W Miasteczku Stokrotki

Dawno temu, może nie przed wiekami, ale wiele lat temu, wybraliśmy się z MS do Kazimierza na długi majowy weekend. Jeździliśmy wtedy starym srebrnym mercedesem, tzw „beczką”. Bardzo fajny był to samochód (nie samochodzik), duży, wygodny. Ponieważ jednak swoje lata miał to zdarzało mu się płatać figle po drodze. Tak było właśnie tym razem. Stanęliśmy na stacji benzynowej po paliwo, a on się rozmyślił, stwierdził, że nie ma ochoty na tę wycieczkę i dalej nie jedzie. Kwatera w Kazimierzu zamówiona, bagaże spakowane, a jemu się odechciało podróży! Dobrze, że to było jeszcze w Warszawie, nie gdzieś na trasie w szczerym polu. Pól dnia spędziliśmy na stacji, panowie tam pracujący starali się przekonać zbuntowanego staruszka, żeby ruszył. Na szczęście obok stacji był – już nie potrafię nazwać – punkt kontroli, naprawy pojazdów, czy coś w tym rodzaju i tam udał się MS po pomoc. To był strzał w dziesiątkę, staruszek dał się przekonać do dalszej jazdy po perswazji fachowca. Okazało się, że to był drobiazg w sumie, nie łączyły się kabelki czy coś podobnego.  Wyruszyliśmy więc w dalszą drogę i do ukochanego Miasteczka Stokrotki dotarliśmy cali i zdrowi gotowi do zwiedzania słynnego Kazimierza nad Wisłą.

Zdjęcia są fatalnej jakości, zrobione metodą „zdjęcie ze zdjęcia”, ale ogólnie widać o co chodzi, resztę podpowie wyobraźnia albo pamięć 🙂

… to był niezapomniany zachód słońca nad Wisłą …

Najbardziej pamiętam studnię na rynku i kamiennego pieska. Obeszliśmy całe miasteczko, zwiedziliśmy co się dało. Pamiętam też kawiarnię, w której dekoracją były stare radia. Nie kojarzę czy w tej samej dekorację stanowiły różnokolorowe butelki, ale pomysł mi się spodobał i potem miałam w domu sporą kolekcje szkła użytkowego zielonego i brązowego. Wyniosłam to potem do pracy, stało na parapetach okien umieszczonych bardzo wysoko i pięknie załamywało światło… Było… minęło… Wycieczkę zakończyliśmy przejściem po okolicy i odwiedzeniem Korzeniowego Dołu. Miłe wspomnienie, wiem przynajmniej czym zachwycają się ludzie zakochani w Kazimierzu.  Ja jednak zakochana jestem w Szczawnicy od pierwszego wejrzenia, a na miłość nie ma lekarstwa jak wiadomo 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 29 komentarzy

Dzień Chłopaka :)

Szilunia jest mądra taka, że przypomniała o Dniu Chłopaka 🙂

Składamy obydwie życzenia wszystkim Chłopakom, aby byli zdrowi,  szczęśliwi, pełni dobrej energii, aby obudzili w sobie empatię ci, którzy ją gdzieś po drodze zgubili, aby ci, którzy wspierają swoje Dziewczyny w walce o prawa Człowieka robili to dalej i stawali się przykładem dla tych pogubionych. Jesteśmy całością, jesteśmy pełnią – Dziewczyny i Chłopaki – dlatego wspólnie powinniśmy dbać o nasz wspólny świat, o miejsce, w którym żyjemy i robić co tylko możliwe aby zachować godność, być przyzwoitym człowiekiem.  Bo Kobieta to też Człowiek, choć niektórym to się nie mieści w głowie.

Tu są wcześniejsze życzenia Sziluni – http://annapisze.art/?p=1375

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 14 komentarzy

Trzymajcie się dziewczyny!!!

Dziewczyny, dziś nasze święto więc wszystkie bądźmy szczęśliwe. Po prostu. 

Taki Skituś składał nam dziewczynom życzenia rok temu, powtarzam, bo jest uroczy, prawda?

Nie przygotowałam specjalnego „wystąpienia”  z tej okazji, bo co by nie powiedzieć – wszystko mało.  Każda w głębi duszy ma swoje własne pragnienia i niech one się spełnią.

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

W niedzielę rano miałam ambitne plany obiadowe, ale prądu nie było i skończyło się zupą pomidorową, bo już mi się odechciało kiedy włączyli. Z ciekawostek ostatnich mam placki chlebowe. Według przepisu miały być knedle, ale wyszły placki 🙂  I nawet dobre, na zimno wykończyliśmy resztkę. Przepis wzięłam od Roberta Makłowicza, spisałam z jakiegoś programu.

… namoczyłam chleba ile miałam i choć próbowałam równoważyć składniki, ale to się nie udawało i wreszcie usmażyłam placki 😉 …

W sobotę na szybko upiekłam ciasto z jagodami wg przepisu na szybkie ciasto z morelami ( http://annapisze.art/?p=4011 ) . Jagody wzięłam z puszki kupionej w Biedronce, odlałam zalewę, a jagody wysypałam na ciasto. Powinnam je wymieszać wcześniej z odrobiną mąki, bo jednak były wilgotne, ale i tak ciasto było smaczne i niedzieli nie doczekało 🙂  Za uwiecznienie wzięłam się kiedy już zaczęło znikać 🙂

… to się powinno nazywać „znikające ciasto” 🙂 …

Odlany syrop jagodowy użyłam do babeczek. Dałam ciut za dużo płatków owsianych i trochę gumiaste wyszły, ale co z tego 😉  zjeść się dają, nawet z przyjemnością 🙂

A dziś wyszliśmy z psiepsiołami i zamiast wiosny znaleźliśmy zimę, albo raczej ona nas znalazła, mam nadzieję, że to już ostatnie podrygi.

Magda przypomniała mi o goździkach, obowiązkowych kwiatkach w dawnych czasach na dziewczyńskie święto 🙂

… więc są goździki 🙂 …

 Trzymajcie się zdrowo i bądźcie szczęśliwe!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 18 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 53

Spotkanie zakończyło się solennym przyrzeczeniem utrzymania kontaktu. Dzieciaki zapaliły się do idei przytuliska i buzie im się nie zamykały, gdy po powrocie z wyprawy zdawały dorosłym relację z wydarzeń. Teresa od razu zainteresowała się nową znajomą dzieci, historią domu i rodziny. Zaprosiła ją do odwiedzin w domku pod lasem, z czego chętnie Paulina skorzystała. Okazała się osobą kontaktową i towarzyską, które to cechy były jak najbardziej pożądane u osoby prowadzącej fundację, ponieważ podstawowe potrzeby organizacji  zaspokoić musi zbieranie środków na jej utrzymanie, skuteczna reklama działalności, organizowanie imprez różnego typu mających rozpropagować tę działalność.

– Jestem piątym pokoleniem budowniczego tego domu – powiedziała Paulina. – Pierwsze to prapradziadek Mieczysław, potem jego syn Antoni, czyli mój pradziadek. Dalej córka Antoniego czyli babcia Paulina, po której dostałam imię, moja mama i ja. Uff, długo nie mogłam pojąć, że taka historia przytrafiła się właśnie mnie.

– Możesz coś dokładniej opowiedzieć? – zainteresowali się wszyscy obecni.

– Bo nam ciocia Rózia powiedziała, że żona Antka zniknęła i nikt więcej o niej nie słyszał – powiedziała Linka.

– Podobno chodziły słuchy, że to teściowa ją zamordowała, Antek to zobaczył, zaczął starą gonić i wtedy wpadł do studni i się utopił – dodała Inka.

– A wtedy teściowa zamknęła się w domu i padła trupem – poważnie dokończył Kuba.

– Normalnie kryminał – podsumował Marek.

– Ale jak ciała nie znaleziono, to chyba nie było zbrodni – zastanowił się Maciek.

– Pewnie, że nie było zbrodni, bo ja żyję – zaśmiała się Paulina. – Prababcia Zofia  faktycznie uciekła przed teściową, piechotą doszła aż do Regulic. Ulitowała się nad nią kobieta mieszkająca na skraju wsi i przyjęła ją do siebie jak córkę, której nie miała. Ludziom powiedziała, że kuzynka u niej zamieszkała, bo mąż zmarł i młoda wdowa została sama na świecie, poza nią nie ma nikogo. Tu akurat nie przesadziła i tak pozostało. Tam Zofia urodziła moją babcię, która była przekonana, że to jej prawdziwa rodzina. Prababcia jednak spisała swoją historię i ukryła na strychu. Koperta lata całe przeleżała i dopiero niedawno mama znalazła te zapiski, gdy postanowiła wyremontować dom dziadków i zrobić na strychu pokój. To było coś niesamowitego, nie mogłyśmy uwierzyć w tę całą historię. Mama pokazała papiery znajomemu prawnikowi, a on sprawdził ich autentyczność.

– A co tam było?

– Między innymi świadectwa chrztu, ślubu Zofii z Antonim oraz opis zdarzeń, które Zofię zaprowadziły do chaty na skraju wsi.

– Czyli?

– Myślę, że teściowa prababci, matka Antoniego, cierpiała na schizofrenię, albo na chorobę dwubiegunową czy coś podobnego. Skoro raz była normalna, a za chwilę potrafiła złapać siekierę i grozić, że odrąbie synowej głowę to nie była zdrowa na umyśle. Umiała ukryć przed synem swoje zachowanie, a Zofia bała się mężowi powiedzieć cokolwiek, myśląc, że jej nie uwierzy. Teściowa poczynała sobie coraz śmielej, nie miała żadnych oporów przed znęcaniem się psychicznym nad synową i wtedy Antoni przypadkiem podsłuchał groźby matki w stosunku do żony, którą kochał i która spodziewała się dziecka. Oburzony krzyknął na matkę, ona trzymała w ręce kopyść i straszyła synową, że ją zabije. Kopyść poleciała w jego stronę, zdumiony Antoni cofnął się, potknął i uderzając głową w cembrowinę studni stracił przytomność. Wpadł do wody i tyle. Teściowa z okrzykiem rozpaczy dopadła do głębokiej studni, ale już nawet śladu nie było. Zwróciła się ze strasznym wyrazem twarzy do synowej, że to ona jest winna śmierci jej jedynego dziecka i musi za to ponieść karę. Zofia rzuciła się do ucieczki, wpadła do sieni, stara za nią i tam padła na ziemię bez życia. Rozpacz ją zabiła. Przerażona dziewczyna zabrała w pośpiechu kilka swoich rzeczy, dokumenty i uciekła. Bała się, że zostanie posądzona o dokonanie zbrodni i osadzona w więzieniu.

Paulina zakończyła opowieść. Zasłuchane towarzystwo przez chwilę trwało w milczeniu, po czym rozległ się gwar, bowiem wszyscy jednocześnie mieli mnóstwo pytań i komentarzy.

– Niewiarygodna historia – pokręciła głową Teresa. – Niewiarygodna. Dzięki tym papierom zostałaś prawowitą spadkobierczynią domu duchów. A skąd twoja miłość do psów? Od zawsze tak miałaś czy był jakiś konkretny powód albo zdarzenie, które cię uwrażliwiło na los zwierząt?

– Zawsze lubiłam zwierzaki, w domu babci bywało nawet po kilka psów, przygarniała biedne, skrzywdzone, które się błąkały po okolicy. Już w dzieciństwie stwierdziłam, że je wolę od niektórych ludzi. Kotów też się zawsze kilka kręciło, a babcia nie żałowała im jedzenia.

– To znaczy, że jesteś z tych, co znają Józefa – stwierdziła Teresa.

– Według słów panny Kornelii – uśmiechnęła się Paulina.

– O czym one mówią ?– szeptem spytał Marek.

– To pewnie jakiś babski szyfr – odszepnął Kuba.

– Ty głupi jesteś – stwierdziła Linka. – Od razu widać, że nie czytasz książek.

– Linko, chłopcy raczej nie czytują powieści Lucy Maud Montgomery – powiedziała Paulina.

– No to mają przechlapane, niczego z życia nie zrozumieją – oświadczyła poważnie Inka, wywołując uśmiech niedowierzania i zdziwienie na twarzy Teresy.

– Odpowiadając konkretnie na twoje pytanie Tereso, muszę dodać, że mam dużo młodszą siostrę, Dominikę. Niby nic dziwnego, wiele osób ma młodsze rodzeństwo. Tylko… tylko moja siostra miała wypadek.

– O jakże mi przykro – wtrąciła Teresa.

– Na szczęście w nieszczęściu pozostał tylko drobny problem z poruszaniem się. Teraz już naprawdę lekki po wieloletniej rehabilitacji. Uczyła się w szkole integracyjnej, nauka szła jej doskonale, ale była samotna, nieśmiała, zamknięta w sobie, nie miała przyjaciółek,  nie potrafiła nawiązywać kontaktów z rówieśnikami.

– Trudno jest pomóc takiemu dziecku uwierzyć w siebie – przyznała pani Basia.

– Dominika nie widziała żadnych swoich zalet – ciągnęła Paulina. – A przecież ma otwarty umysł, szerokie zainteresowania, książki kocha odkąd tylko nauczyła się czytać, po prostu je pochłania. Przy tym z łatwością przyswaja sobie dużą ilość wiedzy z różnych dziedzin. Do tego jest śliczna, ładnie śpiewa, a także gra na gitarze. Ale uważała, że każdy widział tylko jej problem z poruszaniem się.

– Mówisz w czasie przeszłym. Czyżby coś się zmieniło?

– Tak – uśmiechnęła się Paulina. – Znajomy podsunął rodzicom świetny sposób na wyciągnięcie małej ze skorupy. Po prostu genialny pomysł. W domu pojawiła się Fila, szczenisia, kremowa labradorka. Była taka cudna i słodka, że natychmiast nas zawojowała a Dominika wręcz oszalała z radości. Dzięki Filuni przełamała się, pozbyła się zahamowań, stała się zupełnie innym dzieciakiem, radosnym, towarzyskim, wierzącym w całkowite wyzdrowienie. Tak więc na własne oczy zobaczyłam rezultat dogoterapii, w tym przypadku samoistnej, bez działań specjalistycznych. Potem się zainteresowałam problemem z innego punktu widzenia, głębiej weszłam w zagadnienie i pomyślałam, że nasze fundacyjne psy, nadające się oczywiście do tego,  będą mogły służyć pomocą na przykład seniorom w domu opieki. Są już różne programy, w których wykorzystuje się cudowne psie umiejętności.

– Odkąd sięgam pamięcią, ludzie opowiadali o różnych zdarzeniach, których bohaterami były psy niosące pomoc ludziom – dodała babcia  Basia.

– Bo psiaki co prawda mają takie same zmysły jak my, to jednak węchem i słuchem przewyższają nas niesamowicie. Na przykład mają dwieście milionów receptorów węchowych, człowiek tylko pięć milionów. Jest różnica, prawda?

– Jest. Nawet duża – skomentował Dziadek.

– Nie wyobrażam sobie życia bez psa w domu. Kto by mnie tak kochał, jakby się na mnie żona pogniewała – Jurand zerknął w kierunku Teresy, która pogroziła mu palcem.

– No, pusto by było. Jak kiedyś, kiedy Tiny nie było z nami – przyznała Linka.

– A poza byciem w domu są przecież psy pracujące – wykazała się znajomością zagadnienia Inka.

– Ratują ludzi, na przykład w ruinach po trzęsieniu ziemi – dodał Maciek.

– Albo po pożarze – podpowiedział Marek.

– Albo jak ktoś wpadnie do wody – zauważyła Monika.

– Albo jak się zgubi. Słyszałam, że w Australii staruszek pies poszedł za swoją malutką dziewczynką i bronił jej, grzał ją. Kiedy usłyszał ekipę poszukującą ich to dał znać, zawołał, po prostu pokazał gdzie jest dziecko – powiedziała babcia Basia.

– Nie trzeba szukać przykładów tak daleko. U nas też co trochę mówią w telewizji o takich przypadkach, że zwykłe pieski pomagają znaleźć drogę do domu albo sprowadzają pomoc – przytaknęła Paulina.

– Jeszcze tropią bandytów…

– Potrafią człowieka znaleźć jak go lawina przysypie…

– Jeszcze służą jako przewodnicy dla niewidomych…

– A ja widziałam program o psie, który potrafi wyczuć nowotwory u chorych – dzieciaki jedno przez drugie mówiły o przypadkach, które im się przypominały.

– To jeszcze dodam, że pomagają dzieciom chorym na autyzm i seniorom w domach opieki odnaleźć drogę powrotu  do rzeczywistości, odnaleźć chęć życia. I tym właśnie chcemy się przy okazji zająć. Specjalnych zdolności nie trzeba, a pomóc można – powiedziała Paulina.

– Paula, ty chyba nie należałaś do grzecznych, spokojnych dzieci – zauważyła Teresa. – Mam rację?

– O tak – szeroko uśmiechnęła się zapytana. – Dominika ma zupełnie inny charakter niż ja. Nie ze względu na wypadek. Zawsze, dosłownie od urodzenia, była spokojna, systematyczna, uporządkowana. O mnie mówili: półdiablę weneckie, z piekła rodem, gdzie diabeł nie może tam Paulę pośle  i tak dalej w tym stylu.

– Podejrzewam, że z diabełkami niewiele masz wspólnego – wtrąciła babcia Basia. –  Psy z pewnością widzą w tobie anioła.

– Paula, a co za wypadek miała Dominika? – spytała Linka.

– Szła z rodzicami i jeden kretyn ją potrącił na pasach, właściwie mamę i ją. Była jeszcze bardzo mała.

– Jak to możliwe? Rodzice nie trzymali dziecka za rączkę? – zdziwił się Dziadek.

– Trzymali, oczywiście, że trzymali. Niespodziewanie zza zakrętu wypadł na motorze ten… głąb z taką szybkością, że tata jakimś nadludzkim wysiłkiem szarpnął obydwie w górę, w ostatniej możliwej sekundzie ratując je przed niechybną śmiercią. Mama wyszła z tego cała posiniaczona, z raną na nodze od dotknięcia maszyny. Dominika ze złamaną nóżką w paskudny sposób. Tylko dlatego, że oboje są lekarzami wiedzieli natychmiast co robić. Uratowali też tego durnego motocyklistę, który nieprzytomny leżał na poboczu. Gdyby nie oni, pewnie zostałby dawcą organów do przeszczepu.

– Zgroza – westchnęła babcia Basia. – To twoi rodzice są oboje lekarzami?

– Tak. Mama pracuje jako chirurg okulista, a tata to tak zwany chirurg miękki. Kiedyś – Paulina parsknęła śmiechem, – narozrabiałam w szkole, to znaczy rozrabiałam ciągle, ale to był pamiętny przypadek. Nowa nauczycielka, która jeszcze nie zdążyła poznać moich rodziców, kazała przyjść mamie. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mama  nie może, bo jest na operacji. W takim razie kazała natychmiast przyjść tacie. Odpowiedziałam, również zgodnie z prawdą, że tata też nie może, bo jest w więzieniu. Niczego nie zmyślałam, ponieważ tata zajmował się w tamtym czasie między innymi leczeniem pacjentów w szpitalu więziennym i akurat wtedy miał tam dyżur. Pani nauczycielka załamała ręce, że przyszło jej mieć do  czynienia z taką patologią. Przeżyła szok z powodu dziecka pozostawionego bez opieki, czyli mnie. Aferę zrobiła na całą szkołę.

– Nieźle, podejrzewam, że co chwilę dostarczałaś, dziewczyno, biednym rodzicom  dodatkowych atrakcji – uśmiał się Dziadek.

– A co z nóżką twojej siostry? – zatroskała się Teresa.

– Dużo czasu spędziła w gipsie. Biedna była, bardzo biedna. Dokładnie i fachowo wam tego nie opiszę, ja nie nadaję się na lekarza. Wielkie zasługi osiągnięć medycyny polegają na tym, że dawniej zostałaby kaleką do końca życia, a teraz już prawie jest dobrze. W miarę jak rosła odkręcali jej jakoś tam śruby, którymi połączyli kości, żeby te kości mogły rosnąć.

– Tak, zdobycze medycyny i różnych dziedzin nauki wykorzystywanych dla dobra pacjentów i samej medycyny są ogromne i niepoliczalne – powiedziała w zamyśleniu babcia Basia. – Oby tylko nie były wykorzystywane do robienia krzywdy…

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Dodatek obrazkowy … Yes!!!

Obudziło nas szczekniecie Skitka, bardzo to było miłe z jego strony, ze dał znać o konieczności wyjścia, bo czasem takiego trudu sobie nie zadaje i jest sprzątanie 😉 Wyskoczyłam więc z psiepsiołami na łąkę i poszukałam przedwiośnia.  Po powrocie włączyłam z drżeniem serca Lapcia i z nadzieją, że coś się w nocy samo naprawiło i…Yes! Yes! Yes! Wprawdzie nie wszystko, dalej jest skićkane , ale część wróciła na pulpit, więc się spieszę, żeby dodać uzupełnienie „obrazkowe” do wczorajszego wpisu.

… to surówka podstawowa z dodatkami: rodzynki, żurawina, ogórek, czerwona cebula…

… przepis na surówkę i zalewy, pochodzi z wycinka, zaś wycinek nie wiem skąd …

… świeżutki chlebek paprykowy i fasolka z cebulką …

… poszukiwanie wiosny …

… podczas pięknej słonecznej pogody …

… jest nad wyraz przyjemne …

… tym bardziej…

… jeśli uwieńczone powodzeniem w postaci baziek …

… a to polskie przedwiośnie wczesnym rankiem…

… specjalnie dla Magdy, choć bez zapachu …

… nawet lód jeszcze widoczny …

… na samiutkim czubku siedział ptaszek i wyśpiewywał na całe gardziołko, że wiosna idzie 🙂 …

Trzymajcie się zdrowo i o trzymanie kciuków proszę w dalszym ciągu 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 18 komentarzy

To chyba koniec Lapcia :(

Znowu w nocy byłam w Tenczynku. Jest coś niesamowitego w tym jak często mi się śni. Nie sposób opisać snu, wszystko się ze sobą plecie, przenika, kłębi jak to we śnie. Ja jednak mam świadomość, że jestem w babci domku bez względu czy jakiś remont tam jest robiony, ktoś chodzi po podwórku (nawet wyganiałam tłum obcych ludzi), szukam czegoś w szopie albo w komorze (przetwory na zimę , owoce i warzywa tam były oraz węgiel), często spotykam babcię, dziadka, ciotki, ostatnio mamę i tatę… Po prostu tak jest i już. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy tam teraz mieszkają nie myślą, że duchy im nocami grasują 😉
Jak już wstałam rano – ugotowałam namoczoną fasolę. Zastanawiałam się co z niej zrobić, może pastę do chleba, część może po bretońsku (dla siebie odłożyłabym bez kiełbasy). W „Kuchni polskiej”, którą mam po siostrze (moją Browuś zeżarł dawno temu) znalazłam fasolkę w szarym sosie. W życiu nie robiłam karmelu na patelni więc przepis zmodyfikowałam. Usmażyłam na maśle trzy pokrojone cebule, zasypałąm mąką i zasmażyłam ją po czym wrzuciłam do garnka z fasolą. Zamiast karmelu dałam trochę cukru i jeszcze kwasku cytrynowego. Aha, fasolę gotowałam z przyprawami i kminkiem. Słuchajcie, jakie dobre jedzenie wyszło, nawet nie przypuszczałam. Ponieważ upiekłam chlebek paprykowy był gotowy obiad. Fasolka ze świeżutkim chlebkiem smakowała wyśmienicie. Nawet babcia D. dobierała sobie ze trzy razy 🙂
W sobotę MS skroił całą kapustę i zrobiliśmy dwa duże słoje bazowej sałatki, która może być sama, a można do niej coś jeszcze dołożyć w zależności co jest akurat w domu. Trochę zalewy zabrakło, więc do obiadu doprawiłam jak zwykle -dołożyłam kawałek kapusty pekińskiej, ogórka konserwowego, czosnek wgniotłam, polałam olejem z pestek winogron, posypałam ziołami prowansalskimi i wyszła smakowita.
Co jeszcze zrobiłam dobrego? Ciasto z jabłkami (na bazie przepisu z morelami), zniknęło momentalnie i nie uwieczniłam, ale przecież już pokazywałam, więc niczym się nie różni od poprzedniego. No, może ułożeniem jabłek 🙂
Zrobiliśmy w poniedziałek pierwszy dłuższy spacer po infekcji. Wykorzystaliśmy ładną pogodę na szukanie wiosny po drodze, pieski rozprostowały łapki na dłuższym dystansie, bo kiedy byliśmy „padnięci” to tylko łąkę i z powrotem.

Chciałam zdjęcia wstawić, ale zniknęły wszystkie ikonki, to co mam w tej chwili przed sobą jest, ale jak spuściłam na pasek to jest pusto, wszystko znika. Czyli jeśli zamknę okno to … gucio, nie wejdę więcej, buuu 🙁  Duży dopiero w przyszłym tygodniu będzie mógł przyjechać, więc jak się teraz wyłączę to ani poczty, ani niczego nie będzie. Czasem jeszcze Samsung „wskakuje”, tak więc chyba  zamilknąć przyjdzie, znowu buuu 🙁  póki dziecko mnie nie poratuje.

Trzymajcie się zdrowo i trzymajcie za mnie kciuki!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 14 komentarzy

Blogowa rocznica i moje vege :)

Lapcio wieczorem  dwa razy odmówił współpracy, wyłączył się sam z siebie bez pytania o zgodę i coś się pokićkało. Myślałam, że zawału dostanę z przerażenia, poczta wsiąkła, wszelki zapiski…. ojojojojoj – mogłam tylko jęknąć jak Piotrek Żyła 😉 Część danych na szczęście wróciła, ale nie do końca i boję się ruszać cokolwiek, żeby do końca nie popsuć. Muszę czekać na pomoc Dużego. A właśnie sobie uświadomiłam, że zapomniałam o rocznicy mego kochanego bloga! Pojawił się on w wirtualnym świecie 27 lutego 2017 roku i ja wraz z nim 🙂 To była jedna z najlepszych decyzji mego życia 🙂 Oczywiście bez Dużego nic bym nie zdziałała, to moje starsze dziecko stoi za początkiem bloga czyli kącika miłego, ciepłego, w którym się tak dobrze czuję i mam nadzieję, że zaglądający też 🙂 bo mnie jest z Wami bardzo dobrze 🙂 pomagacie, wspieracie, doradzacie, w ogóle cudownie, że Was poznałam. Dziękuję za Wasze komentarze, za odwiedziny, o których informuje statystyka dając mi ogromny powód do radości 🙂

… dziękuję, dziękuję, dziękuję 🙂 …

Pozostając w klimacie poprzedniego wpisu pokażę jeszcze trzy książki, które miałam głębiej na półce, starsze – co nie znaczy, że mniej wartościowe.

Różni ludzie z różnych powodów decydują się na zmianę żywienia. Dla zdrowia, po doświadczeniach, przemyśleniach albo spontanicznie uświadomiwszy sobie nagle coś ważnego.  Mnie zdopingował Mały będąc w liceum, dojrzewając i przeżywając okres buntu.  Moc była z nim skoro poszedł w dobrą stronę, bo różnie bywa, gdy młody człowiek zaczyna wchodzić w życie. Ja zawsze kochałam zwierzaki, ale bezrefleksyjnie. Dopiero kiedy Rolf, jeszcze maleńki sześciotygodniowy szczeniaczek (sam sobie mnie wybrał) trafił do mnie, zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na świat. Pamiętam, że aby go zrozumieć (Rolfa) przeczytałam po raz n-ty „Białego Kła” tym razem jakby z punktu widzenia psa. Teraz wiem czego on miał mnie nauczyć. Nie zapomnę chwili, gdy patrząc na jego pełne miłości i przywiązania miodowe ślepia pomyślałam, że nigdy, za żadne skarby świata, za żadną cenę nie mogłabym go oddać czy – gorzej – sprzedać,  JEST CZUJĄCĄ, KOCHAJĄCĄ, CUDOWNĄ ISTOTĄ  kochającą  całym swym serduszkiem i oddałby życie broniąc nas! Pokazał, że potrafi! Wtedy pomyślałam, że nie można traktować bezdusznie żadnego zwierzęcia, bo ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ !!!  Gdy Rolf zamieszkał z nami Mały miał trzy latka i tak się złożyło, że potem co 3 lata trafiało do rodziny jakieś nowe stworzonko, moja Mićka, siostry Aba, Misia, Maciuś… wszystkie kochane istoty. Z kolei Browar (czyli Browuś, Buciek) przybył po to, abym przestała jeść ssaki. Wyglądał jak mała czarna owieczka, taka cudna kulka i wtedy – też pamiętam tę chwilę – olśniło mnie, że tak wyglądają małe owieczki, czyli… jagnięcina! Zamordowane małe dzieci owiec, zabrane matkom, żeby je zabić i zeżreć! Nie! Nigdy więcej! Nie jestem przecież  kanibalem!!! Odtąd przez lata całe ssaków nie tknęłam, jeszcze kurczaka i indyka, choć tu oszukiwałam samą siebie kupując w sklepie, żeby przypadkiem jakiegoś piórka nie było czy innego śladu po życiu, wmawiając sobie, że to tylko jedzenie. Aż wreszcie przyszedł moment, gdy zawarłam układ z Losem – przyrzekłam, że jeśli się coś spełni, coś bardzo ważnego, najważniejszego – to ja już nigdy nie pożrę ani kurczaka ani indyka, nie przedłożę innego życia nad własne zachcianki. Jeszcze tylko ryby (rzadko) z szacunkiem proszę o wybaczenie i dziękuję, że dostarczyły pokarmu mojemu ciału.

… to jest cudowna książka, którą powinien przeczytać każdy myślący i rozwijający się człowiek, jeśli na nią trafi – to znaczy, że tak ma być …

…przeczytajcie ten fragment tekstu, proooszę…

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze

Minął rok i co?

I coś Wam muszę powiedzieć. Skończyłam powieść! Ostatecznie i definitywnie. To znaczy skończyłam ją w zeszłym roku, ale musiała się odleżeć, żebym z dystansu na nią spojrzeć mogła. Przeczytałam ją po kilku miesiącach i twierdzę, że koniec 🙂  Zczytam jeszcze raz, bo na pewno jakiś błąd znajdę, a potem sobie na drukarce wydrukuję. Jednak co na papierze – to jest, co tylko w świecie wirtualnym – wciąż mam wrażenie, że tego nie ma. Odetną internet, wyłączą prąd i…  gucio. Powieść ma tytuł „Babie lato i kropla deszczu„, jak już się pojawił (ten tytuł) to za nic nie można go było zmienić, musiał na zawsze pozostać. To tak jak z nazwiskami bohaterów. Jak już są, nie można ich zmieniać, nie da się, bo stają się oni (bohaterowie) niezależni i wcale nie zwracają uwagi na to, że są wymyślonymi postaciami. To ja się muszę podporządkować ich pomysłom. Widział kto takie porządki 😉 ?

I jeszcze Wam coś powiem 🙂 Otóż dziś mija mój rok bez mięsa. Żyję, jest mi lżej na duszy, wciąż uczę się tworzenia nowych potraw, łączenia nowych smaków, pieczenia chleba. Chociaż ostatnia umiejętność akurat nie wynika z wegetarianizmu. Wtedy, czyli rok temu, jeszcze nie przypuszczaliśmy, że świat wokół nas zmieni się niewyobrażalnie. Nikomu do głowy nie przyszło, że scenariusz filmu katastroficznego będzie się spełniał na naszych oczach. Sklepy opustoszały, zniknęły drożdże i papier toaletowy, przypomniały się dawne czasy, kiedy każda z nas (z mojego przedziału wiekowego) musiała sobie jakoś radzić, żeby rodzinę wykarmić. Po roku przyzwyczailiśmy się do życia z covidem obok, gdzieś, blisko, każdego dnia dowiadujemy się o ofiarach zarazy, o zakażeniach też się dowiadujemy – tu jednak nie wierzę w podawane liczby, to jest zależne od ilości testów, a ta z kolei od planów rządzicieli. Ponieważ żyjemy w totalnym chaosie nie wiemy czego możemy spodziewać się po obudzeniu ze snu, te rządy nazwać można „nocnymi” podobnie jak sejm. Nikt normalny nie wie co nocą wymyślą zaś długopis bezrefleksyjnie podpisze robiąc przy tym miny jakby podpatrzone u mussoliniego.  Wracam do tematu przyjemniejszego. Bez względu na wszystko jeść trzeba 🙂

Jak już mówiłam kiedyś – książek o tematach kulinarnych mam ci ja dostatek.  Zrobiłam fotkę (nie wiedząc co wyjdzie) i coś widać.

… tę dostałam od dzieci …

… to prezent od młodej koleżanki pracowej …

…na imieniny, młodym „ciotkowałam” i miło to wspomnieć …

… ta też od dzieci …

Z wypróbowanych potraw – mogę pokazać pasztet/pieczeń, do którego użyłam: resztkę ugotowanej kaszy gryczanej i resztkę ugotowanej kaszy owsianej (każda została z innego obiadu), ugotowany ziemniak z poprzedniego dnia, surowy świeżo obrany,  kilka jajek na twardo, trzy surowe (dla odpowiedniej konsystencji), dwie pieczarki, trochę żółtego sera, sól, pieprz, czosnek, tartą bułkę. Po prostu tyle, żeby się „kupy trzymało”. Upiekłam i okazało się toto zjadliwe 🙂

… tak wyglądało  „toto”  z góry …

… a tak po przekrojeniu …

Co mi się jeszcze udało uwiecznić? Już wiem, kotleciki z tofu. Identyczne jak kotoplacki (nazwa od To Przeczytałam i tak już zostanie)  lecz ulepione niczym mięsne mielone kotlety w nadziei, że babcia D. się pomyli i zje.  Zjadła! Nawet dwa 🙂

… kotleciki na patelni, ziemniaki w garnku, a w rondeleczku sos chrzanowy, który też z pieczeniopasztetem smakuje…

… dodatkiem była surówka z kapusty pekińskiej, czerwonej cebuli, ogórka konserwowego, odrobiny kukurydzy plus sól, pieprz, czosnek, zioła prowansalskie, ocet jabłkowy, olej z pestek winogron …

… jeszcze trzy tytuły, pozycje przepięknie wydane z fantastycznymi zdjęciami, że tylko się jeść chce 🙂 …

Wcześniejsze moje „wyczyny” vege możecie obejrzeć ponownie i wypróbować jeśli wola i ochota 🙂 Smacznego!

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 33 komentarze

Wtorek, 23.02.2021 – czy już po zimie?

Dopadło nas przeziębienie. Bezczelnie na nas napadło nie pytając o zdanie. Wyjątkowo męczące i oczywiście budzące obawę, czy to nie…. lepiej nie wymawiać jego imienia. Węch jest, smak czujemy, gorączki nie ma, więc spokojnie. Katar, kaszel i domowe leczenie na
początek. Wieczorem Mały podrzucił leki z apteki i zakupy. Ja leżałam w piątek i sobotę, potem MS mnie zmienił i teraz on spędza czas w łóżku. Musimy się zmieniać, bo babcia D. całkowicie bez dozoru nie może zostać. I powiem Wam coś ważnego. Mnie przeszło szybko,
oczywiście dokurować do końca się muszę i przez czas jakiś jeszcze brać co zaczęłam. Za chwilę powiem co. Na razie chciałam tylko powiedzieć – póki nie zapomnę – że lekko zniosłam to tylko i wyłącznie dzięki szczepieniu, na które dawno temu namówiła mnie pani pulmonolog po okropnych wielokrotnych zapaleniach oskrzeli. Wymęczyły mnie tak, że nie miałam siły wdrapać się po schodach do domu. Najpierw szczepienie trzeba było powtarzać co 5 lat, potem pojawiła się nowa generacja szczepionki i już na zawsze wystarczy. Dlatego to powtarzam (bo już o tym Wam mówiłam), że gdyby nie szczepienie – do tej pory „wyplułabym sobie płuca”, a tak – pomęczyłam się tylko trochę i już. Gdyby nie nauka, wynalazki, mądre głowy, które wymyśliły szczepionki na różne france gnębiące ludzkość –
byłoby z nami źle. Albo w ogóle nic by nie było – jak powiedział pewien dawny kandydat na prezydenta…  Wracam do tematu. Robię miksturę 2 razy dziennie dla nas obojga osobno do 2 szklaneczek: 1 płaska łyżeczka od kawy kurkumy, tyle samo imbiru, pół tej łyżeczki pieprzu cayenne i zalewam to odrobiną wrzątku, żeby się zaparzyło. Do innej szklanki wlewam zimną wodę, rozpuszczam 2 łyżeczki od herbaty miodu (po łyżeczce na głowę), dolewam 2 takie łyżeczki octu jabłkowego, mieszam dobrze i rozlewam do szklaneczek z kurkumą. Trzeba rozmieszać wszystko razem i wypić. To jest naprawdę bardzo smaczne! Poza tym rozgrzewa momentalnie i kuruje. Dodatkowo jeszcze zrobiłam syrop – wycisnęłam cytrynę, dodałam łyżeczkę miodu, wcisnęłam dwa ząbki czosnku. wymieszałam w słoiczku i schowałam do lodówki. Po łyżeczce 3 razy dziennie przyjmujemy i powiem, że też jest smaczne. No i skuteczne. Tak więc postanowiłam, że takie mikstury będziemy używać już zawsze, aby się uodpornić i ochronić w takim stopniu w jakim się da. I to bez wstrętu 🙂

Już po śniegu, zostały brudne resztki i rano śliski, lód. Ciekawe czy wiosna naprawdę przyjdzie czy to chwilowa zmyłka. Podczas spaceru przed „zdechnięciem” zrobiłam fotki przy pięknej, słonecznej pogodzie i chcę je pokazać z nadzieją, że następne już się może
trafią ze śladami wiosny, jakie pokazała  Magda u siebie http://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/

Jeszcze tylko dla osłodzenia blok kakaowy/czekoladowy czy jak go tam nazwać.  Masło, mleko, mleko w proszku, kakao, dałam też płatki owsiane, cukier i już. Zdrowszy zamiennik kupnej czekolady, którą MS pochłania ostatnio w zbyt dużej ilości.

zdjęcie już po „naruszeniu” i ze ślepego telefonu …

Babcia D. nie ma żadnych odczynów poszczepiennych, nie zaraziła się też od nas, jest zdrowa i jeśli jakieś spiskowe teorie akurat w głowie nie dominują to powinna być szczęśliwa 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 27 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 52

Wybrali się nazajutrz na poszukiwanie domu duchów. Dziewczynki musiały wymknąć się niepostrzeżenie, żeby Milenka ich nie zauważyła. Chciałaby pójść z nimi, rozpaczałaby, gdyby nie zabrały jej ze sobą i byłoby po wyprawie. Powiedziały wieczorem Aldonie i pani Meli, że wybierają się skoro świt do domku pod lasem, więc nie budziły dorosłych. Beztroskie, uszczęśliwione oczekującą je przygodą pobiegły na przełaj przez pola.

Chłopcy siedzieli pod kapliczką. Niecierpliwość wygnała ich wcześniej z domu i zanim dziewczynki do nich dotarły, omówili dokładnie plan marszruty. Dotarcie do celu nie zajęło im zbyt wiele czasu, wszakże w tym wieku śmiało można biegać z wiatrem w zawody.

Na brzegu lasu, w zarośniętym, zdziczałym ogrodzie stał opuszczony dom. Część dachówek była zniszczona, załamały się pod wpływem ciężaru drzewa, które powalone przez wichurę upadło wprost na dach. Okna na parterze  były zabite dyktą, na piętrze tylko w jednym zachowała się szyba. Z drewnianego płotu okalającego niegdyś posesję też niewiele zostało, sam szkielet, na którym połamane balaski straszyły poruszając się na wietrze.

– Wyglądają jak zepsute zęby w paszczy wampira – szepnęła Inka.

– Cicho bądź, Monika usłyszy i się przestraszy – Linka położyła palec na ustach w wymownym geście.

Zbliżyli się całą grupką do czegoś, co kiedyś było furtką. Spojrzeli po sobie, zrozumieli się bez słów i przekroczyli granicę posiadłości. Niczym nie skrępowana roślinność szalała obejmując w posiadanie każdy możliwy fragment ogrodu, także wybrukowany podjazd oraz kamienną ścieżkę prowadzącą wokół budynku. Przedarli się przez zielony gąszcz na tył domu, gdzie znajdowała się weranda, przez którą można było wychodzić ze środka do ogrodu, na pewno kiedyś pięknego i dobrze utrzymanego. Nieco dalej rosły drzewa owocowe, widoczne były jabłonie uginające się pod ciężarem czerwonoróżowych jabłek.

Dzieci rozglądały się w milczeniu, starając się cicho i ostrożnie stawiać kroki, jakby się skradały próbując uniknąć spotkania z … No właśnie z kim? Z właścicielem? Przecież nie ma nikogo takiego. Mimo to atmosfera niepokoju  zaczęła się udzielać wszystkim po kolei, choć nikt nie dawał tego po sobie poznać.

– Zobaczcie – szeptem powiedziała Inka. – Tu są jakieś świeże ślady, prowadzą do drzwi od werandy.

– Pewnie jakieś pijaczki zrobiły sobie miejsce spotkań – powiedział Maciek.

– No co ty, byłyby jakieś butelki albo puszki, no i śmieci – zaprzeczyła Linka. – Przecież pijaki nigdy po sobie nie sprzątają, zostawiają śmietnik. Zawsze.

– Pijaki by się bały, tak mówiła ciocia Rózia – zauważyła Monika.

– Może specjalnie takie wieści rozpuścili, żeby im nikt nie przeszkadzał? – zastanowił się Marek.

– Ale my się nie boimy – buńczucznie oświadczył Kuba i pierwszy ruszył w kierunku werandy po widocznych, wydeptanych śladach.

Reszta ruszyła za nim, aczkolwiek z pewnym wewnętrznym oporem skutkującym drobnym  ociąganiem się.

Kubuś nacisnął klamkę, która wbrew oczekiwaniom  bez problemu zadziałała i drzwi się otworzyły. Nawet nie zaskrzypiały, jakby miały świeżo nasmarowane zawiasy. Stali przez chwilę niezdecydowani. Przecież drzwi opuszczonego domu powinny być zamknięte na klucz, zamek powinien stawiać opór albo przynajmniej skrzypieć podczas otwierania.

Ciekawość pokonała strach i weszli do środka. Usiłując zachować ciszę rozglądali się zdziwieni tym, co ujrzeli.

– Co to może być? – wyszeptała Inka.

– Więzienie? – wzdrygnęła się Monika.

– Jeżeli, to jeszcze niegotowe, w trakcie realizacji – głośniej wypowiedział swoje zdanie Kuba. – Tu są tylko złożone same kraty.

– Jak na przechowanie – dodał Marek.

Jakby w odpowiedzi na jego słowa odezwało się coś na piętrze, jakiś jęk, a po nim wyraźnie usłyszeli szmery, szuranie i rozległy się kroki, nieregularne, jak gdyby ktoś kuśtykał. Spojrzeli na siebie oczami rozszerzonymi przerażeniem, zimny dreszcz przebiegł każdemu wzdłuż kręgosłupa, serce chciało wyskoczyć na zewnątrz, nogi drżały… Kroki było słychać coraz wyraźniej, schodek po schodku… coś nieubłaganie się zbliżało… nadchodziło… Tego już było za wiele na nerwy Moniki.

– Ratunku – wrzasnęła i rzuciła się w stronę drzwi.

– Uciekajmy – krzyknął Marek ale nie poszedł w ślady Moniki lecz znieruchomiał i  stał gapiąc się na schody.

W połowie schodów ukazała się nie żadna zjawa, lecz najnormalniejsza dziewczyna, kobieta właściwie, starsza od nich z pewnością ale młodsza od rodziców. Taka jakaś międzypokoleniowa. Stała trzymając się poręczy, z jedna nogą uniesioną do góry jakby nie mogła się na niej oprzeć, z grymasem bólu na twarzy.

– A to niespodzianka – odezwała się. – Nie spodziewałam się dzisiaj żadnych gości więc nie jestem przygotowana…

– Czy pani jest duchem, tym straszącym? – wyjąkała Inka.

– A czy wyglądam na ducha?

– Raczej nie – odpowiedziała Linka już normalnym głosem. – Dlaczego pani się tutaj schowała i straszy?

– Ja straszę? – zdziwiła się dama na schodach. – To wy mnie przestraszyliście. Porządkowałam pomieszczenie na górze i nagle usłyszałam jakieś hałasy. Podnosząc się gwałtownie naciągnęłam mięsień i z takim bolącym zaczęłam po cichu schodzić, żeby sprawdzić co się dzieje. I nagle przeraził mnie dziki wrzask…

– To Monika, nasza przyjaciółka, właściwie prawie siostra – zaczęła tłumaczyć Linka.

– Skoczę po nią – oferował się zawstydzony własnym tchórzostwem Marek. – Jeszcze gdzieś pobiegnie i się zgubi…

– Skoro się wyjaśniło, że nie jestem duchem, to może powiecie mi kim wy jesteście i skąd się wzięliście w  moim domu – powiedziała  i zeszła ze schodów do holu. – Już mnie noga mniej boli, całe szczęście, bo nie mam czasu na żadne kontuzje – dodała.

– My jesteśmy na wakacjach. Znaleźliśmy u cioci na strychu wycinek z gazety o domu, w którym straszy i się tu wybraliśmy –  Maciek jako najstarszy poczuł się zobowiązany do złożenia wyjaśnień.

– To jest pani dom? – spytała Inka. – Ciocia Rózia mówiła, że on jest niczyj i każdy się bał tu przyjść.

– A wy się nie baliście? – uśmiechnęła się właścicielka.

– Trochę tak, ale Monika najbardziej, bo ona jest najmłodsza.

– No cóż, skoro jesteście moimi gośćmi, chyba powinniśmy się poznać. Ja się nazywam Paulina Czaplicka. Ten dom zbudował mój prapradziadek, a ja w sumie nie tak dawno dowiedziałam się, że jestem spadkobierczynią i właścicielką tej posiadłości. Spadła mi jak z nieba, ponieważ chcę założyć schronisko dla bezdomnych psów i szukałam lokalizacji. Tutaj będzie idealnie, dom stoi na uboczu i nikomu nie będą przeszkadzały szczekające psiaki.

Marek wrócił z uspokojoną już Moniką. W międzyczasie dzieci przedstawiły się nowej znajomej. Paulina wzięła Monikę za rękę.

– Nie wstydź się, ja sama byłam przerażona na myśl, że ktoś zakradł się do domu a ja jestem zupełnie sama i bezbronna. To dla mnie jest nauczka, żebym ze sobą chociaż Lorda  zabierała, jeśli mój chłopak nie może tu ze mną być, ani nikt inny w danej chwili.

– A kto to jest  Lord? – zapytała już ośmielona Biedroneczka.

– To mój pies, pierwszy, którego przygarnęłam. Nie, właściwie drugi, pierwszy był Barnaba. Schronisko będzie się nazywało Łapka Barnaby, tak postanowiłam, kiedy odszedł. Mam wrażenie, że jego duch jest przy mnie cały czas.

– Czyli jednak jest duch, znalazłyśmy go – z satysfakcją stwierdziła Inka.

– A jaki jest Lord?– spytała Monika. – Bo my wszyscy mamy pieski w domu i każdy jest inny.

– Lord jest cudny, ogromny, ale bardzo łagodny. Niemniej jednak w przypadku, gdyby wyczuł agresję skierowaną w moją stronę, będzie mnie bronił. Jest kochany i bardzo przywiązany. Uratowałam go i odpłaca miłością.

– Jak go uratowałaś? – Inka bez ceregieli przeszła do porządku nad mówieniem po imieniu do nowej znajomej.

– Brałam udział w warsztatach, które przekonały mnie, że polepszyć życie psów, jak również innych zwierząt, może tylko edukacja i zmiana świadomości społeczeństwa…

– A ja jestem społeczeństwo? – upewniła się Monika.

Paulina zreflektowała się, dotarło do niej, że przypadkowi odbiorcy jej wypowiedzi to małolaty.

– Oczywiście, wszyscy jesteśmy, dzieci też. Dlatego ogromnie ważne jest, żeby dzieci wiedziały jak się zachowywać wobec zwierząt, wtedy wyrosną na odpowiedzialnych dorosłych.

– Czyli takich, którzy nie zrobią krzywdy psu, kotu czy koniu – podsumowała Monika.

– Koniowi – sprostował Kuba.

– Przecież mówię, że nikomu, żadnemu zwierzakowi.

– Nie w tym rzecz – ciągnęła Paulina z przyjemnością przyglądając się po kolei wszystkim sympatycznym, dziecięcym buźkom. – Nie w tym rzecz, żeby je, psy znaczy, tylko uczyć chodzić przy nodze czy jakichś głupich sztuczek. Ważne, by pokazać ludziom jak psy widzą nasz świat, jak go słyszą i czują. Jak się z nimi porozumieć, jak zrozumieć gdy do nas mówią o swoich potrzebach, czyli jak odbierać wysyłane przez nie sygnały i tłumaczyć ich zachowanie

– Ale ty mądra jesteś – powiedziała z podziwem Inka, Linka nic nie powiedziała, tylko skinęła głową na znak, że się zgadza z siostrą.

– Nie trzeba wielkiej mądrości, żeby być dobrym człowiekiem – odpowiedziała Paulina. – Mam tylko pewną wiedzę. Zawsze chciałam pracować ze zwierzakami, ale weterynaria to zupełnie nie moja bajka, jak i medycyna, na którą mnie chciała wypchnąć moja mama. Zostałam więc psią behawiorystką.

– A co to takiego? – zdziwił się Marek.

– Ja wiem! Żeby umieli się porozumieć z psem i się nie musieli nad nim wyznęcywać – wyjaśniła Monika.

– Co ty mówisz? Co robić? – zdziwił się Marek.

– Znęcać, chyba to miałaś na myśli? – uśmiechnęła się Paulina z sympatią do dziewczynki.

– No tak, tak.

– Sama będziesz to schronisko prowadziła? – zapytał Maciek.

– Nie, skąd, to przecież byłoby niemożliwe. Jest nas cała grupa, w tym i weterynarze, i prawnicy, i wielu aktorów. Założyliśmy fundację o nazwie Łapka Barnaby i stąd nazwa schroniska.

– To czemu tutaj sama siedzisz?

– Już mówiłam, że niedawno stałam się właścicielką tej nieruchomości i przyjechałam sprawdzić, czy się będzie nadawała dla naszych planów. Kostek, mój przyjaciel, niedługo po mnie przyjedzie Robiłam wstępny spis materiałów potrzebnych do rozpoczęcia remontu i trochę porządkowałam górę.

– Aha, rozumiem – skinął głowa Maciek. – A te kraty?

– Mamy zamiar pozwolić psom chodzić wolno, jak  w domu. Czasem się jednak może zdarzyć, że któryś będzie potrzebował chwilowego odizolowania od reszty dla własnego bezpieczeństwa, na przykład po sterylizacji.

– Już wiem, żeby rany nie uraził inny pies – wtrąciła Inka. – Wiem, bo nasza Tina miała operację i musiała leżeć w kubraczku, żeby sobie nie rozlizała szwów jak cioci kotka. A my po kolei siedziałyśmy przy niej przez wszystkie noce, żeby jej smutno nie było, że ją boli. I dawałyśmy jej tabletki przeciwbólowe. A mama siedziała przez cały czas.

– Już lubię waszą mamę – powiedziała Paulina.

– Nasza też jest taka sama – pospieszył z wyjaśnieniem Kubuś nie chcąc, żeby Paulina miała inne zdanie na temat jego Musi.

– Nie powiedziałaś skąd masz Lorda – przypomniała Linka.

– Prawda, zaczęłam i nie dokończyłam.  Otóż gdy jechałam z Konstantym na warsztaty zatrzymaliśmy się na chwilę w lesie. Chciałam rozprostować nogi i weszłam trochę głębiej, między sosny. Usłyszałam jakiś dźwięk z kępy krzaków, jakby jęk. Zawołałam do Kostka i poszłam sprawdzić co się dzieje, bo może ktoś jest ranny albo chory i potrzebuje pomocy.

– I co, i co, kto to był? – niecierpliwiła się Monika.

– To był mój Lord. Wpadł we wnyki zastawione przez kłusowników, nie mógł się sam uwolnić. Musiał długo tam leżeć, był bardzo osłabiony i poraniony. Na mój widok ledwo poruszył ogonem a ja rzuciłam się do niego nie bacząc na wołanie Kostka, żebym uważała.

– I nie bałaś się? – spytała Inka.

– Polizał mnie po ręce i błagalnie patrzył w oczy, jakże mogłabym myśleć o czym innym niż tylko o tym, aby mu pomóc. Uwolniliśmy go, zadzwoniliśmy na policję i do leśników informując o sytuacji, zostawiliśmy nasze dane i przenieśliśmy Lorda do auta.

– W jaki sposób, skoro mówisz, że jest duży? – spytał Marek.

– Duży to jest teraz, wtedy był zabiedzony, wychudzony i wcale nie wyglądał jak dzisiejszy Lord tylko jak śmierć na chorągwi, jak mawiała moja babcia – wyjaśniła Paulina. – Przenieśliśmy go na kocu. Najpierw ja zostałam przy psie a Kostek pobiegł do auta po koc. Delikatnie podłożyliśmy pod niego, przesuwaliśmy po centymetrze aż wreszcie udało się i mogliśmy podnieść koc z zawartością – uśmiechnęła się do wpatrzonych w nią dzieciaków.

– Pojechaliście dalej czy zawróciliście do weterynarza? – indagowała Linka.

– Pojechaliśmy dalej, ponieważ w tych warsztatach zawsze bierze udział weterynarz. Miałam świadomość, że tam najszybciej uzyskamy fachową pomoc. Miałam rację.

– A Lord nie bał się jechać samochodem?

– Nie, nie bał się. Miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą gdy znalazł się wewnątrz auta. Poza tym był obolały, wycieńczony i tylko patrzył czy jestem. Kiedy mnie nie widział stawał się niespokojny i szukał mnie przerażonymi oczami.

– Biedny – szepnęła ze współczuciem Inka. – Zupełnie jak nasza Tina.

Dziewczynki  opowiedziały nowej znajomej historię znalezienia suczki, co ustosunkowało Paulinę jeszcze bardziej pozytywnie do swoich niespodziewanych młodych gości i ich rodzin.

– No dobrze, ale wróćmy do Lorda. Co było dalej? Przyjechałaś na te warsztaty i co?

– Weterynarz dokładnie obejrzał biedaka, zbadał, zaordynował odpowiednie leczenie i postawił go na nogi. Wykąpany, wyczesany,  wykurowany zmienił się nie do poznania. Kolega weterynarz jest wielbicielem zespołu Deep Purple, wy nie znacie tej grupy, za młodzi jesteście. Orzekł, że nasz nowy przyjaciel przypomina mu z jakiegoś powodu genialnego muzyka Jona Lorda. Został więc ochrzczony mianem Lord.

– Pewnie ten pan by się nie obraził, gdyby się dowiedział – powiedziała Monika.

– Pewnie nie, bo jeśli jest fajny, to na pewno by mu to nie przeszkadzało –  stwierdziła Linka.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy