Przegląd tygodnia i służba zdrowia

Dziś miałam bezpośredni kontakt ze służbą zdrowia przyglądając się z bliska sytuacji dotychczas oglądanej tylko w tv i biorąc w niej udział. Na początku września byłam zapisana na rtg przed wizytą u pulmonologa. Dzień wcześniej zadzwoniła pani z recepcji z informacją, że jest remont i na prześwietlenie mam się zgłosić do innej przychodni. Tak też zrobiłam, zapisałam się i … zepsuło się urządzenie, które do tej pory nie zostało naprawione! W międzyczasie remont w pierwszej poradni się skończył i tym sposobem dziś znalazłam się w przyszpitalnej przychodni. Dobrze, że udało mi się Męża przekonać, iż pojadę autobusem i nie będę się stresować tym, że on czeka z psiakami w aucie nie wiadomo ile czasu. Pojechałam z przyjemnością, mimo porannego szczytu na moim przystanku jeszcze da się spokojnie wejść a nawet usiąść, dopiero potem zaczyna być problem z wejściem do autobusu. Mogłam sobie popatrzeć jak ludzie wyglądają 😉 Wyszłam z domu o siódmej a wróciłam … o 15-ej!
Przed gabinetem rtg kłębił się dziki tłum, na korytarzu aż gęsto było od zdezorientowanych ludzi. W pierwszej chwili po dotarciu pod drzwi gabinetu każdy przeżywał atak strachu, paniki albo złości i nie wiem czego jeszcze. Zorientować się kto za kim, kto przed kim, kto kiedy wchodzi – było nie lada wyzwaniem. Wreszcie jakoś się uładziło i okazało się, że jest jeden gabinet rtg, w nim jedno urządzenie na cały wielki szpital, do którego przyjeżdżają ludzie z całej Polski (przy mnie były panie z Olsztyna i z Suwałk). Owo urządzenie służy jednocześnie pacjentom zapisanym na dany dzień na prześwietlenie, pacjentom z oddziałów przywożonym na fotelach na kółkach albo łóżkach, oraz tym z SOR-ów, nieraz czekających tam na pomoc kilkanaście godzin. Każda nowa dochodząca osoba była pewna, że zaraz musi wejść, natychmiast bo ma „cito” napisane na skierowaniu. Dziwnych min się naoglądałam, gdyż od razu odzywały się osoby czekające na swoją kolej z tą samą adnotacją… „My wszyscy jesteśmy na cito”… Kolejny paradoks polegał na tym, że lekarz, do którego część pacjentów z SOR-u miała się zgłosić ze zdjęciem, przyjmował tylko do 13-ej 🙁              Cofając się do tyłu – bo dni całego tygodnia przebiegły jak z bicza strzelił –  poniedziałek 14.X. piękny dzień mieliśmy od rana, słońce wzeszło kolorem purpurowym oświetlając  drzewa na granicy lasku. A one takie cudne odcienie barw jesiennych miały 🙂 Wróciłam z „dzieciakami” z łąki, dałam im śniadanie i włączyłam tv z drżeniem serca, spojrzałam i … cóż, rzeczywistość jaka jest – każdy widzi. Nie ma innej i w takiej trzeba funkcjonować bo życie toczy się dalej. Poszłam piechotą do miasteczka ciesząc się przechadzką. Celem była apteka, musiałam wykupić recepty, przy okazji nabyłam krem za 4,99 zł., tran i środki na biedne zatoki Męża, które mu dokuczają od dawna i jak już się poprawi to natychmiast się pogorszy. No właśnie ten drugi przypadek zaistniał. Dopiero wieczorem pomogło ale ważne, że tak się stało.
W niedzielę 13.X. poszliśmy po obiedzie na długi spacer, obeszliśmy z psiakami ładne miejsca w miasteczku. Ładnieje przy nas 🙂 Odkąd tu zamieszkaliśmy okolica bardzo zmieniła się na korzyść. Rynek w miasteczku jest wyremontowany, nowa fontanna działa, widać odnowione kamieniczki, park został zrewitalizowany, powstały chodniki i ścieżki rowerowe tam, gdzie trudno i niebezpiecznie szło się poboczem, czasem koniecznie trzeba było się poruszać jezdnią, np. zimą czy w czasie deszczu pobocze zmieniało się w bagno nie dające się pokonać piechotą. Zbudowano, chodnik, ścieżkę rowerową, na jezdni położono świeżą nawierzchnię i służy wszystkim, z jednej połowy i z drugiej połowy naszego podzielonego społeczeństwa… ( Misja Obserwacji Wyborów w Polsce powołana przez Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka  OBWE będzie kontynuowana do 22 października –  tak mi jakoś przyszło do głowy).
Poza tym pogoda dopisuje, jest cudna kolorowa jesień, taka jak być powinna. Żal, że tak szybko liście opadają, mogłyby takie różnobarwne dłużej rozweselać świat. Wpadłam na pomysł, żeby babcia D. – ponieważ jest wciąż na etapie znoszenia liści do domu – zrobiła z kolorowych liści bukieciki, które przyczepimy do płotka ponieważ zrobił się już łysy i pusty gdy wiatr strącił liście z winobluszczu. Powiedziałam jej o tym i ucieszyła się, nawet mnie uściskała 🙂

Fotki są oczywiście ze Szczawnicy 🙂

ze spaceru porannego, gdy wyszliśmy poza Park Górny

i zachwycaliśmy się pierwszymi zwiastunami kolorowej jesieni 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 17

Maj

Koleżanka Helenki z pracy, jeszcze czynna zawodowo, odstąpiła jej swój udział w autokarowej pielgrzymce na Jasną Górę. Ponieważ były jeszcze wolne miejsca Helcia zaproponowała Aldonie, żeby z nią pojechała.

– A wiesz Helenko, że bardzo chętnie zabiorę się z tobą? Kilka razy przejeżdżałam przez Częstochowę ale nigdy nie zwiedzałam. Jasną Górę znam z „Potopu” i kojarzy mi się z Kmicicem, kolubryną i Kukli… Kukli…

– Kuklinowskim – podpowiedziała Helenka.

– No, ten „łotr, zdrajca i arcypies” co to Kmicicowi boczki przypiekał. Chętnie zobaczę zabytek z bliska na własne oczy.

– Świetnie, to załatwione – ucieszyła się Helenka. – Jedziemy razem na wycieczkę.

Dziewczynkami zajęli się teściowie. Po pobycie synowej w szpitalu teściowa trochę straciła ze swej zwykłej złośliwości i stała się łagodniejsza. Ich stosunki jakby weszły w nową fazę. Być może starsza pani zreflektowała się widząc kłopoty zdrowotne Aldony, może przemyślała swoje dotychczasowe postępowanie. Być może oczy otworzyła jej któraś z przyjaciółek „mafijnych” opiekujących się dziewczynkami i domem przez cały pobyt Aldony w szpitalu, podczas gdy ona jedynie od czasu do czasu zaglądała do wnuczek. Najważniejsze, że pani Felicja wyrażała chęć uczestniczenia w życiu rodziny i do tej rodziny zaczęła zaliczać Aldonę, która spokojna o córki mogła czerpać radość z wycieczki i towarzystwa Helenki.

Helenka nikomu nie pozwoliła się nudzić w swojej obecności, tak więc podróż upłynęła szybko i przyjemnie. Na miejscu już w pierwszej chwili Aldona doznała rozczarowania. W jej duszy żył dotąd obraz rodem z Sienkiewicza: forteca, mury obronne, szczątki nieszczęsnej kolubryny…A tu figa. Nic z wyobraźni nie pokrywało się z rzeczywistością. Był to po prostu fragment miasta i ani śladu Kmicica. Śmiała się sama z siebie, ale nutka rozczarowania pozostała.

Pilnowała Helenki, żeby się nie zgubić. Helcia zręcznie omijała niezliczone grupy ludzi i obie szybko znalazły się w świątyni wypełnionej ludzką ciżbą wpatrującą się w  święty obraz. Z boku wiła się kolejka, niemożliwie długa i poruszająca się w ślimaczym tempie. Były to osoby pragnące wejść za kratę, najbliżej cudownego obrazu jak tylko było to możliwe. Aldona w życiu nie stanęłaby w takim długim ogonku, na samą myśl ogarniały ją mdłości. Helenka wszakże stać nie zamierzała, choć zamierzała do obrazu się zbliżyć jak najbardziej.  Zanim Aldona zdążyła pojąć co się święci, została przez Helcię uchwycona za rękę żelaznym uściskiem, wciągnięta za kratę i niespodziewanie znalazła się na przedzie kolejki. Musiała natychmiast paść na kolana, bowiem na kolanach należało odbyć ten fragment „drogi” wokół obrazu. Była ubrana w długą spódnicę z falban w szarym kolorze. I dobrze, że miała dość grube rajstopy, bo inaczej pozdzierałaby sobie kolana do krwi. Zdarła tylko rajstopy kolana oszczędzając.  Na szarej spódnicy nie było widać, że służyła do zamiecenia posadzki. W połowie „drogi”, gdzieś na tyłach ołtarza, był w ścianie otwór do którego ludzie wrzucali pieniądze.

Oj nie, nie ma tak, westchnęła w duchu. Tutaj wszystko złotem kapie, zresztą czy kto widział biednego księdza? Chyba, że prawdziwego kapłana z powołania. Mogę się podzielić z biednymi, bogatym nie dam.

Potem dzieliła się. Dzieliła się wrażeniami z Helenką rozcierając obolałe kolana i otrzepując spódnicę.

– Wiesz, nie sądzę, żeby Matka Boska akurat pieniędzy od ludzi wymagała. Ona nie od tego jest. Na pewno bardziej ceni dobrą myśl, dobre życzenie, dobre postanowienie i jego realizację od dóbr doczesnych.

– O coś prosiłaś? Miałaś jakąś intencję? – spytała Helenka.

– Najpierw nie, tylko turystycznie chciałam zobaczyć. Ale potem pomyślałam o rezultacie pewnego… hm… nazwijmy to… przedsięwzięcia… Prosiłam o pozytywny rezultat.

– Powiesz co to?

– Powiem, pewnie, że powiem ale jeszcze nie teraz, za trochę…

– Wiesz co ja ci powiem?

– Tak?

– Każdy ma to, w co wierzy, a nie to, w co udaje, że wierzy. A ty mi uwierz. Obserwuję ludzi już tyle lat … ho ho ho i jeszcze trochę – uśmiechnęła się, – że mam swoje zdanie na ten temat. Chyba się domyślam, co to za… przedsięwzięcie. Nikomu jeszcze o tym nie mówiłaś, prawda? Inaczej by już do mnie dotarło okrężną drogą, jak zawsze. Możesz na mnie liczyć w każdej chwili. Pamiętaj.

– Dziękuję ci, Helenko, za dobre słowo.

– Coś ci jeszcze powiem. Nie gniewaj się na mnie, ale swoje lata mam i widzę co się wokół dzieje. Ciebie zaobserwowałam kilka razy i muszę ci coś powiedzieć. Dlaczego zawsze grasz przed nim bohaterkę? Uśmiech, słodycz aż ci kapie z ust a w środku wyjesz z bólu? Jak zniknie, płaczesz, ryczysz, walisz głową w ścianę. Po co? On odchodzi przekonany, że nie jest źle, że świetnie dajesz sobie radę i widocznie dobrze ci z tym, nie przeżywasz sytuacji aż tak bardzo, skoro jesteś cała w skowronkach.

– Znowu ci dziękuję, Helenko. Chyba masz rację, otworzyłaś mi oczy… – zadumała się Aldona.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

#*#*#

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 15 komentarzy

Każdy wie… a jak będzie?

Piszę te słowa po osiemnastej godzinie w piątek 11.X. 2019 roku. Za kilka godzin nastąpi cisza wyborcza. Kiedy się skończy każdy (prawie) będzie czekał na ogłoszenie wyników z niepokojem, z dygotem serca, z nadzieją, ze strachem… Ileż emocji przetoczy się przez nasz piękny kraj. Bez względu na wynik po kilku dniach ucichną, wrócimy do normalności. Tylko jaka ta normalność będzie? Zależy od nas samych. Ktoś, kto nie odda głosu nie powinien potem narzekać, że coś mu się nie podoba.
Nasza Polska jest taka piękna i zasługuje na dobrych, mądrych gospodarzy, którzy nie wstyd przynoszą ale sławę i chwałę, popierają rozwój w dziedzinie nauk i sztuk wszelakich, czynią życie rodaków bezpiecznym, nie piętnują nikogo i nie wykluczają. Moja Ojczyzna zasługuje na prawdziwą Demokrację.

Bez względu na wynik wyborów góry będą stały w pełnej krasie, obojętne na losy dwunożnych istot

a Dunajec będzie toczył swe wody

nie oglądając się na nic i na nikogo…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

Ćwierć wieku minęło jak jeden dzień…:)))

Dziś mamy z Mężem swoje święto i z tego powodu wyciągnęłam wierszydełko powstałe dawno temu. Może nie do końca jest aktualne 😉  w myśl słów: – „kocham Cię bardziej niż wczoraj ale mniej niż jutro” – nie wiem czyje one są ale prawdę mówią 🙂

Jesteś dla mnie łykiem świeżego powietrza,
podmuchem chłodnego wiatru w upalne południe,
cichym głosem słowika w czerwcowym zagajniku,
kroplą rosy na liściu mieniącą się cudnie.

Jesteś mi odpoczynkiem, ucieczką od stresu,
moją w świecie ostoją i moim wytchnieniem,
to do ciebie myślą co wieczór uciekam
przed życiową gonitwą, koszmarnym zmęczeniem.

Jesteś niczym zapięcie na srebrnym łańcuszku,
gwiazda co na granacie nieba jasnością zachwyca,
pajęczyna misternie utkana i rozpięta w lesie,
co lśni i migoce w poświacie księżyca.

Ileż jeszcze określeń mogłabym napisać,
ile porównań, ile różnych słówek!
Na pewno więcej niżeli w skarbonce
zdołałam uzbierać złotówek.

Jedno, kochany, powiedzieć ci mogę
z całkowitą, absolutną pewnością:
tylko dzięki temu, że tu jesteś
nieźle radzę sobie z codziennością.
30.09.2003

Najlepiej radzimy sobie oboje … gdzie? Oczywiście, w naszym ukochanym miejscu na ziemi

snując się we mgle w Parku Górnym 🙂

albo w pełnym słońcu wracając do Osiedla 🙂

i życzymy sobie zawsze Gwiazdki Pomyślności, aby nigdy nie zagasła  🙂

i świeciła pełnym blaskiem 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, wierszydełka | 41 komentarzy

Wtorek i jesienne Pieniny

Zimno było w niedzielę wieczorem i w poniedziałek i dziś rano też, ciepłe kurtki wyjęte co mnie wprawia w przygnębienie. Ja chcę, żeby było ciepło!!! Wiem, że w każdej sytuacji należy szukać pozytywów. Na przykład w tej można się cieszyć, że kurtki są bo mogłoby ich nie być, mogłyby zmienić właściciela albo się podrzeć na płocie, albo cokolwiek innego. Dobrze więc, cieszę się, że są…. ale w dalszym ciągu pragnę ciepła i słoneczka!!! Mówili w tv, że arktyczne powietrze odpływa znad Polski, może się sprawdzi prognoza.
Byłam dziś u pani dr, poszłam pełna obaw ale okazały się niepotrzebnie 🙂 Wzięłam różne papiery, uzupełniła pani kartę, rzuciła okiem na stare badania i dała skierowanie na nowe. Jutro rano pójdę zrobić, kupiłam glukozę, wezmę książkę do czytania bo podobno 2 godziny
spędzę w przychodni. Pani dr podejrzewa ukrytą cukrzycę, trzeba sprawdzić.
Babcia D. jest – niestety – w gorszej formie, trudno się z nią porozumieć, jedzenie to znów sprawa problematyczna, przyjmowanie leków tak samo. Dopóki było ciepło siedziała w ogródku, przebywanie na łonie natury dobrze na nią wpływało, jak zresztą na każdego. Teraz nadeszła pora spędzania czasu głównie w domu i należy się przeprogramować na jesień.
W dalszym ciągu konsekwentnie prowadzę odwyk od tv 🙂 Nie wróciłam do oglądania seriali, zresztą teraz mamy niestający serial przedwyborczy, który potrwa do niedzieli. Podobno ma być ładna i ciepła, tym bardziej powinniśmy wszyscy wybrać się na spacer by przy okazji wejść do lokalu wyborczego i oddać swój głos, aby go nie stracić.
Nasza Polska jest przepięknym krajem co widać na każdym kroku i dlatego dziś przypomnienie (sobie) i pokazanie (Wam) wczesnojesiennych okolic mojej ukochanej Szczawnicy.

Chciałoby się tak iść i iść w stronę słońca…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 16

Kwiecień

Stenia wróciła z sanatorium. Pierwszy raz zostawiła samego męża z chłopcami i była uszczęśliwiona, że po powrocie zastała ich wszystkich żywych oraz całych i zdrowych. Że bałagan w domu, że nic znaleźć nie można, że wszystko brudne i na gwałt domaga się prania – to nic. Ważne, że żyją. Dopiero skórka od banana doprowadziła ją do wściekłości. Leżała na podłodze i nie byłoby w tym nic dziwnego, czasem się to zdarza skórkom nie tylko od banana lecz… spadła tam przed samym wyjazdem Steni. Ziutek nie zrobił nic, kompletnie. Na zbiórce u Magdy dzieliła się powyższymi spostrzeżeniami co do stanu mieszkania.

– I wiecie co usłyszałam? Marcin powiedział, że go zęby bolą, bo się nasprzątał. A na to Ziutek odpowiedział, że jego nie bolą, bo on nie sprząta! Myślałam, że mnie szlag trafi!

– Dobrze, dobrze, uspokój się, zrelaksuj… bo jak jest tutaj to my dobrze wiemy. Lepiej opowiedz jak było tam gdzie nas nie było – przerwała Danusia utyskiwania Steni na temat warunków zastanych w domu po powrocie. – Pokaż zdjęcia.

– Ten się do mnie doczepił, o ten –  wskazała Stenia mężczyznę na fotografii.

– I bardzo dobrze. Nie wiesz po co ludzie jadą do sanatorium? – śmiała się Magda.

– Zgłupiałaś? Mało mi jednego chłopa w domu? Poza tym miał strasznego zeza.

– Kto ci kazał drugiego chłopa brać do domu? – zdziwiła się Danusia. – Bigamistką chcesz zostać? A poza tym nie rozumiem w czym ci zez przeszkadza.

– Właśnie – przytaknęła Magda. – Przecież wtedy się zamyka oczy, po co ci jego zez?

– Głupie baby – roześmiała się Stenia. – Ja powiedziałam, że mam zazdrosnego męża i nie interesują mnie nocne spacery ani dancingi.

– Szkoda, że nie dodałaś, że jak przyjedzie to dopiero im wszystkim pokaże, taki z niego kawał chłopa – z żalem w głosie powiedziała Magda.

– Jakoś mało było tych chłopów – zauważyła Dorota dorwawszy się wreszcie do zdjęć.

– Gdzie mało? – wyrwała jej Magda zdjęcie z ręki. – Tu jeden, ten z zezem, a tam drugi, z brzuchem. I jeszcze był trzeci, o którego się baby grzałką pobiły.

– A ty skąd wiesz? Byłaś tam? Jaką grzałką? Zimną czy gorącą? – zarzuciła ją Dorota pytaniami.

– Coś takiego widziałam w telewizji – odezwała się Aldona.

– Coś ty, chora? Telewizję zaczęłaś oglądać? Coś ci się stało? – teraz Dorota całą uwagę skierowała na Aldonę. – Nie oglądałaś chyba ze dwa miesiące.

– Przypadkiem. Weszłam do pokoju i akurat było…  – zaczęła się tłumaczyć.

Głos Aldony zginął w zgiełku wywołanym przez  dzieciaki, które wróciły z występu grupy tańca utworzonej na kursie, na który wszystkie uczęszczały.

– Byliśmy w domu starców i gratis tańcyliśmy dla takich starusków jak ty, ciociu –  zwrócił się Kajtuś do Danusi.

– Jak ja? – zdumiała się Danusia.

– No, może trochę młodszych, jak ciocia Helenka – spróbował ratować sytuację Filip.

– Jak powiem Helci to się dopiero ubawi – zaśmiała się Aldona.

– A co, źle powiedziałem? – zdziwił się Filip, że one się dziwią. – Przecież ciocia Helcia ma długie włosy i nosi czasem kucyka jak Justyna, to chyba młodsza musi być. Ciocia Danusia ma krótkie włosy jak wszystkie staruszki tam miały…

– Filip, ja ci radzę, ty się nie pogrążaj – Magda zrobiła groźną minę.

– Ojej, mamo, nie pijesz wesołka to jesteś smutna – Filip próbował zmienić temat.

– Co on mówi? – zainteresowała się Aldona. – Czemu jesteś smutna?

– Jaka smutna, jaka smutna –  wciąż rozbawiona Danusia pokręciła głową. – Cały czas się chichrała.

– Zapomniałam przynieść sobie wiesiołka ze sklepu – wyjaśniła roześmiana Magda. – I patrz, jak to sobie mądrale wykombinowały. A ty, staruszko, czemu tak się cieszysz? Też ci wesołka przynieść?

– Mnie przynieść – wreszcie Dorota była w stanie się odezwać, bo Kajtuś puścił matkę, którą do tej pory ściskał z całych sił nie dając jej dojść do słowa. – Muszę się wzmocnić, bo już chwilami mi siły brakuje. Jutro muszę iść z małym do laboratorium.

– Może nie trzeba mu będzie brać krwi – powiedział na pocieszenie Jędrek.

– No, pewnie sama poleci – domyślił się Filip.

– Ja się nicego nie boję – dumnie oświadczył Kajtuś wypinając chudą pierś. – Ja lubię pacyć jak mi krew biorą, tak fajnie sika.

– Wampir jesteś – zaśmiały się dziewczynki.

– Kajtusiu, jak to jest – spytała Magda, – że w szkole ty podobno wcale nie seplenisz, a po szkole tak

– Bo w skole musę się męcyć i spinać, a potem jus mogę być na luzie – spokojnie odpowiedział.

– A pani powiedziała, że byłeś niegrzeczny, słyszałem – odezwał się Jędrek.

– Wcale nie, klamies! Pani powiedziała, ze zachowuję się nonsalancko i mam niewłaściwy stosunek do naucyciela – sprostował najmłodszy w towarzystwie. – A to duza róznica.

– Bezapelacyjnie Kajtuś jest bohaterem wieczoru – oświadczyła roześmiana Stenia. – Ja z moim sanatorium wysiadam całkowicie. Z grzałkami czy bez.

– Wczoraj Kajtek ciągnął Jędrka na deskorolce – powiedziała Dorota. – Jakaś pani przechodziła obok i powiedziała do Jędrka, że słabo karmi swojego konia, bo taki słaby i chudy, więc go pomału ciągnie. A mały na to, że nie może szybciej ciągnąć, bo mu się kręgosłup rozleci.

– No właśnie, ciocia – wtrąciła się Justysia. – Czym ty karmisz Kajtka, że taki chudy?

– Łyżką – z uśmiechem odpowiedziała Dorota.

– Ciocia to tak zawsze – chórem odpowiedziały wszystkie „ciotki” wiedząc, co usłyszą z ust dziewczynki, która najpierw się naburmuszyła, ale zaraz uśmiechnęła i pobiegła do Stokrotek.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Kwiatki dla Ewy :)

Ponieważ Ewa- Śmieszka miała urodziny, o czym wcześniej nie wiedziałam, z najlepszymi życzeniami dla niej kwiatki dzisiaj są 🙂

Ewciu!!!

Sto lat w zdrowiu, szczęściu i radości bez smutków żadnych oraz przykrości 🙂 🙂 🙂

Zabierałam się do notki od poniedziałku, parę słów skreśliłam lecz nie udało się do końca. Co chwilę coś wypadało, a  jak już miał być spokój to usypiałam i „po ptokach”. Poza codziennymi obowiązkami, czynnościami – a i przyjemnościami, nie powiem przecież, że ich nie ma 🙂 – pochłaniała mnie nowa powieść, w której z tyłu, z daleka machają znane postacie ursynowskiej „mafii”, lecz rzecz dotyczy całkiem nowego pokolenia. Częściowo jest to kontynuacja „Pasm życia”. Na razie jednak mnie „przytkało”, wena twórcza dobra rzecz, lecz na razie poszła precz 🙂 Wróciłam więc do „tu i teraz”.
Zaczął się październik. Cóż, zgodnie z kalendarzem, nic na to poradzić nie można. Bywa przepiękny gdy jest słoneczny, kolorowy, idzie pod rękę ze złotą jesienią i babim latem. Rozpadało się, rozwiało, wicher taki nadciągnął, że łamał gałęzie i głowy urywał, parasola nie pozwalał utrzymać w ręce. Taki był ostatni dzień września, najwyraźniej nie miał ochoty odchodzić by rok cały czekać na powrót nad naszą piękną krainę:)  A rano przyszła niespodzianka: stało się pięknie, słonecznie, bezdeszczowo – czyli październik się ucieszył, że już do nas zawitał 😉
Przez te gwałtowne zmiany obudziłam się przed świtem z bólem głowy, jakieś koszmarne myśli zaczęły po tej bolącej głowie krążyć, znów nie wiem co zrobić z lekarką pierwszego kontaktu, nie mam zupełnie ochoty na wizytę u tej, do której się przeniosłam rok temu (bo bliżej i mniejsze kolejki). Byłam tylko raz i wypadałoby się wybrać choćby po recepty i sprawdzić poziom sklerozy, czyli cholesterolu. Mam opór wewnętrzny i nie wiem czy warto go pokonywać czy po prostu iść gdzie indziej. Czy się przemóc i dać pani dr szansę?
W poniedziałek nacieszyłam się Calineczką 🙂 Byliśmy u niej z Mężem, jej mama poszła na zebranie do żłobka bowiem Krasnusia nasza kochana rozpocznie nowy etap w swoim dwuletnim życiu. Mam nadzieję, że sobie poradzi, samodzielna jest bardzo, energiczna, kontaktowa ale – bardzo związana z mamą. Pomalutku będzie się przyzwyczajała więc może bezboleśnie cała operacja przystosowania zostanie przeprowadzona. Oczywiście dziadkowie są w pogotowiu i awaryjnie służą pomocą. Tatuś Calineczki poszedł do żłobka mając półtora roczku i do wakacji ciężko było, płakał rano i w kółko pytał „pijdzie mama Ania?” potem już bezproblemowo się odnalazł. Wczoraj pilnie słuchaliśmy nowin w sprawie kredytów frankowych. Poza tym chodzimy – gdy nie ma deszczu na dłuższe spacery po południu, żeby nie stracić całkiem formy „złapanej” w Szczawnicy, nawet przebiec kawałek mi się udaje 🙂 Biegania nigdy nie lubiłam, lecz czasem trzeba, szczególnie rano do furtki na łąkę, gdy Skitusiowi bardzo się spieszy 😉

Rozchodniki to są pancerne kwiatki, radzą sobie bez względu na warunki dlatego mam ich dużo. Rosną po wetknięciu w ziemię, w wodzie puszczają korzenie natychmiast, są niezastąpione 🙂

Zdjęcie z zeszłego roku, teraz winobluszcz dokładnie zarósł całą siatkę i świetnie chroni ogródeczek przed oczami przechodniów

Z ciekawostek „z innej beczki” jeszcze dodam, że w mojej Biedronce – pewnie w każdej innej też – są przeceny, wyprzedaże i nabyłam dżinsy za 15 zł. para i leżą bdb. Poleciałam więc następnego dnia i wygrzebałam jeszcze 2 pary w moim rozmiarze. Ucieszyłam się, ponieważ chodzę tylko w dżinsach. Przed odejściem na emeryturę zamówiłam w Bon Prixie kilka par takich najtańszych na „po domu” i właśnie się wydarły, dlatego się rzuciłam na biedronkowe 🙂 I jeszcze kupiłam tackę pod psią miskę, bo Skituś okropnie chlapie wodą kiedy pije.

A taką ma niewinną minkę 🙂 🙂 🙂

Dobrego weekendu i odpoczynku Wam życzę, a kolejny odcinek perypetii Aldony  jutro rano będzie.  Macham serdecznie i z rozmachem 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

Szczawnickie wspominki – 3

Józef Szalay zmarł w 1876 r. Właścicielem Zakładów Zdrojowych w Szczawnicy została Akademia Umiejętności w Krakowie. Stało się to na podstawie testamentu Józefa Szalaya, na mocy którego Akademia miała obowiązek wypłacania połowy czystego dochodu Zakładu synom Józefa, Tytusowi i Władysławowi. Dobra dominialne zgodnie z testamentem przeszły na własność synów testatora. Zahamowaniu uległy inwestycje w zdrojowisku, zmniejszyły się dochody. Mimo to wybudowano „Dworzec Gościnny” oraz dokończono rozpoczętą przez Szalaya przepiękną Drogę Pienińską prowadzącą wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru na Słowacji.
Akademia Umiejętności wydzierżawiła Górny Zakład Feliksowi Wiśniewskiemu. Był rok 1893, kurort ubożał, nadszedł czas stagnacji. Trwała taka sytuacja do wygaśnięcia dzierżawy w 1909 r. Zakład został wtedy przez Akademię sprzedany hrabiemu Adamowi Stadnickiemu. Rok później skończył się termin dzierżawy Dolnego Zakładu Zdrojowego. Stadnicki odtąd stał się jedynym właścicielem uzdrowiska.
Jego działalność przyniosła szybki rozwój uzdrowiska przypadający na okres międzywojenny. „Wyremontowano wtedy większość domów zdrojowych, zbudowano nowe ujęcia wód, rozszerzono Park Górny o teren Połonin. W latach 1933-36 wybudowano nowoczesne Inhalatorium wyposażone w pierwsze w Polsce komory pneumatyczne. Poważną inwestycją lat trzydziestych była tez budowa komfortowego sanatorium „Modrzewie” oraz przeprowadzenie kanalizacji uzdrowiska. Rozpoczęto też elektryfikację stawiając w 1935 r. elektrownię. Szczawnica znów stała się popularnym kurortem. Mimo konkurencji pobliskiej Krynicy frekwencja wynosiła 5 000 -10 000 gości w ciągu roku”.      („Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, Wydawn. REWASZ, Pruszków 2000)
Niestety, wielkie plany rozwoju uzdrowiska upadły w obliczu kataklizmu jaki przetoczył się przez Polskę w postaci II wojny światowej.

Inhalatorium przy którym można kręcić filmy o akcji toczącej się w latach 30-tych

Inhalatorium w porannej mgle

Pięknie, prawda?

To samo miejsce kilka kroków dalej

 

Tyle zostało po spalonym Dworku Gościnnym, który na powyższych fotkach pięknie prezentuje się już po odbudowie

Szilka zastanawia się czy odwiedzić „Modrzewie”, zdecydowanie jednak wybrała spacer po Parku Górnym

Prawdziwy twórca uzdrowiska

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 28 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 15

– Aldona, gdzie ty byłaś? – zapytała Jola. – Szukała cię pielęgniarka, masz iść do ginekologa.

– Masz babo placek, a tam po co? – jęknęła zdegustowana Aldona. – Do ortopedy to zrozumiałe, bo mnie kręgosłup szyjny okropnie boli, ale do ginekologa?

– Oj, nie marudź, wszystkie musiałyśmy przez to przejść. Teraz na ciebie padło. Wiesz, oni tu naprawdę robią wszystkie badania.

– Wiem, rozumiem, doceniam. Ale entuzjazmem nie pałam, uważam, że to zbyteczne.

– Chodź, odprowadzę cię i zaczekam. Chcesz?

– Pewnie, raźniej mi będzie.

Z głębi korytarza dał się słyszeć głos pielęgniarki.

– Pani Aldono, czekamy.

– Już idę – zawołała i mruknęła – tylko nie wiem po co.

– Nie mrucz, tylko chodź – Jola przywołała ją do porządku. – Lepiej zapobiegać niż leczyć.

– Co racja to racja – zgodziła się Aldona.

Jola została na korytarzu czekając na towarzyszkę szpitalnej niedoli. Upłynęło sporo czasu zanim drzwi gabinetu się otworzyły i pojawiła się w nich Aldona jakaś inna niż weszła .Jakby przestraszona, oszołomiona, pobladła.

– O matko, co się stało? – zaniepokoiła się Jola. – Coś wykryli?

– Taaak, właściwie można to tak określić…

– Co takiego?

– Coś absolutnie niesłychanego…

– Co? Mówże wreszcie!

– Coś absolutnie nieprzewidywalnego…

– Ale co?

– Coś absolutnie nierealnego…

– Zwariuję zaraz…

– Coś absolutnie nie-moż-li-we-go…

– Kobieto! Co ci jest?!

– Jestem… jestem w ciąży – wypowiedziała Aldona te słowa jakby nie wierzyła w nie, nie rozumiała ich sensu i próbowała za wszelką cenę pojąć o co w tym wszystkim chodzi, bo ona naprawdę nie wie.

– Co? Jesteś w ciąży? – wykrzyknęła Jola. – Gratulacje! Słuchajcie – wołała do współlokatorek szpitalnych pokoi. – Aldona jest w ciąży!

Na korytarzu zaczęły się pojawiać różne postacie przywabione krzykami Joli.

– To chyba cię teraz na patologię przeniosą – skomentowała jedna z pacjentek.

– Sama jesteś patologia i tam się nadajesz – huknęła Jola.

– No co ty, ja tylko w trosce…

– To się nie troskaj. Obejdzie się. Dajcie jej usiąść, bo zaraz padnie.

Ktoś natychmiast przysunął fotel, ktoś inny przyniósł plastikowy kubek z wodą mineralną. Aldona wykonała kilka głębokich wdechów jak Teresa  kazała w stresowych sytuacjach. Powiodła wzrokiem po wianuszku otaczających ją twarzy, zajrzała we wpatrzone w nią oczy. Znalazła w nich tylko życzliwą ciekawość. Pomału zaczął do niej docierać sens słów lekarza.  Była w ciąży. Jest w ciąży. Jest w ciąży z Sergiuszem. Urodzi jego dziecko. Ich dziecko. Wspólne. Dziewczynki będą miały rodzeństwo. Może braciszka, może siostrzyczkę. Będzie miała dziecko. Ona, Aldona, będzie miała dziecko. Naprawdę???!!! Roześmiała się na cały głos. Wianuszek otaczających ją twarzy zareagował tym samym.

– Boże, będę miała dziecko! Rozumiecie? Będę miała dziecko Sergiusza! Jestem najszczęśliwsza na świecie!

Po pewnym czasie część osób wróciła do swoich pokoi, zostało kilka zaprzyjaźnionych już kobiet. W szpitalu szybciej nawiązuje się bliskie stosunki niż na zewnątrz. Tu warunki są inne, wobec choroby wszyscy zrównani, wszyscy tak samo cierpią, boją się, przeżywają podobny stres a to zbliża. Jola miała zalecenia aby nie spać w nocy, możliwie przez całą noc nie spać albo przynajmniej większą część, żeby rano można było zrobić badanie odzwierciedlające stan organizmu w konkretnych warunkach. Nie chcąc pozostawiać koleżanki samej wobec takiego wyzwania i dopomóc w spełnieniu lekarskiego zalecenia, kilka „dziewczyn” ofiarowało swoją pomoc. Postanowiły nie spać razem z Jolą i zrobiło się na oddziale bardzo wesoło. Pielęgniarka przyniosła kłęby waty i pokazała jak skręcać małe waciki, wrzucane potem do słoja i potrzebne bezustannie. Tym sposobem wykorzystany został z pożytkiem nadmiar energii tryskający z pań.

Aldona była pod takim wrażeniem usłyszanej wiadomości, że i tak nie usnęłaby za nic w świecie. Cieszyła się więc, że może tę noc spędzić pożytecznie i w zacnym gronie.

Postanowiła, że nikomu nie zdradzi swojej tajemnicy dopóki się da. Najpierw sama musi się oswoić z nową sytuacją, zaplanować przyszłość…

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy