Poniedziałek

Na wycieczkę jedziemy 🙂

Od rana nie miałam kiedy się odezwać. Byliśmy u Calineczki 🙂 przy okazji konieczności zaszczepienia Szilki. Szkrabusia kochana głaskała psiepsioły (neologizm od psich przyjaciół autorstwa Ewy z KD), śpiewała, mówiła, naklejała naklejki – co wciąż lubi robić – z książeczek dla dzieci. Nie ma opcji, żeby usiadła nic nie robiąc. Przez cały czas czymś jest zajęta. Skończyła naklejać, poszłyśmy do pokoiku, zamknęła drzwi, nie pozwoliła mi ich otworzyć, zdejmowała z półki książki i książeczki oglądałyśmy je. Potem znów psy były ośrodkiem jej uwagi a następnie pożegnała nas i pojechaliśmy do lecznicy. Wszystkie szczepienia zaliczone, psiaki zmęczone śpią do tej pory. Szilka ma prawo, po szczepieniu może się czuć nieco osłabiona. Skituś uwielbia leżeć gdy mu nikt nie przeszkadza w tej wyczerpującej czynności 🙂  Zawsze kiedy jesteśmy u dzieciaków zastanawiam się nad reakcją Skitsa. Wszedł zadowolony, obwąchał całe mieszkanie, w końcu wskoczył na wersalkę, poleżał chwilę, potem rozłożył się na dywanie obok Calineczki, która zaczęła bawić się jego ogonkiem i zaśmiewała się, gdy nim machał. Skituś na hasło „wracamy do domu” podnosi się i jest gotowy do wyjścia. Czyli uznał nas za prawowitą rodzinę i opiekunów. Powiedział swoim, że ich kocha, ale teraz już wraca razem z Szilką 🙂
Po powrocie do domu okazało się, że babcia D. szuka aparatu słuchowego. Na szczęście Mąż znalazł, tym razem był w łazience. Dobrze, że się znalazł, byłby poważny problem.
Zrobiłam zapiekankę cukiniową. Mnie smakowała baaardzo, Mężowi tylko smakowała, dokładniej: nie była niedobra 🙂 Ciasto drożdżowe wg przepisu Jotki upiekłam i wyszło rewelacyjne!!! Prawdziwy drożdżowy placek z kruszonką, do której dodałam cukier waniliowy, więc zapach był zabójczy. Tzn. jeszcze odrobina jest lecz do jutra nie doczeka, nie ma mowy. Cała wielka blacha!!!
Zdjęcia zrobiłam ale cóż z tego, kiedy nie wiem jak konkretne zdjęcie przenieść do Lapcia, przenoszą mi się wszystkie po raz kolejny. Kiedyś się nauczę 🙂
Troszkę popadało z czego roślinki się ucieszyły, choć zbyt mało. Dzień już krótszy, niestety. Trzeba obudzić śpiochy i wyjść, zanim zrobi się całkiem ciemno, mnie się już oczy zaczynają zamykać, zmęczenie bierze górę, trzeba się poruszać koniecznie, żeby nie usnąć.
Dobrego tygodnia życzą psiepsioły wraz z opiekunami 🙂 🙂 🙂

Dobrze nam razem 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 8

Na okres zimowych ferii Aldona zawiozła dziewczynki do teściów. Teściowa, mimo iż źle się czuła po przebytej grypie, przyjęła Stokrotki chętnie, co wyraźnie sugerowało zmianę w jej stosunku do synowej.

W pierwszy wolny od nauki dzień zadzwoniła Agata zapraszając na kawę. Aldona  odmówiła tłumacząc się koniecznością szybkiego powrotu z pracy do domu i pojechania do dzieci. W tej sytuacji Agata stwierdziła, że ona przyjdzie w odwiedziny, na chwilę, bo ma ważną sprawę. Cóż było robić? Kupiła ciasto i pojechała do domu pragnąc trzęsienia ziemi albo wybuchu wulkanu. Na schodach spotkała Stenię Kozłowską, która miała dla niej kilka nowych książek. Chwilę później pojawiła się Agata i stwierdzając, że „koleżanka ma blisko i może przyjść potem” – prawie wypchnęła za drzwi zdumioną Stenię. Usiadła w fotelu i rozpoczęła tyradę. Że Aldona spotyka się z Sergiuszem i kontaktuje się z nim bez jej zgody, poza nią, a ona sobie tego nie życzy. Że jest im bardzo dobrze razem, a  jeżeli czasem wygląda inaczej to tylko ze względu na wzajemne docieranie się po kilku latach życia na odległość. Że nie mówiła głośno jak im jest dobrze aby nie robić przykrości Aldonie, która przecież jest sama. Że postanowili sprzedać malucha i kupić duży, porządny samochód. Że Aldona nie dostanie ani grosza po jego śmierci, bo nie jest żoną i niech sobie nie ostrzy zębów na żadną działkę, bo ona, Agata, ją sprzeda. Że nie pozwoli więcej dawać Sergiuszowi jakichś lekarstw od obcych a kontaktować z nim wolno się tylko za jej, Agaty, pośrednictwem.

Kiedy wyszła wyrzuciwszy z siebie przygotowany tekst – osłupiałą, przerażoną, pełną poczucia winy Aldonę pomału zaczęła ogarniać wściekłość. Jak to? Najpierw przy każdej okazji ta sekutnica powtarzała, że Sergiusz to drań i łajdak dokładnie taki sam jak jego ojciec a teraz nagle jej na nim zależy? Bo boi się stracić jego pieniądze! Mówiła, że jest brudas i fleja jak jego matka i nagle przestało jej to przeszkadzać? Na całej rodzinie nie zostawiła suchej nitki a teraz ich kocha? Dlaczego nie pozwoli dawać lekarstw? Niby sama  taka dobra i kupi?  A może chce, żeby go szybciej diabli wzięli a jej został spadek? Przecież skąd w innym wypadku przyszłaby jej do głowy myśl o śmierci? Każdy sądzi według siebie… Brr, podła, wstrętna baba. Dorota ma rację, trzeba się wystrzegać ludzi bez poczucia humoru i mających negatywny stosunek do zwierząt. Oraz takich, którzy patrzą na świat przez pryzmat pieniędzy i posiadania. Agata zaś musi mieć i musi mieć bez względu na cenę: magnetowid, samochód, mikrofalę i pieniądze, pieniądze, pieniądze… Zadaje się z ludźmi stojącymi wyżej w hierarchii służbowej, majątkowej czy towarzyskiej, chce i dorównać, i zaimponować. Jeszcze ewentualnie kontaktuje się  z tymi, którzy mogą jej się przydać. Pozostałych traktuje z dystansem i wyższością, z pogardą niemal. O matko, przecież to identyczny typ jak Marian!

Rano zadzwoniła do ukochanego. Dowiedziała się, że wspólnik przypadkiem wygadał się przed Agatą, iż Sergiusz zaczął ogromnie dbać o swoje zdrowie i zażywa różne dziwne rzeczy przyniesione przez Aldonę. Poza tym dowiedziała się jeszcze, że Agata regularnie przeszukiwała jego samochód, portfel, kieszenie i przechwytywała korespondencję czytając listy oraz wyciągając z kopert przesłane zdjęcia z wakacji.

– Nie życzyłam jej dotąd niczego złego, naprawdę odpędzałam od siebie wszelkie złe myśli ale teraz już nie mogę. Niech ją cholera weźmie albo samochód przejedzie, niech się utopi w wannie, wypadnie przez okno albo niech ją ktoś udusi w windzie. Ja mam dość – przez łzy powiedziała do słuchawki i już tylko do siebie dodała  – wszystko jedno co się z nią stanie, niech tylko zniknie.

Nie spotkała się z Sergiuszem przez całe ferie. Nie mogła się niczym zająć, nie miała co ze sobą zrobić. Jak drżący kłębek nerwów obijała się o ściany, chodziła z kąta w kąt albo w kółko po dużym pokoju. Próbowała sobie tłumaczyć, że to koniec, trzeba zacząć nowe życie, nie można dalej tkwić w próżni, poruszać się między światem wyobraźni a obłędem. Są dzieci, obowiązki… No i co z tego? Gdyby nagle zginęła pod kołami samochodu, przypadkiem, nie z własnej winy, albo umarła na serce – życie nie stanęłoby w miejscu, toczyłoby się dalej. Jest jej obojętne, dokładnie obojętne co się stanie. Chciałaby się nigdy więcej nie obudzić. Myśl o śmierci powoli przestała wywoływać w niej przerażenie, przecież tam są rodzice, babcia, Bibi… Przeciwnie, niosła zapowiedź upragnionego spokoju, ukojenia, ciszy… Sama  nie może jej przywołać, ale … gdyby tak przypadkiem, niechcący… wypadki chodzą po ludziach…

Przestała odczuwać głód, zjedzenie posiłku było katorgą. Schudła, bolały ją stawy, nerki, nękały bóle i zawroty głowy, mięśnie chwilami odmawiały posłuszeństwa. Zdarzyło jej się wejść wprost pod nadjeżdżający samochód, choć próbowała się zatrzymać na poboczu. Auta na ogół wolno jeżdżą ciągami pieszojezdnymi, więc hamowały bez trudu. Idąc do pracy przywdziewała maskę obojętności. Nie opowiadała nikomu o swoich przeżyciach, od koleżeńskich spotkań wymawiała się bólem głowy albo kłopotami z dziećmi. Nie zwracała uwagi na Mariana, który przyglądał jej się niczym myśliwy osaczonej zwierzynie pewien, że zdobycz mu nie ujdzie. Po powrocie do domu zamykała się w pokoju i godzinami siedziała wpatrzona w ścianę, gryzła ręce powstrzymując tym głośne łkanie i tłumiąc wybuch rozpaczy. Albo – gdy już straciła siły do powstrzymywania się  – oddawała się tej rozpaczy bez reszty wstrząsana bezgłośnym szlochem. Wychodziła z Tiną o nietypowych godzinach, żeby nikogo nie spotkać na spacerze.

Raz jeden umówiła się telefonicznie z Sergiuszem. Nie przyjechał o umówionej godzinie. Co chwilę wstawała i sprawdzała, czy przypadkiem domofon się nie wyłączył. Może dzwonił a ona nie słyszała? Niemożliwe, żeby znowu ją zawiódł. Dlaczego go nie ma? Chodziła od okna do drzwi i z powrotem. Wreszcie usiadła na szafce w przedpokoju, objęła rękami kolana i w tej pozycji przepłakała resztę nocy nasłuchując, wzdrygając się na każdy odgłos dobiegający z korytarza.

Rano powiedział, że całą noc spędził w pracy, nie mógł się zdobyć na wyjście stamtąd gdziekolwiek, musiał ugrzęznąć w papierach, bo sprawy się pokomplikowały i ma kłopoty. Nie miał jej jak zawiadomić, bo przecież nie ma telefonu.

Szła z pracy piechotą, ze Śródmieścia aż do Dworca Południowego. Deszcz padał, moczył włosy osłonięte jedynie czarną opaską. Nie chciało jej się wyjąć parasolki. Łzy, będące teraz  czymś tak normalnym i naturalnym jak oddychanie, powodowały zacieranie konturów całego zewnętrznego świata i tak już niewyraźnych z powodu deszczu i ciemności. Czerwone i żółte światła samochodów niczym tajemnicze kule otoczone świetlistą, migotliwą aureolą znów zapraszały ją do siebie. Miała ochotę wejść pomiędzy nie, przestać myśleć i odczuwać cokolwiek. Po co ma żyć? Jej życie się skończyło. Dzieci? Dzieci urodziła do ich własnego życia, niech same szukają własnej drogi, nikt za nie tego nie zrobi… Ona też była sama… Dlaczego nie jest jej dany nawet fragment zwykłego ludzkiego szczęścia? Czy za każdą przeszłą chwilę radości musi płacić cierpieniem? Tych chwil w ciągu całego życia naprawdę nie było zbyt wiele… Może gdyby rodzice nie zginęli… Co zakłóciło kontakt między nią a Sergiuszem? Czy to ona przeszła na niewłaściwe fale? Może za dużo sobie wyobrażała? Czy nie ma już dla niej miejsca w rzeczywistości i pozostało jej tylko życie we śnie? A może już umarła nie zdając sobie z tego sprawy i jest duchem nie mogącym znaleźć własnego miejsca we wszechświecie?

W sobie szukała winy za utratę psychicznego kontaktu z Sergiuszem. To znaczy – z jednej strony czuła bliskość ukochanego, myślami była przy nim, siłą uczucia i wyobraźni miała go wciąż przed oczyma a jednocześnie zaczęła się bać jego reakcji na własne czyny i słowa. Bała się, że źle ją zrozumie, niewłaściwie oceni, zacznie ją traktować jak Agatę, posądzi o takie same niecne zamiary i wreszcie znienawidzi obydwie.

Zaczęła mieć kłopoty z wyrażaniem myśli, gubiła wątek albo nagle milkła pozwalając się „zagadać” rzeczywistemu rozmówcy albo głosowi płynącemu ze słuchawki. Bezustannie rozmyślała co złego, niewłaściwego zrobiła powodując tak dziwne, nieoczekiwane i niepodobne do normalnego zachowanie Sergiusza.

Któregoś wieczoru, mając przed sobą  perspektywę kolejnej nieprzespanej nocy, wstała z łóżka, założyła szlafrok i zwinęła się w kłębek na fotelu. Nie pierwszy raz w tej pozycji czekała świtu podczas gdy wyobraźnia podsuwała jej rozmaite obrazy, najczęściej  wspomnienia z domku pod lasem. Trudno się było od nich uwolnić. Widziała ukochanego wszędzie, nawet po otwarciu oczu jego postać nie rozwiała się od razu. Nie pomogło mruganie powiekami ani odwracanie głowy. Podniosła się. Ruchy miała powolne, ciężkie niczym stara, zmęczona życiem kobieta. Zmusiła się jednak do aktywności, postanowiła przejrzeć rzeczy Stokrotek, które ciągle z czegoś wyrastały. Nie miała serca oddać tych szmatek komuś obcemu. Spakowała i schowała dla Biedroneczki wbrew jakiejkolwiek logice, wbrew wszystkiemu.

W dalszym ciągu unikała sąsiadek. Przemykała z psem na drugą stronę ulicy i spacerowała po „innej wsi”, a gdy któraś zapukała do drzwi udawała, że śpi, bez względu na porę dnia.

Wreszcie przydybała ją Dorota.

– Jesteś obrzydliwą egoistkę i masz charakter Narcyza – oświadczyła.

Patrzyła z przerażeniem na przyjaciółkę postarzałą nagle przynajmniej o dziesięć lat, poszarzałą na twarzy, nienaturalnie chudą, na niezdrowo błyszczące oczy. Zajęta własnymi sprawami nie przypuszczała, że Aldona może być aż tak wykończona psychicznie i fizycznie. Nic przecież nie wiedziała o wizycie Agaty.

– Dlaczego? – obojętnie spytała Aldona.

– Bo trzeba siebie bardzo lubić, żeby przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywać głównie we własnym towarzystwie. – usiłowała ukryć drżenie głosu starając się nadać mu żartobliwe brzmienie.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Ciasto dla Magdy :)))

Przepis pochodzi z jakiejś kolorowej gazety, nie pamiętam z jakiej i na pewno sobie nie przypomnę, to był czas kiedy babcia D. jeszcze sama chodziła do sklepu i przynosiła tony kolorowych czasopism, nieraz było po 5 tych samych.
Nocna drożdżówka czyli ciasto z jabłkami dla leniwych 🙂
5 szkl. mąki
1 szkl. cukru
4 jajka
3/4 szkl. mleka
50 dkg jabłek
1 szkl. oleju
10 dkg drożdży
1 cukier waniliowy
mielony cynamon
tłuszcz do nasmarowania blachy

1. Drożdże rozkruszyć do miski. Dodać cukier, jajka, olej, cukier waniliowy, lekko podgrzane mleko i mąkę. Składników nie należy mieszać!!! Miskę przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 4 godz.
( Ciasto można też przygotować wieczorem, zostawić w misce do wyrośnięcia i upiec rano. Tylko nie stawiać miski w bardzo ciepłym miejscu! )
2. Po tym czasie wymieszać wszystkie składniki na jednolitą masę. Blachę posmarować tłuszczem i wyłożyć na nią ciasto.
( Ja nie smaruję tylko używam papieru do pieczenia )
3. Jabłka umyć, obrać ze skórki (niekoniecznie), wydrążyć gniazda nasienne, pokroić w plasterki, ułożyć na cieście. Posypać łyżeczką cynamonu. Wstawić do nagrzanego piekarnika 175 st./ ok. 45 min.
4. Po upieczeniu uchylić drzwiczki piekarnika i nie wyjmując blachy dać ciastu spokojnie wystygnąć. Wystudzone można posypać cukrem pudrem

Drugi przepis dostałam od kolegi (!) jeszcze w pracy. Wypróbowałam bez entuzjazmu. Entuzjazm przyszedł, przygalopował po upieczeniu i spróbowaniu 🙂
Rewelacyjne ciasto drożdżowe dla leniwych 🙂
4 szkl. mąki
1 szkl. mleka
1 szkl. cukru
4 jajka
1 kostka margaryny
6 dkg drożdży
szczypta soli, zapach

Kruszonka
8 dkg mąki
5 dkg masła
5 dkg cukru

Drożdże rozpuścić w ciepłym mleku (ja używam drożdży instant 2 op. więc odpada ta czynność).
Rozpuścić margarynę.
Przesianą mąkę z cukrem, jajkami i drożdżami bardzo dobrze wymieszać ( robię to drewnianą łyżką).
Dodać rozpuszczoną margarynę i wmieszac ją w ciasto. Naprawdę po chwili znika, choć w pierwszym momencie wydaje się to niemożliwe.
Odstawić do wyrośnięcia pod ściereczką w ciepłym miejscu.
Jak wyrośnie – przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (blachę mam b. starą, może sprzed wojny jeszcze, wielkości jakby 2-ch keksówek i to jest idealna wielkość).
Na ciasto wyrobioną wcześniej kruszonkę pokruszyć (kruszonki nie robię palcami lecz widelcem, tzn. Mąż robi 🙂 ). Upiec.
W nagrzany piekarnik wkładam, piekę w 180 st. /ok. 50-55 min. zaglądam pod koniec przez szybkę jak wygląda i wiem czy już upieczone.

Dzięki tym przepisom odważyłam się upiec drożdżowe ciasto. A mama i babcia takie pyszne piekły! Nie nauczyłam się od nich, buuu…

Moje kwiatki 🙂 Przy takim obrazku ciasto powinno smakować bez względu na to, jakie wyjdzie 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy

Dzień za dniem

Podczas poprzedniego weekendu przeczytałam „Jagę” Katarzyny Bereniki Miszczuk, nową część cyklu „Kwiatu paproci”. Mnie się ten cykl spodobał, choć fantasy nie jest moją bajką. Nie ma reguły bez wyjątku i pewnie to jest ten przypadek. Polubiłam i już 🙂 Nie jestem
zadowolona, kiedy się kończy książka, którą dobrze mi się czyta. Mówię o tym z tygodniowym opóźnieniem, bo nie zauważyłam, że fragment tekst „na brudno” pisanego przesunął się w dół i zniknął.
Dziś ładna pogoda, słońce świeci, lecz już chłodem wieje, przynajmniej rano. Wczoraj w Krakowie co chwilę padało. Wiem od cioci, która wczoraj miała urodziny i z tej okazji rozmawiałyśmy przez telefon. Prawie codziennie wchodzę do Ewy Krakowianki, serce mnie tam ciągnie, żeby mieć świeże wieści z grodu Kraka. Poza tym uwielbiam teksty Ewy, która bez owijania w bawełnę pisze co myśli. Ewo, pozdrawiam w tym momencie 🙂 🙂 🙂
Ciocia moja kochana wybierała się na Rynek ale za każdym razem kiedy już miała wychodzić – znowu deszcz powracał. U nas padał rano. Złapał mnie z Szilką i Skitulem na ulicy, wracaliśmy (prawie) biegiem. Psiaki się bawiły, skakały zadowolone a ja oddechu złapać nie mogłam i ledwo dyszałam, buuu… To rezultat braku kondycji, o którą nie chce się regularnie dbać. Moja wina, moja wina… No moja i już.
W związku z tym, że odpadł z rozkładu poranka długi spacer z powodu deszczu, poddałam się nałogowi, w który wpadłam bardzo niedawno i zagniotłam ciasto Lucii, czyli „jednojajkowca”. Tym razem upiekłam go z dżemem morelowym. Też pyyycha 🙂 Myślę, że sporo czasu upłynie zanim nam się znudzi. Mężowi najbardziej smakowało z konfiturą wiśniową. Babcia D. lubi słodycze, jadła więc wszystkie rodzaje.
Zostawianie babci D. samej nawet na krótki okres czasu staje się coraz bardziej ryzykowne. W sobotę udało mi się Męża wyciągnąć na spacer z czego baaardzo się ucieszyłam. Ostatnio  zatoki okropnie dają mu się we znaki, trochę wreszcie odpuściły i poszedł. Nie było nas około godziny. Po powrocie od razu zauważyłam włączony telewizor (Mąż wyłączył przed wyjściem) a na ekranie widniał napis, że brak karty w dekoderze. O matko! Gdzie karta? Krasnoludki raczej jej nie zabrały! Żeby tylko jej babcia D. nie włożyła w takie miejsce, o którym natychmiast zapomni i nie znajdziemy, albo żeby jej nie złamała. Przecięła
przecież kabelki od dwóch ładowarek. Mąż pognał do jej pokoju. Nie zdążyła schować, co za ulga.
Trzeba mieć na nią oko także wtedy, gdy jesteśmy w domu. To jak z dzieckiem – kiedy za długo siedzi cicho, trzeba iść sprawdzić co robi. Babcia D. lubi upiększać otoczenie, zawsze lubiła i miała gust. Teraz robi bukiety z czego popadnie i wkłada gdzie się da. Zrywa kwiatki z naszego miniaturowego ogródka, łamie gałązki, wyrywa co jej wpadnie w rękę. Wczoraj wyrwała z korzeniami ozdobny bluszcz, który dostałam od synowej. Cieszyłam się, że przeżył zimę, zaczął wypuszczać nowe pędy z pięknymi, o różnych odcieniach zieleni, liśćmi w jasne plamki. Jest śliczny, szczególnie ładnie wygląda w ciemnym kącie ogródka rozjaśniając ów kącik. Rzuciłam się do niej i zabrałam z ręki biedny bluszcz, już chciała go porozrywać na kawałki, żeby włożyć do bukietu zrobionego z nawłoci i rozchodników, który włożyła do małej konewki nadającej się tylko na dekorację, bo przepuszcza wodę. Wsadziłam biedak z powrotem do ziemi, podlałam, podwiązałam znowu czerwoną wstążeczką, żeby była widoczna (choć przedtem też była i nie ustrzegła przed wyrwaniem), mam nadzieję, ze nie zmarnieje. Ale biednie wygląda po tych przejściach.
Z lekami jest tradycyjnie – raz babcia D. połknie, kiedy indziej chowa, wypluwa i robi to bardzo sprytnie wykazując się niezwykłą inwencją w tej materii… Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…
Zrobiłam drobne przemeblowanie (sąsiadka moja ursynowska mówiła, że jak się przestawia meble to przychodzą pieniądze, więc czekam 🙂 ) Przeniosłam Lapcia – musi być połączony kablem z ruterem, inaczej nie działa – w inny kąt pokoju, kartki, notatki, inne drobiazgi
podręczne też, w związku z czym nie mogę się połapać co gdzie jest i nie mogę niczego znaleźć. Tak będzie dopóki się nie przyzwyczaję.  Nadrobiłam też trochę zaległości na Waszych blogach, bo jakoś się nie wyrabiam ze wszystkim. Odwaliłam wielkie prasowanie,
popracowałam w ogródku ale ogólnie czuję się znużona i brak mi energii, jakby mi się baterie wyczerpały. Wyraźnie pani Depresja puka do drzwi i okien, ale mam w planie nie wpuścić jej do środka.
W nowym kąciku do siedzenia stoi fotel i Skituś bardzo lubi na nim spać. Czeka kiedy ja wstanę i szybciutko zajmuje miejsce. Jedyne słowo, które go stamtąd ruszy to „masz” i widok czegoś smacznego. Tak muszę go przekupywać, żeby mi ustąpił 🙂 🙂 🙂
Dobrego tygodnia, słońca wedle woli i deszczu też tyle, ile trzeba. Macham do Was 🙂 🙂 🙂

Skituś patrzy czy już może zająć fotel 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 35 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 7

Zanim Sergiusz przywiózł Mimi na Ursynów, mieszkanie na parterze odwiedziła śmierć.  Nagła i niespodziewana.

Bibi czuła się źle kiedy Aldona wróciła z pracy. Leżała rozciągnięta na ciepłym kaloryferze i nawet nie spojrzała na jedzenie. Nigdy dotąd jej się to nie zdarzyło. Ponieważ jednak mruczała gdy tylko pani zbliżała się do niej, mruczała głaskana przez dziewczynki – nic nie wskazywało na zbliżającą się tragedię.

– Może coś zjadła? – zastanawiała się Aldona. – Ale co?

Przyniosła jakieś tabletki na zatrucie, które Danusia często dawała Tygryskowi i zmusiła kotkę do połknięcia rozkruszonego lekarstwa. Bibi zeszła z grzejnika, chwiejnym krokiem doszła do kuwety.  Wróciła, lecz już  nie miała siły wskoczyć na poprzednie miejsce. Dziewczynki wzięły ją do pokoju, ułożyły na fotelu, zawinęły w ręcznik, żeby było jej ciepło, obłożyły fotel poduszkami, żeby nie spadła.

Później na rękach Aldony Bibi dostała torsji brudząc jej sukienkę od góry do samego dołu. Ucieszyły się  przekonane, że już będzie wszystko w porządku.

W nocy obudził Aldonę pełen strachu i bólu krzyk kotki wzywającej pomocy. Okazało się, że kotusia zeszła z fotela, żeby pójść do łazienki i nie miała siły wyjść z kuwety. Aldona podniosła ją, otuliła ręcznikiem, nakryła kołdrą aby ogrzać coraz słabsze, coraz chłodniejsze ciałko. Nie wiedziała co zrobić, jak pomóc cierpiącemu biedactwu. Trzymała ręce na małym brzuszku, wtedy kotusia uspokajała się trochę jakby przynosiło jej to ulgę. Kiedy Aldona przysypiała, resztkami sił wlokła się do łazienki i znów wołała o ratunek. Tak minęła koszmarna noc.

Zawiniętą w ręcznik i kołdrę koteczkę zostawiła Aldona na tapczanie a sama szykowała dziewczynkom śniadanie. Co chwilę biegały do chorej łudząc się, że lepiej oddycha i jest cieplejsza.

Dzieci wyszły, a Bibi poruszyła się jakby znowu zaczęły ją męczyć torsje. Aldona w ręczniku zdjęła ją z tapczanu i położyła na dywanie. To nie były torsje, to był krwotok. A zaraz potem krzyk, tak potworny, tak straszny krzyk, że mimo woli Aldona też zaczęła krzyczeć, nieprzytomna z przerażenia. Do tej pory trzymała kotkę, teraz ją puściła, bo małe ciałko wykrzywiły konwulsje. Raptem krzyk ustał. Bibi znieruchomiała. Aldona klęczała nad nią gryząc zaciśnięte palce, skuczała jak szczeniak. Rozszerzonymi oczyma patrzyła na leżącą bez  ruchu koteczkę, tę cudownie miękką, słodką pieszczoszkę. Czekała, by podniosła się, przeciągnęła i mrucząc otarła główkę o jej nogi. Czekała i czekała. Wreszcie łzy wypełniły oczy i szloch wstrząsnął całym ciałem. Bez znaczenia do kogo śmierć przychodzi – do człowieka czy do małej kotki. Zawsze tak samo wygląda w martwych, szklanych, pełnych cierpienia oczach odchodzącej istoty. Miała do siebie pretensję, że nie tuliła Bibi w objęciach do ostatniej chwili, że ją puściła, że pozwoliła  umrzeć jej samej z brzmieniem własnego krzyku w uszkach. Przyszły jej na myśl czyjeś słowa, że każdy w końcu pozostaje sam na sam ze śmiercią i nikt inny w tym spotkaniu nie może uczestniczyć.

Długo klęczała przy Bibi, głaskała stygnące ciałko, prosiła przez łzy, by wstała.  Nie mogła uwierzyć w prawdziwość tego całego koszmaru, łudziła się, że słyszy oddech i miauczenie. Wreszcie wzięła czysty ręcznik, aby koteczka nie leżała na poplamionym krwią, zawinęła ją i zostawiła na dywanie. Zamknęła drzwi do pokoju, zostawiła dziewczynkom kartkę, żeby nie wchodziły, bo Bibi nie żyje.

Pojechała do pracy roztrzęsiona i zapłakana. Widząc ją w takim stanie każdy pytał o przyczynę. Odpowiedzią na słowa: kotka mi umarła – były w większości  uśmieszki i głośne śmiechy. Oczywiście, to przykre, ale żeby z tego robić aż taką tragedię? Mało to wszędzie kotów?

Zwolniła się, nie była w stanie tego znieść. Pojechała do Sergiusza do pracy. Usiłowała zapanować nad łzami. On się nie śmiał, nigdy w życiu by tak nie zareagował, dzielił jej ból. Powiedział, że przyjedzie jak tylko będzie mógł i zabierze Bibi na działkę.

Tina przez cały dzień siedziała w kuchni pod stołem przerażona, zdezorientowana, cała drżąca. Gdy Bibi z panią i panem pojechała w swą ostatnią podróż, obwąchała wszystkie miejsca, w których kotka zwykle była, szukała jej wszędzie, w każdym kącie.

Tymczasem mała Bibi o białym futerku w czarne łatki i o wielkim serduszku, kochana, pieszczona i całowana przez swoje tak krótkie życie, spoczęła snem wiecznym pod  młodziutką sosenką, opłakiwana przez dzieci w domu i przez dwoje dorosłych w Domku Teresy na działce.

Po kilku dniach pojawiła się w ursynowskim domu Mimi. Obwąchały sobie z Tiną noski. Trudno powiedzieć o czym ze sobą rozmawiały, w każdym razie od pierwszego dnia Mimi spała  przytulona do Tiny. Stokrotki głaskały i tuliły Mimi ale oczy miały pełne łez, a w ich serduszkach mała Bibi na zawsze miała swój kącik i nikt go nigdy nie zajął. W miarę upływu czasu takich kącików robiło się coraz więcej, dziewczynki kochały zwierzęta i miały bardzo pojemne serduszka.

Monika bardzo przeżyła śmierć siostrzyczki swojej faworytki. A widząc rozpacz i łzy dziewczynek i cioci Aldony lżej było jej rozstać się ze swoją ulubienicą wierząc, że pomoże przyjaciółkom, że przyniesie im ulgę w cierpieniu. Poza tym miała świadomość, iż będzie mogła odwiedzać Mimi, pobawić się z nią, przytulić, zaś Stokrotki swojej Bibi nie zobaczą już nigdy.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Kotlety vege i życie

Od rana nie mogę się zabrać za wpis. Tyle się działo przez weekend, że nie wiadomo od czego zacząć. Żeby jednak zacząć – trzeba mieć spokojną chwilę na zebranie myśli. Skąd ją wziąć? Rano mnie zbudziły psie pazurki, pomyślałam, że Skitek chce wyjść więc się zerwałam koło 5-ej. Wyszliśmy sobie we trójkę na łąkę, spokojnie, bez pośpiechu. Było cudnie, pachnąco, świeżo, rosa na trawie i na wszelkiej łąkowej roślinności w innych okolicznościach nazywanej niewątpliwie chwastami, wesoło świergolące jakieś wróbelkowate ptaszynki, tegoroczne zapewne, bo malutkie i wesołe – wyraźnie czułam jak Ziemia oddycha. Celowo napisałam wielką literą, by oddać Gai należną cześć, by wiedziała, że nie wszyscy tzw. ludzie należą do podgatunku niszczycieli drzew, rzek, ptaków, zwierząt – słowem – całej Natury.
Wróciwszy do domu dałam psiakom śniadanie, sobie zrobiłam kawę, przegryzłam co nieco i poleciałam (nie, nie na miotle, do tej pory nie odnalazłam latającego sprzętu… 😉 ) do miasteczka. Już się robiło coraz cieplej ale jeszcze sprawy zdążyłam załatwić przed najgorszym upałem.
Odpoczęłam chwilę w klimatyzowanym banku. Jak na złość nie było kolejki 😉 Kiedy indziej trzeba czekać i czekać a dziś – nie. Cóż, nie trzeba narzekać, ucieszyłam się więc z zaoszczędzonego czasu i zahaczyłam o ciucholand. Pogrzebanie w szmatkach zdecydowanie dobrze wpłynęło na moje samopoczucie, nabyłam nawet drobny przyodziewek w postaci kolorowej bluzeczki kryjącej to i owo 🙂 Pomaszerowałam dalej zachodząc do Biedronki mojej przydomowej po ziemniaki, albowiem młodsze dziecko miało zawitać w nasze progi na chwilę. W związku z tym w sobotę (bo jeszcze nie wiedział kiedy wpadnie, czy w niedzielę czy w poniedziałek) usmażyłam kotlety vege. Nie będę się chwalić mówiąc, że wyszły fantastyczne, bo to prawda 🙂
Mimo, że zapomniałam o cebuli (!) były wspaniałe. Im prostsze, im mniej składników tym lepsze – stwierdziłam odkrywczo. Z czego zatem zrobiłam? Utarłam na tarce boczniaki i pieczarki, po jednym opakowaniu z Biedronki. Miałam trochę ugotowanej kaszy bulgur, która została z obiadu. Do tego jajko i bułka tarta do zagęszczenia i panierowania. I tyle. Kasza ugotowana była z przyprawami, więc sama w sobie smaczna, może tu się kryje tajemnica. Małemu smakowały bardzo, resztę dostał na wynos 🙂 Ale i Mężowi smakowały, co jest warte odnotowania 🙂 Dostał też Mały kawałek ciasta.
Z tym ciastem to normalny cyrk. Przepis pochodzi od Lucii z jej bloga  pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/

Przepis mi się spodobał i upiekłam na próbę małą tortownicę z konfiturą wiśniową. Pożarliśmy w ciągu wieczora. Następne więc zrobiłam z potrójnej porcji, żeby na dużą blachę było… cóż, skończyło się dziwnie szybko. Dzieciaki spróbowały, pochwaliły, dałam mojej świeżo upieczonej licealistce kawałek do domu i już „po ptokach”.
Calineczka nie próbowała, miała ważniejsze sprawy na główce. Konik na biegunach owszem, ale tylko chwilę, najważniejsze były kamyczki. Wrzucała je do miski z wodą, układała, przekładała, sprawdzała, które rysują po chodniku a które nie i bezustannie była w ruchu. Taka ta szkrabusia kochana jest, drobinka najsłodsza 🙂
Zawzięłam się i upiekłam kolejny raz z potrójnej porcji 🙂 Pół „wciągnęliśmy” w niedzielę, pół schowałam do lodówki i nie dałam ruszyć, bo dla „dziecka” czyli Małego. Dałam mu więc do domu słuszny kawałek, ale …  jeszcze „ciuteczek” dla nas został. Aha, był tym razem z
konfiturą jagodową. Pyyycha!!! Wiadomo, że jutra nie doczeka, więc pomyślę z czym zrobię następną wersję …
Poza przyjemnymi sprawami – wciąż się po głowie kręciły myśli na temat wydarzeń w Białymstoku, nie da się nie myśleć i uznać za drobny incydent. Tak już było, tylko Ci, którzy są winni podobnym sytuacjom, albo nie zdają sobie sprawy – bo są tak ciemni i tępi, albo działają z premedytacją dążąc po trupach do osiągnięcia celu i w tym wypadku są winni podwójnie.
Wieczorem oglądałam transmisję z Gdańska. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że tam stoi „zebrany i wyrażony” drugi sort (itp. znane określenia) oraz wszelkie inne inności, do których stosunek wyrazili rządziciele właśnie tydzień temu w Białymstoku. Byli tam przecież – jak uczeni, mądrzy naukowcy mówią – „bohaterowie” wyhodowani na własnej piersi rządzicielskiej partii. Koncert Legend przywołał wspomnienia, był Perfect, Oddział Zamknięty, Kult, Sztywny Pal Azji, Mr. Zoob, i wielu innych. Michał Szpak wykonaniem utworu Niemena zasłynął na początku swej kariery. Teraz też zaśpiewał „Dziwny jest ten świat” tak, że ciarki po grzbiecie mi przeszły. Niesamowity głos ma ten chłopak, w ogóle jest niezwykłą indywidualnością, skarbem narodowym – nawet na festiwalu Eurowizji zyskał sobie fanów. Nie wygrał, choć mógł, bo po prostu nas nikt nie lubi i na Polskę nikt nie głosuje. Tylko z tego powodu nie wygrał. Obawiam się, że gdyby się nawinął np. w Białymstoku jakiemuś „patriocie” mógłby nie ujść cało… I właśnie to jest straszne. Oraz to, że utwory prezentowane z estrady nie straciły na ważności. Mało tego, one na nowo tę wagę odzyskały, są jak najbardziej aktualne w XXI wieku, pod koniec drugiej dekady! A powinny być odbierane tylko w sferze sentymentalnej, jako wspomnienie młodości…
Piękny był widok z drona (chyba) na tłum ludzi obecnych na koncercie, zebranych przed estradą, klaszczących w ręce, śpiewających wraz z artystami na tle słońca zachodzącego, kryjącego się w morzu. Takie poczucie jedności, połączenia publiczności i wykonawców, patrzenie wspólnie w jedną stronę bez względu na wiek, bardzo zresztą zróżnicowany – taki przekaz emocjonalny odebrałam i poczułam się podniesiona na duchu. Maciej Maleńczuk przypomniał słowa pieśni „… zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy, Panie…”
Wzniosłymi słowami mogłabym zakończyć wpis, lecz cóż, rzeczywistość płata figle i po występie młodego Cugowskiego odpłynęłam w ramiona Morfeusza…
Jeszcze dodam, bo nie pamiętam, czy wspomniałam już, że wnuczka Zosi dostała się do liceum, tylko po co takie straszne przeżycia tym dzieciakom i rodzinom zostały zafundowane?
Po południu zdążyłam wyskoczyć z psami na łąkę przed burzą. Było upiornie gorąco. Zobaczyłam, że zbierają się czarne chmury, w tv pokazali Stadion Narodowy w strugach deszczu więc Mały pojechał do siebie, żeby jego psy nie oszalały ze strachu (po przejściach są przecież) kiedy zacznie się burza. Niedługo do nas doszła i popadało trochę, pogrzmiało, odświeżyło się powietrze ale już po deszczu.
Dobrego tygodnia życzę, jeszcze przecież wakacje trwają, najweselszy, najpiękniejszy czas. Dopiero półmetek, więc „NIECH ŻYJĄ WAKACJE, NIECH ŻYJE POLE, LAS, I NIEBO, I SŁOŃCE, SWOBODNY, LETNI CZAS…”

Wakacje i spływ Dunajcem pasują do siebie idealnie

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 42 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 6

Będąc pod wrażeniem spotkania z Sergiuszem Aldona zapomniała o całym świecie. Po głowie tłukła jej się jedna myśl: on wygląda potwornie, jak ciężko chory człowiek i trzeba go ratować.

Pogoda była obrzydliwa. Padał deszcz ze śniegiem, na ulicy tworzyło się błoto. Idąc do autobusu Aldona przemoczyła buty lecz nie czuła zimna. Myślała o Sergiuszu. Co robić? Nagle doznała olśnienia. Wpadnie do domu, zmieni obuwie, weźmie pieniądze i pójdzie na Belgradzką do Pewexu, można tam kupować również za złotówki. Kupi jakieś rewelacyjne medykamenty na wzmocnienie i zaraz jutro zawiezie mu do pracy.

Tak zrobiła. Dziewczynek nie było w domu. Chodziły na naukę tańca disco razem z  Justynką i Filipem do ich szkoły. One same dojeżdżały do starej, nie chciały jeszcze rozstawać się ze swoją klasą. Aldona zmieniła buty na kalosze. Nie wzięła ze sobą Tiny, za bardzo by sunia zmokła i mogłaby się rozchorować. O sobie tak nie pomyślała. Ukochany potrzebował pomocy i tylko to się liczyło.

Szła z wysiłkiem tocząc walkę z wiatrem, który koniecznie chciał jej przeszkodzić w dotarciu do celu. Czyżby był w zmowie z Agatą? Nie dała się pokonać. Mimo zimna, mimo przemoczonej kurtki dotarła do Pewexu, kupiła Lecitin Nerven Tonicum i Biovital. Ledwo żywa wróciła do domu. Dopiero teraz odetchnęła. Poczuła, że jest przemoczona do suchej nitki i na dodatek trzęsie się z zimna. Nic to. Sergiusz się ucieszy, że o nim pamięta i na pewno wkrótce poczuje się lepiej, uspokoi, zacznie sensownie myśleć i nie dostanie zawału. Nic mu się nie stanie.

Zrobiła sobie gorącą herbatę, wlała do szklanki trochę czystej wódki. Była przebrana, sucha i rozgrzana kiedy dziewczynki wróciły.

– Jesteś już mamusiu? – krzyczała od progu Inka.

– To dobrze, że jesteś – wołała Linka przekrzykując siostrę i szczekającą Tinę. – Żebyś wiedziała co tu się dzisiaj działo!

– Co takiego? – zainteresowała się matka.

– Ale była heca. Najpierw to wujek Marcin spał pod drzwiami – zaczęła Inka.

– Pod jakimi drzwiami? Magda go z domu wyrzuciła? Zamknęła mu drzwi przed nosem? – nie zrozumiała Aldona.

– Przecież mu ukradli klucze – z politowaniem patrząc na matkę powiedziała Linka, – to spał pod drzwiami, żeby nie wpuścić złodzieja.

– Spał w domu, nie na korytarzu przecież – tłumaczyła Inka. – Na korytarzu by widzieli, że pilnuje. A jak od środka to nie, wtedy mógłby wszystkich kradziejów połapać.

– Kogo?

– No, tych co kradną. Jak kradnie to jest kradziej, chyba proste, no nie?

– Właściwie… – mruknęła Aldona.

– Ale nie przyszli to nie połapał – z żalem stwierdziła  Linka.

– Aha, już wiem, miał przyjść Maciek z Maksem – przypomniała sobie Aldona.

– Przyszli wszyscy – z tryumfem obwieściły Stokrotki. – To są porządne chłopaki. Kuba i Marek też przyszli. Wytłumaczyli cioci Tereni, że sam Maciek nie może iść bo to zbyt niebezpieczna impreza, a jak będą wszyscy – nikt im nie da rady.

– Co prawda to prawda – przytaknęła Aldona. – Jeśli dołożyć was, Justynkę i Filipa, do tego jeszcze Tinę to wątpię, czy na całym świecie znalazłby się szaleniec, który odważyłby się wejść w drogę takiemu gangowi.

– A widzisz? – dumnie spojrzały córeczki na matkę.

– Justyna i Filip też nie poszli dzisiaj do szkoły, przecież musieli pilnować mieszkania – opowiadała Linka. – My miałyśmy dzisiaj tylko trzy lekcje, bo na szczęście pani od matematyki złamała sobie nogę i teraz długo nie będzie chodzić. Dzięki temu zdążyłyśmy na czas.

– Na jaki czas? – dziwiła się Aldona nie mogąc nadążyć za córkami.

– Odpowiedni – poważnie odpowiedziała Inka. – Chłopcy wymyślili pułapkę na złodzieja i my jeszcze zdążyłyśmy przejść po cichu. Potem już się to nikomu nie udało – parsknęła śmiechem.

– Wiesz mamusiu co zrobili? – ciągnęła dalej Linka. – Wzięli od Filipa wszystkie puszki po piwie, a on zbiera więc było ich całe mnóstwo i przyczepili do sznurka, i do drzwi na klatkę. Jak ktoś otwierał drzwi to się wszystko z hukiem waliło na beton. Wyobrażasz sobie jak było słychać?

– A potem zrobili jeszcze inaczej – chichotała Inka. – Jak kilka razy wystraszyło ludzi, bo był i listonosz i kto inny, to my siedzieliśmy cicho i nie przyznawaliśmy się. Ale jak szła ciocia Danusia to Justynka ją ostrzegła. I ciocia powiedziała, żeby taką pułapkę robić nad własnymi drzwiami, bo oszaleć można, bo puszki lecą i się tłuką, bo psy szczekają a my się śmiejemy aż się mury trzęsą. Ale się śmiała razem z nami.

– No to zrobiliśmy – podjęła Linka – tak fajnie, że puszki były na rurze na korytarzu i w domu nad drzwiami. Kiedy już zabezpieczyliśmy dom, Filip włączył fantastyczny horror i oglądaliśmy.  Nagle zapukał do drzwi wujek Ziutek, wiesz, on przychodzi do cioci Magdy dzwonić bo nikt inny nie ma telefonu i dzwoni codziennie. Filip zawołał: proszę i wtedy się zaczęło.

Inka oparła się o ścianę, Linka kucała w przedpokoju i obie śmiały się do rozpuku. Ich śmiech był tak zaraźliwy, że i Aldona roześmiała się widząc w wyobraźni to, co dziewczynki próbowały opowiedzieć.

– Wujek otworzył drzwi – chichotała Linka. – Posypały się puszki w domu i na korytarzu. Rumor był straszny bo puszki skakały po schodach aż pod drzwi na klatkę. Maks spał pod stołem w pokoju, a jak się zrobił nagły hałas, skoczył z rykiem do przedpokoju.

– A wiesz jaki on ma groźny ryk – wtrąciła Inka.

– Wujek wrzasnął: „zabierzcie go” i znalazł się na podwórku nie wiadomo jak i kiedy. Przecież  wujek Ziutek tak się boi każdego psa jak nikt. Nie mogliśmy się opanować, dostaliśmy ataku śmiechu i żadne z nas nie mogło się odezwać ani ruszyć z miejsca.

– To bardzo nieładnie śmiać się z biednego człowieka – wygłosiła Aldona stosowną uwagę.

– Wiemy, ale to było takie śmieszne – chichotała Inka. – Nawet jego dzieci już się przestały bać psów a on się ciągle boi.

– Bo dorośli się trudniej uczą, to pewnie dlatego – zauważyła Linka. – Wujek nie może się nauczyć, że go żaden znajomy pies nie zje bo ma pełną miskę i nie jest kanibalem.

– Pewnie, przecież pies też człowiek – podsumowała Inka.

– A ten mniejszy synek powiedział, że chętnie zamieni ojca na psa i niech tata idzie mieszkać do babci. A oni zostaną z mamą i z psem – chichotała Linka.

– Przestańcie już wreszcie, rozmazałam się, łzy mi ze śmiechu płyną. Niech któraś otworzy drzwi.  Dzwonka nie słyszycie?

– A tutaj co się znowu stało? Wy ogłuchłyście i Tina też? – Magda podejrzliwie przyglądała się wszystkim sąsiadkom po kolei.

– Opowiadały mi o przygodzie Ziutka i pułapce na złodzieja – wyjaśniła Aldona wycierając oczy.

– Już słyszałam relację. Objechałam zdrowo tę całą bandę, ale… cóż… też spłakałam się ze śmiechu. Chodź zobaczyć jaki zamek kupił Marcin.

Marcin kupił zatrzaskowy zamek i bardzo się męczył usiłując umocować go w odpowiednim miejscu. Wreszcie zamknął drzwi, ale one… nie dały się otworzyć. W mieszkaniu został Filip, który słuchając instrukcji ojca z korytarza, rozkręcał zamek śrubka po śrubce.

– A nie prościej byłoby wejść przez balkon i samemu rozmontować to ustrojstwo? – spytała Marcina Aldona.

– Chodź, idziemy do ciebie, bo mnie tu zaraz piorun strzeli – piekliła się Magda. – Tu masz najlepszy przykład do czego służy głowa!

– Do czego, ciociu? – zainteresowały się bliźniaczki.

– Żeby na niej czapkę nosić, do niczego więcej jak w środku pusto.

– Oj tam, oj tam, nie słuchajcie, ciocia jest wściekła i tyle. Lećcie na górę po wujka Bronka. I Danusię też ściągnijcie na zbiórkę – wołała za dziewczynkami, które skacząc w górę po dwa schody już zniknęły z oczu.

Zabawa z zamkiem trwała prawie do północy zanim Marcin wspólnie z Bronkiem rzecz całą doprowadzili do końca. W ten oto sposób rozpoczęła się seria przypadków związanych z nieszczęsnym zamkiem. Magda zatrzaskiwała drzwi zostawiając klucz w domu, dzieci również robiły to ciągle i musiały czekać na powrót któregoś z rodziców, Marcinowi także zdarzyło się nie jeden raz. Wreszcie komplet kluczy został na stałe powieszony u Aldony i nie trzeba się było więcej włamywać przez balkon ani wchodzić przez okno.

Bronusiowi tak się spodobał zamek Marcina, że kupił podobny, wmontował w drzwi  i … okazało się, że łatwiej wchodzić do mieszkania przez ogródek na parterze niż przez dach na ostatnim piętrze. Tak więc atrakcji na klatce schodowej nie brakowało.  Skończyło się zatrzaskiwanie drzwi na parterze, zaczęło na trzecim piętrze. Poza tym codzienne życie bywało urozmaicane psującym się często domofonem, niszczeniem i kradzieżami rowerów w piwnicach, zalaniem mieszkań w pionie Magdy przez pęknięcie zaworu na drugim piętrze. Potem zaczął się okres działania domokrążców oferujących ubrania, mięso niewiadomego pochodzenia oraz usługi w najprzeróżniejszym zakresie. Jednym słowem ciągle coś się działo i nie można było narzekać na nudę.

Magda codziennie kupowała  Życie Warszawy i pilnie studiowała ogłoszenia szukając pracy. Dzwoniła, umawiała się, jeździła na rozmowy wreszcie stwierdziła, że ma tego serdecznie dość i na próbę rozpoczęła pracę w handlu. A dokładniej – w budce ze zdrową żywnością i ziołolekami nie przypuszczając, że to początek zupełnie nowego etapu w jej życiu.

Od tej pory wszystkie bliższe i dalsze „ciotki” postanowiły dbać o zdrowie swoje i rodziny mając pod ręką, bo z ust Magdy, wiarygodne informacje o wiesiołku, emulsjach z filtrem, kremach, pastach do zębów, herbatkach ziołowych i najprzeróżniejszych dziwnych rzeczach z dostawą tychże do domu. Magda szybko przyzwyczaiła się do nowych warunków. Sprawiała jej przyjemność możliwość niesienia pomocy ludziom w zakresie zupełnie dla siebie nowym, dopiero odkrywanym. Z radością przyjmowała słowa podziękowania od osób, którym przyniósł ulgę w dolegliwościach polecany przez nią specyfik. Oczywiście zdarzali się klienci nie budzący sympatii, kłótliwi, złośliwi, zdarzały się też kradzieże. Przez mały sklepik na bazarze przewijały się przecież najrozmaitsze typy ludzkie.

Życie toczyło się dalej i zbliżały się ferie zimowe.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Święto Policji – 24.VII.

Wiele lat temu wskutek różnych zdarzeń zewnętrznych, tak to ujmę, powstało kilka wierszydeł na falach emocji z nimi związanych. Dziś jest Święto Policji, więc akurat dobra okazja, by jeden – napisany w maju 2003 – ujrzał światło dzienne.

********************************************************************************

Był młody, przystojny,

miał w sercu moc marzeń.

mogłyby się ziścić,

gdyby nie splot zdarzeń.

Właśnie szkołę skończył,

tęsknił do dziewczyny,

pierścionek jej kupił,

były zaręczyny.

Biała suknia w szafie,

goście zaproszeni,

przyjęcie gotowe,

rodzice wzruszeni.

Już mieszkanie w planie,

dzieci chociaż dwoje,

by na stare lata

wnuki bawić swoje.

Prosiła dziewczyna:

„Zwolnij się z policji,

Nie musisz kurczowo

Trzymać się tradycji.

Fakt, że w twej rodzinie

ktoś był policjantem,

nie znaczy, byś ty musiał

zostać aspirantem”

Nie słuchał. Jeszcze tylko akcja

przed ślubem jedyna.

On z akcji nie wrócił,

została dziewczyna.

********************************************************************************

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 26 komentarzy

Czystości więcej by się zdało

Akcja „Czyste Tatry” staje się coraz bardziej popularna. Miło o tym słyszeć, tym bardziej, że obecnie podczas takiej akcji wolontariusze znoszą z gór o wiele mniej śmieci niż na początku. Przydałoby się, żeby taka tendencja z gór zeszła w doliny. Szczególnie interesowałoby mnie dotarcie tejże tendencji do podwarszawskiego miasteczka. Na moich „psich” trasach spacerowych śmieci jest coraz więcej. Szczególnie przy torach i koło cmentarza, choć i gdzie indziej nie brakuje butelek, czy raczej małych buteleczek po wódce, po piwie butelki i puszki w ilościach ogromnych się znajdują, tudzież pozostałości po zakąskach walają się wokół i fruwają z wiatru powiewem. Czy kiedykolwiek to się zmieni? Pierwsza odpowiedź nasuwa się w formie słowa NIGDY. Niestety. Mimo, że nigdy nie należy mówić słowa nigdy – jakoś nie mogę uwierzyć w cudowną przemianę. Nie ta cywilizacja, tu był zabór rosyjski… Co ma piernik do wiatraka? Niby nic, lecz na
Dolnym Śląsku, gdzie mieszkałam przez 7 lat a potem przyjeżdżałam w odwiedziny, rzucała się w oczy czystość miast, miasteczek, wiosek. Szczególnie zwracałam uwagę na to, gdy już się wyprowadziłam, miałam porównanie z innymi rejonami kraju. Nie musiałam się
wysilać, żeby różnica kłuła w oczy, sama się narzucała. Takie mnie dziś refleksje naszły.
Potem jeszcze coś mi się roiło, że jak brudno w duszach to i w zachowaniu widoczny ten brud jest, taki niesmak pozostał po „widzeniu i słyszeniu” wydarzeń z weekendu, słów tych, co bronić słabszych powinni…  Cóż, życie jest brutalne i o tym nam przypomina, bo chyba
przespaliśmy już zbyt długi okres…
Dziś bez zdjęć, bo brzydkich rzeczy nie uwieczniam a inne jakoś nie pasują.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 5

Dziewczynki kończyły jeść kolację. Rozległ się dzwonek domofonu, szczekanie Tiny i po chwili do przedpokoju wtoczyła się Dorota obładowana wielkimi torbami wypchanymi różnokolorowymi dziewczęcymi fatałaszkami. Stokrotki z piskiem i okrzykami radości rzuciły się w stronę owych skarbów. Widząc, że niektóre z nich są zbyt duże, postanowiły podzielić się z Justysią.

– Skoczę po nią, niech obejrzy – Linka już była na korytarzu i po chwili wróciła w towarzystwie sąsiadeczki.

– Mamusia prosi, żeby obie ciocie koniecznie przyszły, bo tatę okradli a mamusię zwolnili z pracy – powiedziała Justynka jednym tchem.

– Rany boskie – załamała ręce Aldona.

– Jak widać nieszczęścia naprawdę chodzą parami – zauważyła Dorota.

Zapukały do drzwi naprzeciwko. Otworzyła zapłakana Magda.

– Sama już nie wiem czy łzy mi lecą z żalu czy ze złości – tłumaczyła. – Szlag mnie trafia, cholera mnie zaraz zatłucze i wyć mi się chce.

– Chcesz relanium? – Aldona sięgnęła do kieszeni spodni.

– Już łyknęłam i nic, dalej się trzęsę. Wyobraźcie sobie co za draństwo. Przychodzę rano do pracy a szef mówi, że zamyka zakład! Po prostu zamyka zakład! A my na ulicę! Wszystkie ile nas pracowało! Przecież to się w głowie nie mieści! Wstawałam o czwartej rano, głuchą nocą jechałam na drugi koniec Warszawy, do domu przynosiłam kawałki do prucia, żeby więcej zrobić i czasu na to w pracy nie tracić a on zamyka zakład! I jeszcze do tego okradli Marcina. Polazł, ciemięga jeden, do pasiastej hali targowej pod Pałac Kultury w ten straszny, kłębiący się tłum ludzi, a saszetkę z dokumentami, pieniędzmi i kluczami wsadził w reklamówkę. Idiota jeden! Plastik rozcięli, saszetkę wyjęli i szukaj wiatru w polu, nie zauważył nawet kiedy to się stało.

– O kurza blaszka – jęknęła Dorota. – Mają dokumenty, więc adres i do tego klucze. Niedobrze.

– Całkiem niedobrze. Marcina jutro cały dzień w domu nie będzie, ja wrócę dopiero koło trzeciej. Jak w takiej sytuacji zostawić same dzieci?

– Co zrobić? – martwiła się Aldona. – Ja jutro pracuję do osiemnastej, nic nie mogę poradzić.

– Czekajcie – podskoczyła Dorota na taborecie, – mam pomysł. Mogę zadzwonić do Tereski?

– Głupie pytanie – skrzywiła się Magda.

Dorota wyszła do przedpokoju gdzie na ścianie wisiał aparat telefoniczny. Wykręciła numer i przyciszonym głosem prowadziła rozmowę. Zanim sama opowiedziała co się stało, wysłuchała jakiejś relacji Teresy, która ją zbulwersowała.

Wróciwszy do kuchni usiadła na poprzednio zajmowanym miejscu i ciężko westchnęła.

– To wszystko zaczyna mi coraz gorzej wyglądać. Tereska mówiła, że Jurand dzwonił do Sergiusza, a wspólnik najpierw nie chciał go poprosić mówiąc, że zajęty. Dzwonił jeszcze kilka razy, a ten typek zmieniał głos i mówił, że pomyłka. Przypominam sobie, że ostatnio ja też dzwoniłam i za każdym razem słyszałam, że właśnie wyszedł.

Serce Aldony na moment zamarło, potem rozszalało się nierównomiernym biciem sprawiając lekki ból. Czy przypadkiem coś mu się nie stało? O Boże! Wszystko inne nie jest ważne, aby tylko on był cały i zdrowy. Reszta świata może zniknąć z powierzchni ziemi  byle nie on!

– Maciek był przeziębiony – ciągnęła dalej Dorota. – Już mu przeszło, ale ma zwolnienie do końca tygodnia i przyjdzie tu jutro z Maksem pilnować chałupy.

– Na noc, tak na wszelki wypadek, powinniście zabarykadować drzwi – dodała Aldona. – A jutro Marcin musi wymienić zamki, nie ma wyjścia.

– Kiedy zaczniesz szukać nowej pracy? – zmieniła temat Dorota.

– Jutro. Rano kupię gazety i zacznę poszukiwania. Wiecie co mi przyszło do głowy? Już nie mam ochoty być dziewiarką tak na zawsze, znudziło mi się. Odkąd po maturze zrobiłam kurs i ugrzęzłam w wełnie to do tej pory nie mogę się wydostać. Mam już uczulenie i wełnowstręt. Poza tym dopóki pracowałam w państwowej firmie było dobrze, po prostu normalnie. Zachciało mi się zmian i potem kilka razy musiałam zmieniać miejsce pracy, zupełnie bez sensu. Trzeba mieć własny zakład, na co mnie nie stać. Albo zmienić branżę, bo to właściwie sezonowa praca. A zresztą w moim charakterze nie leży służenie na dwóch łapkach jakimkolwiek pryncypałom. To nie dla mnie.

– Nie martw się na zapas, jakoś przecież będzie – pocieszała przyjaciółkę Dorota. – Na szczęście Marcin zdobył uznanie w swojej dziedzinie, ma coraz więcej prywatnych pacjentów, ludzie są zadowoleni z jego masaży i polecają go znajomym. Jakoś przetrzymacie ten najtrudniejszy okres. Ty z kolei robisz przepiękne sweterki i na pewno się sprzedadzą.

– Zdaję sobie sprawę z sytuacji, mogło być gorzej, w końcu jedno z nas pracuje. Dobrze, że spłaciłam maszynę i mam sporo własnej wełny. Ale jest mi bardzo ciężko. Gdybym się nie przykładała do pracy, obijała się po kątach, kombinowała i nie pracowała uczciwie pewnie łatwiej byłoby mi się  z tym pogodzić. Ale tak?

– Identyczne odczucia miałam gdy straciłam swój etat – ze zrozumieniem pokiwała Aldona głową. – Gdybym umiała, jak Teresa, wierzyć w sprawiedliwość w innym wymiarze, też byłoby mi lżej.

Długo jeszcze trwała rozmowa i smutne rozważania nad marnościami świata tego. W rezultacie, gdy Aldona pożegnała przyjaciółki i udała się na spoczynek,  przewracała się w łóżku z boku na bok nie mogąc zasnąć pomimo zmęczenia. Przypomniały jej się słowa Teresy, że aby ujrzeć swoje przyszłe życie wystarczy uważnie spojrzeć w lustro i dokładnie zastanowić się nad własnym wnętrzem, własnymi myślami i postępowaniem. Ale to przecież bzdura. Ona, Aldona, nigdy nie pragnęła niczyjego nieszczęścia, niczyjej zguby, nikomu źle nie życzyła i co ją spotyka? Ból i cierpienie. Tak bardzo tęskni za ukochanym, za jego widokiem, głosem, pieszczotą, cudownym uśmiechem. Zrobiłaby wszystko, żeby wywołać ten uśmiech, pragnęłaby się jedynie przytulić i umrzeć… Teresa nazwałaby taką postawę obrzydliwym egoizmem, bo dzieci, bo zwierzaki… I miałaby absolutną rację. Ale… czasem przychodzą chwile gdy wszystko staje się nieistotne. Ona sobie może tak mówić, bo ma przy sobie Juranda, są razem na dobre i złe… No tak, ale przecież kiedyś go nie miała i myślała, że nigdy nie będzie z nim razem…

Znów przez całą noc śniła o ukochanym, przeżywała chwile, które minęły albo takie, które były zaledwie sennymi widziadłami… Szła drogą kończącą się w lesie, zza pnia starej brzozy wyszedł Sergiusz, wziął ją w ramiona. W cieple rozchodzącym się od zielonego pieca, w różowym blasku lampy otaczającym ich ciała aureolą szeptał: uwielbiam być z tobą…

Obudził ją ostry, skrzekliwy głos budzika. Nie mogła odróżnić jawy od snu. Przez długą jeszcze chwilę czuła przy sobie ukochanego, czuła jego dotyk, słyszała szept… Jakże trudno odrzucić od siebie resztki snu, odepchnąć to, w czym chciałoby się pogrążyć bez reszty, na zawsze i nie wracać do rzeczywistości.

Tina podeszła i zimnym nosem trąciła rękę wystającą spod kołdry. Trzeba było otworzyć oczy, wstać i iść w kolejny smutny, szary dzień.

Tuż przed dziewiątą zadzwonił telefon. Jego dźwięk spowodował przyspieszone bicie serca. Drżącą ręką podniosła słuchawkę i… usłyszała wyczekiwany głos.

– Cześć kochanie, co nowego? Jak dziewczynki? Jak zwierzaki?

Jego głos, lecz głos zmieniony, jakby niepewny, przytłumiony, pozbawiony zwykłej dźwięczności.

Przyjechał do niej przed końcem pracy. Wyglądał źle. Bardzo schudł, pobladł, poszarzał, oczy straciły blask. Był zdenerwowany, palił papierosa za papierosem. Przecież wcześniej nie palił, już przed wielu laty rzucił palenie! Przeraziła się jego wyglądem, przypominał pacjenta zbiegłego z oddziału intensywnej terapii. Usiadł na krześle. Podeszła z tyłu, położyła mu ręce na ramionach, przytuliła się. Był sztywny, spięty. Lekko poklepał ją po ręce i wstał.

– Agata była u alergologa. Podobno jest uczulona na kocią sierść i kazała mi się pozbyć kota – powiedział.

– O Boże, biedna Monisia – jęknęła Aldona.

– Czy mogłabyś przechować Mimi dopóki nie znajdę dla niej odpowiedniego domu?

– To znaczy, że co? Że mój nie jest odpowiedni? – oburzyła się.

– Źle zrozumiałaś.  Chodzi mi tylko o to, żeby nie składać na twoje barki jeszcze jednego ciężaru.

– O to się nie martw, ciężar nie jest znowu taki wielki, znam większe, wytrzymam – powiedziała z goryczą.

Chwycił ją za rękę, nagle i gwałtownie przyciągnął do siebie, przygarnął, przytulił, ukrył w ramionach przed światem. To była chwila szczęścia, ekstazy nieziemskiej, przeżycie niepowtarzalne, upragnione. Pomyślała, że jest zdolna przenosić góry, wytrzyma wszystko, bo przecież ta miłość musi się spełnić. Kiedyś… A spełniała się na razie  w rzadkich chwilach spotkań, wtedy, gdy stanęli obok siebie między ludźmi, gdy machali do siebie z daleka na ulicy, gdy słyszeli przez telefon swój głos i oddech. Spełniała się w marzeniach sennych i w snach na jawie, w pocałunku trwającym sekundę wypełnioną obawą, że ktoś wejdzie do pokoju, w dotyku rąk podawanych w oficjalnym geście na powitanie.

Ludzkie głosy na korytarzu przerwały chwilę szczęścia, chwilę niewiele zabierającą miejsca na tarczy zegara. Dla udręczonej Aldony była to jednak chwila brzemienna, niosąca pewność najważniejszą. Sergiusz w dalszym ciągu ją kocha. Nie odpycha jej, nie odrzuca lecz walczy ze sobą, z tą sekutnicą i z całą resztą świata. Jest biedny, zmaltretowany, zmordowany, ledwo żywy, ale w jego sercu jest dla niej miejsce, ma tam swój stały kącik. Wiedziała teraz o tym na pewno, poczuła po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Odnalazła sens, wolę życia i działania. Bez względu na przebieg wypadków Sergiusz ją kocha. Będzie więc żyła, pracowała, wykonywała wszystkie obowiązki, będzie dbała o dom, by  wciąż był ciepły i przytulny, aby on mógł choć raz na jakiś czas spędzić w nim kilka miłych chwil, odpocząć i odprężyć się.

Umówili się, że przywiezie kotkę.

Agata kupiła Monisi masę łakoci i nowych ciuszków by osłodzić rozstanie z faworytką, obiecywała wspaniałe wakacje za granicą. Rzecz oczywista, że nie powstrzymało to łez zrozpaczonego dziecka i  nie mogło ukoić bólu.

Sergiusz zabrał swoją małą, zrozpaczoną Biedroneczkę na spacer.

– Widzisz kochanie, mama jest chora i sierść Mimi jest dla niej bardzo niebezpieczna – tłumaczył.

– Mamusia mogłaby się udusić na śmierć, tak? – podniosła na ojca zapłakane oczy.

– Mniej więcej. Posłuchaj, powiem ci coś, co cię na pewno ucieszy. Musisz mi jednak dać słowo, że zostanie to między nami. Zdaję sobie sprawę, że nie powinienem od małej dziewczynki wymagać takiego przyrzeczenia lecz dla dobra nas wszystkich nie ma innego wyjścia.

– Dobrze, tylko już powiedz.

– Nie zawiozę Mimi do żadnego schroniska ani na żadną wieś jak chce mama. Zawiozę ją do cioci Aldony i dziewczynek, rozumiesz?

– Naprawdę? – Moniczka przystanęła, oczka jej pojaśniały i buzia poweselała. – Tatusiu, wspaniale! Cudownie! Ja wiem, że ciocia nigdy nie odda Mimi do schroniska. Szkoda, że to nie ona jest moją mamą. Nic nie powiem. Nikomu.

– Słowo?

– Słowo. Przecież wiem, że mamusia bardzo by się gniewała. Ona nie lubi cioci.

– Skąd wiesz?

– Wiem. Nie lubi jej chociaż się cały czas do niej uśmiecha. Szkoda – ciężko westchnęła mała kobietka.

c.d.n.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy