie w Szczawnicy. Siedziałyśmy z Wnusią nad gazetkami z przepisami i myślałyśmy, co by tu dobrego zrobić. Spodobało jej się określenie „szarpane” i naprawdę dobre wyszło 🙂 A na jutro przygotuję jeszcze szpinak i ogórki świeże ze śmietaną, bo Wnusia lubi. Rano upiekę babeczki, mam jogurt któremu się zaraz kończy termin ważności, więc wykorzystam dokładając maślankę. Dość długo nie mogłam się zdecydować na pieczenie muffinek. Jest milion przepisów – albo jeszcze więcej. Nie wiedziałam, który wybrać. Koleżanka koleżanki z pracy, przyszedłszy pewnego razu w odwiedziny, poczęstowała babeczkami bananowym. Bardzo były smaczne. Powiedziała, że to takie proste : tyle samo mokrego co suchego plusdodatki. i tyle:) Wyobraźcie sobie, że to działa! Od tego czasu ciągle piekę wykorzystując produkty, które akurat mam w domu, dodając najprzeróżniejsze zdrowe dodatki (siemię, sezam, otręby, słonecznik, rodzynki, żurawinę i co mi jeszcze przyjdzie do głowy).
6.05.2017
Mam internet! Duży powiedział, że jakiś wirus zrobił mi psikusa, na szczęście udało się go zneutralizować. Swoją drogą, co to za paskudztwo! Po co atakuje normalnych ludzi, skoro nic mu z tego nie przyjdzie? Jeszcze rozumiem polityków i celebrytów, ale po co do mnie przyszedł? Tak jak cholera z komputera… czyli wierszyk, który już wcześniej na blogu zamieściłam. Nawet Wnusia się uśmiała czytając.
Dzieci twierdzą, że powinnam puszczać krótsze fragmenty, bo nikt takich długich nie czyta. Nie wiem co o tym sądzić, bo ja kocham czytać i czytać, i kiedy zaczynam, nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Jeśli mam kilkuczęściową rzecz do przeczytania, lubię zgromadzić wszystkie „kawałki” pod ręką i czytać ciurkiem, do samego końca. Okropnie nie lubię być zmuszona do przerywania lektury. Dlatego dawniej dłuższe pozycje zostawiałam sobie na noc z piątku na sobotę albo z soboty na niedzielę. Bardziej drugą wersję, bo w piątki z reguły zasypiałam na stojąco po całym tygodniu.
Tak sobie myślę, że młodzi rzeczywiście nie mają czasu na dłuższe teksty. Widzę jak moje dzieci pracują, ile czasu pochłaniają im zajęcia w domu i poza domem, szczególnie gdy sami już mają dzieci. Mogą najwyżej w tak zwanym międzyczasie „łyknąć” coś niedużego. Ale nie sami młodzi są na świecie, my, młodzi podwójnie, :):) już mamy trochę więcej czasu na czytanie:)
annazadroza e.urlik:) Pozwolę sobie powiedzieć, że to Ty jesteś niesamowita:) Ale dzięki za dobre słowo:) I za zaglądnięcie do „zamierzchłej” przeszłości:):):)
Co się ze mną dzieje? Zaczęła się poważnie zastanawiać. Chyba jestem zmęczona po egzaminach, po pracy, może jeszcze nie przywykłam do dorosłego życia… Odpędzała od siebie niepokojące myśli zajmując się obserwacją otoczenia. W jednym z takich momentów zwróciła uwagę na młodego mężczyznę, który zamieszkał w pierwszym pokoju długiego budynku. Niewiele był od niej starszy ale jakoś tak … wyglądał poważniej od rówieśników. Chyba dlatego, że oczy, szare oczy w czarnej oprawie nadawały twarzy wyraz rozmarzenia, tęsknoty za czymś tajemniczym, nieuchwytnym … Zosia pomyślała, że chętnie pomogłaby mu szukać czegoś… czego?
Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła za siostrą i Krzyśkiem. Nieznajomy odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech a jego twarz przybrała wyraz stosowny do wieku i ubioru.
– Nie do ciebie się uśmiecham, gamoniu jeden – mruknęła pod nosem, – ale bosko wyglądasz w tej niebieskiej koszulce…
– Co tam mamroczesz? – dopytywała się Małgosia.
– Nic – odpowiedziała, nieznacznie zerkając ponad głową siostry w stronę chłopaka, który cały czas przyglądał jej się z wyraźnym zainteresowaniem.
Małgosia potknęła się o wystający korzeń odwracając głowę, by sprawdzić co tak zainteresowało siostrę.
– O choroba, mój palec – jęknęła. – Mama zawsze powtarza, że nie trzeba bujać w obłokach tylko chodzić po ziemi i patrzeć pod nogi. O właśnie, wspomniałam o mamie i od razu mi się skojarzyło: ciągle zapominam ci powiedzieć, że Dom kupił pan Staszek, kolega taty ze studiów. Wiele lat spędził za granicą a teraz wrócił z całą rodziną, by zamieszkać na stałe. Ma dwóch synów, jednego trochę starszego ode mnie, drugiego trochę starszego od ciebie.
– Co mówisz? – ocknęła się Zosia z zamyślenia.
– Że ma dwóch synów – zniecierpliwiła się Małgosia. – Po co ja sobie strzępię język, skoro ty mnie nie słuchasz? Przytomna jesteś? O czym ty w ogóle myślisz?
– Ja?… –zarumieniła się. – O niczym… Patrz jaki piękny domek – wskazała na uroczy drewniany budyneczek, żeby odwrócić od siebie uwagę siostry. W wyobraźni wciąż widziała szare oczy nieznajomego chłopaka.
– Zaraz ci powiem co podsłuchałam – Małgosia zawiesiła głos dla większego efektu. – Tata z panem Staszkiem chcieli nas pożenić.
– Jak to: nas?
– Ojej, nie bądź taka tępa. Wydać nas za mąż za synów pana Staszka. Mnie i ciebie, wyobrażasz sobie?
– Za żaden mąż wychodzić nie będę. Tfu, chciałam powiedzieć, że nie mam zamiaru wychodzić za mąż – oświadczyła Zosia. – A jeśli chodzi o Dom, cóż, może będzie szczęśliwy, że ktoś w nim mieszka.
– Nie bądź taka pewna – Małgosia z szelmowskim uśmieszkiem spojrzała siostrze w oczy. – Ja mam swego Krzysia więc mnie to nie dotyczy. My już nawet mamy imiona dla dzieci i wiemy jak które będzie wyglądało…
– A zdjęcia też im już zrobiliście? – jadowicie zasyczała Zosia.
– Ale ty, siostrzyczko, jesteś wolna – ciągnęła niezrażona Małgosia. – Chyba się nie mylę?… Ktoś powinien się poświęcić dla rodziny – uskoczyła w bok zanim Zośka zdążyła dać jej kuksańca.
Czas nagle ruszył do przodu nadzwyczaj szybko. W stołówce szarooki chłopak podszedł do ich stolika. Chętnie przyjęli go do swego grona, czwarte krzesło czekało puste na kogoś, kto by je zajął… Miał na imię Damian. Mówił z lekko obcym akcentem. Prawie całe życie spędził za granicą. Obecnie rodzice wrócili do kraju na stałe. Długo się zastanawiał jaką podjąć decyzję: zostać czy przyjechać z rodziną i rozpocząć życie w nowych dla siebie warunkach. Postanowił najpierw pojeździć po Polsce, poznać lepiej kraj. Zwiedził wybrzeże, stolicę, kilka losowo wybranych miejscowości uzdrowiskowych, teraz zatrzymał się w Szczyrku, bo dużo o nim słyszał. Jest zachwycony tym bardziej, że spotkał takie miłe towarzystwo…
Dobrze, że nie wychowywał się tutaj, myślała Zosia tonąc bez reszty w szarych oczach. Nie nauczył się przeklinać, nie zastępuje całej wypowiedzi kilkoma wulgaryzmami, mówi piękną polszczyzną, jaką słyszeć na co dzień można chyba tylko w teatrze.
Cudownie spędzali dni. Chodzili szlakami, zajadali się pizzą, pochłaniali mnóstwo przysmaków zaliczając wszystkie kawiarenki po kolei, tańczyli. Małgosia z uśmiechem psotnego chochlika przyglądała się siostrze, której jeszcze nigdy nie widziała w stanie takiego upojenia i odurzenia.
– Zośka jest zakochana – zwierzyła się Krzyśkowi. – Wreszcie wpadła po uszy.
W czwartek Damian pojechał do Bielska ponieważ w Szczyrku zepsuł się jedyny bankomat. Podczas posiłku recepcjonistka wezwała Małgosię do telefonu. Pobiegła zdziwiona a wróciła przerażona.
– Mama straciła przytomność i pogotowie zabrało ją do szpitala – głos jej drżał. – Taty nie ma w domu, wróci dopiero w sobotę. Ciotka znalazła ją na podłodze…
– Która godzina? – zerwała się pobladła Zosia. – Zdążymy jeszcze na autobus, pakuj torby!
– Szkoda, że akurat dziś nie ma Damiana – westchnął Krzysiek. – Odwiózłby nas bezpośrednio do pociągu.
Nie ma Damiana! Serce Zosi skurczyło się i jakby na moment zamarło. Przecież nie wymienili adresów ani telefonów… ani niczego nie zdążyli sobie powiedzieć… Boże!… No i dobrze, że nie powiedzieli. Koniec wakacji. Teraz mama jej potrzebuje. Trzeba wracać do życia. Mama… nic więcej się nie liczy.
Błyskawicznie spakowali swoje rzeczy i po chwili pędzili w stronę przystanku. Zdążyli w ostatniej chwili. Potem kolejka do kasy na dworcu…udało się. Nie było czasu na rozważania. Dopiero w przedziale dopadły Zosię myśli, przed którymi chciała uciec, wypełniły mózg, rozsadzały czaszkę.
Na szczęście mamie nic się nie stało. Nagły spadek ciśnienia spowodował omdlenie. Upadając uderzyła głową w róg wersalki. Córki zastały ją z lekami regulującymi ciśnienie, z opatrzoną raną na czole, zakłopotaną i zmartwioną.
– Niczym się nie przejmuj, mamusiu. Najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa – obie tłumaczyły matce.
– Ale przykro mi, że zepsułam wam koniec wakacji.
– Głupstwo. Masz zacząć wreszcie dbać o siebie. I przestaniesz się zamęczać, bo ja, jako przyszła lekarka, nie pozwolę ci na to. Już ja się tobą zajmę – żartobliwie pogroziła mamie Małgosia.
Życie wróciło do normy, wszystko szło ustalonym trybem. Ojciec wrócił zanim Zosia, uspokojona co do stanu zdrowia mamy, zdążyła wyjechać do Warszawy. Tata miał dla niej ofertę pracy w firmie kolegi, w Krakowie.
– Naprawdę tak bardzo nas nie lubisz, że nie chcesz być blisko nas i koniecznie musisz stąd uciekać? – mówił poważnie, ale jakoś dziwnie się uśmiechał pod ciemnym jeszcze wąsem, czego Zosia nie zauważyła pogrążona w swoich myślach.
Jak zawsze uparta, postanowiła jechać do Warszawy.
Następnego dnia wyszła na pożegnalny spacer po okolicy. Szła rozmyślając o ostatnich przeżyciach, z sercem wypełnionym tęsknotą za Damianem. Zdawała sobie sprawę z faktu, że nie spotka go nigdy więcej. Nie ma takiej możliwości. Jak odnaleźć człowieka nie znając adresu, nie wiedząc w jakiej części Polski ma zamiar zamieszkać, oczywiście o ile pozostanie w kraju przodków. Mieli tyle ciekawych tematów, że nie zdążyli porozmawiać o przyziemnych sprawach… wyjechała tak nagle…
Szła i szła, a kiedy wreszcie zeszła z obłoków na ziemię spostrzegła, że zmierza dobrze znaną wąziutką ścieżynką w stronę Domu, a raczej dziury w płocie prowadzącej do ogrodu. Rozejrzała się wokół. Nie dostrzegła nikogo, panowała cisza wypełniona jedynie dobrze znanymi odgłosami natury. Przedostała się do środka. Westchnęła z ulgą. Trochę się zmieniło, owszem, ale został zachowany urok dzikości. Bardzo jej się to spodobało. Przystrzyżona trawa dawała złudzenie powiększenia i tak dużej powierzchni. Żywopłot odzyskał kształt, chwasty przestały dusić róże. Sam Dom miał nową elewację, która pokrywała wypełnione braki w murze oraz kamienną balustradę na werandzie. U podnóża schodków na nią prowadzących stały duże donice z kwitnącymi kolorowymi kwiatami. Pod oknami posadzono małe iglaki. Okna były szeroko otwarte.