„Babie lato i kropla deszczu” – 72

– Patuś, może pójdziesz ze mną po chłopaków do babci Beni? – spytał Karol.

Patrycja właśnie wróciła z pracy i prawdę mówiąc marzyła o spokojnym popołudniu spędzonym w ogródku na huśtawce. Ale tak było tylko do chwili, w której ujrzała swego gościa. Wypoczęty, opalony, w czarnej koszulce z krótkim rękawem opinającej jego niewątpliwie piękną męską sylwetkę – swoim pojawieniem się natychmiast odgonił wszelkie myśli o spokoju i lenistwie.

– A gdzie Darka” – rozejrzała się nie widząc siostry ani siostrzenicy.

– Poleciały z Olgą do Kika, no, tego sklepu niedaleko stąd, wiesz o co mi chodzi. Przynieśli nową gazetkę reklamową i dziewczyny tak się zachwyciły jakimiś szmatkami, że zerwały się nagle i już ich nie było – wyjaśnił.

– Skoro tak, na pewno prędko nie wrócą – stwierdziła Patrycja. – Właściwie mogę z tobą pójść, tylko najpierw muszę coś zjeść.

– Ale palant ze mnie – palnął się ręką w czoło. –  Przecież dla ciebie Daria zostawiła obiad  na kuchence. Oczywiście, że najpierw musisz zjeść. Już ci podgrzewam – zniknął w kuchni.

Patrycja stała przez chwilę nieruchomo. Jak to? Karol jej podgrzeje obiad? Nie żąda, żeby ona jemu tylko bez pytania on jej?! To ewenement na skalę kraju – podsumowała w myślach i poczuła miłe ciepełko w okolicy serca… Coś podobnego…

Poszła za nim, usiadła i z przyjemnością patrzyła. Poruszał się po jej własnej kuchni z pewnością siebie jakby tu spędził całe lata…   Mało tego, wyglądał jakby wiedział co robi i jeszcze to lubił…

– Lubię gotować – powiedział jakby odgadywał jej myśli. – Najpierw musiałem. Dla chłopaków. A potem polubiłem.

– Chciałam zauważyć, że tylko odgrzewasz – uśmiechnęła się przekornie.

– Teraz tak, ale nie widzę przeszkód, żebyś spróbowała moich autorskich dań – odwrócił twarz w jej stronę. – Od dziecka podpatrywałem mamę i teraz jak znalazł.

Nie gap się jak sroka w gnat – strofowała samą siebie. Ale co mogła poradzić, skoro sprawiał jej ogromną przyjemność widok Karola krzątającego się z taką prostotą i naturalnością, jakby to robił nie wiadomo od kiedy i dokładnie w tym miejscu, w którym powinien…  Zaczarował mnie, czy jak?… Nie mogła oderwać oczu od zgrabnej, szczupłej ale mocnej postaci…Czuła się jak po lekkim drinku… Jaki on ma uśmiech…  Wyczuwała w nim naturalną dobroć, taką jakby wrodzoną, odziedziczoną po mamie, którą poznała w Krakowie… Ten uśmiech… ten uśmiech ma jak… jak mały chłopiec, który wie, że nawet gdy coś zbroi, to jest świadom swego uroku  i jest pewien, że mu ujdzie płazem… zupełnie jak  Bonzo Alicji, wie, że jak przewróci wielkimi ślepiami to na pewno dostanie przysmak…zupełnie jak Bonzo…

– Chętnie spróbuję przy okazji, czemu nie – uśmiechała się do swoich myśli.

Z przyjemnością zjadła posiłek w towarzystwie Karola, który przysiadł obok i opowiadał o rozmowie z babcią Benią, o tym co się zdarzyło podczas jej nieobecności.

– Smakuje? Darka pozwoliła mi doprawić po mojemu.

– Pycha – wymamrotała z pełnymi ustami.

– Nie wiem co mówisz, ale przyjmuję, że to pochwała – i znowu ten uśmiech…

Nawet nie zauważyła kiedy podzieliła się z nim swymi myślami na temat planowanego artykułu i tak czas im płynął niepostrzeżenie szybko, że zdziwienie obojga wywołało spojrzenie na zegar.

– Jak późno się zrobiło – zauważył zdziwiony Karol. – Muszę pędzić po chłopaków, wezmę samochód, będzie szybciej.

– Niepotrzebnie – powiedziała Patrycja. – Przecież zapraszałeś mnie na spacer. Pójdziemy na skróty przez lasek. Zadzwoń i powiedz, że już idziemy, żeby się nie denerwowali bez potrzeby.

– Ale gorąco – jęczał Karol zanim dotarli do lasku.

– W zimie narzekamy, że zimno, a teraz znowu, że za ciepło – skrzywiła się Patrycja. – Lato jest po to, żeby był upał i ja się z tego cieszę!

Po kilku chwilach ogarnął ich chłód leśnego powietrza i cudowny, świeży zapach jaki unosi się w lesie nawet podczas największych upałów.

– Widzisz tę okrągłą dziurę w drzewie?

– Gdzie? Tak, widzę. Co to takiego? Ktoś wiertarką robił otwory w drzewie? – zdziwił się Karol. – Po co?

– To dzięcioł – zaśmiała się. – To domek dzięcioła, właściwie jego rodziny. Podpatrywałam od wiosny,  stąd wiem.

– Nie dworujesz sobie ze mnie waćpanna? – spytał z tym swoim zniewalającym uśmiechem.

– Ależ skąd! Nic a nic!

Potknęła się o wystający korzeń. Zdążył ją chwycić, zanim zaryła nosem w piasek na ścieżce. Silnie odebrała jego dotknięcie, jakby prąd ją przeszył… Zgłupiała czy co? Przecież postanowiła, że nigdy więcej nikt nie będzie na nią wywierał wrażenia aby nie wywierać nacisku… wybrała los singielki, żeby mieć święty spokój i spokojną głowę… Tymczasem od „sceny wózkowej” w supermarkecie Karol wkroczył w jej myśli i zaburzył spokój… Jest to miłe i … no, miłe… ale wystarczy.

Po przyjemnie spędzonym wieczorze u babci Beni, która okazywała Patrycji dużo sympatii, wrócili do domu. Darka z Olgą już czekały, aby pokazać Patuli swoje zakupy, wśród których były dżinsy, kolorowe koszulki,  kamizelka i modne sportowe buty.

Wszyscy zjedli kolację przyrządzoną przez Karola, co dla chłopców było normalką, jednak dla sióstr zdarzeniem niecodziennym. Toteż obydwie doceniły talenty „kucharza” obsypując go komplementami, z których był dumny jak paw.  Potem przenieśli się na taras, gdzie siedzieli  napawając się urokiem lata, rozmawiając, żartując, wspominając i uspokajając dzieci w międzyczasie, żeby nie hałasowały. Na szczęście sąsiadów w okresie wakacyjnym nie było w domach i nikomu nie przeszkadzały wygłupy młodszego pokolenia.

Późną nocą udali się na spoczynek. Patrycja przewracała się w pościeli, nie mogła usnąć widząc wciąż przed oczyma uśmiech Karola…Wreszcie pomyślała, że przecież może sobie pozwolić na niezobowiązujący flirt, w niczym to nie zmieni jej planów… Wreszcie wtuliła głowę w poduszkę i usnęła.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 13 komentarzy

„Błogosławieństwo pod przykryciem”

”Błogosławieństwo pod przykryciem”

Słowa mają moc. To szczera prawda, niby wiem o tym od zawsze, staram się bardzo, aby moje słowa nie robiły krzywdy, ale… nie da się np. nie kląć w niektórych sytuacjach 🙁  Tym razem słowa zamieszczone w tytule wpisu pomogły właśnie mnie, zupełnie przypadkiem na nie trafiłam. Nie pamiętam czy przeczytałam, czy usłyszałam w jakimś słuchanym podcaście. Przyszły do mnie wówczas, gdy miałam kompletnie dość, czułam się kompletnie wykończona i myślałam, że dłużej nie wytrzymam i słysząc, że babcia D. wcześnie rano zaczyna się kręcić u siebie i za chwilę zejdzie na dół miałam ochotę wyć…. I wtedy przyszły do mnie te słowa. Przecież wiem, że dostajemy w udziale sytuacje trudne, czasem bardzo, bardzo trudne. Są to doświadczenia mające na celu nasz wzrost, nasz rozwój. Podobno nie ma przypadków, każdy napotkany człowiek ma znaczenie, każde wydarzenie niesie za sobą skutki, których nie znamy od razu, być może dopiero po latach połączymy kropki i zrozumiemy po co to wszystko było… „Błogosławieństwo pod przykryciem”… Odtąd spokojniej podchodzę do wszystkiego co się dzieje wokół.

W normalnym życiu było fajnie, święta, po świętach, odwiedziny dzieciaków. Calineczka zapowiedziała się na Sylwestra i na cały tydzień, tak sobie zażyczyła. Oczywiście tak też się stało, dziecko odpoczęło, przecież w krainie o nazwie LENIWIA trzeba odpocząć i mieć same miłe chwile😄😊 Oczywiście pomagała – swoją obecnością – dziadkowi w odśnieżaniu 😄 Również OCZYWIŚCIE szalała w kuchni, lubi te czynności lecz jeść wytworów swej wyobraźni i rączek – już niekoniecznie.

… Calineczka wspierająca mentalnie odśnieżanie 🙂 …

… dzieło rączek Calineczki, (biszkopty z kremem budyniowym), dekorację zrobiła sama…

… Calineczka kryje się za swoim prezentem gwiazdkowym …

… plastyczne działania są na pierwszym miejscu …

Mróz nas nawiedził okrutny, nas – w sensie cały kraj. Póki śnieg był „śniegowy”, biały, miękki, przyjemny, mogłam go nawet lubić. Teraz jednak jest okropnie, nie dosyć, że zimno, to ślisko tak, że przejść trudno, normalnie jak na lodowisku. Śnieg zmienił się w twardą, lodową powłokę załamującą się pod naporem kijka, pod ludzkimi nogami i pod psimi łapkami. Boję się, żeby Szilka sobie łapek nie pokaleczyła, bo lód ostry jak szkło.

Tak zimno ma być jeszcze w następnym tygodniu. W związku z tym pomogliśmy sąsiadom, prawowitym opiekunom Franka (który już całkiem się do nas przeniósł) przygarniając rankiem młodszego synka, żeby mama  nie musiała z dwoma krasnalami jechać do przedszkola. Dzięki temu jedzie tylko z jednym i szybko wraca 😊A ja stwierdzam, że zdecydowanie powinnam poprawić kondycję.

… krasnalek ogląda bajkę o kotkach…

Dwie nowe książki na gwiazdkę dostałam i choć ślepia się buntują – czytam 😊 Jedną już skończyłam i nie oddam. To „Jestem z gwiazd” Roberta Bernatowicza. Możecie o nim myśleć i mówić co tylko chcecie, ja go znam od czasu „Nautilusa radia zet”, czyli wieki całe, i moja sympatia dla Kapitana Roberta jest niezniszczalna bez względu na wszystko 😊Poza tym otworzył oczy wielu ludziom na sprawy utrzymywane w cieniu, w tajemnicy, wyśmiewane, zaś obecnie okazuje się, że nauka dochodzi do podobnych wniosków…

Drugą czytam w wolnych chwilach ze szczerym zachwytem. Autorkę darzę ciepłymi uczuciami. Za spokój, za właśnie ciepło bijące z całej postaci, za dobro przekazywane całym jej życiem. Z ciekawością poznaję jej korzenie, jej niesamowite przodkinie, po których odziedziczyła niecodzienne dary, a którymi dzieli się z ludźmi pomagając w przeróżnych życiowych sytuacjach. Zacytuję słowa z okładki książki „… to zapis historii jej rodu, pełen mistycznych zdarzeń, wizji, tradycji, obrzędów i mądrości przodków przekazywanej z pokolenia na pokolenie. To również poruszający opis doświadczeń z jej gabinetu, gdzie ludzie przynoszą swoje troski, pytania i wątpliwości. Ta opowieść to fascynujący kalejdoskop ludzkich historii – tak niezwykłych, zawiłych, zaskakujących i  pięknych, jak tylko ludzkie historie być potrafią.”

U Franka rodziny po odejściu Lolka pojawiła się Lola, tak bardzo podobna do Lolka, że na zdjęciach wyglądają identycznie.

… jestem malutka, śliczna Lola 😽…

… przytuliłam się do cioci Ani …

Zdegustowany Franek 🐈‍⬛😻

… wymyślają ludzie jakieś szczepienia i muszą koty wozić do weta nie wiadomo po co miauuu …

Już wieczór, ciemno, zimno, mroźny wiatr na zewnątrz. Jestem przeszczęśliwa, że wieczorem MS wyjdzie z Szilunią. Jeszcze przez tydzień mają być takie duże mrozy. Zaproponowałam, żeby krasnalek jutro też u nas poranek spędził zamiast tłuc się autobusem w taki mróz, żeby odwieźć brata do przedszkola. Znowu będziemy oglądać śliczne bajki o kotkach, lepsze to niż polityka, dobrze wpływa na poprawę nastroju.

Dziękuję Wam za odwiedziny, życzę udanego tygodnia i trzymajcie się ciepło ❤️❤️❤️

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

🎄DOBRYCH ŚWIĄT🎄

SPOKOJNYCH,  ZDROWYCH,  RADOSNYCH  ŚWIĄT  

✨ chwil zatrzymania ✨ samych dobrych myśli neutralizujących szkodliwe energie atakujące codziennie z każdej strony ✨odnowienia na wszystkich poziomach życia ✨ pojawienia się w całej krasie słynnej magii Świąt ✨ Gwiazdki spełniającej życzenia ✨upojnego zapachu choinki ✨oraz POKOJU wokół naszych granic i wewnątrz kraju ✨ wszystkim stałym oraz okazjonalnym Czytelniczkom i Czytelnikom ✨z całego serca życzę✨

✨🎄✨🎄✨🎄✨🎄✨🎄✨🎄✨🎄✨🎄✨🎄✨

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 13 komentarzy

19 grudnia 2025❄️

Zanotowałam 4 grudnia, dopiero dziś dorwałam się do Lapka. Pomyślałam jednak, że taka historia nie może zostać w ukryciu 😄

Ile może wrażeń dostarczyć jeden dzień? Noo, mnie dzisiejszy dostarczył ich w nadmiarze,  kilometrów zrobiłam chyba za cały miesiąc. Otóż miałam na dziś wyznaczoną wizytę u okulisty w klinice MAVIT,  z której korzystam od wielu lat. Mieszkając na Ursynowie miałam ją na wyciągnięcie ręki. Teraz jest kawałek drogi. Dopóki MS mógł mnie zawozić nie było problemu. Teraz jednak, kiedy babci D. nie można zostawić samej, musiałam pojechać środkami lokomocji miejskiej. Sprawdziłam autobusy, trzeba się przesiadać, ale z tego samego przystanku więc bezproblemowo. Mogłam jechać jak zawsze autobusem do Wilanowskiej i dalszą drogę odbyć metrem. Lecz nie, zachciało mi się sprawdzić inne połączenie. Nie padało, śniegu też nie było, słoneczko wyglądało, pięć stopni na plusie więc pogoda wymarzona na taki eksperyment. W jedną stronę udało się idealnie, miałam sporo czasu, wysiadłam więc koło mojego (już nie, bo Małego) domu i przeszłam piechotą z wielką przyjemnością odcinek od Indiry Gandhi do Płaskowickiej wspominając i stwierdzając po raz nie wiem który, że kocham Ursynów. Zobaczyłam część zagospodarowanego już terenu nad tunelem po jednej stronie, na drugiej akurat prace trwały. Najokropniej wyglądał ten teren podczas budowy tunelu obwodnicy, teraz już przestało straszyć. Przypomniało mi się jak wyglądała budowa metra, jak wyglądały chaszcze przed budową metra… Moje prawdziwe, takie „prawdziwie moje” życie rozpoczęło się od zamieszkania na Ursynowie. Mały miał wtedy roczek, Duży cztery latka 😊Zmieniło się otoczenie od tego czasu. Kiedy wprowadzaliśmy się było dokładnie jak w „Alternatywy 4”, zresztą serial kręcony obok, pamiętam jeszcze lokomotywę służącą lokatorom bloku (zarządzanego przez  Stanisława Anioła) do ogrzewania… Z ogromnym sentymentem serial zawsze oglądam jeśli przypadkiem trafię (teraz tylko na YT, bo przecież tv nie mamy od dawna). Nie mówiłam Królowej Marysieńce, że będę w „rodzinnych” stronach. Musiałam mieć chwilę samotności dla – po prostu – regeneracji, bo czuję się „kompletnie znużona psychicznie”, tak mogę określić obecny stan.  Pomogło, idąc czułam lekkość i radość z przejścia znanymi ścieżkami, którymi milion razy chodziłam z dziećmi, przyjaciółkami i psami. Sprawdziłam, że dojazd mam dobry i do Marysi w odpowiedniej (czyli możliwie wolnej) chwili spokojnie podjadę. Autobus linii 192 – pierwszy i jedyny wówczas na Ursynowie dowiezie mnie na miejsce.

Sprawę medyczną sprawnie i szybko „odbębniłam”, nie pogorszyły mi się ślepia od poprzedniej wizyty. Ruszyłam w powrotną drogę i tu się zaczęły schody…  Myśląc, że tą samą trasą autobus będzie wracał i na Puławskiej się przesiądę w docelowy, który mnie do domu dowiezie, byłam spokojna i zamyślona. Lecz on skręcił!  Kiedy tylko się zatrzymał  wyskoczyłam i… poszłam nie w tę stronę co powinnam 😒 Zobaczyłam jakiś przystanek w oddali więc ruszyłam przed siebie, a tam – zupełnie nieznane mi autobusy, znaczy linie. Poszłam dalej widząc kolejne przystankowe zadaszenie i … znów to samo. Rozejrzałam się wreszcie wokół i nie poznałam miejsca! Gdzie ja się znalazłam? Poszłam dalej i na kolejnym przystanku znalazłam autobus jadący na Puławską. Odetchnęłam z ulgą i wsiadłam, bo właśnie nadjechał. Poczekałam spokojnie na „mój domowy” autobus ciesząc się niezmiernie, że wreszcie do domu wrócę. W międzyczasie zrobiło się chłodniej, na szczęście kurtka z kapturem i dyżurne rękawiczki w kieszeni mnie uratowały. Tak sobie jechałam, jechałam i nagle… mój autobus zamiast jechać prosto skręcił! No nie! To niemożliwe, pomylił się kierowca czy co?! Dojechał pod centrum handlowe i zakończył jazdę.  Okazało się, że trasa została skrócona… Kawał drogi znów miałam przed sobą! Tylko teraz chociaż wiedziałam gdzie jestem 😊Tak więc wyszłam z domu o 10-ej rano, a wróciłam przed szesnastą zmachana do nieprzytomności prawie. Wniosek wysnułam jeszcze po drodze: koniecznie muszę się nauczyć  korzystać z gps-a (czy jak mu tam). Przecież gdybym to umiała nie musiałabym pokonywać kilometrów w przeciwną stronę niż powinnam. Cóż, nauka kosztuje 😊

🌸🌸🌸🌸🌸

Dziś już 19 dzień grudnia, święta za chwilę. W weekend miałam Calineczkę i dopiero sobie to uświadomiłam. Trochę chałupę ogarnęłam, bez napinki, bo po prostu nie mam siły w związku ze związkiem … Dużej choinki nie stawialiśmy, wystarczy mała. Od Magdy piękne dekoracje dostałam, jak zawsze, bo Magda wielką artystka jest i ma talent  Pomiędzy patrzę a widzę – między słucham a słyszę

… nowy, przepiękny wianek świąteczny …

… to jest coś pięknego, liski na śniegu i klimatyczne światełka zamontowane …

… ten wianek wisiał przez cały rok, teraz tylko miejsce pobytu zmienił …

Calineczka chętnie pomaga w kuchni, choć jeść już niekoniecznie ma chęć 🙂

… muffinki robiłyśmy wspólnie 🙂 …

Poza tym dzień jak co dzień, w kółko to samo z babcią D. Wciąż się zastanawiam jakim „tworem” jest ludzki mózg, jak to możliwe, że raz działa, a za chwilę nie; że chora w kilka sekund już zapomina co było wcześniej; że odstawia kubek z kawą (Inką) i idzie, aby jej zrobić kolejną; że potrafi założyć kilka par spodni jedne na drugie i bluzki na swetry mając ich nawet pięć…  Okropność naprawdę. Chora nie wie tego wszystkiego co robi albo czego nie robi, zaś opiekunowie muszą znosić te wszelkie pomysły i zachowania nie z tej ziemi…  Dobrze, że jesteśmy we dwoje, „wespół zespół” zawsze łatwiej ❤️❤️

🌸🌸🌸🌸🌸

Serdeczności wszystkim posyłam i dziękuję, że zaglądacie do mojego (zaniedbanego ostatnio) kącika. Noworocznych postanowień nie robię z reguły, ale tym razem postanawiam nie dać się więcej odgonić od bloga żadnym złym myślom. Udanego weekendu i nie zamęczcie się przygotowaniami świątecznymi. Jak ktoś powiedział, to święta, nie wizyta SANEPID -u 🙂

❄️🎄🎄🎄🎄🎄❄️

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 17 komentarzy

Jakby ożyli ❤️❤️

Duży zrobił mi ogromną przyjemność „ożywiając” stare zdjęcia za pomocą sztucznej inteligencji. Dzisiaj babcia Stefa i dziadek Staszek z Tenczynka oczywiście. Wcześniej wspominałam o nich  tu:  https://annapisze.art/?p=2743

Patrząc na te nowe, „ożywione”, czuję ogromne wzruszenie, jakbym w wehikule czasu przeniosła się na początek dwudziestego wieku i spotkała dziadków jako młode, piękne istoty, przed którymi jest całe długie, wspólne życie, a oni jeszcze o tym nie wiedzą.

Od kilku dni, odkąd Duży mi te zdjęcia przesłał, nie mogę przestać o nich myśleć. W snach znów wracam do Tenczynka…  Gdybym mogła na jawie powiedzieć im jak bardzo ich kocham ❤️ A może wiedzą?

❤️❤️❤️

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 22 komentarze

„Babie lato i kropla deszczu” – 71

Karol z Patrycją  prowadzili częste  rozmowy telefoniczne, wymieniali sms-y. Pretekstem były dzieci, a konkretnie przyjazd z chłopcami. Karol doszedł do wniosku, że nie może się „zwalić” na głowę babci Beni razem z synkami mimo serdecznego zapraszania.

– Babciu, kochana jesteś, ale moje ancymony zamęczyłyby cię całkowicie – tłumaczył, zarysował mu się bowiem zupełnie inny plan…

Stało się, że przestał uważać Darię za wariatkę, jak się kiedyś o niej wyraził do Marysi. Zaprzyjaźnili się, czego głównym i pierwszym powodem była Patrycja. Dopiero potem Karol odkrył, że Darka jest bardzo dobrym człowiekiem, świetną kumpelką, wspaniałą mamą. Dla niego najpierw  liczył się fakt, że była siostrą Patuli i mogła o niej rozmawiać bez końca. Ponieważ Patrycja dzwoniła do siostry częściej niż zwykle i zawsze dziwnym trafem rozmowa schodziła na temat Karola, Daria wreszcie dodała do siebie wszystkie fakty, od córki znała  „wózkową scenę” poznania, którą uznała za „współcześnie romantyczną” i postanowiła pomóc losowi.  Zgrała swój urlop z urlopem Karola i upewniła się, czy będzie ją mógł przy okazji zabrać jadąc do Warszawy.

– Siostra, słuchaj, jest sprawa – zagadała dzwoniąc . – Karolek będzie z chłopakami jechał do Julianowa. Martwi się, że ta cała babcia Benia nie wytrzyma takiego najazdu, w końcu jest bardzo starszą osobą, ale już obiecał i ona koniecznie chce zobaczyć chłopców. Podobno powiedziała, że jest już taka stara, że to mogą być jej ostatnie wakacje w życiu i ona musi z prawnukami się spotkać. Rozumiesz?

– Jak dotąd rozumiem. Ale co w związku z tym?

– Pomyślałam, że masz wolny pokoik, ten co z niego garderobę chciałaś zrobić.

– Mam wolny, garderoby nie robię, zmieniłam plan, wersalkę kupiłam i regał w Ikea.

– To super! Karolek mógłby się w nim z chłopakami na tydzień zatrzymać! A my z Oluśką będziemy spały w tym drugim pokoiku.

– Zgłupiałaś? – zdziwiła się Patrycja.

Daria jedna nie ustąpiła. Jeśli coś sobie wbiła do głowy musiała swój zamiar przeprowadzić do końca. Jak nie siłą to sposobem cel potrafiła osiągnąć i zawsze udawało jej się dopiąć swego, pod tym względem okazała się nieodrodną córką Wiesi. Tak długo wierciła siostrze przysłowiową dziurę w brzuchu aż  wreszcie Patrycja uległa dla świętego spokoju…. tak przynajmniej mówiła. Wygrawszy jedną batalię przygotowała się do stoczenia następnej.  Tym razem z drugą pozornie nie zainteresowaną stroną, czyli z Karolem. Tu było trudniej, ale wreszcie się udało.

Powinnam zostać policyjnym mediatorem – powiedziała gratulując sobie. Zadowolona wsiadła do samochodu Karolka i ruszyli w kierunku Warszawy. Droga była urozmaicona, obfitująca w niespodzianki,  bo jaka inna może być gdy jedzie dwóch chłopców, których rozpiera energia?

Wreszcie dojechali.   Najpierw wysiedli chłopcy, których nie dało się zatrzymać wewnątrz ani o sekundę dłużej niż było to konieczne. Właściwie drzwi otworzyłyby się w momencie zatrzymania samochodu albo nawet przed, gdyby nie zostały przezornie zablokowane przez Karola. Wyskoczyli więc natychmiast gdy ojciec zwolnił blokadę i  Tymek zaczął biegać w kółko jak szalony.

– Tymek! Przestań! – krzyknął Karol.

– Daj mu spokój, niech gania – powiedziała Daria opuszczając auto. – Musi się jakoś wyładować po długiej jeździe.

Więcej nie zdążyła powiedzieć, bowiem rzucił się na nią potwór imieniem Olga.

– Mama! Nareszcie!

Tyle zdążyła usłyszeć zanim przygarnęła ukochanego „potwora” uciszając tym samym dalsze okrzyki. Z domku wyszła Patrycja. Znad córczynej główki Daria zdążyła dostrzec, że siostra jakoś dziwnie promienieje choć ma na sobie zwykłe dżinsy i kwiecistą koszulę zawiązaną w talii na supeł.. W miejsce codziennego warkocza leżącego zwykle grzecznie na plecach koński ogon wesoło podskakiwał  jej na czubku głowy.

– Witajcie podróżnicy  – zawołała. – Widzę, że chłopakom energii nie zabrakło. Myślałam, że będą wypompowani a oni, proszę bardzo, pełni werwy.

– Niestety – westchnął Karol. – Nie wiem czy dobrze zrobiłem przyjmując twoje zaproszenie, oni cię zamęczą…

– Cześć siostra – wtrąciła Daria nie chcąc dopuścić do wyjaśnień kto kogo zapraszał w jakim celu i kto był pierwszy . – Zlituj się nad spragnionymi i daj coś do picia. Wejdźmy do środka, nie będziemy się tu ściskać na ulicy…

– Wchodźcie, oczywiście, wchodźcie do domu, zapraszam – powiedziała Patrycja, a Daria spostrzegła, że spojrzeli sobie z Karolem głęboko w oczy…  jakoś tak … porozumiewawczo?

– Ciocia,  możemy tu zostać? – Tymek wciąż biegał wokół samochodu.

– Proponuję wejść do środka, zdążysz potem zrobić jeszcze te swoje tysiąc okrążeń – odpowiedziała z uśmiechem patrząc na zaróżowioną chłopięcą buzię.

– Skąd wiedziałaś? – zdumiał się.

– Ptaszki mi powiedziały, a może umiem czytać w myślach, bo jestem czarodziejką  – wyciągnęła rękę przytrzymując drzwi. – Wskakuj do środka.

Wiedziała od Olgi, że Tymek powiedział bratu, że kiedy dojadą obiegnie auto tysiąc razy, dlatego mogła zaskoczyć chłopca wiedzą, zastanawiając się czy chłopiec ma pojęcie ile to jest tysiąc i czy potrafi do tylu policzyć.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 14 komentarzy

Różności 🍂🍁18.XI.2025 🍁🍂

Nie pisałam o święcie 11 listopada, z niesmakiem i strachem patrzyłam na kolejny przemarsz przez Warszawę czegoś, co mi się kojarzy z hordami barbarzyńców, z płonącą stolicą – gdy na ekranie pojawiały się obrazy czerwonych dymów snujących się nad miastem, wijących się między budynkami…

… zdjęcie zrobiłam w czasie transmisji oglądanej w Lapku …

Zdecydowanie wolałabym przenieść święto na październik, gdy dzień dłuższy, pogoda inna i całość świętowania mogłaby być radosna nawet w Warszawie. Dzień 11 listopada wiąże się z Piłsudskim, jego przyjazdem, lecz… im więcej czytam o historii tym bardziej zmieniam zdanie na temat różnych wydarzeń i osób z przeszłości…  Podobałoby mi się święto obchodzone  7 października. A dlaczego akurat wtedy?  Dlatego –

„7 października 1918 roku z inicjatywy Zdzisława Lubomirskiego, w „Monitorze Polskim”, czyli organie, w którym do dnia dzisiejszego drukuje się obowiązujące akty prawne, w formie manifestu ukazała się Polska Deklaracja Niepodległości”.

🍀🍀🍀🍀🍀

Mówiłam, że zakochałam się we Fryci (czyli frytkownicy beztłuszczowej) od pierwszego użycia. Robię w niej bardzo często ziemniaki na obiad, piekłam bułki, ostatnio vege paszteto-pieczenie już kilka razy z takich składników jakie mi akurat wpadną w ręce. Na zimno mam to „coś” do chleba, na ciepło na obiad. Ten na jednym na zdjęciu był z ugotowanej kaszy jęczmiennej, jajek na twardo i surowych, cebuli usmażonej i surowej, namoczonego tostowego chleba plus oczywiście przyprawy. Na drugim z tofu, pieczarek, jajek na twardo i surowych, cebuli, bułki tartej i przypraw w dużej ilości. Jako bazę używałam także ryż ugotowany plus dodatki jak poprzednio. Gama możliwości jest ogromna, zależy od aktualnej weny kucharki 😊

… dużo masy mi wyszło (z kaszą) dlatego piekłam dwa razy w dwóch foremkach …

… ziemniaki kroję z plasterki i obsypuję obficie przyprawą do ziemniaków, czasem dodaję czosnek w suszonych płatkach, albo pokrojoną w piórka cebulę …

… jaśniejszy kolor pasztetu jest od tofu …

Calineczka piekła muffinki, sama wymyśliła, że mają być z czekoladą. Trzeba było uważać, żeby babcia D. nie dała Szilce.

… zgodziła się, by oprócz czekolady dodać jabłka …

Królowej Marysieńki przepis na sałatkę sprawdził się w 100%. To był por, kukurydza z puszki, jabłko plus sos z majonezu, jogurtu.

… nad podziw smaczna, mogę polecić z czystym sumieniem …

🍀🍀🍀🍀🍀

Nowa wersja „Lalki” budzi ciekawość. Myślę, że ze względu na obsadę przede wszystkim. Mnie się poprzedni Wokulscy nie podobali nie ze względu na grę aktorską oczywiście (ta bez zarzutu i godna podziwu), lecz po prostu panowie nie w moim typie byli i tu się Izabeli nie dziwię 😊 Natomiast nowy Wokulski, choć już babcią jestem, może mnie o szybsze bicie serca przyprawić, hihihi 😀 Z przyjemnością popatrzę. Dostałam od znajomych kilka zdjęć z planu, dzielę się z Wami z przyjemnością. 

🍀🍀🍀🍀🍀

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa.  Ciepłej jesieni mimo listopada życzę . Choć straszą załamaniem aury w domku może być miło, przytulnie z pyszną herbatą albo kawą w kubku. Mnie ostatnio najbardziej (rano) smakuje taka mieszanka: 2 łyżeczki rozpuszczalnej kawy, 2 łyżeczki Inki, 3 goździki – zalane gorącą wodą plus odrobina mleka, w dużym kubku.  Pozdrawiam ❤️❤️❤️

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 18 komentarzy

„Babie lato i kropla deszczu” – 70

Inga została przechwycona przez Sabinę. Wracała ze sklepu ze spuszczoną głową.

– A cóż tak idziesz „ze spuszczoną głową, powoli” jak ten „żołnierz z niemieckiej niewoli” – zacytowała podchodząc do przyjaciółki, bowiem akurat stała przy ogrodzeniu od strony uliczki  przetykając pędy dzikiego wina przez siatkę.

– A tak się zamyśliłam – spojrzała jakby obudzona z głębokiego snu.

– To chodź do mnie, obudzisz się z zamyślenia, wypijemy kawkę – kusiła sąsiadkę.

– Właściwie… czemu nie. I tak miałam do ciebie zajrzeć, żebyś mi wzór pokazała. Wiesz, na ten sweterek co zrobiłaś dla Kasinej Klarci. Mówiłam ci, że Honoratce chcę taki zrobić, podobno to teraz modne.

– To się dobrze składa, bo już ci rozrysowałam. Dobrze, że wcześniej mi o tym wspomniałaś to się sprężyłam. Zobacz – pokazała Indze zapiski na kartce. – A co z panią Walą? Widziałam, że się zataczała w ogródku, jakby nie mogła utrzymać równowagi.

– Zupełnie jak pijana, prawda? Wyobraź sobie, że znowu odmówiła przyjmowania leków. Nie ma sposobu, żeby ją zmusić. Chowa po kieszeniach, upycha w szafie, gdzie tylko jej przyjdzie na myśl, po czym nie pamięta. W ogóle w szafie zrobiła sobie skład spożywczy na jednej półce.

– Jak to?

– Chowa resztki jedzenia, niedojedzone kanapki, kawałki owoców, nawet kubki z herbatą, filiżanki z kawą.

– O matko – jęknęła Sabina.

– A część oczywiście zepsuta, zapleśniała. Dlatego, że odrzuciła leki to całe dotychczasowe leczenie poszło w las. Znowu się stała agresywna. Dwa czajniki spaliła. Ostatnio garnuszek, mój śliczny, zielony garnuszek, w którym gotowaliśmy wodę po ostatnim spaleniu przez nią czajnika. Wściekłam się!

– Wiem, to były dwa garnuszki, takie same, jeden litrowy, drugi mniejszy. Też mam takie tylko w groszki.

– Tak, te same. Mają tę zaletę, że bardzo szybko się w nich zagotowuje woda. To znaczy miał, ten litrowy, bo już się nadaje tylko na osłonkę na doniczkę.

– Ale jak to się stało?

– Podjechaliśmy do sklepu po cięższe zakupy, żebym nie musiała dźwigać, nawet tylko do wózka, bo biodro mnie boli. Normalnie odmawia współpracy.

– Byłaś z tym u lekarza?

– Nie. Boli nie pierwszy i nie ostatni raz. Łykam ibuprom, smaruję maścią i czekam aż przejdzie.

– Ale nie możesz zaniedbać, bo się skończy operacją.

– Przejdzie – machnęła ręką Inga. – Złego diabli nie wezmą.  Nie byliśmy długo. Starałam się jak najszybciej wrzucić do wózka sklepowego to, co zapisane na kartce. Feliks czekał w aucie razem z psiakami, żeby ich samych nie zostawiać. Ktoś mógłby pomyśleć, że siedzą długo i wybić szybę, żeby je ratować. Wszystko dobrze, tylko nie byłoby za co wstawić nowej.

– I co?

– Wróciliśmy, wzięłam część zakupów i weszłam do kuchni. Zwrócił moją uwagę jakiś dziwny dźwięk. Rozejrzałam się i zobaczyłam włączoną płytę, pusty zielony garnuszek podskakiwał na płycie! Rzuciłam się wyłączyć, sparzyłam się, bo wszystko było gorące. I płyta, i garnuszek, i szafka. Garnuszek popękany w środku, od dna odeszła emalia, dno się wygięło.

– A gdzie była pani Wala?

– Ona sobie siedziała u siebie!

– To niebezpieczne przecież!. I co ona na to?

– A nic. Obraziła się jak zwykle i skoczyła do mnie z pięściami krzycząc, że ja ją biję. Rozumiesz?  Do Felka krzyczała, że jest podły, że nie jest synem i takie różne… Wyobrażasz sobie jak on to przeżywa? Boję się o niego. Może nie powinnam się przyznawać, ale chwilami już nie mogę na nią patrzeć mimo, iż wiem, że to chory człowiek. Tak mi dopiekła! Czasem mi jej żal, gdy przez chwilę jest w miarę normalnie, a potem znów zieje nienawiścią, wyzywa mnie od najgorszych i znów moje uczucia wracają do normy…

– Bidulko…

– Doman podrzucił nam elektryczny czajnik. Wprawdzie u siebie w pokoju spaliła już dwie sztuki, ale ten będzie stał w kuchni. Przypomniałam też sobie, że płytę można zabezpieczyć, zablokować jak przed małym dzieckiem. Teraz blokujemy na noc i gdy wychodzimy z psami.

– O właśnie, dobry pomysł, ale czy ona nie odblokuje?

– Nie. Naciska wszystko jednocześnie, puka, stuka palcem we wszystko, a trzeba przytrzymać dłużej w jednym miejscu do odblokowania. Ona zbyt niecierpliwie i nerwowo naciska wszystko co się świeci. Nie uda się jej.

– Może tak być – zgodziła się Sabina. – Nerwowe zachowanie powoduje nasilenie splątania i złość.

– Żebyś wiedziała. Złość i złośliwość to jej sztandarowe cechy  na tę chwilę. Pokazała przy czajniku…

– Dlaczego przy czajniku? – zdumiała się Sabina.

– Powiem ci. Przyszła rano do kuchni i chciała w garnuszku wstawić wodę. Feliks szybko znalazł się w kuchni, stanął za nią i pyta, czy pamięta, że wczoraj spaliła garnuszek i ma się nie dotykać do płyty. Ona już się wściekła i z wykrzywioną twarzą zaczęła wymachiwać mu pięściami przed twarzą. Powiedział jeszcze spokojnie, że Doman przywiózł specjalnie dla niej czajnik elektryczny, żeby popatrzyła jak się go włącza. Z wściekłości aż pobladła, nie chciała nawet spojrzeć. Wreszcie usiadła na podłodze, oparła się o szafkę. Felek powiedział, że nie wyjdzie z kuchni dopóki ona nie spojrzy na czajnik. Odwracała ostentacyjnie głowę i wykrzywiała się cały czas pełna złości. To było koszmarne! Wreszcie po długim czasie podniosła się z podłogi. Odeszłam, nie mogłam na nią patrzeć, na tę wściekłość i nienawiść wylewającą się z takiej drobnej, trzęsącej się postaci. Rozmowa syna z matką w takiej konfiguracji jest potwornie trudna i przykra. Dla niego oczywiście, po niej spłynie jak woda po gęsi. Wygląda jakby z każdej podobnej, pełnej emocji i napięcia sytuacji, ona czerpała siły życiowe.

– Może tak jest, słyszałaś o wampirach energetycznych? Czytałam, że niektórzy starzy ludzie w ten sposób odbudowują własne siły, jakby nasycali się i przez pewien czas ciągną jak auto na oparach benzyny…

– Słyszałam, słyszałam. Coś w tym może i jest, jakieś ziarnko prawdy. Ale co z tego? Wiesz, Sabinka, chwilami mam dość wszystkiego i ręce mi opadają z bezsilności.  Nasze mieszkanie i to co w nim jest, w ogóle całe urządzenie domku  miało nam służyć do końca życia.  Sama zaprojektowałam kuchnię… Jaka dumna byłam, że taka ładna wyszła. A teraz teściowa niszczy wszystko po kolei. Płyta jest cała porysowana, szufladę pod płytą spaliła od razu na dzień dobry, to znaczy listwy od frontu, nie panując nad temperaturą płyty. Wtedy też się zorientowałam, że nie potrafi zrobić naleśników. Do ciasta lała wodę z kranu bez opamiętania, odlewała do zlewu, w ogóle dziwnie się zachowywała. Nie dało mi to do myślenia, nie myślałam, że może być chora, w życiu by mi to wtedy do głowy nie przyszło. Uważałam, że jest wredna tak jak o mnie mówiła, bo przecież każdy sądzi według siebie…  Teraz blaty kuchenne obłożyłam szklanymi deskami do krojenia, żeby je zabezpieczyć i uchronić przed dalszą dewastacją, zdążyła je już  pokaleczyć… Całe szczęście, że akurat były w Biedronce i kupiłam te płyty, deski szklane właściwie. Są w strasznym stanie, identycznie  wyglądałyby blaty, gdybym ich nie przykryła. A tak się cieszyłam z pięknych blatów!

– Bo i pięknie tę swoją kuchnię wymyśliłaś.

– Ja ją sobie wyśniłam kochana Sabinko, wyśniłam! A tymczasem podłoga w kuchni nosi ślady upadku czegoś ciężkiego, może stalowego garnka? O tłuczeniu talerzy to nawet szkoda mówić. Owszem, każdemu się zdarzy. Tylko… ona jakby specjalnie brała elementy od kompletu, na przykład od świątecznego serwisu mojej mamy.  Łazienkę miała taką piękną i zniszczyła ją, tak samo panele na podłodze, okna balkonowe, żaluzje w salonie! Wszystko psuje i niszczy do czego tylko się dotknie. Wiem, powinnam jej dawać coś do zrobienia, żeby ją zająć. Dawałam jej do krojenia na drobno obierki ziemniaczane czy marchewkowe, żeby potem podsypać pod iglaki. Ale ona i tego nie potrafi pokroić na drobne kawałeczki. I sypie zawsze nie tam, gdzie mówię, żeby wysypała. Ogólnie – nie mam do niej siły. Nie kończyłam pedagogiki specjalnej i nie potrafię się z nią porozumieć.

– Współczuję ci, Inga, bardzo ci współczuję. Jak mogłabym ci pomóc? Jest jakaś możliwość?

– Ostatnio Felek pojechał na badania – ciągnęła Inga. – Ona do mnie wyskoczyła z jakąś pretensją. Nie wytrzymałam i wybuchłam. Że nie interesuje się jego zdrowiem i nie spyta jak się czuje własny syn, że jej nic nie obchodzi co się w domu dzieje… I tak się nakręciłam, bo ona zaczęła się na mnie drzeć, że jej wypomniałam i to, że złodziejkę ze mnie robi, i to, że mnie wyzywa od najgorszych …no, wyrzuciłam z siebie wszystko…prawie … co mi siedziało na wątrobie. I o kablach uciętych od dwóch ładowarek, i o lampie, która prąd wywalała, … a ona patrząc na mnie wzrokiem Bazyliszka powiedziała:  ty to wszystko robisz, nie ja! Złapałam trochę oddechu i mówię, że nie ona tu jest ważna ani ja tylko Felek. O niego trzeba dbać, troszczyć się o jego zdrowie, bo on jest najważniejszy. Próbowałam ją nawet przytulić, ale  zrobiła się sztywna  jak żelazna szyna. Nawet kawę jej zrobiłam, posadziłam przy stole, żeby może jakoś spokojnie z nią porozmawiać. Nic, jak grochem o ścianę. Więc się wściekłam i powiedziałam: a idź sobie,  małpo jedna. I wcale mnie nie obchodziło, ze może usłyszeć. Nawet miałabym mściwą satysfakcję choć wiem, że nie powinnam. Ale pewnie nie słyszała. Zresztą, nawet gdyby – to za chwilę o niczym by nie pamiętała. I tak pewnie było. Zeszła na dół jakby  nigdy nic, a ja się trzęsę drugi dzień.

– Co ja ci powiem, kochana? – Sabina ze współczuciem spojrzała na przyjaciółkę. – Jeśli wymyślisz jakiś sposób, żebym mogła ci pomóc, to mów natychmiast.

– Sabcia, ty mi już pomogłaś wysłuchaniem moich wynurzeń. Nic innego zrobić się nie da. Wyżaliłam się i już mi lepiej.

– Inga, ja się napatrzyłam, co Kasia miała z panią Wacią, czyli ze swoją teściową. Dlatego wiem co przeżywasz ze swoją.

– To jak w kabarecie: „pchamy swoje taczki” – skinęła głową Inga. – Ano, nie ma wyjścia, trzeba pchać i tyle. Zobacz jak drobiazgi, zdawałoby się, potrafią zatruć życie.  Na przykład jak robi sobie herbatę czy kawę, a dodam, że drugą, bo pierwszą dopiero co zaniosła do siebie i zeszła znowu,  to łyżeczkę brudną wkłada do szufladki albo do umytych na suszarkę stawia. Sięgasz potem po łyżeczkę i wyciągasz brudną, klejącą się. Drugi przykład: za każdym razem gdy wyjdzie z kuchni muszę wejść, umyć, wytrzeć po niej bo nabrudzi, nakruszy, rozleje i tak zostawia. Tak jest ze wszystkim. O, na przykład z praniem. Mówi, że nic nie ma do prania. A ręczniki? – pytam. Wzrusza ramionami. Zaglądam przez drzwi, bo przecież nie wchodzę do niej, a tam jeden ręcznik wisi na osłonce od wanny, ten sam od nie wiadomo kiedy. To w co ty się wycierasz? – pytam. I tu jest różnie. Mogę usłyszeć: ale ty jesteś podła! Albo: nie wiem, albo nic nie usłyszę, bo nie jestem godna usłyszenia jej odpowiedzi.

– Domyślam się, że opowiadasz  mi jedynie wybrane fragmenty z życia z teściową.

– Dobrze się domyślasz. Nie sposób wszystkiego zrelacjonować ani spamiętać.

– Kaśka też tak mówiła – Sabina wyjrzała przez okno dostrzegłszy jakiś ruch. – O, moje dziecko przyjechało.

– U mnie Honorcia jest od kilku dni, od razu lepiej na duszy jak dziecko jest w domu. A zauważyłam, że twoje dziecko ostatnio takie uśmiechnięte, aż miło popatrzeć

– Sama jej nie poznaję. Obiecała Patrycji, że zawiezie ją z siostrzenicą do Czerska na zamek.

– O, to może moja wnusia też się załapie – ucieszyła się Inga.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 6 komentarzy

🍁🍁O Lidii Wysockiej 🍁

Czasem przy dobrej pogodzie idę z Szilunią przez lasek i nie skręcamy w stronę Julianowskiej lecz w przeciwną, potem w prawo i uliczką Poziomkową dochodzimy do trasy prowadzącej w stronę Konstancina. Obecnie trwa remont, więc wykopki, rozkopki, błoto, sterty ziemi i płytek urozmaicają spacer. Sama jezdnia już jest gotowa, auta jeżdżą, mają być chodniki i ścieżka rowerowa. Aby sprawdzić postęp robót najlepiej wybrać się w sobotę lub niedzielę, żeby niespodziewanie nie natknąć się na przeszkodę nie do pokonania w postaci wielkiego potwora-spychacza blokującego przejście. Ja się wszelkich takich potworów boję i wolę się nie narażać.  Odwracając się w stronę przeciwną do Konstancina mamy po prawej stronie posiadłość ogrodzoną i szczelnie osłoniętą przed oczami ciekawskich przechodniów. Szczęśliwcom czasem uda się trafić na moment kiedy brama jest odsłonięta (otwarta rzadko) i można  „zapuścić żurawia” do środka. Ukazuje się wówczas owemu szczęśliwcowi śliczny pałacyk. Jeśli ktoś się zainteresuje tajemniczym obiektem może się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Między innymi tego, że należał do pięknej polskiej aktorki Lidii Wysockiej.

… wysokie, szczelne ogrodzenie posiadłości…

… brama znajduje się na wprost pałacyku … …

O LIDII WYSOCKIEJ

„Lidia Wysocka (1916–2006) była jedną z najwybitniejszych polskich artystek XX wieku — aktorką teatralną, filmową i estradową, a także piosenkarką i twórczynią kabaretową. Przez wiele lat mieszkała w Chyliczkach, gdzie prowadziła życie prywatne z dala od blasku reflektorów.

W latach 1935–1939 wystąpiła w kilku filmach, w tym w „Gehenna”, „Papa się żeni”, „Serce matki”, „Doktor Murek”, „Złota maska”. W czasie okupacji hitlerowskiej była związana z kabaretem literackim „Na Antresoli” oraz prowadziła Kawiarenkę Artystów Filmowych w Warszawie. Po wojnie współpracowała z warszawskimi teatrami, takimi jak Teatr Polski, Teatr Buffo, Teatr Syrena oraz Teatr Nowy.

W 1948 roku wyszła za mąż za aktora i reżysera Zbigniewa Sawana, z którym miała syna Piotra Nowakowskiego

W 1956 roku założyła i przez 10 lat prowadziła kabaret Wagabunda, który stał się jednym z najważniejszych ośrodków piosenki literackiej w Polsce. Na jego scenie występowali m.in. Wiesław Michnikowski, Jeremi Przybora, Maria Koterbska, Edward Dziewoński, Jacek Fedorowicz i Bogumił Kobiela.

Była związana z Polskim Radiem przez niemal całe życie, prowadziła programy oraz prezentowała felietony i słuchowiska.

Spoczywa na cmentarzu komunalnym w Piasecznie.

Lidia Wysocka pozostaje symbolem wszechstronności i elegancji w polskim teatrze i kabarecie.”

Artykuł O LIDII WYSOCKIEJ pochodzi z serwisu Centrum Kultury w Piasecznie.

O tym jak wyglądało życie w pałacyku przeczytałam w „Nekropolis 2” Marka Nowakowskiego, pt. „Chyliczki”.    Nekropolis 2

Stamtąd się dowiedziałam, że mieszkańców pałacyku łączyła zażyła znajomość z mieszkańcami domu położonego po przeciwnej stronie ulicy, ze znaną rodziną Bursche. Dom stoi do tej pory, mnie przywodzi na myśl kadry ze starych, przedwojennych filmów. O historii rodu przeczytałam tu:  Spuścizna architekta w Polsce i na Białorusi – Kresy24.pl – Wschodnia Gazeta Codzienna

Lidia Wysocka pochowana jest wraz ze swoim synem na cmentarzu obok którego często z Szilunią przechodzę.

… spacer przed wschodem słońca,  po lewej – ogrodzenie cmentarza …

Chciałam pójść zrobić zdjęcie miejsca wiecznego spoczynku pięknej Lidii, lecz wyjść nie mogłam, babcia D. wstała wcześniej, MS odsypia kolejną nieprzespaną noc. Poratowała mnie Natalka, prawowita opiekunka Franka 🐈‍⬛ 🙂 Wracając z przedszkola z młodszym synkiem zboczyła nieco z drogi i zdjęcia zrobiła. Dzięki niej mogę pokazać stan z dziś, z samego rana.

Temat akurat nawiązujący do zbliżającego się Święta Zmarłych, okazja do wspomnienia tych, którzy odeszli, a nie należąc do naszych najbliższych nie są często wspominani🕯️

🍁🍁🍁🍁🍁🍁🍁🍁🍁🍁🍁

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa. Życzę bezpiecznej drogi i spokojnego powrotu do domu tym, którzy wyjeżdżają odwiedzić groby bliskich, a wszystkim zdrowia 🍁❤️🍁

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 22 komentarze

„Babie lato i kropla deszczu” – 69

Następnego dnia pani Bernarda zdziwiła się zobaczywszy obok furtki drobną dziewczęcą figurkę.

– Dzień dobry – grzecznie odezwała się figurka i zawahała się, jakby miała zamiar czmychnąć.

– Dzień dobry – odpowiedziała starsza pani. – Czy to nie ty byłaś wczoraj z tą całą gromadką i listami?

– Tak, to ja, tylko… ja chciałabym… chciałam… – tu cała odwaga opuściła Olgę i naprawdę miała chęć uciec gdzie pieprz rośnie.

– Widzę, że masz ochotę coś powiedzieć. Nie krępuj się skarbie.

– Bo…ja znam pani wnuków  Szymka i Tymka…

– Prawnuków… ale  to niemożliwe – zdziwiła się pani Benia, – oni mieszkają w Krakowie.

– Ja też, chodzimy z Szymkiem do jednej klasy i mieszkamy w sąsiednich blokach.

– Ach tak, jaki ten świat mały – starsza pani z zadziwieniem pokręciła głową.

– Ja przyszłam do pani… bo… bo…  Szymek mówił, że… że jego mama u pani mieszkała, kiedy była mała, że … – spuściła główkę całkiem już niepewna co chciała, a czego nie.

– Wejdź do domu – pani Benia zaprosiła dziewczynkę do środka. – Widzę, że to poważna sprawa, a takich nie omawia się na ulicy.

Olga nieśmiało rozejrzała się po pokoju, do którego wprowadziła ją starsza pani. Miała wrażenie, że znalazła się na planie filmu, którego akcja toczy się dawno temu.

– Wejdź dalej, nie krępuj się – pani Benia lekko dotknęła ramienia dziewczynki. – Czemu się tak przyglądasz?

– Bo tu wygląda jak na starym filmie – odpowiedziała.

– Urządziłam sobie ten pokój prawie tak samo, jak wyglądał mój salon w Warszawie, jestem sentymentalna.

– To pani nie mieszkała tutaj od zawsze? – odważyła się zadać pytanie.

– Nie, przecież to są stosunkowo nowe domy. Po śmierci męża sprzedałam mieszkanie i kupiłam ten domek. Jest mały i akurat w sam raz dla mnie, mam ogródek i spokój, tak jak chciałam. A czemu pytasz?

– Bo się zdziwiłam, że pani mieszka niedaleko mojej cioci Patrycji…

– Domyślam się, że przyjechałaś do cioci na wakacje. A wiesz, że Szymek i Tymek przyjadą do mnie?

– Wiem – uśmiechnęła się Olga i pani Benia zobaczyła jak śliczny uśmiech ma jej niespodziewany gość i jakie urocze dołeczki. – Szymek miał nad tym popracować, tak się umówiliśmy…

– Aha, rozumiem… uknuliście spisek – uśmiechnęła się. –  Masz ochotę na lody? Pewnie, że masz, chorego się pytają… Musimy sobie trochę pogawędzić. Poczekaj moment.

Pani Benia wyszła. Po chwili wróciła niosąc dwa pucharki z lodami.

– Proszę, waniliowe i śmietankowe, takie mam, bo takie najbardziej lubię.

– Ja też – ucieszyła się Olga. – Ja też najbardziej lubię białe.

– To się dobrze złożyło – powiedziała pani Benia podając Oldze pucharek . – Weź, skarbie łyżeczki, są w tamtej szufladce…

Olga otworzyła wskazaną szufladkę, wyjęła dwie łyżeczki i stała nieruchomo przyglądając się fotografiom stojącym na komódce. Pani Benia z sympatią obserwowała dziewczynkę nic nie mówiąc przez chwilę, wreszcie odezwała się przerywając ciszę.

– Podaj mi, z łaski swojej, tamtą fotografię z komódki. Tę w jasnej ramce. O tak, o tę mi chodziło, dziękuję. Popatrz na tę dziewczynkę. To moja wnuczka Zytka. Miała pięć latek, kiedy mój mąż zrobił to zdjęcie. Dokładnie pamiętam tę chwilę…  Była takim słodkim dzieckiem… ale zawsze miała własne zdanie, nie chciała się podporządkować, musiała na swoim postawić, taka się urodziła. Widzisz sukienkę, w którą jest ubrana? Bardzo ją lubiła. Uparła się, że nie chce zdjęcia w innej, założy do fotografii tę i założyła. Dlatego zapamiętałam. Ślicznie tu wygląda, prawda?

– Tak – przytaknęła Olga. –  Jest podobna do Tymka – zauważyła.

– Kiedy wyszła za mąż i urodziła dzieci byłam przeszczęśliwa – ciągnęła pani Benia jakby do siebie. – Myślałam, że się ustatkuje, zmieni. Nawet tak było na początku, ale potem prawdziwa natura wzięła górę, bo Zytka… bo … oglądałaś reportaże „Kobieta na krańcu świata”?

– Widziałam niektóre, szczególnie okropne było o tym, że w Afryce zabijają dzieci, które się urodzą z białą skórą, albo ucinają im ręce na jakieś amulety… Straszne.

– Masz rację, straszne. Ale chciałam powiedzieć co innego… Czasem powołanie jest dla kogoś ważniejsze niż wszystko inne. Człowiek czuje przymus do robienia czegoś, jak właśnie pani Martyna do podróży i relacjonowania zdarzeń z dalekiego świata. I nie może się temu oprzeć… Albo Agnieszka Osiecka – powiedziała i przerwała przypominając sobie, do kogo mówi. – Ale, ale ty mnie nie bez powodu wyciągnęłaś na zwierzenia, prawda? Nie mylę się?

– Taaak… bo… ja chodzę z Szymkiem do klasy…

– Wspomniałaś już – uśmiechnęła się babcia Benia. – I lubicie się? No tak, pewnie, inaczej byś o tym nie mówiła.

– Tak, bo… Szymek rozumie co ja przeżyłam, co czuję, bo… proszę pani… mnie tata tak zostawił jak chłopców ich mama…

– Biedactwo – szepnęła pani Benia i pogłaskała jasną główkę dziewczynki. – I chciałaś o tym porozmawiać. Tak?

– Szymek mówił, że chociaż pani jest właściwie prababcią, a nie babcią, to lubi z panią rozmawiać, bo pani mu daje takie… no… to… poczucie bezpieczeństwa. I że to pani mu wytłumaczyła dlaczego tak się stało. I on teraz wie, że pani Zyta, no, mama, ich obu bardzo kocha, ale to „coś” jest silniejsze od niej, taka się urodziła i taką ją trzeba kochać… bo to się nie zmieni…

– Milo mi, że Szymuś ma o mnie takie mniemanie… – babcia Benia zamrugała powiekami.. – Skarbie, najtrudniejsze są pierwsze chwile… zmiany, szczególnie nagłe, nigdy nie są łatwe, tym bardziej dla dzieci – powiedziała z zadumą w głosie. – Przychodzi wam szybciej dojrzewać, dorastać… Na usprawiedliwienie mojej wnuczki mogę powiedzieć, że troszczy się o przyszłość swoich dzieci, poczyniła już pewne kroki dla jej zabezpieczenia – powiedziała jakby bardziej do siebie niż do wpatrzonej w nią Olgi.

– Szymek mówi, że z każdej podróży mama przywozi im prezenty i opowiada o przygodach, jakie się jej przytrafiły. Ale na co dzień opiekuje się nimi tata.

– Taaak, bywa tak, że życie jednostki odbiega od oczekiwań innych… A Karol jest wspaniałym tatą, nie ma lepszego na świecie – z całym przekonaniem powiedziała pani Benia. – Szkoda, że Zytka nie doceniła jaki to skarb…  Mam nadzieję, że jeszcze znajdzie swoje szczęście, bo mu się to należy – dodała ciszej, jakby do siebie.

Długo jeszcze rozmawiały obie panie, które dzieliły pokolenia, lecz zupełnie niespodziewanie okazały się „pokrewnymi duszami” jakby to określiła Ania Shirley z Zielonego Wzgórza. Olga opowiedziała o swoich przeżyciach, o uczuciach i przemyśleniach, o których nie mówiła mamie nie chcąc jej przysparzać dodatkowego stresu, tylko z Szymkiem nimi się dzieliła. Pani Benia potrafiła zajrzeć do dziecięcej duszyczki, odczuć udręczenie, obawy jakie ją przepełniały, ukoić słowami właściwie dobranymi do wieku i stanu emocjonalnego swojej rozmówczyni.

Rozmowę przerwał dzwonek domofonu.

– O, ktoś idzie – zdziwiła się pani Benia. – Kto to może być?

Wyjrzała przez drzwi. Zobaczyła dwa psy, z którymi się wczoraj zaznajomiła i dwie dziewczynki, tak jej się przynajmniej zdawało, z których jedna miała długi, jasny warkocz.

– Dzień dobry – odezwała się ta z warkoczem. – Bardzo panią przepraszam za najście, ale szukam siostrzenicy. Nie odbiera telefonu, jestem tym zdenerwowana. Honoratka – tu wskazała na drugą dziewczynkę – mówiła, że się tu wybierała i przyprowadziła mnie…

– O, ciocia – wykrzyknęła Oluśka. – Przepraszam, komórka mi zdechła, nie zauważyłam.

– Dzień dobry – odpowiedziała Patrycji pani Benia. – Pani jest ciocią Olgi? Prędzej wzięłabym panią za jej siostrzyczkę. Ileż to dzieciaki potrafią zamieszania sprawić. Miło mi panią poznać…

Zupełnie niespodziewanie wywiązała się między paniami rozmowa, przeszła w miłą pogawędkę i minęło sporo czasu zanim Patrycja, Olga, Honoratka oraz Zorka i Zadzior udali się w drogę powrotną przez lasek.

– Oluśka, myślałam, że umrę z nerwów – mówiła Patula. – Jak mogłaś mi nie powiedzieć, gdzie idziesz? Dzwonię, dzwonię i nic. Zniknęłaś, kamień w wodę! Szukałam cię u Amelki i dopiero Honorcia mi powiedziała gdzie byłyście wczoraj. I o tym, że miałaś zamiar wybrać się do pani Beni.

– No, głupio wyszło, ale się zestresowałam i nie sprawdziłam komórki. A potem już całkiem zapomniałam. Przepraszam.

– Dobrze już, dobrze, że nic się nie stało, jesteś cała i zdrowa. Reszta nieważna.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Babie lato i kropla deszczu, Powieści | 3 komentarze