Zdrowych!

Doczekałyśmy, jutro już Wigilia. Jak zwykle coś jeszcze do zrobienia zostaje i nie wiem czy zdążę do wszystkich zajrzeć, ale podczas Świąt na pewno mi się to uda.  W związku z tym dziś tutaj życzę Wam razem i każdej/każdemu z osobna (aby jak najbardziej trafiły życzenia)  Gwiazdki z nieba 🙂  magicznej rodzinnej atmosfery 🙂  uśmiechów i życzliwości wokół 🙂  nadziei na lepsze jutro 🙂  wielu prezentów pod choinką 🙂  zdrowia, zdrowia, zdrowia 🙂   i w ogóle  WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

Pomyślałam, że ubarwię te życzenia zdjęciami kartek świątecznych, wezmę kilka z tych, które przez lata dostawałam. Wyciągnęłam jeden stosik i się rozkleiłam, bowiem wielu z tych osób, które pisały życzenia własną ręką, nie ma już z nami, są za Tęczowym Mostem i może się ucieszyły, że się  zwyczajnie poryczałam? Przecież ja ich wszystkich kocham!

… na koniec moje własne, osobiste „arcydzieło” z przesłaniem na te Święta…

BĄDŹCIE ZDROWI I SZCZĘŚLIWI!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 12 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 49

Miłosz zrobił postój na stacji benzynowej, zatankował, wziął sobie kawę i trzymając kubek w ręce z prawdziwą przyjemnością rozglądał się po okolicy. Pagórkowaty teren budził ciekawość co też kryje się za następnym wzniesieniem i za kolejnym, i jeszcze dalej… Poczuł spokój, jakby poranna cisza rozlewająca się wraz z lekkimi mgłami po okolicy wnikała do wewnątrz jego duszy wypierając z myśli chaos, napięcie i stres spowodowane nawarstwieniem się prac związanych z kończeniem projektu w Szwajcarii. Przyjechał na tydzień do kraju zobowiązany do wykonania konkretnych czynności, które udało mu się wykonać w ciągu dwóch dni, co uważał za prawdziwy cud. Teraz pozostało mu dostarczenie przesyłki od Sergiusza do jego matki, która wraz z córeczką przyjaciela przebywała na jakiejś zapadłej wsi pod Krakowem. Po wykonaniu zlecenia pozostaną mu całe cztery dni na odpoczynek. Czuł się ogromnie zmęczony i cztery wolne dni wydawały mu się darowaniem raju na ziemi. Stojąc przy samochodzie obserwował ptaki zakreślające kręgi w powietrzu, dwie krowy pasące się u podnóża wzniesienia, kilku turystów wchodzących  na łagodny szczyt i zapragnął znaleźć się na ich miejscu.

Nieopodal zatrzymał się srebrny volkswagen golf. Wysiadło małżeństwo z dziewczynką tak na oko pięcioletnią, która miała z włosków zrobione dwa śmieszne kucyki spięte kolorowymi gumkami. Z auta wygramolił się za nią czarny pies średniej wielkości. Najpierw pospacerowali, żeby pies mógł rozprostować łapki po podróży oraz załatwić swoje ważne sprawy, potem skierowali się w stronę budynku. Obserwujący mężczyzna uśmiechnął się sam do siebie na myśl, że ta trójka, właściwie czwórka, sprawiała wrażenie zgranej, dobrze porozumiewającej się grupki. Jeszcze z daleka słyszał śmiech dziewczynki. Ogarnęła go dziwna tęsknota nie wiadomo za czym, za czymś nieokreślonym, uczucie nieznane mu do tej pory. Przez chwilę przebywał pod wpływem owego uczucia, próbował je jakoś rozgryźć, rozpoznać, zrozumieć o co w tym  chodzi, potem machnął ręką jakby chcąc je od siebie odgonić i wsiadł do samochodu. Zdecydowanie musi odpocząć, jest po prostu przemęczony. Po doręczeniu przesyłki znajdzie jakiś motel w okolicy, wynajmie pokój i odpocznie.

Trafił pod dom Karoliny bez trudu, albowiem Dorota dokładnie mu drogę wyrysowała instruowana telefonicznie przez Teresę. Powstało dzieło sztuki niewiele mające wspólnego z rzeczywistością w sferze szczegółów, jako że artystka puściła wodze fantazji tworząc drzewostan niczym z kosmosu. Sama trasa przejazdu została jednak odwzorowana dokładnie. A dlatego pod dom Karoliny, że przyjaciółki doszły do wniosku, iż tym sposobem delikwent imieniem Miłosz zostanie doprowadzony do miejsca przeznaczenie w całości, bez błądzenia po polnych drogach. Rzeczony delikwent dotarł na miejsce, zatrzymał samochód, westchnął z ulgą na myśl o zbliżającym się odpoczynku i wysiadł rozglądając się z zaciekawieniem. Niewiele dane mu było zobaczyć, ponieważ otoczyły go ze wszystkich stron dziecięce figurki  powodujące gwar i hałas zagłuszany przez szczekanie psa.

– Czy pan kogoś szuka? – zapytała jedna figurka.

– Bo my jesteśmy Niewidzialna Ręka – dodała druga figurka.

– I mamy pomagać – uzupełniła trzecia.

– Może jesteście nie do końca Niewidzialną Ręką bo was widzę, ale Ryczącym Głosem jesteście na sto procent – odpowiedział siląc się na zachowanie powagi.

Jedna z figurek przybliżyła się do niego i wtedy spostrzegł, że jest jego wzrostu, chuda jak patyk ale wysoka prawie jak on sam. Ponieważ wszyscy stali pod słońce i nie był w stanie zobaczyć ich twarzy, widział w dalszym ciągu tylko postacie, jakby całkiem nierealne, takie cienie postaci. Rozbawiła go ta cała scena.

– Nieprawda – powiedziała oburzonym głosem najmniejsza figurka.

Roześmiał się choć próbował zachować powagę, co mu zdecydowanie nie wyszło mimo starań.

– Skąd wy jesteście ?– zapytał.

– Z Ursynowa – padła zbiorowa odpowiedź bez cienia zawahania.

– Aha, czyli dotarłem na miejsce – udał, że odetchnął z ulgą. – Dobrze, bo już myślałem, że będę musiał ruszyć w dalszą podróż szukając jednej dziewczynki.

– Jakiej dziewczynki? Jak ma na imię? A po co? Czego pan od niej chce? Może ją pan chce uprowadzić? To my nie pozwolimy! Zawołać mamę? – został zarzucony pytaniami.

– O tak, zawołać mamę, koniecznie. I to szybko.

– Mamusiu! Mamooo! Ciociuuu! – rozległo się wielogłosowe wołanie.

– Co takiego? Co się dzieje? – Aldona z Karoliną wyszły przed dom.

– Dzień dobry, jestem Miłosz Rzepecki, szukam pani Meli i jej wnuczki, mam przesyłkę od Sergiusza – wyjaśnił.

– Mamo, stój, a skąd wiadomo, że na pewno? – rzuciła pytanie Inka.

– Może ten pan chce porwać Monikę i ją wywieźć w umówione  miejsce? – wyraził wątpliwość Marek. – Oszustom nie można ufać.

– A czy ja wyglądam na oszusta? – spytał Miłosz nie będący w stanie powstrzymać uśmiechu.

– Nie. I właśnie dlatego powinien pan być podejrzany – oświadczyła Linka.

– A my Moniki nikomu nie oddamy – Marek powiedział te słowa groźnym, grubym głosem, żeby obcy nie miał żadnych wątpliwości.

– Jak mam wam udowodnić, że nie mam złych zamiarów? – spytał rozbawiony Miłosz.

– Może… na początek dowód osobisty? – zaproponowała Karolina.

– Oczywiście, bardzo proszę – sięgnął do kieszeni.

– Może być fałszywy – uprzedziła Inka.

– Na stadionie można wszystko kupić – dodał Maciek.

– I z prawie prawdziwym zdjęciem – uzupełnił Kuba.

– Nie doceniłem was – Miłosz zniżył głos. – Mam chyba do czynienia z brygadą antyterrorystyczną. Nie zdradzę was, słowo, tylko powiedzcie, gdzie mogę panią Melę znaleźć bo już zmęczony jestem. Muszę przekazać przesyłkę i znaleźć jakiś hotel na cztery dni. Nie znacie jakiegoś?

– Już wystarczy, dzieciaki, – włączyła się Aldona. – Dajcie panu odetchnąć.

– A jak udaje? – nie dawał za wygraną Marek.

– Myślę, że pani Mela sama to zweryfikuje. Jak znajomy to go pozna, a jak nie to zawołamy policję. Co wy na to?

– No dobrze, ale uważaj, mamy cię na oku – oświadczyły dzieciaki.

Postanowili całą gromadką uczestniczyć w akcie okazania obcego pani Meli. Tak  dla bezpieczeństwa, żeby być w pogotowiu. Monika szła z tyłu, jak najdalej od obcego, na wszelki wypadek trzymając mocno rękę Aldony.

– Nie bój się kochanie, – uspokajała dziewczynkę. – Wszystko będzie dobrze, uspokój się już.

Pani Mela zdziwiła się widząc tak liczny orszak.

– Coś się stało? – spytała zaniepokojona.

– Dzień dobry pani Melu  – ukłonił się Miłosz.

– Kto to? – przyjrzała się uważnie. – Miłosz? To naprawdę ty? Skąd się tu wziąłeś? Taka niespodzianka! Dziecko, jak ja ci się odwdzięczę za to, że mojego chłopaka uratowałeś…

– To znaczy, że on jest prawdziwy? – spytał nieco rozczarowany Marek.

– Że nie oszust? – upewniał się Kuba.

– Ani porywacz? – dodała Linka.

– Nie, nie, to przyjaciel twojego taty, Monisiu, jeszcze ze studiów.

– Uff, jak dobrze, że mnie pani rozpoznała – jęknął Miłosz. – Ta cała brygada antyterrorystyczna chciała mnie zaaresztować. I jak mógłbym przekazać paczkę i list od Sergiusza?

– Wiesz co, Miłoszku? Poczekaj chwilę, zagospodarujemy tych antyterrorystów  – pani Mela zniknęła w głębi domu i po chwili pojawiła się z miską pełną lodów. – Proszę. Rządźcie się tym po sprawiedliwości bo ja muszę porozmawiać z wujkiem Miłoszem.

– To on jest wujkiem? – zdziwiona spytała Monika.

– Skoro Kajtuś go adoptował na wujka – zaśmiała się Aldona, – to znaczy, że jest.

– Aha, Kajtek – zastanowił się Marek. – To znaczy, że jest. No to idziemy do ogrodu.

– Moniko, możesz zostać z nami przez chwilę? – zapytał Miłosz. – Mam dla ciebie wiadomości od taty.

– Chodź, skarbie, do nas – powiedziała pani Mela. – Za chwilę dołączysz do przyjaciół.

Dziewczynka usłyszała, że jest dla taty najważniejsza na całym świecie, że wróci do niej po wakacjach, żeby się nie martwiła, bo wszystko się dobrze ułoży. Dostała dużą paczkę z ciuszkami i ze słodyczami, którymi podzieliła się natychmiast z pozostałymi „antyterrorystami”. Pani Mela w tym czasie z wielką przyjemnością przyglądała się Miłoszowi, którego pamiętała jako chudego, niezgrabnego młodzieńca, a który po latach objawił się jej niespodziewanie jako niezmiernie przystojny wybawca jej syna z ogromnych problemów.

– Mam jeszcze cztery wolne dni i muszę odpocząć, pani Melu. Czy nie ma tu w pobliżu  jakiegoś motelu, w którym mógłbym wynająć pokój?

– Wiesz co, synku, niedługo Martyna wróci z pracy. To nasza gospodyni. Ma jeszcze jeden wolny pokój, mógłbyś się tu zatrzymać.

– Nie chciałbym przeszkadzać, wolałbym coś znaleźć…

Przerwał nagle, oczarowany widokiem małego aniołka w kolorowej sukieneczce, z buzią okoloną jasnymi loczkami, który pojawił się niespodziewanie i stanął nieruchomo, zaskoczony widokiem obcego człowieka. Za chwilę obok małego aniołka stanął większy anioł… Miłoszowi przemknęła myśl, że ze zmęczenia najwyraźniej ma przywidzenia… Duży anioł miał na sobie białą bluzkę i niebieskie dżinsy. Czy aniołom wolno chodzić w dżinsach? Szczególnie tak dopasowanych, uwydatniających wprost idealną figurę? Toż to chyba grzech… Duży anioł zbliżył się odrzucając jednym ruchem do tyłu lekko sfalowane, długie jasne włosy.

– Martynko, nie uwierzysz kto nas odwiedził – zawołała pani Mela.

– Tatusia przyjaciel – pospieszyła z wyjaśnieniem Monika.

Tatusia przyjaciel nie mógł oderwać oczu od uśmiechu i dołeczków w policzkach, już teraz czterech, bo mały aniołek, całkiem ośmielony, zbliżył się w podskokach i bez ceremonii chwycił go za rękę.

– Cześć wujek, jestem Mila.

– Kochanie, tak nie  można… – zaczęła starsza piękność.

– Można, można – wreszcie wyszedł ze stanu osłupienia. – Ostatnio mam niebywałe szczęście do dzieci, zostałem nawet adoptowany w charakterze wujka. Pozwolisz, Miłosz Rzepecki… – przytrzymał kobiecą dłoń

– Przez Kajtka – uśmiechnęła się pani Mela.

– Przez Kajtusia Doroty – przytaknął i zdał relację ze spotkania, podczas którego został przyjęty do rodziny jako nowy wujek.

– Jeśli Kajtuś cię zaakceptował, to nie masz wyjścia – roześmiała się starsza pani.

– Masz przechlapane – wtrąciła Monika. – Jakby to ci się nie podobało, nic nie zrobisz. Jak Kajtek zdecydował, tak będzie.

– Ależ mnie się to podoba, nawet bardzo.

– To ja też mogę ci mówić wujek, prawda? – upewniła się Mila.

– Oczywiście, będzie mi bardzo, bardzo miło – odpowiedział zwracając się w stronę Martyny, która chciała coś powiedzieć, ale po jego słowach zamilkła.

– Córeńko, masz wolny ten drugi pokój, prawda? – spytała pani Mela. – Nikt go jeszcze nie zarezerwował?

– Tak, jest wolny

– No to się możesz, chłopcze, wprowadzić na te cztery dni – oświadczyła spoglądając z zadowoleniem na wnuczkę. – Będziesz nam opowiadał o Sergiuszu.

Miłosz wcale już nie miał ochoty opuszczać tego konkretnego towarzystwa i szukać pokoju w motelu. Podobny pomysł wywietrzał mu z głowy natychmiast po ujrzeniu Martyny a na myśl o małej Mili uśmiechał się sam do siebie. Tak więc zainstalował się w drugim pokoju do wynajęcia i ogarnął go błogi spokój. Padł wczesnym wieczorem i jak kamień spał do samego rana.

Obudził się wypoczęty i radosny nie wiedząc z jakiego powodu. W każdym razie czuł się tak, jakby mu z ramion zdjęto ogromny ciężar, wyjątkowo niewygodny do niesienia. Nie wiedział czemu ten stan zawdzięcza ale było mu bardzo dobrze. Nie miałby nic przeciwko temu, by ów stan trwał jak najdłużej.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | Dodaj komentarz

Opowieść o bigosie ;)

Opowiem o bigosie. O bigosie? – ktoś spyta. Właśnie o bigosie 🙂  Wyjątkowym i niezwykłym w porównaniu do wszystkich jakie w całym długim życiu gotowałam. To bigos wegetariański 🙂  Zaczęłam od pójścia do Biedronki, ponieważ innego sklepu w zasięgu ręki nie mam. Wybrałam główkę kapusty, niezbyt dużą, twardą, zbitą, która uśmiechnęła się do mnie od razu. Wrzuciłam do wózka włoszczyznę, cofnęłam się po plastry wege i tofu (co akurat nie ma nic wspólnego z bigosem, ale lubię) i wzrok mój padł na wiadereczko kiszonej kapusty. Biedronkowa do jedzenia na surowo się nie nadaje, jest po prostu paskudna, jednak do przetworzenia może być. W poprzednich latach kupowałam trzy albo pięciokilowe wiaderko pysznej kiszonej kapusty i miałam na dłuższy czas. Tym razem nie byłam tam gdzie kapustę wiaderkami sprzedają, więc musiała wystarczyć biedronkowa. Dorzuciłam też do wózka pieczarki i boczniaka. O innych produktach nie wspominam, nie należą do tematu, ale było ich sporo, cały wózek, bo to już najwyższy czas na świąteczne zapasy. Po powrocie do domu – jak zwykle – część idzie do „kwarantanny” czyli do pudła stojącego w przedpokoju, reszta jest myta i zajmuje swoje miejsce przeznaczenia. Zajęłam się krojeniem kapusty, którą wrzucałam do dużej bordowej miski przywiezionej ze Szczawnicy (kupiłam sobie tam kilka misek tureckich, a nie chińskich, do kuchni). Następnie przesypałam ją solą (kapustę nie miskę) po czym zajęłam się boczniakiem. Pokroiłam go w paski, usmażyłam na maśle klarowanym z cebulką, solą i pieprzem i już miałam go przeznaczyć do kapusty, ale zdecydowałam podać na obiad z ziemniakami i resztką sałatki kremlowskiej. Tak też zrobiłam 🙂
Wstawiłam następnie na kuchenkę pokrojoną kapustę w największym garnku jaki mam i pozwoliłam jej się gotować. W międzyczasie obrałam pietruszkę, marchewki, selera. Utarłam je na dużych oczkach i wrzuciłam do kapusty. Dodałam też kilka pokruszonych suszonych grzybów oraz suszone śliwki. Pogotowało się trochę, a potem  garnek stał sobie do rana na wyłączonej kuchence. Dziś (piątek, 18 grudnia) w godzinach senioralnych pognałam do Biedronki po nową porcję boczniaków.
Udusiłam grzyby z cebulką tak jak te na obiad i dodałam do kapusty. W międzyczasie wiadereczko kiszonej kapusty odcedziłam (najpierw spróbowałam, żeby się upewnić, że jest niesmaczna, co się potwierdziło) i ugotowałam. To znaczy gotowała się sama, a ja obrałam pieczarki, pokroiłam w spore kawałki i usmażyłam na maśle klarowanym. Kiszoną kapustę przełożyłam do garnka z białą, dodałam pieprz, musztardę, kostki bulionowe grzybowe (choć wiem, że trzeba ograniczać, ale na święta, nich tam…) i usmażone pieczarki, sporo ich było. Wymieszałam dokładnie, chwilę jeszcze wszystko razem „pyrkało” i wyłączyłam, żeby kapusta „odpoczęła”, jutro znów wstawię. Ale… nie mogłam się oprzeć i spróbowałam… o rety, jakie to dobre! A jak się przegryzie” to dopiero będzie pycha, że palce lizać 🙂  Bez grama mięsa! I taka to opowieść o bigosie 🙂

… większego garnka nie mam. ..

Poza tym chlebek piekłam, nawet dwa razy. Tym razem zamiast dwóch mniejszych zrobiłam jeden duży i był dobry. Cieszę się, że Mokuren — https://tokiotadaima.blogspot.com/ —  też się odważyła i na drugim końcu świata upiekła wg tego samego przepisu. Chciałabym umieć upiec chlebuś pulchny, lekki, taki jak z piekarni, ale to chyba marzenie ściętej głowy.

…tak się prezentowały chlebki…

A w sobotę (czyli dziś, 19 grudnia) odważyłam się pierwszy raz w życiu upiec pierniczki.  Tylko i wyłącznie dzięki temu, że Katja z Juniorką —  https://cieniewiatru.home.blog/ — upiekły i podzieliły się przepisem od pani Mikołajowej 🙂   Wyszły naprawdę smaczne. Oczywiście nie dekorowałam, gdyby dziewczynki tu były  pewnie byśmy bawiły się w tworzenie dzieł sztuki, ale dziewczynek nie było. Pierniczków sporo ubyło na samym początku, trochę w ramach próbowania, a trochę dałam Małemu, który akurat na chwilę zawitał w nasze progi.  Tak się rozochociłam, że sięgnęłam do przepisu na babcine ciasteczka i upiekłam!

… tu przepis gdyby komuś zachciało się wypróbować …

… po lewej alberty, w pudełku ocalałe pierniczki 🙂 …

… wyjęłam pierniczki na stolnicę, żeby było widać jakie kształty miały, chyba upiekę jeszcze jedne; a foremki z mojego dzieciństwa zachowane 🙂 …

Zimno było, rano podczas wyjścia z psiepsiołami towarzyszył nam dźwięk skrobanych szyb samochodowych. Na szczęście tym razem wiatr nie dokuczał powodując niższą odczuwalną temperaturę. Po powrocie ucięłam gałązki iglaków i powtykałam w doniczki i skrzynkę na kuchennym oknie.  Franuś nas odwiedził 🙂

… wpadam tu na drinka(mlecznego) i drzemkę, miau…

…Szilunia zastanawia się czy wejść na górkę…

 

…jeszcze kropla deszczu uchwycona zanim spadła na ziemię…

Od bigosu się zaczęło i na bigosie wypada zakończyć. Rozłożyłam zawartość garnka na kilka pojemników do lodówki i do zamrażalnika. Część zjedzona została na obiad. Mężowi i babci D. usmażyłam osobno kiełbasę, przecież bigos jest bezmięsny.  Potem babcia D. łyżką spróbowała stygnąca potrawę i stwierdziła, ze dobra kapusta. Nie pamiętała, że jadła  chwilę wcześniej…

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 36 komentarzy

Trzeci grudniowy piątek

Mówiąc szczerze nie mogę zebrać myśli, żeby coś sensownego napisać. Co chwilę kłócę się z telewizorem, który co i rusz ogłasza nowe „mądrości” poprzez złotoustych rządzicieli, jakoś mnie doprowadza wszystko do większej „cholery” niż zwykle. Każda właściwie dziedzina naszego życia  dołuje coraz bardziej nawet jeśli bezpośrednio mnie nie dotyczy. Teoretycznie nie dotyczy, bo w sumie jesteśmy ze sobą połączeni.  A teraz u Olejnik jest gen. Rapacki, chcę go posłuchać.  Pokażę Wam tylko kilka fotek ze spacerów lockdawnowych (już) po lasku.

Dla poprawy nastroju prześliczne kwiaty, które dostałam niespodziewanie od koleżanki 🙂

… czy ktoś nie wierzy, że goździki są przepiękne? …

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Drugi grudniowy piątek

Już piątek, znowu czas przemyka w szalonym tempie. Tyle się działo przez ostatni tydzień w naszym pięknym kraju, że… chciałabym to wyrzucić z pamięci. Oczywiście nie da się, ale pisać o tym nie będę. Nie chcę skupiać się na złych sprawach i emocjach, jesteśmy
wystarczająco zdołowani, żeby jeszcze głębiej się pogrążać z własnej woli.
Są i dobre wiadomości. Za miesiąc odbędzie się finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – to jest cudowne święto wspólnoty, społeczeństwa obywatelskiego, więzi z rodakami z całego świata. Druga – to widziałam z przyjemnością działania Szlachetnej Paczki, pomoc dla potrzebujących rodzin. O polsatowskim „Naszym nowym domu” już wspominałam. I jeszcze coś, co wydaje się być ważne baaardzo – budzenie się świadomości obywatelskiej wśród młodych ludzi. Ciekawa jestem niedzieli, czy faktycznie coś się wydarzy
ważnego czy nic. Zobaczymy.
We czwartek zaczął sypać śnieg. Wcześnie rano byłam z psami i tylko wiało, potem wyjrzałam w którymś momencie przez okno i zdziwiłam się, bo zrobiło się biało. Do wieczora nie przestało, pierwszy śnieg nie stopniał. Ciekawa jestem czy będzie kiedy następnym razem przyjedzie Calineczka. Obiecałam jej, że zrobimy bałwanka 🙂 Ucieszyła się i wyglądała co chwilę czy już jest ten jakiś śnieg, ale nie było. Maleńka jest bardzo konkretną osóbką w dalszym ciągu, bardzo samodzielną, wszystko chce robić „siama”, przecież „siama poladzie” i „dam lade” 🙂 Cieszę się, że dobrze się u nas czuje, kiedy Duży się zbiera ona chce „jeście ziośtanąć” , bo „telaś ubieziem ciepłe ublanko i pójdem na podwólko albo na twój plać ziabaw, babciu” 🙂 Na pytanie jak ma na drugie imię zastanawiała się przez chwilę i odpowiedziała „cólcia mała” 🙂 Aha, jeszcze nie lubi „ciekapu” (keczapu) do „ubluionego makalonu” 🙂 Po prostu bezustannie mi się gęba
uśmiecha gdy słucham jej szczebiotu, nie da się inaczej 🙂

Dwa zdjęcia jesienne zrobione niedaleko, przy okazji wyjścia  z psiepsiołami.

… zaorane pole, na którym latem rosło zboże…

…konik też na trasie spacerów …

Jako ciekawostkę pokażę Wam roślinę, na którą zwróciłam uwagę dopiero w tym roku. Gdyby nie było informacji co to takiego przeszłabym obojętnie jak już wielokrotnie. Po przeczytaniu przyjrzałam się temu „dziwu” i zobaczyłam owoce. Noo, to już zasługiwało na uwiecznienie 🙂  Oczywiście było to w Szczawnicy, gdy zieleń szalała wokół a kwiaty oszałamiały kolorami 🙂

… słyszeliście o gruszy wierzbolistnej? …

… tu widać małe gruszeczki…

…na dwóch pozostałych zdjęciach też, choć trudno je wypatrzyć w gęstwinie liści…

… a tak się prezentuje w całej okazałości…

Grusza nie ma żadnego związku ze związkiem 🙂  ale jakoś mi tak przyszło do głowy, żeby ją pokazać, w końcu nie wszystko musi być zawsze zrozumiałe, prawda? Ważne, że nowe i ciekawe.  I Szczawnicę przypomina 🙂

Miłego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 31 komentarzy

7 grudnia, poniedziałek

Bardzo lubię oglądać „Nasz nowy dom” na Polsacie. W niedzielę był wyjątkowy, świąteczny odcinek, w którym gościły „fundacyjne” rodziny, obdarowane prezentami. Miałam przez cały czas uśmiech na twarzy, przyznaję, że podczas tego programu zapominam o wszystkim innym. Tym razem jeszcze dodatkową przyjemnością było patrzenie na uszczęśliwione dzieciaki, ich radość – bezcenna 🙂

W tygodniu upiekłam chlebki po raz pierwszy po wakacyjnej przerwie. Nie chciało mi się iść do sklepu, w dalszym ciągu ograniczam takie wyjścia do niezbędnych. W zamrażalniku chleb mam nauczona wiosennym lockdownem, ale trzeba byłoby go rozmrażać, więc przypomniałam sobie o przepisie od Małego i upiekłam. Przepis jest na tej stronie –  http://annapisze.art/?p=2756

… Skituś jest pierwszy wszędzie tam, gdzie zwącha coś do zjedzenia, a może się uda podkraść?…

Zachęcona udanym wypiekiem wypróbowałam przepis na bułeczki od Jotki. Może niezbyt foremne wyszły ale za to takie dobre, że zniknęły momentalnie czyli na kolację 🙂  Moje Szczęście stwierdziło, że się rozpływają w ustach. Tak więc Jotko kochana – dziękuję za przepis 🙂 🙂 🙂

… tak wyglądały bułeczki Jotki, już tak się będą nazywały na wieki wieków – jak mawiała moja babcia 🙂

Z kulinarnych ciekawostek zrobiłam smaczne kotleciki/placuszki.  Użyłam pół wędzonego tofu, które utarłam na dużych oczkach i tak samo postąpiłam z jednym ziemniakiem. Do tego dałam 2 surowe jajka, trochę mąki ziemniaczanej i kukurydzianej, resztkę startego żółtego sera, sól, pieprz, trochę przyprawy do gyrosa. Konsystencję miały idealną, usmażyły się szybciutko i smakowały nawet Mężowi 🙂  Do tego zrobiłam dwa dni temu sałatkę kremlowską z przepisu przysłanego przez moją przyjaciółkę Marysię i wiecie co? Pycha! Przepisu ściśle się nie trzymałam, jak zwykle, nic nie ważyłam, jedynie składniki zalewy Mąż odmierzał i zalewę robił własnoręcznie. Użył:  3 szklanki wody, 1 łyżkę soli, 15 łyżeczek cukru, 3/4 szklanki oleju, 1/2 szklanki octu. Wszystkie składniki zagotował.  W tym czasie ja kroiłam kapustę, jedną po prostu, bez ważenia. W przepisie było tak: 1 kg białej kapusty, 2 buraki, 2 cebule, 2 marchewki. Kapustę pokroiłam (wcale nie idealnie cienko bo nie umiem), cebule w piórka, buraki i marchewkę Mąż starł na dużych oczkach. Zalewy starczyło akurat, żeby w misce przykryła wymieszane składniki.  Tak sobie stała przez noc. Po spróbowaniu stwierdziliśmy, że za mdła, dodałam dużo pieprzu, jeszcze trochę soli i sypnęłam czosnku granulowanego sporo, nie żałowałam. Potem przełożyłam do słoików, wyszły trzy po ogórkach. Jeden już pusty, wczoraj i dziś zjedliśmy zachwycając się smakiem.

… placuszki z tofu obok kremlowskiej sałatki, idealnie razem pasują do siebie smakiem i wyglądem …

Poza tym – byłoby zupełnie przyjemnie gdyby nie paskudny, mroźny wiatr. Przez jego wianie nie ma już całkiem liści. Wiem, powtarzam się, ale naprawdę nie ma i żałuję, że nie jest już kolorowo.

… ostatnie podrygi jesieni …

Jedynie na dębach jeszcze trochę się trzymają. Nic dziwnego, dęby są mocne, silne to i liście długo się opierają wiatrowi 🙂  Tak i Wy opierajcie się wszelkim niekorzystnym wiatrom 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 45 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 48

Letniczki przyjechały ekspresem do Krakowa, stamtąd Reniek przywiózł je autem  do Karoliny. Dziewczynki narobiły tyle radosnego pisku i krzyku, że słychać je było w całej okolicy. Monika najpierw nie mogła się oderwać od Tiny, a potem ugrzęzła w pokoju na piętrze z Mimi w ramionach i płakała z radości.

– Gdybym mogła, w tej chwili łeb bym tej małpie ukręciła przy samej … kości biodrowej – mruknęła Karolina.

I pani Mela i Aldona spojrzały na nią z aprobatą, nie były potrzebne żadne dokładniejsze wyjaśnienia, wiedziały o kim mowa. Dziewczynka pozwoliła się oderwać od swoich  faworytek dopiero po długim czasie i po przekonaniu się, że będzie mieszkała w domu obok, mogąc w każdej chwili przyjść w odwiedziny. No i oczywiście Tina pójdzie z nią, zresztą wszyscy pójdą zainstalować ją wraz z babcią w letniskowym domu. Pełnia szczęścia nastąpiła, gdy dowiedziała się, że do domku pod lasem przyjechała już cała rodzina chłopaków i niebawem się zobaczą.

Nie trzeba było długo czekać, by trzech chłopców przybiegło na skróty przez pola. Całe towarzystwo narobiło po raz kolejny co niemiara krzyku, pisku i hałasu, po czym wszyscy razem pognali z powrotem. Nie trzeba dodawać, że najszczęśliwszą istotą na świecie była w tym momencie Monika.

Pogalopowali od razu na strych. Rozsiedli się na swoich stałych miejscach, przekrzykiwali się wzajemnie, paplali o wszystkim co tylko ślina przyniosła na język, o przygodach zeszłorocznych, o tym, co się działo przed przyjazdem Moniki, o babci Basi i jej przeżyciach z dawnych lat. Monika nie mogła się nadziwić, że tyle ciekawych rzeczy się wydarzyło.

Po południu do domku pod lasem przyszedł wujek Zygmunt. Często przychodził na pogawędki, albo przyjmował przyjaciół u siebie. Nie mogli się z Dziadkiem nagadać i nawspominać – jak twierdziła babcia Basia.

– Witaj skarbie – serdecznie przytulił dziewczynkę. – Bardzo się cieszę, żeś przyjechała. O rany, jakżeś ty urosła! Nie wiem czy bym cię poznał, gdybym cię tak znienacka na drodze spotkał.

– Wujku, – spojrzała z wyrzutem, – mógłbyś mnie nie poznać?

– No coś ty, żartowałem – uśmiechnął się. – Przecież poznałbym na końcu świata moją Biedroneczkę.

– Wujku, opowiedz nam o partyzantce – poprosiła Monika.

– A co was tak nagle na wspomnienia wzięło? – zapytał.

– Powiemy? – bliźniaczki spojrzały na siebie.

– No…bo… znaleźliśmy starą gazetę, w której było zdjęcie babci Basi…

– Udzielała wywiadu, mówiła tam o jakimś Heńku i o pistolecie, który miała dostać jakby na imieniny…

– I  zrobiła się smutna – wyjaśniły równocześnie.

– No tak – zamyślił się wujek. – To nie są łatwe sprawy. Ona wtedy straciła narzeczonego.

– Co? Jak to… – zaczął Marek. – Niemożliwe, przecież pamiętam dziadka, a nie żyłem w czasie wojny!

– Tu nie chodzi o twojego dziadka, Mareczku. Jego znała dawno, jako kolegę. Heniek, jej pierwszy narzeczony zginął w lesie podczas akcji.

– Biedna babcia – cichutko powiedziała Monika.

– Dziadek Marka miał do niej sympatię od dawna. Po tej tragedii bardzo jej pomagał. Po wojnie długo zachodził do niej, zalecał się aż w końcu zgodziła się zostać jego żoną. Życie toczyło się dalej, odbudował się kraj z ruin, trawa zarosła ślady zbrodni, ludzie pragnęli normalności po strasznych wojennych przejściach, ale było ciężko. Jeszcze wiele lat potem bali się, że wyjdzie z lasu jakaś banda i wymorduje mieszkańców… Straszne czasy, straszne… Dzięki Bogu, że ich nie znacie… – zamyślił się.

– Babcia Basia tak samo wyglądała – szepnęła  Inka.

– Może oni widzą to, co się działo wtedy i dlatego im się robi smutno – odszepnęła Linka.

Myśli chłopców podążały całkiem innymi drogami.

– Wujku, wujku, opowiedz nam o akcjach, w których brałeś udział – prosił Kuba.

– No bo, wujku, Marek o tym słyszał od małego, a my nie i nic nie wiemy – tłumaczył Maciek. –To nie całkiem w porządku, skoro zostaliśmy braćmi.

– Masz rację, całkiem nie w porządku – wujek zgodził się z chłopcem. – A o czym chcielibyście usłyszeć?

– O wszystkim!

– Nie da się, nie ma takiej możliwości – potarmosił czuprynę najbliżej stojącego Kuby i zastanowił się przez chwilę. – Trochę wam już opowiadałem. A… a więc na przykład konwojowaliśmy dwóch oficerów angielskich, którym udało się uciec z obozu jenieckiego. W lasach, to już kiedyś mówiłem, były magazyny broni. Tam też robiliśmy wypady, żeby zdobyć łupy. Udawało się capnąć granaty, różną amunicję, czasem też artyleryjską, z której nasi chłopcy wykorzystywali materiał wybuchowy. Czasem przechodząc nocą w pobliżu wsi strzelaliśmy…

– Po co?

– Żeby ludziom dodać otuchy, pokazać, że jesteśmy, żeby myśleli, że jest nas dużo. Zmuszaliśmy tym wroga do czuwania. W dzień kryliśmy się po lasach albo w różnych opuszczonych stodołach, szałasach. Przemieszczaliśmy się nocami, bo nocą w lesie byli tylko sami swoi.

– Ja bym się bardzo bała być nocą w lesie – wzdrygnęła się Monika.

– Ale to już było jak uciekłeś z Baudinstu? – dopytał Kuba.

– Tak, po tym, jak wyszedłem zza szafy.

– Jak to?

– Mówiłem, że się ukrywałem w pokoju, na którego drzwi ciotka z babcią przesuwały szafę zasłaniając je całkowicie. I siedziałem tam najpierw sam, a potem z Wieśkiem, granatowym policjantem, który uciekł z posterunku,  nie chciał już dłużej służyć frycom. Potem on poszedł do lasu a ja pojechałem do Krakowa. Dopiero później, już po krakowskich tramwajach, wróciłem tutaj, do ciotki i nawiązałem współpracę z chłopakami z lasu. Było mi łatwiej bo już dobrze się znałem na broni.

– A skąd mieliście broń i amunicję, z tych magazynów? – spytał Maciek.

– To też, ale przecież była bezustannie potrzebna. Jak zabrakło amunicji to nie dało się robić wypadów, żadnej akcji. Zmuszeni byliśmy do  zasadzania się na pojedynczych żołnierzy albo na granatowych policjantów. Z niemieckich  transportów kolejowych jadących na Słowację chłopaki też wykradali broń i oprzyrządowanie. Zresztą nie tylko to było w lesie potrzebne.

– A co jeszcze?

– Wam się pewnie zdaje, że było jak na filmach. Wszyscy najedzeni, czyści, w mundurach, śpiewający pieśni przy ognisku… A było zupełnie odwrotnie. Musieliśmy zdobywać ubrania, buty, żywność. Były okresy okropnego głodu. Jeśli nie udało się przynieść jedzenia od rodziny ze wsi, było  bardzo źle. To samo z lekarstwami, bo choroby atakowały naszych osłabłych z głodu, zimna, przemoczonych od padającego całymi dniami deszczu. Nie było się gdzie ukryć, nie dało się założyć stałego obozu bo groziło odkryciem, zdemaskowaniem podczas obław na partyzantów tropionych przez szwabów….

– A ty byłeś dowódcą? – zapytał Kuba.

– Nie, coś ty, ja młodzik byłem jeszcze, ale łącznikiem byłem, wszędzie się pchałem gdzie mogłem, bo mi przygoda pachniała. Po latach, w wieku dojrzałym, widzi się dopiero głupotę młodości, ale tak już ten świat jest urządzony, że rozumu przy młodości nie znajdziesz…

– Ty też się tak męczyłeś?

– Nie, ja nie tak bardzo, bo mieszkałem w domu ciotki. Musiałem mieć uszy i oczy otwarte, bo jak dokwaterowali oficerów niemieckich to mogłem usłyszeć coś, co przydatne było naszym. W samym lesie też spędziłem trochę czasu a potem, gdy na powrót u ciotki zamieszkałem, miałem już inne nazwisko, lewe dokumenty i czułem się bezpieczny.

Wujek się zamyślił, zapadła cisza, którą przerwała ciocia Rózia wołając Maćka do telefonu.

– Maciusiu, dlaczego nie zadzwoniłeś? – usłyszał głos matki.

– Jakaś baba na mnie napiszczała. Musiu, dlaczego napuszczasz na mnie jakąś wstrętną babę?

– Słucham? – w głosie Teresy dało się słyszeć ogromne zdumienie.

– Kazałaś mi zadzwonić jak dojdziemy do wujka. Dzwonię i dzwonię, a ta zołza mi mówi: piju, piju, abonent czasowo wyłączony. To po co każesz mi dzwonić a potem się wyłączasz? I to czasowo!

W słuchawce zrobiło się najpierw cicho, a potem omal nie eksplodowała na skutek salwy śmiechu….

– No ja nie mogę z tymi dziećmi, zwyczajnie kiedyś przez was umrę ze śmiechu – wyrzęziła Maciusiowa matka. – Chciałam ci przypomnieć, żebyś wziął od cioci Rózi paczuszkę, którą ma dla mnie.

– Ok, nie ma sprawy, ale muszę lecieć, bo może wujek jeszcze coś opowie.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Barbara, Basia, Baśka, Basieńka…

Dla wszystkich dzisiejszych Solenizantek kwiaty 🙂 Oraz życzenia, żeby na przekór wszystkiemu cieszyły się zdrowiem każdego dnia, by radość gościła w sercu pospołu z nadzieją na rychły powrót normalności, i żeby to się spełniło jak najszybciej 🙂

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

Poniższe informacje pochodzą z „Księgi imion” trojga autorów: Bogdana Kupisa, Bogny Wernichowskiej i Jana Kamyczka wydanej w 1975 roku przez Książkę i Wiedzę.

Niech nam żyję wszystkie dziewczyny o tym pięknym imieniu 🙂 🙂 🙂

…a żeby miło było przez dzień cały to jeszcze kwiatki z sąsiedztwa, takie były wiosną 🙂 🙂 🙂 …

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

Jesień, która już sobie poszła

Jak to możliwe, że już nadszedł ostatni miesiąc roku? Mówiłam, że ten czas pędzi niemiłosiernie do przodu, przyspieszył nawet jeszcze bardziej.  Dopiero była wiosna, chyłkiem wychodziliśmy z domu, żeby nikt nie widział, potem nagle ogłoszono, że nie ma powodu, że „jego” już nie ma, potem spaliły na panewce nadzieje powrotu do normalności, bo większość otumanionego narodu dopiero teraz zaczyna przeglądać na oczy… Oj, trudny to rok i będzie zapamiętany na długo.

Zanim się zrobi najpaskudniejsza jesień (a trwać będzie do 21 grudnia) , czyli wietrzna, dżdżysta, błotnista i ogólnie paskudna,  najokropniejsza ze wszystkich, albo już śnieżna i mroźna – pokażę kilka zdjęć jesieni ładnej, kolorowej, czyli takiej jaka powinna trwać do wiosny, aby zimy nie było 😉 Jak ja nie lubię zimna!

No i takie to pożegnanie kolorów. Z drugiej strony bliżej do wiosny i tego się trzymać będę, a Wy się trzymajcie zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 24 komentarze

Arkady Fiedler

Tak się złożyło, że dziś jest rocznica urodzin Arkadego Fiedlera, który przyszedł na świat 28 listopada 1894 roku (czyli był o 5 miesięcy starszy od mojego dziadka Staszka). Nie wiedząc tego napisałam o nim kilka słów, bo akurat znalazłam w starych wycinkach informację o Puszczykowie. Weszłam na stronę Muzeum i zobaczyłam datę urodzenia. Niesamowita zbieżność, bo akurat dziś chciałam wpis opublikować! Akurat w urodziny!

Dawno temu uwielbiałam powieści przygodowe, czytanie o podróżach, ciekawostki o dalekich krajach.  To było jeszcze przed epoką telewizora w domu! Ktoś pamięta takie czasy? Rano, przed szkołą, mama posyłała mnie z bańką do sklepu po mleko i kupowałam też pyszne słodkie bułeczki z makiem polane lukrem, uwielbiałam je… Wyobraźcie sobie, że marzyłam o chatce na palach nad Amazonką! Teraz na samą myśl dreszcz mnie przeszywa, brrr, za skarby świata, ale młodość kieruje się swoimi prawami i wtedy chciałam 🙂  Książki przynosiłam ze szkolnej biblioteki, kupowałam za uciułane kieszonkowe. Do tej pory mam jeszcze kilka pozycji Arkadego Fiedlera. Czy wiecie, że studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim filozofię i nauki przyrodnicze? Nie mógł poświęcić się nauce ponieważ wybuchła I wojna światowa i wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim. Potem już oddał się swojej głównej pasji i został podróżnikiem.
Pierwszą prawdziwą podróż odbył w 1927 roku (mój tata miał roczek)  do Brazylii,  wrażenia opisał  w książce „Bichos, moi brazylijscy przyjaciele” oraz „Wśród Indian Koroadów”, potem „Ryby śpiewają w Ukajali”. W 1937 roku był na Madagaskarze, a w chwili wybuchu II wojny przebywał na Tahiti. Stamtąd przez Francję przedostał się do Wielkiej Brytanii. Tam napisał słynny „Dywizjon 303” o polskich lotnikach walczących w bitwie o Anglię. W pojemnikach zrzucanych nad Polską z alianckich samolotów była często ta właśnie książka (oczywiście pomiędzy innymi przedmiotami znajdującymi się wśród  zrzutów), która krążąc między ludźmi pomagała przetrwać okupację.
Po wojnie Arkady Fiedler wrócił do Polski z żoną Marią, Włoszką, którą poznał w Londynie. Zamieszkali w Puszczykowie pod Poznaniem. Miejsce to stało się domem rodzinnym dla następnych pokoleń Arkadych, bowiem w każdym kolejnym pokoleniu jest Arkady 🙂  Taka rodzinna tradycja 🙂  Rozróżnia się ich po drugim imieniu. Pierwszy był Arkady Adam, jego syn to Arkady Radosław, dalej Arkady Paweł, a najmłodszy – Arkady Antoni.
Pierwszy Arkady napisał 32 książki wydane w 23 językach w nakładzie ponad 10 mln. Odbył 30 wypraw w różne zakątki świata, kilkakrotnie zabierał ze sobą syna. Zmarł 7 marca 1985 roku.

W Puszczykowie znajduje się prywatne Muzeum-Pracownia Literacka Arkadego Fiedlera w rodzinnym domu. Więcej informacji i zdjęcia można zobaczyć w:
http://www.fiedler.pl/sub,pl,muzeum.html
http://www.fiedler.pl/news,pl,228.html

Polecam ponieważ sama zaczęłam oglądać filmiki z Muzeum, na których Marek Fiedler opowiada historie z życia Arkadego. Z przyjemnością przenoszę się na kilka minut w inny świat. Jeszcze wszystkich nie widziałam, dawkuję sobie jeden dziennie, ale jestem zachwycona tym, że mogę siedząc w domu przebywać jednocześnie pod Poznaniem i zwiedzać Muzeum.

Pod ręką miałam dwie pozycje, świetnie były wydane, w twardej okładce z kolorową mapą po wewnętrznej stronie  pokazującą tereny, o których mowa w tekście. Były jeszcze piękne, kolorowe obwoluty, ale się nie uchowały, zniknęły w mrokach czasu  😉

Wydobyłam je z czeluści regału w ramach szczerej chęci zabrania się za świąteczne porządki, ale chyba najpierw z przyjemnością je sobie przypomnę. Robota nie zając, nie ucieknie, prawda?  I obejrzę kolejny filmik z Muzeum w Puszczykowie 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze