Czas morza i czas gór

Gdybym teraz miała urlop i spędzałabym go nad morzem to byłabym nie tylko zła jak osa ale wściekła jak stado szerszeni. Po to jechałam (za młodu) nad morze, żeby się opalić na brąz, żeby się smażyć na plaży ewentualnie przechadzać się wzdłuż fal brodząc w wodzie i myśleć o niebieskich migdałach. Każdy dzień pozbawiony słońca był klęską zroszoną łzami rozczarowania. Tak było. Z czasem zmienia się kąt spojrzenia na świat, inne sprawy zyskują na wartości i stają się ważne. Najbardziej na zmiany wpływają narodziny dzieci, już nigdy potem nie jest tak samo. One stają się najważniejsze na świecie, przynajmniej dla mnie były i są. Ich dobro, ich zdrowie, zabawy, zajęcia, jedzenie takie, żeby im smakowało. U mnie Duży był niejadkiem przez pierwsze lata swego życia, nakarmić go było sztuką wymagającą pokładów cierpliwości, które przecież nie są niewyczerpane. Miał 4 latka kiedy się przenieśliśmy na Ursynów a tata jeszcze jakiś czas potem wyciągał z różnych zakamarków resztki jedzenia schowane przez mojego syneczka 🙂 Mały z kolei jako bezglutenowiec całkowity wymagał stosowania ścisłej diety i osobnego przygotowywania potraw w okresie pustych półek w sklepach. Pamiętam wciąż drżenie serca i strach, że nie będę miała dziecka czym nakarmić. Duży w razie czego przeżyje o chlebie i wodzie ale Mały nie! Teraz jest taka masa produktów bezglutenowych, moda wręcz nastała na dietę a wtedy zdobycie zwykłej mąki kukurydzianej było problemem, takiej najzwyklejszej. Do tej pory nie znoszę jej zapachu.
O proszę, jakie to mnie wspomnienia dopadły. Może dlatego, że znowu śnił mi się Tenczynek, wakacje u babci oraz nad morzem. Pokazują często w tv wybrzeże Bałtyku z racji wakacji, więc zapewne dlatego mi się przyśniło. Nad morze najbardziej lubiłam jeździć do Świnoujścia. Kołobrzeg też dobrze wspominam. To były czasy kiedy sporo ruin jeszcze się zachowało a dla dzieci stanowiły fantastyczne miejsce zabaw, lepszego nie trzeba było. Plac na którym stoi ratusz był zupełnie pusty,wszystko poza ratuszem i kościołem   zburzono podczas działań wojennych. Kiedy pojechałam z koleżanką na wczasy zostawiając tacie chłopców i Rolfa na działce w lesie, w ogóle nie mogłam poznać miejsc w których bywałam w dzieciństwie. Przeurocze kolorowe, malownicze kamieniczki zajęły miejsce ruin, w ogóle zachwycona byłam miastem, to był koniec lat osiemdziesiątych, nie pamiętam dokładnie roku. W każdym razie co wieczór chodziłyśmy na tańce i wytańczyłam się wtedy za wszystkie czasy 🙂

Ponieważ wszystko ma swój czas i swoją porę, mój czas morza się skończył i przyszedł czas gór 🙂

Teraz kocham takie widoki – ten jest z kolejki linowej na Palenicę a właściwie z Palenicy, oczywiście w Szczawnicy 🙂

Patrząc – od razu całą duszą przenoszę się w Pieniny 🙂

Kocham takie cudowne przestrzenie

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze

Prąd odzyskany

Dwa dni były wolne od upału i od razu zrobiło mi się zimno. W piątek nawet długi rękaw i skarpetki zakładałam, bo mnie trzęsło od środka. Widocznie organizm dostosował się do wysokiej temperatury a tu nagle szok, spadła z 38 na 19!
Jeśli chodzi o Skitusia on chce leżeć i spać o każdej porze, taki z niego śpioch pospolity. Szilka nabrała większej energii, zaczepia go, prowokuje do zabawy, czasem nawet uda jej się zmusić leniucha do przebiegnięcia się. I wtedy ciapkowi pojawia się szeroki uśmiech na mordce, taki od ucha do ucha. Kiedy tak biegnie równym krokiem jest piękny, zgrabny, ruchy ma niesamowicie harmonijne, ale żeby tak wyglądać musi się dobrze rozpędzić (jak stara Wołga, kto pamięta ten samochód?). Normalnie człapie jak stary safanduła, niezgrabnie niczym jaszczur. Z kolei kiedy się bawi z Szilką, skacze, podbiega, warczy i udaje walkę – z daleka można go wziąć za szczeniaka z rozwianymi uszami, klapiącymi przy każdym podskoku. Jest rozczulająco ciapowaty. Jeśli jeszcze spojrzy tymi swoimi wielkimi ślepiami to uzyskuje co tylko chce. Więc ciapowatość jest pozorna, przykrywa spryt 🙂
Szilunia – wytrwale odchudzana – na oko jeszcze wagi nie zgubiła lecz odzyskała trochę werwy i szybkości, która była jej właściwa 5 lat temu, bo tyle mieszka z nami. Wciąż nie mogę się nadziwić jaka ona mądra i rozumna jest, nie do porównania z moimi poprzednimi psami – kochanymi dotąd i na zawsze, żeby nie było wątpliwości. Rolf był przyjacielem, Browek wiecznym dzieckiem, a ona jest po prostu kobietą 🙂
Przypomniała mi się chwila kiedy zostałam babcią i wreszcie miałam do czynienia z dziewczynką po moich chłopakach kochanych. Różnica zauważalna była od pierwszego spojrzenia maleńkiej kobietki 🙂 Wszakże my jesteśmy z Wenus, panowie z Marsa i to widać. Raz mniej raz więcej ale widać.
W niedzielę wrócił upał od samego wczesnego ranka i pokrzyżował mi plany. Chciałam na chwilę do Wilanowa podjechać, niestety przy tej temperaturze ani Męża ani psiaków męczyć nie będę, cała trójka źle znosi upał. W związku z tym, że czasu nagle mi przybyło, tego zaoszczędzonego na „niewyjechaniu”, zrobiłam na obiad pieczeń z pieczarek i kaszy orkiszowej a do niej sos pieczarkowy. Kaszę miałam ugotowaną, udusiłam tylko utarte pieczarki, cebulkę podsmażyłam i upiekłam. Wyszło bardzo smaczne danie. Do tego ziemniaki i surówka z kapusty pekińskiej, pomidora, ogórka konserwowego (dla ostrości), czerwonej cebulki i rodzynek. Mąż chwalił, babcia D. nic nie mówiła, dziobała widelcem w talerz ale wreszcie zjadła, kiedy Mąż zaczął chwalić 🙂
Po obiedzie usiadłam na chwilę odetchnąć a tu pyk i prąd znikł! O kurczę! Od razu w głowie przerażające myśli gonią jedna drugą. Co to będzie? Nie ma na czym wody zagotować a natychmiast chce się kawy (o przewrotna ludzka naturo!). Wody mineralnej jedna butelka została i co? Kranówkę pić? A jak zaszkodzi na surowo? Lodówka!! Rany koguta, lodówka się rozmrozi i wszystko się zepsuje w taki upał! A jak to u nas coś się zepsuło i trzeba będzie zapłacić kupę kasy za naprawę? A może to już koniec świata? Wystarczy odciąć prąd i leżymy wszyscy! Może wybuch w elektrowni bo jakiś idiota bombę podłożył? Przecież nie sprawdzę co się dzieje ani w tv ani w necie bo nie ma prądu! Komórka się zaraz rozładuje i nie zadzwonię do dzieci!!! O matko!!! Zanim okiełznałam tę myślową galopadę prąd włączyli…

Piwonie specjalnie dla Magdy z najlepszymi życzeniami 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 2

W niedzielny poranek Teresa Olszyńska-Zacharska zastukała do drzwi swego dawnego mieszkania. Aldona natychmiast otworzyła spodziewając się miłego gościa.

– Wyłączyłaś domofon? – spytała zdejmując buty i kurtkę. – Daj mi jakieś kapcie, nie lubię chodzić boso.

– Przecież nie kazałam ci ściągać butów.  Nie, nie wyłączyłam, sam się zepsuł.

– Nie będę łaziła po chałupie w oblepionych błotem butach. Znowu się zepsuł?

– To wytrzyj, nie będą oblepione. Znowu.

– Głupia jesteś? Wyjrzyj przez okno. Deszcz  ze śniegiem leci z nieba, wiatr go wpycha pod czapkę i za kołnierz. Ohyda! Ale z ciebie śpioch, pewnie dopiero wstałaś i dlatego nic na oczy nie widzisz. Gdybym się z tobą nie umówiła na pewno do południa gniłabyś w łóżku – gderała wesoło odpinając Maksowi smycz.

Maks przywitał się z ciotką Doniczką po cichutku, bez jednego szczeknięcia za to  zawzięcie machając ogonem.

– Co zrobiłaś z psicą? – rozejrzała się Teresa.

– Bronek schodził z góry ze Zbójem i wziął ją ze sobą. Jestem mu ogromnie wdzięczna, że nie musiałam wychodzić w taką pogodę. Brr, nie znoszę zimy.

– Ty leniuchu, wstydziłabyś się tak wykorzystywać biednego Bronusia – zrzędziła dalej Teresa bez ceremonii pakując się do kuchni. – Ooo, a to co? Muszę szerzej otworzyć oczy, bo nie uwierzę. Czekaj, wyjmę z torby patrzałki.

Założyła okulary z uśmiechem przyglądając się dzbankowi świeżo zaparzonej kawy, odetchnęła głęboko napawając się aromatem i usiadła na taborecie w ulubionym kąciku między stołem a lodówką.

– Sama piekłaś ciasto? – spytała z niedowierzaniem. – Coś ci się stało? Doniczko, myślę, że nie zadałaś sobie tyle trudu specjalnie dla mnie.

– Ależ oczywiście, że nie, nie myśl sobie za wiele – uśmiechnęła się Aldona siadając przy stole. – Sergiusz miał wpaść wczoraj wieczorem na chwilę… ale widocznie nie mógł… Upiekłam ciasto…  Zawiozłam po południu dziewczynki do teściów… dlatego ocalało, bo Stokrotki pożarłyby do tej pory wszystko, do ostatniej okruszyny.

Teresa uważnie przyjrzała się poszarzałej nagle, posmutniałej przyjaciółce, która gestem pełnym rezygnacji złożyła dłonie na kolanach i opuściła głowę. Ze zdziwieniem, żalem a następnie ze wzbierającą złością zauważyła, że jej piękne włosy są poprzetykane mnóstwem srebrnych nitek. Jeszcze niedawno nie było ani jednej! Jej, Teresie, los tego oszczędził. Wciągnęła powietrze głęboko w płuca.

– I bardzo dobrze, że  nie mógł – zaczęła.- Jak ty wyglądasz? Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Chcesz jedynego brata mojej przyjaciółki wpędzić do grobu? Ma w domu własną czarownicę a ty chcesz jej robić konkurencję udając jeszcze większą jędzę niż ona?Baba jędza, straszydło, czupiradło!  Pokazałabyś mu się z takimi włosami? Mało ma kłopotów, żebyś mu dokładała nowe?

– Dlaczego? – zdziwiła się jeszcze bardziej Aldona i tak już zdziwiona lawiną słów padających z ust przyjaciółki.

– Bo jak zobaczy taką starą babę z siwym łbem od razu pomyśli, że przez niego tak przedwcześnie zwiędłaś, że on jest przyczyną twojego nieszczęścia. A przecież nie musi teraz wiedzieć, że to prawda, mam rację? No i zemrze zanim zdąży doczekać lepszych czasów. Tego byś chyba nie chciała?

– Oczywiście, że nie.

– No! Dobrze, ze rozumiesz. Dlaczego tu tak cicho? – zastanowiła się Teresa. – Aha, bo dzieci i psicy nie ma – sama sobie odpowiedziała.

– Tina już jest – podniosła się Aldona ze stołeczka słysząc dochodzące z korytarza szczekanie, na które basem odszczeknął Maks.

W drzwiach stanął Bronek, do mieszkania wpadła Tina radośnie witając się z Maksem, za nią malutka Busia, miniaturowa jamniczka, piskliwym głosikiem oszczekująca olbrzyma. Zbój został za drzwiami spokojnie przyglądając się całemu szaleństwu.

– O, pani Zacharska – udał zdziwienie. – A pani tu skąd?

– O, pan Gawłowski – zrewanżowała się tym samym i parsknęła śmiechem. – Cześć Broneczku. Znowu masz Busię w domu?

– Wziąłem małą, bo mama nie czuje się zbyt dobrze i lepiej, żeby nie wychodziła w taką pogodę. Później odprowadzę ten dodatek do psa – uśmiechnął się szeroko patrząc na jamnisię. – A ty? Co tu robisz skoro świt? Budzika w domu nie masz, nie wiesz, która godzina? Porządni ludzie o tej porze w niedzielę śpią a nie budzą sąsiadów.

– Właśnie, że mam budzik, czerwony, od Magdy w prezencie zresztą. I to jego wina, że wstaję wcześnie. Nie znoszę żadnego przymusu. Sama się budzę i wstaję zanim zadzwoni. Robię to z własnej i nieprzymuszonej woli, Broneczku, a nie dlatego, że on mnie budzi – wytłumaczyła wywołując wesołość Bronka i gospodyni.

– A widziałaś mojego nowego poloneza? – spytał Bronek uśmiechając się z dumą.

– A widziałam twojego nowego poloneza, widziałam. Wspaniale się prezentuje.

– Chyba polonez powinno być, kogo, co… chyba… – nieśmiało zauważyła Aldona.

– Coś ty – obruszyła się Teresa, – przecież to członek rodziny, więc: kogo i już.

– Musiałem odsunąć siedzenie do tyłu. Nie mieszczę się – poskarżył się Bronek.

– Za duży jesteś, skarbie. Kup sobie jakiś reklamowany środek na spadek wagi…

– No wiesz, gdybyś mnie trochę lubiła, to byś powiedziała, że mam za krótki samochód –   powiedział z żalem – Wystarczy, że mnie Danusia od miesiąca odchudza. Nie widzisz, że mnie już połowy  nie ma?

– Nie widzę, pewnie masz za dużą kurtkę. Ale do lata zauważę, nie martw się – pocieszyła go Teresa.

– No to dobrze, poczekam. Cześć dziewczynki, idę na górę, jestem głodny. Zawsze jestem głodny gdy ktoś mówi o odchudzaniu – powiedział żałośnie. – Busia, idziemy! No już, szybko!

Zza regału wyszła Bibi i otarła się o nogi Maksa. Zwierzaki zajęły duży pokój, ich opiekunki wróciły do kuchni.

– Nie zapomnij pokazać mi swetrów, przecież po to przyszłam – Teresa nalała kawę do filiżanek.

– Zaraz ci pokażę. Magda miała genialny pomysł z kupieniem maszyny dziewiarskiej. Robi teraz istne cuda a robota pali jej się w rękach. To wyjątkowo zdolna dziewczyna.

– Nie musisz mi tego mówić. Magda jest niesamowita. A maszyna, jaka ona jest?

– Komputerowa. Cały czas teraz takie reklamują w radio. Przyznam ci się, że już chyba nigdy nie będę robiła na drutach.

– Czemu? Przecież lubisz – zdziwiła się Teresa.

– No to posłuchaj. Poszłam wieczorem z Tiną na spacer. Magda, wyobraź sobie, przez ten czas zrobiła spódnicę dla Justysi! W rękach dłubałabym ją przynajmniej przez tydzień. I co ty na to?

– Wiesz, ja też od dawna nie miałam drutów w rękach. Nie mam kiedy. Czy mogłam kiedykolwiek przypuszczać, że zajmę się organizowaniem firmy? Właściwie firemki, ale zachodu przy tym tyle samo co przy dużej firmie. Jak sobie przypomnę tę zahukaną gęś, którą byłam jeszcze w sumie niedawno, nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ja.

– Skończyłaś powieść?

– Skończyłam i dlatego mogę odetchnąć, coś przeczytać, obejrzeć jakiś film, zrobić porządki w domu. Jak znowu zacznę pisać, umarł w butach. Niczego nie zrobię zanim nie skończę. Dlatego muszę ubrać moich chłopców w swetry. I to szybko, bo nowy pomysł już mi się tłucze po głowie.

– Chodź do pokoju – podniosła się z krzesła Aldona. – Nie będę ci tuzina swetrów rozkładała w kuchni.

– Ojejku, jakie ładne, śliczne – zachwyciła się Teresa. – Muszę wziąć dla taty, dla Juranda i dla tych trzech Budrysów rosnących bez opamiętania. Maciek znów nie wchodzi w buty a dopiero co były kupione.

– Jak ci się ten podoba? – Aldona podsunęła Teresie piękny sweter z mięciutkiej wełny.

– Bardzo. Też do sprzedania? Wzięłabym dla Juranda, będzie miał szare oczy. W granatowym będzie miał szaroniebieskie.

– Na granatowym miałabyś masę jasnych kocich i psich kudełków, nic więcej – zwróciła jej uwagę Aldona.

– Masz rację. Przecież wszystko muszę kupować pod tym kątem. Na szarym mniej widać.

Wybrała swetry dla całej rodziny, zapakowała w plastikowe torby i postawiła w przedpokoju. Aldona spakowała pozostałe, żeby wziąć do pracy. Może uda się sprzedać i w ten sposób pomóc sąsiadce.

– Taki sam wzięłam dla Sergiusza – powiedziała. – Chciałam dać mu na gwiazdkę. Mówił, że przyjedzie… ale nie przyjechał…

– I temat wraca niczym bumerang – pokiwała głową Teresa. – Wszystko się skomplikowało ale przecież nie może tak trwać wiecznie, życie w końcu polega na nieustannych przemianach. Nawet I Czing zwie się Księgą Przemian.

– Wiesz Tereniu, w żaden sposób nie mogę się pogodzić z myślą, że moje życie jest skończone i mogę jedynie poświęcić się wykonywaniu obowiązków. Co z tego, że usiłuję sobie spokojnie wytłumaczyć tę kwestię, kiedy cała moja istota broni się i nie chce  przyjąć owego faktu do wiadomości.

– Doniczko, życie toczy się dalej. Jak powiedziałam przed chwilą, zmienia się bezustannie.

– Co tu się może zmienić? W każdym razie nie na lepsze. Dobrze, że chociaż mogę rozmawiać z nim przez telefon, czasem zobaczyć przez krótką chwilę. Od zakończenia wakacji byliśmy… naprawdę razem… tylko raz, a ja cały czas miałam wrażenie, że Agata stoi pod drzwiami, rozumiesz? Wciąż  się boję.

– Czego się boisz?

– Wszystkich i wszystkiego. Dręczy mnie bezsensowne poczucie winy, jednocześnie mam świadomość, że nie potrafię bez niego żyć… bez Sergiusza, nie bez poczucia… Nie dam rady. Zgłupiałam chyba kompletnie. Mam wrażenie, że żyję dopóki on żyje. Rozmowa z nim napełnia mnie siłą na jakiś czas. Gdyby był szczęśliwy, myślę, że łatwiej byłoby mi wytrzymać. Ale…wiesz… on jest w okropnym stanie psychicznym, zaś ja nie mogę mu pomóc bo mi na to nie pozwala. Nie chce mówić o problemach, a przedtem opowiadał o wszystkim – wycierała łzy spływające po policzkach. – Przepraszam cię Tereniu, nie mogę o tym spokojnie mówić. Przecież przy dzieciakach nie będę chodziła po domu i wyła, muszę się jakoś trzymać. Wczoraj znów się umawiał i nie przyszedł.

Teresa podniosła się ze stołka, podeszła do przyjaciółki i objęła ją.

– Wypłacz się Doniczko, będzie ci lżej. Ale nie powinnaś mieć żadnego poczucia winy, absolutnie żadnego, pamiętaj. Ktoś powiedział, że „serce zawsze wystrychnie rozum na dudka”. Tak już jest na tym świecie. Żyjesz sobie spokojnie, nagle spotykasz kogoś i ni z gruszki ni z pietruszki zaczyna ci na nim zależeć bardziej niż na własnym życiu, staje się częścią ciebie i już nie możesz bez niego istnieć.

Aldona podniosła oczy na przyjaciółkę.

– Wiem, że mnie rozumiesz, przecież przeżyłaś podobną historię. Jednak różnica polega na tym, że Gośka nie byłą żoną Juranda, natomiast Agata jest nie tylko żoną Sergiusza ale i matką Biedroneczki. Po co ona wróciła? Mimo wszystko nie życzę jej niczego złego, chcę tylko widzieć, że Sergiusz jest szczęśliwy. Nikt mi nie może zabronić kochać go. Mogę go kochać dopóki nie wiążę z tą miłością żadnych roszczeń.

– Pewnie. Chcesz jeszcze kawy? – Teresa sięgnęła po dzbanek. – Nie można się zapamiętać w bólu czy nienawiści, pozwolić takim uczuciom sobą rządzić. Najgorszy jest pierwszy okres, to fakt. Szczególnie jak w moim i twoim przypadku gdy ten ktoś staje się racją istnienia, które bez niego traci sens. Takie jesteśmy i już. Nic się na to nie poradzi. Na szczęście ty już masz ten czas za sobą. Teraz trzeba spojrzeć na siebie z boku, oczami innej osoby. Każdy medal ma dwie strony i trzeba je dostrzec, pamiętaj. To wielka sztuka, szczególnie gdy w grę wchodzi własny przypadek. Myślisz, że nie rozmawiałam z Małgorzatą? Potrafiła przeanalizować swój stosunek do Juranda i do siebie. Zdała sobie sprawę, że nie uczucie nią kieruje ale strach przed samotnością, przed śmiesznością, którą, jak myślała, okryłaby się po rozstaniu z kolejnym mężczyzną. Dochodzi jeszcze uczucie niepełnej wartości z tego samego powodu. Rozważyła to wszystko i przemyślała.

– I wtedy spotkała Pawła – wtrąciła Aldona.

– Tak. Myślę, że to już ręka Opatrzności. Zupełnie nie wiem jak potoczyłyby się nasze losy  gdyby on się nie pojawił.

– Sama ciągle powtarzasz, że nie ma przypadków lecz wszystko odbywa się we właściwym czasie i w najlepszy sposób. Tak samo by się potoczyły, może z lekkim opóźnieniem i większymi komplikacjami.

– Mówisz? To dlaczego nie myślisz tak o sobie? Czemu jesteś załamana i psychicznie wykończona?

– Pewnie dlatego, że zawsze łatwiej jest pomóc komuś niż sobie.

– To prawda. Aha, powiedziałaś jeszcze jedną ważną rzecz, a mianowicie, że nie życzysz Agacie niczego złego. To punkt dla ciebie. Duży punkt. Jestem przekonana, że los kiedyś każdemu przedstawi rachunek do wyrównania. A w ogóle wydaje mi się, że otrzymujemy to, co naprawdę chcemy. Najczęściej podświadomie, nie zdając sobie z tego sprawy. Myślimy, że chcemy czegoś innego niż nas spotyka, stąd frustracje, tragedie, nerwice, samobójstwa, niemożność odnalezienia swojego miejsca w świecie, w życiu.

– Mądrze mówisz, tylko dlaczego mój rozum tego nie przyjmuje do wiadomości? – wtrąciła Aldona żałosnym głosem. – Nie, rozum może i tak, tylko głupie emocje nie chcą się uspokoić.

– Na tym etapie pozostaje większość ludzi – ciągnęła Teresa. – Mało kto przechodzi przeobrażenie i jak gąsienica spowita kokonem po przejściu okresu pozornego spoczynku i bezruchu, w którym następuje całkowite przepoczwarzenie, ukazuje się światu jako piękny motyl. Zupełnie niepodobny do tego czym był przedtem. Mogę to porównanie odnieść do siebie…

– Czy aby nie wpadasz w samouwielbienie? – burknęła Aldona.

– W kwestii pięknego motyla? – uśmiechnęła się Teresa. – Doniczko droga moja, ja teraz wiem, że chciałam się rozstać z Piotrem, chciałam, żeby coś się stało, ale jednocześnie chciałam, żeby się „to” zrobiło „samo”, bez mojego udziału. Kiedy już podjęłam decyzję, szukałam kozła ofiarnego nie zdając sobie wtedy sprawy z wielu rzeczy.

– Z jakich na przykład?

– Właśnie z tego, że stało się dokładnie to, co chciałam osiągnąć. Czyli musiałam zacząć działać, bo przez całe życie pragnęłam pokonać własny bezwład, kompletny brak zdecydowania, strach przed odpowiedzialnością, którą zrzucałam najpierw na mamę nadopiekuńczą w stosunku do dzieci i podejmującą za nas decyzje, potem zaś na Piotra nie uświadamiając sobie tego. Weszłam w rolę ofiary.

– Pleciesz Tereniu, pleciesz kompletne bzdury – potrząsnęła głową Aldona.

– Nie, nie plotę. Nie ma takiego związku, droga przyjaciółko, w którym winna byłaby wyłącznie jedna strona. Jeśli zdarza się, to raczej rzadko. Mówię o normalnych związkach normalnych ludzi, nie o patologicznych układach zwichniętych psychicznie osobników i zboczeńców.

– W twoim przypadku wina była po jednej stronie, przecież oglądałam wszystko na bieżąco.

– Ale z zewnątrz. Zresztą wtedy byłam przekonana o swojej racji, o podziale świata grubą kreską na dwa kolory: czarny i biały bez możliwości innych kombinacji. Dopiero później zrozumiałam, że oboje jesteśmy odpowiedzialni. Na przykład gdybym była bardziej samodzielna, umiała przeciwstawić się matce, która od początku psy na Piotrze wieszała, gdybym zdecydowała się na wynajęcie mieszkania, gdybym wykrzesała z siebie odrobinę odwagi, tupnęła nogą i powiedziała co naprawdę myślę a nie chlipała po kątach i wiecznie zaślimaczona uspokajała raz jedną, raz drugą stronę, gdybym… gdybym jeszcze wiele innych rzeczy… Byłoby inaczej. Może by było. Przynajmniej mogłoby być. Kto wie? Ale na pewno gdybym trwała w złości i nienawiści nie byłabym szczęśliwa z Jurandem tak jak jestem, bo ta złość zeżarłaby mnie od środka. Może to nagroda za zwycięstwo nad sobą?

– Może. I dlatego twoja historia  skończyła się niewiarygodnie szczęśliwie – podsumowała Aldona. – Podnosisz mnie na duchu, Tereniu. Jeszcze przez chwilę po twoim wyjściu będę miała jakąś niejasną nadzieję, ale potem znów  otoczą mnie te przeklęte czarne chmury.

– To walcz z nimi, przepędź je i powiedz: a właśnie, że się nie dam, wytrzymam. A póki co pamiętaj jak ogromnie ważne jest czym wypełniamy życie na co dzień, jaką to ma wartość. Ktoś, nie wiem kto ale musiał być mądry, napisał a ja sobie przepisałam i postawiłam na biurku: „nie o to chodzi co daje ci świat ale co ty dajesz światu”. O rety, jak ja się zrobiłam strasznie uczona i przemądrzała. Powinnaś mnie pogonić.

– Za nic na świecie. Możesz się tak mądrzyć jeszcze długo, długo, bo teraz mi jakby lżej na duszy się zrobiło – uśmiechnęła się blado Aldona.

– No nie, przesadzam. Wygłaszam same złote myśli, wypowiadam się jakbym była mądrzejsza od całej reszty świata. Fe, co za brak skromności i samokrytycyzmu – spojrzała przyjaciółce w oczy. – No, Doniczko, uszy do góry. Nie wiadomo co jeszcze los szykuje ci w darze.

– Tereniu, bardzo się cieszę, że do mnie przyszłaś, jakieś prostsze wszystko mi się wydaje przy tobie… przez chwile chociaż. Dziękuję cioteczko – serdecznie uścisnęła Teresę, która nieoczekiwanie parsknęła śmiechem.

– Coś powiedziałam nie tak? – zmieszała się Aldona.

– Nie, tylko sobie przypomniałam minę pewnej kobiety, kiedy usłyszała jak my wszystkie do siebie per „cioteczko” mówiłyśmy. Teatralnym szeptem spytała potem swoją towarzyszkę, czy my do jakiejś sekty należymy.

Aldona też parsknęła, poczuła się rozluźniona i rozweselona.

– Sekta to raczej nie jest, ale „mafia” na pewno. Nawet poważny pan Grzegorz Iwicki tak nas nazywa.

– Tak, nawet mój dostojny szwagier nie miał nic przeciw temu, aby zostać członkiem „mafii” naszej ursynowskiej – śmiała się. – Najważniejsze, że przestałaś robić z siebie fontannę. Takie już widać nasze przeznaczenie, Doniczko kochana, i twoje i moje, że wiodącym przez życie uczuciem w naszym przypadku jest miłość. Jednym przeznaczono sławę, innym bogactwo a nam właśnie emocjonalne podejście do świata. Ludzie często nie przywiązują wagi do tej strony życia, lekceważą ją i potem mają kłopoty, cierpią na przykład na reumatyzm. Czy pomyślałabyś, że przyczyną tej choroby może być brak miłości? Nie? Muszę ci podrzucić kilka książek do przeczytania.

– Przecież w sumie wszystko jest całkiem proste.

– Co? Reumatyzm?

– Nie, nie żartuj z poważnych spraw – spojrzała Aldona zamyślonym spojrzeniem przed siebie. – Jeśli masz chęć rzucić wszystko by być z tym jednym człowiekiem, to jest właśnie to. Jeśli możesz znieść ból, cierpienie,  niewygody różne różniste dla jego dobra, jeśli darujesz mu błędy, żeby zobaczyć uśmiech na twarzy to też jest właśnie to.

– Wiesz, kiedyś napisałam Jurandowi:

Moim przeznaczeniem jest Miłość.

 Moją miłością jesteś Ty.

A więc Ty jesteś moim Przeznaczeniem.

– Ładnie. To jest dobre podsumowanie naszej dzisiejszej rozmowy, Tereniu.

– O rany, jak ja już własne bzdury cytuję to jest ze mną bardzo źle. Aż mnie zemdliło od tych miłości, słodkości, tkliwości i zaraz zacznę ryczeć z rozczulenia. Brr, dobrze, że nikt więcej tego nie słyszał. A wy cicho – wskazała ręką zwierzaki. – Nie zdradźcie nikomu, że obie ciotki łkały jak sentymentalne pensjonarki i plotły banialuki, dobrze? Zobacz Doniczko jak szybko czas pędzi. Nie znoszę niedzielnego popołudnia. Zawsze jest smutne, niesie ze sobą żal przemijania.

Tina i Maks rzuciły się radośnie w stronę drzwi przez które wpadły roześmiane dziewczynki, każda z reklamówką wypełnioną prezentami od dziadków.

– Masz już swoje Stokrotki. Zajmij się nimi i spokojnie czekaj na rozwój wydarzeń. Zobaczymy co do nas przyfrunie na skrzydłach czasu.

cdn

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Szczepienie

Pojechałam autobusem do miasta stołecznego 🙂 Pojechałam się zaszczepić po raz trzeci. Od czasu pierwszej dawki mam święty spokój a przedtem nie mogłam sobie poradzić – jedno zapalenie oskrzeli goniło drugie, jedno się jeszcze nie skończyło a zaczynało się następne i
tak w koło Macieju. Męczyłam się straszliwie, dusiłam, kaszel wyciągał ze mnie wszystkie siły, same najgorsze myśli przychodziły do głowy i wylądowałam w szpitalu na Płockiej. Ówczesna moja pani pulmonolog pomogła mi Encortonem. Długa to była kuracja, najpierw się zwiększało dawkę a potem zmniejszało. Kiedy wreszcie pierwszy raz od bardzo długiego czasu nie było objawów choroby poradziła mi szczepienie. Posłuchałam i całe szczęście, jestem jej baaardzo wdzięczna. Drugą dawkę powtórzyłam po 4 latach, teraz przyszła pora na kolejną, dlatego pojechałam. Okazało się, że tamtej szczepionki już się nie produkuje, tej powtarzalnej. Jest inna, nowa, jednorazowa, czyli na zawsze i do końca życia. Cóż było robić, zdecydowałam się mimo ceny takiej, że ho ho! I tak wyjdzie taniej niż leczenie nawracających infekcji.
Pojechałam do stolicy klimatyzowanym autobusem siedząc wygodnie, a jak! – bo już wakacyjny luz w środkach komunikacji miejskiej, dwa przystanki chłodnym metrem pokonałam błyskawicznie a potem piechotą kawałek z wielką przyjemnością. Wiał miły wiaterek i wcale upał mi nie dokuczał. Załatwiłam sprawę bez kolejki i wróciłam tą samą drogą. Nawet na powrotny autobus długo nie czekałam przy Wilanowskiej. Całe szczęście, bo nie było się gdzie przed słońcem skryć, wiatę przystankową wypełnili oczekujący pasażerowie, wszelkie zacienione miejsca obok również. Mąż chciał mnie rano zawieźć, lecz nie skorzystałam. Babci D. lepiej na dłużej nie zostawiać samej, poza tym trzeba byłoby pakować psy do auta i męczyć je w upał, potem czekaliby w samochodzie na mnie nigdy nie wiadomo ile czasu a przecież mój jaśnie pan szofer osobisty upałów nie lubi. Wolałam więc pojechać sama. Wybrałam tę opcję z jeszcze jednego powodu – mam bilet na cały rok i
na wszystkie linie! Mogę sobie teraz jeździć ile dusza zapragnie. Po 65-tych urodzinach zafundowałam sobie taką przyjemność. Przyjaciółka M. uprzejmie doniosła mi, że ona już taki ma i poszłam w jej ślady, kiedy tylko nabyłam  uprawnienia. Ponieważ bilet miesięczny (właściwie Warszawska Karta Miejska to się nazywa) kiedyś miałam, pani w kiosku naładowała mi go/ją odpowiednio i mam. Taki to powiew wolności odczułam 🙂
Muszę przyznać, że do domu weszłam po powrocie z dziką rozkoszą i witana przez cudne mordulki kochane rzuciłam się na wodę mineralną wypijając duszkiem dwie szklanki. Poza tym dziś mam się nie męczyć i odpoczywać, co niniejszym czynię 🙂

To jest kotuś odpoczywający przy piwie 🙂 podczas koncertu w Muzycznej Owczarni w Jaworkach koło Szczawnicy

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 1

Styczeń

Wietrzny, deszczowy wieczór był wyjątkowo nieprzyjemny. Tak z pewnością myśleli nieliczni przechodnie przemykający z przystanku autobusowego do bloków. Dla Aldony Jabłońskiej idącej właśnie z Tiną na obowiązkowy, wręcz konieczny, spacer  każdy wieczór był okropny i od dłuższego już czasu jawił się jako  „wyjątkowo nieprzyjemny”. Zresztą nie tylko wieczór, każdy dzień i każda noc godzina po godzinie. Jedyne na co naprawdę miała chęć to utopić się albo powiesić. Ponieważ  owych dwóch czynności nie mogła wykonać z tego prostego powodu, że osierociłaby bliźniaczki Inkę i Linkę, kotkę Bibi oraz suczkę Tinę, które nie miały poza nią nikogo bliskiego, musiała tułać się po tym świecie wbrew własnej woli, schylając głowę przed obowiązkami jakie nałożyło na nią życie.

Szła smagana wiatrem, który w porywach zwiększając swoją siłę to zatrzymywał ją w miejscu nie pozwalając się ruszyć, to znów gnał do przodu nie dając przystanąć przez co ledwie utrzymywała się na nogach. Strumienie deszczu płynęły po twarzy. Poskręcane w spirale mokre włosy, których nie mogła utrzymać w ładzie czarna wełniana opaska, targane wiatrem we wszystkie strony świata nadawały głowie fantastyczny wygląd istoty z kosmosu.

– A żeby diabli wzięli taką pogodę – wymamrotała z trudem łapiąc powietrze między jednym a drugim uderzeniem wiatru usiłującego wepchnąć jej słowa na powrót do gardła, żeby Tina nie słyszała.

Tina słuch miała doskonały, spojrzała więc na panią pytająco. Nic sobie nie robiła z rozszalałego żywiołu, całą mordką śmiała się od ucha do ucha. Była szczęśliwa całą swą młodą psią istotą.

Wiatr znowu szarpnął Aldonę z taką mocą, że musiała przytrzymać się metalowego słupka, do którego przymocowana była zardzewiała tabliczka z napisem: Filipiny Płaskowickiej, co oczywiście oznaczało nazwę ulicy. Drugą ręką mocno trzymała smycz, na końcu której Tina zaparła się wszystkimi czterema łapami i pewnie stała na ziemi.

– Gdybym chodziła na wszystkich łapach jak ty, to też bym się śmiała – powiedziała z przekąsem do suni. – Wracamy do domu, dość tego. Pójdziemy między blokami, może tam będzie mniej wiało.

Puściła słupek, utrzymując równowagę dzięki Tinie weszła w głąb osiedla. Osłonięta wysokim budynkiem stojącym przy ulicy Polaka mogła wreszcie podnieść głowę do góry. Skłębione szaroczarne chmury, miejscami rozświetlane mdłymi promykami księżyca, przesuwały się w zawrotnym tempie po granatowym niebie. Pędziły wprost przed siebie, chwilami zatrzymywały się, skręcały w bok i znów wracały – jakby po namyśle – na wcześniejszą trasę, najwyraźniej kpiąc sobie z wysiłków wiatru szalejącego nad ziemią i wyjącego z wściekłości, że nie może nimi kierować według własnej woli. Światło ulicznych latarni rozpraszało się tworząc żółtofioletową aurę, na tle której wyraźnie było widać zacinający ukosem deszcz ze śniegiem zamieniające się na chodniku w breję sięgającą kostek.

Z uczuciem ulgi powitała własny blok. Otworzywszy kluczem drzwi wejściowe na klatkę schodową otrzepała się ze śniegu i starannie wytarła buty.

– Mamusiu, my się bałyśmy, że cię porwał ten okropny wiatr – wołały bliźniaczki wyskoczywszy na korytarz.

– Jak widzicie, tym razem mi się udało. Nie porwał, nie dałam się. Chwilami jednak musiałam się chwytać płotu albo słupka. No i oczywiście Tina trzymała mnie na smyczy.

– Ty ją czy ona ciebie? – zaśmiała się Inka.

– Tym razem ona mnie.

– Mamusiu, Tina jest strasznie mokra. Wytrę ją, dobrze?

– Dobrze, nawet bardzo dobrze. Błagam, wejdźcie już do domu i przestańcie robić tyle hałasu.

Uchyliły się drzwi od mieszkania Magdy Nowickiej. W szparze ukazała się rozczochrana głowa Filipa, syna najbliższej sąsiadki.

– Cześć ciociu – zawołał przekrzykując dziewczynki i psa.

– Cześć wujku – odpowiedziała uśmiechając się do chłopca.

– Mama się pyta czy ma cię jutro budzić czy nie, bo nie wie, na którą idziesz do pracy.

– Niech mnie koniecznie obudzi, bo już czuję, że sama się nie obudzę za żadne skarby świata.

– To napisz kartkę i powieś na klamce, żeby mama nie zapomniała.

– Już napisana. Linko, podaj córeczko, kartka leży obok lustra.

– Ciociu, obudź nas potem o szóstej trzydzieści, dobrze? – Justynka odepchnęła brata od drzwi. – Nie zapomnisz?

– Jeśli twoja mama mnie obudzi o piątej trzydzieści, to ja was godzinę później. Już teraz nie zapomnę bo od razu nastawiam budzik. Kiedy tylko zadzwoni to ja od razu do was zapukam.

– O ty głupku! – krzyknęła Justynka boleśnie uszczypnięta  przez odepchniętego brata. – Czekaj, zobaczysz co ci zrobię!

Zniknęli oboje w głębi mieszkania skąd rozległ się głos Marcina przywołującego pociechy do porządku. Do drzwi podeszła Magda.

– Że też chce ci się wychodzić po nocy w taką pogodę – pokręciła głową.

– Gdybyś miała psa, też byś wychodziła.

– Dlatego nie mam. Wieczorem jestem ledwo żywa, nie mogę ustać na nogach i jeszcze miałabym łazić z psem?

– Przestań, przecież nie ty jedna tutaj mieszkasz.

– Daj spokój, dobrze wiesz, że i to spadłoby na moją głowę. Uciekaj, gdzie wyłazisz – krzyknęła na burą kotkę wystawiającą głowę na korytarz. – Nie będę cię szukać po nocy, uciekaj do domu.

– Dobranoc cioteczko – ziewnęła Aldona, – do jutra.

– Powieś kartkę, żebym nie zapomniała cię obudzić. Mogłabyś zmienić treść bo już mi się znudziła. Przedtem co dwa dni pisałaś coś nowego, a teraz co? Lenisz się moja droga, lenisz – śmiała się Magda zamykając drzwi.

Rzecz polegała na tym, że Magda wychodziła do pracy bardzo wcześnie, nawet nie rankiem a głuchą nocą. Wychodząc odczytywała informację na kartce, którą Aldona wieszała na klamce od jej drzwi. Stąd wiedziała czy ma budzić sąsiadkę, czy nie. Aldona pisała jakiś zabawny tekst oprócz informacji, żeby Magda miała milszy dzień. Niestety, od czasu powrotu Agaty trudno jej było o wesołe myśli, a co dopiero mówić o optymistycznym tekście. Potem Aldona budziła Justysię i Filipa, żeby zdążyli do szkoły. Jeśli ich nie obudziła – nie zdążyli ani razu uważając, że nie ma w tym ich winy. Po prostu ciotka się nie postarała więc mama powinna mieć pretensję do niej, nie do własnych dzieci.

Aldona weszła do przedpokoju. Rzuciła na wieszak zdjęty na korytarzu płaszcz, przemoczone buty zaniosła do łazienki.

– Nie mam ani jednej pary butów, które nie przemakają – powiedziała do swego odbicia w lustrze. – Cóż to za dziadostwo. Babcia by powiedziała, że przed wojną byłoby to niedopuszczalne – uśmiechnęła się na wspomnienie ukochanej, zmarłej babci.

Nie pogrążyła się jednak w rozmyślaniach. Jej wzrok zatrzymał się na ściereczce do szklanek, przed spacerem czyściutkiej, właśnie wyjętej z szufladki, a którą Inka wycierała Tinę z zadowoleniem poddającą się owemu zabiegowi, usiłującą złapać koniuszek ostrymi zębami. W końcu jej się udało i rozległ się charakterystyczny odgłos rozdzieranego materiału.

– Inka! – krzyknęła. – Co ty wyprawiasz?

– To nie ja – podniosła na matkę zdziwione oczy. – Przecież to Tina.

– Tina wzięła z wieszaka czystą ścierkę i Tina sama się nią zaczęła wycierać, tak? Sama sobie włożyła ścierkę do pyska a ścierka sama się podarła?

– Oj mamusiu – wydęła wargi dziewczynka, – co się takiego stało? Jutro zeszyję i nie będzie dziury, zobaczysz.

– Czy nie mogłaś wziąć tego dużego ręcznika, który przeznaczyłam dla suni? Jest w łazience.

– Już go tam nie ma.

– A cóż się z nim stało?

– Linka zaniosła go do piwnicy – spokojnie odpowiedziała Inka.

– Po co ręcznik do piwnicy? – Aldona sądziła, że ze zmęczenia nie rozumie słów córki.

– Włożyła go do koszyka, a koszyk położyła obok rury od centralnego ogrzewania – wyjaśniła Inka.

– Albo ja zwariowałam, albo ty – jęknęła zdezorientowana Aldona, – innego wyjścia nie widzę.

– Przecież to jasne – wtrąciła Linka. – Włożyłam ręcznik do koszyka, żeby było miękko a postawiłam go obok rury, żeby było ciepło. Czy to tak trudno zrozumieć?

– Komu ciepło?

– Kotce! – wykrzyknęły chórem. – Przecież cały czas o tym mówimy. Zostawiłyśmy uchylone okienko od naszej piwnicy, żeby mogła wejść. Będziemy ją wpuszczały i wypuszczały.

– Niech sobie tam mieszka, skoro bidulka nie ma domu – smętnie pokiwała Inka główką.

– Wiecie co? Idźcie spać. Ja już dzisiaj zupełnie nie kontaktuję. Może jutro do mnie dotrze co się właściwie tutaj dzieje.

Rozłożyła wersalkę, wyjęła pościel, wzięła nocną koszulę i zamknęła za sobą drzwi łazienki. Z przyjemnością zanurzyła się w gorącej wodzie wypełniającej wannę, pachnącej sosnowym igliwiem. Lubiła ten zapach. Kojarzył się z lasem, wakacjami i dlatego kupowała tylko jeden rodzaj płynu do kąpieli. Nie do wiary, że od końca wakacji, od tego cudownego urlopu w Tenczynku minęło dopiero pół roku. Miała wrażenie, że to było bardzo, bardzo dawno temu. Chwilami już nawet nie wiedziała czy to wszystko faktycznie się zdarzyło, czy też jest wytworem jej wyobraźni.

Westchnęła głęboko. Siedząca na krawędzi wanny Bibi podniosła łebek i spojrzała. Aldona  delikatnie dotknęła kociego noska, który zabawnie się kilka razy poruszył i Bibi kichnęła głośno dwa razy, zapewne pod wpływem drobinek piany.

Niczego sobie nie wymyśliła. Skąd się wzięła seledynowa gąbka, którą trzyma w ręce? A zielony szampon na półeczce nad wanną? A zielone mydełko? Kto przywiózł seledynową glazurę do łazienki? Sergiusz, Sergiusz i jeszcze raz Sergiusz! Z każdego kąta wyłaniała się jego twarz, w każdym pomieszczeniu rzucały się w oczy ślady jego pobytu i działalności. Brakowało tylko jego samego.

Nie widziała go już bardzo dawno. Kontaktowali się głównie telefonicznie i niezbyt często. Był ostatnio wciąż zdenerwowany, zniecierpliwiony, zdarzało mu się rzucić szorstkie słowo. Nie obrażała się, nie miała żalu, rozumiała, że walczy z czymś, co zdaje się przerastać jego siły lecz nie przyznaje się do tego. Duma i ambicja nie pozwalają mu  na to. Jak zawsze – sam musi pokonać wszelkie przeciwności nie przyjmując od nikogo pomocy. Zamknął się w sobie, z nikim nie chciał rozmawiać o swoich kłopotach. Twierdził, że to jego i tylko jego sprawa. Odsunął się od rodziny, ostatnio nie wpadał nawet do Doroty.

– Mamusiu, jesteś tam? – rozległo się wołanie Inki.

– Czemu cię tak długo nie słychać? Czy się przypadkiem nie utopiłaś? – pytała zaniepokojona Inka. – No odpowiedz!

– Nie, nie utopiłam się, jeszcze żyję – odpowiedziała. – Tak mi dobrze w ciepłej wodzie, że nie mam ochoty stąd wyjść.

– No to wyjdź, bo ja tam muszę wejść, inaczej będzie katastrofa – Inka podskakiwała pod drzwiami.

– Dobrze, dobrze, spieszę się. Tylko przestańcie do mnie mówić, jak wam odpowiadam to się wolniej ruszam.

– To się szybciej spiesz – ponaglała Inka.

Linka siedziała już pod kołdrą z książką w ręce, kiedy Inka wpadła do zwolnionej przez matkę łazienki z trzaskiem zamykając drzwi.

– Nie trzaskaj drzwiami – upomniała z przyzwyczajenia Aldona wiedząc, że i tak zwrócona uwaga nie ma żadnego wpływu na prędkość i moc zamykania drzwi teraz i w przyszłości. –         Śpij już córeczko – pogłaskała Linkę po głowie. – Późno się zrobiło, a jutro trzeba wstać do szkoły.

– Niestety. Na dodatek mam „zetpety”. Co to za głupota! Każą mi robić kanapki, sałatki albo szyć a ja tego nie-cier-pię! U chłopaków to dopiero jest fajnie. Albo dłubią coś przy radiu, albo wiercą, albo piłują, albo robią jakieś narzędzia i coś im tam świeci, gra, buczy. Ale mają frajdę.

– Ja bym wcale nie chciała naprawiać radia, za nic na świecie. Wolę robić kanapki, nawet lubię. I wymyślać jakąś nową potrawę też lubię, wtedy jest fajnie  – wtrąciła Inka wskakując pod kołdrę.

– Linka pewnie miała być chłopakiem, tylko w ostatniej chwili się rozmyśliła – uśmiechnęła się Aldona. – Dobranoc moje kochane Stokrotki, śpijcie dobrze.

Ucałowała córeczki jak co wieczór i poszła do dużego pokoju. Mimo zmęczenia nie mogła usnąć. Nieprzespane noce ostatnio często jej się zdarzały. Najpierw ratowała się proszkami nasennymi. Rano jednak wstawała zmęczona jakby nie przespała ani chwili. Stwierdziła, że to bez sensu i zrezygnowała z ich zażywania.

Była smutna i apatyczna. Oczy straciły blask, kąciki ust opadły w dół nadając twarzy wyraz goryczy. Nawet obcy reagowali na żal i smutek bijący z całej postaci, mimo iż usiłowała maskować prawdziwe uczucia sztucznym śmiechem i pozorną beztroską. Zresztą i tak było już dużo lepiej niż zaraz po wakacjach.

Do tej pory czuła zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa na wspomnienie chwili, w której dowiedziała się, że Agata wróciła do domu i zamierza w nim pozostać grając rolę wzorowej matki dziesięcioletniej Biedroneczki  i żony Sergiusza. Właśnie: grając rolę, lecz nie: będąc wzorową matką i żoną.

Monika oszalała ze szczęścia, nie chciała chodzić do szkoły  bojąc się, że nie zastanie jej w domu po powrocie. Buzia nie zamykała się dziewczynce, paplała bezustannie opowiadając szczegółowo o wszystkim co się zdarzyło podczas kilku lat nieobecności matki. Nie pominęła oczywiście cioci Doniczki – jak przyjaciółki zdrobniale nazywały Aldonę, Stokrotek, kociąt, zaprzyjaźnionych psów i pobytu w Tenczynku. Agata notowała w pamięci interesujące ją informacje, resztę puszczała mimo uszu. Miesiąc wytrzymała w spokoju po czym oświadczyła, że pies brudzi w mieszkaniu, przynosi z ulicy błoto, rozsiewa kudły i zarazki, poza tym za dużo je i w ogóle musi zniknąć z domu. W rzeczywistości chodziło oczywiście o to, że w czasie spacerów z Tiną Sergiusz mógł spotykać się z Aldoną. Po prostu suczka wskakiwała do auta i jechali na Ursynów.  Zanosząc się od płaczu Monika prosiła matkę o zmianę decyzji, ale równie dobrze mogłaby klęczeć przed zimną, granitową skałą błagając o ratunek. Nic nie pomogło.

Po jakimś czasie Agata stwierdziła, że mąż daje jej za mało pieniędzy na prowadzenie domu. Kiedy zaś roztrwoniła ogromną kwotę w ciągu kilku dni Sergiusz zdecydował, że będzie jej dawał codziennie określoną sumę na domowe wydatki zaś resztę załatwi sam. Rozpoczęła się wojna domowa jak przed wyjazdem Agaty do Grecji.

Pierwszą ofiarą wojny stała się Tina, która na stałe powędrowała na Ursynów z czego zresztą była bardzo zadowolona. Nad zrozpaczoną Moniką ulitowała się Dorota. Nie zwracając uwagi na grymasy i zły humor bratowej zabierała dziewczynkę do siebie. Oczywiście natychmiast biegły do Aldony i Biedroneczka spędzała wspaniałe chwile ze swoją pupilką i Stokrotkami zapominając  na ten czas o smutnym i okrutnym świecie dorosłych. Niektórych dorosłych.

Dorota Brzozowska kilka razy w ciągu pół roku pojawiła się na ekranach telewizorów, kolorowe pisma zamieściły wywiady z nią oraz fotografie obrazów wraz z ich twórczynią. Prace szybko znikały z galerii, a wszystko dlatego, że otrzymała zamówienie na dużą ilość obrazów dla międzynarodowej sieci hoteli. Zaprzyjaźnione osoby szepnęły słówko o jej pracy tu i ówdzie, i zupełnie niespodziewanie dla siebie Dorota stała się sławna.

Agata szybko obliczyła o ile przypuszczalnie mogą wzrosnąć dochody szwagierki. W związku z tym usiłowała być dla niej miła. Zgodziła się też – czasowo – na pobyt Mimi w domu. Z zastrzeżeniem jednak, że prawdopodobnie ma alergię na kocią sierść i w związku z tym może zareagować objawami zwiastującymi nadchodzącą śmierć, bo przecież bywają takie przypadki. Niebawem więc kotka będzie musiała się wynieść z domu wszystko jedno gdzie, na ulicę czy do schroniska, jej – Agacie – jest to całkowicie obojętne. Sergiusz pomyślał, że w takim przypadku kotka ma się gdzie wynieść… ale tego nie powiedział.

Monika zrobiła się smutna. Chodziła po mieszkaniu trzymając faworytkę w objęciach. W nocy cichutko uchylała drzwi, żeby Mimi mogła wskoczyć na jej tapczanik. Agata uważała to za skandaliczne. Dopiero po ostrej wymianie zdań z mężem, wobec jego nieugiętej postawy, pozornie ustąpiła. W rzeczywistości postanowiła poczekać na odpowiedniejszą chwilę, aby postawić na swoim.

Aldona z Agatą spotkały się zupełnie niespodziewanie u Doroty, na imprezie z okazji urodzin gospodyni. Aldona ostatkiem sił zachowała spokój, na zewnątrz oczywiście, bo w środku trzęsła się w niej każda najmniejsza komórka. Gdyby nie siedziała, wszyscy obecni zobaczyliby uginające się pod nią kolana, jakby nie mogły dłużej unieść zwykłego, codziennego ciężaru. Całe szczęście, że Sergiusz nie przyjechał, tego nie zniosłaby w żaden sposób. Agata była uprzedzająco grzeczna, żmijowato miła i obłudnie sympatyczna. Gdy zobaczyła jak serdecznie Monika wita się z bliźniaczkami i ich matką, grymas złości i nienawiści wykrzywił na chwilę jej usta co nie uszło uwagi czujnej Doroty. Szybko się jednak opanowała i była słodziutka jak cukiereczek, prawdziwy cukierek umoczony w truciźnie.

Od tego dnia często, niby przypadkiem, przejazdem, odwiedzała Dorotę. Potem – też niby przy okazji – zaczęła nachodzić Aldonę, narzucała jej się z rzekomą przyjaźnią proponując różne, oczywiście przyjacielskie, przysługi nie zwracając wcale uwagi na niezbyt dobrze skrywaną niechęć. Wydzwaniała do niej do pracy. Często zdarzało się, że gdy Aldona odkładała słuchawkę po rozmowie z Sergiuszem, natychmiast odzywał się dzwonek telefonu i w słuchawce dawał się słyszeć znienawidzony głos.

– Cześć, co słychać? – taki był niezmienny tekst Agaty.

Wszystko to wprowadzało Aldonę w stan kompletnego wyczerpania nerwowego, zabijało chęć jakiegokolwiek działania. Żyła – ponieważ musiała opiekować się dziewczynkami, Tiną, Bibi i z żadnego innego powodu.

Pomału, z biegiem czasu zaczęła się oswajać z istniejącym stanem rzeczy. Przyjaciółki przychodziły albo razem, albo codziennie inna zajmując myśli Aldony oraz zmuszając ją przy okazji do oderwania się od własnych problemów i zajęcia się sprawami innych. Najpierw się złościła na dziewczyny, lecz z perspektywy czasu musiała przyznać, że bardzo jej pomogły w najtrudniejszym okresie. Teraz potrafiła już zająć się pracą, domem, nawet pożartować, mimo że oczy miała zawsze smutne. Często zamyślała się i milkła w pół słowa zapatrzona gdzieś daleko przed siebie. Nocami, kiedy wreszcie udawało jej się usnąć, spotykała we śnie ukochanego, przeżywała w nieskończoność spędzone wspólnie chwile. Budziła się ze świadomością głębokiej psychicznej więzi, której nie zerwą żadne przeciwności. Nigdy. Była o tym całkowicie przekonana.

cdn

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 20 komentarzy

Prezentacja bohaterów czyli słowo wyjaśnienia do „Widocznie tak miało być”

Przyszła pora na trzecią część cyklu ursynowskiego. Akurat lektura na wakacje 🙂 Pomyślałam, że na początek wstawię spis bohaterów, dla łatwiejszego przypomnienia kto jest kim. Kto czytał „Po co wróciłaś, Agato?” (jest na blogu) szybko dzięki temu wróci pamięcią do wydarzeń i osób z drugiej części, i – mam nadzieję – z przyjemnością spędzi kilka chwil w towarzystwie „mafii” ursynowskiej, czyli wśród takich ludzi, wśród których chciałoby się zawsze przebywać, bowiem przyjaźń, wzajemna pomoc, empatia, o miłości nie wspomnę 🙂 –  to wartości nie do przecenienia w codziennym życiu.

We wpisie „Tytułem wstępu do „Po co wróciłaś …” pisałam o powieści, więc nie będę powtarzać, na tym blogu opublikowany został 25.02.2019. Na bloxie pojawił się z datą 15.06.2017 czyli dwa lata wcześniej. Gdybym rzuciła okiem na daty kilka dni temu, mogłabym równiutko co do dnia rozpocząć tę powieść w odcinkach. Ale co tam, pięć dni w jedną czy w drugą stronę nie ma znaczenia. Zapraszam 🙂 🙂 🙂

Ważniejsze istoty dwu i czworonożne pojawiające się w „Widocznie tak miało być”

Aldona Jabłońska (37 l.) – przeżywająca największe życiowe zawirowania, których początki rozgrywają się w „Po co wróciłaś, Agato?”

Inka i Linka (11 l.) – bliźniaczki, córki Aldony zwane Stokrotkami

Iga – obserwująca wydarzenia z pozycji prenatalnej, pojawiająca się na świecie w odpowiednim czasie, mająca największy wpływ  na życie pewnych osób

Tina, Bibi – sunia i kotka, pełnoprawne członkinie rodziny

Dorota Brzozowska (37 l.) i Michał Zabawski  czyli para w dalszym ciągu tworząca związek nierozerwalny

Kajtuś (7 l.) i Jędrek (10 l.) – synowie Doroty

Bartuś (10 l.) – synek Michała

Aza i Kot – domowe zwierzaki Doroty

Sergiusz Zdanowski – brat cioteczny Doroty, obiekt odwzajemnianych uczuć Aldony, próbujący odnaleźć się w nowej sytuacji, co niezbyt dobrze mu wychodzi

Monika (10 l.) – córeczka Sergiusza zwana Biedroneczką

kotka Mimi

pani Mela – mama Sergiusza

Agata – żona Sergiusza, która po kilku latach separacji z mężem spędzonych za granicą niespodziewanie zmienia zdanie i wraca, wywracając kilku osobom życie do góry nogami

Marian, Greta – znajomi Aldony z pracy czerpiący przyjemność z niszczenia jej związku z Sergiuszem

wspólnik Sergiusza współpracujący z Agatą w tym samym celu oraz w celu zdobycia korzyści finansowych

Jola – szpitalna koleżanka Aldony

dr Aleksander – irydolog, który Aldonę doprowadził do porządku

Teresa Olszyńska- Zacharska (37 l.) i Jurand Zacharski – para miotana uczuciami w „Wejściu w światło”

Maciek (14 l.) i Kuba ( 11 l.) – synowie Teresy, zwani Brysiami przez Dziadka

Marek (11 l.) – synek Juranda, który dołączył do Brysiów

Babcia Basia – mama Juranda, zwana babcią Basią przez wszystkie „mafijne” dzieciaki

Andrzej Garlicki – ojciec Teresy i Majki zwany popularnie Dziadkiem

Maks – skrzyżowanie doga i owczarka niemieckiego o niezwykle łagodnym usposobieniu

Mićka i Arik – koty rodzinne

Majka – siostra Teresy, Grzegorz – mąż Majki

Aba – sunia Majki o wysokim poziomie inteligencji

Helenka i Kazio, pan Józef – przyjaciele Dziadka i całej rodziny 

Magda i Marcin Nowiccy – sąsiedzi mieszkający  naprzeciwko Aldony, rodzice  Justynki (13 l.) i Filipa (10 l.)

Danusia i Bronek Gawłowscy – sąsiedzi z trzeciego piętra, rodzice Olka (14 l.), dorosłej Iwonki, opiekunowie rudego kota Tygryska i czarnego owczarka Zbója oraz czasami miniaturowej jamniczki Busi mieszkającej u mamy Bronka

Stenia i Ziutek Kozłowscy – sąsiedzi mający dwóch synków oraz Sarę, przygarniętą czarną suczkę

Kasia Zaremba – sąsiadka Aldony z innej klatki w tym samym bloku, jedna z trzech bohaterek „Pasm życia”, historii toczącej się wiele lat później (jest na tym blogu}

Marianna Sadowska – sąsiadka Majki, znawczyni Tarota, mama bliźniaków, opiekunka jamniczki Alfy i kotki Kuleczki, znana z „Opowieści Marianny”(jest na blogu)

Karolina Zacharska – kuzynka Juranda, mieszkanka Woli Filipowskiej, młoda lekarka

Renald Czerwiński – stary znajomy, od niedawna bardzo bliski przyjaciel Karoliny 

Martyna Matecka – sąsiadka Karoliny, wdowa, mama małej Milenki

Miłosz Rzepecki – przyjaciel Sergiusza z okresu studiów, dzięki któremu wyprostują się Sergiuszowe drogi

Paulina Czaplicka – właścicielka domu duchów, organizatorka przytuliska „Łapka Barnaby” 

wujek Zygmunt Zacharski – krewny Juranda mieszkający w Tenczynku, który okazał się przyjacielem Dziadka z okresu wojny, mąż cioci Rózi , opiekun Miśka, psa wyglądem przypominającego bernardyna

cdn

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 21 komentarzy

Pani Lucyna Ćwierczakiewiczowa

piątek, 14.06.2019
Zastanawiałam się co zrobić na obiad w taki upał. Konkretnie na sobotę, bo wreszcie dzieciaki mają dotrzeć na wizytę przekładaną kilkakrotnie. Mam nadzieję, że jutro wreszcie na pewno przyjadą, tak jak się zarzekają. Wymyśliłam, że przygotuję chłodnik jagodowy. Co
do tego żadnych wątpliwości nie ma. Ale co potem? Gotować, trzymać w cieple czekając na nich, a najczęściej Calineczka śpi dłużej akurat wtedy albo coś innego się przytrafi… Ziemniaki się rozgotują albo wystygną, resztę przypalę na zmianę stawiając na płycie i
zdejmując… Doszłam więc do wniosku, że najprostszy będzie beuf a’la anka, który Myszka zdążyła „poznać”. Jeśli ryż ugotuję to dobrze, jeśli nie – będzie z chlebem. Tym sposobem skupię się na jednym garnku a nie na kilku, no i źródło ciepła będzie tylko jedno, nie mnóstwo jednocześnie, co przy obecnie panującej temperaturze się liczy.
Szukając kulinarnego natchnienia przypomniałam sobie panią Lucynę Ćwierczakiewiczową i oczywiście sięgnęłam po jej „365 obiadów”. Czasem lubię sobie poprzeglądać takie cudeńka, poczytać przepisy i za każdym razem z zadziwienia wyjść nie mogę jak myśmy się zmienili. My – czyli ludzie, rodacy, konsumenci – w tym przypadku odnośnie jedzenia. Zarówno tego co jemy, jak jemy oraz ile jemy. Nie da się porównać dzisiejszego śniadania na przykład i tego posiłku z czasów pani Lucyny, która była swoistym dobrem narodowym, cudem
natury, „bohaterką polskiej kuchni” 🙂
Pierwsza jej książka ukazała się w 1858 roku pod tytułem „Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast”, druga – owe „365 obiadów” – ujrzała światło dzienne w 1860 roku i cieszy się powodzeniem do tej pory!!! Niezwykłe, prawda?
Teraz posłużę się cytatem wziętym z „365 obiadów” ze wstępem J. Kalkowskiego.
” Jej następne kilka książek dotyczyło gospodarstwa domowego. Były to: Podarunek ślubny. Kurs gospodarstwa miejskiego i wiejskiego dla kobiet (1885 r.). Intencja przejrzysta – dokształcanie młodych małżonek. Miała w tej dziedzinie praktyczne doświadczenia, prowadziła bowiem przez pewien czas rodzaj szkoły kucharskiej dla pań. Wydawała też kalendarze Kolęda dla gospodyń. Kalendarz na rok… . Pierwszy
w 1876 na rok 1877. Z innych książek Poradnik porządku i różnych nowości gospodarczych (1876 r .), Nauka robienia kwiatów bez pomocy nauczyciela (1879 r.), Cokolwiek bądź chcesz czyścić czyli porządki domowe (1887 r.), a także Listy humorystyczne w kwestii kulinarnej (1900 r.).
Współpracowała z warszawską prasą. Przez 28 lat (do 1894) z „Bluszczem”, popularnym pismem dla kobiet. Do „Kuriera Warszawskiego” pisała w sprawach gospodarskich, a nadto korespondencje z uzdrowisk”.
Tu się zatrzymam…  kto zgadnie?…  No właśnie, oczywistością jest przecież, że pani Lucyna z Bachmanów Ćwierczakiewiczowa (1829- 1901) bawiła …  gdzie? W Szczawnicy przecież!
Pojawiła się w uzdrowisku w 1891 roku, w połowie miesiąca czerwca. Nie patyczkując się skrytykowała ówczesnego właściciela i zarządcę, którym była Akademia Umiejętności. Za to, że mało kuracjuszy, że „dostanie się tu jest już uciążliwe i kosztowne … mieszkania są ciemne, źle umeblowane, bez koniecznych ludzkich wygód i bardzo drogie … że most prowadzący do najbardziej uczęszczanego Leśnego Potoku stoi jak stał odwiecznie, wąski i bezużyteczny, a przez kamienisty Dunajec o niebezpiecznym zjeździe – trzeba się jednokonnym wózkiem, bez wcięcia do wsiadania, dostawać na drugą stronę… że ogromny budynek wystawiony kiedyś na kurhaus i teatr, stoi bezużytecznie… A jednak prywatne usiłowania robią co mogą.” ( T.Bednarski. Spotkania w dawnej i niedawnej Szczawnicy). Pochwaliła więc sporo prywatnych kwater, także Zakład Wodoleczniczy dra Józefa Kołączkowskiego jako stojący na europejskim poziomie. Ubolewała nad miernym
wykorzystaniem niezwykłości uzdrowiska, tak korzystnego dla poprawy zdrowia ludzkiego ze względu na klimat, wody mineralne lecznicze oraz położenie zachęcające do spacerów i wycieczek po Pieninach. Podobała jej się dbałość o zieleń w samej Szczawnicy: „…róże
wystawowe i kwiaty cudowne na każdem miejscu zachwycają oko…”. Usilnie postulowała zmianę właściciela na takiego, który umiałby wykorzystać wszelkie atuty miejscowości i stworzyć zdrojowisko z prawdziwego zdarzenia. Pani Lucyna nie doczekała wykupu uzdrowiska przez Adama Stadnickiego w 1909 roku, który uczynił ze Szczawnicy prawdziwy kurort słynący jako Perła Pienin.
No i czy może być pięknie bez Szczawnicy w moim świecie? Nie może!!!
Aha, pani Lucyna pochwaliła też stronę gastronomiczną, szczególnie pierogi w restauracji Oleksego (nie, nie tego od „józiolenia”, to było wiek przed nim, a nazwisko spotykane w okolicy). Skojarzyłam, że w rewolucjach szczawnickich Magda Gessler w lokalu „U Zosi” też na pierogi położyła nacisk. Słyszałam określenie, że pani Lucyna to ówczesna Magda Gessler. Na pewno łączy panie znajomość życia od strony kuchni 🙂
Panią Lucynę znała cała Warszawa, ba, cała Polska przecież (pod zaborami) od kiedy jej porady w kwestii gotowania, produktów, porządku w domu, ubioru, higieny itp. stały się niezbędnymi ówczesnym paniom domu. Bywała gdzie wypadało bywać, przemieszczała się wciąż przez całe miasto choć z powodu olbrzymiej tuszy miała problem z chodzeniem po schodach, była więc na piętro wnoszona przez dwóch silnych mężczyzn. Nic dziwnego, że tak przybyła na wadze albowiem wszystkie przepisy podane najpierw sama wypróbowywała aby mieć pewność co do jakości i smaku potrawy. Bez jej niesamowitej osobowości, znacznej postaci i nieprzeciętnej wiedzy oraz inteligencji Warszawa XIX wieku wyglądałaby mniej malowniczo i kolorowo (mimo noszonych głównie stonowanych w kolorze sukien) 🙂
Zakończę cytatem wziętym z „365 obiadów” opracowanych przez Jana Kalkowskiego. Myśl zawartą w przytoczonym poniżej cytacie uważam za niezwykle trafną 🙂
„Przyjemność jedzenia jest właściwą wszelkiemu wiekowi; wszelkim stanowiskom, wszelkim narodom, jest codzienną i nieustającą. Łączy się z wszelkimi innymi przyjemnościami, a zostaje ostatnią, aby nas pocieszyć po stracie innych”. Brillat-Savarin „Fizjologia smaku”.  Czyż tak nie jest? 🙂

Mam w domu –
Lucyna Ćwieczakiewiczowa. 365 obiadów – według wydania XXIII opracował do druku, poprzedził wstępem i zaopatrzył w słowniczek Jan Kalkowski, KAW, Kraków 1985,
Wanda Jackowska. Perfekcyjny poradnik pani domu. Kuchnia i porady Lucyny Ćwierczakiewiczowej, GWFoksal, Warszawa ?,
Tadeusz Z. Bednarski. Spotkania w dawnej i niedawnej Szczawnicy, Wydawn. astraia, Kraków 2012,
Z nich to właśnie korzystałam podczas pisania a także korzystam w życiu codziennym. Mogę polecić z czystym sumieniem osobom lubiącym kulinaria.
niedziela, 16.06.
Zajęłam się panią Lucyną i zapomniałam od czego zaczęłam 😉 Dzieci były, Calineczka bawiła się różdżką czarodziejską od Myszki. Myszko, jeszcze raz dziękujemy!!! Konik na biegunach był na tapecie oraz całe otoczenie bo malutka dama wciąż ruchliwą jest osóbką i w
jednym miejscu przebywa tylko wtedy, kiedy śpi 🙂 Oczywiście jest cudowna 🙂

Odbudowany po pożarze Dworzec Gościnny w Szczawnicy, „ogromny budynek wystawiony kiedyś na kurhaus i teatr” – jak pisała pani Lucyna

Inne ujęcie

Park Dolny w Szczawnicy, sztuczna grota upamiętniająca marszałka Sejmu Galicyjskiego Mikołaja Zyblikiewicza, po prawej stronie znajdował się Zakład Wodoleczniczy dr J.Kołączkowskiego

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

Stokrotkowe zwariowanie :)

Przeczytałam z wielką przyjemnością książkę Stokrotki naszej blogowej, czyli Jadwigi Śmigiery, o Warszawie zatytułowaną „Moje warszawskie zwariowanie”. Poczta uprzejmie doniosła ją dopiero w piątek i nie mogłam się doczekać, aby dać nurka między kartki oczekując przyjemnych chwil i ciekawej wycieczki. I miałam rację, moje oczekiwania się spełniły!
Odwiedziłam miejsca, z którymi związana byłam dawniej i jestem przecież na zawsze, cząstka przeszłości siedzi sobie w sercu bezszelestnie i czeka chwili, aby się ujawnić np. dzięki czyimś wspomnieniom. W stolicy mieszkam już pół wieku, więc jestem warszawianką przez zasiedzenie 🙂 Mieszkaliśmy z rodzinką na Pradze i czytając część dotyczącą tej „obrzydliwej” dzielnicy wróciłam w przeszłość. „Moje tereny” rozciągały się od mostu Śląsko-Dąbrowskiego wzdłuż Wisły do mostu Poniatowskiego, a w drugą stronę do Targowej, do bazarku Różyckiego i dalej do Wileńskiej i do Zamoyskiego. Przez cztery lata chodziłam do liceum, którego okna wychodzą z jednej strony na cerkiew, mijając widoczne – po drugiej stronie ówczesnej Świerczewskiego – miśki na wybiegu. Park Praski i ZOO to pierwsze miejsca spacerów moich synków. Wcześniej – często piechotą przez most (7 min. drogi) szłam na zajęcia na uniwerku, sporo czasu spędzałam w biliotece na Świętojańskiej, obok akademików na Kickiego (ulicy nie pamiętam) ale najwięcej na Koszykowej. Dosłownie całe dnie tam spędzałam, wcale nie w BUW-ie. Czytelnia była czynna do 22-iej i po tej godzinie wracałam do domu. Nigdy się nie bałam. Nawet gdy napotykałam po drodze od przystanku tramwajowego do domu jakąś grupę, słyszałam: „zostaw, to nasza” i żadnych złych przeżyć nie miałam przez wszystkie lata mieszkania na ulicy, która teraz ma już trzecią nazwę. Kiedy się wprowadziliśmy u wielu osób funkcjonowała nazwa przedwojenna, nawet listy do poprzednich lokatorów przychodziły na ul. Szeroką. Potem była Karola Wójcika a teraz jest księdza Kłopotowskiego. Pewnie dalej jest, od śmierci Taty, czyli od 13-tu lat nie bywam w tamtych stronach, Tato się śmiał (kiedy jeszcze był zdrowy), że mieszkał w jednym miejsca a pod trzema adresami.
W 1981 roku zamieszkałam na Ursynowie ( jak Stokrotka na Targówku) i pokochałam to miejsce od pierwszego wejrzenia, od – dokładnie – czasu i miejsca serialu „Alternatywy 4”, kręconego tuż obok. Pamiętam lokomotywę stojącą pod blokiem służącą do ogrzewania w czasie zimy mieszkań serialowych bohaterów 🙂 Mimo, że kilka lat temu przeniosłam się na drugą stronę Lasu Kabackiego, Ursynów kocham i nigdy nie przestanę. Najchętniej mój obecny domek przeniosłabym na trawnik pod mój blok i wtedy byłoby idealnie 🙂
Rozgadałam się, rozwspominałam przez tę Stokrotkę i jej wycieczkę po Warszawie. A przecież zamiast się zagłębiać we własne przeżycia, powinnam się skupić na spotkaniu na kartkach książki osób ulubionych: Danuty Szaflarskiej, cudownego człowieka Bolesława Prusa, Frycka „od Chopinów”, Henryka Sienkiewicza darzonego przeze mnie miłością dozgonną, zmilczę o tych, których sympatią nie darzę. Przy okazji przypomniałam sobie pawie w Łazienkach niemiłosiernie zagłuszające aktorów w Teatrze na Wodzie ponieważ wybrały sobie okoliczne drzewa na nocleg i darły się do siebie z góry. Uśmiałyśmy się wtedy z kuzynką, że hej 🙂
I jeszcze mi się przypomniało, że nasz budynek na Szerokiej miał liczne ślady po kulach, w pierwszej chwili zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. I domki fińskie są znajome. I do Łazienek najbardziej lubiłam jeździć kiedy padał deszcz, mogłam sobie spacerować do woli pod parasolką a całe Łazienki moje 🙂 I do Wilanowa pojechałyśmy z kuzynką w długich spódnicach (moda nareszcie taka nastała), snułyśmy się po korytarzach pałacu szukając na portretach rodzinnego podobieństwa… :))) O matko, jakie wariatki!!!
Taka to jest książka, co i rusz wskrzesza wspomnienia, budzi skojarzenia, zawiera dużą dawkę informacji, do których można w każdej chwili wrócić mając własny egzemplarz pod ręką.
Baaardzo się cieszę, że mam książkę Stokrotki i mogę zaglądać do niej kiedy dusza ma tego zapragnie 🙂

Szila i Skituś zasłuchane w czytane im fragmenty Stokrotkowej książki 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 34 komentarze

„Poranek czerwcowy”

Dziś lżejszy kaliber, słonecznie jest, pięknie i kolorowo. Więc z życzeniami najlepszymi na ten czerwcowy poranek 🙂

Uciekł mi maj. Nie wiem czemu
tak prędko przemknął i zniknął.
Ptaszek mi o tym zaśpiewał,
bażant w zaroślach coś krzyknął.

Bez już swój urok utracił,
róża jest niczym kniahini,
maki czerwienią się w zbożu,
a jaśmin się rozjaśminił.

Konwalie dzwonki zgubiły
cudne, pachnące, kremowe,
zamienią się w małe kulki
i wnet będą koralowe.

Piwonie zabójczo pachną,
spuściły ciężkie swe główki.
Słuchają, coś szepczą do nich
dwie samosiejki – jeżówki.

Z donicy, tej na tarasie,
bratki zerkają ciekawie
na stokrotki, niczym gwiazdy
rozsiane nagle na trawie.

Cóż, maju, żegnaj na rok,
teraz czerwiec witamy radośnie
kolorowy, pachnący, wesoły
i jeszcze mieszczący się w wiośnie.

AZ  3.VI.2019

Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka, Wymyślanki | 32 komentarze

Gdańska urok

Obchodzone wczoraj uroczystości transmitowano w tv. Oglądałam Gdańsk. Wtedy, kiedy akurat miałam wolną chwilę i mogłam sobie na to pozwolić. Jakże zmienił się Lech Wałęsa od tamtego czasu. Każdy się zmienił, normalne, przecież 30 lat to kawał życia. Lecz – jeden się zmienia na korzyść, inny wprost przeciwnie. Jeden się uczy, inny uważa, że wszystkie rozumy zjadł przed urodzeniem. Ilu ludzi – tyle zmian na przestrzeni czasu. Zmian w rządzie nie śledziłam, żadnej prawdziwej wszak nie ma. Jak w klasycznej już wypowiedzi o dżumie i cholerze – może się czymś różnią między sobą lecz są równie szkodliwe.
Porównanie najstarszego prezydenta i obecnego najlepiej podsumowują dwie sceny – to mi przyszło do głowy po obejrzeniu wspomnień sprzed 30-tu lat na filmie. Dwa ujęcia z wizyty obu panów u prezydenta Stanów Zjednoczonych. Obraz 1-y: Wałęsa witany owacją w Kongresie. Obraz 2-gi: prezydent Trump siedzący, rozparty za biurkiem z nadętą miną a obok nasz obecny z rozanielonym wyrazem twarzy stojący, kucający prawie przy podpisywaniu dokumentu, nie mający na czym usiąść bo nie dostawiono drugiego krzesła. Wszak służba nie siada w obecności pana…  Wstyd mnie ogarnia do tej pory na myśl o takim zdjęciu, które poszło w świat.
Do Gdańska przybyli samorządowcy z całej Polski. Przybyli na zaproszenie zamordowanego w styczniu prezydenta Pawła Adamowicza. Podpisali 21 postulatów proponując wszystkim siłom, partiom, rządzicielom teraźniejszym zapoznanie się z nimi, odniesienie się, wypowiedzenie na temat. Jak dobrze było ujrzeć razem, wspólnie patrzących w jednym kierunku  poprzednich trzech prezydentów, z których każdy wywodzi się skądinąd, 30 lat temu każdy z nich był gdzie indziej a jednak potrafią znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. „A to Polska właśnie”. Wyspiański wielkim artystą był… POLSKA jest tym wspólnym mianownikiem, który powinien łączyć. Ale nie jest. Mimo iż usta niektóre pełne frazesów są i wylewa się z nich potok słów, które straciły swoje znaczenie.
Gdańsk to miasto pełne życia, dobrej energii. Gdańsk jest piękny, co było widać na zdjęciach z dronów (chyba) i ma coś w sobie, jakiś urok niezaprzeczalny 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy