„Babie lato i kropla deszczu” – 68

Słoneczko wchodziło do salonu Patrycji rozjaśniając każdy kącik, promyczkami gładziło futerka czterech kotów, z  których najmniejszy mrużył zielone oczy i stroszył grafitowe sterczące kudełki.

– Wyglądasz jak szczotka do kurzu – zaśmiała się Olga. – Ciocia, nie myślałam, że koty się ze sobą dogadają. Bałam się, że będą walczyć, a one są zupełnie spokojne.

– Wiesz, zwierzaki upodobniają się do swoich opiekunów – uśmiechnęła się Patrycja do siostrzenicy.

– Ciocia, odwrotnie też. Fajnie tu u ciebie. Podoba mi się domek, ogródek mi się podoba, jest malutki i nie trzeba się napracować, ale jest i można sobie w nim posiedzieć. Od początku mi się podobał, ale teraz jest ładnie, zielono. I masz huśtawkę.

– Prawda, że jest ładnie? – ucieszyła się Patrycja. – Bardzo lubię ten domek. Nawet nie przypuszczałam, że tak fajnie będzie mi się tu mieszkało. I sąsiadki mam super. Widzisz, mogłam do was pojechać nawet na kilka dni, a one się zajmowały kotami. Nawet po ciebie mogłam pojechać korzystając z uprzejmości Marysi.

– Ale pani Marysia nie jest twoją sąsiadką – bystrze zauważyła Oluśka.

– Jest przyjaciółką córek moich sąsiadek.

– Aha. A daleko jest ten Julianów? Mogłybyśmy  tam pójść na spacer?

– Oczywiście, że tak. Niedaleko, zaczyna się tuż przed  torami. Czy wiesz, o które miejsce konkretne chodzi?

– To jakaś nazwa jak z bajki, Kopciuszka czy Krasnoludków, zaraz się zapytam.

Wyjęła telefon i zapomniała o ciotce prowadząc z Szymkiem ożywioną esemesową rozmowę.  Patrycja tymczasem wciąż nie mogła opędzić się od myśli, która dopada każdego w różnych sytuacjach. Jaki ten świat mały! To wprost niemożliwe, żeby aż do tego stopnia. Jednak… w sumie nie ma nic niezwykłego w tym, że babcia byłej żony Karola mieszka niedaleko. Studiował przecież w Warszawie, poznawał studentów z różnych części Polski i akurat trafiła mu się taka żona, co ma tutaj babcię… Maryśkę i jej tatę oraz entuzjastów „Filiżanki” przecież też poznał w tym samym czasie…

Olga sprawdziła w smartfonie gdzie mieszka prababcia Szymka  i jak tam dotrzeć. Wiedziała już, że chłopcy przyjadą za tydzień, czyli mniej więcej wtedy co mama. Postanowiła nie czekać tak długo lecz wziąć sprawy w swoje ręce. Wciąż chodziła za nią pewna uporczywa myśl i nie dawała spokoju. Dziewczynka miała niejasne wrażenie w swej młodej główce, że w jakiś irracjonalny sposób ta prababcia pomoże jej zrozumieć postępowanie własnego taty, Olgi taty. Ona do tej pory nie mogła tego pojąć chociaż przed mamą i całą resztą świata udawała twardzielkę. Tak była pochłonięta swoimi przeżyciami, że przestała zwracać uwagę na klasową grupkę wrednych koleżanek, na ich dokuczanie i zachowanie, które przedtem sprawiało jej przykrość. Znudzone brakiem reakcji Olgi dały jej spokój i znalazły sobie inną ofiarę. A ona jedynie z Szymkiem mogła szczerze rozmawiać, wylewać przy nim swoje żale, nie musiała kryć łez, które nie jeden raz płynęły z jej oczu. Szymek miał za sobą przeżycia podobne do jej przeżyć dlatego się tak dobrze rozumieli. Wprawdzie mama Szymka  mieszkała w mieszkaniu obok taty i mały Tymek miał mieszkać z nią, ale nigdy nie było jej w domu, jeździła po całym świecie z wycieczkami i chłopcami zajmował się ich tata, praktycznie tylko i wyłącznie on. Mamę Olga widziała może dwa razy w życiu. Szymek najpierw bardzo przeżył rozwód rodziców, potem przywykł, przemyślał, wydoroślał ponieważ z reguły trudne chwile w dziecięcym krótkim życiu przyspieszają dorastanie i rozwój. Mógł więc służyć wsparciem koleżance, której przyszło się zderzyć ze skomplikowanym światem nieodpowiedzialnych dorosłych. Mieszkali blisko siebie i z pewnością ten fakt  również miał znaczenie w rozwinięciu się ich przyjaźni. Pomagali sobie na przykład pożyczając zeszyty gdy jedno było chore czy książki z lektury obowiązkowej. Chociaż w dobie komputerów i internetu nie wszystkim dzieciakom potrzebna była bezpośrednia bliskość innych osób – im akurat pomagała wzajemna obecność i przyjaźń. Sytuacja stała się niezwykła, jakby żywcem wyjęta z komedii romantycznej, kiedy się okazało, że Patrycja, jej ukochana ciocia mieszka niedaleko prababci  Szymka i Tymka, czyli babci ich mamy. A już sposób w jaki się poznali w sklepie pan Karol i ciocia – to w ogóle  nie do pobicia. Po prostu rewelacja! Olga na samo wspomnienie dostawała ataku śmiechu. Tak więc pomyślała, że sama tę prababcię Benię odszuka iii… nie wiedziała co się za tym ”…iii…” będzie kryło, to się dopiero okaże. W końcu nie będzie długo przebywać u ciotki, chłopcy też nie wiadomo na ile do tej swojej prababci przyjadą,  więc aby nie marnować czasu postanowiła zrobić wstępny rekonesans.

Na drugi dzień po przyjeździe poznała Amelkę, siedmiolatkę znaną jej z opowiadania cioci o zaginionym rudym kocie, który szczęśliwie powrócił do swojego domu.  Amelka wraz z mamą Alicją pomagały w poszukiwaniu  kociego domu oraz w opiece dokładając się do kosztów wyżywienia Paskudka (tak miał na imię o czym się wszyscy dowiedzieli od odnalezionych opiekunów). Do domu nie mogły kota zaprosić z powodu Bonzo,  psa adoptowanego ze schroniska, przeuroczego rudego słodziaka wyglądającego jak skrzyżowanie golden retriwera z jamnikiem, który był cudowny, ale któremu, niestety, awersja do kotów nie pozwalała na zawieranie bliższej znajomości z tymi futrzakami.  Alicja i Amelka nie traciły nadziei, że kiedyś uda się zmienić nastawienie Bonzo do kociego rodu i pracowały nad tym usilnie. Tata Amelki wspierał je zdalnie w tych usiłowaniach. Dlatego zdalnie, iż pracował za granicą, na kontrakcie w Islandii. Olga razem z Amelką kilkakrotnie wyprowadzała Bonzo na łąkę i do lasku. Pomyślała więc, że obydwie mogłyby się wybrać na poszukiwanie prababci  Beni wykorzystując wyjście z psem na spacer.

W czasie wakacji dzieci i młodzież, do której to kategorii zaliczała już samą siebie Honoratka, jeśli nie wyjeżdżają na kolonie i obozy, chętnie przebywają w innych miejscach niż dom. Na przykład u babci i dziadka, gdzie dwa psy dostarczają zajęć i rozrywki, jest  inaczej niż codziennie w domu co stanowi miłą odmianę. Zabawa z nimi jest  zajmująca tym bardziej, że można wychodzić z domu pod pretekstem wyprowadzenia Zadziora albo Zorki i nikt nie zgłasza sprzeciwu.

Honoratka zobaczyła idące dziewczynki. Amelkę znała „od zawsze”, Oluśkę od niedawna, ale ją polubiła. Jeszcze bardziej gdy dowiedziała się o rozwodzie jej rodziców.

– Hej, dziewczyny, gdzie idziecie? – zawołała.

– Idziemy z Bonzo na spacer – odpowiedziała Amelka.

– Na ulicę idziecie? Przecież jest upał, nie lepiej pójść na łąkę?

– Ale…- zawahała się Olga, – my idziemy w konkretne miejsce.

– O, a w jakie? – zainteresowała się Honoratka. – Powiedz, ciekawa jestem.

– Chcemy zobaczyć gdzie mieszka prababcia chłopaków, moich sąsiadów z osiedla w Krakowie. To jest… zobacz, tu mam adres. Oni tu niedługo przyjadą, na trochę… Bo wiesz, tak naprawdę…  mama ich zostawiła jak mój tata mnie…  Jestem ciekawa co sobie myśli ta prababcia o tej mamie… Wiesz, chciałabym zrozumieć – dodała posmutniałym głosem i wyrazem twarzy dojrzałym nagle tak, jakby dzieciństwo zostawiła na chwilę gdzieś daleko…

– Ależ tam nie musicie iść ulicą, można bokiem, przez lasek, pies się nie zmęczy na upale. Wiecie co? Pójdę z wami. Wezmę Zadziora, ty,  Oluśka,  możesz wziąć Zorkę, Amelka będzie trzymała swego Bonzo. Zrobimy sobie wycieczkę, chcecie dzieciaki?

Olga miała się obruszyć za „dzieciaki”, ale…

– Super – zawołała. – W ten sposób nie będę musiała tłumaczyć po co i dlaczego tak długo… A ja chcę zrozumieć …

– Daj spokój, Oluśka, dorosłych ciężko zrozumieć, odpuść sobie – powiedziała Honoratka.

– Twój tata cię nie zostawił, nic nie rozumiesz!

– Na szczęście, ale mam oczy i uszy otwarte, i wiem co się wokół dzieje. Dlatego dobrze ci radzę, daj spokój. Z czasem się dowiesz… Kilka moich bliskich koleżanek ma rozwiedzionych rodziców – zakończyła poważnie

Dzieci mają na szczęście szybką zdolność regeneracji, zmiany nastroju i zainteresowania.

– Chodźcie, pokażę wam drogę przez lasek – ciągnęła Honorka. – Będzie krócej.

– Ja znam tę drogę – powiedziała Amelka. – Z mamą i Bonzo nieraz chodzimy tam na spacery. Kiedyś widziałyśmy cztery sarny.

– Też widziałam całe stadko – skinęła głową Honoratka. – I jeszcze zające widziałam.

– A ja  bażanty. One tak śmiesznie skrzeczą. Bonzo od razu chce je łapać.

– Nasza Zorka też jest nimi zainteresowana. Może na nie polowała kiedy nie miała domu, coś przecież musiała jeść.

– Biedne takie pieski – wtrąciła Olga. – Bardzo chciałabym mieć psa, my mamy tylko koty. Ale nas z mamą nie ma w domu przez cały dzień, to przecież nie mógłby siedzieć w sam. Koty mogą, szczególnie jak są dwa albo więcej. Mama mówi, że tworzą rodzinę i żyją własnym życiem, kiedy są same. To znaczy nie są same tylko ze sobą.

– Wiesz, póki jesteś u cioci możesz bawić się z naszymi psami, prawda Amelka?

– Na zapas się wybaw, bo jak wrócisz do Krakowa to znowu ci będzie brakowało psów – zgodziła się Amelka z Honoratką.

Wyszły na łąkę przez tylną osiedlową furtkę. Żółta nawłoć, zajmująca dużą przestrzeń jak okiem sięgnąć, falowała w podmuchach wiatru dając złudzenie morskich fal o zachodzie słońca zabarwionych na złoty kolor. Nad kwieciem uwijały się roje brzęczących owadów.   Szybko przebiegły krótką odkrytą przestrzeń zalaną słońcem i wpadły do lasku gdzie przywitał je miły cień i najprzeróżniejsze ptasie głosy. Przystanęły na małym mostku nad szemrzącym wąziutkim strumyczkiem zatrzymane przez psy, które zwęszyły jakiś niezwykle intrygujący je zapach. Zadzior węszył najdłużej, po czym skierował się ku kępie krzewów rosnących  z boku ścieżki. Spojrzał na Honoratkę i leciutko pociągnął ją dając wyraźnie do zrozumienia o co mu chodzi.

– Słuchajcie, Zadzior chce nam coś pokazać. Idziemy za nim – zdecydowała Honoratka.

Pod krzakiem leżała reklamówka, lekko przysypana suchym igliwiem i ziemią, najwyraźniej porzucona przez kogoś, nie zgubiona. Nawet można powiedzieć, że celowo ukryta.

– Zadzior wymownie spojrzał na Honoratkę i na znalezisko. I jeszcze raz na Honorkę i na reklamówkę. Domyśliła się od razu co chciał jej przekazać czworonożny przyjaciel.

– Zobaczcie, tam coś jest – szeptem powiedziała Oluśka jakby obawiała się, że ktoś ją usłyszy i stanie się coś strasznego, może w krzakach siedzi ukryty złoczyńca i rzuci się na nie?

Honoratka zobaczyła obawę w oczach i postawie dziewczynek. Uśmiechnęła się z całą piętnastoletnią wyższością.

– Nie bójcie się – powiedziała spokojnie. – Przecież jesteśmy z psami. One nie dadzą nam zrobić krzywdy. Zapomniałyście, że Zadzior jest policyjnym psem? Wprawdzie na rencie, ale to nie ma żadnego znaczenia.  Jest super psem.

Dziewczynki najwyraźniej poczuły się uspokojone i zbliżyły się do Honoratki, która podniosła z ziemi  patyk i  zaczęła nim odgrzebywać reklamówkę. Odsunęła wszystko co na niej było i precyzyjnie wkładając kijek w ucho torby wyciągnęła ją spod krzaka. Zaintrygowane patrzyły jak ze środka wysypują się zaadresowane koperty.

– To jakby było z torby listonosza – zauważyła Olga.

– Może go morderca zamordował i teraz napadnie na nas – szepnęła Amelka.

– Co ty pleciesz – spojrzała z politowaniem Honorka. – Za dużo horrorów oglądasz.

– Co zrobimy? – zastanowiła się Oluśka.

– Nie powinnyśmy tu zostawiać,  ktoś może czekać na ważne wiadomości – stwierdziła Honoratka.

– Dużo tego nie ma… – Olga obrzuciła znalezisko uważnym spojrzeniem.

– To może trzeba zanieść te listy do adresantów – zaproponowała Amelka.

– Adresatów – poprawiła  Olga. –  A wiecie gdzie to jest? Te ulice? Ja nie znam tu żadnych ulic, tylko cioci, czyli waszą, osiedlową i … pokaż… Krasnoludków? O, to właśnie na tej ulicy mieszka prababcia mojego kolegi z klasy.

– Wiesz jak ona się nazywa?

– Nie wiem,  chłopcy mówią na nią babcia Benia

– Trzeba pójść kawałek za tory, minąć takie nowe bloki, potem willę, w której kręcili ślub Joasi i Tomka z „M jak miłość” – wykazała się Amelka.

– Naprawdę tu kręcili? – zainteresowała się Olga.

– Naprawdę – przytaknęła Honoratka. – U nas na Ursynowie też kręcili dużo scen.

– Za tą willą trzeba skręcić i już są takie fajne ulice, takie bajkowe – wyjaśniła Amelka. – Czytaj, Honorka, nazwy na kopertach. Chodźcie, tam jest ścieżka, którą  chodzimy z mamą. Wyjdziemy niedaleko domu Klarki i Antka.

– Kopciuszka, Złotej Rybki, Skrzatów, Elfów…

– Pokaż – wyciągnęła Olga rękę. – Nie wierzę, że są takie nazwy ulic – wzięła kilka kopert i czytała z niedowierzaniem – Królowej Śniegu, Kolorowych Snów… – przekładała koperty przebiegając wzrokiem adresy. – Dalej są już zwyczajne, Kombatantów, Sybiraków… jeszcze Srebrnych Świerków jest ładna.

– Mnie się najbardziej podoba Złotej Rybki – powiedziała Amelka.

– Mnie chyba Bajkowa – zastanowiła się Olga.

– Na Bajkowej mieszkają Antek i Klara, bliźniaki z mojej klasy – powiedziała Amelka. – I jeszcze Adaś, zaraz obok nich.

– A ja wolałabym mieszkać na ulicy Kolorowych Snów – oświadczyła Honoratka. – Mogłabym spać do woli, nie budziliby mnie do szkoły, a sny miałabym najpiękniejsze z pięknych – uśmiechnęła się.

– Chodźcie za mną – Amelka energicznie ruszyła do przodu pociągając za sobą Bonzo. – Znam tu ścieżkę na skróty, chodziłyśmy z mamą tędy  dużo razy, bo moja mama przyjaźni się z mamą bliźniaków. Wyjdziemy niedaleko domu Klarki i Antka.

– Ładne te domki – powiedziała rozglądając się Olga, gdy po niedługim czasie dotarły  do   bajkowego osiedla i domu bliźniaków.

Amelka zadzwoniła domofonem, w momencie przy furtce znalazł  się Antek. Najpierw spojrzał z pewną dozą nieufności na Honoratkę, która w pierwszej chwili wydała   mu się dorosłą osobą. Dopiero po wyjaśnieniu Amelki spojrzał na nią innym okiem, a sprawa znalezionych listów wyraźnie go zainteresowała.

– Klarka! – zawołał zwracając głowę w stronę otwartego okna od pokoju siostry. – Klarka! Chodź tu do nas!

Po chwili z domku wyszła, a raczej wyskoczyła, uśmiechnięta dziewczynka.

– Co się stało? O, cześć Amelka, cześć Bonzo – już witała się ze znajomym psem.

Zorka natychmiast podstawiła łeb, przecież nie mogła pozwolić, żeby Bonzo zgarnął większą ilość głaskanek. Zadzior stał  spokojnie obok Honoratki przyglądając się całemu towarzystwu. Lubił mieć wszystko na oku i pod kontrolą.

Dziewczynki opowiedziały rodzeństwu co im się przydarzyło po drodze przez lasek. Zgodnie uznali, że należy przesyłki  dostarczyć pod wskazane na kopertach adresy. Tym bardziej, że wszystkie były w najbliższej okolicy. Uwinęli się szybko wrzucając po prostu listy do skrzynek. Na koniec zostały dwie koperty zaadresowane do pani Bernardy  Grudy.

– To przecież do pani Beni – powiedziała Klarka. – Chodźmy do niej, lubię ją, zawsze ma coś słodkiego dla nas….

Okazało się, że to bardzo blisko bliźniaków. Olga się ucieszyła myśląc, że łatwiej uda się jej dzięki temu nawiązać kontakt z babcią Benią.  Zadzwoniła domofonem. Po chwili otworzyły się drzwi i ukazała się w nich drobna, starsza kobieta o srebrnych włosach upiętych w koczek. Przysłoniła oczy ręką, widocznie światło w pierwszej chwili było zbyt jasne i oślepiło ją..

– Dzień dobry – zawołała Honoratka. – Mam dwa listy. Pani adres jest na kopercie…

– Listy? – zdziwionym głosem spytała starsza pani. – Wejdź, dziecko, proszę.

– Ale nas tu jest więcej – wysunął głowę Antek zza słupka. – Dzień dobry pani Beniu.

– To ty, Antosiu? I Klarka też tu jest – zauważyła z uśmiechem. – Co was do mnie sprowadza? Aha, coś mówiłaś o listach – zwróciła się do Honoratki. – Wejdźcie przez bramkę.

Weszli wszyscy i w małym przedogródku zrobiło się tłoczno. Pani Bernarda, jako była nauczycielka z powołania, poczuła się jak ryba w wodzie w otoczeniu gromadki dzieciaków. Nastolatki też dzieciaki – pomyślała patrząc na najstarszą dziewczynkę. Antosia i Klarę znała od kiedy zamieszkali w sąsiedztwie. Polubiła i rodziców, i dzieci. Czasem korzystała z ich pomocy przy większych zakupach.

– Proszę, oto listy – podała Honoratka dwie koperty.

– O, bardzo ci dziękuję – pani Bernarda wzięła koperty. – Czekałam na to! – wykrzyknęła. – Nie wiem czemu tak długo szedł ten list … ale zaraz, skąd u was, jakim cudem?… – zastanowiła się.

– Znalazłyśmy pod drzewem idąc przez lasek – powiedziała Olga.

– Właśnie, wyszłyśmy z psami na spacer i znalazłyśmy reklamówkę z listami – dodała Amelka.

– Tak naprawdę to Zadzior znalazł – wyjaśniła Honoratka. – On był policyjnym psem, teraz jest u dziadka na emeryturze.

– Jakaś tajemnicza historia – zastanowiła się pani Benia. – Przecież to karygodne, żeby przesyłki znalazły się w lesie! Powinny zostać doręczone do adresatów!  Złożę skargę na poczcie.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 8 komentarzy

Zimno i ciemno się robi 29.IX. 2025

Ciekawa jestem czemu Lapek nie widzi wszystkich emotek. Niby je wrzucam w tekst a potem nie ma. W starym już tylko uśmieszki działają, w nowym (brzydkie są), ale też nie wszystkie. Żeby było śmieszniej, to kiedy w telefonie odpowiadam na komentarz serduszka wskakują w komentarzach do Was – pokazują się, inne nie. To już naprawdę nie na mój rozum 🙁

Zrobiło się zimno, tak nagle. Rano jest ciemno gdy wstaję, buuu, tego nie lubię, już czekam na wiosnę. Może ta nadchodząca przyniesie zmiany na lepsze. Właściwie nie „może” ale „musi”, nie ma innego wyjścia. W końcu gdy człowiek poczciwy pracuje nad sobą, nad własnym stosunkiem do świata, do wydarzeń wszelakich, gdy uczy się nabierać dystansu i z perspektywy obserwatora reaguje (przynajmniej się stara) na to, co się dzieje na zewnątrz niego (czyli owego poczciwego człowieka) to przecież MUSI być lepiej, czyż nie?

Rano do lasku więcej nie pójdę, dopiero wiosną.  Jedynie po południu, bo wieczorem tym bardziej nie. W niedzielę – już jasno było – poszłyśmy z Szilunią tylną furtkę do lasku właśnie. Moja towarzyszka nastawiła uszy, wąchać zaczęła „górnym wiatrem” a mnie coś tknęło i nie spuściłam jej ze smyczy na wszelki wypadek. Nic to, szłyśmy ostrożnie i gdy się wydawało, że już przed nami wolna droga, usłyszałam tuż obok, w krzakach głośne sapnięcie i krzaki się poruszyły. Jak się obydwie rzuciłyśmy biegiem przed siebie! Kiedy wreszcie przystanęłyśmy Szilunia była zadowolona z przebieżki, ale moja astma powiedziała, że jej się to wcale nie podoba i długo nie mogłam złapać oddechu. Wreszcie się udało i ruszyłyśmy dalej, a w nagrodę znalazłam sobie trzy kasztany, pierwsze w tym roku.

Nie udało nam się do Szczawnicy w tym roku pojechać, ale dzieciaki były dwa razy. Calineczka chciała koniecznie spłynąć tratwą po Dunajcu, więc oczywiście tatuś córeczki posłuchał. Nawet wytrzymała dwie godziny, choć ja bym się obawiała, że z nudów wyskoczy z tratwy 😃  Stąd mam zdjęcia, których kilka na osłodę pokazuję.

Czyż nie jest to prawdziwy raj dla oczu? O duszy nie wspomnę 🙂

Przeczytałam, że jeszcze będzie ciepło więc się ucieszyłam, że przecież w ogródku jeszcze trochę popracuję z wielką radością. MS przywiózł trzy worki ziemi, cebulki kupiłam różniste, nasionka wilców i warszawianek skrzętnie zbieram na następny sezon.  To na razie tyle, jak zwykle siła wyższa zmusza do skończenia, babcia D. się wyspała i idzie… Zrobię jej kawę (Inkę) to przez chwilę posiedzi.

Dobrego tygodnia wszystkim zaglądającym życzę dziękując za pozostawione słowa 😘

❤️🍀🍁🍀❤️

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 27 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 67

Inga czuła się paskudnie. Drapało ją w gardle, męczył suchy kaszel i bolała głowa. Pomyślała, że pewnie złapała wirusa w szpitalu, gdzie przez ostatnie dwa dni miała kontrolne wizyty i spędziła wiele godzin głównie na oczekiwaniu. Oczekiwanie było dwojakiego rodzaju: na wejście do gabinetu. na samą wizytę oraz na zapisanie się na badania przed kolejną. Za każdym razem kiedy odwiedzała tę konkretną placówkę medyczną napotykała na zmiany. Zupełnie bezsensowne  z punktu widzenia pacjenta, wywołujące chaos, niemożliwie długie kolejki i obłęd w oczach szczególnie starszych osób przemieszczających się po nieskończonych korytarzach w poszukiwaniu właściwego gabinetu, w którym tym razem przyjmuje pożądany specjalista. Nawiasem mówiąc, do którego czekali najczęściej ponad rok.

Po wyjściu od lekarza Inga poszła do rejestracji zapisać się na badania przed wizytą u nefrologa. Telefonicznie nie można było tego zrobić, kazali osobiście. Pomyślała, że jeśli leczy się tu ktoś z innego miasta, to zmuszony jest przyjechać, żeby się tylko zapisać. Paranoja. Za przejazd nikt nie zwróci… dodatkowe koszty… trzeba mieć końskie zdrowie i mnóstwo pieniędzy, żeby się leczyć…. jej brakowało i jednego i drugiego…  Doszła w miejsce, gdzie była recepcja poradni nefrologicznej. To znaczy była, kiedy Inga  poprzednio odwiedzała szpital. Teraz natknęła się tylko na kartkę z informacją, że recepcja została przeniesiona. Zaklęła pod nosem, nie ona jedna zresztą, i poszła szukać razem z kilkoma innymi osobami utyskującymi na utrudnianie życia chorym ludziom. Niezadowolenie stało się głośne i ogólnie słyszalne, gdy okazało się, że w jednym miejscu skumulowano rejestrowanie pacjentów do kilku różnych specjalistów. Ba, żeby tylko na wizytę! Ale i po odbiór wyników, i do zapisania się na badania, i nawet personel medyczny z poszczególnych oddziałów szpitalnych zapisujący leżących pacjentów – wszyscy musieli brać numerki i czekać na swoją kolej. Ingę oburzył szczególnie fakt, iż pielęgniarka zamiast być przy chorych musiała odejść od ich łóżek i stać w kolejce. Skandal po prostu wobec braku średniego personelu! Jej oburzenie podzielały inne osoby, nic jednak nie mogły na to poradzić. Kolejka wydłużała się z minuty na minutę, dochodziły kolejne osoby, a czynne były zaledwie dwa stanowiska z czterech istniejących i całą gigantyczną kolejkę obsługiwały  dwie panie. Na korytarzu zrobiło się gęsto i ciemno od ilości oczekujących na swoją kolej z numerkiem w ręce. Inga miała numerek 121, przed nią oczekiwało jeszcze 46 osób. Oczekiwanie wydłużało się z powodu częstego podchodzenia do okienek zdezorientowanych bardzo starszych osób błagających o informację w swojej sprawie.

Obok Ingi stanęła kobieta okrutnie zdenerwowana zaistniałą sytuacją. Za chwilę miała czas wyznaczony wizyty, na którą czekała przez rok, chciała tylko odebrać wyniki badań potrzebnych do okazania lekarzowi. Inga odesłała do domu Feliksa i teraz była spokojna, pogodzona z tym, czego nie mogła zmienić w danej chwili. Czekała urozmaicając sobie czas obserwacją ludzi i ich reakcji. Była zadowolona, że kiedy mąż przywiózł ją pod szpital, nie zgodziła się, by oczekiwał w samochodzie razem z psami. Postanowiła wrócić do domu autobusem i nie dała się odwieść od swego postanowienia. Dlatego teraz mogła uzbroić się w cierpliwość i nie dawała się ponieść nerwom.  Żal jej się zrobiło zdenerwowanej kobiety i zamieniła się z nią numerkami. Dzięki temu dosłownie na dwie minuty przed umówioną wizytą kobieta zdążyła odebrać wyniki dziękując Indze z ogromną wdzięcznością. A Inga poczuła, że zrobiła dobry uczynek i miłą lekkość w duszy z tego powodu też poczuła. Stanęła tak, by widzieć wyświetlające się numerki i pogrążyła się we własnych myślach.

Odesłała Feliksa do domu z powodu teściowej. Bała się zostawiać ją samą przez dłuższy czas. Ostatnio znów sprawiała niespodzianki i to nie z gatunku przyjemnych. Powtarzały się problemy z jedzeniem, braniem albo raczej nie braniem leków, zmyślaniem nieprawdopodobnych teorii spiskowych, których ona ma być ofiarą, z manipulowaniem faktami – choroba wyraźnie czyniła postępy.

Wróciła do domu nieprzytomna ze zmęczenia, dodatkowo czuła „łapiące” ją przeziębienie. Postanowiła wcześniej się położyć. Przyjęła leki, jakie akurat były w domu czyli  rutinoscorbin, ibuprom na zatoki i poszła do sypialni. Feliks został na dole oglądając film. Dodatkowo była zła, że nie może włączyć w sypialni telewizora. Oglądanie wybranych programów zawsze ją uspokajało, lecz  coś się zapewne stało z anteną, gdyż sygnał z talerza przez dekoder przestał dochodzić. Należało wezwać fachowca, który wejdzie na dach, sprawdzi przewód, znajdzie usterkę i naprawi ją. Niestety, usługa byłaby płatna, choć powinna mieścić się w pakiecie, a oni nie mieli pieniędzy na zapłacenie. Tak więc nie mogła już od dłuższego czasu zrelaksować się w sypialni oglądając przed snem ulubione „Ranczo” albo programy o urządzaniu domów.

Położyła się z bólem głowy i usnęła. Nagle gwałtownie usiadła na łóżku obudzona dziwnym dźwiękiem. Co to? Jakby coś drapało za ścianą albo na strychu! Kot? Szczur? Matko jedyna! Feliks, który podczas drzemki żony również udał się na spoczynek, też nadstawił ucha. Inga wyjrzała do przedpokoju. Psów nie było, zostały na dole. Feliks włączył światło i drapanie ustało. Zastanawiając się nad przyczyną dziwnych odgłosów zapadali w sen. Nagle Inga znowu raptownie usiadła. W przedpokoju zrobiło się ciemno! Zostawiali na noc włączoną małą lampkę, żeby matka widziała drogę do łazienki i nie tylko. Honoratka powiedziała im, że nocą babcia buszuje po całym domu i schodzi do kuchni. Dziewczynka zobaczyła to gdy spała u nich „na nocowaniu” – jak to dzieci teraz mówiły.  Od tej pory Inga zamykała nocą  sypialnię na klucz. Nie życzyła sobie nagłego wtargnięcia teściowej.

– Nie ma prądu – jęknął Feliks. – U sąsiadów jest. To coś u nas!

Zszedł na dół do skrzynki elektrycznej . Bezpieczniki wyskoczyły. Wcisnął i znów wyskoczyły. Zaklął pod nosem.

– Muszę iść na zewnątrz, do głównej skrzynki na uliczce.

– Pójdę z tobą.

– Ja sprawdzę, ty idź spać.

– Zwariowałeś? – oburzyła się. – Jak mogłabym spać w takiej sytuacji?

Zeszła za mężem na dół, zapaliła świeczki, żeby było cokolwiek widać, bo w domu panowały kompletne ciemności. Zgasło wszędzie. Lodówka, czujniki telewizora, panele z podłączonym komputerem i ładującą się komórką – wszystko zostało pozbawione źródła zasilania.

–  Feluś, jak otworzysz garaż w razie czego? Moja komórka się nie naładowała, a twoja? Nie będzie kontaktu ze światem! Piekarnik nie działa, płyta indukcyjna też – wpadała w panikę.

– Po co ci teraz piekarnik? – trzeźwo zauważył Feliks. – Idę.

– Jakie szczęście, że  od poprzedniej awarii latarkę zawsze trzymasz przy łóżku, w zasięgu ręki  – powiedziała już spokojniej.

Ubrał buty, kurtkę i wyszedł. Po chwili zabłysło światło. Korki nie wyskoczyły ponownie. Poszli spać zastanawiając się nad przyczyną.

– Może matka znowu powiesiła na grzejniku uprane majtki i zrobiła spięcie? – zastanawiał się Feliks. – Tyle razy jej mówiłem, żeby nie prała w rękach, że od tego jest pralka. I żeby nie wieszała na grzejniku, bo to nie kaloryfer ze starego mieszkania.

– Kotuś, ona kiwnie głową, powie „dobrze” i po pięciu minutach już o tym nie pamięta. Dalej będzie robiła to samo, przywykła do tego przez całe życie. Nigdy przecież pralki nie miała, co w sumie jest nie do uwierzenia, ale to fakt.

– To co ja mam zrobić?

– Nic się nie da. Trzeba pilnować i sprawdzać co robi – odpowiedziała bezradnie rozkładając ręce. – Śpij, rano muszę wcześnie wstać, przecież do Ewelinki „na służbę” mam jechać, Bogna ma wizytę u lekarza.

– Zawiozę cię. I wyjdę rano z psami, już ty się nie zrywaj, nabiegasz się przez cały dzień za tą kruszynką – uśmiechnął się z rozczuleniem na wspomnienie wnusi.

– Ja muszę raniutko do Biedronki, tam są tabletki do ssania, okropnie mnie drapie w gardle.

– Ja pójdę, nie kłopocz się.

Rano pojechali na Ursynów, nie było specjalnych korków i szybko dojechali.

– Baba nie, baba sio! – tak Ewelinka powitała babcię, czym babcię na wstępie rozbawiła do łez.

– Tak mnie witasz, ty mały łobuziaku? – śmiała się babcia, a mała chwyciła matkę za nogi i nie chciała puścić.

– Popatrz jak ona sobie skojarzyła, że jeśli ty się szykujesz, a ja przychodzę to znaczy, że wychodzisz bez niej – zauważyła Inga.

– Tak, od razu wie o co chodzi – odpowiedziała Bogna. – Ewelinko, ja muszę wyjść, ty zostaniesz z babcią – stanowczo powiedziała do córeczki. – Niedługo wrócę do ciebie.

– Nie, nie, nie fcę – sprzeciwiała się kruszynka.

Ostatnio się rozgadała po swojemu, ale najczęściej dobitnie wypowiadanymi słowami były „nie, nie, nie” oraz  „ja, ja, ja”. Słodka i cudna przy tym była tak bardzo, że wszystkie ciotki-przyjaciółki Bogny były w niej bez pamięci rozkochane.

– Mamuś, tu jest dla niej śniadanie. Poza tym jeśli uda ci się coś w nią wcisnąć, to dobrze. Jeśli nie, trudno. Muszę lecieć, bo mi godzina minie, ludzie nie wpuszczą mnie potem do gabinetu i  termin przepadnie.

Wyszła. Jakoś udało się babci porozumieć z wnusią, obeszło się bez płaczu. Pół serka waniliowego podstępem w malutką babcia wcisnęła postawiwszy ją na parapecie. Zagadywała pokazując co się na zewnątrz dzieje i karmiła małą łyżeczką. Ewelinka zażyczyła sobie kakao, które bardzo lubiła. Inga przygotowała, postawiła kubek na stole i odwróciła się po ulubiony  mały kubeczek wnusi i… całe kakao wylądowało na bluzeczce, spodenkach czyli na całej maleńkiej dziewczynce. Trzeba było ją dokumentnie przebrać. Ewelinka była rozbawiona, biegała, skakała jak nakręcona, energia ją rozpierała i była wprost  nie do zatrzymania. Inga musiała za nią nadążyć przez cały czas i przemieszczać się po całym mieszkaniu za tą iskiereczką, która ani jeść, ani spać nie miała zamiaru. Babcia próbowała w maleńką wcisnąć trochę jedzenia i tu sukces – udało się ją przekonać, żeby pokrojone kawałeczki bułki z masłem jadła w tak zwanym międzyczasie, zjadła nawet kawałek papryki, wypiła soczek co babcia uważała za wielkie osiągnięcie.

Potem kruszynka oglądała swoje ulubione filmiki uczestnicząc czynnie – kręcąc rączkami i główką, robiąc wymachy i wszystko to, co robiły dzieci na ekranie. Babci kazała robić to samo.

– Baba teś – pokazywała babci co ma robić.

Na propozycję spania odpowiedź była jedna.

– Nie, nie, nie fcę! Baba sio!

Nawet gdy była już bardzo zmęczona broniła się  i za nic nie chciała się położyć do łóżeczka.

– Ewelinko, „lalala” (czyli tablet) jest zmęczony i popsuje się, jeśli nie odpocznie – tłumaczyła wnusi. – Jeśli się popsuje nie będziemy oglądać bajek. Usiądź na chwilę i odpoczniemy razem, dobrze?

– Baba, na filę – skinęła główką.

Najwyraźniej argument trafił do tej główki, bo pozwoliła się wziąć na kolana i przytuliła się do babci. Oczka jej się zamknęły i usnęła od razu.  Inga siedziała kołysząc z rozczuleniem swoje szczęście takie maleńkie, a największe na świecie. Potem delikatnie przełożyła ten skarb do łóżeczka i wyszła przymykając drzwi pokoju. Za chwilę Honoratka wróciła ze szkoły.

– Jak tam dziś było?

– Spoko – padła odpowiedź. – Mieliśmy szczęście, bo na godzinę wychowawczą przyszedł pan z pogadanką i potem się przeciągnęło na następną lekcję.

– A jutro? Ciężki dzień cię czeka?

– Sprawdzian i dwie zapowiedziane kartkówki. Nic wielkiego. Udało ci się nakarmić małą?

– Okropny z niej niejadek. Trzeba mieć do niej świętą cierpliwość.

– Najlepiej dziadkowi wychodzi karmienie – zaśmiała się Honoratka. – Szkoda, że nie może częściej przyjeżdżać.

– Wiesz, że babci Wali nie można na dłużej zostawiać samej.

– Wiem. Babciu, co robić, żeby nie mieć demencji na starość?

– Ba, żeby to była taka prosta sprawa. Na pewno wpływ ma styl życia, jaki się wiedzie od zawsze, dieta, ruch …

– A na trądzik? Okropnie jest być nastolatką – stwierdziła ze smutkiem. – Chciałabym być dzieckiem, tak mi było dobrze. A teraz? Krosty się robią, szkołę trzeba było zmienić, z koleżankami musiałam się pożegnać, bo każda poszła do innego liceum…

– Na pewne rzeczy nie mamy wpływu, kochanie, musimy się z nimi pogodzić. Na upływ czasu na przykład.  Nie zatrzymasz go, nie da rady. Mnie też trudno uwierzyć, że jestem taka stara, w duszy wciąż czuję się młodą dziewczyną i często dziwię się patrząc w lustro…

W przedpokoju rozległo się szuranie.

– O, mój diamencik się obudził – wyjrzała Honorka do przedpokoju. – Wiesz babciu, ja ją nazywam moim diamencikiem.

– A kto to się obudził? – podniosła się Inga z krzesła. – Już się wyspałaś?

W przedpokoju stała Ewelinka, wycierając rączkami zaspane oczka. W odpowiedzi na babci pytanie skinęła główką i wyciągnęła łapki. Ingę ten prosty gest malutkiej wypełnił bezbrzeżną miłością i wzruszeniem. Podniosła ją, a malutka przytuliła się i objęła rączkami za szyję. Inga miała świadomość, że takie chwile są w sercu zapamiętane na zawsze. Tak jak miała wciąż w oczach obraz Bogny w tym samym wieku, która uczyła się skakać obiema nóżkami mówiąc „hop”, „hop”. Nie wiadomo czemu akurat ten moment i obraz wbił się aż tak bardzo w pamięć i serce, że pojawiał przed oczami powodując wzruszenie. Oczywiście wiele było cudownych wspomnień z dzieciństwa córki, jednak teraz, przy małej Ewelince, tamten właśnie pojawiał się najczęściej.

Wspólnie z Honoratką, która miała wspaniałe podejście do malutkiej siostrzyczki, nakarmiły obiadem broniącą się przed jedzeniem kruszynkę. Trzeba było używać najprzeróżniejszych sposobów, Honorka szantażem i przekupstwem osiągnęła cel.

Rozległ się skoczny dźwięk muzyki sygnalizujący połączenie w telefonie Ingi.

– Babcia, twój telefon –  Honorcia spojrzała co się wyświetliło. – Dziadek dzwoni.

– Dziękuję skarbie – wyciągnęła rękę. – Tak, Feluś? … Dobrze, może być za godzinę…. Wróciła ze szkoły, a Ewelinka nie śpi, przed chwilą wstała… Sama wyszła z łóżeczka, nooo, cudna jest… Coś się stało?… Czemu? Po głosie poznaję… Dobrze, poczekam…przyjedź.

Doman wrócił wcześniej niż Bogna. Ewelinka ucieszona podreptała do niego.

– Kakuś, kakuś, mój! – wołała ucieszona i próbowała podskoczyć wołając – hop, hop!

– Jakbym Bognę widziała – powiedziała rozczulona Inga.

– Nic dziwnego, przecież córeczka jest podobna do swojej ślicznej mamy – uśmiechnął się Doman podnosząc córeczkę.

– Cio jeś to? – zapytała zobaczywszy długopis wystający z kieszonki koszuli.

– Długopis Ewelinko. To jest długopis

– Dupiś – powtórzyła kruszynka.

– Ha ha – zaśmiałam się Honoratka. – Ewelinko, powiedz ananas.

– Anaś – powtórzyła po siostrze. – Nie ciem anasia.

– Babciu, ona nie lubi soczku z ananasa, ja lubię – wyjaśniła Honorka.

– No, lecę, bo dziadek czeka – Inga zarzuciła na ramię swój plecaczek – Ewelinko, pożegnasz się ze mną? Już idę, zrobisz mi pa pa?

– Pa pa, baba juś pa pa – pomachała rączką.

– Już idę, już idę – śmiała się babcia.

W samochodzie Inga położyła rękę na ramieniu męża.

– Mów – spojrzała mu w oczy. – Wyrzuć to z siebie i powiedz o co chodzi.

– Miałem spięcie z matką.

– Domyśliłam się.

– Wiesz dlaczego w nocy prąd wywaliło? Wiesz?

– Nie, nie wiem.

– Matka to zrobiła!

– Ale jak tym razem? Zacznij od początku, proszę, uspokój się, przecież to chory człowiek.

– Przyszła do mnie, żebym jej włączył ogrzewanie, bo zimno. Poszedłem na górę, a tam drzwi balkonowe uchylone. Nic dziwnego, że zimno. Przedarłem się przez te jej stojące duperele do okna, żeby zamknąć, spojrzałem na rozgałęziacz i widzę, że znowu telewizor wyłączyła wyciągając kabel. Już się zeźliłem. Milion razy jej mówię, żeby tego nie robiła, bo spierniczy telewizor i tyle będzie miała. A ona z pretensją, że nie może inaczej wyłączyć, bo nie ma pilota. No to nie wytrzymałem. A gdzie masz? – krzyknąłem.  Nie mam, zniknął – ona na to.  I co, może ja ci zabrałem? – spytałem już cały w nerwach.  Ty nie – odpowiedziała.  To kto? Znowu podejrzenia rzucasz na Ingę? Nie pamiętasz, że sama zgubiłaś? Na pewno rozbiłaś i po kryjomu wyrzuciłaś! – już mówiłem podniesionym głosem, bo stukała się w ucho dając sygnał, że nie słyszy. Przecież ciągle tak robi. Kiedy nie wie co odpowiedzieć udaje, że nie słyszy.  Ja nie wyrzuciłam – w końcu powiedziała ze złością. Wszystko niszczysz i wyrzucasz po kryjomu, żeby nikt nie widział. Z pilotem pewnie też tak zrobiłaś – powiedziałem i wyszedłem, żeby już nic więcej nie mówić.

– Dobrze, jak dotąd wszystko rozumiem, tylko  co z tym prądem – wtrąciła Inga.

– Ledwo usiadłem przy komputerze, znowu nie było prądu! Poszedłem szybko do niej, żeby sprawdzić, czy to u niej coś się stało jak podejrzewałem. Schyliłem się nad rozgałęziaczem  i wtedy spadł abażur od stojącej lampy. Zobaczyłem, że nie ma żarówki, a kabel od lampy jest włączony w rozgałęziacz! Rozumiesz? Wyłączyłem czym prędzej i wiesz co?  Nie tylko żarówki nie było, ale też całej obudowy, w którą się żarówkę wkręca!  Wisiały luzem dwa druciki! Czyli cały czas były pod prądem, musiały się stykać i robiło się spięcie.

– Przecież i ją mogło porazić – przestraszyła się Inga. – Musiała się lampa przewrócić, ciągle u niej coś upada, słychać przecież. Stłukła się żarówka, obudowa się rozleciała może nawet ze starości jak żółty, plastikowy klosz od naszej lampy. Matka się przestraszyła, pozbierała i wyniosła do śmieci. Jak nic tak właśnie było.

– Czemu się wypiera? Czemu nigdy nie przyzna się tylko kręci i kłamie?

– Kotuś, ona jest chora, pamiętaj o tym. Reaguje jak małe dziecko, które coś zbroi i próbuje to ukryć. Już się nie irytuj tak bardzo. Inaczej nie będzie, to znaczy lepiej nie będzie. Oby jak najdłużej tak trwało, nie pogarszało się… Jedź już, za długo w domu samej nie można jej zostawiać.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 8 komentarzy

🖤 Bimbuś odszedł za Tęczowy Most🖤

Smutno się jesień zaczęła. Po długiej walce o odzyskanie zdrowia, po operacji, kroplówkach, lekach, diecie – organizm Bimbusia odmówił dalszej walki. Tak bardzo kochany dołączył do całej gromadki za Tęczowym Mostem…

🖤🖤🖤

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 66

Olga przyjechała do cioci Patrycji. Mama została w domu, ale obiecała dojechać po tygodniu. Patrycja zapakowała do Marysinej Fruzi siostrzenicę z plecakiem, oba koty i siebie. Skorzystała z propozycji Marysi, która jechała swoją kochaną Fruzią do Krakowa i zabrała się w charakterze towarzyszki podróży. Marysia często pokonywała teraz trasę Warszawa-Kraków- Szczawnica i z powrotem. Z przyjemnością zabrała miłą pasażerkę. Zostawiła ją pod blokiem siostry, a po dwóch dniach odebrała z tego samego miejsca „wraz z przyległościami”. Zdziwiła się niepomiernie, gdy – zapewne przez przypadek – w tym samym miejscu znalazł się Karolek z chłopcami.

– No co? – odpowiedział na zdziwione i pytające spojrzenie Marysi. – Przecież ja tu obok mieszkam, a dzieci chodzą razem do szkoły..

– Aha, – skinęła głową Marysia, – rozumiem. W każdym razie miło było cię spotkać

– Też się cieszę – odpowiedział  wcale nie patrząc na nią…

W tym samym czasie Oluśka i Szymek nad czymś się naradzali, mówili o czymś przyciszonymi głosami, oboje co chwilę zerkając na Karola.

– Widzę, że są w świetnej komitywie – zauważyła Marysia.

– Ha! Żebyś wiedziała w jakiej – odpowiedziała Patrycja. – Nie opowiadałam ci jak się poznaliśmy z Karolem? Dobra, opowiem po drodze.  Oluśka, wskakuj do wozu.

–  Szymon, pamiętaj – Olga machnęła ręką do chłopca. – Na razie!

Po drodze Patrycja opowiadała Marysi o  momencie poznania Karola. Wtórowała jej siostrzenica zaśmiewająca się na wspomnienie „sceny wózkowej”. Marysia zrewanżowała się opowiadaniem o swojej wieloletniej znajomości z Karolkiem, o współpracy  zawodowej między nim a swoim tatą, o różnych historiach z przeszłości. Olga wtrąciła się informując, że Szymek ma prababcię, czyli babcię ich mamy, koło Warszawy i może chłopcy na trochę do niej przyjadą.

– A Karol o tym wie? – odwróciła się Patrycja do tyłu, sprawdzając czy klatki z kotami są dobrze zabezpieczone.

– Jeszcze nie, ale Szymek nad tym popracuje – odpowiedziała dziewczynka z miną prawdziwego łobuziaka.

– A wiesz, gdzie ta prababcia mieszka? –  Marysia była rozbawiona słuchając Oluśki .

– Wiem, w Julianowie. To niedaleko od ciebie, ciociu, prawda?

– Coś podobnego – zdziwiła się Patrycja. – Naprawdę? Nie pokręciłaś czegoś?

– Nie, nie pokręciłam. Wiedziałam, że się zdziwisz – chichotała Olga. – Wymyśliliśmy, że fajnie by było, gdyby chłopcy do tej prababci przyjechali wtedy, kiedy ja będę u ciebie.

– Dziwne to – zastanowiła się Patrycja. – Prababcia musi być wiekową osobą. Jak sobie poradzi z opieką nad dziećmi? A ich mama co na to?

– Jej to w ogóle nie interesuje – odpowiedziała Olga. – Tak jak ja nie interesuję mojego taty…

– Dziecko kochane, to nie tak…- zaczęła Patrycja.

– A jak? Ciocia, daj spokój, nie jestem małym dzieckiem. Rozumiem więcej niż wam się zdaje. Szymon też to rozumie…. Oboje się rozumiemy…

– Olka, tam w drzwiach jest coś. Widzisz? Wyciągnij – powiedziała szybko Marysia. – Zobacz, schowałam tam ostatni album ze Szczawnicy. Zobacz jak tam jest pięknie…akurat zobaczysz kwiatowe figury…

Dziewczynka zainteresowała się fotografiami i zamilkła. Marysia przyciszonym głosem opowiadała Patrycji historię nieudanego Karolkowego małżeństwa.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 4 komentarze

6 września 2025🍂

Napisałam w notatkach dość długi tekst, zawsze tak robię „na brudno” potem wklejam tutaj i poprawiam. Tym razem chciałam sobie ułatwić, wpadłam jak na to „brudno” wkleić zdjęcie i już byłam z siebie dumna… Cóż, pycha kroczy przed upadkiem… W coś przypadkiem kliknęłam i się wszystko spierniczyło. Nie potrafię z tego wyjść, ponakładały mi się fotki jedne na drugie, tekst zniknął, cuda wianki się porobiły i dopiero jak się Duży zjawi to mnie uratuje. Dobrze, że mam jeszcze jedne folder „na brudno” to tam sobie będę pisać, ale teksu nie powtórzę.

W skrócie więc będzie tak. Calineczka wczoraj miała urodziny! Skończyła 8 lat i nie wiem kiedy te lata przeleciały. Przecież dopiero się urodziła i była jak dwie torebki cukru i jeszcze szklanka ❤️❤️❤️

SZCZĘŚCIE SIĘ URODZIŁO!!! | Anna Pisze

Malutka skończyła tydzień:) | Anna Pisze

… teraz już taka panienka duża ❤️❤️❤️…

🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀🍀

Rozpadało się jednak. Dla roślin dobrze, dla mojej posianej trawy też, wyrasta już w kilku miejscach, ale nie wszędzie gdzie posiałam. Nie wiem czemu, trzeba dosiać, ale mam sporo nasion, więc bez problemu to zrobię. Babcia D. schodzi. Pozdrawiam i jesień pokazuję 🍂

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa, dobrego tygodnia życzę wszystkim Dobrym Ludziom ❤️🍀❤️

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

” Babie lato i kropla deszczu” – 65

Ranek wstał tak  piękny, że nawet śpiochy otwierały oczy z podziwem i zachwytem witając nowy dzień. Sabina wyszła na taras zalany porannym słońcem, z radością uśmiechnęła się poddając twarz pieszczocie złotych promyczków.  Uśmiechała się, bo zupełnie przez przypadek, wcale nie celowo, nie z premedytacją, naprawdę niechcący zerknęła na sms widoczny na komórce córki zostawionej na stole. Zobaczyła zdjęcie pięknej róży, a pod spodem  słowa najważniejsze na świecie dla każdej kobiety. Słowa o jakich marzą od wieków osoby płci żeńskiej, słowa wyśnione przez młode dziewczęta, upragnione przez dorosłe kobiety w każdym wieku. Przeczytała: Kocham Ciebie Jagienka!

Korzystając z wczesnego obudzenia się Sabina wyszła na łąkę z Zadrą starając się nie budzić męża i córki.  O dziwo, natknęła się na Ingę, która ziewając od ucha do ucha odpinała smycz Zorki. Zadzior obwąchiwał krzaki.

– Co ty, spać nie możesz? –  zbliżyła się do przyjaciółki.

–  Nie mogłam spać, wciąż teściowa mi chodzi po głowie … Wczoraj Feliks pojechał z matką do Poradni Zaburzeń Pamięci na kolejną wizytę – powiedziała Inga.  – O, i Kaśka się tak wcześnie wybrała na spacer?

– Co w tym dziwnego?  – spytała Kasia. – A w ogóle to może „dzień dobry” byście powiedziały.

– Nie „dzień dobry” tylko „cześć” – sprostowała Inga. – Honoratka mnie pouczyła, że „dzień dobry” mówi się do obcych, a do swoich „cześć”.

– W sumie… – zastanowiła się Kasia, – twoja wnuczka ma rację. Ale ale, czy  pani Wala nie miała jechać do lekarza? Udało się?

– Tym razem nie było problemu, ubrała się, wyszykowała, radziła sobie zupełnie dobrze i nawet dowcipem błysnęła. Mówię wam, dziewczyny, jak za dawnych lat. Przypominała samą siebie z przeszłości – relacjonowała Inga przyjaciółkom.

– To dobra wiadomość – rzekła Sabinka.

– Było dobrze przez chwilę. Po powrocie do domu zmieniła się całkowicie, jakby powietrze z niej uszło… – westchnęła.

– Nie dziw się – powiedziała Kasia. – Podczas wizyty u lekarza była skupiona do ostatnich granic, napięta jak struna starając się wypaść najlepiej, ukryć swoje niedostatki i luki w pamięci. Po powrocie napięcie puściło. Wtedy człowiek się robi niczym szmaciana lalka. Pamiętam przecież… – zamyśliła się.

– Wiem, wiem o tym i dlatego udaję, że nie dostrzegam. Wszystko jest do zniesienia, zdaję sobie sprawę, że to wynik choroby. Jedno mnie jednak doprowadza do białej gorączki, po co ona bezustannie kłamie?

– Inga, a  pamiętasz jak dziewczynki były małe? Twoja Bogna albo Honoratka kiedy coś zbroiły na pewno zmyślały, żeby ochronić siebie.

– Przed czym? Nie biłam dzieci!

– Przed skutkiem tego co się stało, wyimaginowanym najczęściej. Ja dokładnie chłopaków pamiętam, potem Klarkę też.  Jestem pewna, że ten sam albo podobny mechanizm działa w demencji.

– Pewnie masz rację. – ze smutkiem powiedziała Sabina.  – Los mi oszczędził podobnych doświadczeń. – Inga, mów jeśli tylko mogę ci w czymś pomóc.

– Kochane jesteście, dziewczyny, naprawdę cudowne, dziękuję. Tak się cieszę, że was tu mam…

– My też się cieszymy, że ty się cieszysz, prawda Sabcia? – Kasia się puściła oko do sąsiadki.

– Prawda, im więcej radości tym lepiej  – ochoczo przytaknęła Sabina, ale po chwili dodała  poważniejąc, –  Bredzę

– Nie, nie bredzisz – ciepło spojrzała Inga na przyjaciółkę po czym znieruchomiała. – Trzymajcie psy – szepnęła.

– Czemu? – obydwie jednocześnie dały wyraz zdziwieniu.

– Ciii, spokojnie… tam jest sarna… żeby jej nie spłoszyły i nie poleciały za nią…

– Aaa, rozumiem – odszepnęła Kasia, – Mikołaj widział ją kilka dni temu. To znaczy nie wiem czy tę samą czy jakąś inną. W każdym razie sarnę.

– Biedna, smutny los ją czeka – szepnęła Sabina. – Niedawno Tolek widział martwą przy ulicy, samochód ją zabił.

– Bidulka, takie stworzonko nie ma żadnych szans w zetknięciu z ludźmi. A jeżdżą tu jak wariaci, kompletnie bez rozumu i wyobraźni – dodała Kasia.

– Już sobie poszła – powiedziała Inga normalnym głosem. – Proponuję nie spuszczać psów, chodźmy dalej, pokażę wam nowe przejście. Odkryliśmy z Mikołajem, że można przejść przez bramę, która wcale nie jest zamknięta na kłódkę, tylko tak wyglądała. Jest po prostu okręcona drutem.

Po długim spacerze, udanym ze względu na pogodę i  towarzystwo, Inga wróciła z psami do domu, dała im śniadanie i usiadła w fotelu opowiadając mężowi o spotkaniu dzikiego stworzonka. Teściowa zeszła po schodkach z telefonem w dłoni.

– Komórka nie działa – powiedziała, podała synowi, zawróciła i weszła na schody zmierzając do siebie.

– Nie upadła ci przypadkiem? – spytała Inga.

– Nie – kategorycznie odpowiedziała starsza pani już z niechęcią patrząc na synową z góry, z ostatniego stopnia.

– Jakoś w to nie wierzę – mruknęła Inga pod nosem.

Feliks próbował uruchomić urządzenie tak, jak do tej pory. Często zdarzało się mamie  zablokować telefon przez nieskoordynowane równoczesne wciskanie różnych przycisków. Tym razem nic nie pomogło. Podłączył ładowarkę – na próżno czekał na rezultat. Spróbował otworzyć obudowę, nie udawało się. Dziwna sprawa. Wreszcie po podważeniu cienkim nożem wieczko odskoczyło i… okazało się, że wewnątrz pusto! Nie ma baterii!

Tym razem nie wytrzymał i pognał na górę. Inga siedziała nieporuszona i słuchała. Już dawno przestała się wtrącać między matkę i syna, tonowała tylko Feliksa kiedy była taka możliwość.

– Znowu kłamie – mówił wzburzony wróciwszy na dół z telefonem w ręce.

– Cicho, kotuś, nie irytuj się, to chory człowiek…

– Ale do kłamania nie jest chora. Od razu ma przygotowane jakieś kłamstwo!

– Ona się tak broni …- tu powtórzyła rozmowę z sąsiadkami

– Przed kim się broni? Przede mną? Ja się nią opiekuję, dbam, żeby jadła, daję leki, zabieram na spacery….

– Raczej rzadko, przecież nie chce chodzić.

– To już nie moja wina!

– Pewnie, że nie twoja, nie twoja Feluś, nie twoja…

– Wiesz co leżało u niej na półce? No wiesz co? Bateria od telefonu!

– Widocznie komórka jej się wymsknęła z rąk, stuknęła o podłogę i bateria wypadła. Mama obudowę wcisnęła i przyniosła ci, że nie działa. Potem zobaczyła baterię, nie wie co to takiego więc podniosła i położyła na półce.

– To dlaczego kłamie, że jej nie spadła komórka?

– Bo może nie wie, że spadła? Bo już nie pamięta? Uspokój się skarbie, dam ci tabletkę na uspokojenie, dobrze? Niech ci trochę odpuszczą nerwy, rozluźnisz się…

Nie chciał, wzbraniał się, ale jednak wziął. Inga odetchnęła, zaraz mu odpuści, przecież nie może żyć w ciągłym napięciu

– Rozluźnię się dopiero jak komornik odzyska nasze pieniądze – powiedział.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 8 komentarzy

28 dzień sierpnia 2025 🍂🍁

Zimno się zrobiło w miniony weekend. Zupełnie jakby jesień przyszła już teraz choć  jej nie zapraszałam ☹ W lasku sucho, nie wiem czy liście opadły myśląc o jesieni czy po prostu drzewa uschły, niektóre tak wyglądają. Nie udało mi się zrobić nalewki orzechowej, bo kiedy w lipcu poszłam w miejsce, w którym rosły dwa orzechy okazało się, że nie żyją, stały uschnięte pnie 😢 celując suchymi gałęziami w niebo… smutno mi się zrobiło.  Pani od Puszka tak pięknie u siebie napisała o magii tworzenia orzechowej nalewki ❤️… Przywołała moje wspomnienia, patrzę na portret taty wiszący na wprost, lasek przypomina swoim zapachem, szelestem liści opadłych na ścieżkę wspólne chwile w Cięciwie, na leśnej działce i w domku – których już nie ma w moim życiu… W pierwszej części ursynowskiej sagi „Wejście w światło” Cięciwa odgrywała ważną rolę, zresztą jak i w moim życiu wówczas, w naszym, bo i chłopaków moich kochanych i siostry…  Zaczęłam wtedy pisać dla odreagowania stresów rozwodowych i tak się zaczęło. Wszystkie następne części sagi są na blogu. Uważam, że są o wiele lepsze niż pierwsza „dyrdymałka”, lecz jest ona zapisem, jakby moim pamiętnikiem z tamtych czasów i  zawiera mnóstwo wspomnień, sytuacji, powiedzonek dzieci moich i Królowej Marysieńki, mojego cudownego taty i dlatego jest dla mnie ważna.

Wprawdzie chłopcy zdecydowanie twierdzili, że powinnam się skupić na pisaniu i wydawaniu, lecz stwierdziłam, że stresów w życiu miałam już po kokardę (teraz mam innego typu) i nie chcę więcej „użerać się” z najróżniejszymi instytucjami, tłumaczyć obcym ludziom czemu użyłam takiego określenia zamiast innego, drżeć z nerwów czekając czy taka wersja obcym pasuje czy znów chcą coś zmienić… A przecież nikt obcy nie mieszka we mnie, w moim sercu, nie odczuwa moich emocji… Na blogu, w moim kąciku jestem u siebie, robię co chcę, bo mogę 😊Pisanie  – jak się zastanowiłam – zawsze było dla mnie odskocznią od problemów, ratunkiem przed złem  rzeczywistości. W czasach szkolnych pisałam wierszyki, pamiętniki, nawet wypracowanie w ósmej klasie było nietypowe, ponieważ dalsze losy bohaterów Żeromskiego przeniosłam do krainy Inków 😊 Dostałam czwórkę, bo nie na temat, ale świetnie wymyślone. Musiało mieć to dla mnie wielkie znaczenie, skoro pamiętam do dziś 😊 Teraz też pisanie jest odtrutką… Odczuwam radość w sercu, że się zmobilizowałam i wróciłam, uszykowałam wygodne miejsce do pisania, oswoiłam nowego Lapka, no, nie całkiem, bo figle mi wciąż płata, lecz na tyle, że pisać mogę. W razie awarii wołam MS albo dzwonię do Dużego. Ma on problem z tą matką, oj ma 😉 ale jakoś wytrzymuje 😊 Jutro mi przywiezie Calineczkę na weekend ❤️

Wejście w światło – Anna Zadrożna | Książka w Lubimyczytac.pl – Opinie, oceny, ceny

Teraz jest czwartek, cieplej już niż dwa dni temu choć poranki i wieczory już chłodne, pachnie jesienią lecz jest pięknie. Pomysł z puszczeniem wilca po pniach uschniętych iglaków zdał egzamin. Myślimy z MS i szukamy co by tu posadzić, jaką roślinę, żeby i zimą pełniła swoją osłonną funkcję. Babcia D. jeszcze nie przyszła, oby spała jak najdłużej, wczoraj przed siódmą już była na nogach. Bywa, że schodzi chwilę po mnie, albo tuż po naszym  z Szilunią powrocie ze spaceru. Wolę jak przychodzi w pięciu bluzkach niż tylko w pampersie, bo i tak bywa… Czasem spokojnie daje się przebrać w ludzkie ubranie, czasem krzyczy i się wścieka, wymyśla… Do ogródka nie chce już wychodzić, choć przecież wygodniej i przyjemniej byłoby jej na leżaku wśród zieleni, na słoneczku. Siedzi całymi godzinami w jednym kącie, udaje, że czyta przerzucając kartki wszystkiego, co jej wpadnie w rękę: gazetki reklamowe, specjalistyczne książki MS, z których ani słowa nie rozumie, zagina kartki, podkreśla jeśli nie zauważę w porę.

Właśnie pojawił się Franek. Koty są po to, żeby człowieka ratować przed złymi myślami, a kocie  mruczenie to lekarstwo na wszelkie bolączki 🐈‍⬛❤️

… zajrzę do Baby, może już coś przygotowała dla mnie, miauuu …

To było wczoraj, 27 sierpnia. Nagrałam jesień w kilku miejscach na porannym spacerze.  Puszczę w kolejnych notkach, żeby Was nie znudzić.

Muszę kończyć, babcia D. przyszła, tym razem widzę dwie bluzki i jedną kamizelkę. Spodnie są na swoim miejscu. W Szczawnicy kupiłam kilka różnych na gumce, żeby dała rady zakładać,  z suwakiem to już za duży wysiłek.

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa. Życzę wspaniałego weekendu, mój na pewno taki będzie jak zawsze z Calineczką 🙂

🍀🍁🍂❤️🍀🍁🍂❤️🍀

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 21 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 64

Pobyt Patrycji u siostry trochę się przeciągnął. Miała zaległy urlop, postanowiła więc częściowo go wykorzystać odczuwając nagle – będąc z dala od pracy i codziennych zajęć – ogromne zmęczenie. Sabina nie miała nic przeciwko zajmowaniu się kotami. Wprawdzie Patula za nimi tęskniła, lecz tęsknotę ukoić pomagały koty siostry. Szefowa redakcji zgodziła się na urlop tylko dlatego, że Patrycja obiecała długi i ciekawy tekst o dziwnych losach z przeszłości. Wprawdzie nie miała jeszcze zielonego pojęcia co napisze, ale stwierdziła, że będąc w Krakowie na pewno wpadnie na jakiś ciekawy temat. Nie ma innej opcji. Poza tym czuła, że jej obecność pomaga siostrze i siostrzenicy odnaleźć się w nowej sytuacji, inaczej spojrzeć na rozwój wypadków, znaleźć pozytywne strony dołującej rzeczywistości i ujrzeć przysłowiowe światełko w tunelu.

– Dziewczyny, idę po zakupy – oznajmiła. – Idziecie ze mną?

– Ja idę, ciocia, ja idę – zawołała Oluśka. – Czekaj, tylko wyślę sms… Już.

– Z kim tak rozmawiasz? – zainteresowała się ciotka.

– Z Szymkiem. Nie pamiętam co kazała pani kupić na plastykę.

– To kolega z klasy?

– Tak, z klasy. Jego tata pracuje w muzeum, zajmuje się starymi papierami i był raz u nas w szkole na godzinie wychowawczej, opowiadał o pracy w muzeum i po co to jest takie bardzo potrzebne.

– O, może mi temat do artykułu podrzuci… I po co jest potrzebne? – Patrycja była ciekawa co Oluśka wyniosła z takiej pogadanki.

– Nie wiesz? Po to przecież, żeby pamiętać o przeszłości – Olga spojrzała na ciotkę, jakby spadla z nieba albo była ździebełko niedorozwinięta. – Jak się o swoich korzeniach nie pamięta to się traci tożsamość, można zatracić poczucie więzi rodzinnych, można nawet stracić poczucie własnej wartości nie znając swoich przodków.

– O! – tyle powiedziała zaskoczona odpowiedzią dziewczynki.

Nieduże centrum handlowe było blisko, szybko więc doszły piechotą na miejsce.

– Ciocia, ja sobie pobiegnę do książek, zobacz, na tamtym regale są też nowe płyty – pokazała dziewczynka ruchem głowy. – Mogę?

– Dobrze, biegnij sobie. Ja pójdę znaleźć to, co mam na kartce – Patrycja pokazała część sklepu z produktami spożywczymi. – Tam mnie szukaj, albo ja znajdę ciebie jak skończę. Masz telefon?

– Mam – zaśmiała się dziewczynka. – Szukałybyśmy się jak ty z mamą w metrze.

– Właśnie, dlatego uważam, że telefon trzeba mieć przy sobie na wszelki wypadek, żeby uniknąć podobnych sytuacji.

Patrycja kiedyś umówiła się z siostrą w metrze i czekały na siebie długo, coraz bardziej złe jedna na drugą… przy tym samym filarze, tylko po dwóch różnych stronach nie widząc się wzajemnie. Kiedy wreszcie się zdecydowały nie czekać dłużej, śmiertelnie się na siostrę obrazić i nie odzywać się przynajmniej przez miesiąc – ruszyły jednocześnie w kierunku  wyjścia i zderzyły się ze sobą. Sytuacja była przekomiczna i Patrycję zawsze rozbawiało  wspomnienie zdarzenia.

Olga pobiegła do interesujących ją towarów, Patrycja załadowała wózek jedzeniem dla ludzi i kotów. Odwróciła się jeszcze zainteresowana nieznanymi jej puszkami z kocim żarełkiem i … usłyszała huk spowodowany wózkiem z dużą prędkością uderzającym w jej wózek, który wpadając na regał z puszkami zrzucił kilka z nich. Potoczyły się z hałasem po podłodze, wywołując zainteresowanie wielu klientów. Patrycja zaczęła zbierać puszki  jedną ręką drugą przytrzymując się swojego wózka i klnąc pod nosem.

– Ja cię widziałem – krzyknął  mężczyzna dopadający do wózka, który  spowodował zderzenie. – Ja cię widziałem! To na pewno ty! Będziesz wisiała na ścianie!

Patrycja znieruchomiała na moment po czym podniosła się pomału i chciała spojrzeć z góry na sprawcę  całego zamieszania. Nie udało się, przewyższał ją o głowę. Mimo to nie straciła animuszu.

– Czy to jest groźba? – wycedziła przez zęby patrząc przymrużonymi oczami jak kot przed atakiem na zdobycz.

– Ależ skąd…

– Ciocia, co tu się stało? – Oluśka znalazła się obok. – O, dzień dobry panu – grzecznie powiedziała zobaczywszy „napastnika”. – Ciocia, to jest tata z mojej klasy, no, tata Szymka, wiesz… – zawstydziła się nagle.

– Aha, tata – groźnie spojrzała Patrycja. – Niezłych gagatków masz w klasie. Jeśli tata chciał mnie powiesić to co zrobi syn?

– Co ja chciałem? – wyraz kompletnego osłupienia pojawił się na niewątpliwie przystojnej twarzy „taty z klasy”.

Obok ojca pojawił chłopiec w wieku Olgi. Spojrzał na dziewczynkę i oboje zgodnie parsknęli śmiechem. Patrycja jeszcze przez chwile patrzyła groźnym wzrokiem na sprawcę „katastrofy wózkowej”. Był naprawdę przystojny… Lekko szpakowate włosy układały się miękko, nie były modnie wygolone po bokach co od razu zauważyła. Pomyślała, że świetnie wygląda właśnie dlatego, nie przypomina seryjnego produktu z tej samej taśmy produkcyjnej co większość znajomych…

Widząc zaśmiewające się dzieciaki i przyglądających im się ludzi przechodzących obok, rozluźniła się i dotarł do niej sens słów „taty z klasy”.

– Ty jesteś Patrycja, znajoma Marysi Barteckiej…

– Jestem – przyznała. – A skąd pan… skąd o tym wiesz? W służbach pracujesz czy co?

– Nie muszę, mam dzieci i przyjaciół – uśmiechnął się rozbrajająco.

Patrycja pomyślała, że ładnie się uśmiecha… Co Oluśka o nim mówiła? Aha, że jest rozwiedziony i sam zajmuje się chłopcami… Coś takiego! Rzadki przypadek, plus dla niego… Spojrzała życzliwszym okiem i zaczęła słuchać.

– Kiedy ostatnim razem byłem w Warszawie  przypadkiem zobaczyłem twoje portretowe zdjęcie, które Marysia miała powiesić w „Filiżance”…

– Naprawdę? Niemożliwe! Ten świat jednak jest mały, coś niesamowitego!

– Ciocia, czy to znaczy, że ty znasz tatę Szymka?

– Nie, nie znam – spojrzała spod oka na przystojnego tatę Szymka.

– To może nadrobimy tę drobną niedogodność. Jestem Karol Januszko, tata Szymka i Tymka, dwóch urwisów, z których jeden jest tutaj, a drugim chwilowo zajęła się moja mama.

– Patrycja Dębowska – odpowiedziała uściskiem na uścisk męskiej dłoni.

– Ciocia,  chodźmy na pizzę – pociągnęła ją za spodnie Oluśka. – Proooszę!

– Tato, chodźmy na pizzę – powtórzył  Szymek za koleżanką.

– Patrycjo, jeśli dzieci tak zgodnie proszą to może dasz się zaprosić na tę pizzę?

– Właściwie… – zawahała się. – Właściwie czemu nie?  Ale płacę za siebie i Olgę.   Zamówili dwa rodzaje pizzy, dzieciaki pochłonęły swoje porcje w zawrotnym tempie, pobiegły zobaczyć jakie smaki lodów kryją się  pod różnymi kolorami w gablocie cukierni po drugiej stronie korytarza. Czas płynął, dzieci miały swoje sprawy, dorośli rozmawiali jakby znali się od dawna. Być może wspólni znajomi byli płaszczyzną, która pozwoliła zatrzeć poczucie obcości, być może coś innego, coś nieuchwytnego, nieuświadomionego co niepostrzeżenie przyciąga do siebie ludzi i sprawia, że czują się jakby znali się od lat.

– Rany koguta, jak późno! – Patrycja spojrzała na ekranik komórki. – Zasiedziałam się. Oluśka! Olga! Chodź, musimy pędzić… Dzięki za towarzystwo, miło było…mimo początku – oboje parsknęli śmiechem na wspomnienie „wózkowej sceny”.

– Patrycjo, Romeo i Julia mieli scenę balkonową, nas połączyła wózkowa – powiedział Karol. – Chyba się jeszcze zobaczymy przed twoim wyjazdem? Zgodzisz się?

– Przeciwwskazań nie widzę – odrzekła zakładając plecaczek.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 7 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 63

Najpierw rano wyłączył się prąd. Zniknął i koniec. Feliks włączył korki, ale one znowu wyskoczyły. Zajrzał więc do zewnętrznej skrzynki i włączył korki, które tym razem i tam  wyskoczyły. Znowu to samo. Kilka razy włączał i włączał.  Wyraźnie coś zaczęło źle działać. Wreszcie zaskoczyło.  Inga bała się pożaru, spięcia, katastrofy, wszystkiego się zaczęła bać. Do obaw odzywających się na dźwięk telefonu oraz na widok listonosza doszedł strach przed awarią elektryczności.

W niedzielę wieczorem poszła do łazienki w miarę wcześnie. Czuła się bardzo zmęczona, chciała się położyć, dosłownie ledwie trzymała się na nogach. Odkręciła kran nad wanną, chwile poczekała, żeby ustawić odpowiednią temperaturę. Płynęła zimna. Dziwne, normalnie już powinna być ciepła. Coś podobnego! Matko jedyna! Zepsuł się bojler!!! Trzeba kupić nowy, tylko za co? Co za koszmar!!!

Przez tydzień żyli bez ciepłej wody.

– Niech szlag trafi wszystkich, którym się nie podoba ciepła woda w kranie – klęła Inga najpierw w duchu, a potem na cały głos.

Feliks rozważał, liczył, myślał. Wreszcie zdecydował, że nie zapłaci części rachunków w terminie. Pojechał do Leroy Merlin, obejrzał co jest w ofercie, znalazł najtańszy bojler, wprawdzie o mniejszej pojemności niż zepsuty lecz wspólnie stwierdzili, że wystarczy na ich potrzeby. I tak muszą oszczędzać, pralka i zmywarka pobierają zimną wodę, tylko do mycia jest potrzebna (ale za to jak bardzo!) ciepła. Pojechał Feliks ponownie do Leroy i kupił bojler. Dzięki temu, że był mniejszy, zmieścił się do samochodu. i został przywieziony do domu.

Następnie w internecie Feliks szukał firmy, której pracownicy zamontowaliby nowe urządzenie w miejsce zepsutego. Wreszcie udało się znaleźć taką firmę, zmieścili się nawet w kosztach przesuniętych ze stałych rachunków na opłatę awaryjną. Po tygodniu popłynęła ciepła woda w kranie. Jaka to ulga i jaka rzecz niezmiernie potrzebna.

Jednak – cóż zrobić – wydane zostały pieniądze, które powinny być wydane na opłatę rachunków. Musieli zrezygnować z myśli o wyjeździe na krótki urlop. Kasia z Mikołajem ofiarowali im pobyt w swoim mieszkanku w Szczawnicy, mieli zamiar skorzystać i na tydzień się tam wybrać. Niestety, ze względu na konieczność wymiany bojlera nie mieli za co pojechać, po prostu nie mieli pieniędzy. Zabrakło nawet na benzynę. Do tego Feliks nigdy nie pojechałby bez zapasu gotówki wioząc żonę, matkę i psy na drugi koniec Polski. Gdyby – nie daj Boże – jakaś awaria po drodze to co wtedy? Nie byłby w stanie prosić dzieci o pomoc. Już teraz bez przerwy myślał o położeniu, w jakim się znaleźli… Samochód od dzieci, komputer od dzieci… niczego nie może im ofiarować, żadnego upominku… Czuł się coraz gorzej.

Na drugi dzień po zamontowaniu bojlera Inga wstawiła ziemniaki na obiad, teściowa wodę w czajniku. Inga nie używała jednocześnie wszystkich czterech fajerek ze względu na dziwne zachowanie płyty. Majster montujący płytę ostrzegł ją, żeby nie włączała dwóch naraz fajerek pionowo tylko poziomo. Rozlegały się jakieś dziwne odgłosy, trzaski więc na wszelki wypadek Inga słuchała ostrzeżenia. Usiadła na chwilę przy stole gdy ziemniaki już zabulgotały. Teściowa przemknęła się po kuchni i zniknęła. W pewnym momencie Ingę zdziwiła cisza w kuchni. Podniosła się zaniepokojona, ziemniaki się przecież gotowały a tu nagła cisza… i…

– Feliks! Rany boskie, płyta nie działa!

Mąż natychmiast znalazł się obok.

– Cholera! Cholera! Cholera! To koniec, nie mamy za co naprawić.

– Poczekaj chwilę, może się zbyt nagrzała i sama się wyłączyła? Jak ja teraz obiad skończę?

– Nie martw się o obiad, martw się o pieniądze!

– Przecież martwię się bez przerwy… Przyniosę tę zapasową, małą płytę…

Kupili małą płytę indukcyjną kiedy duża definitywnie odmówiła współpracy. Na szczęście jeszcze wtedy posiadała gwarancję i łaskawie pozwoliła się naprawić. Musieli się bez niej obyć około dwóch tygodni. Inga gotowała w parowarze i na pojedynczej nowej, zapasowej kuchence. Dawała sobie radę, nawet duży obiad dla dzieci potrafiła przygotować naprawdę bez problemu. W porządku, teraz też sobie poradzi. Jeszcze na strychu jest dwufajerkowa, zwykła maszynka elektryczna w razie czego…

Dogotowała obiad, podała, zjedli podenerwowani. Tylko pani Wala nie widziała żadnego problemu, bo i skąd? Problemy całego świata dotyczyły przecież tylko jej, ona się liczyła, nikt i nic ponadto. Sprawa płyty była jej całkowicie obojętna. Inga pomyślała, że teściowa jest w pewien sposób szczęśliwa…

Po obiedzie spróbowała płytę włączyć i … zadziałała!

– Feluś! Jest, włączyła się, działa! – zawołała uradowana.

– Całe szczęście – odetchnął. – Byłem przerażony. Co się mogło stać? Może matka włączyła coś przypadkiem i się przegrzała?

– Wszystko jedno, ważne, że działa – westchnęła z ulgą. – Wyjdę z psami.

Chętnie opuszczała dom na krótkie możliwe chwile jakby chciała uciec przed złą energią, którą prawie namacalnie czuła i nie wiedziała jak sobie z tym poradzić. Miała wrażenie, że powietrze robi się gęste gdy teściowa schodziła z góry. Ciekawe, że gdy wchodziła do środka z ogródka, Inga takiego wrażenia nie miała. Głęboko odetchnęła i szybkim krokiem ruszyła w stronę furtki wychodzącej na łąkę. Z daleka zobaczyła znajome, sąsiedzkie psy biegające po świeżo wykoszonym fragmencie łąki.

–  Dziewczyny, zrobiłam rachunek sumienia – oświadczyła poważnie Kasia gdy Inga się zbliżyła.

– Niby na jaką okoliczność? – spytała Sabina.

– A na okoliczność, że na mnie opamiętanie przyjszło – zaciągając odpowiedziała pytana.

– Ktoś tu znowu „Samych swoich” oglądał – spojrzała Inga na przyjaciółkę.

– Bez przerwy mogę oglądać, tak jak  „U Pana Boga w ogródku” i „Ranczo” – zaśmiała się Kasia. – Ale akurat w tej konkretnej sprawie to nic do rzeczy nie ma.

– A co ma?

– Popatrzyłam najpierw w lustro w patrzałkach, potem wzięłam ten duży telefon od Łukasza i zrobiłam sobie zdjęcie, a potem obejrzałam…

– Chyba się po to zdjęcia robi, żeby je potem oglądać – przerwała Sabina.

– A po co się w lustro w patrzałkach wpatrywałaś? – zapytała Inga.

– Stwierdziłam, ze jestem okropnie stara…

– Chyba nie starsza niż wczoraj … – zaczęła Inga.

– No jak nie? Przecież wszyscy są starsi od wczoraj o ileś tam godzin, zależy od której chwili liczyć – machnęła ręką Sabina. – Zadra! Zadra! Gdzieżeś polazła ty małpko jedna? Chodź tu, do mnie, szybko, do mnie!

Sunia przybiegła po chwili i usiadła wiedząc, że dostanie smakołyk. Tak też się stało, a reszta psów zobaczywszy, że ciotka Sabina daje coś dobrego, natychmiast się zjawiła powodując zamieszanie i wesoły rozgardiasz, ponieważ inne psy przebywające w „psiej godzinie” na łące również się „podłączyły”.

– I co z tym opamiętaniem? – Sabinka wróciła do tematu.

– Pomyślałam, że codziennie powinnam zrobić coś dobrego. Chociaż jedną małą rzecz – powiedziała Kasia.

– Uważam, że już się tych dobrych rzeczy w życiu narobiłaś – stanowczo stwierdziła Sabina. – Jak sobie przypomnę twoją teściowa i sceny, które nieraz z ogródka widziałam! Na przykład jak atakowała cię pięściami, kiedy coś do niej mówiłaś, jak potrafiła wylać na taras filiżankę herbaty, którą jej przyniosłaś, jak wyrwała ci piękny, ozdobny bluszcz spod wierzby, albo jak wszystkie kwitnące kwiatki zerwała, żeby sobie do pokoju zanieść. Dziewczyno, według mnie to powinnaś zacząć grzeszyć, bo masz nadwyżkę dobrych uczynków.

– Ja jestem zadowolona jak uda mi się zrobić coś dobrego – powiedziała Inga. – Na przykład teściowa co chwilę pyta czy ma coś do roboty. Oczywiście wtedy, kiedy nie jest obrażona. Pyta wtedy co moment, oszaleć można. Przecież nic jej nie dam. Zatacza się co chwilę, traci równowagę, miny robi jakby umierała.  Schylać się ani męczyć się  też jej nie pozwolę, bo wylewu jeszcze dostanie. Ale wymyśliłam coś i daję jej obierki ziemniaczane albo marchewkowe do krojenia, żeby pod kwiatki je rzucić. Albo daję skorupki od zużytych jajek do tłuczenia w moździerzu i tłucze je na miazgę. Muszę wam się przyznać, że miny wtedy robi, kiedy patrzymy. Jeśli myśli, że nikt jej nie widzi, to zmienia wyraz twarzy na normalny.

– Prawdopodobnie czuje się potrzebna, dowartościowuje się tym co robi – wtrąciła Kasia.

– Bywają też i sympatyczne momenty – uśmiechnęła się Inga. – Rano wyniosłam łóżko składane, żeby mogła się położyć wygodnie, pobyć na powietrzu, odprężyć się, odciążyć kręgosłup. Przecież wierzę, że ją boli, jak mnie boli to jej ma nie boleć? Wyjrzałam oknem a teściowa siedzi na krzesełku, zaś na łóżku rozwalone oba psy. Nie chciała im przeszkadzać! Rozczuliłam się tym obrazkiem.

– Głaszcze je, drapie, widziałam – wtrąciła Sabina. – A im widocznie sprawia to przyjemność, więc korzyść jest obopólna.

– Dogoterapia, felinoterapia to już uznane sposoby poprawiania komfortu życia starszych osób – stwierdziła Kasia.

– Wiem, czytałam – wtrąciła Inga. – W przypadku afazji, czyli zaburzeń mowy i czucia jest skuteczna. Zresztą, wystarczy jak się człowiek do psa czy kota przytuli, od razu robi się lżej na duszy.

– O tak, tak. Całkowicie się z tobą zgadzam – przytaknęła Kasia.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 14 komentarzy