„Widocznie tak miało być” – 34,35

=34=

No to już nie mam odwrotu – pomyślała Dorota po pośpiesznym wyjściu bratowej. Całe szczęście, że Donica mnie uprzedziła o zamiarach tej małpy. Teraz pomyśli zanim wprowadzi w czyn swój diabelski pomysł. Muszę uprzedzić ciotkę. O matko! I to szybko!

Chwyciła telefon drżącymi ze zdenerwowania rękami. Przy Agacie zachowała zimną krew, teraz jednak nerwy puściły i wewnętrzna trzęsionka dopadła każdą komórkę. O mało sobie nie przygryzła języka, bo ząb zaczął dzwonić o ząb.

– Ciociu, ciociu – krzyczała do słuchawki. – Bardzo cię proszę, szybko zabierz Monikę do siebie. Teraz nie mam czasu, wytłumaczę ci potem. Idź i odbierz ją ze szkoły jakby nigdy nic, nic nie mów. Tylko spiesz się, dobrze?

Następnie próbowała się skontaktować z bratem. Przemknęła jej myśl, jakie to szczęście, że niedawno założyli wreszcie telefon.

– Dodzwonić się do ciebie nie można – powiedziała z pretensją – Ale i tak dobrze, że odebrałeś. Czy ty wiesz, że twój szanowny wspólnik nie chce cię prosić do telefonu?

– Co ty opowiadasz? – zdziwił się. – To jakieś bzdury. Coś chciałaś? Mów, bo jestem zajęty.

Dorota wciągnęła głęboko powietrze, uspokoiła się, żeby niepotrzebnie Sergiusza nie niepokoić wprowadzając w tajniki planu.

– Słuchaj, jest sprawa. Czy zgodzisz się, żeby Monisia przez kilka dni pobyła u twojej mamy? Ciocia mówiła, że jakoś źle się czuje i wnuczka byłaby jej wielką pomocą. Do szkoły ma dwa kroki, więc nic nie straci, poza tym zaraz koniec roku szkolnego.

–  Co jej jest? Czemu do mnie nie zadzwoniła? – przestraszył się.

– Nic, nic,  już wszystko dobrze. Wiesz, że jest wrażliwa na zmiany ciśnienia. Mając obok siebie małą będzie się czuła bezpieczniej. Zaraz po niedzieli jest zapisana na wizytę u kardiologa, może jej zmieni dawkę leku albo przepisze coś nowego. A do ciebie nie mogła się dodzwonić, przecież ci przed chwilą mówiłam, że trudno cię złapać. Najczęściej wspólnik mówi, że cię nie ma.

– No, czasem może mnie nie być – zastanowił się, – przecież bywam w terenie, ale nie tak bez przerwy…

– No to się zacznij zastanawiać nad tym, co się wokół ciebie dzieje, braciszku. Trzymaj się, cześć.

Odłożyła słuchawkę i musiała się napić zimnej wody. Miała wrażenie, że sama dostanie zaraz jakiegoś wylewu czy udaru. Twarz jej pałała, serce biło w przyspieszonym tempie, wszystko się trzęsło jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe.

Zadzwonił telefon. Podskoczyła do góry i odebrała ze strachem.

– Cześć ciociu – usłyszała radosny głos Moniki. – Jak to dobrze, że babcia mnie odebrała ze szkoły. Strasznie się cieszę. Nie mam wcale lekcji do odrobienia. Mogę do ciebie przyjechać z babcią?

– Pewnie, że możesz. Tylko teraz słuchaj uważnie. Babcia się źle poczuła i dlatego poprosiła tatę, żebyś mogła u niej pobyć kilka dni, rozumiesz? Tata się zgodził, więc opiekuj się babcią, jeśli będzie potrzebowała, to podasz jej wodę albo lekarstwa, dobrze?

– Jasne, jestem już przecież duża. Ale babci nic się nie stanie?

– Oczywiście, że nic, kochanie. Potrzebuje tylko towarzystwa ukochanej wnuczki. A teraz daj mi, skarbie, babcię do telefonu.

– Już daję – zaszczebiotała. – Babciu, ciocia chce z tobą rozmawiać.

– Ciociu, słuchaj uważnie i zapamiętaj. Źle się poczułaś i dlatego chciałabyś wnuczkę mieć przy sobie. Pamiętaj, miałaś skoki ciśnienia, po niedzieli jesteś zapisana na wizytę u kardiologa, a teraz Monika jest ci niezbędnie potrzebna do życia. Aha, dzwoniłaś do syna ale wspólnik mówił, że go nie ma. Uff, w piekle chyba się będę smażyć po dzisiejszym dniu. Zrozumiałaś?

– Że w piekle? – zaśmiała się do słuchawki pani Mela. – W piekle dla ciebie miejsca nie ma, wszystkie zajęte przez innych. Nie martw się. Zrozumiałam tyle, że moja synowa uknuła znowu jakąś intrygę i dlatego mam dziecko przechować u siebie. Zgadłam?

– Tak właśnie jest.

– Słyszałam, że Monisia się do ciebie wybiera w moim towarzystwie więc spokojnie odgadamy szczegóły. A ty już się uspokój bo przez telefon czuję jak cię trzęsie. Weź coś na uspokojenie.

– Trzęsie mnie, jak cholera mnie trzęsie. Najbardziej chyba dlatego, że jak sama wiesz, Sergiusz nic nie robi. No, może robi, ale ogólnie czeka aż sytuacja rozwiąże się sama.

– Tym razem nie całkiem – broniła pani Mela syna. – Stara się i przeżywa tym bardziej, że czuje się zdradzony podwójnie. A mnie do rozpaczy doprowadza ta jego dobroć i łatwowierność, jest taki sam jak jego ojciec, za dobry do tego świata.

– Że też tej cholery nikt nie udusi w ciemnej ulicy – mruknęła Dorota. – Byłby problem z głowy.

– Nie całkiem z głowy. Duszona cholera nic tu nie zmieni. Sama jesteś? Michała nie ma?

– Prosto z pracy miał odebrać dzieci. Niedługo powinni być.

– Wobec tego zrobimy naradę wojenną jak przyjadę – zakończyła z werwą w głosie starsza pani.

=35= 

Aldona czuła się ogromnie zmęczona nieustannym podwójnym pilnowaniem. Podwójnym dlatego, że sama się musiała pilnować oraz była pilnowana i obserwowana przez Gretę, która prowadziła szeroko zakrojoną działalność szpiegowską na rzecz Agaty oraz Mariana. Ten ostatni nie mógł wszystkiego pilnować osobiście, ponieważ został przeniesiony do innego budynku. Z tego akurat powodu Aldona była zadowolona i odczuwała ogromną ulgę nie musząc na co dzień znosić jego towarzystwa. Niemniej jednak zdawała sobie sprawę, że zna każdy jej krok. Prawie każdy, przynajmniej w pracy. To samo odnosiło się do Agaty. Też była dokładnie informowana gdzie, kiedy, dokąd i na ile czasu Aldona wychodzi i co ogólnie  robi. Do tego dochodziły najprzeróżniejsze komentarze z gatunku prymitywnych i złośliwych. Przyzwyczaiła się, pomału przestało to robić na niej wrażenie tak wielkie jak na początku. Pozostał niesmak i uczucie niechęci.

Postanowiła skorzystać z urlopu. Ze względu na malutką musiała odpocząć, zrelaksować się. Po namyśle przyjęła zaproszenie Karoliny i umówiły się, że zaraz po zakończeniu roku szkolnego przyjedzie z dziewczynkami  – oraz oczywiście z pozostałymi domownicami – do jej nowego domu. Jurand oferował się zawieźć całą menażerię dwu i czworonożną na miejsce docelowe. Nie musiała się Aldona  specjalnie czuć zobowiązana ponieważ w tym czasie, czyli na początku wakacji, i tak wybierał się do Tenczynka służbowo. Po namyśle, analizach i naradach  otworzyli z Michałem filię własnej kancelarii, która od roku działała z powodzeniem jako Adwokacka Spółka Partnerska.  Filia mieściła się w Krzeszowicach, w niedużym pokoiku wynajętym w tym samym budynku, w którym Karolina otworzyła swoją poradnię.

Jednak wcześniej, jeszcze przed planowanym wyjazdem, pojawiły się nowe okoliczności w życiu Doniczkowej rodziny, komplikujące i tak już skomplikowane życie. W związku z tym, że dziewczynki opiekowały się kotką Patusią, której w piwnicy urządziły mieszkanko i zanosiły jedzenie, Aldona mimo woli była poinformowana o losach tejże kotki słuchając rozmów córek. Zdarzyło się, że od kilku dni przestała się Pati pojawiać w piwnicy. Zaniepokojone dzieci szukały jej w całej okolicy lecz bez skutku. Kotki nigdzie nie było, jak kamień w wodę. Po następnych kilku dniach zrobiło się na podwórku głośno, dzieci narobiły wrzawy, krzyku i ściągnęły Dorotę na dół w trybie natychmiastowym. Aldona w tym czasie była jeszcze w pracy. Dzieci znalazły na śmietnikowym pojemniku pudełko z martwymi kociętami, niedawno urodzonymi. Jedno się jeszcze ruszało. Dorota wkroczyła do akcji i okazało się, że zwyrodnialec z pierwszej klatki specjalnie zamknął Pati w piwnicy skąd nie mogła się wydostać, żeby móc nakarmić własne dzieci, które urodziła w drugiej piwnicy więc biedactwa zmarły z głodu i wyziębienia. Wtedy je wyrzucił na śmietnik. Jedno przeżyło. Dorota uwolniła kocią matkę, którą natychmiast zaniesiono do piwnicy Aldony razem z ocalałym, ślepym jeszcze kociątkiem. Na ten moment trafiła Aldona i już razem z przyjaciółką  zadbały o maleństwo, które swobodnie mieściło się w małej kobiecej dłoni, odpchliły je, ułożyły w  koszyku wyścielonym miękkim kocykiem dla lalek. Łaciaty, czarnobiały kotek otrzymał imię Maciuś. Aldona nic nie mówiła, Inka się nie sprzeciwiła a Linka głośno nie powiedziała czemu akurat takie wybrała imię. Maciuś rósł jak pączuszek karmiony przez kotkę dokarmianą z kolei przez Stokrotki, chłopców Doroty i Biedroneczkę, jeśli akurat była w odwiedzinach u cioci. Otworzył oczka w obecności Aldony i od tej chwili ją oraz dziewczynki uważał za swoją najbliższą rodzinę. Kiedy już podrósł na tyle, że można go było odłączyć od mamy, powędrował do mieszkania Aldony i zainstalował się jako nowy członek „mafijnego” zwierzyńca. Mimi z początku obraziła się na cały świat widząc kocią konkurencję. Na Aldonę w szczególności. Gdy opiekunka zwracała się do niej bezpośrednio, kotka najpierw „rozdziawiała paszczę” pokazując ostre ząbki i wydając z siebie groźny ryk tygrysa, po czym ostentacyjnie odwracała się tyłem ignorując wszelkie próby nawiązania kontaktu. Trwała taka sytuacja około miesiąca. Stopniowo Mimi przestała reagować agresją, dała się przytulać i powróciła do „dawnej swej postaci”. Maciuś uznawał jej wyższość, schodził z drogi i dawał do zrozumienia, że wie, kto tu rządzi. Był przecież tylko malutkim, rozkosznym kociątkiem. Tina żadnych problemów nie widziała. Od razu zaopiekowała się maluchem jak własnym. Być może też dlatego Mimi przestała się boczyć na Maciusia. Spały we trójkę na jednym posłaniu, oba koty oczywiście przytulone do suni.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy

Życzenia dla Ewy Krakowianki :)

Pięknie pachnące wiosenne kwiaty z dzisiejszego spaceru 🙂

Ewuniu, jeszcze raz wszystkiego co najlepsze, zdrowia, zdrowia i zdrowia, spełnienia marzeń i sto lat !!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 6 komentarzy

Stokrotki dla Stokrotki :)

W tym zwariowanym czasie, w którym obecnie przyszło nam żyć, w którym staramy się funkcjonować zachowując choć odrobinę normalności zupełnie zapomniałam, że miałam się z Wami podzielić innym „zwariowaniem”. Tym razem jak najbardziej pozytywnym „zwariowaniem” naszej kochanej Stokrotki 🙂 🙂 🙂
Zaprosiła mnie do „Mojego kraju nad Wisłą”, do swojego kraju, który jest i moim krajem, którego nie opuściłabym za żadne skarby świata (chyba, że jadąc na wycieczkę). Stąd mój ród, moi przodkowie, tu jestem u siebie bez względu na „okoliczności zewnętrzne”. O wolność tego kraju walczyli moi rodzice oboje będąc w AK, nauczyli mnie kochać go, pokazali piękno i historię. Z tatą chodziłam na niedzielne zmiany warty, na defilady przed Grobem Nieznanego Żołnierza, pokonywaliśmy piechotą ulice Warszawy odkrywając różne ciekawe miejsca.
Z Mężem zwiedzaliśmy przepiękne zakątki naszego kraju, obecnie szczególnie ukochane Pieniny. Cała Polska budzi podziw, mamy wszystko: góry i morze, doliny i wzgórza, lasy i łąki, ruiny i odrestaurowane zabytki, stare budowle i nowoczesne budynki. Słowem – „piękna nasza Polska cała” 🙂
Stokrotka w swej książce zafundowała mi wycieczkę, zwiedzanie miejsc Polski, z których część znam, o części zapomniałam i miałam okazję sobie przypomnieć, a część była dla mnie nieznana, nigdy dotąd tam nie zawędrowałam i z różnych względów zapewne tam już nie dotrę. Dzięki Stokrotce spędziłam miłe chwile na zwiedzaniu 🙂
Uśmiechałam się od pierwszej strony. Czytając o Wiśle, rzece naszej najdłuższej, wspominałam pobyt z Mężem w miasteczku Wisła, potok Kopydło – przepływający obok domu wczasowego, w którym mieszkaliśmy –  wpadający do Wisły, pomylenie szlaków na trasie skutkiem czego znaleźliśmy się w Ustroniu zamiast w Wiśle, mój irracjonalny strach, że spotkamy niedźwiedzia w gęstwinie…  Nad Przemszą mieszkałam w Mysłowicach (między 2-gim a 4-tym rokiem życia), podobno uciekłam kiedyś siostrze, żeby pójść nad rzekę…  Kraków to rodzinne miasto mojego taty, okolice Krakowa są mi bliskie, całe życie kochałam i kocham Tenczynek, choć już tam nie bywam od śmierci babci. To najpiękniejsza kraina dzieciństwa…  Teraz Szczawnica pełni rolę najpiękniejszego miejsca na ziemi :)… W Miasteczku Stokrotki, czyli w Kazimierzu Dolnym, wspominamy do tej pory przepiękny zachód słońca podziwiany z traktu spacerowego prowadzącego wzdłuż Wisły…
Ze Stokrotką zwiedziłam Mazowsze, wpadłam do znajomych miejsc w Małopolsce, wspomniałam chaty połemkowskie, którym zrobiłam dużo zdjęć, pozdrowiłam karkonoskiego Liczyrzepę…
Cóż, dziewczynko z warkoczami, Stokrotko kochana, sięgnęłam po schowane fotografie, wróciłam dzięki Tobie w różne piękne miejsca naszego kraju i wróciłam wspomnieniami do czasów minionych. Dziękuję 🙂

Stokrotki dla Stokrotki, wprawdzie inna odmiana niż na okładce książki, ale jednak 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Prababcia Marianna

17 kwietnia urodziła się moja prababcia Marianna, po mężu Godyń, z domu Pałkówna. Dziś skończyłaby 145 lat, bowiem przyszła na świat w 1875 roku. Pamiętam ją jak siedziała przed swoim domkiem rozmawiając z przechodzącymi sąsiadami. Pamiętam jak nosiłam jej obiad w małym czerwonym rondeleczku, bo babcia Stefa gotowała także dla niej, na zmianę ze swoją siostrą Rózką, żeby „mamusia nie musieli się męczyć”. Pamiętam jak szyła ze mną ubranko dla mojego żółtego misia, kiedy babcia szła na jarmark w Krzeszowicach i zostawiała mnie u prababci. Pamiętam jak siedząc u niej na stole (musiałam być wtedy bardzo malutką dziewczynką)  przy oknie oglądałam kolorową, kręcącą się gwiazdę i kolędników poprzebieranych cudacznie. Pamiętam jak pożegnałam się z nią wyjeżdżając po wakacjach i mama kazała mi pocałować prababcię w rękę. Zapamiętałam, bo byłam tym zdumiona, nigdy dotąd nie całowałam nikogo w rękę, ale tak zrobiłam. To było prawdziwe pożegnanie jak się okazało. Prababcia zmarła 29 stycznia 1962 roku. Przeżyła o 40 lat swego męża, któremu urodziła ośmioro dzieci, w tym pięć dziewczyn i trzech chłopaków. Pradziadek Wojciech (3.04.1865 – 19.01.1922) byłby dumny ze swoich dzieci, wnuków i prawnuków, teraz nawet prapra i jeszcze raz pra…wnucząt 🙂

Nie wiem, z którego roku może być to zdjęcie. Prababcia z trzema córkami, najmłodszym synem i zięciem, nie wiem tylko czy już z formalnym zięciem czy dopiero ze „starającym się”. W każdym razie bardzo wujka lubiłam 🙂

Zwróćcie uwagę na przedmiot wiszący na ścianie domku. Dopiero po powiększeniu zdjęcia wypatrzyłam, że to nosidła. Pamiętam ludzi noszących wodę ze studni na łące, mówiło się „na pastwisku”. U babci była własna studnia ze źródlaną wodą. W Tenczynku wybijało dużo źródełek. Opowiadano, że podczas wiercenia studni u dziadków na posesji woda tak gwałtownie wybiła, że trzeba było z dołu uciekać czym prędzej. Woda w studni była zawsze, nigdy nie wysychała. W letnie upały służyła jako lodówka (dopóki takowy sprzęt się nie pojawił). Mama z babcią wkładały produkty do wiadra przymocowanego do łańcucha nawiniętego na wałek i kręcąc korbą spuszczały w głąb studni gdzie zawsze był chłód.

To zdjęcie jest unikatowe – trzy pokolenia kobiet: mama, babcia i zupełnie przypadkiem „załapała się” prababcia spoglądająca przez okienko ganku na dwie młodsze damy 🙂

Prababcia na ławeczce przed domkiem, ciocia z wnukiem i Ania trzymająca się wózka. Okropne były te sukienki, obowiązkowo na karczku, pamiętam taką niebieską, zieloną i różową, i koniecznie kokardy wplecione w warkoczyki 🙂

Tak to się wybrałam w podróż sentymentalną przy okazji dzisiejszej daty. Wczoraj zanurkowałam w stare fotografie i dałam im nowe życie robiąc zdjęcia telefonem.  Trochę pod wpływem Waszych wspomnieniowo-zdjęciowych wpisów, a trochę pod wpływem książki Stokrotki, ale o tym w następnym wpisie.

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 43 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 33

Teresa postawiła na podłodze ciężką torbę wypełnioną książkami dla dzieci.

– Ooo, jaką masz ładną parasolkę z falbankami – zachwyciła się nową parasolką, którą Dorota rozłożyła na podłodze w celu jej wysuszenia.

– Jaką deskorolkę? W jakie paski? Od kogo dostał?

Teresa spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem

– Co ty mówisz? Jaką deskorolkę?

– No tę, którą dostał. Od kogo dostał? Od Piotra? Ile zapłacił?

Teresę przytkało. Stała z otwartymi ustami zastanawiając się czy przyjaciółce spadło coś ciężkiego na głowę czy dostała nagłego pomieszania zmysłów.

– No może byś mi odpowiedziała. Ogłuchłaś czy co?

Dorota nie mogła pojąć przyczyny nagłego znieruchomienia przyjaciółki. Nagle palnęła się ręką w czoło.

– Przecież to ja jestem głucha! – wyksztusiła dusząc się ze śmiechu. – Uszy mnie rozbolały, więc musiałam wpuścić krople i włożyć tampon.

– Drobna różnica między parasolką a deskorolką – skrzywiła się Teresa.

Wpadł do pokoju Kajtuś z kartką w ręce.

– Zobac ciocia, narysowałem kościostrupa – zawołał.

– Kościotrupa chyba – sprostowała matka.

– Psecies mówię. Ładny?

– Piękny – uśmiechnęła się do chłopczyka Teresa. – Nawet w miarę dokładny. Skąd wiedziałeś jak narysować?

– Odrysowałem od siebie. Widzis jak to dobze  być chudym? Muse się znać na kościostrupach, bo będę archelologiem.

– Archeologiem – poprawiła matka.

– Oj, psestań mnie poprawiać. Jak będę taki duzy jak ty to się nie pomylę.

– Powinieneś powiedzieć: stary, a nie: duży – zaśmiała się ciotka.

– Ty tes mnie poprawias? Idę sobie, nie lubię was – odwrócił się na pięcie i wyszedł.

– Sama jesteś stara – odgryzła się Dorota. – Nie powiem ci co chciałam, jeśli z ciebie taka małpa.

– Tylko taka sama jak ty. Gadaj wreszcie.

Po wymianie z przyjaciółką powyższych uprzejmości Dorota wyjęła trzy zdjęcia zrobione podczas tańca Aldony z  Sergiuszem.

– Zobacz, które najbardziej ci się podoba? Mam zamiar zrobić im prezent. To znaczy na razie dam Donicy, żeby już sobie miała.

– Zdjęcie dasz?

– Nie, przecież mówię, że zrobię obrazek z tego zdjęcia, które wybierzesz.

– Nic nie mówisz… Aaa, rozumiem. To będzie takie zaklinanie rzeczywistości.

– Nareszcie dotarło. To które?

Teresa dokładnie przyjrzała się fotografiom. Wreszcie zdecydowanym ruchem dwie  odłożyła na bok, jedną podała Dorocie.

– Myślę, że ta fotka będzie najlepsza.

– Też tak myślałam, ale wolałam się upewnić. Zobacz jak pięknie razem wyglądają, zwróć uwagę na spojrzenie. Jest coś niesamowicie elektryzującego w sposobie w jaki na siebie patrzą…

– Po prostu wyraźnie widać, że się kochają. I tyle – podsumowała Teresa.

Przeniesienie zdjęcia na płótno nie zabrało Dorocie wiele czasu. Oprawiła w gustowną ramkę obrazek wielkości podwójnej kartki z zeszytu i postawiła na swoim regale przed dostarczeniem w miejsce docelowe. Traf chciał, że niedługo potem bratowa miała chęć swój interes popchnąć do przodu zmobilizowana wyróżnionym zdjęciem zrobionym przez Linkę i prezentowanym w gazecie, więc bez zapowiedzi przyszła w odwiedziny.

– Jak ty tu weszłaś? – zdziwiła się Dorota na jej widok otwierając drzwi wejściowe mieszkania przy akompaniamencie szczekania Azy.

– Akurat wchodził jakiś mężczyzna, otworzył szyfrem, więc skorzystałam z jego uprzejmości i weszłam na klatkę razem z nim.

– Ciekawe co to za palant – mruknęła niechętnie Dorota.

– Co mówisz? Nie słyszę, bo to – wskazała suczkę ruchem głowy – zagłusza.

– Nic, szukam kluczy od kraty.

– Jak możesz tak długo szukać? Dlaczego nie trzymasz w jednym miejscu?

– Bo mi się nie chce – ze słodkim uśmiechem zbliżyła się do kraty i stała trzymając klucze w ręce, wcale nie spiesząc się  z otwieraniem.

– No otwórz wreszcie!

– A co ci się tak spieszy? Pali się gdzieś? – spokojnie i pomału oglądała klucze, jakby nie mogła się zdecydować, który będzie pasował do zamka w metalowych drzwiach kraty i jakby nie dostrzegała, że bratowa zaczyna ze zniecierpliwienia oraz złości robić się czerwona na twarzy i przebiera nogami.

– O,  już znalazłam – powiedziała Dorota jakby się naprawdę ucieszyła. – Ten jest właściwy – podniosła klucz do góry, obejrzała  ze wszystkich stron i już miała go włożyć w zamek lecz zastygła z uniesioną ręką. – A tobie co? Aha, siusiu ci się chce i temu tak drepczesz. Czemu nic nie mówisz? Już otwieram.

Otworzyła wreszcie. Agata szarpnęła „kracianymi” drzwiami chcąc jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie. Pchnięte z impetem odbiły się i wróciły na poprzednie miejsce szybciej niż Agata zdążyła przez nie przejść opuszczając korytarz. Napotkawszy zaś na swej drodze przeszkodę w postaci zeźlonej kobiety, oddały cały impet z jakim zostały przez nią pchnięte. Skutkiem tego niczego się nie spodziewająca Agata została siłą wyniesiona w to samo miejsce, które tak bardzo opuścić pragnęła.  Dorotę zamurowało. Pomyślała, że czasem przedmioty martwe wcale nie są takie martwe i potrafią się opowiedzieć po właściwej stronie.

– Ojej, jak ty to zrobiłaś – otworzyła szeroko swoje wielkie, zdziwione oczy z miną niewiniątka. – Nic ci się stało? Czegoś podobnego jeszcze nigdy nie widziałam.

– Czarownica – mruknęła Agata odchylając już niezmiernie delikatnie drzwi „kraciane” i wchodząc do mieszkania.

– Słyszałam – ostrzegła gospodyni przytrzymując Azę. – Dla wyjaśnienia: ja się czarami nie zajmuję, złych uroków nie ciskam, klątw nie rzucam… z reguły… choć czasem, gdy mnie ktoś zmusi…

– Wariatka.

– No dobrze, skoro już wymieniłyśmy grzeczności… powiedz z czym przychodzisz, albo raczej po co – ton Doroty stał się chłodny, a wyraz twarzy kamienny i nieprzenikniony.

Zdziwiona zmianą zachowania Doroty bratowa zmieniła taktykę i szeroko się uśmiechnęła.

– Żartowałam. Byłam w pobliżu i pomyślałam, że wstąpię i zapytam co słychać  – powiedziała sadowiąc się w fotelu. – No więc co słychać?

– A jaki temat cię interesuje do tego stopnia, że zaszczyciłaś mnie swoją obecnością?

– Wiesz, jesteśmy w pewnym stopniu sąsiadkami… – zaczęła.

– Tak? A to niby w jaki sposób? – Dorota uniosła pytająco brwi. – Masz na myśli sąsiednie dzielnice?

– Jakaś ty dowcipna, ha, ha. Przecież działki mamy obok siebie, właściwie to jedna wielka działka, jak nie jest podzielona. Nie wiadomo gdzie początek a gdzie koniec.

– Nie masz racji, dokładnie wiadomo.

– Pomyślałam, że może byś chciała całość mieć dla siebie…

– W jakim sensie?

– Bo wiesz, ja nie będę tam przesiadywała, cóż to za warunki… Sergiusz to już w ogóle czasu nie ma, musi przecież pilnować interesów, ma rodzinę na utrzymaniu…

– Masz na myśli siebie?

– Oczywiście. Uważam, że działkę należy sprzedać, bo nie jest nikomu do niczego potrzebna…

– Mam wrażenie, że się grubo mylisz.

– …nie jest potrzebna, ale skoro ty lubisz przebywać w takich… ekstremalnych warunkach… to może odkupiłabyś drugą połowę?

– Działki?

– Działki. Doceń, że przyszłam z tym najpierw do ciebie zamiast od razu wystawić na sprzedaż oficjalnie.

– Monika bardzo lubi być na działce.

– No wiesz – wydęła wargi w grymasie. – A któż brałby pod uwagę dziecinne humory…

– Ja bym brała – spokojnie odpowiedziała Dorota.

– No tak, bo ty jesteś taka dziwaczka…

– Może i jestem, myśl sobie co chcesz, ale nie trawię nikogo, kto robi krzywdę dzieciom albo zwierzętom.

– Tak tak, znam te twoje śpiewki – odsunęła się z obrzydzeniem, bo Aza zbliżyła się obwąchując gościa jakoś długo i intensywnie, i widać coś jej się nie podobało, bo mruknęła ostrzegawczo. – Możesz sobie bredzić jak każdy artysta. Wiadomo, że wy się na życiu nie znacie, błądzicie w chmurach. A dzieci nie mają nic do powiedzenia i tyle. Mają się podporządkować woli dorosłych i mądrzejszych.

– Czyli tobie?

– Oczywiście – wzruszyła ramionami. – Przecież jestem dorosła.

– I sądzisz, że przez to mądrzejsza?

– Czy ty mnie chcesz obrazić?

– Ja? Nie mam zwyczaju obrażać swoich gości, nawet nieproszonych.

– Chyba muszę się zbierać – spojrzała na zegarek, – mam podwózkę do domu. Więc odpowiedz jakie masz zdanie w sprawie działki.

– Mam takie zdanie, że ty nie masz nic do powiedzenia w sprawie działki.

– Nie rozumiem.

– Powtórzę. Ty nic nie masz do powiedzenia w sprawie działki.

– Niby czemu? Co ty możesz o tym powiedzieć? Działka jest własnością mojego męża a więc i moją, bo majątek nabyty w trakcie trwania małżeństwa jest wspólny – szczęka drgała Agacie z tłumionej wściekłości.

– Owszem, takie jest prawo, lecz twój mąż niczego nie nabył, żadnego majątku, a więc i ty żadnego nie posiadasz – wycedziła Dorota usiłując za przymrużonymi oczami ukryć uczucie mściwej satysfakcji na widok zdumienia i wściekłości na twarzy bratowej.

– O czym ty mówisz do jasnej cholery – wymknęło jej się.

– O tym, że ani metr ziemi nie należy do mojego brata, a tym samym do ciebie  – uśmiechnęła się znów przybierając minę niewiniątka. – Aha, a co za podwózkę sobie załatwiłaś? Tę co zwykle?

– A teraz o czym ty znowu mówisz?

– Znowu o tym, że wielokrotnie różne osoby widziały kto cię podwoził. Mieszka niedaleko i w ten sposób znalazłaś się w pobliżu, prawda? Oczywiście przypadkiem.

– No nie, jakichś plotek się nasłuchałaś… Nie wierz w takie bzdury…

– Te, jak twierdzisz, bzdury, przekazywali mi różni ludzie, nie znający się wzajemnie. A więc spisku z pewnością nie zawiązali na twoją zgubę, droga bratowo. I tak się złożyło, że ja również cię widziałam wysiadającą z pewnego samochodu i czule żegnającą się z kierowcą, którym na pewno nie był mój brat…

Agata podniosła się i wzrok jej padł na obrazek stojący na półce. Przez chwilę wpatrywała się weń bez słowa.

– Ach, więc to tak. Widzę, że nic tu po mnie – odezwała się tłumionym z wściekłości głosem jakby przeżuwała w ustach przekleństwo. – Rozumiem, że nie jesteś zainteresowana kupnem działki.

– A ja rozumiem, że ty nie rozumiesz, iż do działki nie masz żadnego prawa. Żad-ne-go. Absolutnie. I jeszcze jedno. Niech ci nie przyjdzie do głowy wywożenie dziecka w nieznane, bo ci się to nie uda i słono zapłacisz za sam pomysł podobnego draństwa.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Święta inne…

Święta inne niż zawsze. Bez spotkań, bez rodzinnych spacerów po wstaniu od suto zastawionych stołów. Jak na złość pogoda przepiękna, zachęcająca do opuszczenia mieszkania. A tu – figa z makiem, siedzenie w domu. Jeśli to pomoże, jeśli szybciej wrócimy dzięki temu do normalnego funkcjonowania na zewnątrz, to trzeba się stosować do zaleceń medyków. Niech przestrogą będzie koszmarny widok z Włoch – sznury ciężarówek przewożących trumny z ciałami ofiar koronawirusa. Jeśli z tym przejmującym obrazem zestawić tłumek rządzących polityków i szeregowego posła składających wieńce pod pomnikiem smoleńskim, albo na cmentarzu w sytuacji, gdy nikt z nas na cmentarz nie mógł wejść by  zapalić swoim bliskim światełko, nawet członkowie rodzin wszystkich pozostałych ofiar katastrofy (rozumiem wyrzuty sumienia, ale mógł iść sam, bez podlizującej się asysty),  gdy mąż od żony ma iść ulicą w 2 metrowej odległości, gdy słyszymy „zostań w domu”, gdy mandaty się sypią za wyjście nieuzasadnione wg kontrolujących jacy się akurat nawiną – to słów oburzenia brak.

Wstaję wcześnie rano i wychodzę z psami gdy większość ludzi jeszcze śpi, dlatego nikogo nie spotykam, czasem mignie z daleka jakaś przemykająca sylwetka. Przez ostatnie trzy dni nie było nikogo, nie było też strzałów w Wielkanoc, dały się słyszeć dosłownie dwa, a przecież zawsze jest słyszalna kanonada o szóstej rano. Zrobiłam na spacerze zdjęcia wiosny, nikt nie wchodził w kadr.

Wiewióreczka siedziała sobie wysoko i śmiała się z Szilki, która chciała wejść na drzewo 🙂 

Biedroneczka grzecznie pozowała do zdjęcia 🙂

Ponieważ wizyt dzieci z wiadomych względów się nie spodziewałam, nie szykowałam specjalnych dań. Obowiązkowo dla nas na świąteczne śniadanie przygotowałam jajka z pieczarkami, upiekłam też pasztet vege, który wyszedł nadspodziewanie smaczny. Coś musiałam dla siebie zrobić, dla Męża i babci D. miałam wędlinę i kurczaka. Popatrzyłam co jest w domu – użyłam cieciorkę z puszki, którą potraktowałam tłuczkiem do ziemniaków (cieciorkę nie puszkę 🙂 ), pora pokrojonego w talarki, utartą cukinię, utartego ziemniaka, część pieczarek usmażonych do jajek, surowe jajka, bułkę tartą. Pora i cukinię wrzuciłam na patelnię i poddusiłam, dodałam resztę składników, przyprawiłam, wymieszałam i upiekłam -ok.1 godz./170 st.

Takich jajek chłopcy – kiedy byli mali – kazali robić tysiąc 🙂

Pasztet prezentował się pięknie, dobrze się dał pokroić, a na obiad jadłam na ciepło przysmażony na maśle klarowanym, pycha 🙂

Sałatka była bez groszku, nie kupiłam podczas ostatnich zakupów, bo nie było. Nie smakuje mi bez groszku, domownicy jedzą, ja też, ale groszek musi być!

Jeśli chodzi o słodkości to upiekłam trzy rodzaje. Wyszłam z założenia, że skoro mięsa nie jadam wcale (od 26 lutego), czymś innym muszę napełnić żołądek „w trybie świątecznym”. Zrobiłam więc sernik, drożdżowe wg podanego wcześniej przepisu ze starej gazety (w formie na babkę było zupełnie świątecznie), oraz jednojajkowca tym razem z dodatkiem jabłek czyli był szarlotką. Ciastom zdjęć nie robiłam, w końcu zawsze wyglądają tak samo.

Na koniec pole dla wyobraźni – można iść i iść wzdłuż strumyczka i każdy trafi na to, co najbardziej chce napotkać…

Dziś już święta są wspomnieniem. Ranek wstał piękny, słoneczny choć chłodny. Szron na trawach puszczał do mnie oko mieniąc się tęczowymi iskierkami przywołanymi z niebytu przez skaczące promyczki. Świat jest taki piękny! A kwiecień jest najpiękniejszym miesiącem w roku, z czym na pewno się zgodzi Ewa Krakowianka, ponieważ my obydwie jesteśmy kwietniowe dziewczyny 🙂   Może jeszcze któraś z Was?

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 41 komentarzy

Zdrowych!!!

Co się zrobiło z tym Lapciem –  nie wiem. Dziecko próbowało mi na odległość mi pomóc, ale ja nic nie rozumiem co on do mnie mówi, bo to obcy język dla mnie jest, a wykonać polecenia nawet jak teoretycznie coś zrozumiem to już w ogóle szkoda mówić. Mam nałożone na siebie dwie strony. Piszę w tej chwili jakby na tej głębszej, co się na spodzie znajduje. Na wierzchu pływa, przesuwa się druga, jakby napisy na celofanie niebieskim kolorem wydrukowane, takie różne instrukcje, które poprzednio grzecznie sobie w kokpicie na miejscu siedziały i nie dotykałam ich, żeby mi się coś nie poplątało. No i się poplątało. Tak więc nie mam pojęcia czy to się pokaże, co piszę w tej chwili czy nie.

Na wszelki wypadek, gdyby jakimś cudem tak – chciałam Wam wszystkim złożyć świąteczne życzenia. Przede wszystkim zdrowia, zdrowia, zdrowia i nie poddawania się złym nastrojom w tym trudnym, nienormalnym czasie oraz powrotu do zwykłego życia, do prostej codzienności, która się teraz okazuje tak bardzo upragniona.

Zamiast dekoracji – kaczuszki dziś o świcie spotkane, niech przyniosą szczęście na te święta wiosenne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 42 komentarze

Wiosna bez ludzi ma się dobrze

Wiosna już przyszła. Piękna i zdecydowana, aby pozostać. Wahała się, cofała, zastanawiała się i wreszcie powiedziała ostatnie słowo: jestem 🙂 🙂 🙂  Pokażę Wam dowody, jakie zebrałam w sobotę.

Dowody niezbite, prawda? Tulipanki moje (jakoś mało ich wyszło), rozchodniki, lilie i piwonie również.  Reszta widziana po drodze z psiepsiołami.  Jeszcze gdzieś mi umknęły forsycje, zaraz poszukam. Są 🙂

Pogoda zrobiła się piękna, żal, że nie można się wybrać na dalsze wycieczki. Miejmy nadzieję, że ” jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”… czego nam wszystkim życzę, oby jak najszybciej.

Miałam w poniedziałek pokazać te fotki, ale zdechł internet 🙁 Jak bez niego źle! Jakby zamknęli okno na świat, zabronili oddychać świeżym powietrzem i kazali siedzieć w domu bez wychodzenia…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 32

Linka zdobyła wyróżnienie w konkurs fotograficznym  na zdjęcie z ubiegłorocznych  wakacji. Nagrodzone oraz wyróżnione fotki zaprezentowano w prasie i cała Polska mogła zobaczyć zdjęcie, na którym uwieczniony został „lot” Aldony z drzewa  wprost w Sergiuszowe ramiona. Niezmiernie podekscytowana dziewczynka wpadła do domu z gazetą w ręce.

– Jest ogłoszony nowy konkurs na wakacyjne zdjęcie – zawołała. – I wreszcie podali listę autorów nagrodzonych zdjęć z poprzednich wakacji. Muszę poszukać…

– Pokaż  – siostra wyrwała jej gazetę z ręki. – Strasznie długo się z tym grzebali. Czekaj, nie zabieraj mi, muszę zobaczyć…

– I co widzisz? Ee tam, pewnie nic. Mnóstwo zdjęć ludzie wysłali, kto by tam patrzył na moje… – machnęła ręką z nagłym wyrazem rezygnacji na buzi.

– Czekaj, czekaj, tu są różne fotki… Jest! Jak mamusia spada z drzewa, a wujek ją łapie. Wtedy ją nazwał Wiewióreczką…

– To zdjęcie wysłałam! Pokaż, faktycznie, mama w locie! Moje zdjęcie! Dostałam wyróżnienie! Hurra!!!

– To teraz Maćkowi musisz pokazać – domyślnie spojrzała Inka. – Niech wie, że właśnie ciebie wyróżnili.

– No nie, niemożliwe – Linka nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. – Mamusiu, mamooo! Zobacz! Pokazali w gazecie moją fotkę, dostałam wyróżnienie! Widzisz?

Aldona wchodząca właśnie do mieszkania w pierwszej chwili nie mogła pojąć w czym rzecz. Myśli miała jeszcze zaprzątnięte pracowymi problemami i upłynęła dłuższa chwila zanim przestawiła się na „prywatne myślenie”.  Zobaczyła w gazecie zdjęcie, które natychmiast przeniosło ją w czasie. Usiadła bez słowa i wpatrzyła się w uchwyconą przez aparat scenę.

– Jak to można chwilę zatrzymać na zawsze – powiedziała po krótkim milczeniu. – Rzeczywistość ulega zmianie, plany rozsypują się jak domek z kart, a na fotografii została przeszłość…

– Mamusiu, czy ty się wcale nie cieszysz ? – Linka z wyraźnym zawodem na buzi spojrzała na matkę.

– Mamo, no nie, przecież nie możesz Lince sprawić takiej przykrości – ujęła się za siostrą Inka.

– Och, przepraszam Stokrotki, jakoś smętnie mi się zrobiło, że czas tak szybko płynie… Oczywiście, że się cieszę i jestem bardzo dumna z was obu.

– Czemu z obu? – zdziwiła się Inka.

– Czemu? Bo ty się od razu ujęłaś za siostrą myśląc o niej, o jej uczuciach. Z Linki zaś jako ze zdobywczyni wyróżnienia w konkursie. Przy tak dużej konkurencji – pokręciła głową z podziwem, – to naprawdę ogromne osiągnięcie. Gratulacje, kochanie.

– Nie było widocznie innej latającej mamy, więc właściwie ty wygrałaś – żartowała uszczęśliwiona dziewczynka. – Pójdę pokazać Justysi.

– Idę z tobą – ruszyła za siostrą Inka. – Chcę zobaczyć jej minę. I od razu zadzwonię do chłopaków.

Linka miała powód, żeby puszyć się jak paw ponieważ Justyna i Filip byli pod wrażeniem. Telefon wykonany do chłopaków spowodował ich przybycie w niedługim czasie w celu osobistego zweryfikowania usłyszanej wiadomości oraz złożenia gratulacji wyróżnionej fotografce. Maciek tuż przed wyjściem z domu pomyślał, że nie wypada iść w takiej chwili z pustą ręką, wrócił do swego pokoju i schował do kieszeni rolkę filmu do aparatu, którą dostał  niedawno w prezencie. Wcisnął ją Lince po kryjomu, żeby nikt nie widział. Przynajmniej tak mu się zdawało bo – oczywiście – zauważyli wszyscy.

– Co jej wciskasz? – od razu zainteresował się Filip.

– Oo, ten amerykański film? Fiu, fiu – zagwizdał Marek.

– Nie mogłeś powiedzieć, to byśmy kwiatek z trawnika urwali – syknął Kuba.

– Maciek, jak się coś daje z takiej okazji, to trzeba ładnie opakować – skomentowały dziewczynki.

Maciek poczerwieniał, a Linka się wściekła.

– Ale wy jesteście! Co się  Maćka czepiacie? On jeden pomyślał o czymś takim! Podarował mi niezwykle cenną rzecz, dziękuję ci, Maćku. Nie zwracaj uwagi na tę bandę koczkodanów – zwróciła się do Maćka.

– Fakt, nikt więcej nie pomyślał, żeby cię jakoś uhonorować – powiedziała Justysia.

– Ale to z zaskoczenia było, nie mieliśmy kiedy pomyśleć – usprawiedliwiali się chłopcy.

– No dobra, przepraszam, ja też wyskoczyłam jak…jak… – zawahała się Linka.

– Jak Filip z konopi – podpowiedział Marek.

– Ja znikąd nie wyskakiwałem – obruszył się Filip.

– Nie wytrzymam z tym bratem – jęknęła Justyna. – Tak się mówi, to jest powiedzenie, rozumiesz głąbie?

Zdjęcie zaprezentowane w gazecie narobiło sporo zamieszania. Przede wszystkim trafiło do Grety, dalej do Mariana i Agaty.  Tych dwoje nawiązało ścisłą współpracę dla spełnienia zamiaru, którym było rozdzielenie Aldony i Sergiusza. Marian nie mógł znieść myśli, że nie osiągnie zamierzonego celu, jak każdy typ, który nie bierze pod uwagę możliwości porażki. Uważał, że musi wygrać, bo tak sobie postanowił, żadna inna opcja nie wchodziła w rachubę.

Agacie przyświecał jeden podstawowy cel – wydusić z męża jak najwięcej pieniędzy. Nie miała żadnych skrupułów, byle tylko jej było dobrze. Zdawała sobie sprawę z faktu, iż miłości nie ma i nie będzie między nimi. Nie odzyska go też na żadnym polu – ani jako partnera ani jako przyjaciela – wiedziała, że jest na straconej pozycji. Oczywiście nie miała o to pretensji do siebie, nie widziała najmniejszej własnej winy, o fiasko swoich planów winiła Aldonę i Sergiusza. Do pierwszej chwilowo nie miała dostępu, bo Aldona odmówiła jakichkolwiek kontaktów, więc na razie odpuściła czekając na chwilę sposobną dla wyrównania wyimaginowanych rachunków. Jego zaś chciała ukarać zabierając mu majątek  i dziecko, na którym jej nigdy specjalnie nie zależało, ale wiedziała, że tym może go skrzywdzić, że to najbardziej zaboli. Bo poza zaspokojeniem pazerności chciała też zaspokoić swoją próżność i dokonać zemsty. Odrzucenie jej, Agaty, takiej wspaniałej istoty i to na rzecz takiego byle kogo… Nie, to nie mogło pozostać bez kary. Z opowiadań Moniki wysnuła wniosek, że działka może stać się ważnym elementem zemsty. Cieszyła się, że pozbawiając męża ziemi dokuczy i jemu, i rywalce. Nawet przez chwilę nie pomyślała o uczuciach innych osób, tak ją zdominował egoizm, żądza władzy  połączone z chęcią posiadania oraz przeprowadzenia swojej woli bez względu na  cenę. Ona jedna była bez skazy, ona wszystko robiła najlepiej, wszystkich innych śmiertelników przewyższała przecież pod każdym względem.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Czwartek, 2 kwietnia 2020

W środę 1 kwietnia wybrałam się na konieczne zakupy. Zupełnie nie pamiętałam, że to Prima Aprilis, jakoś mi nie do śmiechu.  Wcześniej dokładnie obmyśliłam jak całe przedsięwzięcie zorganizować ponieważ w planie było sporo ciężkich rzeczy do kupienia. Zrobiliśmy więc tak (psy oczywiście zostały zabrane do auta): podjechaliśmy do Biedronki i Mąż został z psiepsiołami w samochodzie. Opuściwszy pojazd założyłam maseczkę, rękawiczki, szal na głowę i udałam się do sklepu.Tam przed wejściem stała pani w rękawiczkach,  maseczce i przyłbicy (czy jak się to coś nazywa) z przezroczystego plastiku (plexi?) i pilnowała, żeby każdy wchodzący klient użył żelu antybakteryjnego z pojemnika zamontowanego przy wejściu. Wewnątrz cały personel zaopatrzony w ten sam sprzęt co pani przy wejściu, czyli rękawiczki, maseczki, przyłbice. Dodatkowo przy kasach zamontowano osłony z plexi. Do wózka sklepowego włożyłam wszystko co miałam zapisane na kartce poza drożdżami, których brak, poza rękawiczkami jednorazowymi i maseczkami. Znajoma pani siedząca akurat w kasie powiedziała, że leżały na półkach i leżały, aż się doczekały i zniknęły w momencie. Nie ma szans na kupienie ich. Muszę przyznać, że tym razem nie dusiłam się w maseczce. Może się człek przyzwyczaja do sytuacji, może też ma znaczenie, że wokół są ludzie wyglądających w podobny sposób.

W „odzieniu zabezpieczającym” doprowadziłam wózek sklepowy do samochodu. Zakupy, które mogą chwilę poleżeć poza lodówką wrzuciłam do bagażnika, tylko spożywcze takie „na już” przełożyłam do mojego własnego wózka na zakupy. Dopiero wtedy pozbyłam się „odzienia” w bezpieczny sposób. Mąż z psiepsiołami odjechał, ja z wózkiem poszłam piechotą do domu. Nie wsiadłam do auta, żeby przypadkiem tej francy do środka nie wnieść. W domu od razu kurtkę i spodnie wrzuciłam do pralki. Mąż wrócił szybko, wprawdzie pojechał z psiepsiołami  do torów, żeby się przebiegły po czekaniu w aucie, ale nie chciały chodzić. Szilka zaparła się wszystkimi łapkami i czekała na mnie. Ona mnie bezustannie rozczula. Jeśli wychodzimy z domu razem, ona cierpi kiedy się rozdzielamy. Myślę, że to ma związek  z jej osobistą traumą, przecież nie wiemy co przeżyła, w jaki sposób znalazła się sama w lesie.

Produkty, które przywiozłam wózeczkiem do domu umyliśmy mydłem pod bieżącą wodą i dopiero po tym trafiły do lodówki. Reszta siedzi do tej pory w bagażniku, jutro wyjmiemy, już chyba zdechło wszystko co ewentualnie tam mogło być.

Patrząc i słuchając – można zwątpić, czy jeszcze kiedyś będzie normalnie? Jeśli przetrwamy to normalność okaże się zupełnie inna niż ta, którą znamy. Ile czasu nas od niej dzieli – tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Możemy sobie życzyć, żeby jak najszybciej, żeby udało się szczepionkę stworzyć. Mam wrażenie, że to jedyne, co będzie w stanie zatrzymać to diabelstwo.

Dziś już drugi dzień kwietnia, mego najulubieńszego miesiąca. Pogoda płata figle, zimy nie było, wiosna teraz powinna zachwycać, ale chyba nie jest jeszcze przekonana na co ma ochotę. Na zasadzie: i chciałabym i boję się – raz świeci słońce, raz pada śnieg. Takie urozmaicenie.

Dowód na niespodziewane opady śniegu podczas spaceru z psiepsiołami

Śnieg ładnie na czarnej Sziluni wygląda 🙂

Wychodzenie z Szilką i Skitsem stało się wyjściem na wolność. Takie czasy. Bardziej docenia się to, co jest wokół. Wszystko koło czego przechodzimy zwykle w pędzie nie zwracając uwagi na szczegóły staje się ważne, dostrzeżone, niemal „przemedytowane”.

Jak inaczej wygląda to samo miejsce w słońcu i w pochmurny dzień. Inaczej, ale równie pięknie 🙂 Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy