22.X.2020 – czwartek

Już czwartek! Tydzień temu wróciliśmy ze Szczawnicy, dopiero tydzień, a wydaje się, że to było w innym świecie. Zdążyliśmy jakby na ostatnią chwilę, od soboty cały kraj ma być w czerwonej strefie.

Co się dzieje na Wiejskiej i w TK – trudno określić parlamentarnymi słowami więc zmilczę. Kolejna odsłona piekła kobiet, a protestować nie ma jak, bo zakaz zgromadzeń… Wykorzystywanie pandemii na załatwianie własnych spraw, realizację chorych wizji… Miałam już nie wspominać o polityce, ale nie mogę pominąć milczeniem krzywdzenia kobiet w świecie, który urządzają nam starzy faceci, raczej „byli mężczyźni”, młodzi talibowie, albo stare panny czy księża (!). Myślę, że Tadeusz Boy- Żeleński przewraca się w grobie. Cieszę się, że ciąża mi już nie grozi, ale mam wnuczki, którym przyszło żyć tu i teraz i jestem przerażona. W każdym razie gdybym była młoda to starałabym się nigdy nie zajść w ciążę… Teraz słyszę polityka mówiącego o pomocy dla niepełnosprawnych dzieci, a mnie się przypomina obraz z sejmu, gdy rośli mężczyźni odrywali od okien ręce matkom właśnie niepełnosprawnych, które walczyły o  prawa własnych dzieci do godnego życia.

Taki widok uwieczniłam 7.IV tego roku. Patrząc w niebo można ochłonąć i pomyśleć o małości człowieka wobec wielkości Wszechświata. Dotyczy to nawet tych, którzy uważają się za pępek świata oraz alfę i omegę w każdej dziedzinie, a także uzurpują sobie prawo do urządzania innym życia wbrew ich woli.

Trzymajcie się zdrowo na przekór wszystkiemu!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Wróciłam!

Skończyły się moje piękne wakacje, wróciłam do domu i nie wiem w co mam włożyć ręce. Ale nic to, pomału odnajdę się w rzeczywistości. Wprawdzie pobyt w raju (czytaj: w Szczawnicy) zmienia na ten czas (pobytu) sposób patrzenia na świat, trzeba jednak się otrząsnąć,  a rajskie widoki zachować w sercu, oglądać na zdjęciach i pokazywać Wam dla rozrywki w długie, zimne wieczory.
W środę zaczęliśmy się pakować (dziś niedziela), powrót zaplanowany był na czwartek. Szilka widząc torby, ruch i pakowanie staje się niespokojna, wyraźnie się boi. Być może właśnie przy okazji jakiegoś wyjazdu została wyrzucona/porzucona. Kto to może wiedzieć? Bidusia nie powie przecież. Tłumaczyliśmy jej, że jest kochana, nigdy jej nikomu nie oddamy itd. Skitek nie wiedział o co chodzi, ale dla towarzystwa też się zaniepokoił i zdenerwował. My z kolei zaniepokoiliśmy się jego zdenerwowaniem, żeby nie dostał ataku. Babcia D. zobaczywszy pakowanie też zaczęła się niepokoić. W związku z tym przez całą noc chodziła po mieszkaniu, wstała z łóżka, ubrała się i chciała o północy jechać. Nabrała jakichś podejrzeń (typowy podręcznikowy przykład), że … nie wiem co. Może, że chcemy ją zostawić, pojechać bez niej, ukraść jej bagaż… i co tam jeszcze w chorej głowie może się urodzić. Nie pamiętała ile czasu spędziła w Szczawnicy, zresztą po obiedzie nie pamiętała, że po śniadaniu już była na spacerze. Mąż robił mamie zdjęcia i pokazywał na dowód, że mówi prawdę. Z przykrością stwierdzam, że splątanie się nasila. Wizyty u lekarza nie było, odwołano przecież wszystkie, a co przez telefon może neurolog powiedzieć? Jeszcze o osobie mającej 88 lat, nie widząc jej i nie mając możliwości z nią porozmawiać? No cóż, jest jak jest, ważne, że na spacery chodziła, ruszała się i nawet po schodach musiała się wdrapać i problemów z ciśnieniem nie było.
Wracaliśmy więc w czwartek. Droga była zupełnie dobra mimo naszej nieprzespanej nocy, robót drogowych, drobnego deszczu padającego w niektórych rejonach. Zrobiliśmy przystanek, żeby pieski mogły rozprostować łapki i załatwić swoje sprawy. Zmarzłam okrutnie, wygwizdało mnie na dziesiątą stronę, bo jakoś wcześniej nie pomyślałam, że może być aż tak zimno. Moja wina, bo to przecież połowa października była, a ja nie wzięłam pod uwagę, że trzeba będzie opuścić ciepłe auto i wyjść na zewnątrz.
Po 6,5 godzinach dotarliśmy do domu. Psiaki wyskoczyły, uszczęśliwione podbiegły w radosnych podskokach, Mąż z kluczem do drzwi a klucz… złamał się w zamku! Nie dało rady wejść do środka! A tu zimno, ciemno, psiepsioły nie mogły zrozumieć czemu znowu muszą wejść do ciasnego pudełka, w którym już tyle czasu spędziły! Rozpoczęło się poszukiwanie ślusarza. Tu podziękowania dla tych, co wymyślili telefony komórkowe 🙂 Mały znalazł namiar na pana Sebastiana (wszystkie pogotowia zamkowe do kitu się okazały, kazały czekać 2 godziny!), który szybko przyjechał i nie dość, że nas do domu wpuścił, to jeszcze naprawił zamek.
A w domu zimno jak w lodówce, zanim się nagrzało – trochę musiało potrwać. A w ogóle słowo lodówka wzbudza we mnie do tej pory zimny dreszcz nie tylko ze względu na temperaturę… Otóż nie było prądu podczas naszej nieobecności i cały zamrażalnik wypłynął na kuchnię… Wszystko trzeba było wyrzucić, uporać się z brudem i smrodem. Tu Moje Szczęście największe miało zasługi co przyznaję szczerze. No dobrze, było, minęło i mam odmrożoną lodówkę. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło 🙂
Bez telewizora było mi bardzo dobrze, nie denerwowałam się patrząc na gadające głowy, czytałam tylko nagłówki w necie, żeby wiedzieć co się dzieje. A że się źle dzieje w państwie naszym – to wiadomo …

Ale co tam, przyroda się ludźmi nie przejmuje i pokazuje swe jesienne, dojrzałe oblicze 🙂

Na ostatniej fotografii łania z dzieckiem (chyba z córeczką, bo synek miałby małe różki), które chodzą po osiedlu, odwiedzają różne miejsca i zachodzą w odwiedziny bez względu na napisy na bramie. Są śliczne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy

Jesień, Pani Złota :)

Deszcz pada, koszmarna pogoda już trzeci dzień. Nie lubię!!!

Jesień. Cóż robić? Już przyszła
i deszczem w szyby stuka,
wiatrem wyje i jęczy,
do drzwi gwałtownie puka.

Wygnała słoneczne lato,
świat cały mgłą spowiła,
niebo już nie jest błękitne,
chmurami je zasłoniła.

Jakaś taka zła przyszła,
wkurzona niesłychanie.
Słyszała pewnie za latem
chóralne ludzkie wzdychanie.

Niechby słonkiem zabłysła
i ubarwiła liście,
podsunęła przed oczy
dojrzałych winogron kiście.

Niech rubinową czerwienią
z bogactwa bukowych liści
daje wierzyć marzeniom,
że każde z nich się ziści.

Ale najgorzej jest wtedy
gdy psy całkiem przemokną.
Wytarte nawet nie zerkną
tam, gdzie deszczowe jest okno.

Jak już jesteś, jak być musisz,
zarządź jakoś, Pani Złota,
że gdy muszę wyjść z pieskami
niech na chwilę zniknie słota!

AZ 13.10.2020

… mgły zakrywają góry…

… cóż innego mogą psiepsioły robić niż spać …

… gdy góry ukradli i nie ma ich …

… dopóki nie pada jest pięknie …

…  w parku …

… w każdej parku części …

… gdziekolwiek zwrócisz oczy – zachwycisz się …

… bo Natura w każdym swoim przejawie jest cudem …

… dopóki nie pada widać pierwsze kolory… ale jak pada to nic nie widać…

… ale nawet wtedy Szczawnica jest piękna i ktoś mnie uprzedził w przekazie 😉 …

Trzymajcie się zdrowo i nie dajcie się jesiennej chandrze!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, wierszydełka | 30 komentarzy

10.10.2020 – czyli dziś

Dziś jest nasza rocznica – czyli wspólna moja i mojego Szczęścia. Znalazłam wierszydełko napisane siedem lat temu z tej samej okazji.  Niech tu zaistnieje 🙂

********************************************************************************

Miedzy wschodami – zachodami słońca,
między księżycem lśniącym a gwiazdami,
między dymem z komina a wstęgą Dunajca,
między śniegu płatkami a deszczu kroplami,

pomiędzy mchem zielonym a drzewami w lesie,
między marzeniem a rzeczywistością
krąży moja przeogromna miłość
związana, skarbie, z twoją obecnością.
10.10.201

********************************************************************************

Teraz trzy rodzaje marcinków z dzisiejszego spaceru.

Każdy inny a wszystkie równie piękne, prawda?

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 36 komentarzy

To i owo

Mięsa nie jem i nie wrócę do tego niecnego procederu, ryby biedne jeszcze od czasu do czasu tak, bo fizyczna część mnie się tego domaga. Trudno, etap przejściowy, więc niech ma, ta ona, fizyczna. Dzielę się jak coś nowego wymyślę, co się nie tylko nadaje do zjedzenia ale dodatkowo jest smaczne. W ramach testu zrobiłam więc kotleciki z ziemniaków ugotowanych (pozostałych z poprzedniego obiadu), surowej cebulki drobno pokrojonej, trochę otrąb owsianych dodałam, nieco zmielonego siemienia lnianego, tyleż wędzonego żółtego sera, jajko i przyprawę do kurczaka po staropolsku. Przyprawy sporo, bo inaczej kotleciki są mdłe. Usmażyłam na oleju i zjadliwe były. Drugie znów przyrządziłam z dodatkiem kaszy gryczanej  do ziemniaków ugotowanych, reszta jak wyżej – i też wyszły zupełnie smaczne.

Próbowałam całkiem bez jajka, Mały powiedział, że jajka zastępuje zmielone siemię lniane zalane wrzątkiem. Zrobiłam w ten sposób ryżowe, ale mi nie wyszły, rozpadały się i w ogóle za mało przyprawiłam. Zjadłam (bo co miałam robić) z niechęcią i odstąpiłam od
dalszych prób bez użycia jajek. Z nich nie zrezygnuję, znaczy z jajek,  zdecydowanie i ostatecznie. Nadmienię, iż kupuję tylko z wolnego wybiegu albo ściółkowe. Klatkowych za nic na świecie nie kupię i już!
Kalafior zdecydowanie najlepiej smakuje w tradycyjnej postaci, czyli ugotowany (nie rozgotowany) i polany bułeczką przesmażoną na masełku. Cukinię też najbardziej lubię usmażoną na odrobinie oleju z solą i pieprzem, bez żadnych udziwnień. Teraz szukam innych smaków, które zostaną ze mną na dłużej 🙂

…mylą mi się już kotlety, które są z czego, bo wszystkie wyglądają tak samo, ale na pewno na ostatniej fotce są  z ziemniaków i wędzonego sera, bo kawałki serka widać…

Z innej beczki zupełnie. Miałam problem podczas deszczu. Mianowicie odziedziczyłam po siostrze kurtkę przeciwdeszczową, która przez wiele lat świetnie się sprawdzała. To kurtka firmowa, leciutka, dająca się schować w plecaku i w razie potrzeby dobrze chroniąca przed wilgocią.  Z kapturem, w ładnym granatowym kolorze. Firmowa dlatego, że na plecach jest biały nadruk firmy, w której siostra pracowała wieki całe –  „Biuro Reklamy TVP”. Kiedy sobie uświadomiłam co mam na sobie wpadłam w przerażenie, bo niech ludzie sobie pomyślą, że to z obecnej tvp i co? Jak ja będę wyglądała? Przecież nie mogę tłumaczyć każdemu napotkanemu człowiekowi, że to z czasów kiedy obecny prezes koszulę w zębach nosił i pieluchy tetrowej używał! Mąż mnie zakrywał dopóki nie dotarliśmy do domu, żeby napisu widać nie było. Odłożyłam więc kurtkę i już jej nie założę, bo wstyd po prostu.

Żeby poprawić nastrój i pozostawić dobre wrażenie pokażę jakich przystojniaków można spotkać w Szczawnicy zupełnie niespodziewanie 🙂

… czy ktoś wiem kim ja jestem, bo  zapomniałem…

 

… czyż nie jestem przystojny? …

… zobaczcie jaką mam piękną twarz…

… nocą też wspaniale się prezentuję…

… latające psy też się trafiają 🙂 …

Od jutra wszędzie w maseczkach, uważajcie na siebie i nie traktujcie lekko bezpieczeństwa własnego i innych, bo Ziemia naprawdę nie jest płaska…

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 45

Niewielka odległość dzieliła dom Karoliny od domu, w którym mieszkała Martyna Matecka. Kiedyś  chodziły razem do szkoły muzycznej, Karolina uczyła się grać na skrzypcach, Martyna na wiolonczeli,  później dołączyła gitarę. Dostała od rodziców w prezencie ślubnym działkę pod dom, który teraz prezentował się bardzo ładnie od zewnątrz. W środku trochę mniej, ponieważ mąż Martyny pracując za granicą w celu zarobienia pieniędzy na budowę domu oraz utrzymanie rodziny uległ wypadkowi i zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Martyna została z dwuletnią wtedy córeczką Milenką, z niewykończonym domem i bez pracy. Rodzice pomagali córce ile mogli, dzięki nim przeżyła pierwszy, najtrudniejszy okres żałoby, rozpaczy, załamania. Tylko myśl o Mili utrzymała ją przy życiu, córeczka stała się jedynym punktem odniesienia dla nieszczęśliwej młodej kobiety. Teraz Milka miała lat pięć, była rezolutną osóbką, bezgranicznie kochaną przez matkę i dziadków, lubianą przez sąsiadów..

Karolina myślała o zaproponowaniu Martynie pracy w recepcji, w swojej nowo otwartej przychodni w miasteczku. Niedaleko mieściło się przedszkole, co byłoby wygodnym rozwiązaniem kwestii zapewnienia dziecku opieki. Wiedziała, że Martyna nie miała sumienia bez reszty angażować rodziców tym bardziej, iż matka w miarę możności łapała dorywcze prace przy organizowaniu wesel czy innych imprez, piekąc ciasta i torty na zamówienie. Ojciec – sporo starszy od matki – był już schorowanym człowiekiem i czasem sam wymagał opieki. Przemyślawszy dogłębnie rzecz całą Karolina podjęła decyzję i zobaczywszy sąsiadkę przed domem, pomachała do niej.

– Martyna! Chodź na chwilę, możesz?

– Za moment, wyłączę tylko pralkę, bo słyszę, że piszczy, pranie się skończyło – odpowiedziała.

Niedługo potem pojawiła się przed bramką trzymając za rączkę śliczną blondyneczkę z loczkami wijącymi się wokół buzi. Tina natychmiast stanęła po drugiej stronie węsząc zawzięcie.

– Mamusiu, jaki ładny piesek. Mogę go pogłaskać? – Milenka zachwyconym wzrokiem przyglądała się suni przez pręty furtki.

– Poczekaj skarbie, najpierw musimy zapytać, czy wolno. On cię jeszcze nie zna, a nieznajomych piesków nie należy dotykać, bo mogą tego nie lubić.

Tina szczeknęła delikatnie, wywołując na zewnątrz swoją panią. Aldona zerknęła z ogródka.

– Karolina! Masz gości! Jakaś cudna dziewuszka do ciebie przyszła! – zawołała uśmiechając się do małej. – Tinuś, przywitamy się z tą małą królewną? – zwróciła się do suni i podeszła otworzyć furtkę.

Milenka była zachwycona mogąc do woli głaskać miękkie futerko i przytulać się do mądrej, łagodnej Tiny.

– Dzień dobry – powiedziała Martyna. – Ja do Karoliny, jestem sąsiadką z tamtego domu pod sosną – wskazała ruchem głowy.

– Cześć, jestem Aldona, mama tych dwóch … – w oknie pojawiły się główki  bliźniaczek, – łebków – dokończyła.

– A ja Martyna.

– A ja jestem Milka – przedstawiła się mała piękność.

Stokrotki zbiegły na dół skacząc po dwa stopnie i znalazły się obok matki.

– Ja jestem Inka.

– A ja Linka – tym sposobem kompletna prezentacja została dokonana.

– A więc wszyscy ze wszystkimi zawarli znajomość – uśmiechnęła się Aldona.

– Mamusiu, wszystkie a nie wszyscy, bo tu są same dziewczyny – zwróciła uwagę Inka.

– No tak, bo jedynym chłopakiem jest Maciuś, ale on siedzi zamknięty w pokoju, tu go nie ma – dodała Linka.

Buzia Mili posmutniała.

– Dlaczego ten chłopczyk jest zamknięty? Za karę? Był niegrzeczny i coś zbroił? – spytała przenosząc wzrok na Aldonę, wyginając buzię w podkówkę.

– Ależ nie, skarbie, to jest kotek – czym prędzej odpowiedziała obawiając się potoku łez już zbierających się pod powiekami małej.

Buzia natychmiast się rozjaśniła.

– Mały kotek? Czy mogę go zobaczyć?

– Stokrotki, weźcie Milkę na górę, pobawcie się z kotami. Tylko pilnujcie, żeby mała  nie przewróciła się na schodach, dobrze? – zaproponowała Karolina.

Dzieci poszły na piętro, a Tina oraz trzy pozostałe niewiasty usiadły na tarasie.

Karolina przedstawiła sąsiadce swój pomysł. Martyna zaniemówiła z wrażenia, znieruchomiała, po czym kazała się uszczypnąć w celu przekonania jej, że to nie sen.

– Dziewczyno, – odezwała się nagle wzruszona Aldona, – wiesz co? Zdarzają się cuda. Wiem, bo sama takiego doświadczyłam, cudu przyjaźni. Byłam w koszmarnym dołku, nie widziałam przed sobą żadnego wyjścia a miałam dwoje dzieci! Wyobrażasz sobie? Ty masz chociaż rodziców i dach nad głową, ja i tego nie miałam. Dzięki przyjaciołom mam gdzie mieszkać, jestem szczęśliwa i mam wokół ludzi, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. A oni oczywiście na mnie.

Wszystkie się wzruszyły, jak to zwykle bywa w przypadku ludzi o dobrych sercach i długo gawędziły omawiając szczegółowo nieoczekiwaną propozycję oraz różne inne sprawy przy okazji. Szczególne wrażenie zrobiła na Martynie wiadomość, że Aldona, podobnie jak ona sama,  została wdową w młodym wieku.

– Myślałam, że nie potrafię dalej żyć, że już nigdy nie będę się śmiała, nic mnie nie będzie cieszyło… bo jak to może być, że jego nie ma? Nie zobaczy jak Mila rośnie, jaka jest śliczna i mądra… Teraz… nauczyłam się być sama, żyję myślą o małej, o rodzicach… oni byli dla mnie największym wsparciem…

– Rozumiem cię, Martynko, jak nikt. Ja musiałam wtedy szukać pomocy u psychologa, nie mogłam sobie dać rady… – zamyślona Aldona umilkła na chwilę. – Ale ja nie miałam rodziców…

– Według psychologów każdą stratę, nawet tę najbardziej dotkliwą jak śmierć bliskiej osoby, trzeba przeboleć, przecierpieć przynajmniej przez rok. Przeżyć calutki rok, cały cykl ze wszystkimi ważnymi rocznicami, świętami, przeżyć bez … kochanej osoby, która … zniknęła z naszego życia – wtrąciła Karolina, a pozostałe panie wiedziały, że myśli o swoim ojcu.

– Potem się przekonujemy, że jakoś dało się przetrwać ten rok. Ja nie miałam wyjścia, musiałam sama nauczyć się żyć w nowych warunkach, całkiem nowych, bo wyniosłam się od teściów, z którymi nigdy nie miałam wspólnego języka, a po… po wypadku… po prostu nie mogłam wytrzymać z teściową pod jednym dachem. Dopiero niedawno zaczęła mnie traktować jak człowieka… – w zamyśleniu pokiwała głową Aldona.

– Rodzice mi tłumaczyli, żebym odżałowała, to znaczy przeżyła mój żal do końca, opłakała stratę tak długo jak tego potrzebuję, ale potem zmusili mnie po prostu, żebym przyjęła do wiadomości, że czas się nie odwróci, że jestem silną kobietą i nauczyłam się już istnieć w nowych warunkach. Musiałam się zastanowić jak postępować i ruszać do przodu – w głosie Martyny dało się wyczuć ogromne wzruszenie.

– Twoi rodzice wykazali się niezwykłą mądrością – powiedziała Karolina. – Jeśli zbyt długo żyjemy w żalu, zamykamy się tym samym na dobre rzeczy, które mogą nas spotkać. No i tworzymy wokół siebie taką atmosferę smutku  i cierpiętnictwa, która odpycha ludzi i sprawia, że w najbliższym otoczeniu wypełnionej ciągłym żalem osoby ciężko jest przebywać. Choćby ze względu na dziecko trzeba się wziąć w garść. I ty to zrobiłaś, czego ci gratuluję.

– Prawie na siłę wypychali mnie z domu, żebym poszła się spotkać ze znajomymi. Milenkę zabierali do siebie, żebym była spokojna i mogła się oderwać od smutnych myśli. Ale mnie nie bardzo się podobały takie wyjścia. Zmieniłam się. Nie czuję się dobrze wśród starych znajomych. Dlatego najszybciej jak mogłam przeniosłam się znów do mojego domu. Tu mi dobrze. No i jakoś się pozbierałam.

– Życie toczy się dalej, uwierz mi, szczególnie wtedy, kiedy ma się dla kogo żyć – podsumowała Aldona.

– Wybierałam się do ciebie, Karolciu, bo też mam sprawę. Właściwie chciałam się poradzić… – powiedziała Martyna po chwili milczenia, otrząsnąwszy się ze wspomnień i po przetrawieniu nieoczekiwanie dobrej wiadomości przekazanej przez sąsiadkę. –  Doszłyśmy z mamą do wniosku, że trzeba sensownie pomyśleć nad wyjściem z obecnej sytuacji. Twoja propozycja po prostu spadła mi jak z nieba. A z mamą wymyśliłyśmy, żeby część domu przeznaczyć na coś w rodzaju pensjonatu. Nie, nie na agroturystykę, bo gospodarstwa nie prowadzimy. Mama sobie przypomniała, że kiedyś ludzie z miasta przyjeżdżali na wieś na letnisko, no i na takiej zasadzie może udałoby się ruszyć do przodu, jak myślisz?

– To nie jest głupi pomysł – przytaknęła Aldona.

– Przecież przed wojną kuracjusze przyjeżdżali „do wód” do Krzeszowic – przypomniała Karolina. – Ale jak to widzisz, jak byś sobie poradziła? – zapytała.

– Obmyśliliśmy z rodzicami szczegóły. Dwa pokoje są gotowe do wynajęcia, prowadzi do nich osobny korytarzyk z ogródka, więc wejście jest niekrępujące. Z resztą domu oczywiście też jest połączenie. Do nich, do tych pokoi, jest jedna łazienka, na razie. Kiedyś można będzie dobudować drugą, jak się znajdą pieniądze.

– W dalszym ciągu nie wiem jak sama dasz sobie radę – Karolina z powątpiewaniem pokręciła głową.

– Najważniejszego przecież nie powiedziałam – wykrzyknęła Martyna. – Rodzice przeniosą się do mnie a oba mieszkania w bloku sprzedadzą. Swoje i po babci. W ten sposób byłyby  pieniądze na rozpoczęcie. No i na prace wykończeniowe, właściwie takie drobne przebudowanie wewnątrz, może nawet wystarczy na drugą łazienkę. Poszukam dobrego architekta, żeby mi pomógł zaprojektować konieczne zmiany i dopilnował. Mama z tatą byliby na miejscu, do dyspozycji gości.

– Goście powinni się zajmować sami sobą, bo to nie wczasy pracownicze – powiedziała Aldona.

– Tak, ale posiłki możemy z mamą przygotowywać. Wiesz, mama jest prawdziwą mistrzynią w pieczeniu ciast i ogólnie w gotowaniu. Ogród mamy duży, więc znajdzie się też miejsce na grill.

– Na taką altankę jak w Cięciwie Altanka Pod Bachusem – zapaliła się Aldona do pomysłu, wyobraźnia zaczęła jej podsuwać kolorowe obrazy.

– A co to takiego?

– Opowiem ci potem. Teraz pomyśl nad reklamą. Przecież skądś ludzie muszą się dowiedzieć, że będą mogli tu przyjechać i czego mogą się spodziewać, no, zapoznać się z ofertą przed przyjazdem. I musi być zachęcająca, żeby się zdecydowali…

– Ojej, dotąd to były tylko wstępne pomysły, a tu nagle zaczynają nabierać realnych kształtów… – Martyna pokręciła głową w zadziwieniu. –  Grać potrafię ale na rysowaniu i reklamie się nie znam – zatroskała się.

– Ja trochę się znam – uśmiechnęła się Aldona. – Jestem na urlopie i mam nieco więcej wolnego czasu, z przyjemnością pomyślę.

– O matko jedyna – Martyna złożyła ręce jak do modlitwy, prawie nieprzytomna z nadmiaru wrażeń. – Mnie się to naprawdę nie śni?

– Mam cię jeszcze raz uszczypać? Tym razem zrobię to mocniej, lojalnie uprzedzam – śmiała się Karolina. – Najwyraźniej masz dziś szczęśliwy dzień. O, a ja mam pomysł. Jeśli zrobisz altankę na samym końcu ogrodu, to będziemy mogły tam dawać koncerty, bo nikt we wsi nie usłyszy. Przypomnę sobie jak się gra – nie przestawała się śmiać.

Dzień był wyjątkowo szczęśliwy dla Martyny i brzemienny w skutki, albowiem wieczorem Teresa zadzwoniła do Karoliny mówiąc, że Dorota pyta, czy nie zna kogoś, u kogo mogłaby się zatrzymać na resztę lata ciotka z Moniką. Z pewnych względów byłoby lepiej, gdyby spokojnie spędzały czas w bezpiecznym miejscu oddalonym od oka cyklonu. Obydwie z Aldoną narobiły tyle krzyku i hałasu, że bliźniaczki przyszły zobaczyć co się stało i przyłączyły się powiększając ilość decybeli na metr sześcienny powietrza dowiedziawszy się, że Monika dołączy do nich na resztę wakacji.  Martyna natychmiast została powiadomiona o tym fakcie. Znamienne jest, że nikt jej nie pytał o zdanie. Została jedynie poinformowana, że za kilka dni przyjadą pierwsze letniczki, pewne i godne zaufania.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Teresa, Terenia, Teresia, Tesia i inne zdrobnienia – czyli kwiatki dla Tereski :)

Lubię to imię. Nosi je nawet główna bohaterka „Wejścia w światło” pojawiająca się potem w innych częściach ursynowskiej sagi. Mam też w rodzinie dziewczyny o tym imieniu, więc wszystkim Tereskom życzę dziś zdrowia przede wszystkim, żeby żadne wirusisko się nie przyplątało nawet w najbliższej okolicy, życzę radości i uśmiechu, spełniania swoich marzeń i realizowania planów, ale przede wszystkim niech Wam się ziści to, czego same w skrytości ducha pragniecie 🙂 🙂 🙂

…piękne róże dla specjalnej Solenizantki 🙂 Legendarna 🙂 to dla Ciebie z uściskami najserdeczniejszymi 🙂 …

Żeby przy temacie kwiatów pozostać pokażę jeszcze kilka zdjęć ze szczawnickiego osiedla. Taki ciąg dalszy do wpisu o Osiedlu XX lecia i Osiedlu Połoniny – bo kwiatów tam tyle, że żal chować dla siebie i nie pozwolić innym oglądać 🙂  Schodki i samo położenie osiedli jeszcze przed nami, pokażę na pewno, będzie miło oglądać kiedy się zrobi zimno, szaro i ponuro.

Czyż nie chciałoby się zamieszkać na zawsze w takim miejscu? Może i dlatego ludzie życzliwsi się wydają od innych, uśmiechają się częściej, nawet „stacze” sprzed sklepu spożywczego o różnorodnym asortymencie są grzeczni, mówią „dzień dobry” i nie ma w nich czegoś obrzydliwie agresywnego jak gdzie indziej. Może to wyidealizowany obraz osoby przyjezdnej, ale nie tylko „muzyka łagodzi obyczaje” – w cywilizowanym świecie oczywiście – ale także kwiaty.  Tak więc jeszcze raz najwięcej kwiatów życzę dzisiejszym Solenizantkom. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 29 komentarzy

Szczawnickie wspominki 9 – ulica Jana Wiktora

W poprzednim wpisie użyłam jako tytułu hasła z Książkawiarni ooh lala!. Pomyślałam, że poszukam zdjęć samego pensjonatu. Znajduje się on na początku ulicy Jana Wiktora (oczywiście w Szczawnicy), którą już od zeszłego roku miałam w planie pokazać, tylko tak jakoś… zeszło 🙂 Widocznie przyszła pora, żeby się wreszcie zmobilizować i przeszukać zdjęcia. O ile całkiem stare jest mi wygodnie przeglądać, bo miniaturki się wyświetlają więc wiem gdzie i co mogę znaleźć, o tyle w zeszłorocznych tak się nie da. Muszę zapisać nr fotki podczas przeglądania i dopiero wtedy przenosić na blog. Ale i tak jestem dumna, że wpadłam na pomysł jak to robić.

Najpierw kilka słów o patronie ulicy. Jan Wiktor żyjący w latach 1890-1967 pisarz i publicysta pokochał Pieniny i Szczawnicę już w 1913 roku, gdy przyjechał do uzdrowiska na kurację. W 1935 roku wydał powieść pt. „Orka na ugorze” – opartą na swoich doświadczeniach, obserwacjach zdobytych podczas przebywania wśród górali pienińskich –  w której bohaterką jest szczawnicka nauczycielka. Za tę powieść otrzymał nagrodę – Złoty
Wawrzyn Akademicki przyznawany przez Polską Akademię Literatury.
Po wybuchu wojny ukrywał się w Szczawnicy od października 1939 do stycznia 1940 r.
Związał się z Perłą Pienin na zawsze emocjonalnie, znany jako piewca piękna Pienin brał udział również w pracach Komisji Zdrojowej, włączał się w życie miasteczka, występował w interesie rozwoju Szczawnicy, w sprawach Pienińskiego Parku Narodowego,
angażował się w życie miejscowej ludności, zbierał cenne materiały etnograficzne, kolekcjonował sztukę ludową, obrazki malowane na szkle, ceramikę glinianą, figurki itp. i pozostawił po sobie piękne zbiory. Pisał w Szczawnicy mieszkając w pensjonacie Szalay,
usytuowanym na ulicy noszącej obecnie jego imię, czyli na ulicy Jana Wiktora.

…w głębi za zielonym budynkiem widać pensjonat Lala...

…zielone budynki to Szalay I i II, ale nie wiem, w którym z nich mieszkał Jan Wiktor…

…stara-nowa Lala, dopiero na zdjęciu zobaczyłam rok założenia – 1870…

… Lala zza płota…

…to już Ooh lala stojąca tam, gdzie dawniej Małuja

…musiałam podzielić zdjęcie na dwie części, tzn, pstryknąć dwa razy, bo się nie zmieścił budynek w kadrze…

…takie miłe zaproszenie…

Teraz inne obiekty na Jana Wiktora.

Dom Pod Kraszewskim, na lewo (na zdjęciu) ciągnie się w dół ulica Jana Wiktora…

…znalazłam jeszcze zdjęcie portretu Kraszewskiego na pensjonacie ze zdjęcia powyżej…

…tu działała szkoła muzyczna, budynek w zeszłym roku był w remoncie…

…to chyba Zofiówka, nie jestem pewna na 100%, ale na pewno na drugim planie stoi Sobieski, tzn. dom mieszkalny w miejscu dawnego hotelu zbudowanego ok.1895 r., będący rekonstrukcją poprzedniego budynku…

…ulicę zamyka Horwatówka, murowana willa wzniesiona przez Szalaya w l.1860-62…

…tu na wprost widać budynek Szalay, po lewej Jakubówkę gdzie m.in. można zjeść placki ziemniaczane na wiele sposobów, zaś po prawej jest Sobieski (w którym spędziliśmy jeden z urlopów)…

…a tu godło Sobieskiego

…rzut oka w dół, w stronę Horwatówki, obok której są schodki prowadzące do ulicy Szalaya, jednej z głównych ulic Szczawnicy (obok Englandera przechodzi w ulicę Główną)…

Schodków najprzeróżniejszych jest w Szczawnicy mnóstwo. Nic dziwnego, co kilka kroków występuje różnica poziomów i jakoś trzeba sobie radzić, żeby przejść z jednego na drugi. Schodzi się w związku z tym łatwo, gorzej z wejściem… mnie przynajmniej 😉 Wolę obejść w kółko, żeby tylko uniknąć wchodzenia, wolę się wspinać pod górę ulicą  niż schodkami. Ale to inny temat. Jak wyszukam zdjęcia schodków (zaledwie małą część) to je pokażę, bo są malownicze i podkreślają urok uzdrowiska.

Na koniec zdjęcie zrobione przez Legendarną w Paryżu, w miejscu, do którego wyskoczyła na lunch. Pozwoliła opublikować, więc oglądajcie 🙂 Jak ja kocham widok książek na półkach!

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 23 komentarze

„BO BEZ KAWY I DOBREJ KSIĄŻKI TO JEST DZIEŃ STRACONY ooh, lala!”

Kiedyś wspominałam, że miłością – najdłuższą – mojego życia jest Winnetou 🙂 Najdłuższą dlatego, że zakochałam się w pięknym wodzu Apaczów mając 4 latka i do tej pory mi nie przeszło 🙂  Stąd pewnie uwielbiam u płci przeciwnej długie włosy. Po prostu uwielbiam! Tylko na to zwracam uwagę rzucając okiem pierwszy raz na pojawiający się obiekt 😉  Przy drugim mogę zauważać inne szczegóły, ale najważniejsze jest pierwsze spojrzenie i długie włosy wychwytuje ono natychmiast (to spojrzenie, czyli pierwsze rzucenie okiem na
odległość 😉 ). Pola coś o tym wie, ona tak samo lubi długowłosych panów i pokazała kiedyś cały „zbiór” takich… ach… pięknych modeli… 🙂  „Inna inszość”, że w czasach mojej młodości nauczyciele tępili długie włosy i kazali chłopakom się strzyc, a nam, dziewczynom
(ówczesnym) takie łysole się nie podobały w ogóle. Łysy to był przestępca wychodzący z więzienia albo rekrut wracający z wojska (przymusowego wtedy) i kojarzył się paskudnie. Zresztą co tu dużo mówić, po prostu każdy łysol był brzydki i tyle. Moda się zmieniła,
młodym dziewczynom podobają się inne „wyglądy” i tak musi być, bo życie polega na nieustannych przemianach. Na mnie jednak działają długie włosy i już. Hi hi, teraz to sobie mogą działać, ale chociaż sobie babcia popatrzy na coś ładnego 😉 😉 😉
Ale, ale, dlaczego ja znów o Winnetou. Otóż moja miłość była tak wielka, że kiedy (jeszcze w Opolu) wypożyczyłam ze szkolnej biblioteki książkę Karola Maya to postanowiłam ją przepisać, żeby mieć na własność. Tak, właśnie przepisać! I nawet zaczęłam! Trafiłam na te
zapiski i tak mi się wszystko przypomniało – jak chciałam być prawa i szlachetna niczym Winnetou, nie dzielić ludzi wg koloru skóry, ani religii, ani narodowości, ani niczego innego lecz wg ich prawdziwej wartości, a więc tego co sobą prezentują. Czyli albo ktoś jest dobrym, przyzwoitym człowiekiem albo nie i kwita. Szczerze mówiąc – tego się trzymam do dziś. I albo mi z kimś po drodze , albo nie…

…ależ pismo miałam wtedy, trudno mi odczytać gryzmoły…

Ania Shirley nazywała to „coś” pokrewieństwem dusz. I tak się składa, że Ania Shirley i Winnetou to moje najukochańsze postacie z najwcześniejszego dzieciństwa, właściwie przyjaciele, których traktowałam jak realne osoby, dzięki którym moja wyobraźnia rozbujała się do tego stopnia, że mama pouczała mnie: zejdź z obłoków na ziemię, myśl realnie. Myślę, że gdyby mnie na tę ziemię tak bardzo nie ściągała, życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Ale cóż, taka karma i tak musiało się zdarzyć, abym doszła do miejsca, w którym jestem. I nie żałuję. Jedynie, czego żałuję z całego serca, to tylko tego, że nie zrobiłam prawa jazdy. I w następnym wcieleniu zrobię jak tylko to będzie możliwe 😉 Wiem, powtarzam się, ale bardzo mi tego prawka brakuje na każdym kroku.

W dalszym ciągu usiłuję kontynuować polityczny detoks. Oczywiście wiem co w trawie piszczy, nagłówki czytuję ale się tym nie podniecam, nie zagłębiam się w szczegóły i czekam co czas przyniesie. Przyjdzie pora i na konkretne podejmowanie decyzji… A póki co – wyciągnęłam książki odziedziczone po tacie i zgłębiam sprawy inne niż polityka. Bardzo mi to odpowiada, taki powrót do tematów, które kiedyś zajmowały mnie bardzo, lecz potem ustąpiły miejsca realowi. Ze szkodą dla mnie, tak uważam. Teraz więc wykorzystuję wolne chwile (wolne od tv) i wracam do inspirujących lektur.

Książka Sherwooda była pierwszą z serii, na którą swego czasu trafiłam i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Z przyjemnością teraz przeczytam od nowa i przypomnę sobie  mądrość w niej zawartą. Nie ma przypadków, więc widocznie przyszedł odpowiedni czas na przypomnienie 🙂

…te cztery czekają w kolejności na przypomnienie, pomagając oderwać myśli od przyziemnych problemów…

Na koniec hasło, które mogłabym nazwać hasłem mojego życia 🙂 Otóż w Szczawnicy została utworzona Książkawiarnia, świetne miejsce, gdzie można wypić kawę,  grzane piwo lub wino w sezonie jesienno-zimowym, zjeść ciastko np. pyszną szarlotkę (sprawdzone!) i poczytać książkę. Książki są do wyboru do koloru na półkach w lokalu. Lala to nazwa starego bardzo pensjonatu, odnowionego, eleganckiego, a nowa  Lala z Książkawiarnią jest nowym budynkiem powstałym na miejscu starej rozpadającej się Małui.

…hasło popieram całym sercem 🙂 …

Coś zbliżonego do Książkawiarni wymyśliłam i ożywiłam w „Pasmach życia” jako Bibliotekarnię Pod Złotą Filiżanką :), której właścicielem i twórcą jest Winicjusz Bartecki… Ten, kto już czytał wie, że część akcji (ważna) toczy się w mojej pięknej Szczawnicy…

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 45 komentarzy

Kwiatek dla Ewy :)

Ewuś! Old Lady nasza kochana! Ponieważ w sobotę Twoje święto, więc dla Ciebie dziś kwiatek szczególny, najpiękniejsza malwa świata spod mojego ursynowskiego bloku, gdzie sobie sama wyrosła.

Była tak piękna, że musiałam ją uwiecznić z różnych stron 🙂

Ewuś! Razem z tą malwą życzenia do Ciebie płyną serdeczne, zdrowia przede wszystkim, żebyś mogła znowu jak kozica skakać i biegać z Quattro na spacery, żebyś szalała w ogrodzie bez opamiętania i bólu żadnego, żebyś spełniała pragnienia i nic Cię już nie trzymało w miejscu Ty Strusiu Pędziwietrze 😉 , żeby wszystko się ułożyło jak najlepiej dla Ciebie i Twoich Bliskich. Ewciu, sto lat w zdrowiu, szczęściu, miłości i radości  🙂 🙂 🙂

I jeszcze róża na szczęście 🙂

Buziaki 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy