„Widocznie tak miało być” – 28

Popołudnie było bardzo przyjemne, nie upalne ale słoneczne. Aldona postanowiła zrobić przyjemność Tinie i wybrać się z ulubienicą na dłuższy spacer. Dla niej również było to przyjemnością, ponieważ –  jak zwykle po powrocie do domu – odreagowywała pracowe stresy, a spacer jej w tym pomagał. Najbardziej dokuczliwa była świadomość, że każde jej poczynanie jest śledzone, zaś informacje natychmiast płyną od Grety nie tylko do Agaty, ale i do Mariana. Musiała więc uważać na każde słowo i gest. Martwiła się co będzie, gdy nie uda się  dłużej ukryć postępującej zmiany figury. Moda na szczęście sprzyjała jej potrzebom, więc nosiła do pracy szerokie koszulki typu „nietoperz” lub kolorowe kamizelki zakrywające to co zakrywać powinny.

Szły w stronę Natolina, potem Belgradzką skręciły do ulicy Rosoła i wkrótce znalazły się na wysokości domu Teresy. Skoro dotarły aż do tego miejsca, zadzwoniła domofonem.

– Cześć Tereska, nie miałabyś ochoty na spacer z Maksem? Jakoś mnie tu przyniosło okrężną drogą.W związku z tym nie mogłam się oprzeć pokusie i zadzwoniłam…

– Bardzo dobrze zrobiłaś, dawno już miałam wyjść tylko ciągle coś mi przeszkadzało. Poczekaj, zaraz  będę gotowa. Chyba, że wejdziesz do środka?

– Nie, poczekam.

Po chwili Teresa witała się ze swoją przyjaciółką, a Maksio ze swoją. Teresa od razu przeszła do rzeczy.

– Słuchaj Doniczko, do taty przyjechał  jego przyjaciel architekt. Ten, który zaprojektował Cięciwowy Domek. Może chcesz się z nim spotkać? Jutro obaj przyjadą na Ursynów odwiedzić mnie.

– Ja? A niby po co? Co takiego miałabym mu powiedzieć? – zdziwiła się Aldona.

– Mogłabyś pogadać o twoich pomysłach na dom w Cięciwie, opowiedzieć jak sobie go wyobrażasz, jakie potrzeby powinien zaspokajać. I o tej psiarni, którą wymyśliłaś.

– Nie ja wymyśliłam tylko Sergiusz. Ja się jedynie zapaliłam do pomysłu.  Poza tym nie moja działka, nie mój dom. Niech sobie Agata planuje.

– Tobie chyba całkowicie już na rozum padło. Agata nic do działki nie ma. Dorota ci nie mówiła?

– Jak to nie ma? Jest legalną żoną, zapomniałaś? Działka nabyta podczas trwania małżeństwa jest też jej własnością. I tyle. Już widzę jak zaszywa się w lesie… No, na pewno – skwitowała z przekąsem. – Sprzeda ją i tyle.

– Ze względu na swoją nową córeczkę mogłabyś nie być taka zgorzkniała. Chcesz, żeby się wykrzywiona urodziła? – uśmiechnęła się pod nosem Teresa.

– Nie pleć. Powiedz, co ja tak naprawdę mogę mieć do tej działki? Powtarzam ci, że Agata ją spienięży. Sprzeda. Jak najszybciej się uda.

– A ja ci mówię, że nie.

– Chcesz się założyć?

– Nie, bo to ty byś przegrała. Nie mogę przecież wykorzystywać ciężarnej kobiety.

– Niby czemu?

– Czemu nie chcę wykorzystywać? – z miną niewiniątka spojrzała Teresa na coraz bardziej zniecierpliwioną przyjaciółkę.

– Czemu nie sprzeda?!

– Bo nie ma do tego żadnego prawa, kochana Doniczko – Teresa miała chochliki w oczach.

– Jak to nie ma? Mogłabyś wyjaśnić? Czegoś tu najwyraźniej nie rozumiem.

– Żeby coś sprzedać, trzeba to coś najpierw mieć.

– Nie wytrzymam… – Aldona rzuciła groźne spojrzenie.

– No już dobrze, ulituję się nad tobą. Działka formalnie należy do mamy Sergiusza.

– Co?

– To, co słyszysz. Działka należy do pani Meli. Nikt o tym nie wie. Teraz ty wiesz, więc buzia na kłódkę. Tak wymyśliła Dorota przed zakupem.

–  Coś podobnego! Popatrz jaka ta Dorcia mądra. I nic nie powiedziała.

– Właśnie dlatego, żeby brata  zabezpieczyć przed Agatą. Znając go lepiej niż on sam siebie wolała zawczasu zadbać o rodzinne interesy. Od razu u notariusza ciotka spisała też testament, tak na wszelki wypadek, więc działka jest zabezpieczona i w żadnym wypadku nie wpadnie w ręce tej jędzy. Może na nią ostrzyć zęby ile chce, połamie je sobie, cholera jedna.

Aldona miała uczucie jakby ogromny ciężar spadł jej z serca i potoczył się w nieznane. Umilkła zapatrzona w obraz, który nagle pojawił jej się przed oczami. Obraz, na którym stała obok ukochanego w lesie, a on w tym właśnie momencie obiecał, że będzie harował jak dziki osioł, żeby jak najszybciej móc wybudować dla nich dom…

– Hop, hop! Wracaj tutaj – przywołała ją Teresa do rzeczywistości. – Zrozumiałaś co do ciebie mówiłam?

– Co? No tak, Dorota, nie, ciotka, znaczy pani Mela jest właścicielką…

– Popatrz, o wilku mowa. Maksiu, zobacz kto idzie. Widzisz?

Maks rzucił się w kierunku Azy, która już z daleka go wypatrzyła i w imponujących susach zbliżała się, nic sobie nie robiąc z opiekunki uczepionej końca smyczy. Tina najpierw przysiadła, potem poznała „nadciągające tornado” i już bez strachu podążyła na spotkanie u boku Maksa.

– Właśnie chciałam was spotkać – oświadczyła zadyszana opiekunka tornada. – Aza, uspokój się już, ty małpiszonie. Zapomniałaś, że jestem na drugim końcu sznurka? No już, spokój. Chodźmy na łąki, muszę spuścić psicę ze smyczy, żeby polatała bo ją energia rozsadza.

– Bardzo dobrze, chodźmy na łąki wilanowskie – skinęła głowa Teresa. – Wpadniecie potem do mnie na kawę? Ty, Doniczko, dostaniesz dobry sok.

– Nie, teraz nie mogę – odpowiedziała Dorota. – Ciotka przyjedzie. Umówiłyśmy się na dziś. Musimy pogadać o domu, żeby mieć gotowy plan… – przerwała i spojrzała czujnie na Aldonę zwracając się do Teresy. – Powiedziałaś jej?

– A mnie tu nie ma, że rozmawiacie ponad moją głową? – oburzyła się Aldona.

– Przed chwilą. Nie wiem czy zrozumiała, bo się dziwnie zachowuje…- odpowiedziała Teresa uśmiechnięta od ucha do ucha.

– No wiesz… – oburzyła się Aldona.

– Dobrze. Skoro tak, mogę mówić otwarcie. Postanowiłyśmy z ciotką wybrać projekt domu. Miejsce, w którym ma stanąć, jest wiadome. Założenia jakie chałupa ma spełniać też znamy. Żeby nie odwlekać w nieskończoność chcemy jutro porozmawiać z Dziadka przyjacielem w sprawie projektu budynku.

– Tak nagle? – oszołomiona ilością informacji Doniczka nie mogła nadążyć za tokiem myślenia przyjaciółki. Pomyślała, że w ogóle ostatnio ma problemy w nadążaniu za myślami innych.

– Co nagle? Od dawna przecież planujemy. Doszłyśmy do wniosku, że taniej będzie jak postawimy bliźniak.

– Po co bliźniak?

– O matko kochana! Pół dla ciotki, znaczy dla was, no, dla mojego brata i pół dla mnie. Przecież nie będę do końca życia mieszkała w namiocie.

– A co na to Sergiusz?

– On ma do rozwiązania inne problemy. Do ciotki powiedział, żeby robiła co chce, bo to jej własność. I tego się będziemy trzymać – uśmiechnęła się szeroko jak łobuziak po udanie spłatanym figlu.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 18 komentarzy

Co na obiad?

Wzięłam gruby zeszyt i postanowiłam wklejać (wpisywać, notować) w nim przepisy wypróbowane ostatnio. Między innymi te, o których wspominam na blogu, żeby się nie powtarzać, bo w końcu może mi się wszystko pokręcić. Przy okazji będę miała odnowioną moją własną, osobistą książkę kucharską. Stare zapiski wyglądają…  tak jak mogą wyglądać zapisane kartki papieru często używane w kuchni po wielokrotnym stykaniu się z różnymi produktami spożywczymi 🙂 I to przez wiele, wiele lat. Długo pewnie już by nie wytrzymały. Kilka schowam głęboko na pamiątkę – na przykład przebitkę zapisaną ołówkiem, gdy siedziałam w babcinej kuchni przy stole, a babcia akurat zagniatała ciasto na stolnicy i opowiadała co robiła kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze pracowała u Potockich w pałacu jako młoda dziewczyna…  zapisałam wtedy ciasto drożdżowe, faworki, róże karnawałowe. Z ciastem to było tak: babciu, ile dajesz tego, tego…  a bądź ile, tyle, ile zabierze – odpowiadała babcia. A ja wtedy kompletnie zielona byłam w sprawach kuchni. Uwielbiałam jedynie pałaszować przepyszne babcine wypieki, gotować zaczęłam dużo później. Tak bardzo żałuję, że za późno, aby się nauczyć od babci tajników kuchni 🙁
Wypróbowałam przepis na nadziewane bułeczki. Potrzebne do tego są kajzerki, pieczarki, żółty ser, jajko oraz sól, pieprz, ewentualnie vegeta. Z bułeczek trzeba odciąć wierzchy, wydrążyć łyżeczką ośródkę (jak mówiła babcia) i użyć ją potem np. do kotletów mielonych.
Pieczarki obrać należy, zetrzeć razem z serem „na dużych oczkach”. Dodać jajko, przyprawy i napełnić bułeczki. Nie przykryłam odciętymi wierzchami bojąc się, że nadzienie pozostanie surowe. Położyłam obok myśląc, że się upieką i będą do chrupania dla psiepsiołów. Piekły się 20 min. w 180 st. Prawdę mówiąc nie wierzyłam, że będą pyszne, ale były 🙂
Kilka dni wcześniej przyrządziłam drobiowe kotlety z papryką. Użyłam: 1 filet drobiowy, 2 papryki, 3 jajka, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, kawałek sera żółtego, sól, pieprz, olej. Pokroiłam drobniutko fileta, także samo paprykę i ser. Wszystkie składniki razem wymieszałam i łyżką kładłam na rozgrzany olej. Usmażyły się na złoto i były bardzo smaczne placuszki, właściwie kotleciki, łagodne w smaku, ponieważ papryka dodała słodki smak. Dodatkowo wyglądały ładnie i apetycznie.

Tak się na patelni prezentowały podczas smażenia

W sobotę upiekłam pieczeń rzymską, do której dodałam utarte tofu i dużo przyprawy do gyrosa. Pozostałe składniki jak na kotlety: mielone ( u mnie tylko drobiowe), namoczona w mleku bułka, jajko, cebula (zawsze dużo surowej daję), jeszcze utarty ziemniak, sól,
pieprz, papryka. Masę trzeba dobrze wyrobić. Połowę włożyłam do formy trochę większej niż keksówka. Mam taką bardzo starą, od babci właśnie, może mieć ok. 100 lat 🙂 Naprawdę!  Do masy w formie wcisnęłam jajka na twardo, obok jajek ułożyłam paski czerwonej papryki oraz konserwowego ogórka. Na to poszła reszta masy. Koniecznie trzeba dobrze docisnąć, żeby wypełniła przestrzeń między jajkami, wyrównać i upiec. Trzymałam ok. 1 godz. w temp. 180 st. Kiedy na wierzchu zbierze się płyn podczas pieczenia, usuwam go ręcznikiem papierowym. Pieczeń wyszła bardzo dobra w smaku, konsystencję też miała idealną, wyglądała ładnie i kolorowo po przekrojeniu.

Można dołożyć więcej kolorowej papryki, będzie ładniej wyglądać

Miałam kilka ugotowanych ziemniaków, za mało aby odsmażyć na obiad dla trzech osób. Przypomniałam sobie, że mama robiła paszteciki z ciasta ziemniaczanego. Podawała je czasem na niedzielny obiad do bulionu. W środku była usmażona mortadela. Bardzo je lubiłam. Pomyślałam, że utrę te ugotowane ziemniaki, dodam jajko, cebulkę (tym razem usmażoną), mąkę – tak zrobiłam. Aha, jeszcze przyprawę do ziemniaków, sól, pieprz. Zagniotłam ciasto i zdziwiłam się, że tak łatwo mi to poszło 🙂  Uformowałam takie paluszki, bez nadzienia, spłaszczyłam nożem i usmażyłam na oleju. W smaku przypomniały mamy paszteciki. Może zrobię następnym razem nadzienie z pieczarek. Powinny być smaczne 🙂

Smakowały z pieczenią i surówką

Surówka –  z tego co akurat w domu było: kapusta pekińska, papryka czerwona, cebula, kawałek ogórka świeżego, konserwowy ogórek, plus sól, pieprz, czosnek, zioła prowansalskie, ocet jabłkowy. Musi być, żeby ostrości nadać pasztecikom z pieczenią.

„I to by było na tyle” – cytując klasyka. Smacznego dnia 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 38 komentarzy

„Cukiernia Pod Amorem” i inne kwestie

6.02.2020
„Cukierni Pod Amorem” miałam do tej pory: cz.1 – „Zajezierscy”, cz.2 – „Cieślakowie”, cz.3 – „Hryciowie”. Do tego powiązana „Podróż do miasta świateł” w dwóch częściach: 1. „Róża z Wolskich”, 2. „”Rose de Vallenrod”. Teraz dostałam 3-cią część losów Hryciów pt. „Jedna z nas”. Umknęła mi więc 2-ga. Dla wyjaśnienia – jest to cykl autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, saga obejmująca losy kobiet głównie (ich mężczyzn trochę też), od połowy XIX wieku do współczesnych nam lat, ukazane na tle wielkich wydarzeń historycznych. Wciąga od początku, oderwać się od niej nie można i dlatego sobie „popsułam” oko, bo przecież musiałam skończyć jak zaczęłam. Na szczęście jest lepiej.

Przechodząc do następnej kwestii – usłyszałam o propozycji płacenia za wizytę u lekarza, na którą pacjent nie przyjdzie. OK, ale – czy jeśli przychodnia odwołuje albo samowolnie przesuwa termin wizyty bez konsultacji z pacjentem, to ten poszkodowany pacjent dostanie
ekwiwalent pieniężny za poniesione straty? Poza tym – do recepcji często nie daje się dodzwonić. Albo nikt nie odbiera, albo wyraźnie słychać, że pani podnosi słuchawkę i rozłącza się, albo odkłada na bok i wtedy pacjent płaci za czekanie słuchając jak jedna pani opowiada drugiej pani o randce albo o teściowej… To jak odwołać wizytę? Przyjść i powiedzieć, że się nie może przyjść? Sama odwołuję wizytę, jeśli coś się zdarzy, uważam, że tak jest w porządku. Natomiast zupełnie nie w porządku jest gdy przychodnia odwołuje wizytę i nie proponuje nowego terminu, tylko każe dzwonić – wtedy na całe tygodnie i miesiące odwleka się kolejna wizyta, można jej zwyczajnie nie doczekać. I to jest obrzydliwe lekceważenie człowieka.

W sprawie najważniejszej dla nas wszystkich, która rozstrzygnie się w maju, nie powiem nic. Szkoda mojego zdrowia, wystarczająco dawałam się ponosić emocjom w owym pamiętnym lipcu i potem długo nie mogłam dojść do siebie. Nic to nie dało, wręcz z każdym
miesiącem dzieje się coraz gorzej. Tak więc po prostu „Róbmy swoje” jak powiedział Mistrz, bez niepotrzebnego marnowania energii. Co ma być to i tak będzie… O jednym tylko wspomnę o czym przeczytałam. Jeśli córka osoby sprawującej urząd ucieka z kraju za granicę, to o czymś świadczy chyba. Też bym uciekła w takim przypadku, żeby wstydu uniknąć. W Anglii nikt się nie będzie pytał o rodziców, większość wyspiarzy w ogóle o nich nie słyszała. Tak są zapatrzeni w swoją wielkość, że nie zauważyli, iż już odpłynęła w mroki
przeszłości i po imperium zostało wspomnienie. Do zwykłego zjadacza chleba to nie dociera. A co się stanie za chwilę po brexicie? Ano to, że będą sobie w brodę pluć, kiedy się zderzą za jakiś czas z brutalną rzeczywistością. Od koleżanki mieszkającej w Niemczech wiem,
że rodacy, którzy nie będą mogli zostać w Anglii uciekają do Niemiec i Holandii,  i coraz tam trudniej o pracę w związku z tym. Ona aktualnie też szuka.

Trochę się już oswoiłam z telefonem dotykowym. Na początku to było coś strasznego. Gdziekolwiek dotknęłam przez przypadek od razu do kogoś dzwoniłam! O każdej porze dnia i nocy! Nawet gdy chciałam nad ranem wyłączyć budzik w telefonie! Straszne! No ale…
Stopniowo opanowałam podstawowe czynności, ręcznie wprowadziłam kontakty, ozdobiłam zdjęciami, nauczyłam się pisać smsy na tym nowym ustrojstwie. Nie działała poczta. No to po co mi taki duży klamot jeśli nie mogę maila dostanego przeczytać ani w  internet wejść? W kieszeni się toto nie mieści, zanim odbiorę kiedy dzwoni to cuda na kiju muszę robić, a często i tak sama rozłączę zanim uda mi się odebrać… Duży więc coś tam porobił, zresetował, skopiował kontakty ze starego telefonu, które gdzieś tam zakotwiczyły w niewiadomym miejscu, bo najpierw były, a teraz nie ma.  To znaczy pewnie są, tylko nie potrafię odnaleźć. Znów ręcznie od początku wklepywałam. No dobrze, przetrwałam chęć rzucenia tym czarnym pioruństwem o ścianę. Wytrzymałam, po pewnym czasie starałam się polubić to coś… I nareszcie poczta zaskoczyła! Jest! Pierwszy raz w telefonie odczytałam maila od Ewy! Po czym – myślałam, że jak skasuję w telefonie, to w Lapciu na poczcie zostanie! Widzicie jaki głąb komputerowy ze mnie? Zawsze to powtarzam. Na szczęście wpadłam na pomysł, jak go odzyskać. W Lapciu, nie w telefonie przecież tego dokonałam.  A potem się zdziwiłam, że w telefonie znowu jest 😉  Drugie „mądre” posunięcie – hi hi – z poczty w telefonie chciałam wysłać zdjęcie na pocztę w Lapciu!!! I zdziwiłam się, że nic z tego 🙂 Daj chłopu zegarek to go będzie kłonicą nakręcał…

Skitek do mnie mówi: cicho bądź, nie widzisz, że Franek odpoczywa?

Teraz będzie o mądrości kota. Jak wiecie, Franuś nas adoptował w charakterze rodziny zastępczej i kiedy aura nie sprzyja włóczeniu się po okolicy, a jego rodziny nie ma w domu – przychodzi do nas na przekąskę, drinka i odpoczynek. Najbardziej lubi spać w fotelu w pokoju na górze, bo mu tam nikt nie przeszkadza, czasem śpi w szafie u babci D., czasem pod stołem w swoim koszyczku wyścielonym miękkim, wełnianym szalikiem. Dziś (piszę we czwartek) przyszedł rano, nie chciał poczęstunku, od razu poszedł spać na fotel. Ja pojechałam na rehabilitację, wróciłam, jeszcze dłuższy czas spał, potem zszedł, kazał się wypuścić na zewnątrz i pobiegł za swoimi sprawami. Po obiedzie wyszłam z psiepsiołami, zimno było, wiał lodowaty wiatr, padała marznąca mżawka. Franek wyszedł z sąsiedniej uliczki. Powiedziałam: Franuś, idź do siebie i zaczekaj. Poszłam z Szilką i Skitusiem na łąkę, właściwie na mokradło, buty przemoczyłam. Wracając o mało nie padłam jak długa na wysokości Franusiowego domu, bo psiepsioły w radosnych podskokach ruszyły przed siebie po raz kolejny witać się z Franusiem siedzącym za bramą własnego podwórka. Zawsze się tak witają. Czasem ludzie widzący po raz pierwszy taka scenę przystają i patrzą z niedowierzaniem. Powiedziałam tylko: Franek, chodź z nami. Nie musiałam powtarzać. Wyprysnął jak strzała przeskakując między prętami bramy i wyprzedzając nas w podskokach pierwszy dotarł pod nasze drzwi. Tak oto całą trójkę przyprowadziłam do domu. Franek głodny nie był,. poszedł „do siebie” na fotel spać dalej:)

Jestem niczym czarna pantera…

Jestem tajemniczy…

 

Na tym zdjęciu widać jak czują się dobrze  w swoim towarzystwie 🙂

To cudne maleństwo jest nowym członkiem Franusiowej rodziny 🙂

Słodziak nad słodziaki 🙂 🙂 🙂

Zapomniałam dodać, że autorką zdjęć rudego słodziaka jest opiekunka Franusia 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

Przemknęły

Przemknęły dni jeden za drugim szybko, jak to ostatnio mają we zwyczaju. Gdzie ten czas, kiedy czekałam na coś i czas się ciągnął niczym sparciała guma 😉
W piątek byłam „na dyżurze” u Calineczki. Spadł pierwszy – i jak dotąd jedyny – śnieg tej zimy, który szybko stopniał zamieniając się w błoto pośniegowe. Fatalnie się wtedy jeździ, szczególnie po zapadnięciu zmroku. Ludzie poruszający się piechotą powinni zdawać sobie
sprawę, że w ogóle ich na drodze nie widać. Naprawdę nie widać!!! A w ciemnych ubraniach, w ciemnych kapturach na głowach – to jakby ich już na tym świecie nie było, gdy przyjdzie im do głowy wejść nagle na jezdnię.Widziałam na własne oczy kobietę przechodzącą przez ulicę wpatrzoną w ekran telefonu. I nie była to małolata! Widziałam na
własne oczy! Jak to nazwać? Skrajną głupotą? A jak się będzie czuł kierowca, któremu taka istota nagle wejdzie przed maskę? Szkoda gadać…
Wracam do wnusi. Moje szkrabiątko było grzeczne jak aniołek. Nie do wiary 🙂 Nie poznawałam Calineczki 🙂 Zjadła serek, zjadła omlecik, który jej usmażyłam, nakładała sobie miodek na pokrojone kawałki i jadła bez protestu 🙂  Co chwilę kazała stawiać się na parapecie i pokazywała na śnieg, najwyraźniej była nim zafascynowana. Potem usnęła bez oporu przytulona do babci Ani 🙂  A najważniejsze – powiedziała po raz pierwszy nie „baba” lecz „babcia” 🙂 🙂 🙂
W sobotę poza wszystkimi normalnymi czynnościami typu zakupy, pranie, prasowanie, gotowanie, pieczenie – w weekendy mamy tańszy prąd – przeczytałam kolejny tom „Cukierni pod Amorem”, który dostałam od Męża. Przy okazji spostrzegłam, że umknął mi jeden, muszę go poszukać. Skończyłam oczywiście, ale moje oczy stwierdziły, że przesadzam, że już nie te lata, kiedy mogłam czytać ponad 500 stron w jeden dzień.
W związku z tym w niedzielę obudziłam się z bólem lewego oka, szczególnie odczuwanym podczas mrugania. Ale dopiero po powrocie z porannego (choć ciemno jeszcze było) spaceru z psiepsiołami spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że mam czerwone oko (białko). Szkoda, że nie było castingu na wampira, załapałabym się jak nic!
Niedziela była brzydka, padał deszcz, więc całe szczęście, że rano zrobiłam psiepsiołom porządny spacer, przeszliśmy szmat drogi. Potem już tylko był szybki wyskok do „toalety” i po spacerze. Oko mnie bolało, miałam problem z patrzeniem w komputer, w telewizor zresztą też.
W poniedziałek, czyli dziś, byłam na pierwszej rehabilitacji. Liczę na to, że choć trochę przyniesie ulgę memu zmęczonemu kręgosłupowi. Oko ciut mniej boli, stosuję żel, przemywam rumiankiem i mam nadzieję na poprawę. Mam też nadzieję, że to tylko przemęczenie. Zdecydowanie pora zwolnić. A tyle jeszcze chciałabym przeczytać, zobaczyć, poznać…  Brak mi czasu, żeby pomału, na spokojnie bywać na Waszych blogach, przeżywać’ odczuwać Wasze  wpisy. Wiecznie się spieszę, lecę jak pedolino, a powinnam jak lokomotywa parowa. Porównanie stąd, że wczoraj widziałam (drugim okiem) fragment programu o pociągach, ładna pani maszynistka prowadziła pociąg, a starsi panowie z
miłością się odnosili do starej lokomotywy na parę. Tak w ogóle to boję się pociągów i wszystkiego co pełznie po szynach.

Dobrego tygodnia życzę bez względu na zawirowania na świecie 🙂

Pierwszy śnieg na Ursynowie

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 36 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 27

  Po powrocie do domu zastanawiała się nad słowami Grety. Zbyt dobrze już poznała naturę tej kobiety, żeby móc pozbyć się obaw. Wiedziała, że oto zaczyna się ciężki etap życia. Agata dotarłszy raz do źródła informacji jakim jest Greta z pewnością nie odpuści. Aldona będzie śledzona przez dzień cały, nie wyjdzie do toalety, żeby Greta nie odnotowała tego faktu. Nawet nie dla korzyści lecz  z  prostej przyjemności jaką znajdowała w dokuczaniu koleżance. Ot, taki typ człowieka gotowy zawsze siać niezgodę, kwitnący wśród kłótni, intryg, kłamstw i oszustw, taki co nie zawaha się przed niczym. Nawet przed zagarnięciem cudzego – jeśli jej się tak spodoba – nie cofnie się. Oj, trudno będzie. Jednak ona, Aldona, ma atut, o którym nie wiedzą te dwie harpie. Jest przezeń silna, odporna, odważna jak lwica broniąca młodych. I ma przed sobą perspektywę, zaplanowaną przyszłość, więc może być zupełnie spokojna. A na razie ma do załatwienia ważniejszą sprawę.

Po powrocie z pracy poszła do Doroty. Przyjaciółka otworzyła drzwi „udekorowana” ogromnym siniakiem otaczającym oko.

– Matko jedyna, co ci się stało? Kto ci oko podbił? – krzyknęła Aldona.

– Alkohol … – zaczęła Dorota.

– Alkohol ci oko podbił? – zdziwiła się Aldona.

– Alkohol szkodzi…

– Przecież wiadomo, że tak. W nadmiarze oczywiście. Ale co ma wspólnego z twoim okiem? Upiłaś się? A może Michał się upił i ci przyłożył?

– Chyba zidiociałaś na amen – obruszyła się Dorota. – Żeby Michała o coś takiego posądzać to trzeba rozumu za grosz nie mieć.

– No wiesz, alkohol rozum odbiera, rzecz udowodniona…

Rozległ się kolejny dzwonek i do mieszkania wpakowała się Teresa.

– Oo, co ci się stało? – wyraziła zdziwienie o takiej sile natężenia jaką przed chwilą zaprezentowała Aldona.

– Druga mądra – odburknęła gospodyni. – Jednej próbuję wytłumaczyć… ale ona w ciąży, to nie rozumie, bo rozum dziecku użyczyła, żeby się dobrze rozwijało…

– Doniczka, co jej się stało? Ty coś rozumiesz?

– Obawiam się, że nie tylko w oko dostała, ale również poniosła dużą szkodę na umyśle – westchnęła Aldona ledwo powstrzymując głośny wybuch śmiechu. – Ciekawe co jej tak rozum uszkodziło…

– Idiotki kompletne, obydwie – huknęła Dorota. – Usiłuję wam powiedzieć, tylko mi przerywacie, że alkohol szkodzi. Spróbuj się odezwać – spojrzała groźnie na Teresę już otwierającą usta, żeby coś wtrącić. – Wczoraj mieliśmy z Michałem taką swoją rocznicę. Poszłam po szampana schowanego na balkonie, na samym końcu, akurat zimno było, to mógł tam stać. Schylając się po niego rąbnęłam twarzą w pałąk, na którym zaczepiam linki, kiedy wieszam pranie. Ot i tyle.

– No wiesz co, stwierdzam, że w twoim przypadku alkohol szkodzi nawet zamknięty w butelce – oświadczyła Aldona

Weszły wreszcie do pokoju. Dorota postawiła na stoliku dzbanek z herbatą i szarlotkę.

– No nie, nie powinnaś stawiać przede mną słodyczy, bo niedługo będę grubsza od wieloryba. I jak ukryję swój stan w pracy?

– To nie jedz, ćwicz silną wolę – Dorota nie okazała ani grama litości.

– Przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach – westchnęła Teresa.

– Zdecydowanie wolałabym nudniejsze  – stanowczo stwierdziła Aldona. – Naprawdę marzę o ciszy, spokoju, o świecie pozbawionym  agresji, nienawiści, wojen…

– Utopia. Ale pomarzyć dobra rzecz – skinęła głową Dorota. – Ludzkość od wieków walczy o pokój i co z tego?

– Właśnie – wtrąciła Aldona, – walczy. A gdyby pokój zwyczajnie sam ogarnął świat i nad nim zapanował? Rozpostarłby się, rozprzestrzenił jak mgła nad ranem…

– Gadasz jakby tobie mgła się rozprzestrzeniła w mózgu – popukała się palcem w czoło Teresa.

– Jeszcze się taki nie urodził co wszystkim by dogodził – Dorota spojrzała na Teresę. – A ty nie pukaj się w czoło, bo się okaże, że tam pusto. Jedni chcą spokoju, inni do życia muszą mieć zamęt wokół.

– O to, to, jak ta nieszczęsna Greta z mojej pracy – stwierdziła Aldona.

– Raczej ty jesteś nieszczęsna, że musisz z taką lampucerą siedzieć w pokoju. Ona jest chyba zadowolona – skomentowała Teresa.

– Ona nigdy nie jest zadowolona. Chyba jak do tego stopnia namiesza, że już nikt nie wie o co chodzi, wtedy przez chwilę może tak. Niesamowita jest zdolność z jaką kłamie. Na przykład przez telefon opowiadała jakiejś swojej psiapsiółce, że gotowała zupę pomidorową, ze szczegółami opowiadała, co po czym wrzucała, ile czego i na jak długo. W chwilę potem zadzwoniła do innej i opowieść się powtórzyła, tyle, że główną rolę grała zupa ogórkowa.

– Widocznie jest z gatunku tych, co prawdę powiedzą tylko jak się pomylą – z politowaniem skinęła głową Teresa.

– Biedny jest taki człowiek – powiedziała Dorota. – Mam wrażenie, na podstawie twoich relacji oczywiście, przecież osobiście jej nie znam, że krótkotrwałe przyjemności przedkłada nad wszystko inne, wybiera szybkie, nietrwałe rozwiązania problemów, które na dłuższą metę niczego nie załatwiają…

– No i ty, Doniczko, chcesz pokoju na całym świecie mając w pobliżu  takie jednostki jak moja bratowa, twoja Greta, czy Marian – wtrąciła Teresa.

– Nie moja, nie moja – Aldona wyciągnęła przed siebie ręce jakby w geście obrony.

– W sensie koleżanka, przecież nie ja z nią siedzę biurko w biurko – wyjaśniła Dorota.

– Nie patrz na nią, bo ci się brzydkie dziecko urodzi  – poradziła Teresa.

– O właśnie, postaw sobie jakiś ładny widoczek, żebyś się na cholerę nie zapatrzyła – zgodziła się Dorota z przedmówczynią. – Przynajmniej będę miała ładną bratanicę.

– Nie może być spokoju na całym świecie, to niech chociaż w Europie będzie, a cholery niech za morza idą – skrzywiła się Teresa.

– Akurat, bo ktoś ich tam potrzebuje – odpowiednią mimiką twarzy Dorota wyraziła dezaprobatę dla wszystkich choler na świecie.

– Ale poważnie, niech na tym naszym starym kontynencie  wreszcie zapanuje spokój. Tyle się tu działo przez ostatnie dwa tysiące lat, że wystarczy, znudziło mi się…- westchnęła Aldona.

– Popatrz Tereniu – Dorota porozumiewawczo trąciła przyjaciółkę, – nieźle się trzyma jak na dwa tysiące lat…

– No, i jeszcze dziecko będzie miała…

– Zarobicie, obydwie zarobicie zaraz, jędze jedne – pogroziła Aldona.

Aza, która właśnie zakończyła drzemkę, przeciągnęła się i była gotowa na jakieś atrakcje. Położyła przednie łapy na ramionach pani usiłując ją polizać po twarzy.

– A idźże ty paskudo, rzuć się na ciotki bo one się mnie czepiają.

Aza po namyśle „rzuciła się” na „ciotki” ze szczekaniem w pysku i miłością w oczach jak to określiły Stokrotki, które przyszły po matkę w towarzystwie chłopców Doroty. Za nimi pojawił się Michał, dziś wypadała jego kolej przyprowadzenia całego towarzystwa z zajęć na basenie.

Kajtuś podkradł się do Teresy i zaczął ją łaskotać. A ona nic.

– Ciocia, nie mas  gilgotek?

– Nie mam.

– To ty jesteś jakaś wybrakowana ciocia – stwierdził rozczarowany i zwrócił się do matki. – Mama, zrobis prośne kulki?

– Zrobię Kajtusiu, zrobię.

– A sypko zrobis?

– Jak ciocie pójdą do domu.

– No to jus sobie idźcie – Kajtuś ze zniecierpliwieniem spoglądał na gości.

– Nie lubisz nas Kajtusiu, że tak nas wyrzucasz? – droczyła się Aldona.

– Lubię, nie wyzucam, tylko chcę, zeby mama zrobiła prośne kulki – sprostował.

– A co to takiego?

– Kulki z kaszy jaglanej utytłane w czekoladzie – wyjaśniła Dorota.

– Utytłane? Czemu prośne?

– No, obtoczone. Co wy obie dzisiaj jakieś tępe jesteście, niczego nie rozumiecie. Prośne, bo kasza jaglana jest z prosa, prośte, tfu, proste chyba.

– Ciocia, ty za wolno dzisiaj myślis – Kajtuś z dezaprobatą spojrzał na Teresę.

– A ty za szybko, uważaj, żebyś się nie spocił – Linka stanęła w obronie Teresy, która dusiła się ze śmiechu.

Aldona wyjęła z torebki paczkę cukierków.

– Poczęstujesz się Kajtusiu?

Spojrzał na paczuszkę i skrzywił buzię jakby się napił soku z cytryny.

– One scypią w język, są niedobre. Wies co? Pocęstuj kogoś, kogo nie lubimy, niech jego poscypie.

– Och ty, mądralo – roześmiała się. – Nawet chętnie bym poczęstowała taką jedną… No dobrze, trzeba iść. Kajtusiu, masz nowy zegarek. Możesz powiedzieć, która godzina?

– Nie mogę ci powiedzieć, bo mi się zegarek zuzywa – odpowiedział poważnie.

– Jędrek, a ty ruszże się wreszcie z tego przedpokoju – zawołała Dorota do starszego syna. – Siedzisz w jednej pozycji i nic nie robisz.

– Wcale nie – oburzył się. – Przedtem zmieniałem jedną skarpetkę,  a teraz zmieniam drugą.

– Ciociu, – z kuchni zawołała Inka. – Aza zeżarła gazetę!

– Pewnie jej się artykuł nie podobał – mruknęła Dorota. – Gazeta to nic. Dwa dni temu otworzyła drzwi do kuchni, zeżarła ciasto i pół koszyka pomidorów. Czego już nie dała rady, pomieszała i rozniosła po pokoju.

– O matko jedyna! – krzyknęła nagle Aldona. – Nigdzie nie idę. Przecież przyszłam do ciebie z konkretną sprawą. Ważną na dodatek. Tak mnie zagadaliście wszyscy razem, że zupełnie mi wyszło z głowy.

– Co ci wysło, ciocia? Wsy? – zainteresował się Kajtuś.

– Nie gadaj głupot – wtrącił się  Bartuś. – Ciocia nie chodzi do szkoły, to skąd miałaby mieć wszy? Wszy się przynosi ze szkoły.

– Albo z psedskola – uściślił Kajtuś.

– No to mów, bo przecież muszę te kulki zrobić – Dorota podniosła się z krzesła.

– Wiesz co, chodźmy do kuchni i rób te kulki, popatrzę przy okazji jak to się robi – powiedziała Aldona.

– Dobrze, że już zrobiłaś miejsce, ja też się zmieszczę – Teresa cofnęła się z przedpokoju. – Myślicie, że będziecie jakieś sekrety ukrywać przede mną? Figa!

– Chodź, chodź, może co mądrego wymyślisz, bo to nie są żarty. Słuchajcie, od dziewczynek się dowiedziałam, że Agata chce Monisię gdzieś wywieźć, do jakiejś ciotki czy kogoś, żeby jej nie przeszkadzała.

– A to takie buty – gwizdnęła Dorota. – I w ten sposób chce wywrzeć nacisk na mojego brata. A to cholera jedna.

Do kuchni wcisnął się Kajtuś.

– Mama, co to są skini?

– A cholera wie – odpowiedziała Dorota nie słuchając dziecka zajęta innymi myślami.

– A babcia wie – stwierdził Kajtuś. – Cy babcia jest cholera?

– Uciekaj mi stąd, ale już – machnęła Dorota ścierką w stronę synka. – Ja muszę pomyśleć w spokoju. Już cię tu nie ma.

Kajtuś zmył się natychmiast w obawie przed ścierką.

– A coś konkretniejszego wiesz? – spytała Teresa.

– Nie, skąd. Tyle wiem od dziewczynek, a one od Moniki.

– Michał! – zawołała Dorota. – Chodź tu szybko!

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy

Szczawnickie wspominki 5

18 marca 1948 roku na mocy zarządzenia Ministra Zdrowia upaństwowiono Uzdrowisko Szczawnica. Wybudowano sanatoria branżowe, duże budynki o bryłach zupełnie nie pasujących do pięknej uzdrowiskowej zabudowy. Niemniej jednak mnóstwo ludzi dzięki nowym obiektom mogło skorzystać z pobytu w uzdrowisku, leczenia klimatycznego, wodolecznictwa czy zabiegów rehabilitacyjnych. W 1949 roku zostały otwarte 4 pawilony prewentorium górniczego, w roku 1960 sanatorium „Hutnik”, wieżowiec rzucający się najbardziej w oczy. W latach 70-tych wybudowane zostały sanatoria „Nauczyciel”, „Papiernik”, „Budowlani”, a w 80-tych „Dzwonkówka” i „Nawigator”.
Stare pensjonaty, niestety, nie były odpowiednio remontowane, pęd ku nowości i nowoczesności spowodował zaniechanie konserwacji starych pensjonatów i wiele z nich zniknęło jak chociażby „Litwinka” czy „Sobieski”.
22 lipca 1962 r. Szczawnica otrzymała prawa miejskie. W 1973 r. wymyślono połączenie jej z sąsiednim Krościenkiem (jak Tenczynek z Krzeszowicami, taka „radosna twórczość” wtedy zakwitła). Spowodowało to jednak narastanie wzajemnej niechęci mieszkańców takiego sztucznego tworu administracyjnego. Od 1982 r. Szczawnica odzyskała samodzielność.
Dla zobrazowania dalszego rozwoju miasteczka posłużę się cytatem z: „Szczawnica- informator turystyczny”, Wydawn. Rewasz, Pruszków 2004.
„W 1993 r. uruchomiono kolejkę krzesełkową na Palenicę. W następnych latach przygotowano trasy narciarskie, powstał wyciąg na Szafranówkę, latem działa zjeżdżalnia wózkowa. Wykorzystano nadgraniczne położenie miejscowości. Uruchomienie przejścia granicznego na Drodze Pienińskiej przybliżyło kuracjuszom i turystom miejscowości na Słowacji. Otwarcie w 1999 r. przejść granicznych na szlakach turystycznych stworzyło nowe możliwości wycieczkowe dla turystów pieszych”

Po słowackiej stronie stoi dorożka i czeka na pasażera w miejscu, gdzie kończy się słowacki spływ (obok Lesnicy) zaczynający się koło Czerwonego Klasztoru

 

Tuż przed dawnym przejściem granicznym

Widok na miasteczko z nowej trasy zjazdowej Palenica 2, która poza sezonem zimowym jest trasą spacerową; widać po lewej wysoki wieżowiec – to „Hutnik”, po prawej od niego , nieco w głębi widnieją „Dzwonkówka” i „Nauczyciel”; bardziej w prawo w stronę osiedla rzuca się w oczy długi, żółty „Papiernik”

Widok na tę samą część miasteczka co na poprzednim zdjęciu, ale zrobione z kolejki na Palenicę.

Tutaj widać „Hutnika” z tarasu „Budowlanych”

„Budowlani” – zdjęcie z tegorocznego pobytu

Niesamowicie długie, męczące (podczas wdrapywania się w górę) schody do „Budowlanych”, na dół schodzi się z przyjemnością, bez wysiłku, mając przed oczami taki widok

Dochodzi się schodkami owymi do ul. Zdrojowej na wprost następnych schodów wiodących do „Inhalatorium” po przeciwnej stronie ulicy

„Budowlani” – to było miejsce zamieszkania podczas naszego pierwszego pobytu w Szczawnicy. Potem już nigdy nic nie było takie samo 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 26

Wróciwszy po spacerze do domu z niechęcią myślała Aldona o konieczności porannego wstawania. Nie w tym rzecz, że chciałaby się wylegiwać do południa, w żadnym wypadku. Przez cały jednak tydzień musiała wstawać wcześnie, żeby pójść do pracy. Męczyła się nie dlatego, że jej nie lubiła, tej swojej pracy, skądże. Przeciwnie, bardzo ją lubiła. Tylko teraz nie znosiła psychicznie i fizycznie samego miejsca. Przechodząc przez korytarz do drzwi własnego pokoju przeżywała prawdziwe katusze. Zupełnie jakby korytarz został wypełniony złą energią ludzi wiecznie żrących się między sobą jak psy o kość, kłócących się bezustannie, tonących w plotkach, obmowach, pomówieniach i wyżywających się na delikatniejszych, wrażliwszych osobach nie umiejących walczyć z chamstwem. Zanim pokonała odległość od drzwi wejściowych budynku poprzez schody i długi korytarz, miała wrażenie, że całą ją oblepia brudna, kleista maź przywierająca do każdego kawałka ciała, nie dająca możliwości ucieczki. Pospiesznie zamykała za sobą drzwi pokoju i dopiero wtedy głęboko oddychała. Dobrze się czuła tylko tutaj i tylko dopóki była sama, jak dawniej, jak kiedyś. Nie do uwierzenia, że był czas, w którym z przyjemnością biegła do pracy. Ciągle coś się działo ciekawego, ludzie byli o wiele sympatyczniejsi, liczyła się praca, efekty, ona sama miała wewnętrzne zadowolenie z tego, co robiła.

Teraz nienawidziła nawet myśli o przychodzeniu tutaj.

Przez długi czas po śmierci męża, a potem po rozstaniu z  Sergiuszem, bo tak nazywała ów okres, żyła pogrążona w apatii, obojętnie reagowała na wszystko co się wokół niej działo przyzwyczajając nową koleżankę do swojej bierności. W milczeniu wykonywała pracę za innych nie buntując się. Wreszcie ocknęła się i ujrzała samą siebie w sytuacji bez wyjścia. Coś w niej pękło i nie umiała się sprzeciwić, nie potrafiła powiedzieć: nie. Odczuwała coraz większe upokorzenie i poniżenie, nie wiedziała jak walczyć o siebie. Ludzie, którzy zrzucali na nią swoje – często jedyne – obowiązki, dostawali premie i nagrody większe od niej. Próbowała rozmawiać o tym z szefem, bez żadnego oczywiście rezultatu. Bał się jej koleżanek, które potrafiły otworzyć buzie od ucha do ucha tak, że czmychał przed nimi gdzie pieprz rośnie i zawsze było jak one chciały. Nie był złym człowiekiem, nawet miłym i sympatycznym, chciał jednakże żyć w zgodzie ze wszystkimi, być lubianym przez wszystkich i jeszcze załatwiać swoje prywatne sprawy przy okazji, co w sumie jest nieosiągalne.  Ponieważ bał się wrzaskliwego babińca, rządziły nim  i jeździły mu po głowie jak chciały. Ze strachu przed nimi tłumaczył Aldonie, że wszystko co robi jest celowe, z korzyścią dla ogółu, może nawet chwilami sam w to wierzył. Odważny był przy niej wiedząc, że nie wrzaśnie na niego ciskając na cały głos „panienkami” na literę „k” w przestrzeń międzyplanetarną.

Dusiła w sobie gniew, urazy, żal, poczucie krzywdy, kompletnej pustki, beznadziei. Coraz bardziej zamykała się w sobie tracąc kontakt z otoczeniem, Nie mogła wręcz patrzeć na niektóre osoby, robiło jej się niedobrze. Pomyślała, że to pewnie wynik ciąży, jakaś opóźniona reakcja.

Nikt w pracy nie wiedział o nadchodzących zmianach w jej życiu, przed nikim nie zdradziła się ani słowem. Tak naprawdę nie miała komu się zwierzać, bo nie pozostała żadna bliższa koleżanka. Po ostatniej reorganizacji odeszły wszystkie. Jedne nabyły uprawnienia i przeszły na emeryturę, inne znalazły sobie korzystniejsze miejsca zatrudnienia. Aldona, która kiedyś rozpoczynała pracę w wydziale kultury będąc młodziutką dziewczyną, najmłodszą ze wszystkich, została na placu boju jako jedyna z poprzedniego grona. Dołączyły do zespołu nowe osoby, lecz jakoś nie pasowało Aldonie ich zachowanie, stosunek do pracy, podejście do ludzi. Szczególnie ją dotknęła obecność Grety przypisanej do jej pokoju. Właściwie miała na imię Małgorzata, ale wszyscy zwracali się do niej: Greta, bo taką wersję imienia preferowała.  Aldona pomyślała, że idealnie pasuje do nowej koleżanki, która nie ma w sobie źdźbła ciepła, serdeczności czy empatii, ale za to złości, zawiści, arogancji i agresji tyle, że mogłaby obdarzyć nimi tuzin innych osób. Na pewno miała za sobą jakieś przejścia w wyniku których stała się właśnie taka, Aldona jednak nie zamierzała wnikać w szczegóły ponieważ po prostu nie lubiła Grety odpowiadając zresztą na jej jawną niechęć.

W związku więc z sytuacją w jakiej przyszło jej funkcjonować, Aldona zamknęła w sobie swoje uczucia, przemyślenia, uwagi i starała się ich nie uzewnętrzniać. W miarę możliwości skupiała się na przyjemniejszych sprawach, aby maleństwo miało jak najmniej stresów z winy matki i rosło sobie spokojnie prawidłowo się rozwijając. Uświadomiła sobie, że los sam jej podsunął wyjście z trudnej sytuacji. Najpierw pójdzie na urlop macierzyński, potem na wychowawczy. Dalej zaś – nie wiadomo co się może zdarzyć, albo wróci na dotychczasowe stanowisko albo znajdzie coś innego. Tak czy inaczej pracę ma zapewnioną, bo na szczęście prawo jest po stronie samotnych matek. Oby nigdy w przyszłości się to nie zmieniło, żeby kobiety mogły wreszcie realizować się nie tylko jako matki, ale również specjalistki w swoich dziedzinach, często będąc lepiej wykształcone od mężczyzn. No nie, to nie może się zmienić, idziemy do przodu, nie cofamy się przecież.  Dopiero po wojnie kobiety stały się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, wyszły z domu, zaczęły się rozwijać, uczyć, pracować. Bo mężczyzn zabrakło. Albo zginęli, albo nie mogli dojść do siebie po traumatycznych przeżyciach. Mało to się nasłuchała opowiadań? I jak zwykle – kobiety musiały wziąć sprawy w swoje ręce by utrzymać rodzinę, wykarmić, wyżywić i jeszcze zarobić na podstawowe potrzeby. Dopóki mąż nie ogarnął się i nie wrócił do normalnego życia. A nieraz nie wracał już nigdy. Taki to los polskich kobiet od pokoleń…

– Co tak siedzisz? Nie słyszałaś, że odprawa się zaczyna? – wpadła do pokoju Greta, rzuciła paczkę papierosów na biurko i wypadła z powrotem  trzaskając drzwiami.

Aldona skrzywiła się z obrzydzeniem, dotarł do niej papierosowy smród.

– Idę, idę – mruknęła do siebie i podniosła się biorąc do ręki notatnik.

Do gabinetu szefa wchodziło się przez sekretariat. Przy dużym stole konferencyjnym wszystkie miejsca były już zajęte, pozostało wolne obok Grety. Musiała usiąść, nie miała wyboru.

– Jak cię nie było dzwoniła jakaś Agata – nachyliła się Greta do Aldony. – Powiedziałam, że poszłaś na randkę, hi, hi.

– Zgłupiałaś? Ja? Na randkę i to w godzinach pracy? – oburzyła się Aldona.

– A co, nie można? Uwierzyła pewnie, bo bardzo była zainteresowana gdzie, kiedy i z kim. A co, źle zrobiłam?- obrzuciła koleżankę złośliwym spojrzeniem.

– Bardzo cię proszę, żebyś obcym ludziom nie opowiadała niczego na mój temat, dobrze?

– Jakim obcym? Agata powiedziała, że jest twoją wielką przyjaciółką, więc czego się czepiasz?

– A ty tak od razu we wszystko wierzysz co słyszysz?

– A nie jest?

– Daj spokój, odprawa się zaczyna, ucisz się z łaski swojej.

Po drugiej stronie stołu zobaczyła Kasię, która pracowała w zakładowej bibliotece przeniesionej niedawno z innego obiektu. Uśmiechnęła się do niej z daleka i Aldona poczuła, że jednak ma życzliwą duszę w tym pomieszczeniu. Niedawno okazało się, iż są sąsiadkami i mieszkają w jednym bloku. Spotkały się na spacerze z psami.  Jaki jednak mały jest ten świat.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 19 komentarzy

21 stycznia 1948

Dziś jest Dzień Babci i z tej okazji wszystkim babciom należą się kwiaty i życzenia. Więc wszystkiego najlepszego 🙂 🙂 🙂  Dla mnie jednak dzień 21 stycznia łączy się z rocznicą ślubu moich rodziców i to do nich, za Tęczowy Most biegną dziś moje życzenia…

To jest ślubna fotografia moich rodziców,

a tu mama w ślubnej sukni 🙂

Podobno mróz trzymał wtedy okrutny, panowała aura zupełnie odmienna od  dzisiejszej. Tak było 72 lata temu. Ślub brali w kościółku w Tenczynku.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 25 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 25

Po wyjściu roześmianych przyjaciółek wciąż komentujących niecodzienną nowinę, Aldona sprzątnęła kuchnię. Szklanki, filiżanki i łyżeczki umyła, wytarła do sucha, po czym schowała na miejsce. Cukierniczkę w postaci śmiesznego, dużego kubka typu ”jumbo” z namalowaną uśmiechniętą buźką odstawiła na szafkę. Włączyła piekarnik, w którym zapiekanka czekała na podgrzanie. Dopiero teraz usiadła i rozmyślała w jaki sposób przekazać córkom tak ważną informację, rzutującą na całe dalsze życie. Skoro sąsiadki już ją znały, natychmiast musiały  poznać ją też dziewczynki, nie było innego wyjścia. Potem mogłyby mieć pretensję, że matka nie potraktowała ich poważnie i zamiast najpierw własnym córkom powiedzieć o szykujących się zmianach dotyczących przecież ich bezpośrednio, powiedziała ciotkom.

Rozmyślania przerwał dzwonek domofonu, a  chwilę potem śmiechy, krzyki, przepychanki i szczekanie. Wróciła normalność do domu. Uśmiechnęła się do swoich Stokrotek, które zdziwiły się nie słysząc zwykłego gderania matki, że za głośno, że na ostatnim piętrze słychać, że ludziom przeszkadzają oglądać telewizję, że jak się zachowują… Stanęły niepewnie spoglądając na siebie.

– Mamusiu, czy ty się dobrze czujesz? – spytała Inka.

– No bo jakaś dziwna jesteś, nie krzyczysz… – dodała Linka.

– To ja naprawdę taka okropna jestem? – szczerze zatroskała się Aldona.

– Aż taka to nie, ale czasem przesadzasz – Inka przyglądała się matce badawczo.

– My wiemy, że to z troski o nas, ale przesadzasz  – Linka podeszła bliżej. – Stało się coś?

– Nie…tak… właściwie, jest coś o czym musimy porozmawiać…

– Ale zdrowa jesteś?

– Nie rozchorowałaś się znowu? – z niepokojem pytały obydwie jednocześnie.

– Nie, nie, to nie choroba – uspokoiła dziewczynki. – Najpierw się przebierzcie, ja w tym czasie przygotuję kolację i spokojnie sobie porozmawiamy.

– Ale to na pewno nic złego? – upewniały się.

– Złego na pewno nie, możecie być spokojne – uśmiechnęła się do córeczek.

Wyjęła z piekarnika zapiekankę przygotowaną na kolację i usiadły we trójkę przy kuchennym stole.

– Nie wiem jak to powiedzieć… zrobi się w domu trochę ciaśniej, bo przybędzie nam  jedna osoba… zamieszka z nami wasza siostrzyczka…

– Hurra! Biedroneczka z nami zamieszka – ucieszyły się obydwie.

– Ale zaraz, to ona ma już tak dość tej swojej mamy, że się od niej wyprowadza? – zastanowiła się Inka.

– Wcale się nie dziwię, skoro kot jej przeszkadza, pies jej przeszkadza chociaż jej córka je kocha – powiedziała Linka.

– A ona ma to w nosie, bo nie zwraca uwagi co jej dziecko chce, tylko co ona sama chce – dodała Inka. – Mówi, jakby Monika też jej przeszkadzała…

– Dobrze, że ty taka nie jesteś, bo gdzie my byśmy się wyprowadziły? No gdzie? – Linka bezradnie rozłożyła ręce. – Do dziadków tak na stałe to się nie da, nie wytrzymałybyśmy z babcią, ona gdera jak ciotka Agata.

– A Monika może do nas, zmieścimy się przecież. Już mam pomysł jak przestawimy nasze łóżka, żeby się jeszcze jedno zmieściło – Inka już była gotowa do działania.

Aldona siedziała ogłuszona niespodziewanym obrotem rozmowy, przejęciem inicjatywy przez córki, natychmiastową reakcją mającą na celu rozwiązanie problemu miejsca zamieszkania Moniki i w ogóle podejściem do sprawy. Tylko… tylko, że rzecz była całkiem inna.

– Stokrotki moje kochane, to nie tak…, nie o to chodzi… – zaczęła słabo.

– A o co? – spytała Linka

– Żeby wujek też się tu zmieścił? Nie martw się, zmieści się. Nie dziwię się, że też się chce wynieść z domu, bo ta ciotka wciąż się na niego drze – Inka wykazała pełne zrozumienie dla Sergiusza.

– Monika z nami, a on przecież z tobą – wyjaśniła Linka.

– Przecież kiedyś wreszcie się ożenicie – Inka z politowaniem spojrzała na matkę.

Aldona zakrztusiła się zaskoczona. W jaki naturalny sposób dzieci mówią o sprawach, które dorosłym wydają się nie do rozwiązania.

– Dlaczego tak uważacie?

– Ojej, dorośli muszą zawsze komplikować życie – jęknęła Inka.

– Przecież wiemy, że się kochacie – wyjaśniła Linka.

– A jak się ludzie kochają to się żenią, no nie? – podsumowała Inka.

– Szczególnie jeśli ich dzieciom na tym zależy – dodała siostra.

– Przecież wujek ma żonę…

– Ale jej nie kocha, kocha ciebie – zniecierpliwiła się Inka.

– Skąd wy to możecie wiedzieć?

– Nie pamiętasz jak ci to wujek powiedział w Tenczynku, wtedy kiedy cię prawie piorun strzelił?

– A poza tym mamy oczy. I jeszcze od Moniki wiemy. Ona jest teraz bardzo nieszczęśliwa, bo jest zupełnie inna, ta ciotka…znaczy, jej mama, niż Monika myślała, że jest – próbowała wytłumaczyć Linka tak prostą sprawę, której mama nie mogła pojąć.

– I mówi, że lepiej było jak jej nie było – wzruszyła ramionami Inka.

– No to chyba jasne, że chce z nami zamieszkać, żeby jej mama nie wywiozła gdzieś daleko, nie pamiętam gdzie, ale do jakiejś ciotki czy kogoś… – na buzi Linki zagościła troska o Monikę.

– Jak to: wywiozła? – zdziwiła się Aldona.

– Monika podsłuchała jak przez telefon komuś mówiła, że musi ją wywieźć, bo jej przeszkadza, a ona musi swoje plany zrealizować i mieć jakiś haczyk na wujka, bo czas ucieka – wyjaśniła Inka.

– Jaki haczyk? Jakie plany?

– Monika nie usłyszała dobrze, bo to przez zamknięte drzwi było, ale coś o działce, że musi sprzedać – tłumaczyła Linka.

– Żeby mieć pieniądze, bo ona chce znowu wyjechać, bo nie będzie tu gniła do końca życia – dodała druga z bliźniaczek.

– I żeby się wreszcie wziął za wykonanie swojej części planu.

– Nie usłyszała przypadkiem Biedroneczka do kogo ona to mówiła? – spytała Aldona zszokowana usłyszaną wiadomością.

– Do jakiegoś Maniusia, czy jakoś tak…- odpowiedziały.

– O Boże – jęknęła Aldona. – Teraz zaczyna mi się coś w głowie układać w jedną całość.

– Co takiego? – zainteresowały się bliźniaczki. – Jaką całość? Z Moniką? To co, mamy te łóżka przestawiać?

– Co? O matko, nie! Nie o to mi chodziło. O  coś innego mi chodziło, a zupełnie co innego się urodziło…

– Co się urodziło?

– Jeszcze nic. Urodzi się za kilka miesięcy. Będziecie miały siostrzyczkę.

Dziewczynki zamilkły, popatrzyły na siebie, na matkę, znowu na siebie z niedowierzaniem.

– Mamusiu, to ludzie w twoim wieku jeszcze mogą mieć małe dzieci? – padło pytanie.

– W jakim wieku? – Aldona bezustannie zaskakiwana przebiegiem rozmowy nie nadążała za córkami. – To wy mnie uważacie za zgrzybiałą staruszkę?

– No nie, ale taka młoda to ty już nie jesteś…

„Staruszka” nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– Zapewniam was, że mogą mieć dzieci takie starowinki jak ja. I jeszcze starsze też.

– Mamusiu, musisz nam odpowiedzieć, kto jest tatusiem tej… naszej nowej siostrzyczki  – zaczęła Inka.

– Co się głupio pytasz – skrzywiła się Linka. – Przecież wiadomo, że wujek. Teraz już na pewno się rozwiedzie z mamą Moniki i razem zamieszkają tutaj.

– Właśnie. W starej klasie mama naszej koleżanki też się rozwiodła i nawet ona była z tego  zadowolona, bo dostawała wszystko co chciała. Jak mama się nie zgodziła, to tata się zgodził, żeby mamie zrobić na złość…

– Dzieci, czego wy się napatrzycie…

– Ojej, mamusiu, przecież nie żyjemy w średniowieczu, takie jest życie…

Aldona nie wychodziła ze stanu oszołomienia. Czyżby wtedy, gdy ona sama przeżywała swoje wewnętrzne rozterki nie zauważając niczego wokół, jej córeczki przeszły przyspieszony kurs dojrzewania? Roztrząsając swoje problemy nie zauważyła, że spostrzegawcze dzieci są nadzwyczaj bystrymi obserwatorami i potrafią wysnuwać wnioski. Tkwiąc we władzy depresji przeoczyła rozwój własnych córek. Nigdy więcej tego nie zrobi. Nigdy nie przedłoży swoich wyimaginowanych nieraz problemów nad Stokrotki! One są najważniejsze na świecie, a niebawem przybędzie trzecia. Swoją drogą ciekawe, że tak od razu chciały robić miejsce dla Monisi…  No i jeszcze przy okazji posiadła niezmiernie ważną informację. Agata zna Mariana, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ów Maniuś to Marian. Taki ostatnio chodził zadowolony, tak znacząco na nią spoglądał, jakby chciał dać jej do zrozumienia, że coś wie. Na zasadzie: wiem, nie powiem. No i co z tym jakimś wywiezieniem Moniki? Czy Sergiusz o tym wie? Nie zadzwoni do niego jutro, bo jej nie uwierzy, albo znowu nie będzie miał czasu na rozmowę. Najlepiej o wszystkim powiedzieć Dorocie, niech działa, żeby tamta cholera nie wywiozła gdzieś dziecka. Już zrobiła Biedroneczce wystarczająco dużo krzywdy.

Wyszła z Tiną licząc na spotkanie Doroty. Jak się nie natknie na przyjaciółkę to zadzwoni domofonem. Musi jej przekazać niepokojącą informację i zapobiec ewentualnemu nieszczęściu. Doroty nie spotkała, domofonu nikt nie odebrał, najwyraźniej nikogo nie było w domu. Trudno, trzeba zaczekać do jutra.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy

Niedziela z Orkiestrą

Niedziela upłynęła pod znakiem Orkiestry. Po obiedzie wyruszyliśmy z psiepsiołami w poszukiwaniu wolontariuszy. Można było wysłać sms, ale wtedy nie mielibyśmy serduszka. A jest ono symbolem czegoś dobrego, łączącego, tworzy wspólnotę co widać choćby po ludziach uśmiechających się do siebie na ulicy po zobaczeniu przyklejonego do kurtki serduszka. To niesamowite uczucie, rzadko zdarzające się w rzeczywistości, właściwie raz do roku przy okazji Orkiestry. Może jeszcze gdy na Olimpiadzie grają Mazurka Dąbrowskiego coś podobnego się odczuwa przez moment.
Doszliśmy do piaseczyńskiego rynku, tam jako atrakcja – głównie dla dzieci – jeździła drezyna i tam spotkaliśmy wolontariuszy. Psiaki miały długi spacer, ale nie padało więc można było im taka przebieżkę zafundować. Serduszka mamy, nawet Skitek dostał swoje, Szilunia nie ponieważ ma wąskie szelki, na które nie dało się nakleić. Myślę jednak, że specjalnie się tym nie przejęła, smaczki dostały takie same, więc była zadowolona.
Wieczorem, podczas światełka do nieba w Gdańsku wzruszyłam się i łzy pociekły, wróciły wspomnienia z tych okropnych dni sprzed roku. Sięgnęłam po ówczesne wpisy i odżyły emocje. Wpisów było kilka w kategorii „Myślę sobie” – pt.”Miał być radosny wpis” z 14.01.2019; „Smutny czas” z 15-go, „Kamyczek” z 16- go, „Żyć od nowa” z 18-go, „Słowa” z 21-go stycznia 2019. Wpisy były przenoszone z Bloxa pod datą 4 marca 2019. Gdzie znaleźliśmy się po roku od morderstwa dokonanego na Pawle Adamowiczu? Czy cokolwiek się zmieniło? Mam wrażenie, że taka sama nagonka w reżimowej tv jaka wówczas była prowadzona na prezydenta Gdańska, odbywa się obecnie w stosunku do marszałka Senatu, prof. Grodzkiego. On sam odwiedził Sztab Orkiestry, grał dla dzieci.

Skituś w płaszczyku specjalnie dla Uli 🙂 Fotki z serduszkiem nie udało mi się przenieść, ale kiedyś się uda, na pewno 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy