Żegnaj, maju, na rok…

Weekend pogodny, ciepły, słoneczny, taki powinien być. W blasku słońca od razu chce się żyć. Współczuję osobom, które lata nie lubią, takich jest przecież całkiem sporo. Najczęściej ze względów zdrowotnych mają negatywny stosunek do lata. A ja kocham słońce i ciepło, i
nie znoszę zimy.
Nie do wiary, że maj mamy już za sobą. Przez rok czekam na ten najpiękniejszy miesiąc w roku a on już sobie poszedł 🙁 Tak bardzo nie chciałam, żeby mijał, iż nie zauważyłam ostatniego majowego dnia. Wciąż mi się zdawało, że 1 czerwca będzie dopiero nazajutrz.
Zadzwoniła przyjaciółka M. z życzeniami – bo my sobie składamy z różnych dziwnych (dla niewtajemniczonych) okazji – a ja nie uwierzyłam, że jest Dzień Dziecka! Niestety, kalendarz potwierdził, że to ja się mylę! Więc szybko za telefon i do wszystkich dzieci ze
spóźnionymi całusami „dzieckowymi”. Dzieci się nie przejęły a ja tak. Skoro jednak święto stało się faktem, zafundowaliśmy sobie z Mężem lody do kawy, zgodnie z sms-em od Małego: „Wam, dzieciaki nieco starsze, też wszystkiego co najlepsze”. Najlepsze wydały nam się lody oraz nalewka z pigwy, dla zdrowotności oczywiście 🙂 Babcia D. była zadowolona bo lubi lody ale nie kojarzyła daty, my nie przypominaliśmy, bo chciałaby iść do sklepu po jakieś prezenty więc lepiej, że nie pamiętała, byłby problem. A tak – posiedziała w
ogródku korzystając z ładnej pogody, poruszała się trochę i to powód do radości, bo przecież ruch jest jej bardzo potrzebny. Na co dzień trudno ją do niego zachęcić.
Poranki witają mnie tak przecudne, że aż dech zapiera. Dosłownie, nie w przenośni 🙂 Oszałamiający zapach świeżych, zroszonych nocną rosą roślin mogę wdychać i wdychać i chyba wpadłabym w trans hipnotyczny gdyby nie psiaki, które tę czynność przerywają co chwilę. I dobrze, bo inaczej nie mogłabym się napawać widokiem mgły unoszącej się nad łąką, słońca przebijającego się przez jeszcze zielone świeżą zielenią liście. Jeśli temperatura będzie wysoka – jak zapowiadają – to takie świeże nie będą. Z reguły już w czerwcu trawa staje się żółta miejscami, wypalona słońcem. Korzystam więc póki można. Po ostatnich ulewach do lasku nie dało się przejść, woda miejscami stała dość głęboko, wczoraj już obeschła i poszłam z psiakami. Trawa urosła do pasa, na szczęście ktoś wyciął ścieżkę i można iść w las. Psiaki zabezpieczamy przed kleszczami, więc mam nadzieję, że nic im nie grozi. A swoją drogą jako dziecko nie słyszałam o żadnych kleszczach, biegało się po łąkach, polach, po lesie na bosaka, w krótkich spodenkach i nikomu nic się nie działo. Jak można latem chodzić ubranym od stóp do głów? To jakby nie było lata i wakacji!
Trochę ogródkowych prac mam zaliczonych. Oberwałam przekwitnięty bez z wielkim żalem, że już trzeba, tak szybko 🙁 Mały lilaczek Meyera też już po kwitnięciu. Obcięłam mu sporo gałązek bo rozrósł się na boki i do przodu za bardzo, teraz jest zgrabniejszy i nie zajmuje tak dużo miejsca. Co rok tak robię i wychodzi mu na zdrowie. Czeka nas przycięcie iglaków. Nam nie przeszkadzają tuję, są piękne i sprawiają radość. Ale tylko nam, sąsiadom podobno zasłaniają słońce, trochę trzeba je więc będzie skrócić. Nasze ogródeczki są
mikroskopijne i musimy się liczyć z tak bliskim sąsiedztwem. Cóż, samo życie. Przypominają się ogrody z dzieciństwa, duże, z wielkimi jabłoniami starych odmian, jakich już dziś nie ma. Tak mi się na nich fajnie siedziało i czytało książki, deklamowało wiersze i marzyło…
Maj był dla nas wyjątkowo męczący pod względem medycznym, nagromadziło się wizyt i zabiegów i ogólnie kontaktów ze służbą zdrowia była ogromna ilość. Ostatnia to operacja zaćmy u Męża, która miała się odbyć w listopadzie a tu – niespodzianka. Telefon z przychodni, że terminy się zmieniły, zatrudnili chyba dodatkowych lekarzy bo robią więcej zabiegów i Męża termin przeniesiono na maj. Dziś babcia D. ma wizytę u pani doktor od osteoporozy, słyszę wodę w łazience więc chyba się szykuje. Na razie jest ok, nie ma napadów złości a mnie serce mięknie, kiedy jest miła i sympatyczna. Oby jak najdłużej.
Dobrego tygodnia życzę, spokojnego, ciepłego i duuużo słoneczka w duszy, w sercu, w głowie też 🙂 🙂 🙂

Tego słodkiego psiaczka spotykaliśmy po drodze do schroniska pod Bereśnikiem

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Zwierzę nie jest rzeczą!!!

Mam wrażenie, że nasza piękna planeta Ziemia, matka Gaja daje do zrozumienia ludzkim istotom, że powinny wreszcie ruszyć rozumem i zacząć myśleć – to po pierwsze. Po drugie – żeby obudziły w sobie empatię do żyjących, czujących istot. To znaczy obudzić empatię mogą tylko ci, którzy ją mieli choćby w śladowej ilości zanim dała się uśpić. Jeśli nie było jej ani ciut ciut – nie ma czego budzić. I tu czuję się bezradna. Skąd taki ktoś miałby ją wziąć? Jeśli nie było w nim za grosz współczucia, współodczuwania, ludzkich uczuć (i np. kopał biedne, śliczne, bezbronne jeże aż je skopał na śmierć) to skąd może wiedzieć co to jest i do czego służy? Tylko czary mogą tu zadziałać, jak w baśni o Królowej Śniegu, żeby
roztopić zamienione w sopel lodu serce…
Skąd takie myśli? A na przykład stąd, że porusza mnie krzywdzenie zwierząt, że nie mogę się pogodzić z decyzją wymordowania stada wolnych krów. Nie mogę się pogodzić z tym, że takie mordowanie owi mordercy nazywają „utylizacją”. Jak można mówić o utylizacji
żyjących, czujących istot jakby to były stare szmaty? ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ!!! Znamy z historii takich co utylizowali ludzi w komorach gazowych, prawda? Zaczyna się od pogardy do zwierząt, którą przenosi się na wszystkich „innych”…
Ziemia ma już dość ludzkiej pychy, arogancji, niszczenia środowiska naturalnego, odsyłania w niebyt gatunków zwierząt i właśnie zaczyna nam to pokazywać. Oczyszcza się z ludzi poprzez trzęsienia ziemi, powodzie, tsunami i inne kataklizmy. Ku wielkiemu swemu
zaskoczeniu naukowcy odkryli nowo narodzony wulkan na dnie morza w pobliżu francuskiej wyspy Majotta leżącej między Madagaskarem a Mozambikiem. Powstał w ciągu 6-ciu miesięcy!!! Nigdy dotąd nic takiego się nie zdarzyło (tak wyczytałam).
Może to ostatnie chwile, żeby zadbać o naszą piękną planetę, zatroszczyć się, udobruchać Gaję, uprosić aby dała nam szansę na poprawę i przetrwanie? Dobrym znakiem jest widoczna, rozwijająca się coraz bardziej świadomość zagrożenia. Wśród młodych ludzi rośnie zaangażowanie w walkę ze smogiem, w obronę wycinanych puszcz, lasów, pojedynczych drzew nawet, w sprzątanie gór, zbieranie śmieci w lasach, oczyszczanie wód z olbrzymich ilości plastiku i innych śmieci zabijających morskie stworzenia. Nie rusza to jednak najbardziej decyzyjnych indywiduów, wciąż nastawionych na kasę z węgla, z drewna z wyciętych drzew starej puszczy, na nachapanie się jak najwięcej póki się da a potem choćby potop… Nie rusza też – z drugiej strony – najbardziej nierozgarniętych maluczkich, którzy problemu nie widzą, nie rozumieją i nie zrozumieją nigdy bo to przekracza ich zdolność pojmowania.
Rano przeczytałam, że padł ostatni samiec nosorożca sumatrzańskiego, niedawno ostatni biały nosorożec, wyginęły niebieskie papugi z gatunku ara modra i tak jakoś mi się zrobiło źle…

Arnold był pięknym kotem, został skopany przez jakiegoś drania jak biedne jeże

Rudy przychodził do nas w odwiedziny, poszedł przedwcześnie za Tęczowy Most z winy dwunożnego potwora

Na smutno wyszło, tak jakoś się złożyło… Za dużo różnych myśli się zebrało w głowie na różne tematy, nie tylko na te, które poruszyłam. Wszak życie jest niezmiernie różnorodne w swej zawartości, że tak się wyrażę…

ps. Wiadomość z ostatniej chwili: krowy ocalone 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

Wziąć przykład z kota

Mam moralnego kaca myśląc o przedstawicielach mojego kraju w PE z tej „dobrej” zmiany, będę się za nich wstydzić co chwilę. Tym bardziej, że oni nie wstydzą się wcale…
Ja się wstydzić nie muszę ani za Ursynów ani za Piaseczno 🙂
W Piasecznie wyniki przedstawiają się następująco:
44,88% – Koalicja Europejska
34,93% – Pis
9,03% – Wiosna
Frekwencja w powiecie – 55,78%
Te dane wzięłam z portalu Piaseczno News.
Natomiast poniższe ze strony haloursynów.pl
56,5% – Koalicja Europejska
22,4% – Pis
10,5% – Wiosna
Frekwencja na Ursynowie – 69,64%
Dobra wiadomość jest jedna – brunatne koszule nie przekroczyły progu, na szczęście.
Poza tym … „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”…
Teraz pora wrócić do życia. Wziąć przykład z kota i chodzić własnymi drogami. Franek odwiedza nas teraz tylko wtedy, gdy pada deszcz i musi się schować. Albo gdy jest okrrropnie zmęczony i musi się wyspać bez konieczności czuwania. Wtedy wchodzi do domu, nie rzuci nawet jednym okiem w stronę miseczki z kulkami tylko maszeruje na z góry upatrzoną pozycję, zwija się w kłębek i śpi. Cieszę się, że nie kocha nas tak bardzo jak swoich osobistych ludzi. Nie chciałabym, żeby upolowaną zdobycz przynosił mi do domu albo pod drzwi. Do siebie znosi myszy, jaszczurki, ostatnio widziałam dużego kreta. Położył pod drzwiami i czekał aż mu otworzą. Ponieważ nikogo w domu nie było a deszcz się rozpadał, przyszedł do nas, na szczęście zdobycz zostawił u siebie, co widziałam idąc z psami do psiej toalety podczas  Franusiowego spania oraz przerwy w deszczu.
Koty są mądre i cudowne, nawet moje psy są tego zdania 🙂

Franek myślący: już wyskoczyć czy jeszcze poczekać 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy

Życzenia dla Mamy

Kiedy byłam w początkowych klasach podstawówki wśród dziewczynek była moda na pamiętniki, do których wpisywały się koleżanki, nauczycielki ale też rodzina. Mam schowany taki pamiętnik. Mama wpisała mi dwa wierszyki. Nie znam autora.

Jeżeli pragniesz, aby świat

docenił piękno duszy twej,

musisz być zawsze jak ten kwiat,

jak konwalijka z leśnych kniei.

I drugi.

Kochaj serce matki

póki jest przy tobie,

bo za późno będzie wtedy,

kiedy będzie w grobie.

Może teraz wydawać się nieco makabryczny, lecz jakże prawdziwy w swej wymowie.  Jak „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Ale – dzięki tym słowom uświadomiłam sobie (szkoda, że tak późno), że cieszyć trzeba się każdym dniem, każdą chwilą bycia z Bliskimi. Tych chwil nie doceniamy dopóki trwają, dopiero kiedy przeminą odczuwamy dotkliwie stratę, pustkę, brak. Przychodzą na myśl pytania, których nie zadaliśmy póki była tego możliwość, a więc nigdy nie poznamy odpowiedzi…  Kochajmy nasze Mamy dopóki są z nami, mówmy Im o tym bo tego bardzo potrzebują.

🙂 🙂 🙂 Kwiaty z życzeniami dla każdej Mamy 🙂 🙂 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Kasia Dowbor – „Apetyt na życie czyli poradnik dojrzałej kobiety”

Bardzo lubię Kasię Dowbor od zawsze, od czasu kiedy wieki temu moja siostra pracowała w radio a potem na Woronicza i mówiła ” Kaśka to świetna dziewczyna”. Od tego czasu zawsze patrzyłam na nią jak na kogoś znajomego i rozpoznawalnego. No, nie rozpoznawać raczej byłoby trudno, zawsze była dziewczyną rzucająca się w oczy z powodu nietuzinkowej urody.
Co tydzień oglądam „Nasz nowy dom”. Podziwiam rezultat pracy wykonanej przez ekipę zaledwie w ciągu pięciu dni, wzruszam się losami bohaterów oraz ich reakcjami na nowy dom, który jednocześnie staje się początkiem nowego życia. Oglądam też ze względu na
prowadzącą, na jej wrażliwość, szczerość zachowania, na łzy, które niejednokrotnie pojawiają się w oczach, zresztą nie tylko Kasi ale i członków rodzin wracających do wyremontowanych domów oraz twardych facetów z ekipy.
Na urodziny dostałam od Małego książkę. Leżała i leżała, mrugała do mnie i mrugała zachęcająco lecz nie miałam czasu. Dopiero dziś, nie mogąc sobie znaleźć miejsca w oczekiwaniu na ważną wiadomość, wzięłam ją do ręki i… wsiąkłam bez reszty. Gęba mi się uśmiecha do tej pory (wiadomość ok) do pełnej uśmiechu twarzy Autorki spoglądającej z okładki. Książka długo będzie stała „na oczach” jako odtrutka na złe myśli, remedium
na gorsze chwile. Jest tak pełna ciepła, sympatii do ludzi, do świata, tak pełna optymizmu, że nie odłożyłam jej zanim nie doszłam do ostatniej strony. Są tu zdjęcia rodzinne stare i nowe, w tym oczywiście zdjęcia zwierzaków należących do rodziny, zdjęcia pięknie
urządzonych wnętrz domu, jest historia przodków, są porady i przepisy, jest dzielenie się wspomnieniami z różnych okresów życia, dzielenie się doświadczeniem i nabytą przez 60 lat mądrością. Są KOLORY, HUMOR, OPTYMIZM. I samo DOBRO, ŻYCZLIWOŚĆ tryskające gejzerem. Jestem zachwycona!

Bez zdjęć jest smutno więc prezentacja kotów będzie w kolejnych wpisach 🙂

 

To jest Ozzy, kot Małego

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

Zostań, maju, na dłużej :)))

Weekend minął, deszcz przestał padać, ziemia na razie mokra, roślinki napiły się do woli, kałuże wypełnione wodą 🙂 Zaczęłam Szilkę odchudzać, nie może przypominać wyglądem baleronu na cienkich nóżkach nie ze względu na urodę (bo i tak jest najpiękniejsza na
świecie) lecz z powodu zdrowia. Musi schudnąć ale jak jej tłumaczyć, że musi kiedy wciąż podchodzi do miski i dziwi się, że pusta? Tłumaczę jej, że koniecznie trzeba, żeby jej stawy nie bolały, żeby lżej było oddychać i wchodzić po schodach. Wreszcie sięgnęłam po
argument ostateczny i mówię „I ja z tobą nie jeść będę” – co jest cytatem z „Rancza”. Jedyna różnica – tam Solejuk mówił do Hadziuka wspierając go w tygodniu abstynencji „nie pić będę”. Jak to w nasze potoczne słownictwo wchodzą na stałe wyrażenia z reklam np. „zawijać w te sreberka”, „żubr występuje w puszczy”, „prawie czyni wielką różnicę” i mnóstwo innych. Z filmów i seriali również, ze „Stawki większej niż życie”, z „Rancza” właśnie, z „Samych swoich” itd. U nas zmywarka ma na imię Marysia 🙂 co jest zdrobnieniem od „Jan Maria Rochowicz” czyli bohatera komedii „Poszukiwany poszukiwana”, gdzie bezustannie podziwiam rolę Wojtka Pokory.

Przeżyłam chwilę trwogi bo Lapcio zrobił 'pyk” i zgasł. Całkowicie, kompletnie i myślałam, że nieodwołalnie. Na szczęście Mąż popukał się w głowę widząc moją reakcję, popukał gdzieś tam, wcisnął, docisnął i ożywił Lapcia, ufff. Już byłam przerażona co ja zrobię bez Was!

A teraz wiatr się uspokoił, burza przeszła bokiem, trochę pomruczała, błysnęła dwa razy i zniknęła zostawiając strugi deszczu. A w weekend TzG się skończył, wygrała Joasia Mazur, której trenerem był Janek Kliment. Po udziale w programie świat tej dziewczyny zmienił się jak świat dla psa ze schroniska przygarniętego przez kochającą rodzinę. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi za porównanie (jeśli tak – jego problem), wiele razy powtarzałam, że człowieka poznaję po stosunku do zwierząt. TTBZ też się skończyła, edycję wygrał Kazik Mazur. Właśnie w tej chwili, pisząc te słowa, skojarzyłam nazwiska. Coś podobnego! W obu programach zwyciężyły osoby noszące takie samo nazwisko!
Drogą skojarzeń – zaczyna się robić poważnie… „do mazura stań wesoło buntownicza wiaro” … tak mi się przypomniał „Mazur kajdaniarski”… „Mazurek Dąbrowskiego” jak najbardziej wskazany i miły sercu ale mazurek kaczyńskiego wprost przeciwnie…  Weekend pod znakiem walki o głosy elektoratu, prób przekonania do swoich racji nieprzekonanych albo obojętnych. Dzieje się, oj dzieje. Odkryło się przed niedowiarkami prawdziwe oblicze części kk, pozwalającej na pedofilię i ukrywającej sprawców. I cóż? Do żadnego osobnika
podanego na tacy policja nie weszła o siódmej rano jak do pani od tęczy.
Czekam na ciszę wyborczą. Jestem zniesmaczona tym, że Polsat puszcza spot pisu. Wiem, że interesy i polityka są nierozerwalnie związane, że biznesmen czasem musi bo biznesmenem być przestanie jak się władzy narazi, tak zawsze było… Ale nie podoba mi się, że stacja, którą lubię i oglądam zaczyna się „skurszczać”.
Niech więc już cisza i spokój nastaną aby nie trzeba było co chwilę oglądać na ekranie wykrzywionej złością twarzy z banknotu pokazanego przez BBM  oraz wielu innych „buziek” i słuchać słowotoku – jak wgranej płyty, odtwarzanej bez względu na zadane pytanie czy temat dyskusji. Oby do Dnia Matki 🙂

Niech słoneczko zaświeci, żeby wszystkim było przyjemnie i ciepło w tym przedostatnim majowym tygodniu. Tak czekałyśmy na najpiękniejszy miesiąc w roku a on już ucieka i przekwitają bzy. Zostań maju na dłużej – chciałoby się prosić lecz on nie słucha, idzie
swoją drogą nie oglądając się za siebie… szkoda, że nie przystanie na chwilę…

To nie tegoroczny kwiat, na razie moje ulubione piwonie mają wielkie pąki, jeszcze nie rozkwitły

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

By się przydało:)

Wczoraj obudziłam się przed czwartą. Spojrzawszy na godzinę ucieszyłam się, że jeszcze mogę pospać, stukania psich pazurków nie słyszałam, czyli Szilka i Skitek śpią. Coś mi się śniło, nie wiem co, z reguły od razu zapominam, rzadko pamiętam sny po obudzeniu, jeśli
już to długo. Mam taki jeden z wakacji w liceum ale nie da się go opisać. Widzę obraz przed oczami gdy napłynie do mnie myśl o nim. Ale wracam do czasu teraźniejszego. Obudziłam się ze słowem, imieniem Yogananda. Bardzo wyraźnie dźwięczało mi w uszach. Kilka razy już miałam się zabrać za czytanie „Autobiografii jogina” ale zawsze wtedy pojawiał się ktoś, kto bardzo chciał przeczytać i ustępowałam pierwszeństwa. Tym sposobem dotąd nie czytałam. Wróciłam z psami z mokrej łąki, włączyłam Lapcia i poszukałam informacji o
Yoganandzie. Zagłębiłam się w lekturę a przy okazji trafiłam na bardzo ciekawe blogi powiązane tematycznie, wszystkie na blogspocie. Nie ma przypadków, wcześniej poczytałam o tańcu kaoshiki (bajka107.blogspot.com) i potem na YT popatrzyłam, może dlatego imię Mistrza do mnie przyszło?
Taniec bardzo mi się spodobał, zrobiłam na siedząco kilka ruchów rękami zgodnie z instrukcją, potem wstałam i niezdarnie próbowałam naśladować. Całe szczęście, że tylko psiaki widziały, nie śmiały się przynajmniej widząc co wyprawiam 🙂 Obiecałam sobie, że popróbuję. Kiedyś 😉 Lecz… po tych kilku minutach ruchu wczoraj dziś czuję ból w rozciąganych mięśniach! Czyli – niby nic a działa! Skoro tak, dobrze byłoby się zmobilizować i naprawdę poćwiczyć dla zdrowia i poprawy kondycji.
Jeszcze słowo o Eurowizji. Nie wiem kto decyduje o wysłaniu przedstawiciela Polski. Jak do tej pory specjalnych osiągnięć nie mamy, pewnie dlatego, że nas mało kto lubi i żaden kraj nie ma interesu, żeby głosować za nami. Tym bardziej teraz. Ale wysyłać Tulię? Na
festiwal folklorystyczny owszem, lecz na Eurowizję? Było do przewidzenia, że odpadnie natychmiast. Skoro przewidywanie tak dobrze mi poszło, szkoda, że w innej dziedzinie nie przejawiam podobnych zdolności, np. w kwestii numerków w Lotto 😉 A tak by się przydało trafić 🙂

Dla dekoracji – kotek ze schroniska pod Bereśnikiem w Szczawnicy witający gości, z nami siedział przy stole i na stole też 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

Lek na ból głowy :)

Obudziłam się koszmarnym bólem głowy. Padało, wyszłam z psiakami tylko na łąkę, tak na szybko, na szczęście sprężyły się w wiadomej sprawie i nie musieliśmy długo chodzić. Teraz śpią co i ja bym najchętniej uczyniła 🙂 Ponieważ jednak szkoda mi dnia na spanie, nawet takiego deszczowego a nic mądrego nie wymyślę w tej chwili (oj, jak mnie łupie w łepetynie), puszczę w świat fragment „Widocznie tak miało być” dla rozrywki i poprawy nastroju. Poprzedni był na Walentynki, dziś na deszcz, ból głowy i trzynastego.

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Po powrocie z pracy Aldona poszła do Doroty. Przyjaciółka otworzyła drzwi „udekorowana” ogromnym siniakiem otaczającym oko.

– Matko jedyna, co ci się stało? Kto ci oko podbił? – krzyknęła Aldona.

– Alkohol … – zaczęła Dorota.

– Alkohol ci oko podbił? – zdziwiła się Aldona.

– Alkohol szkodzi…

– Przecież wiadomo, że tak. W nadmiarze oczywiście. Ale co ma wspólnego z twoim okiem? Upiłaś się? A może Michał się upił i ci przyłożył?

– Chyba zidiociałaś na amen – obruszyła się Dorota. – Żeby Michała o coś takiego posądzać to trzeba rozumu za grosz nie mieć.

– No wiesz, alkohol rozum odbiera, rzecz udowodniona…

Rozległ się kolejny dzwonek i do mieszkania wpakowała się Teresa.

– Oo, co ci się stało? – wyraziła zdziwienie o takiej sile natężenia jaką przed chwilą zaprezentowała Aldona.

– Druga mądra – odburknęła gospodyni. – Jednej próbuję wytłumaczyć… ale ona w ciąży, to nie rozumie, bo rozum dziecku użyczyła, żeby się dobrze rozwijało…

– Doniczka, co jej się stało? Ty coś rozumiesz?

– Obawiam się, że nie tylko w oko dostała ale również poniosła dużą szkodę na umyśle – westchnęła Aldona ledwo powstrzymując głośny wybuch śmiechu. – Ciekawe co jej tak rozum uszkodziło…

– Idiotki kompletne, obydwie – huknęła Dorota. – Usiłuję wam powiedzieć, tylko mi przerywacie, że alkohol szkodzi. Spróbuj się odezwać – spojrzała groźnie na Teresę już otwierającą usta, żeby coś wtrącić. – Wczoraj mieliśmy z Michałem taką swoją rocznicę. Poszłam po szampana schowanego na balkonie, na samym końcu, akurat zimno było, to mógł tam stać. Schylając się po niego rąbnęłam twarzą w pałąk, na którym zaczepiam linki, kiedy wieszam pranie. Ot i tyle.

– No wiesz co, stwierdzam, że w twoim przypadku alkohol szkodzi nawet zamknięty w butelce – oświadczyła Aldona

Weszły wreszcie do pokoju. Dorota postawiła na stoliku dzbanek z herbatą i szarlotkę.

– No nie, nie powinnaś stawiać przede mną słodyczy, bo niedługo będę grubsza od wieloryba. I jak ukryję swój stan w pracy?

– To nie jedz, ćwicz silną wolę – Dorota nie okazała ani grama litości.

– Przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach – westchnęła Teresa.

– Zdecydowanie wolałabym nudniejsze  – stanowczo stwierdziła Aldona. – Naprawdę marzę o ciszy, spokoju, o świecie pozbawionym  agresji, nienawiści, wojen…

– Utopia. Ale pomarzyć dobra rzecz – skinęła głową Dorota. – Ludzkość od wieków walczy o pokój i co z tego?

– Właśnie – wtrąciła Aldona, – walczy. A gdyby pokój zwyczajnie sam ogarnął świat i nad nim zapanował? Rozpostarłby się, rozprzestrzenił jak mgła nad ranem…

– Gadasz jakby tobie mgła się rozprzestrzeniła w mózgu – popukała się palcem w czoło Teresa.

– Jeszcze się taki nie urodził co wszystkim by dogodził – Dorota spojrzała na Teresę. – A ty nie pukaj się w czoło, bo się okaże, że tam pusto. Jedni chcą spokoju, inni do życia muszą mieć zamęt wokół.

– O to, to, jak ta nieszczęsna Greta z mojej pracy – stwierdziła Aldona.

– Raczej ty jesteś nieszczęsna, że musisz z taką lampucerą siedzieć w pokoju. Ona jest chyba zadowolona – skomentowała Teresa.

– Ona nigdy nie jest zadowolona. Chyba jak do tego stopnia namiesza, że już nikt nie wie o co chodzi, wtedy przez chwilę może tak. Niesamowita jest zdolność z jaką kłamie. Na przykład przez telefon opowiadała jakiejś swojej psiapsiółce, że gotowała zupę pomidorową, ze szczegółami opowiadała, co po czym wrzucała, ile czego i na jak długo. W chwilę potem zadzwoniła do innej i opowieść się powtórzyła, tyle, że główną rolę grała zupa ogórkowa.

– Widocznie jest z gatunku tych, co prawdę powiedzą tylko jak się pomylą – z politowaniem skinęła głową Teresa.

– Biedny jest taki człowiek – powiedziała Dorota. – Mam wrażenie, na podstawie twoich relacji oczywiście, przecież osobiście jej nie znam, że krótkotrwałe przyjemności przedkłada nad wszystko inne, wybiera szybkie, nietrwałe rozwiązania problemów, które na dłuższą metę niczego nie załatwiają…

– No i ty, Doniczko, chcesz pokoju na całym świecie mając w pobliżu  takie jednostki jak moja bratowa, twoja Greta, czy Marian – wtrąciła Teresa.

– Nie moja, nie moja – Aldona wyciągnęła przed siebie ręce jakby w geście obrony.

– W sensie koleżanka, przecież nie ja z nią siedzę biurko w biurko – wyjaśniła Dorota.

– Nie patrz na nią, bo ci się brzydkie dziecko urodzi  – poradziła Teresa.

– O właśnie, postaw sobie jakiś ładny widoczek, żebyś się na cholerę nie zapatrzyła – zgodziła się Dorota z przedmówczynią. – Przynajmniej będę miała ładną bratanicę.

– Nie może być spokoju na całym świecie, to niech chociaż w Europie będzie, a cholery niech za morza idą – skrzywiła się Teresa.

– Akurat, bo ktoś ich tam potrzebuje – odpowiednią mimiką twarzy Dorota wyraziła dezaprobatę dla wszystkich choler na świecie.

– Ale poważnie, niech na tym naszym starym kontynencie  wreszcie zapanuje spokój. Tyle się tu działo przez ostatnie dwa tysiące lat, że wystarczy, znudziło mi się…- westchnęła Aldona.

– Popatrz Tereniu – Dorota porozumiewawczo trąciła przyjaciółkę, – nieźle się trzyma jak na dwa tysiące lat…

– No, i jeszcze dziecko będzie miała…

– Zarobicie, obydwie zarobicie zaraz, jędze jedne – pogroziła Aldona.

Aza, która właśnie zakończyła drzemkę, przeciągnęła się i była gotowa na jakieś atrakcje. Położyła przednie łapy na ramionach pani usiłując ją polizać po twarzy.

– A idźże ty paskudo, rzuć się na ciotki bo one się mnie czepiają.

Aza po namyśle „rzuciła się” na „ciotki” ze szczekaniem w pysku i miłością w oczach jak to określiły Stokrotki, które przyszły po matkę w towarzystwie chłopców Doroty. Za nimi pojawił się Michał, dziś wypadała jego kolej przyprowadzenia całego towarzystwa z zajęć na basenie.

Kajtuś podkradł się do Teresy i zaczął ją łaskotać. A ona nic.

– Ciocia, nie mas  gilgotek?

– Nie mam.

– To ty jesteś jakaś wybrakowana ciocia – stwierdził rozczarowany i zwrócił się do matki. – Mama, zrobis prośne kulki?

– Zrobię Kajtusiu, zrobię.

– A sypko zrobis?

– Jak ciocie pójdą do domu.

– No to jus sobie idźcie – Kajtuś ze zniecierpliwieniem spoglądał na gości.

– Nie lubisz nas Kajtusiu, że tak nas wyrzucasz? – droczyła się Aldona.

– Lubię, nie wyzucam, tylko chcę, zeby mama zrobiła prośne kulki – sprostował.

– A co to takiego?

– Kulki z kaszy jaglanej utytłane w czekoladzie – wyjaśniła Dorota.

– Utytłane? Czemu prośne?

– No, obtoczone. Co wy obie dzisiaj jakieś tępe jesteście, niczego nie rozumiecie. Prośne, bo kasza jaglana jest z prosa, prośte, tfu, proste chyba.

– Ciocia, ty za wolno dzisiaj myślis – Kajtuś z dezaprobatą spojrzał na Teresę.

– A ty za szybko, uważaj, żebyś się nie spocił – Linka stanęła w obronie Teresy, która dusiła się ze śmiechu.

Aldona wyjęła z torebki paczkę cukierków.

– Poczęstujesz się Kajtusiu?

Spojrzał na paczuszkę i skrzywił buzię jakby się napił soku z cytryny.

– One scypią w język, są niedobre. Wies co? Pocęstuj kogoś, kogo nie lubimy, niech jego poscypie.

– Och ty, mądralo – roześmiała się. – Nawet chętnie bym poczęstowała taką jedną… No dobrze, trzeba iść. Kajtusiu, masz nowy zegarek. Możesz powiedzieć, która godzina?

– Nie mogę ci powiedzieć, bo mi się zegarek zuzywa – odpowiedział poważnie.

– Jędrek, a ty ruszże się wreszcie z tego przedpokoju – zawołała Dorota do starszego syna. – Siedzisz w jednej pozycji i nic nie robisz.

– Wcale nie – oburzył się. – Przedtem zmieniałem jedną skarpetkę a teraz zmieniam drugą.

– Ciociu, – z kuchni zawołała Inka. – Aza zeżarła gazetę!

– Pewnie jej się artykuł nie podobał – mruknęła Dorota. – Gazeta to nic. Dwa dni temu otworzyła drzwi do kuchni, zeżarła ciasto i pół koszyka pomidorów. Czego już nie dała rady, pomieszała i rozniosła po pokoju.

– O matko jedyna! – krzyknęła nagle Aldona. – Nigdzie nie idę. Przecież przyszłam do ciebie z konkretną sprawą. Ważną na dodatek. Tak mnie zagadaliście wszyscy razem, że zupełnie mi wyszło z głowy.

– Co ci wysło, ciocia? Wsy? – zainteresował się Kajtuś.

– Nie gadaj głupot – wtrącił się  Bartuś. – Ciocia nie chodzi do szkoły, to skąd miałaby mieć wszy? Wszy się przynosi ze szkoły.

– Albo z psedskola – uściślił Kajtuś.

– No to mów, bo przecież muszę te kulki zrobić – Dorota podniosła się z krzesła.

– Wiesz co, chodźmy do kuchni i rób te kulki, popatrzę przy okazji jak to się robi – powiedziała Aldona.

– Dobrze, że już zrobiłaś miejsce, ja też się zmieszczę – Teresa cofnęła się z przedpokoju. – Myślicie, że będziecie jakieś sekrety ukrywać przede mną? Figa!

– Chodź, chodź, może co mądrego wymyślisz, bo to nie są żarty. Słuchajcie, od dziewczynek się dowiedziałam, że Agata chce Monisię gdzieś wywieźć, do jakiejś ciotki czy kogoś, żeby jej nie przeszkadzała.

– A to takie buty – gwizdnęła Dorota. – I w ten sposób chce wywrzeć nacisk na mojego brata. A to cholera jedna.

Do kuchni wcisnął się Kajtuś.

– Mama, co to są skini?

– A cholera wie – odpowiedziała Dorota nie słuchając dziecka zajęta innymi myślami.

– A babcia wie – stwierdził Kajtuś. – Cy babcia jest cholera?

– Uciekaj mi stąd, ale już – machnęła Dorota ścierką w stronę synka. – Ja muszę pomyśleć w spokoju. Już cię tu nie ma.

Kajtuś zmył się natychmiast w obawie przed ścierką.

– A coś konkretniejszego wiesz? – spytała Teresa.

– Nie, skąd. Tyle wiem od dziewczynek, a one od Moniki.

– Michał! – zawołała Dorota. – Chodź tu szybko.

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Powieści | 23 komentarze

annablog na blox.pl…takie sobie dyrdymałki… = annapisze.art

Specjalnie taki tytuł umieściłam, żeby ktoś, kto jeszcze tu nie trafił mógł tym sposobem dotrzeć. Miał być umożliwiony dostęp do własnego bloga jeszcze przez jakiś czas ale od kilku dni nie udało mi się wejść na bloxa, koniec, kropka nie ma. Zrobiło mi się bardzo
przykro, przecież obiecywali!!! Tak to można wierzyć, jak babcia mówiła „obiecanki to cacanki a głupiemu radość”. Trudno, pies z nimi tańcował – jak to się mówi. Najważniejsze, że większość z nas się odnalazła i nie pogubiłyśmy się ” w tych internetach”.
Tylko szkoda, że Panna Cliff nie może z nami rozmawiać, Emma się nie zdecydowała na założenie bloga w nowym miejscu, poszła sobie na FB a ja tam konta nie mam i nie będę zakładać. Moje pieski tęsknią za rozmową z Cliff, Quattro też chciałby z nią pogadać jak wróci z Krainy Deszczowców a tu klops. Może jeszcze Cliffcia wpłynie jakoś na tę swoją Babę, żeby do nas wróciła? Z przyjemnością oglądałam zdjęcia z Poddąbia, z naszego pięknego Wybrzeża z uroczą sunią biegającą po piasku…
U nas ranek wstał pochmurny. W przyspieszonym tempie wyskoczyłam z łóżka ponieważ mi się zdawało, że słyszę zbiegającego po schodkach Skitusia co nieodwołalnie wróży powódź. Na szczęście tylko mi się zdawało. Posądzony delikwent spał snem słodkim, nic go
nie było w stanie zmusić do podniesienia się z cieplutkiego legowiska, jedynie ogonkiem machnął na znak, że widzi i słyszy ale życzy sobie, aby go pozostawiono w spokoju. Ruszyło go z miejsca dopiero jedyne czarodziejskie słowo MASZ. Temu słowu się nie oprze i z
najgłębszego snu ono go wyrwie 🙂
Wyszliśmy więc szybciutko z domu, dobiegliśmy do furtki na łąkę. Ja też! Biegłam! Wprawdzie przytkało mnie od razu jak przystanęłam ale co tam, zwycięstwo ducha nad ciałem zaliczone 🙂 Zaczęło kropić lecz nie rozpadało się i tak pogoda – rzec można – sama nie wie, w którą stronę ma ruszyć, w stronę słońca czy w stronę deszczu. Pierwszego by się chciało, drugiego potrzeba 🙂 Jak będzie – zobaczymy.
Już piątek, dzień najbardziej przeze mnie ulubiony przed emeryturą, szczególnie od godziny 16-ej 🙂 W ogródku na razie tylko trawa skoszona, brateczki na oknach kwitną a z resztą czekam aż zimna Zośka pójdzie w zapomnienie.
Dziś zdjęcia specjalnie dla Magdy 🙂

Gadów nie lubię lecz to stworzonko jest milutkie

W porównaniu do ludzkiej ręki widać jakie to malutkie

Miniaturowy Wally Gator , nieprawdaż?

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 40 komentarzy

Na szczęście

Pisałam wczoraj, we wtorek, (wciąż najpierw piszę w notatniku po bloxowych doświadczeniach ze znikaniem tekstów) ale padłam wieczorem i nie miałam siły przenieść tych kilku słów. Jakaś taka „niedomęczona” jestem 🙁
Trudno było ostatnio z babcią D. się porozumieć. Są dni, w których wszystko dzieje się spokojnie, prawie normalnie ale przychodzi znów taki dzień jak dziś. Babcia płacze, szuka bezustannie czegoś. Przez pół dnia usiłowała przemycić do siebie wiadro z ogródka, takie do trawy, ziemi, chwastów itp. Wychodziliśmy za nią aby ją powstrzymać tłumacząc do czego owo wiadro służy. Wreszcie okazało się, że zniknął z jej łazienki zielony kubełek na śmieci. Wyparował, nie ma, oczywiście babcia nie wie co się stało, szuka. Ja przeszukałam każde możliwe miejsce, które mi przyszło do głowy łącznie z dużym pojemnikiem na śmieci przed domem. Już kilka razy wyciągałam z niego różne przedmioty wyrzucane przez nią, np. świecznik czy przykrycie od zaginionego właśnie zielonego kubełka. Całe popołudnie minęło „w stanie czuwania”, przemykała się na dwór, żebyśmy jej nie widzieli – a potrafi się poruszać bezszelestnie niczym duch. Dałam jej do łazienki zastępczo duży pojemnik po kapuście tłumacząc, że jutro kupię nowy kubełek, że nie ma się czym przejmować itd. Później Mąż poszedł do kuchni wyrzucić coś do śmieci i zobaczył, że w kuchennej szafce stoi poszukiwane jej zielone wiaderko z workiem ze śmieciami przełożonymi z normalnego kuchennego kubła,  zaś on sam został wciśnięty w szafkę, głęboko z tyłu. Cud, że nie zerwała przy tym rurek od wody. Do tego przyniesiona była miotełka do zamiatania podwórka… Ledwo to się wreszcie wyjaśniło usłyszałam płacz, że zginęły okulary. Leżały tuż przy niej…
Zmiany pogody, ciśnienia powodują takie perturbacje. Przypomina mi się problem z cukrzycą podczas pełni o czym pisała Aga. Czy nam się podoba czy nie, jesteśmy częścią natury i tego powiązania nic nie zmieni, choćbyśmy mieli o sobie nie wiadomo jakie mniemanie. I bez względu na nasze pojedyncze przeżycia natura karmi nasze oczy swoimi cudownymi dziełami sztuki. Na szczęście 🙂

Kwitnące drzewko na Ursynowie. Czyż nie jest doskonały każdy kwiat, każdy płatek, każdy listek, każdy szczegół stworzony przez Matkę Naturę?

Jakże różnorodne są dzieła Matki Natury, prawda? To skały w Pieninach

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy