Święto Policji – 24.VII.

Wiele lat temu wskutek różnych zdarzeń zewnętrznych, tak to ujmę, powstało kilka wierszydeł na falach emocji z nimi związanych. Dziś jest Święto Policji, więc akurat dobra okazja, by jeden – napisany w maju 2003 – ujrzał światło dzienne.

********************************************************************************

Był młody, przystojny,

miał w sercu moc marzeń.

mogłyby się ziścić,

gdyby nie splot zdarzeń.

Właśnie szkołę skończył,

tęsknił do dziewczyny,

pierścionek jej kupił,

były zaręczyny.

Biała suknia w szafie,

goście zaproszeni,

przyjęcie gotowe,

rodzice wzruszeni.

Już mieszkanie w planie,

dzieci chociaż dwoje,

by na stare lata

wnuki bawić swoje.

Prosiła dziewczyna:

„Zwolnij się z policji,

Nie musisz kurczowo

Trzymać się tradycji.

Fakt, że w twej rodzinie

ktoś był policjantem,

nie znaczy, byś ty musiał

zostać aspirantem”

Nie słuchał. Jeszcze tylko akcja

przed ślubem jedyna.

On z akcji nie wrócił,

została dziewczyna.

********************************************************************************

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 26 komentarzy

Czystości więcej by się zdało

Akcja „Czyste Tatry” staje się coraz bardziej popularna. Miło o tym słyszeć, tym bardziej, że obecnie podczas takiej akcji wolontariusze znoszą z gór o wiele mniej śmieci niż na początku. Przydałoby się, żeby taka tendencja z gór zeszła w doliny. Szczególnie interesowałoby mnie dotarcie tejże tendencji do podwarszawskiego miasteczka. Na moich „psich” trasach spacerowych śmieci jest coraz więcej. Szczególnie przy torach i koło cmentarza, choć i gdzie indziej nie brakuje butelek, czy raczej małych buteleczek po wódce, po piwie butelki i puszki w ilościach ogromnych się znajdują, tudzież pozostałości po zakąskach walają się wokół i fruwają z wiatru powiewem. Czy kiedykolwiek to się zmieni? Pierwsza odpowiedź nasuwa się w formie słowa NIGDY. Niestety. Mimo, że nigdy nie należy mówić słowa nigdy – jakoś nie mogę uwierzyć w cudowną przemianę. Nie ta cywilizacja, tu był zabór rosyjski… Co ma piernik do wiatraka? Niby nic, lecz na
Dolnym Śląsku, gdzie mieszkałam przez 7 lat a potem przyjeżdżałam w odwiedziny, rzucała się w oczy czystość miast, miasteczek, wiosek. Szczególnie zwracałam uwagę na to, gdy już się wyprowadziłam, miałam porównanie z innymi rejonami kraju. Nie musiałam się
wysilać, żeby różnica kłuła w oczy, sama się narzucała. Takie mnie dziś refleksje naszły.
Potem jeszcze coś mi się roiło, że jak brudno w duszach to i w zachowaniu widoczny ten brud jest, taki niesmak pozostał po „widzeniu i słyszeniu” wydarzeń z weekendu, słów tych, co bronić słabszych powinni…  Cóż, życie jest brutalne i o tym nam przypomina, bo chyba
przespaliśmy już zbyt długi okres…
Dziś bez zdjęć, bo brzydkich rzeczy nie uwieczniam a inne jakoś nie pasują.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 5

Dziewczynki kończyły jeść kolację. Rozległ się dzwonek domofonu, szczekanie Tiny i po chwili do przedpokoju wtoczyła się Dorota obładowana wielkimi torbami wypchanymi różnokolorowymi dziewczęcymi fatałaszkami. Stokrotki z piskiem i okrzykami radości rzuciły się w stronę owych skarbów. Widząc, że niektóre z nich są zbyt duże, postanowiły podzielić się z Justysią.

– Skoczę po nią, niech obejrzy – Linka już była na korytarzu i po chwili wróciła w towarzystwie sąsiadeczki.

– Mamusia prosi, żeby obie ciocie koniecznie przyszły, bo tatę okradli a mamusię zwolnili z pracy – powiedziała Justynka jednym tchem.

– Rany boskie – załamała ręce Aldona.

– Jak widać nieszczęścia naprawdę chodzą parami – zauważyła Dorota.

Zapukały do drzwi naprzeciwko. Otworzyła zapłakana Magda.

– Sama już nie wiem czy łzy mi lecą z żalu czy ze złości – tłumaczyła. – Szlag mnie trafia, cholera mnie zaraz zatłucze i wyć mi się chce.

– Chcesz relanium? – Aldona sięgnęła do kieszeni spodni.

– Już łyknęłam i nic, dalej się trzęsę. Wyobraźcie sobie co za draństwo. Przychodzę rano do pracy a szef mówi, że zamyka zakład! Po prostu zamyka zakład! A my na ulicę! Wszystkie ile nas pracowało! Przecież to się w głowie nie mieści! Wstawałam o czwartej rano, głuchą nocą jechałam na drugi koniec Warszawy, do domu przynosiłam kawałki do prucia, żeby więcej zrobić i czasu na to w pracy nie tracić a on zamyka zakład! I jeszcze do tego okradli Marcina. Polazł, ciemięga jeden, do pasiastej hali targowej pod Pałac Kultury w ten straszny, kłębiący się tłum ludzi, a saszetkę z dokumentami, pieniędzmi i kluczami wsadził w reklamówkę. Idiota jeden! Plastik rozcięli, saszetkę wyjęli i szukaj wiatru w polu, nie zauważył nawet kiedy to się stało.

– O kurza blaszka – jęknęła Dorota. – Mają dokumenty, więc adres i do tego klucze. Niedobrze.

– Całkiem niedobrze. Marcina jutro cały dzień w domu nie będzie, ja wrócę dopiero koło trzeciej. Jak w takiej sytuacji zostawić same dzieci?

– Co zrobić? – martwiła się Aldona. – Ja jutro pracuję do osiemnastej, nic nie mogę poradzić.

– Czekajcie – podskoczyła Dorota na taborecie, – mam pomysł. Mogę zadzwonić do Tereski?

– Głupie pytanie – skrzywiła się Magda.

Dorota wyszła do przedpokoju gdzie na ścianie wisiał aparat telefoniczny. Wykręciła numer i przyciszonym głosem prowadziła rozmowę. Zanim sama opowiedziała co się stało, wysłuchała jakiejś relacji Teresy, która ją zbulwersowała.

Wróciwszy do kuchni usiadła na poprzednio zajmowanym miejscu i ciężko westchnęła.

– To wszystko zaczyna mi coraz gorzej wyglądać. Tereska mówiła, że Jurand dzwonił do Sergiusza, a wspólnik najpierw nie chciał go poprosić mówiąc, że zajęty. Dzwonił jeszcze kilka razy, a ten typek zmieniał głos i mówił, że pomyłka. Przypominam sobie, że ostatnio ja też dzwoniłam i za każdym razem słyszałam, że właśnie wyszedł.

Serce Aldony na moment zamarło, potem rozszalało się nierównomiernym biciem sprawiając lekki ból. Czy przypadkiem coś mu się nie stało? O Boże! Wszystko inne nie jest ważne, aby tylko on był cały i zdrowy. Reszta świata może zniknąć z powierzchni ziemi  byle nie on!

– Maciek był przeziębiony – ciągnęła dalej Dorota. – Już mu przeszło, ale ma zwolnienie do końca tygodnia i przyjdzie tu jutro z Maksem pilnować chałupy.

– Na noc, tak na wszelki wypadek, powinniście zabarykadować drzwi – dodała Aldona. – A jutro Marcin musi wymienić zamki, nie ma wyjścia.

– Kiedy zaczniesz szukać nowej pracy? – zmieniła temat Dorota.

– Jutro. Rano kupię gazety i zacznę poszukiwania. Wiecie co mi przyszło do głowy? Już nie mam ochoty być dziewiarką tak na zawsze, znudziło mi się. Odkąd po maturze zrobiłam kurs i ugrzęzłam w wełnie to do tej pory nie mogę się wydostać. Mam już uczulenie i wełnowstręt. Poza tym dopóki pracowałam w państwowej firmie było dobrze, po prostu normalnie. Zachciało mi się zmian i potem kilka razy musiałam zmieniać miejsce pracy, zupełnie bez sensu. Trzeba mieć własny zakład, na co mnie nie stać. Albo zmienić branżę, bo to właściwie sezonowa praca. A zresztą w moim charakterze nie leży służenie na dwóch łapkach jakimkolwiek pryncypałom. To nie dla mnie.

– Nie martw się na zapas, jakoś przecież będzie – pocieszała przyjaciółkę Dorota. – Na szczęście Marcin zdobył uznanie w swojej dziedzinie, ma coraz więcej prywatnych pacjentów, ludzie są zadowoleni z jego masaży i polecają go znajomym. Jakoś przetrzymacie ten najtrudniejszy okres. Ty z kolei robisz przepiękne sweterki i na pewno się sprzedadzą.

– Zdaję sobie sprawę z sytuacji, mogło być gorzej, w końcu jedno z nas pracuje. Dobrze, że spłaciłam maszynę i mam sporo własnej wełny. Ale jest mi bardzo ciężko. Gdybym się nie przykładała do pracy, obijała się po kątach, kombinowała i nie pracowała uczciwie pewnie łatwiej byłoby mi się  z tym pogodzić. Ale tak?

– Identyczne odczucia miałam gdy straciłam swój etat – ze zrozumieniem pokiwała Aldona głową. – Gdybym umiała, jak Teresa, wierzyć w sprawiedliwość w innym wymiarze, też byłoby mi lżej.

Długo jeszcze trwała rozmowa i smutne rozważania nad marnościami świata tego. W rezultacie, gdy Aldona pożegnała przyjaciółki i udała się na spoczynek,  przewracała się w łóżku z boku na bok nie mogąc zasnąć pomimo zmęczenia. Przypomniały jej się słowa Teresy, że aby ujrzeć swoje przyszłe życie wystarczy uważnie spojrzeć w lustro i dokładnie zastanowić się nad własnym wnętrzem, własnymi myślami i postępowaniem. Ale to przecież bzdura. Ona, Aldona, nigdy nie pragnęła niczyjego nieszczęścia, niczyjej zguby, nikomu źle nie życzyła i co ją spotyka? Ból i cierpienie. Tak bardzo tęskni za ukochanym, za jego widokiem, głosem, pieszczotą, cudownym uśmiechem. Zrobiłaby wszystko, żeby wywołać ten uśmiech, pragnęłaby się jedynie przytulić i umrzeć… Teresa nazwałaby taką postawę obrzydliwym egoizmem, bo dzieci, bo zwierzaki… I miałaby absolutną rację. Ale… czasem przychodzą chwile gdy wszystko staje się nieistotne. Ona sobie może tak mówić, bo ma przy sobie Juranda, są razem na dobre i złe… No tak, ale przecież kiedyś go nie miała i myślała, że nigdy nie będzie z nim razem…

Znów przez całą noc śniła o ukochanym, przeżywała chwile, które minęły albo takie, które były zaledwie sennymi widziadłami… Szła drogą kończącą się w lesie, zza pnia starej brzozy wyszedł Sergiusz, wziął ją w ramiona. W cieple rozchodzącym się od zielonego pieca, w różowym blasku lampy otaczającym ich ciała aureolą szeptał: uwielbiam być z tobą…

Obudził ją ostry, skrzekliwy głos budzika. Nie mogła odróżnić jawy od snu. Przez długą jeszcze chwilę czuła przy sobie ukochanego, czuła jego dotyk, słyszała szept… Jakże trudno odrzucić od siebie resztki snu, odepchnąć to, w czym chciałoby się pogrążyć bez reszty, na zawsze i nie wracać do rzeczywistości.

Tina podeszła i zimnym nosem trąciła rękę wystającą spod kołdry. Trzeba było otworzyć oczy, wstać i iść w kolejny smutny, szary dzień.

Tuż przed dziewiątą zadzwonił telefon. Jego dźwięk spowodował przyspieszone bicie serca. Drżącą ręką podniosła słuchawkę i… usłyszała wyczekiwany głos.

– Cześć kochanie, co nowego? Jak dziewczynki? Jak zwierzaki?

Jego głos, lecz głos zmieniony, jakby niepewny, przytłumiony, pozbawiony zwykłej dźwięczności.

Przyjechał do niej przed końcem pracy. Wyglądał źle. Bardzo schudł, pobladł, poszarzał, oczy straciły blask. Był zdenerwowany, palił papierosa za papierosem. Przecież wcześniej nie palił, już przed wielu laty rzucił palenie! Przeraziła się jego wyglądem, przypominał pacjenta zbiegłego z oddziału intensywnej terapii. Usiadł na krześle. Podeszła z tyłu, położyła mu ręce na ramionach, przytuliła się. Był sztywny, spięty. Lekko poklepał ją po ręce i wstał.

– Agata była u alergologa. Podobno jest uczulona na kocią sierść i kazała mi się pozbyć kota – powiedział.

– O Boże, biedna Monisia – jęknęła Aldona.

– Czy mogłabyś przechować Mimi dopóki nie znajdę dla niej odpowiedniego domu?

– To znaczy, że co? Że mój nie jest odpowiedni? – oburzyła się.

– Źle zrozumiałaś.  Chodzi mi tylko o to, żeby nie składać na twoje barki jeszcze jednego ciężaru.

– O to się nie martw, ciężar nie jest znowu taki wielki, znam większe, wytrzymam – powiedziała z goryczą.

Chwycił ją za rękę, nagle i gwałtownie przyciągnął do siebie, przygarnął, przytulił, ukrył w ramionach przed światem. To była chwila szczęścia, ekstazy nieziemskiej, przeżycie niepowtarzalne, upragnione. Pomyślała, że jest zdolna przenosić góry, wytrzyma wszystko, bo przecież ta miłość musi się spełnić. Kiedyś… A spełniała się na razie  w rzadkich chwilach spotkań, wtedy, gdy stanęli obok siebie między ludźmi, gdy machali do siebie z daleka na ulicy, gdy słyszeli przez telefon swój głos i oddech. Spełniała się w marzeniach sennych i w snach na jawie, w pocałunku trwającym sekundę wypełnioną obawą, że ktoś wejdzie do pokoju, w dotyku rąk podawanych w oficjalnym geście na powitanie.

Ludzkie głosy na korytarzu przerwały chwilę szczęścia, chwilę niewiele zabierającą miejsca na tarczy zegara. Dla udręczonej Aldony była to jednak chwila brzemienna, niosąca pewność najważniejszą. Sergiusz w dalszym ciągu ją kocha. Nie odpycha jej, nie odrzuca lecz walczy ze sobą, z tą sekutnicą i z całą resztą świata. Jest biedny, zmaltretowany, zmordowany, ledwo żywy, ale w jego sercu jest dla niej miejsce, ma tam swój stały kącik. Wiedziała teraz o tym na pewno, poczuła po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Odnalazła sens, wolę życia i działania. Bez względu na przebieg wypadków Sergiusz ją kocha. Będzie więc żyła, pracowała, wykonywała wszystkie obowiązki, będzie dbała o dom, by  wciąż był ciepły i przytulny, aby on mógł choć raz na jakiś czas spędzić w nim kilka miłych chwil, odpocząć i odprężyć się.

Umówili się, że przywiezie kotkę.

Agata kupiła Monisi masę łakoci i nowych ciuszków by osłodzić rozstanie z faworytką, obiecywała wspaniałe wakacje za granicą. Rzecz oczywista, że nie powstrzymało to łez zrozpaczonego dziecka i  nie mogło ukoić bólu.

Sergiusz zabrał swoją małą, zrozpaczoną Biedroneczkę na spacer.

– Widzisz kochanie, mama jest chora i sierść Mimi jest dla niej bardzo niebezpieczna – tłumaczył.

– Mamusia mogłaby się udusić na śmierć, tak? – podniosła na ojca zapłakane oczy.

– Mniej więcej. Posłuchaj, powiem ci coś, co cię na pewno ucieszy. Musisz mi jednak dać słowo, że zostanie to między nami. Zdaję sobie sprawę, że nie powinienem od małej dziewczynki wymagać takiego przyrzeczenia lecz dla dobra nas wszystkich nie ma innego wyjścia.

– Dobrze, tylko już powiedz.

– Nie zawiozę Mimi do żadnego schroniska ani na żadną wieś jak chce mama. Zawiozę ją do cioci Aldony i dziewczynek, rozumiesz?

– Naprawdę? – Moniczka przystanęła, oczka jej pojaśniały i buzia poweselała. – Tatusiu, wspaniale! Cudownie! Ja wiem, że ciocia nigdy nie odda Mimi do schroniska. Szkoda, że to nie ona jest moją mamą. Nic nie powiem. Nikomu.

– Słowo?

– Słowo. Przecież wiem, że mamusia bardzo by się gniewała. Ona nie lubi cioci.

– Skąd wiesz?

– Wiem. Nie lubi jej chociaż się cały czas do niej uśmiecha. Szkoda – ciężko westchnęła mała kobietka.

c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Listy wywieszone

Najpierw się rozpisałam na tematy aktualne (deforma szkolnictwa) po czym skasowałam wszystko, po co mam złej energii dodawać siły. Wczorajszy dzień dla części dzieci i rodzin był szczęśliwy i oznaczał prawdziwy początek wakacji, ale dla dużej grupy był koszmarny. Oczywiście winni do winy się nie przyznają, jak zwykle innych obciążają swoimi grzechami.
Moja wnuczka się dostała do szkoły pierwszego wyboru, odetchnęłam, kamień spadł mi z serca lecz później zrobiło mi się bardzo przykro.
Wnuczka mojej koleżanki, która jako rodzina zastępcza wychowuje dwie córki swego zmarłego syna, nie dostała się do wybranej szkoły. Mówiłam kiedyś o niej, tzn. o koleżance, dając jej na imię Zosia (wpis z bloxa przeniesiony 2.03.2019), jako o cichej bohaterce, jednej
zresztą z wielu kobiet poświęcających życie najbliższym, trzymających się dzielnie mimo przeciwności losu, wiernych wyznawanym dobrym(!) zasadom i wartościom. Strasznie mi jest przykro z tego powodu, że wnuczka Zosi chcąc być uczciwą nie składała papierów do
kilkunastu szkół, jak to robili inni, żeby się gdziekolwiek zaczepić, lecz tylko tam, gdzie chciała się dostać i – niestety, nie udało się, pozostał problem i zmarnowane wakacje. Trzymam za nią kciuki, zasługuje na to, żeby jej się powiodło, IM się powiodło, i wnuczce i babci Zosi.
Wszystkim dzieciakom, przepraszam, młodzieży borykającej się takim samym problemem życzę powodzenia i znalezienia dla siebie miejsca mimo chaosu stworzonego przez nieodpowiedzialnych dorosłych.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 18 komentarzy

:) !!!18 !!! :)

Moja najstarsza wnuczka skończyła 18 lat!!! Na okolicznościowej kartce w kopercie napisałam jej życzenia, które i tu przytoczę, co zerknę – przypomnę sobie minione lata … Tylko czemu tak szybko przeleciały?

*******************

Nie WNUSIU już, lecz WNUCZKO!

jak to się stało, niestety,

że w miejsce małej dziewczynki

mamy już „kawał” kobiety?

Piękna jesteś, powabna,

nikt temu nie zaprzeczy,

lecz babcia (nie tylko jedna)

czasowi, co pędzi, złorzeczy

za to, że tak zbyt szybko

dziewczynkę naszą małą

zmienił w osobę dorosłą!

I kiedy, jak to się stało?

Cóż, rady na to nie ma,

więc Ci życzymy wraz z dziadkiem,

byś szczęścia, radości, pieniędzy

miała wciąż pod dostatkiem.

Byś wchodząc w życie dorosłe

wnet odnosiła sukcesy,

by Ci się niepomyślne

nie przytrafiły ekscesy.

Ściskamy Cię mocno, serdecznie,

ślemy najlepsze życzenia,

liczymy na to, kochanie,

że wszystkie są do spełnienia 🙂

Kwiaty z Parku Dolnego w Szczawnicy 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, wierszydełka | 32 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 4

Autobus, z którego wysiadła Aldona, miał przystanek tuż przy wejściu na bazarek. Z reguły dziewczynki robiły zakupy według listy pozostawionej na stole, dziś rano jednak Aldona zapomniała o dołączeniu pieniędzy do listy, zmuszona była więc sama kupić chleb, mleko i coś na obiad. Weszła do budki, w której zamawiała wiejskie mleko i okazało się, że zostało już odebrane.

– Myślisz, że twoje córki nie potrafią myśleć? – usłyszała za plecami głos Doroty. – Były u mnie pożyczyć pieniądze i kupiły co trzeba.

– Pożyczyłaś im? Dzięki. Ile? Od razu ci oddam.

– Nic mi nie oddasz tylko ja ci dodam. Dwa dni temu ja od ciebie pożyczałam bo mi zabrakło w sklepie. Nie pamiętasz?

– Faktycznie, pożyczałaś.

– Proszę cię uprzejmie, oto reszta i jesteśmy kwita. Do następnego razu.

Wyszły ze sklepu. Przestało padać, zmrok w międzyczasie okrył ziemię. W świetle latarni wszystkie ludzkie twarze miały sinoniebieską barwę, zupełnie jakby przybyły z zaświatów na zjazd upiorów.

– Jak dobrze, że niedługo zaczną się ferie – westchnęła Aldona.

– Co zrobisz z dziećmi?

– Trochę posiedzą w domu, trochę u dziadków. Nie mogę sobie pozwolić na wysłanie ich na zimowisko.

– Odpoczniesz nawet wtedy kiedy zostaną w domu. Nie będziesz musiała tak wcześnie wstawać, żeby wyszykować je do szkoły.

– Wiesz co? Wstyd przyznać ale one się same szykują. Na dokładkę często mnie strofują, że to ja się grzebię. Takie są samodzielne.

Dorota parsknęła śmiechem.

– Bo to dziewczynki. Gdybyś miała takich gagatków jak ja albo Tereska, dopiero doceniłabyś swoje Stokrotki. I przestałabyś się na nie tak ciągle wydzierać.

– Przesadzasz, wcale się tak ciągle nie wydzieram, może czasem…

– Nie przesadzam, wydzierasz się, Tina mi wczoraj o tym powiedziała…

– Przestań się ze mnie natrząsać ty, ty małpiszonie jeden. Wystarczy, że w pracy muszę myśleć, więc nie wymagaj tego ode mnie w drodze do domu. Należy mi się chwila relaksu.

– W pracy spokój?

– Akurat, spokój! Od dłuższego czasu Marian zrobił się podejrzanie miły. Usiłuje przedstawić siebie w jak najkorzystniejszym świetle robiąc aluzje do różnych typów oszukujących biedne, naiwne kobiety i robiących gigantyczne szwindle grożące wieloletnim więzieniem.

– Tak mówi? Jesteś w stanie skojarzyć od kiedy? – Dorota zmarszczyła czoło intensywnie się nad czymś zastanawiając.

– Poczekaj, niech pomyślę… Zaczął chyba po wakacjach, po moim powrocie z urlopu. Dopytywał się gdzie byłam, z kim, czy coś się stało, czemu tak nagle zeszczuplałam i tak dalej. Oczywiście nic mu nie powiedziałam.

– Ten twój Marian…

– Tylko nie mój, proszę cię!

– Ten Marian, brr, aż mnie wstrząsa na samą myśl, jest identyczny jak moja bratowa, mogliby sobie ręce podać. Intuicja mi podpowiada, że powinnam usiąść w cichym kącie i przemyśleć kilka spraw – stanęła na środku chodnika z palcem wskazującym lewej ręki na brodzie.

– Dorotko, czy w tej pozycji dobrze ci się myśli? – uśmiechnęła się Aldona. – I czyżbyś akurat tutaj znalazła cichy kąt?

– Cicho bądź, nie przeszkadzaj. Tak, muszę to koniecznie omówić z Michałem.

– Ale co?

– Sama jeszcze dokładnie nie wiem. Jak będę wiedziała to ci powiem.

– W jaki sposób możesz rozmawiać skoro nie wiesz o czym? – dopytywała się Aldona.

– O rety, jaka ciekawa. A mówią, że to ja zawsze muszę wszystko wiedzieć – zniecierpliwiła się Dorota. – Nie wiem, zobaczę. Czemuś stanęła na środku chodnika i zastawiasz ludziom drogę?

– Ja stanęłam? – zdziwiła się Aldona. – Przecież to ty stanęłaś, ja ci tylko dotrzymuję towarzystwa.

– Tak? A to ciekawostka. Idź już wreszcie do domu. Przyjdę do ciebie wieczorem, mam ciuszki dla dziewczynek.

– Oj dobrze, zapomniałam ci powiedzieć, że Teresa u mnie zostawiła coś dla twoich chłopaków. Zupełnie zapomniałam. Zabierzesz przy okazji.

– U ciebie zostawiła? A do mnie nie mogła się pofatygować? Jędza, za daleko jej było? Idź w swoją stronę dobra kobieto, do wieczora, pa – machnęła ręką.

Aldona uśmiechnęła się do siebie. W towarzystwie takich przyjaciółek nie sposób nie oderwać się od wszystkich smutnych myśli. Z uczuciem ulgi dotarła wreszcie pod blok. Długo dzwoniła domofonem zanim odezwała się Inka i wpuściła ją na korytarz.

– Ile czasu mam stać pod drzwiami?  Nie mogłabyś się ruszać trochę szybciej?- przywitała córkę. – Dlaczego jesteś boso? Gdzie masz kapcie? Czemu jesteś w bluzce z krótkimi rękawami kiedy zimno? Ubierz się. Jeszcze nie posprzątałaś na biurku?

– Mamusiu – poważnie powiedziała Inka. – Poczekaj aż się ubiorę  i dopiero wtedy na mnie krzycz. I krzycz tylko o jedną rzecz, skończ i dopiero potem krzycz o drugą, bo już mi się wszystko całkiem pomieszało: ubranie, sprzątanie, kapcie…oszaleć można. I ciesz się, że nie lubię sprzątać. Bo gdybym lubiła, to bym jeszcze dłużej sprzątała. A zakupy zrobiłam!

– Chwała ci chociaż za to. Gdzie Linka?

– Robi doświadczenie w łazience.

– Jakie znowu doświadczenie?

Aldona zajrzała do łazienki. Linka siedziała na brzegu wanny i do wypełnionej wodą umywalki wpychała papier toaletowy, z którego tworzyła się szara „paciaja”.

– Rany boskie, co ty wyprawiasz?

– Sprawdzam ile rolek papieru toaletowego da się rozpuścić w jednej umywalce i jak to potem będzie przelatywało przez sitko – odpowiedziała spokojnie dziewczynka.

– Czyś ty oszalała? Chcesz zapchać umywalkę? Kto ją będzie przepychał albo rąbał ścianę jak się rury zatkają?

– Nie zatkają się, przecież papier rozmięknie na nic i się nie zatkają – nie straciła spokoju Linka.

– Czy wiesz ile kosztuje papier i jak trudno go zdobyć? Dziewczyno, tak nie można!

– Mamusiu, krzyczysz na mnie i krzyczysz, a dlaczego nie krzyczysz na Inkę, że się zerwała z lekcji?

– Co zrobiła? O Boże, ja już nie mam do was siły – jęknęła Aldona opierając się o ścianę.

– Może i dobrze, że nie krzyczysz – zamyśliła się Linka. – Przynajmniej wreszcie będzie w domu trochę spokoju.

Inka stanęła w drzwiach łazienki.

– Mamusiu, ja nigdy nie będę miała dzieci – oświadczyła stanowczo.

Aldona ze zdziwieniem spojrzała na córkę.

– Żebym z nimi nie miała tego, co ty masz z nami – dodała smętnie kiwając główką.

Aldonie zrobiło się głupio i przykro jednocześnie. Czyżby była naprawdę podłą i wyrodną matką? No tak, pewnie! Wraca do domu, do dzieci, które prawie cały dzień spędzają same i zamiast okazać im ciepło i miłość – wyżywa się na nich za własne niepowodzenia.

– Chodźcie do pokoju – powiedziała cicho.

Usiadły razem na wersalce. Przygarnęła do siebie swoje Stokrotki, przytuliła Inkę lewą ręką, Linkę prawą, całowała ciemne główki dziewczynek.

– Przepraszam, bardzo was przepraszam. Nie gniewajcie się moje Stokroteczki kochane. Jestem zmęczona, mam masę problemów i dlatego nie myślę. Gderam i krzyczę zamiast pochwalić, że kuchnia posprzątana i zakupy zrobione chociaż zapomniałam zostawić pieniądze.

– My się nie gniewamy – powiedziała Inka.

– Pewnie, że nie – dodała Linka. – Ale nie lubię kiedy tak krzyczysz, wolę jak się uśmiechasz i żartujesz, wtedy w domu jest fajnie.

– Kocham was bardzo, najbardziej na świecie – cicho powiedziała do uszka  Inki i do uszka Linki.

Tina wpychała się w środek żądna akceptacji i przytulania.

– Ciebie też, ciebie też – uśmiechnęła się pani.

– A Bibi? – dopytywały się dziewczynki.

– Przecież wiecie, że tak samo.

– No to w porządku – stwierdziła Linka.

– Znaczy, że można już normalnie żyć – podsumowała Inka z westchnieniem ulgi.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 9 komentarzy

Ciepła woda w kranie

Mąż wypatrzył w Leroy bojler nadający się dla nas mimo mniejszej pojemności od tego, który się popsuł.  Staramy się oszczędzać wodę (jedynie babcia D. się wyłamuje lecz na to nie ma rady), do pralki i zmywarki idzie zimna, więc nie potrzeba grzać dużej ilości. Pojechał jeszcze do Obi sprawdzić czy może jest większy wybór i coś mu wpadnie w oko, ale wyboru nie było żadnego, więc nic mu nie wpadło. Wrócił do Leroy i kupił. W sklepie są ulotki pt. „Wybrane usługi Wykonawców współpracujących z Leroy Merlin”. Mąż zadzwonił na podany numer do rzeczonych wykonawców świadczących konkretną usługę wymienioną w ulotce. Dowiedział się, że oni tego nie robią czyli nie wieszają bojlerów!!! To po kiego grzyba ta ulotka? Pan w telefonie powiedział, że oddzwoni jak kogoś znajdzie. Ewentualnie. W związku z tym moje szczęście wróciło do domu w humorze dalekim od dobrego i zaległo przy komputerze w poszukiwaniu fachowców. Zrobiło krótką przerwę tylko na posiłek i siedzi dalej wydzwaniając i szukając najlepszej opcji.

Ja w tym czasie upiekłam ciasto z rabarbarem, zapakowałam ogórki z dodatkami w duży słój na małosolne, usmażyłam na obiad placuszki z serka (z wiaderka)  z rodzynkami i wystarczy. Wyszłam z psami. Dopiero po wyjściu zobaczyłam czarne chmury nadchodzące ze wszystkich stron. Nie zdecydowałam się więc na dalszy spacer, groziłoby to przemoczeniem do przysłowiowej suchej nitki. Pokręciliśmy się w pobliżu osiedla i żałowałam, że nie wzięłam aparatu. Dojrzałe zboże na tle ściany zieleni a ta z kolei na tle ciemnych chmur – wyglądały obłędnie. A jaki cudowny zapach unosił się w powietrzu! Zwykle taką wspaniałą, niepowtarzalną woń czuje się tuż przed deszczem. Pachną wszelkie łąkowe kwiaty oraz niekwitnące zielone rośliny łącząc się w powietrzu w jeden bukiet zapachowy. Cudo!

Zaczęło kropić, przebiegłam kawałek drogi  trzymając się smyczy 🙂 Biegać nie lubię (i już nie mogę, ale się nie przyznaję 😉 ), więc dalej szliśmy szybkim krokiem wśród kropli deszczu, który łaskawie zaczekał aż dotrzemy do domu i dopiero wtedy pokazał co potrafi 🙂 Niezbyt długo się swoimi umiejętnościami popisywał i wyjrzało słońce. Tak to się dzisiaj plecie słońce z deszczem. Mąż tymczasem znalazł fachowców, formalną firmę, nie jakieś złote rączki oszukujące ludzi – tak przynajmniej wywnioskowaliśmy ze strony internetowej oraz  rozmowy – i umówił się na piątek. Tak więc oby do piątku  i będę miała ciepłą wodę w kranie 🙂

To wprawdzie stara fotka, lecz kulinarny temat, czyli pasuje 🙂 Takie śniadanko zrobiłam kiedyś Średniej w Szczawnicy, co zostało uwiecznione przez nią samą 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 14 komentarzy

Mój bohater

Jakie przedmioty najczęściej chowają się przed nami? W każdym mieszkaniu na pewno różnie z tym jest. Kryją się może złośliwie, a może chcą się pobawić w chowanego? W najmniej odpowiednim momencie znikają klucze, znikają okulary, czasem dokumenty w rodzaju dowodu osobistego czy legitymacji. Ulubiony kubek do kawy potrafi wywędrować w miejsce zupełnie niespodziewane, książka idzie na inną półkę mając chęć na zawarcie nowych znajomości lub interesującą pogawędkę. Kiedyś ginął program telewizyjny dziś już zbyteczny bo program sprawdza się w necie. Pilot od telewizora potrafi się zawieruszyć szczególnie, jeśli ktoś odruchowo potraktuje go jak komórkę, która z kolei czasem dla zabawy chowa się w futerale na okulary. Dużo takich „przytrafek” się zdarza. U mnie jednak najbardziej poszukiwanymi przedmiotami są długopisy. Kupuję je w ilościach hurtowych, co trochę wyjmuję nowy aby coś zanotować bo poprzednio wyjęte znikają. Ile bym nie włożyła do kubka, w którym powinny grzecznie stać czekając na wykorzystanie – tyle wyparuje, zniknie, może krasnoludki maczają w tym swoje paluszki 😉

Wyjęłam kolejny długopis, żeby zapisać te słowa. Lubię wygodnie usiąść w fotelu, wziąć kartkę papieru i na podpórce, za którą służy mi w tej chwili ozdobna teczka na dokumenty z grubej tektury – pisać. I piszę uśmiechając się na wspomnienie wczorajszego pobytu Calineczki. Przyjechała do nas z tatą, pohasała na niebieskim koniku na biegunach. Poza tym samodzielne wchodzenie i schodzenie po trzech schodkach do ogródka sprawiało jej widoczną radość mobilizując dorosłych do bezustannej gotowości w celu ewentualnej asekuracji brzdąca. Dzieliła się ze Skitusiem soczkiem jabłkowym a resztą z kartonika podlewała kwiatki. Siadała na schodku z jednej strony i przesuwała się niczym narciarz na belce przed oddaniem skoku na skoczni, każąc babci D. siadać obok siebie. Aha, jeszcze rysowała na chodniku kawałkiem piaskowca. Słodka ta kruszynka nie do opisania 🙂

Wieczorem – niespodzianka z gatunku nieprzyjemnych. Odkręcam w łazience ciepłą wodę – a woda zimna! W ciągu tygodnia awarie prądu zdarzały się kilkakrotnie, korki u nas wyskakiwały, czyli u nas coś nie tak. No i się wyjaśniło. Bojler się zepsuł. Nożeszdojasnejciasnejiniespodziewanej!!!

Mąż pojechał do Leroy zobaczyć co tam można kupić i czy mają ekipę mogącą to ustrojstwo zamontować. Ja zaś smażę cebulkę. Zostało mi trochę ugotowanej kaszy gryczanej, trochę pieczarek w sosie, połączę więc wszystko razem na głębokiej patelni, doprawię i będzie smaczna kolacja. Jakoś sobie życie trzeba uprzyjemnić na przekór tym mocom zła co to ostatnio u nas szaleją o czym oficjalnie raczył wczoraj poinformować prezessimus. Chciałam więcej „mądrości” zapisać ale mi się kolejny długopis zgubił mnie zaś nie chciało się wstawać po następny. Może i dobrze zrobił w tym wypadku bo i po cóż zmuszać biedny długopis do zapisywania „dub smalonych”.

Jeszcze słówko o Skitusiu.  Wczoraj po łące jakieś – chyba – naćpane typki jeździły samochodem z włączonym głośnym łomotem (to nie muzyka), o mało nie przejechali suczki sąsiadki. Uciekałam stamtąd z moimi psiakami. Dziś po południu wyszłam z nimi, z przodu szło dwóch młodych mężczyzn, spokojnie, grzecznie spytał jeden z nich czy może pogłaskać psa. Szilka biegła przodem, Skituś szedł przy mnie,  przytrzymałam go za uchwyt szelek i chłopak dał mu rękę do powąchania, prawidłowo, ale … coś się Skitsowi nie spodobało bo warknął tak jak nigdy! Groźnie, ostrzegawczo jakby wreszcie się w nim obudził uśpiony wojownik! Mam psa obrończego!!!

Na pierwszym planie mój bohater 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 3

Dzień płynął za dniem, w oczach Aldony wszystkie brzydkie, szare, bez jednej słonecznej iskierki. Wysiadając z autobusu pomyślała, że takie jest jej życie: smutne i beznadziejne. Wprawdzie śmiała się głośno z żartów sąsiadów, psikusów dzieci i kocich figli lecz była to w dalszym ciągu reakcja zewnętrzna, nie mająca odbicia w duszy. W niej, czyli w Doniczkowej duszy, wciąż było mroczno i ponuro.

Mając w pamięci słowa Teresy próbowała walczyć z wypełniającym ją uczuciem bezwładu i kompletnej beznadziei. Przyjrzała się w lustrze swojemu odbiciu i stwierdziła, że faktycznie wygląda okropnie albo jeszcze gorzej. Przecież w takim stanie nie może się pokazać Sergiuszowi! W żadnym wypadku ukochany nie może jej takiej zobaczyć! Kupiła rubinę od Rosjan rozkładających swe towary na bazarku. Wieczorem Magda weszła w rolę fryzjerki i po upływie zalecanego na opakowaniu czasu z zadowoleniem oglądała wyniki swojej pracy, czyli ufarbowane na piękny kolor włosy najbliższej sąsiadki.

– Noo, pokaż mi się z tyłu… może być… wyglądasz już prawie jak kompletny człowiek – zawyrokowała nie zważając na minę Aldony.

– A kiedy, twoim zdaniem, zacznę przypominać całkiem kompletnego człowieka a nie „prawie”? – kąciki ust zaczęły leciutko drżeć jakby od tłumionego śmiechu lub płaczu.

– A wtedy, moja droga, kiedy przestaniesz udawać żałobną wdowę, zrobisz porządek w ciuchach i zaczniesz się z powrotem uśmiechać do siebie, nie tylko na pokaz. Rozumiesz? – przyglądała się spod oka rozmówczyni badając jej reakcję na swoją wypowiedź.

– To jest aż tak źle?

– No wiesz, rewelacyjnie nie jest… – Magda zła była na siebie za powiedzenie „żałobna wdowa”, miała wrażenie, że Aldona zaraz się rozpłacze, lecz ku swemu zdumieniu usłyszała niespodziewane słowa.

– Skoro tak się sprawy mają, nie mogę pozwolić dłużej cierpieć bliźnim z powodu mojego wyglądu. Ale ty mi pomożesz poprzeglądać ciuchy, pamiętaj!

– Z dziką rozkoszą – uradowała się Magda. – Natychmiast.

– Boisz się, że mi do jutra przejdzie, co?

– Właśnie.

W chętnej asyście Inki, Linki i Justynki rozpoczęły szmaciane szaleństwo: przymierzanie, przebieranie się, odkładanie na kilka stosów o różnym przeznaczeniu przejrzanych bluzek, bluzeczek, swetrów, spódniczek, spodni.

– Może mi teraz powiesz, że nie masz co na siebie włożyć? – Magda wyjęła Tinie z pyska zieloną spódnicę.

– Właściwie nie mam, bo albo za duże, albo za małe, albo kolor mi się znudził, albo trzeba coś przyszyć, albo…

– Daruj sobie – przerwała Magda. – Dobrze wiem o co ci chodzi. Nie możesz powiedzieć wprost?

– Czego? – udała zdziwienie Aldona.

– Żebym ci zrobiła kilka nowych sweterków akurat na twoją miarę.

– O rety, że też ja na to nie wpadłam!

– Obłudnica – wycedziła Magda przez zęby.

– A zrobisz? Magduniu kochana, zrobisz?

– Pewnie, że zrobię – Magda była zadowolona myśląc, że nareszcie przyjaciółka zacznie myśleć i działać, przestanie siedzieć bez ruchu wpatrując się w dal niewidzącym spojrzeniem.

cdn 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Czas morza i czas gór

Gdybym teraz miała urlop i spędzałabym go nad morzem to byłabym nie tylko zła jak osa ale wściekła jak stado szerszeni. Po to jechałam (za młodu) nad morze, żeby się opalić na brąz, żeby się smażyć na plaży ewentualnie przechadzać się wzdłuż fal brodząc w wodzie i myśleć o niebieskich migdałach. Każdy dzień pozbawiony słońca był klęską zroszoną łzami rozczarowania. Tak było. Z czasem zmienia się kąt spojrzenia na świat, inne sprawy zyskują na wartości i stają się ważne. Najbardziej na zmiany wpływają narodziny dzieci, już nigdy potem nie jest tak samo. One stają się najważniejsze na świecie, przynajmniej dla mnie były i są. Ich dobro, ich zdrowie, zabawy, zajęcia, jedzenie takie, żeby im smakowało. U mnie Duży był niejadkiem przez pierwsze lata swego życia, nakarmić go było sztuką wymagającą pokładów cierpliwości, które przecież nie są niewyczerpane. Miał 4 latka kiedy się przenieśliśmy na Ursynów a tata jeszcze jakiś czas potem wyciągał z różnych zakamarków resztki jedzenia schowane przez mojego syneczka 🙂 Mały z kolei jako bezglutenowiec całkowity wymagał stosowania ścisłej diety i osobnego przygotowywania potraw w okresie pustych półek w sklepach. Pamiętam wciąż drżenie serca i strach, że nie będę miała dziecka czym nakarmić. Duży w razie czego przeżyje o chlebie i wodzie ale Mały nie! Teraz jest taka masa produktów bezglutenowych, moda wręcz nastała na dietę a wtedy zdobycie zwykłej mąki kukurydzianej było problemem, takiej najzwyklejszej. Do tej pory nie znoszę jej zapachu.
O proszę, jakie to mnie wspomnienia dopadły. Może dlatego, że znowu śnił mi się Tenczynek, wakacje u babci oraz nad morzem. Pokazują często w tv wybrzeże Bałtyku z racji wakacji, więc zapewne dlatego mi się przyśniło. Nad morze najbardziej lubiłam jeździć do Świnoujścia. Kołobrzeg też dobrze wspominam. To były czasy kiedy sporo ruin jeszcze się zachowało a dla dzieci stanowiły fantastyczne miejsce zabaw, lepszego nie trzeba było. Plac na którym stoi ratusz był zupełnie pusty,wszystko poza ratuszem i kościołem   zburzono podczas działań wojennych. Kiedy pojechałam z koleżanką na wczasy zostawiając tacie chłopców i Rolfa na działce w lesie, w ogóle nie mogłam poznać miejsc w których bywałam w dzieciństwie. Przeurocze kolorowe, malownicze kamieniczki zajęły miejsce ruin, w ogóle zachwycona byłam miastem, to był koniec lat osiemdziesiątych, nie pamiętam dokładnie roku. W każdym razie co wieczór chodziłyśmy na tańce i wytańczyłam się wtedy za wszystkie czasy 🙂

Ponieważ wszystko ma swój czas i swoją porę, mój czas morza się skończył i przyszedł czas gór 🙂

Teraz kocham takie widoki – ten jest z kolejki linowej na Palenicę a właściwie z Palenicy, oczywiście w Szczawnicy 🙂

Patrząc – od razu całą duszą przenoszę się w Pieniny 🙂

Kocham takie cudowne przestrzenie

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze