Przedwiośnie, spacer o świcie

Przez te wszystkie cuda elektroniki pewnie niedługo oszaleję. Niby już opanowałam odbieranie telefonu, nawet pisanie komentarzy chwilami mi się udaje, ale nie u wszystkich i nie zawsze. Za chińskiego boga nie chce się opublikować i znika. To samo z wejściem na
niektóre blogi, nie da się i nic nie potrafię poradzić. Muszę czekać do następnej wizyty Dużego. Teraz mi ustawił kolory, bo dziwne były, zrobił jakieś hokus-pokus i zdjęcia robione tym telefonem od razu lądują w Lapciu. Świetnie, tylko ja ich stamtąd na blog nie umiem
przerzucić 🙁  Denerwuje mnie też straszna ilość jakichś ikonek, których nigdy używać nie będę, bo ani gier nie używam, ani muzyki w ten sposób nie słucham, ani kupować niczego nie mam zamiaru, ani robić wielu innych rzeczy. Natomiast uzupełniłam (sama!) kontakty,
zdjęcia kontaktów wstawiłam, zdjęcia potrafię też „obrobić”, zmieniłam sobie tapetę na ekranie startowym na własnoręcznie zrobioną fotkę, w dowolnym miejscu w domu mogę sobie przejrzeć pocztę, wiadomości – i to jest fajne, bo  Lapcio musi być na sznurku, czyli muszę go podłączyć do rutera, inaczej nie łapie internetu, nie widzi go, bo stary i ślepy zupełnie jak ja 😉

Z psiepsiołami wychodzę bladym świtem, to znaczy teraz już dzień dłuższy mamy, więc i świt nie taki blady, ale kilka zdjęć zrobiłam i pomyślałam, że pokażę Wam jedną z tras spacerowych, oczywiście jedynie wybrane fragmenty.

 

 

 

Idąc tą trasą mam wrażenie, że znajduję się na zapadłej wsi i na tym cały urok polega 🙂 Jest to bardzo mylące, ponieważ uwieczniona dróżka znajduje się między ruchliwymi ulicami, lecz jest to enklawa, jakby w skansenie. Stoi dom obok którego jest uprawiane pole, gęsi i kury w zagrodzie, nawet koń pasie się między jabłoniami. Dalej jest osiedle, właściwie taka dzielnica willowa, dzielnica domów o podobnym wyglądzie, stawianych wyraźnie w tym samym czasie i według podobnego projektu. Idę tamtędy z uczuciem, jakbym była na wakacjach, Mąż ma takie same odczucia. Domek na ostatnim zdjęciu stoi niedaleko nowoczesnego, ekskluzywnego osiedla, takie pomieszanie z poplątaniem, stylów, czasów i w ogóle wszystkiego. Całe nasze życie jest ostatnio takie poplątane. I wirus nam wszystko poplątał…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 41 komentarzy

Wiosna i dziewczyńskie święto :)

Wiosna wyraźnie ma dość czekania na swoją porę kalendarzową. Skoro nie było śniegu, nie było prawdziwej zimy to ona, wiosna, dłużej czekać nie będzie w przedsionku, czyli w przedwiośniu i pokaże się za chwilę w pełnej krasie. Z zadziwieniem patrzyłam na cudne
krokusiki, nie spodziewałam się zobaczyć śladów wiosny tak wcześnie.


Uświadomiłam sobie wczoraj na blogu Lucii, że to już Dzień Kobiet. Jakoś mi szybko zleciał ten czas i naprawdę nie zauważyłam, że to już. Czasem bywało tak, że na to święto pierwszy raz zakładało się pantofle. A bywało i tak, że w kozakach wysokich szło się po brei pośniegowej. W tym roku nie ma się co topić, nie było śniegu nawet przez cały jeden dzień, co się dotąd za mej pamięci nie zdarzyło. Mnie osobiście to nie przeszkadza, zimna nie lubię, ale zdaję sobie sprawę, że dla roślin to jest bardzo niedobra sytuacja.
U Lucii przeczytałam o piwoszkach od Salmiaki. Czym prędzej skoczyłam na blog Salmiaki (genewa.home.blog) i ściągnęłam przepis. Wypróbowałam z połowy podanych produktów, trochę się bałam, co mi z tego wyjdzie. Niepotrzebnie, bo wyszły fantastyczne, pyszne
rożki. Piwoszki dlatego, że do ciasta potrzebne jest piwo. Wykorzystałam tyle ile podano w przepisie, resztę zużyłam wewnętrznie, nie mogłam przecież pozwolić, aby się trunek zmarnował 🙂  Działał potrójnie – odkażająco, rozweselająco oraz filtrująco nerki. Tak więc sama korzyść 🙂  Rożki zniknęły szybko i  zrobię drugi raz, mam jeszcze jedną margarynę w lodówce. Tak się rozochociłam 🙂

Pyszne piwoszki 🙂

Na razie kończę, przecież w nasze dziewczyńskie święto nie będę mówiła o poważnych sprawach. Skituś zagląda mi przez ramię.

Skituś składa wszystkim Dziewczynom najlepsze życzenia, żeby zawsze miały pełne miski i kogoś, kto je będzie głaskał i przytulał 🙂 🙂 🙂 

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze

Takie tam różne

Strach włączyć telewizor, tyle się dzieję, że natłok myśli rozsadza czaszkę, a emocje wywołane tym co widać i słychać są ponad siły. Szczęśliwi ci, którzy potrafią się odciąć, zająć wyłącznie swoim podwórkiem, to szansa by nie zwariować i przeżyć. Obyś żył w ciekawych
czasach – to jest prawdziwe przekleństwo. Koronawirus i specustawa; kampania wyborcza; umierające afrykańskie dzieci, na które powinniśmy płacić, aby je ratować; dręczone, mordowane zwierzęta; starcia z migrantami na granicy Turcji i Grecji (I tu refleksja na widok zdrowych, młodych mężczyzn: co by było gdyby podczas wojny wszyscy faceci uciekli z kraju za granicę zamiast walczyć z okupantem? Kobiety tez walczyły, moja mama m.in.,- tak tylko sobie myślę), choroby i inne problemy przytłaczające całkowicie, wydające się nie do rozwiązania… Uff… ani słowa więcej. Wiem przecież, że podobne przyciąga podobne, więc zwracanie uwagi na to, czego nie chcemy przydaje temu czemuś – niestety – siły i energii. Ileż razy już sobie obiecywałam spokój i dystans do rzeczywistości, ale „obiecanki to cacanki, a głupiemu radość”…  Brak mi wytrwałości, konsekwencji w dotrzymaniu postanowień, mam problem z koncentracją, zawsze miałam, nie dopiero teraz, na starość. Zawsze potrzebowałam ciszy i spokoju do nauki, do pracy, do pisania i nic się w tym temacie nie zmieniło. Do końca życia muszę nad tym pracować. Mam co robić 😉
Dawno nie mówiłam o babci D., teraz mi się nasunęło to spostrzeżenie, pewnie m.in. w związku z brakiem spokoju… Poza lekami przepisanymi przez neurologa podajemy jej preparat wielowitaminowy, wapniowy i vit. D3, ostatnio nawet je posiłki bez buntowania się, chociaż tyle. Poza tym najczęściej jest odjazd w rejony niewiadome i trudno za nią nadążyć. Zresztą, wcale mi się już nie chce, czuję się zmęczona, wyczerpana, zniechęcona i ogólnie miewam wszystkiego dość. No i tak to…

Tu babcia D. w dniu swoich 87. urodzin, wygląda tak kiedy jest z nami, tu i teraz, bez „odjazdów”. Pewien pan w Szczawnicy powiedział: „to jest ten sam człowiek co dawniej, tylko chory”. I o tym trzeba pamiętać, choć czasem lekko nie jest…

Na szczęście prawdziwa wiosna już blisko… Poza tym byłam u Calineczki, katarek złapała w żłobku, więc babcia się przydała. Moja słodzinka tak się rozgadała, przy tym tak cudnie, że nasłuchać się nie można. Ileż to radości, energii w takim stworzonku się mieści 🙂 🙂 🙂
Albo właśnie się nie mieści i wylewa się na zewnątrz małej osóbki w ogromnych ilościach 🙂 Tym razem jadła bez kombinowania cały serek, co zdarzyło się po raz pierwszy 🙂  Wypiła swoje witaminki w postaci szklanki napoju, potem pól naleśnika też bez specjalnych protestów zjadła, usnęła przytulona do wniebowziętej (prawie) babci. Aha, i mówiła „Ania oć”, co było jeszcze lepsze od „babcia” zamiast „baba”. Ale soczku – „anasia nie ciem” ,
(czyli z ananasa) nie chciała.  Sama sobie wybrała ubranko z szafy i byłam pod wrażeniem. W sukieneczce w białogranatową krateczkę i rajstopkach pod kolor wyglądała zabójczo i jakoś… doroślej. Na pytanie: „kto jest moją Perełką” odpowiadała od razu: „ja, ja, ja”! Jakże
mogłoby być inaczej? Siostra pyta: „kto jest moim Diamencikiem” i odpowiedź jest oczywiście ta sama 🙂 Poza tym wszystko chce robić osobiście – „ja siama ciem” – asertywna jest kruszynka od samego początku i niech tak pozostanie, dziś trudno przeżyć osobom pozbawionym tej cechy.

Żeby ubarwić tekst, ponieważ Calineczki nie mogę pokazać, pokażę nowe zdjęcia piesków mojej kuzynki. Już kiedyś prezentowały się w całek krasie, aż miło na nie popatrzyć w ponury dzień.

Czyż nie wyglądam jak król?

Pięknie się prezentuję, prawda?

No daj mi wreszcie ten smakołyk, ile mam czekać?

Dobrych dni bez wirusów w oczekiwaniu na prawdziwą wiosnę 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 32 komentarze

Uwaga szantażysta!!!

Zajrzałam na własną pocztę ostatniego dnia lutego a tam wiadomość od szantażysty. Przeczytałam i najpierw się wkurzyłam z lekka, a potem się obśmiałam. Tak oto naciąga się naiwnych ludzi i pewnie też takich, którzy w jakiś sposób czują się winni. Mnie to nie dotyczy, na strony dla dorosłych nie zaglądam, sama jestem dorosła i wystarczy, a mój Lapcio jest taki stary, że żadnej kamerki nie ma i pewnie nawet nie wie, że mógłby mieć 😉 Więc nawet gdybym zaglądała – nic z tego szantażysta nie mógłby skorzystać. Pomyślałam, że wkleję tu ten szantażystowy list ku przestrodze innych, którzy ewentualnie daliby się wykorzystać.

Pozdrowienia!

Kilka miesiecy temu dostalem dostep do systemu operacyjnego na twoim urzadzeniu.

Patrzylem na ciebie od miesiecy.
Faktem jest, ze zostales zainfekowany zlosliwym oprogramowaniem podczas odwiedzania witryny dla doroslych.
Jesli nie jestes z tym zaznajomiony, wyjasnie ci to.
Wirus trojanski daje mi pelny dostep i kontrole nad komputerem lub innym urzadzeniem.
Oznacza to, ze widze wszystko na ekranie, wlaczam kamere i mikrofon, ale nie wiesz o tym.

Mam równiez dostep do wszystkich Twoich kontaktów.

Dlaczego Twój program antywirusowy nie wykryl zlosliwego oprogramowania?
Odpowiedz: Mój trojan ma sterownik i aktualizuje jego sygnatury co cztery godziny. Dlatego twój program antywirusowy milczy.

Zrobilem film wideo pokazujacy, jak grasz ze soba w lewej polowie ekranu, a w prawej polowie widzisz film, który ogladales.

Za pomoca jednego klikniecia moge wyslac ten film wideo do wszystkich Twoich e-maili i kontaktów w sieciach spolecznosciowych.

Aby temu zapobiec, przenies 1000 € na mój adres adres Bitcoin (jesli nie wiesz jak to zrobic, napisz do Google: "Kup Bitcoin").

Adres Bitcoin: 18QiXw2ko8WKcryqxiSsah92a1LYnwFnR2

Po otrzymaniu platnosci usune wideo i nigdy mnie nie uslyszysz.
Dam ci dwa dni (48 godzin) na zaplate.
Gdy zobaczysz ten e-mail, otrzymam
zawiadomienie. Czasomierz rozpoczyna sie zaraz po tym.

Skladanie skarg gdzies nie ma sensu, poniewaz ten e-mail nie moze byc sledzony jako mój i adres Bitcoin.
Nie popelniam zadnych bledów.

Jesli dowiem sie, ze udostepniles te wiadomosc innej osobie lub organizacji, film zostanie natychmiast rozprowadzony!

Nie próbuj sie ze mna kontaktowac (nie jest to mozliwe, adres nadawcy jest generowany automatycznie).

Czesc!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 29

Myśli o domu w Cięciwie  nie dawały Aldonie spokoju. Przypominały się – samorzutnie, absolutnie bez jej woli – różne pomysły, projekty oraz plany jakie snuli oboje z Sergiuszem w tej kwestii. Rozbudzona wyobraźnie nie pozwalała się z powrotem uśpić. Z pewnością wpływ na to miał stan Aldony, który spowodował zmianę jej stosunku do wielu spraw. Zaczęła podchodzić bardziej pragmatycznie, rozsądnie nie pozwalając rozbujać się emocjom ze względu na dobro dziecka. Poza tym odkąd trafiła na doktora Aleksandra czuła się dobrze, jakby posklejał w jedną całość jej różne rozbiegane części na poziomie fizycznym i mentalnym, naprawił i nadał nowszą, doskonalszą formę.

Było tak. Po wyjściu ze szpitala postanowiła zrobić ze sobą porządek, wziąć się za siebie – jak to się popularnie mówi. Musiała to uczynić, aby mieć siłę za dwoje, dla Stokrotek i nowego maleństwa, które bez zdrowej, silnej matki nie przetrwa w tym świecie. Nie przyszło jej nawet do głowy, że ktokolwiek poza nią mógłby decydować o czymkolwiek co dotyczyło malutkiej. Była przyzwyczajona, że Stokrotki są jej i tylko jej, i w tym przypadku również przyjęła taki sam punkt wyjścia. Poza tym – chciała powiedzieć Sergiuszowi o dziecku, przecież  chciała, ale on niczego nie chciał słuchać. Za skarby świata nie chciał słuchać, nie dał jej dojść do słowa. Jak nie to nie. Sama sobie poradzi. Miłość do mężczyzny musi ustąpić przed miłością matczyną. Tym bardziej, że… to jego dziecko… A on powiedział, że kocha, że chce być z nią, że nie zmienił zdania tylko czasu potrzebuje, żeby sprawy swoje załatwić. No to ma ten czas, niech sobie sprawy załatwia. Ale się dopiero zdziwi kiedy przyjdzie pora. Właśnie kiedy przyjdzie pora, nie wcześniej. Żeby nie było, że ona, Aldona, chce go szantażować czy wymóc coś na nim. Nie i nie, to nie dziewiętnasty wiek lecz koniec dwudziestego. Kobiety sobie świetnie radzą bez facetów. Mogą być szczęśliwymi singielkami.   Pewnie, że mogą i wiele jest… tylko… taka straszna tęsknota czasem ją ogarnia, tak bardzo chciałaby Sergiusza mieć obok siebie, czuć jego miłość i wsparcie… Ale nie będzie się nad sobą rozczulała, ma co innego na głowie. Musi się doprowadzić do stanu używalności i tak ma być.

Po pobycie w szpitalu dostała dwutygodniowe zwolnienie. Bardzo jej się przydało. Mogła spokojnie, bez pośpiechu zacząć organizować nową część swojego życia.

W bocznej części budynku kaplicy – na kościół proboszcz dopiero gromadził fundusze i nabożeństwa odbywały się w małej, sympatycznej kaplicy – znajdowała się przychodnia medycyny naturalnej. Aldona pamiętała, że między innymi przyjmuje tam lekarz irydolog. Nie żaden szarlatan lecz normalny lekarz, który oprócz medycyny akademickiej stosuje w leczeniu inne, alternatywne metody. Pomyślała, że pójdzie na wizytę i w ten sposób dowie się prawdy o stanie swojego organizmu bez konieczności ponownego przeprowadzania niemiłych badań w rodzaju EMG. Decyzję podjęła idąc na  bazarek z koszykiem wiklinowym na zakupy. Słaba jeszcze była po powrocie ze szpitala lecz postanowiła nie zwlekać. Zawróciła więc i udała się w kierunku kaplicy. Przynajmniej sprawdzi czy i kiedy się można zapisać. Doszła idąc noga za nogą, bała się. Niepotrzebnie. Okazało się, że akurat irydolog przyjmuje i akurat jest miejsce, bo ktoś zrezygnował. Weszła z marszu i  tak poznała doktora Aleksandra. Po raz pierwszy nie ona mówiła jak się czuje, lecz pan doktor o tym mówił nie pytając jej o zdanie. Umówiła się na kolejną wizytę. Przeszła serię zabiegów aurikuloterapii, akupunktury i po zakończeniu kuracji czuła się jak młoda bogini. I fizycznie i psychicznie. Jakby utracone siły powróciły na swoje miejsce jednocześnie świat wokół niej odwracając o sto osiemdziesiąt stopni. Wielokrotnie odwiedzała doktora Aleksandra w chwilach, kiedy czuła powracające zwątpienie i depresyjne myśli. Zdarzało się to coraz rzadziej. Równolegle z poprawą stanu zdrowia następowała poprawa wyglądu zewnętrznego w związku z czym wyglądała naprawdę dobrze.

Odpłynęły wspomnienia poszpitalne, a wróciły wspomnienia z ubiegłych wakacji. „Chodziła” za nią ta Cięciwa i chodziła, aż wreszcie postanowiła Aldona skorzystać z rady przyjaciółek i wziąć udział w spotkaniu z przyjacielem Dziadka. Zabrała ze sobą Tinę, bo przecież bez suni to byłby tylko zbyteczny „pusty przebieg”. Siedziałaby bidulka sama w domu, a tutaj przecież ma Maksa, z którym miło może spędzić czas podczas rozmów ludzi.

– Jaka ona jest piękna – zachwycił się Tiną pan Józef, czym od razu ujął Aldonę za serce i rozpoczęli rozmowę jak starzy znajomi.

Pan Józef był psiarzem z zamiłowania, jego ukochaną rasą były owczarki niemieckie, więc dlatego w Tinie zakochał się od pierwszego wejrzenia, jak ze śmiechem relacjonował żonie przez telefon. Od razu też podchwycił przedstawiony przez Dorotę pomysł malutkiej hodowli i fachowo podszedł do tematu.

– Przede wszystkim – powiedział na wstępie – suczka i szczenięta powinny mieć swoje stałe, bezpieczne miejsce, w którym nikt im nie będzie przeszkadzał. Szczeniaki potrzebują dużo przestrzeni. Wiadomo też, że trzeba się liczyć ze zniszczeniami w danym pomieszczeniu.

– Musisz wziąć pod uwagę potrzeby w rodzaju: karma, miski, obroże, legowiska, weterynarz.- wtrąciła Teresa.

– Suczka karmiąca musi mieć zapewnione odpowiednie pożywienie, spacery. Nie można jej i szczeniąt z oka spuścić – dodała Dorota.

– A co wy mnie już tak wrabiacie? – broniła się Aldona. – Pomysł taki był, owszem, ale rok temu. Wszystko się zmieniło, same wiecie. Ja też się zmieniłam i chyba nie chciałabym żadnej hodowli. Gdyby się ułożyło tak jak wy mi wciąż trujecie, to znaczy gdybym miała coś wspólnego z tym planowanym domem, to już nie wchodziłaby w grę żadna hodowla. Mało jest na świecie niechcianych psów, często skrzywdzonych przez podłych zwyrodnialców niegodnych miana człowieka? Spójrzcie w telewizor, nie ma dnia, żeby jakiś drań nie zrobił zwierzętom krzywdy. I ja miałabym się przyczyniać do wzrostu liczby nieszczęść na świecie? Nie przerywaj – spojrzała na Teresę, która chciała coś powiedzieć. – Wiem o co ci chodzi. A jaką masz gwarancję, że na przykład dzieci moich szczeniąt nie trafią ręce jakiegoś zwyrodniałego sadysty? Lepiej, żeby ich nie było. Wystarczy tych, co są. Wolałabym prowadzić dom tymczasowy, takie miejsce dla psów przygotowywanych do adopcji po różnych przejściach. Czytałam, że w państwach rozwiniętych takie są. My jeszcze jesteśmy w lesie, ale od czegoś przecież trzeba zacząć.

Wszyscy obecni spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, a na Aldonę z podziwem.

– Jakoś to u ciebie szybko poszło od czasu przygarnięcia pierwszego kota – skomentowała Teresa.

– Doniczko, jesteś wielka – Dorota wstała z krzesła. – Z radością i dumą witam cię jako bratową.

– Wam chyba rozum do końca odjęło – mruknęła Aldona przyglądając się przyjaciółkom jakby jakieś nieboskie stworzenia zobaczyła. Nie zwracając uwagi na resztę obecnych powstrzymujących uśmiechy, skierowała palec w stronę Doroty. – A ty małpa jesteś wyjątkowa, żeby tak ze mnie kpić – niespodziewane łzy zalśniły jej w oczach.

– Doniczko, kochana – Dorota rozłożyła ramiona i przytuliła wyrywającą się przyjaciółkę. – Jak mogłaś nawet przez chwile pomyśleć, że kpię. Uspokój się. Prawdę mówię, nawet z ciotką wczoraj o tym rozmawiałyśmy…

– Wygadałaś się o malutkiej? – groźnie spojrzała Aldona.

– Nie, ale mało brakowało. Ciotka powinna się chyba dowiedzieć, że zostanie babcią. Nie uważasz?

– Nie, nie uważam. Przynajmniej jeszcze nie teraz. W swoim czasie.

Obecni w pokoju Dziadek i pan Józef przysłuchiwali się zdumieni wymianie zdań.

– Czy ja dobrze zrozumiałem? – spytał spoglądając na Dziadka. – Czy ja dobrze zrozumiałem Andrzejku, że zamiast psiarni będę musiał umieścić w projekcie pokój dziecinny?

– Na to wygląda, Józeczku, tylko nie do końca rozumiem co te dziewczyny plotą. Ale cóż, zrozumieć kobiety zawsze jest trudno.

– A kobiety przy nadziei to już zupełnie – palnęła Dorota..

– Zaraz, jak to kobiety? Jeszcze któraś poza Doniczką?

– Nie, nie, to już byłaby przesada – gwałtownie zaprotestowały pozostałe panie.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Trzecie urodziny bloga

27 lutego mija trzecia rocznica mego pierwszego wpisu.
Trzy lata to z jednej strony długi okres czasu, z drugiej – wydaje się, że przemknął ten czas szybko przed naszymi oczami, wokół nas, zabrał nas ze sobą i nagle… brutalnie rzucił o ziemię. Biedny człek się podnosi (nie z kolan tylko z ziemi 😉 )  i patrząc w lustro myśli. Ja
myślę, albo raczej: mnie się myśli 😉  – To ja? Naprawdę? To niemożliwe! To nie ja, to moja babcia, mama, siostra, ale nie ja! Przecież ja jestem młodą dziewczyną! – Ach, tak to jest, czas sobie z nas kpi. Przeminęło z wiatrem (bez cudzysłowu) i z tym wiatrem my pędzimy,
pędzimy i cóż, nie przestaniemy pędzić, bo już tak jest ten świat skonstruowany. Skoro więc nie mamy wpływu na coś, wypada się dostosować, nie narzekać, cieszyć się każdym dniem i korzystać z życia.

Zapraszam Was na babeczki upieczone specjalnie z myślą o trzecich urodzinach 🙂

oraz na nalewkę wiśniową 🙂

Powiem tylko jeszcze, że założenie mi bloga przez Dużego było strzałem w dziesiątkę. Nie przypuszczałam zaczynając – pełna obaw najprzeróżniejszych – tę przygodę blogową, że nasza blogownia stanie się dla mnie takim ważnym miejscem, właściwie rzeczywistym, nie tylko wirtualnym; że poznam tyle wspaniałych Dziewczyn i mimo bloxitu (nazwa wymyślona przez Ewę) – a może właśnie dzięki niemu, bo zbliżyłyśmy się bardziej pomagając sobie wzajemnie w tej przeprowadzce –  poczuję się u siebie, we właściwym miejscu. A działo się rok temu, oj działo, jak zerknę we wpisy z tamtego okresu to mi się wszystko przypomina, całe to bloxitowe szaleństwo.

I jeszcze coś kolorowego dla Was z podziękowaniami 🙂

Dziękuję Wam za odwiedziny, za dobre rady, wsparcie, za przepisy, za wszystko po prostu 🙂 🙂 🙂

/Dla wyjaśnienia – zdjęcie zrobiłam w Piasecznie, które było udekorowane taką śliczną „kapustą”. Nawet teraz – ponieważ zimy nie było – resztki urody owa kapusta zachowała./

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 42 komentarze

Posil się ze smakiem :)

Po zderzeniu się z realem wskazane jest – dla nabrania sił do dalszego zderzania – posilenie się czymś smacznym, apetycznym, pożywnym. Uprzednio dawszy nurka w zapiski kulinarne, a wszystko w ramach wypróbowywania przepisów prostych i łatwych, z których
korzystać można w każdy zwyczajny dzień, przyrządziłam co widać na zdjęciach.
Tym razem zwykła pasta do pieczywa składała się z białego sera, jajek na twardo utartych na dużych oczkach (zamiast krojenia w kostkę, co zajęłoby dużo więcej czasu), drobno posiekanej cebulki, czosnku przeciśniętego przez praskę, czerwonej papryki pokrojonej w drobną kosteczkę, a wszystko wymieszane i doprawione solą i pieprzem. Na śniadanie w sam raz.

W miseczce pasta tak się prezentowała, ze świeżą bułeczką smakowała wiosennie 🙂

Na obiad zrobiłam zapiekankę brokułową z broszurki „Przepisy czytelników” (4/2013). Potrzebne składniki to:
6 ziemniaków, 6 pieczarek, 1 brokuł, 1 filet z kurczaka, 3 łyżki mąki, 2 łyżki masła, 3 ząbki czosnku, 1.5 szkl. bulionu, 100g. utartego żółtego sera, 2 łyżki koperku, ok. 200g śmietany, olej, sól, pieprz.
1. Brokuł podzielić na różyczki, ugotować. Pieczarki pokroić w plasterki, udusić na maśle z solą i pieprzem. Ziemniaki ugotować, pokroić w dużą kostkę. Filet pokroić, posypać solą, pieprzem, zrumienić.
2. Sos: mąkę zrumienić na patelni, wlać bulion, dodać czosnek przeciśnięty przez praskę. Składniki doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień, dodać śmietanę, ser i koperek. Mieszać do rozpuszczenia sera.
3. W żaroodpornym naczyniu ułożyć warstwę ziemniaków, fileta, pieczarek, brokułów, Zalać sosem. Piec ok. 20 min/180 st.C

Nigdy nie trzymam się dokładnie ilości składników podanych w przepisie, poza ciastami oczywiście, do zapiekanek używam tyle, ile akurat mam

Na deser ciasto, na które przepis dostałam od koleżanki z pracy. Byłam młoda, miałam 24 lata, półtorarocznego synka i właśnie rozpoczęłam pierwszą w życiu pracę (wytrzymałam tam 36 lat) po ukończeniu studiów. Nie umiałam piec, gotować się uczyłam w miarę
potrzeb, ale bez zapału, głównie dla dziecka, wyjątkowego niejadka (po nim Calineczka odziedziczyła tę właściwość). Z czasem z tego wyrósł więc i dla niej jest nadzieja 🙂  Według przepisu podanego niżej upiekłam pierwsze w życiu ciasto. Potrzebujemy:
1 szkl. cukru
1 szkl. mąki pszennej
1 szkl. mąki ziemniaczanej
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
5 jajek
1 margarynę
Należy utrzeć jajka z cukrem, dodać obie mąki z proszkiem do pieczenia, dobrze rozmieszać. Wlać rozpuszczoną margarynę i znów rozmieszać.
Piec ok. 40 min/180 st.C –  do suchego patyczka.
Posypać cukrem pudrem lub przygotować lukier i oblać nim ciasto.

Tym razem dodałam skórkę pomarańczową i ukręciłam pomarańczowy lukier, można dać cytrynową skórkę otartą i wtedy lukier cytrynowy przyrządzić do polania

To jest arcydzieło mojej kuzynki, usmażony przez nią osobiście chrust (czyli faworki) podany na babcinej paterze 🙂

Smacznego tygodnia !

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 31 komentarzy

Cyberknife i 2 mld. zł.

CYBERKNIFE czyli Nóż Cybernetyczny jest niezwykle skuteczną nowoczesną metodą radioterapii stosowaną w leczenia nowotworów. Jest to robot radiochirurgiczny, dzięki któremu można bezinwazyjnie, z ogromną precyzją atakować „obcego” i unicestwić go niszcząc chore tkanki z dokładnością do ułamków milimetra. Metoda jest bezbolesna i niekłopotliwa dla pacjenta. W Polsce są zaledwie trzy ośrodki wyposażone w Cyberknife – w Poznaniu, Gliwicach i Wieliszewie (Mazowiecki Szpital Onkologiczny). Skuteczność leczenia mogę potwierdzić pod przysięgą.
To supernowoczesne urządzenie kosztuje ok. 22 milionów złotych. Pytanie jest proste: ile tych urządzeń ratujących ludzkie życie można kupić za prawie 2 mld. złotych?
Ta suma wygląda tak: 2 000 000 000. Natomiast 22 mln. zł. – 22 000 000 właśnie tak. Jeśli podzielić – 2 mld. przez 22 mln. (wzięłam kalkulator)  wychodzi 90. 909090… Czyli mówiąc po ludzku za tę sumę można nabyć ok. 90 robotów. Albo np. 50 sztuk, a resztę wykorzystać na szkolenie obsługi robota, inne potrzeby ośrodków w celu poprawy jakości leczenia innymi metodami itp.
I jeszcze coś. Dziennie jeden robot może „przyjąć” ok. 10-ciu pacjentów. Każdy konkretny przypadek wymaga osobnego działania, czasu, dawki itp. Już nie będę liczyć, ile ludzkich istnień mogłoby ocaleć, ile dzieci przeżyłoby, matek, ojców, innych członków rodzin, którzy wraz z chorymi współcierpią, współchorują i współprzeżywają. Tym wszystkim ludziom pani Lichocka pokazała swój słynny już gest, z widoczną satysfakcją na twarzy i dumą, że siedzący obok koledzy patrzą na nią z podziwem. Ale czego można się spodziewać po ludziach, którzy bezczeszczą zwłoki zmarłych wydobywając je z grobów w asyście policji (wstydzę się za całą formację) wbrew woli rodzin byle tylko pokazać kto tu rządzi?

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy

Na spacerze z psiepsiołami

Pogoda jest zwariowana jak cały świat. Nie pamiętam takiej zimy, której wcale nie było. Przez całe moje życie takiej sytuacji nie pamiętam. I wcale nie dlatego, że mam sklerozę, na szczęście jeszcze nie mam (chyba, że o tym nie wiem, hi hi ). Żeby sobie pamięć „zakonserwować” wybiorę się do zielarni i nabędę ziela, o których pisze Bożena w ostatnim wpisie na swoim blogu (plantacjamagicznychmysli.blogspot.com), jakoś trzeba się wspomagać póki czas.
Dziś na przykład, we wtorek (to w związku ze zwariowanym światem), padał deszcz na zmianę z gradem, świeciło słońce, chmury – to białe, to ciemne, szare, groźne po niebie przetaczały się gnane bardzo silnym wiatrem. Gdy wyjrzało słoneczko od razu wydawało się, że wiosna zagląda i sprawdza czy już może przyjść, czy jeszcze się wstrzymać. Cofała się natychmiast kiedy chmury czarne pokrywały całe niebo, choć bazie zaczęły się pojawiać na drzewach i krzewach wołając ją razem z ptaszkami śpiewającymi już chwilami zupełnie wiosennie.

W poprzedni weekend udało nam się zrobić piękny spacer w stronę Konstancina i doszliśmy do Chylic. Szliśmy tamtędy już kilka razy. Za pierwszym razem odkryliśmy dworek, który mnie zauroczył, choć był w opłakanym stanie i wystawiony na sprzedaż. Domyśliliśmy się, że funkcjonowała w nim restauracja albo dom weselny, w każdym razie na pewno obiekt o podobnym przeznaczeniu. Gdybym miała baaardzo duuużo szczęścia, by wygrać w coś (np. totka) mnóóóstwo pieniędzy to bym go sobie kupiła i zamieszkała. Ponieważ jednak nie mam, a wygrana mi nie grozi z tej prostej przyczyny, że przestałam już dawno kupony lotto wysyłać, musiał pozostać w wyobraźni. Za darmo mogłam sobie wyobrażać, jak w pięknej długiej sukni (mając najwyżej 20 lat) snuję po ogrodzie, którego granicą są płynące wody Jeziorki. Nie przeszkadzał mi wygląd ścian proszących o remont ani balustrady nadgryzione zębem czasu, wprost przeciwnie, wyobraźnia miała więcej pola do popisu i mogła się rozhulać, że hej! Dzień na spacer był piękny, wzięłam ze sobą telefon i mogłam robić zdjęcia. Doszliśmy do dworku i… nie wierzyłam własnym oczom. To mój dworek? Ktoś go kupił, więc bardzo dobrze, i z pewnością wyglądem zaczął przypominać dom weselny, bo… pomalowano go na biało, dach też. Z przodu zaś – znalazła się… żyrafa. Też biała. A co? Nie może być? A za nią stały sanie, jeszcze nie pomalowane. Zastanawiałam się czy będą białe czy żółte, bo takie są drzwi wejściowe. Weranda od strony ogrodu jak widać jest już przygotowana na przyjęcie gości. W słoneczne popołudnie wszystko wyglądało pięknie, natura potrafi upiększyć i rozjaśnić wszystko. Zresztą sami zobaczcie.

Wody rzeczki stanowią (chyba) granicę ogrodu przynależnego do dworku

A tak prezentuje się pomalowany dworek

Pozostawiwszy za sobą dworek idąc dalej przed siebie można się zachwycać Jeziorką, która opływa dworek nic sobie z ludzkich zachwytów nie robiąc i płynie dalej w zamierzonym kierunku 🙂

Gdyby nie my, to nasi ludzie siedzieliby w domu, hau 🙂

Piękny jest ten świat, prawda? Nawet podczas spaceru z psami można coś nowego odkryć.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 28

Popołudnie było bardzo przyjemne, nie upalne ale słoneczne. Aldona postanowiła zrobić przyjemność Tinie i wybrać się z ulubienicą na dłuższy spacer. Dla niej również było to przyjemnością, ponieważ –  jak zwykle po powrocie do domu – odreagowywała pracowe stresy, a spacer jej w tym pomagał. Najbardziej dokuczliwa była świadomość, że każde jej poczynanie jest śledzone, zaś informacje natychmiast płyną od Grety nie tylko do Agaty, ale i do Mariana. Musiała więc uważać na każde słowo i gest. Martwiła się co będzie, gdy nie uda się  dłużej ukryć postępującej zmiany figury. Moda na szczęście sprzyjała jej potrzebom, więc nosiła do pracy szerokie koszulki typu „nietoperz” lub kolorowe kamizelki zakrywające to co zakrywać powinny.

Szły w stronę Natolina, potem Belgradzką skręciły do ulicy Rosoła i wkrótce znalazły się na wysokości domu Teresy. Skoro dotarły aż do tego miejsca, zadzwoniła domofonem.

– Cześć Tereska, nie miałabyś ochoty na spacer z Maksem? Jakoś mnie tu przyniosło okrężną drogą.W związku z tym nie mogłam się oprzeć pokusie i zadzwoniłam…

– Bardzo dobrze zrobiłaś, dawno już miałam wyjść tylko ciągle coś mi przeszkadzało. Poczekaj, zaraz  będę gotowa. Chyba, że wejdziesz do środka?

– Nie, poczekam.

Po chwili Teresa witała się ze swoją przyjaciółką, a Maksio ze swoją. Teresa od razu przeszła do rzeczy.

– Słuchaj Doniczko, do taty przyjechał  jego przyjaciel architekt. Ten, który zaprojektował Cięciwowy Domek. Może chcesz się z nim spotkać? Jutro obaj przyjadą na Ursynów odwiedzić mnie.

– Ja? A niby po co? Co takiego miałabym mu powiedzieć? – zdziwiła się Aldona.

– Mogłabyś pogadać o twoich pomysłach na dom w Cięciwie, opowiedzieć jak sobie go wyobrażasz, jakie potrzeby powinien zaspokajać. I o tej psiarni, którą wymyśliłaś.

– Nie ja wymyśliłam tylko Sergiusz. Ja się jedynie zapaliłam do pomysłu.  Poza tym nie moja działka, nie mój dom. Niech sobie Agata planuje.

– Tobie chyba całkowicie już na rozum padło. Agata nic do działki nie ma. Dorota ci nie mówiła?

– Jak to nie ma? Jest legalną żoną, zapomniałaś? Działka nabyta podczas trwania małżeństwa jest też jej własnością. I tyle. Już widzę jak zaszywa się w lesie… No, na pewno – skwitowała z przekąsem. – Sprzeda ją i tyle.

– Ze względu na swoją nową córeczkę mogłabyś nie być taka zgorzkniała. Chcesz, żeby się wykrzywiona urodziła? – uśmiechnęła się pod nosem Teresa.

– Nie pleć. Powiedz, co ja tak naprawdę mogę mieć do tej działki? Powtarzam ci, że Agata ją spienięży. Sprzeda. Jak najszybciej się uda.

– A ja ci mówię, że nie.

– Chcesz się założyć?

– Nie, bo to ty byś przegrała. Nie mogę przecież wykorzystywać ciężarnej kobiety.

– Niby czemu?

– Czemu nie chcę wykorzystywać? – z miną niewiniątka spojrzała Teresa na coraz bardziej zniecierpliwioną przyjaciółkę.

– Czemu nie sprzeda?!

– Bo nie ma do tego żadnego prawa, kochana Doniczko – Teresa miała chochliki w oczach.

– Jak to nie ma? Mogłabyś wyjaśnić? Czegoś tu najwyraźniej nie rozumiem.

– Żeby coś sprzedać, trzeba to coś najpierw mieć.

– Nie wytrzymam… – Aldona rzuciła groźne spojrzenie.

– No już dobrze, ulituję się nad tobą. Działka formalnie należy do mamy Sergiusza.

– Co?

– To, co słyszysz. Działka należy do pani Meli. Nikt o tym nie wie. Teraz ty wiesz, więc buzia na kłódkę. Tak wymyśliła Dorota przed zakupem.

–  Coś podobnego! Popatrz jaka ta Dorcia mądra. I nic nie powiedziała.

– Właśnie dlatego, żeby brata  zabezpieczyć przed Agatą. Znając go lepiej niż on sam siebie wolała zawczasu zadbać o rodzinne interesy. Od razu u notariusza ciotka spisała też testament, tak na wszelki wypadek, więc działka jest zabezpieczona i w żadnym wypadku nie wpadnie w ręce tej jędzy. Może na nią ostrzyć zęby ile chce, połamie je sobie, cholera jedna.

Aldona miała uczucie jakby ogromny ciężar spadł jej z serca i potoczył się w nieznane. Umilkła zapatrzona w obraz, który nagle pojawił jej się przed oczami. Obraz, na którym stała obok ukochanego w lesie, a on w tym właśnie momencie obiecał, że będzie harował jak dziki osioł, żeby jak najszybciej móc wybudować dla nich dom…

– Hop, hop! Wracaj tutaj – przywołała ją Teresa do rzeczywistości. – Zrozumiałaś co do ciebie mówiłam?

– Co? No tak, Dorota, nie, ciotka, znaczy pani Mela jest właścicielką…

– Popatrz, o wilku mowa. Maksiu, zobacz kto idzie. Widzisz?

Maks rzucił się w kierunku Azy, która już z daleka go wypatrzyła i w imponujących susach zbliżała się, nic sobie nie robiąc z opiekunki uczepionej końca smyczy. Tina najpierw przysiadła, potem poznała „nadciągające tornado” i już bez strachu podążyła na spotkanie u boku Maksa.

– Właśnie chciałam was spotkać – oświadczyła zadyszana opiekunka tornada. – Aza, uspokój się już, ty małpiszonie. Zapomniałaś, że jestem na drugim końcu sznurka? No już, spokój. Chodźmy na łąki, muszę spuścić psicę ze smyczy, żeby polatała bo ją energia rozsadza.

– Bardzo dobrze, chodźmy na łąki wilanowskie – skinęła głowa Teresa. – Wpadniecie potem do mnie na kawę? Ty, Doniczko, dostaniesz dobry sok.

– Nie, teraz nie mogę – odpowiedziała Dorota. – Ciotka przyjedzie. Umówiłyśmy się na dziś. Musimy pogadać o domu, żeby mieć gotowy plan… – przerwała i spojrzała czujnie na Aldonę zwracając się do Teresy. – Powiedziałaś jej?

– A mnie tu nie ma, że rozmawiacie ponad moją głową? – oburzyła się Aldona.

– Przed chwilą. Nie wiem czy zrozumiała, bo się dziwnie zachowuje…- odpowiedziała Teresa uśmiechnięta od ucha do ucha.

– No wiesz… – oburzyła się Aldona.

– Dobrze. Skoro tak, mogę mówić otwarcie. Postanowiłyśmy z ciotką wybrać projekt domu. Miejsce, w którym ma stanąć, jest wiadome. Założenia jakie chałupa ma spełniać też znamy. Żeby nie odwlekać w nieskończoność chcemy jutro porozmawiać z Dziadka przyjacielem w sprawie projektu budynku.

– Tak nagle? – oszołomiona ilością informacji Doniczka nie mogła nadążyć za tokiem myślenia przyjaciółki. Pomyślała, że w ogóle ostatnio ma problemy w nadążaniu za myślami innych.

– Co nagle? Od dawna przecież planujemy. Doszłyśmy do wniosku, że taniej będzie jak postawimy bliźniak.

– Po co bliźniak?

– O matko kochana! Pół dla ciotki, znaczy dla was, no, dla mojego brata i pół dla mnie. Przecież nie będę do końca życia mieszkała w namiocie.

– A co na to Sergiusz?

– On ma do rozwiązania inne problemy. Do ciotki powiedział, żeby robiła co chce, bo to jej własność. I tego się będziemy trzymać – uśmiechnęła się szeroko jak łobuziak po udanie spłatanym figlu.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 18 komentarzy