🌞Zwariowany dzień🌞czyli „W międzyczasie”

Poniedziałek był dniem zwariowanym pod każdym względem. Najpierw Kasia musiała wycofać podanie o pożyczkę z KKOP w pracy. Sprawy mieszkaniowe uległy przyspieszeniu, więc koniecznie musiała się sprężyć. Tak więc wycofała podanie o pożyczkę, poszła do finansów z  bankowym kwestionariuszem do wypełnienia. Wcześniej przez pół dnia nie mogła się dodzwonić i była przerażona, że kompetentna osoba poszła na urlop i nikt jej  druków nie wypełni. Wreszcie się dodzwoniła, a wtedy okazało się, że najpierw musi z tym jechać do kadr w zupełnie innym końcu miasta. Pojechała, załatwiła mimo okresu urlopowego, wróciła, oddała i miała do odebrania nazajutrz. To była jedna sprawa.

Drugą sprawę miała do załatwienia w Spółdzielni Mieszkaniowej. W związku z ustawą o wykupie mieszkań lokatorskich należało w Spółdzielni pobrać dwa druki, wypełnić jeden, a z drugim pójść do Działu Czynszów i Windykacji, i tam dostać wpis o braku zadłużenia. Weszła do budynku, a tam kłębił się  dziki tłum rozgorączkowanych, skłóconych ludzi, niektórzy wyglądali jakby się szykowali do bitki. Wymachiwali rękami, krzyczeli, normalnie mieli mord w oczach. Korzystając z ogólnej kłótni Kasia wcisnęła się grzecznie po cichutku  do pokoju i nie zauważona przez zantagonizowany tłum dostała druki. Wypełniła, stanęła spokojnie po wpis i udało się! Była ostatnią osobą obsłużoną tego dnia równo o godzinie osiemnastej. Nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. Wyszła zmęczona okrutnie, ale zadowolona.

W domu czekał Dżemik, który w tym momencie wcale nie był z życia zadowolony, bo Kamil wyjechał. Teraz Kasia musiała się spieszyć, aby zdążyć zamówić tort w piekarni. Następnego dnia umówiła się z przyjaciółkami na świętowanie zaległych imienin. Miały sobie dużo do opowiadania, bo Elka również  przeżywała gorący okres w życiu w związku z odejściem z pracy, do czego została zmuszona przez nową dyrektorkę szkoły przyniesioną w teczce po zmianie władzy, zwaną pieszczotliwie Larwą…

Zamówiła tort, prawie biegiem dotarła do domu, rzuciła torby, złapała smycz, obrażonego Dżemika i wybiegła na dwór. Później znów zostawiła wciąż obrażonego pupila siedzącego w kącie z nadąsaną miną i popędziła do sklepu zrobić zakupy. Wróciła, wypuściła Dżemika do ogródka, usiadła i  nie miała siły się ruszyć.

– Kochanie – powiedziała kiedy zadzwonił Mikołaj, – załatwiłam wszystko. To jest wręcz niewiarygodne, ale się udało.

– To połóż się dzisiaj wcześniej, musisz wypocząć – z troską w głosie podpowiedział.

– Tak, tak, masz rację, jestem wykończona. Pa, kochanie!

Posiedziała jeszcze chwilę z nogami na krześle po czym wzięła głęboki oddech i ruszyła do kuchni. Postawiła czajnik z wodą na gaz, pozmywała wszystkie szklanki, kubki, talerze i sztućce przyniesione z pokoju syna. Zaparzyła sobie mocną kawę. Z kubkiem w ręce obeszła wszystkie kąty mieszkania. Tragedia! Normalnie wygląda jak w melinie! Drzwi  podrapane przez koty, szafa urwana przez Dżemika gdy chciał się ukryć przed burzą, w pokoju Kamila stosy łachów nie wiadomo czy do schowania, prania  czy do wyrzucenia. Okropność. Kasia poczuła się winna temu stanowi rzeczy, bo przecież zostawiła syneczka samego na pastwę losu… Jego i zwierzaki… Biedne dziecko nie daje sobie rady ze sprzątaniem, z obowiązkami…

– A idźże ty głupia babo po rozum do głowy – fuknęła tak głośno sama na siebie, że Dżemik, który  wrócił z ogródka,  posłał jej zdziwione spojrzenie, nawet Kicia raczyła otworzyć oczy sprawdzając z wyraźnym niezadowoleniem kto zakłóca jej koci spokój. –  Nie patrzcie się tak. Dobrze mówię. Jestem stara i głupia. Przecież w wieku Kamila miałam już dwoje dzieci i masę problemów na głowie. A niedługo potem sama z tym wszystkim zostałam. Teraz użalam się nad dorosłym facetem, który dla własnej wygody woli być singlem, żeby nie brać na siebie odpowiedzialności za nikogo… No, może to wynika z faktu, że jest DDRR czyli dorosłym dzieckiem rozwiedzionych rodziców… Sam mówi, że nie ma potrzeby się żenić, bo i tak wszyscy się rozwodzą… To znowu byłaby moja wina…

Kicia  zamknęła oczka i zapadła w drzemkę. Dżemik ziewnął dając pani do zrozumienia, żeby się uspokoiła i nie plotła bzdur, machnął ogonem i położył się wygodnie kładąc głowę na poduszce.

– Macie rację nie słuchając mnie – kiwnęła głową. – Przecież nie ja byłam powodem rozwodu. Łukasz na przykład chciał się żenić i założyć rodzinę… No tak, ale to Byk. Barany nie lubią się wiązać, chcą być wolne, więc pewnie dlatego… O tym coś  wiem, przecież Mikołaj to też Baran… Ale tak bym chciała, tak bym chciała i o niego już być spokojna, że nie jest sam na świecie… No dobra, czas się wziąć za robotę, koniec leniuchowania.

Odłożyła pusty kubek po kawie. Załadowała i włączyła pralkę. Ze schowka w przedpokoju wyjęła odkurzacz, jednak w porę przypomniała sobie, że jest zbyt późna pora na hałasowanie tym bardziej, że Dżemik natychmiast  zacząłby ujadać na tę piekielną maszynę usiłując „przeszczekać” jej ryk. Poprzestała więc na zmieceniu z podłogi piasku i kłębów czarnych Dżemikowych kudełków chowających się po kątach oraz białych, krótkich Kicinych fruwających wszędzie. Mokrą ścierką przetarła z kurzu wystające miejsca na regale, przebrała stos Kamilowych rzeczy mając świadomość, że naraża przy tym swoje życie, wszak zapowiedział, że zabije jeśli ktoś ruszy mu coś w jego jaskini.

Pralka się wyłączyła, Kasia rozwiesiła pranie w łazience, założyła psu szelki po czym wyszła z mieszkania. Przy drzwiach na klatkę natknęła się na Elżbietę naciskającą raz po raz guzik domofonu.

– Po co tak dzwonisz? Jak jestem tu to nie podniosę słuchawki w mieszkaniu. Chyba proste – przywitała przyjaciółkę. – Poza tym domofon nie działa.

– A czy ja się z tobą umawiałam, że zejdziesz na dół? Kto ci kazał schodzić? Powinnaś czekać w domu aż zadzwonię i zapytam czy nie pójdziesz ze mną na spacer – odpowiedziała Ela.

– Nie słyszysz co mówię? Domofon nie działa! Poza tym nie mogłam czekać, bo oczy mi się zamykają i stoję na ugiętych nogach. Zaraz padnę. A tak w ogóle to pójdę  nie z tobą tylko z psem – wyjaśniła Kasia ziewając szeroko na potwierdzenie  prawdy swoich słów. – Z tobą bym nie poszła za żadne skarby świata. Po takim dniu jak dzisiaj? Nawet mówić nie mam siły. Jak przyjdziecie jutro to wam opowiem.

– Nie udawaj – skrzywiła się Ela z niesmakiem. – I przestań oszukiwać. Jeżeli masz siłę gderać to nie jest z tobą aż tak źle jak mówisz.

– Chyba wiem co mówię, a jak nie mówię to nie wiem…

– Chyba jak nie wiesz to nie mówisz…

– Oj babo, daj mi odetchnąć – jęknęła Kasia.

Nazajutrz był wtorek. Idąc prosto z pracy Kasia odebrała z piekarni tort i ciastka zapakowane w pudełka. Uprzątnęła pokój na tyle, że dało się usiąść przy stole, do dziewiętnastej była gotowa. Piętnaście minut później zadzwoniła do Elżbiety.

– Elka, czy wy do mnie przychodzicie czyście mnie olały?

– Nie ma nas jeszcze?

– Wariatka! Nie ma.

– To zaraz będziemy.

Po chwili Kasia usłyszała pukanie do drzwi. Dzwonek nie działał od dawna i jeśli Dżemik nie słyszał, co mu się już czasem zdarzało, stojący pod drzwiami delikwent mógł pukać do upojenia. Tym razem jednak Dżemik usłyszał. Widząc przygotowania w pokoju i w kuchni domyślił się, że pańcia czeka na gości, zaś smakowity zapach ciastek utwierdził go w domysłach i zrodził nadzieję, że i jemu na pewno się coś dobrego dostanie. Pani zawsze się z nim dzieliła, nigdy nie chowała dla siebie. Przywitał się głośno i radośnie z przybyłymi „ciotkami” i położył się tak, by mieć oko na wszystko co się w pokoju działo.

– Dobrze, że nareszcie łaskawie się pojawiłyście, tort już miał zamiar się rozpłynąć z tęsknoty i figę byście dostały – powitała Kasia przyjaciółki sadzając je przy stole.

– O jejku, mój ulubiony – jęknęła Adelka. – Tylko czy ja go zmieszczę? Po co jadłam obiad?

– Bo mówiłam, że będzie na słodko, czego innego nie zdążę przygotować – odpowiedziała Kasia.

– Potraktuj jako deser to zmieścisz – poradziła Ela.

– Elka, a tobie czemu się tak gęba śmieje? – spytały równocześnie Kasia z Adelką.

– Bo byłam dziś w mieście i zupełnie przypadkiem weszłam do pewnej szkoły… bo miałam po drodze… i okazało się, że chętnie by moje podanie przyjęli do pracy…

– Zaraz, podanie czy ciebie ? – uściślała Adelka.

– Gdyby się udało to nie musiałabym się z nikim użerać, bo to szkoła prywatna i dla dorosłych. Coś niesamowitego!

– To dobra wiadomość – ucieszyły się przyjaciółki jednocześnie wypowiadając słowa.

– Nawet gdyby nie tu, to gdzieś na pewno mnie przyjmą – ciągnęła Ela. –  Coś się we mnie przełamało, jakby bariera strachu pękła i już nie trzeba było się bać. Mam taka wewnętrzną pewność, że sobie poradzę.

– Pewnie, że tak. I dobrze, że masz pewność, bo ja mam sprawę – chrząknęła Adelka. – Czas szybko płynie i ja muszę w przyszłym tygodniu iść do szpitala. Teraz już będę ściśle pilnować terminów po tym, jak się wymordowałam poprzednim razem.

– Przecież to nie była twoja wina. To lekarz ci powiedział, że przewody żółciowe tak szybko się nie zatykają i nie musisz się spieszyć – wtrąciła Elka.

– I w rezultacie o mało nie pożegnałam tego świata – pokiwała Adelka głową. – Teraz już pilnuję terminów, bo co z psami by się stało?

– A co by na to powiedział Adam? –  mrugnęła Kasia do Elżbiety.

– No właśnie, Adam będzie wychodził z nimi po południu, ale rano i wieczorem nie da rady. Pomożecie?

– Pomożemy – odparły zgodnym chórem uśmiechając się szeroko mając identyczne skojarzenia.

– Elka będzie wychodzić, ja ją mogę duchowo wspierać na odległość – dodała Kasia. – W razie czego jeszcze ktoś pomoże, nie martw się. Mój synek na pewno ciotkę wesprze. Następna sprawa to Spółdzielnia. Przyniosłam wam druki. Wypełnicie, złożymy we czwartek i zobaczymy co z tego wyjdzie.

– No dobrze, to jeszcze powiedz Elu, czy ty do końca życia nie odezwiesz się do Winicjusza? On się tak o Ciebie dopytuje…

– Z wami to doprawdy oszaleć można – wzruszyła Ela ramionami.

– Ktoś ci broni? Szalej do woli – palnęła Kasia. – Tylko tak mi coś chodzi po głowie…

– Pewnie wszy – odgryzła się Elka

– Te już wytrułyśmy kiedy dzieci były małe. Pamiętasz jak przyniosły to obrzydlistwo ze szkoły?

– Brr – wszystkie trzy wzdrygnęły się z obrzydzenia w jednym momencie na samo wspomnienie.

– A wracając do Winicjusza to naprawdę nie jego winą są twoje wymysły droga Elżbieto. Powinnaś z nim porozmawiać jak dorosły człowiek z dorosłym człowiekiem – stwierdziła Adelka. – A ty się zachowujesz jak rozkapryszona panienka z przedwojennego romansu.

Ela nic nie odpowiedziała, zamyśliła się tylko przez moment…

Zaszufladkowano do kategorii W międzyczasie | 13 komentarzy

Panna Hortensja 🌞🙂

Już połowa sierpnia. Kiedy zleciało – ja nie wiem. U nas lato tak naprawdę trwa od zimnej Zośki do Anki, od której święta witamy zimne wieczory i ranki zgodnie z porzekadłem. Tak też jest teraz,  więc  rano wychodząc z psiepsiołkami na spacer zakładam ciepłą bluzę. Potem jest ciepło, ale wieczorem też już nie wychodzę bez wierzchniego odzienia. Kilkudniowe opady zazieleniły trawę, która przedtem wyschła i nie kosiliśmy, bo zwyczajnie nie było czego kosić. Natura jest niesamowita, w momencie dosłownie, prawie jak na filmie przyrodniczym oglądanym w przyspieszonym tempie, widziałam jak roślinki rozwijały się, odzyskiwały kolory, zakwitały i zachwycały. Zresztą wciąż zachwycają 🙂  Mnie zachwyciła hortensja bukietowa do tego stopnia, że MS pojechał do szkółki, którą mijamy jadąc na Ursynów (obok Ronda Praw Kobiet) i przywiózł piękną Pannę Hortensję 🙂 Tu jest adres szkółki –    https://www.acrocona.pl/  –  (choć strona słaba, albo  może nie potrafię więcej znaleźć). Warto wejść na teren szkółki, jest na co patrzeć i czym się zachwycać. Uprzedzam – to nie jest żadna reklama 🙂  Na przyszły sezon na pewno jakąś roślinkę ozdobną wybiorę i wsadzę w ogródku.

To była sesja zdjęciowa nowej mieszkanki naszego ogródka. Piękna, prawda? Ogarnęłam ogródek jak do tej pory mi się jeszcze nigdy nie udało i to jest radość wielka 😃👍

Dziękuję za odwiedziny i życzę pięknego końca wakacji 😃💗🌞

💙💛

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

7 sierpnia 2023

Przepływają nad moją głową ciemne chmury, wiatr się wzmaga, ale ciepło. Jest w ten niedzielny wieczór bardzo przyjemnie. Jasno jeszcze, z chęcią posiedziałabym chwilę na powietrzu, ale chyba się nie da, zaczyna kropić. Wprawdzie kilka razy tak „straszyło”, może i tym razem deszcz poczeka aż MS pójdzie z psiepsiołkami na spacer. Po południu udało nam się razem wyjść i zrobiliśmy ładny kawałek drogi. Wprawdzie padało, ale tak trochę popadało, przestało, znowu pokropiło i znowu przestało więc nie zwracaliśmy uwagi na deszczyk i powędrowaliśmy obejrzeć ile nowej drogi zrobiono wzdłuż torów. Potem zawróciliśmy przez lasek.  Skituś bardzo się zmęczył choć szliśmy pomału oszczędzając jego siły. Szilka natomiast jakby odmłodniała po tabletkach.  Odzyskała dawną energię, zainteresowanie światem, idzie raźno przed siebie, macha ogonkiem z zadowolenia i pokazuje uśmiechniętą mordusię. Do tego schudła. Też bym takie tabletki chciała  😀 😃😃hi hi, bardzo bym chciała 🤣🌞

Samoloty jeden za drugim przelatują mi nad głową. Dosłownie jakby się ustawiały w kolejce po towar właśnie rzucony do sklepu (takie skojarzenie z dawnych czasów), ruch ogromny niezależnie od dnia tygodnia. A tu słuchy chodzą po mieście, że mądrzy inaczej chcą zlikwidować lotnisko Chopina (czyli popularne Okęcie). Ze środków komunikacji powietrznej nie korzystam, lecz widząc ruch na niebie zastanawiam się kto chce stolicę mojego kraju pozbawić lotniska i umieścić je… gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc zabierając przy okazji ludziom dorobek ich życia i niszcząc co się da.  Młynarski jawi się przy każdej okazji jako wizjoner – „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze…”

Starając się żyć TU i TERAZ, ćwicząc i ucząc się tego bezustanie ( z marnym raczej skutkiem) trafiłam na fajny filmik. Postanowiłam się nim podzielić, bo może akurat komuś się przyda i w czymś pomoże   –   https://www.youtube.com/watch?v=JxnQ24VgucE

Teraz jest już poniedziałek, nowy tydzień. Ciekawe co przyniesie? Tak bardzo bym chciała, żeby przyniósł tylko dobre chwile, co przecież jest niemożliwe, ale podobno od nas samych zależy w jaki sposób podejdziemy do każdego wydarzenia. Pomyślę co dobrego się dzieje. A więc piękna zieleń za oknem, po deszczu nawet zeschnięta, żółta trawa zazieleniła się i urosła 🍀 dziwadło przyjęło się w nowym miejscu, rośnie i za tydzień pstryknę mu fotkę i pokażę ile urosło 🍀  robię codziennie budyń i w budyniu udaje się przemycić lekarstwo babci D. 🍀 babcia nie wejdzie za zeribę i dzięki temu kwitną i rosną roślinki uchronione przed zniszczeniem 😍 🍀 spotkaliśmy jeża na spacerze, który pożywiał się kocią karmą wystawianą dla kotów 🍀 przyniosłam naręcze kwiatów nawłoci z psiego spaceru i udekorowałam przedogródek 🍀 rana na nodze goi się bez komplikacji, blizna pozostanie  spora na pamiątkę, ale przeszkadzać mi nie będzie 🍀  mam głęboką nadzieję, że nadejdzie prawdziwie dobra zmiana już niedługo i choć mnóstwo naprawiania nas wszystkich czeka, to będzie dobrze 🍀 mam ogromną radość, że mogę wejść do Was, na zaprzyjaźnione blogi i poczytać co nowego i ciekawego 😘 🍀 mam cudownego MS, najukochańsze na świecie dzieci i wnuczki, więc czego można jeszcze chcieć? 🍀 Jestem szczęściarą co widać na pierwszy rzut oka choćby po ilości czterolistnych koniczynek, które podkreśliły to, co przyszło mi na myśl w jednej chwili 🍀😃💗🍀

Teraz trochę kolorowych dodatków.

… jeżyk po kolacji 😃 …

… takie śliczne warszawianki wyrosły przy płocie sąsiadów na uliczce …

… nawłocie i pojemnik z rozchodnikiem osłaniają „wejście ” do drewutni, gdzie trzymam worki na segregowane odpady …

… nawłocie ubarwiają „kompozycję przedogródkową” zrobioną wcześniej …

Z kulinarnych eksperymentów – sałatka z surowego brokuła. Użyłam do niej, poza brokułem sparzonym wrzątkiem, dymkę, ogórki surowe, koperek, a na wierzchu ułożyłam jajka i pomidory. Cały smak dał sos z musztardy, miodu, octu jabłkowego i czosnku. Całą zjedliśmy na kolację 👍😃

… wyglądała tak samo jak smakowała 🙂 …

Babcia D. schodzi po schodach. Kończę więc moje dyrdymałki, wracam do realu, życzę dobrego tygodnia i dziękuję za odwiedziny 💗🌺🌞

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 14 komentarzy

31.VII.2023

Połowa wakacji za nami. Wera korzysta wreszcie w spokoju ducha z wakacyjnego czasu, po raz pierwszy nie rozpocznie edukacji we wrześniu lecz dopiero w październiku albowiem zdała maturę i dostała się na studia 😊 Długo trzeba było czekać na wszystkie wyniki, taki teraz system, ale wreszcie może mieć spokojną głowę i oddać się odpoczynkowi w pełnym wymiarze.

U nas jest coraz „weselej” za przyczyną babci D. Postęp choroby widać gołym okiem. Mam wrażenie, że odbywa się on takimi „rzutami”. Przez pewien czas utrzymuje się stan w miarę stabilny, do którego przywykamy i dostosowujemy rozkład dnia, po czym nagle następuje normalnie sądny dzień, zaskakujący i wprowadzający jeszcze większy zamęt niż do tej pory. Tak było wczoraj.  Przez cały dzień była jakaś podminowana, nastawiona na „nie” do całego świata, złościła się, obrażała dosłownie co kilka chwil nie wiadomo o co i po co, wychodziła do swojego pokoju i wracała, wychodziła i wracała, wychodziła i wracała splątana coraz bardziej i tak w koło Macieju. Wieczorem już po kolacji, której też ostentacyjnie prawie nie jadła – „tylko kawałek chlebka z masełkiem” – zabrała kubek z herbatą i poszła do siebie. Po chwili wróciła z wystraszonym wzrokiem (to są takie nieobecne oczy, błądzące gdzieś nie wiadomo gdzie) wyraźnie czegoś szukając. Wróciła do siebie, za moment znów to samo, i znów i znów… Nie odpowiedziała na żadne pytanie, czego potrzebuje, czego szuka, co się dzieje, jedynie zaczęła szlochać na cały regulator, co zdarza jej się bardzo często z niewiadomego powodu. Na próbę dowiedzenia się o co chodzi reaguje wściekłością, wykrzywianiem się, wymachiwaniem rękami, wyzwiskami i ucieczką do siebie. Mieliśmy z MS wyjść razem na wieczorny spacer z psiepsiołkami (w końcu to jedno z niewielu naszych wspólnych wyjść), ale gdy po raz kolejny zeszła z obłędem w oczach czegoś szukając stwierdziłam, że ja zostanę w domu, bo ciemno się już zrobiło, a ja ślepa wieczorem jestem, MS pójdzie sam. Szilunia już wyraźnie domagała się spaceru, Skitkowi wszystko jedno, on głównie śpi. Całe szczęście, że tak zdecydowaliśmy. Krążyła po całym domu szlochając, z obłędem w oczach, zataczając się jak człowiek kompletnie zamroczony alkoholem albo inną substancją. Pilnowałam tylko, żeby nie spadła ze schodów. Raz wycharczała, że chce herbaty. Zrobiłam, posadziłam ją przy stole, żeby wypiła, myśląc, że może trochę oprzytomnieje, ale zostawiła kubek, poderwała się ze szlochem z krzesła i znów poszła do siebie. Tak też było w nocy. Ja w końcu poszłam spać, MS został na straży. Wstałam o piątej, zdążyłam wyjść do lasku z psiepsiołkami kochanymi i ledwo wróciłam, a taniec babciny zaczął się od nowa. W tej chwili krąży szlochając wokół stołu, nie odpowiada na żadne pytanie, nie ma żadnej reakcji z jej strony, kompletny odlot. Tylko przerażony, obłędny wzrok. Mam wrażenie, że całe pomieszczenie drga, wokół niej cała przestrzeń jest poruszona, prawie widzę drżące powietrze. W pracy tak miałam kiedyś. Przychodził emeryt po książki, pewnego razu zauważyłam nie tylko dziwne zachowanie, ubranie nieadekwatne do pory roku, ale wyczułam właśnie takie drgające powietrze, jakby poruszającą się przestrzeń. Zadzwoniłam do jego córki z delikatną sugestią zajęcia się starszym panem, a córka mnie błagała, żebym zadzwoniła do jej siostry, która (mieszkając osobno) nie wierzyła jej (tej mieszkającej z ojcem) w opowieści o dziwnym zachowaniu ojca. Ponieważ byłam wówczas na bieżąco, podałam namiar na konkretną przychodnię. Myślę, że córki zajęły się ojcem, więcej nie przyszedł. Teraz babcia poszła do siebie… znowu schodzi…

Nie mówię o tym, żeby się skarżyć. Dzielę się własnymi odczuciami, przeżyciami, które są udziałem opiekunów osób z chorobą Alzheimera.  Z zewnątrz tego nie widać. Nikt kto nie doświadczył na własnej skórze nie uwierzy i nie pojmie co się dzieje z chorym i przez co przechodzi opiekun. W ośrodkach opiekuńczych pracownicy się zmieniają, idą do domu, wracają do własnego życia. Opiekujący się członek rodziny nie może wyjść i zostawić chorego, za to własne życie musi zostawić na boku. Dobrze, że jesteśmy we dwójkę z MS. Jedno może iść na zakupy czy załatwiać inne sprawy, drugie w tym czasie pilnuje babci D. Teraz już nie ma mowy o wspólnej wyprawie gdziekolwiek.  Przez pewien czas spała do południa, wtedy MS odsypiał nockę, ja po powrocie z psiepsiołkami mogłam spokojnie pójść choćby do Biedronki. Teraz się zmieniło nawet to. Ciekawe co dalej. Leki wypluwa, potrafi ukryć między zębami i po jedzeniu wypluć! Kupiliśmy pieluchomajtki, ale to ciężka sprawa. Z higieną zaczyna być problem, dotąd nie było. Nie zmusi się jej do mycia bo krzyk i szloch. Kiedy piszę te słowa schodziła kilka razy do kuchni i do ogródka, wokół stołu i do kuchni, i znowu na górę i właśnie schodzi…

Uff, no dobrze, teraz zmiana tematu.

Jeśli chodzi o kotlety vege to natychmiast robię w każdej ilości i SMACZNE 😀 Już się nauczyłam, bez jajek też, bo z racji częstych ostatnio odwiedzin kliniki wet na Ursynowie podrzucam Małemu  najróżniejsze próbki. Potrafię zrobić z każdej kaszy, każdych płatków i ogólnie z tego, co akurat mam w domu. Wszelkie płatki zalewam gorącym bulionem dodając od razu siemię lniane. Jak ostygnie dokładam co akurat pod ręką jest, w tym cebulkę obowiązkowo i przyprawy. W zależności od konsystencji lepię kotleciki i panieruję, albo – jeśli się da, rzucam łyżką na patelnie i są placuszki. Wszystkie dobre 😊 Hitem ostatnim były kotlety z boczniaków i pieczarek. Pokroiłam drobno pieczarki, podsmażyłam i przełożyłam do miski. Pokroiłam boczniaki też w miarę drobno (tylko nóżki bardziej, bo twarde), udusiłam, przełożyłam do pieczarek. Cebulkę podsmażyłam tym razem (zwykle daję surową) i też hop! do miski. Do tego siemię, bo choć dla nas używam jajka (Mały bezjajeczny 😊 ) to jednak siemię warto jeść ze względu na wartości jakie w sobie zawierają małe, niepozorne ziarenka. Tylko bułkę tartą do tego i już. Dla Małego dodałam jeszcze trochę mąki ziemniaczanej, kukurydzianej (wiążą całość jak jajka) i płatki drożdżowe (mniammm 😊 ). Kotleciki boczniakowo-pieczarkowe tak smakowały MS, że już kilka razy robiłam. Naprawdę pyszne i na ciepło i na zimno. Fotki nie ma po co zamieszczać skoro wszystkie kotlety wyglądają tak samo, uwierzcie mi na słowo, że smaczne wyszły 🙂

Ze słodkości deserek budyniowy w nowej odsłonie, bo do gorącego budyniu (tym razem czekoladowy był) dodałam płatki owsiane, a górną warstwę herbatników „poczęstowałam” rozpuszczoną czekoladą deserową i białą.

… najpierw rozpuściłam ciemną czekoladę, potem białą w garnuszku do czekolady dlatego wyszła beżowa 🙂 …

Jeszcze takie ładne ciasto upiekłam 🙂

… przed upieczeniem…

… gotowe …

Przepis znalazłam na YT  –    https://youtu.be/tcfKSEOcjRU

Dora z   https://takietam-2.blogspot.com/    chciała zobaczyć „kwietnik” jaki zrobiłam z abażura i ze starej deski do prasowania, tzn. ze stelaża, a więc  bardzo proszę 😍

… najpierw było tak – groszek sobie wędrował …

… na razie groszek nie ma kwiatków (będą za chwilę) więc w tej chwili wygląda tak, zaś „coś”  żółte po lewej to podstawka do kwiatka z … niepotrzebnego już nocniczka Calineczki 🤣🤣🤣 ……

… oplotłam druty starymi rajstopami, potem zużyłam wszystkie nowe też wychodząc z założenia, że w spódnicach nie chodzę to mi niepotrzebne 😃 …

… z kolei ten sprzęt jest nieużywanym przez Calineczkę krzesełkiem, niedawno jeszcze siadała na nim na tarasie, ale odkąd był tam mały pajączek – już nie siada, bo „małych się boję, ale dużych wcale się nie boję” 🤣🤣 …

… doniczka stoi na pieńku oplecionym bluszczem …

W ziemi, którą kupiliśmy pod kwiatki były jakieś nasionka i wykiełkowała roślina. Najpierw myślałam, że to malwa. Zbierałam na Ursynowie nasiona i siałam w różnych miejscach z nadzieją, że może urośnie. Ale to „coś” rosło w oczach zmieniając się w jakieś monstrum zasłaniające inne wszystkie kwiatki i odcinające je od słońca. MS zrobił zdjęcie i szukał, szukał aż wyszukał, że to (chyba) japoński bluszcz czy jakoś tak (już zapomniałam), ochrzciłam to mianem dziwadła i tak zostało. Przesadziliśmy dziwadło w inne miejsce gdzie może sobie rosnąć i wdrapywać się na ogrodzenie. Po przesadzeniu odchorowało swoje, ale już wyzdrowiało i liście są coraz większe (stare, te ogromne, uschły i obcięłam je). Jeśli będzie takie jak w opisie to naprawdę powinno rewelacyjnie wyglądać. Nie odstrasza jednak ślimaczorów, które i dziwadło potrafią podgryzać. Codziennie rano idę na polowanie, by choć zmniejszyć ilość tych szkodników.

… dziwadło przed przeprowadzką, kiedy jeszcze myślałam, że to malwa 🙂 …

…dziwadło w okresie rekonwalescencji po przesadzeniu, sznurek mu podałam, żeby się miało po czym wspinać …

W ostatni lipcowy dzień świeci słoneczko trochę przyćmione, ciepło jest, miło, wietrzyk leciutki powiewa. Zaczęłam pisać raniutko, kończę pod wieczór, była „przerwa na życie’ ( jak z Fleszarowej- Muskat).  Babcia D. siedzi na tarasie i macha do przelatujących samolotów.  Przespała się po porannym „cyrku” i wstała odmieniona, normalnie dr Jekyll i Mr Hyde… Nawet spytała „co sobie dziecko zrobiło?” patrząc na moją oklejoną plastrami nogę, którą sobie tydzień wcześniej zraniłam, a właściwie nie ja sobie tylko butelka po oliwie mi to zrobiła 😉 Kupuję oliwę w wysokich,  mało stabilnych butelkach i właśnie taka rozbiła się na posadzce i dostałam odłamkiem. Gdybym „chodziła po doktorach” założyliby mi kilka szwów, ale ja muszę sama przecież 😃 Robię opatrunki, teraz używam propolis w kroplach i w maści i ładnie się goi. Od tygodnia tak chodzę, a babcia D. zobaczyła teraz. No i tak to….

Dziękuję za odwiedziny, za wszystkie dobre słowa i myśli 🙂💗 Pięknego wakacyjnego tygodnia życzę 🌞🍀👍

💙💛

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 19 komentarzy

20.07.2023

Ula zmobilizowała mnie do powrotu.

Długo myślałam co takiego fajnego napiszę gdy licznik odwiedzających mój kącik pokaże pół miliona. Miałam kilka pomysłów… niestety, autobus, który zabił Oliwkę zabił również moje pomysły… odechciało mi się pisania, odechciało mi się dosłownie wszystkiego. Tak jakbym zaczęła żyć w dwóch wymiarach, choć tylko jestem przyszywaną ciocią zza ściany i zza płotu… Wykonuję to, co do mnie należy, ogarniam domowe sprawy, pilnuję babci D, gotuję, dbam o leki dla psiepsiołków (za chwilę więcej o tym), wyżywam się w ogródku doprowadzając do stanu prawie wymarzonego (prawie czyni wielką różnicę), poświęciłam czas dla Calineczki kiedy raczyła nas odwiedzić i spędzić z nami tydzień. Dzieciaki wpadły na grilla, radości było dużo…W tym wszystkim jest ten drugi wymiar, uruchomiła się we mnie obawa, potworny strach o bliskich. Wpadam w panikę gdy Mały natychmiast nie odpowiada na sms, gdy Duży natychmiast nie oddzwania, gdy Wera natychmiast nie odpowiada na zadane sms-em pytanie, gdy MS pojedzie w jakiejś sprawie to czekam prawie wstrzymując oddech dopóki nie usłyszę auta na podjeździe… Codziennie spotykam babcię Oliwki i rozmawiamy przez chwilę,  o tym też jak wspomóc mamę, która straciła sens życia i nie może się pozbierać… nic dziwnego, minął miesiąc dopiero… tyle planów, marzeń, przygotowań obróciło się w popiół w jednej chwili… W dawnych czasach „przepisowa” żałoba trwała „rok i sześć niedziel” – widocznie dopiero po takim czasie ludzka psychika jest zdolna przyjąć do wiadomości nieuchronne, pogodzić się, przeżyć swój ból i nastawić się na dalsze życie… Widzę, że oprócz rodziców mamę wspierają przyjaciele, psycholog radził wrócić do pracy, co też uczyniła. Kontakt z ludźmi, zajęcie myśli obowiązkami choć przez parę godzin może przyniesie ulgę, w perspektywie czasowej oczywiście, od razu nic nie pomoże ukoić bólu.

Z Calineczką poszłyśmy na cmentarz (powiedziała, że lubi cmentarze, na co jej odpowiedziałam, że wg mnie cmentarz to też życie, bo tak uważam). Wybrała zniczyk z aniołkiem i zapaliła światełko.

🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃🍃

Skitusiowi porobiły się narośle w różnych miejscach. Rozdrapał sobie jedno paskudztwo i nie chciało się goić. Pojechaliśmy do naszej weterynarki na Ursynów. Pobrane próbki wykazały  stan zapalny i komórki nowotworowe. Dostał antybiotyk, lek w postaci żółtej tabletki (antyhistaminowa), dwie maści do smarowania i na następnej wizycie również próbka została pobrana dla sprawdzenia. Rana się goi, tabletki użyte, Skitek chodzi w oponie, żeby sobie ponownie nie rozlizał zagojonego miejsca, jesienią prawdopodobnie czeka go operacja. „Oponę” dostał od Marysieńki, to świetna alternatywa dla dotychczas stosowanych plastikowych „kołnierzy” zabezpieczających przed sięganiem pyskiem do ran, czy szwów po operacjach itp. Jest to dmuchane koło, miękkie, nie przeszkadzające w jedzeniu, piciu czy wygodnym ułożeniu się na legowisku. Można kupić na Alegro.

Skituś w „oponie”, w towarzystwie pogryzionej marchewki 🙂

Szilka również miała zrobione wszystkie badania, wyniki są dobre poza tarczycowymi. Dostała lek i po przyjęciu połowy opakowania wczoraj na spacerze stwierdziliśmy, że jest kolosalna różnica. Zrobiła się żywsza, rześka, nie siadała co kilka kroków, nawet podskakiwała i wyraźnie była zadowolona z życia. Dawno się tak nie zachowywała. Wiadomo teraz skąd wzięła się jej tusza. Przecież dotąd nie mogłam jej odchudzić w żaden sposób, a ruch sprawiał bidusi coraz większą trudność. Wczorajszy wieczorny spacer był miłą niespodzianką 🙂

Pora roku wita nas na każdym kroku kolorami, zapachami i w ogóle urokami Matki Natury. Cieszę się tym najbardziej wczesnym rankiem idąc z psiepsiołkami.

… niebieska cykoria podróżnik …

… przy torach mnóstwo dziewanny …

… panna dziewanna z bliska jest urocza …

… nie wiem co to, ale ładne …

Ogródeczek zajmował mi każdą możliwą chwilę.  Po wykarczowaniu bluszczu zrobiło się miejsce na posadzenie kwiatków, zaś uczyniona przeze mnie „zeriba” – jak nazwała Magda zaporę przed psami i babcią D – skutecznie chroni ogródeczek przed intruzami. Babcia D spogląda z tarasu tęsknym wzrokiem na roślinki, których nie może zerwać. Rekompensuje sobie to zrywaniem wszystkiego co się nawinie w pozostałej części ogródka, ale trudno. Ważne, że za „zeribę” nie wejdzie.

Mnóstwo jest ślimaków, tych – brrr – bez skorupek, takich długich, pełzających, które mnie o dreszcze przyprawiają. Normalne śliczne ślimaczki z kolorowymi skorupkami wynoszę na łąkę kiedy widzę, że ich dużo. Z tamtym szkaradzieństwem gorsza sprawa. Musiałam się przemóc i wyłapywać. W końcu skoro roślinki ocaliłam przed babcią D to mam pozwolić je zniszczyć przebrzydłym ślimaczorom? A w życiu! Wydałam im regularną wojnę i wyłapuję co rano łopatką wrzucając do pudełka, jest ich już mniej.  Aha, skorupki jajkowe nic a nic nie pomagają, nie stanowią żadnej przeszkody, dla tych w muszelkach też.

W ramach oszczędzania wody do podlewania ogródka postawiłam w zlewie miskę. Nie uwierzycie, ile normalnie wody płynie do kanału nie podczas zmywania naczyń, ale poza tą czynnością. Wystarczy przepłukać cokolwiek, przemyć i wody zbiera się ogromna ilość w ciągu dnia. Co chwilę wynoszę i wylewam na trawnik czy pod drzewka. Kiedy byłam dzieckiem w Tenczynku nie było wodociągu, nosiło się wodę ze studni. Woda była cudowna źródlana, zawsze zimna, a studnia używana latem jako lodówka (lodówki jeszcze nie było). Mama albo babcia wkładały rondelek np. z mięsem do wiadra i spuszczały w głąb nad lustro wody. Z opowiadań pamiętam, że podczas kopania studni natrafiono na źródełko i szybko musiał uciekać na górę ten, co był na dole mocując kręgi.  Ciekawe czy ludzie mieszkający w babcinym domku używają wody ze studni… pewnie nie… Swoją drogą chciałabym im opowiedzieć co nieco o historii domku… Nierealne…  Za to pewnie ich straszę nocami, tak często mi się śni domek i dziadkowie…

… za płotem ogródek Oliwki 🖤…

… pokrzywę ozdobą dostałam od Franusiowej rodzinki…

… tę także, obydwie są bardzo ładne …

… zakwitły floksy…

Wyczytałam, że dobrą odżywką dla iglaków są drożdże rozpuszczone w wodzie. Dwa razy tak odżywiłam nasze tuje, MS je przyciął, jeszcze raz przytnie, żeby się wzmocniły. U wielu sąsiadów schną, nie chciałabym moich stracić, dają nam komfort intymności w naszym maleńkim ogródeczku przylegającym do uliczki.

Urządziłam  z przodu, w tzw. przedogródku, dekorację jaka mi się nagle pojawiła przed oczyma duszy mojej 🙂 Poszłam do KiK – u (lubię ten sklep) po pasek do spodni dla siebie i przy okazji wypatrzyłam kilka drobiazgów w postaci sztucznych kwiatków, które potem wplotłam w żywą zieleń. Tym sposobem nawet w najgorszy upał część dekoracji pozostanie kolorowa. Ze strychu zniosłam kamionkę, czyli butelki po miodzie pitnym, które mi się ogromnie podobają i nie wyrzucę ich za skarby świata. Akurat się przydały i wykorzystałam do dekoracji. Nie zawahałam się też użyć butów, w których kiedyś rosły bratki. To nie wszystko, jeszcze sporo pracy mnie czeka, bo zarosła grządeczka okrutnie, głównie bzem, który ma milion odrostów od korzeni i wpełzły wszędzie, a ja na klęczkach wycinam te odrosty. Zrobiłam sobie „klęcznik” stos gazet owijając workiem foliowym i oklejając taśmą. Babcia D nagle zobaczywszy „takie coś” rozerwała folię chcąc zobaczyć co za skarby są w środku 😉 Cóż, naprawiłam i służy dalej.

Calineczka umiliła nam czas, urozmaiciła i rozjaśniła każdą chwilę 🙂 Pomagała w ogródeczku, skakała do niego z tarasu nie korzystając ze stołeczka po którym ja schodzę, szukała ze mną szkodników (czyli ślimaczorów 🙂 ), pomagała w kuchni. Cokolwiek robię ona zawsze przybiega – „mogę ci pomóc?’. Oczywiście się zgadzam i wspólnie coś robimy i oczywiście nic z tego nie je, w dalszym ciągu jest niejadkiem. Ale powiedziałam, że do niczego zmuszać jej nie będę, niech je co chce i ile chce. W sumie to lepsza metoda niż zmuszanie, bo Panny Calineczki zmusić się nie da. A sama – tu skubnie, tu ugryzie, tu poprosi -„babciu, możesz mi dać”… makaron/serek/lody . Chodziłyśmy do sklepu, na plac zabaw z „hulkajką” (hulajnogą), do Franusiowgo „braciszka”, który za chwilę skończy dwa latka, a z którym jakoś sobie przypadli do gustu mimo różnicy wieku 🙂  Dostała nawet pierwszy w życiu pierścionek zaręczynowy 😀😀😀

… nawet maleńki ogródeczek to radość dla dziecka, miejsce zabawy i pole dla wyobraźni …

… wieczorem przy kolorowych solarnych lampkach (nowe, zawsze chciałam mieć) też  zużywała sporo energii …

       

… po dalekich spacerach z psami dziecko padało co widać na załączonym obrazku …

Zawsze wieczorem obowiązkowo musiało być czytanie babcinych wierszyków o Sziluni i Skitusiu, potem wszystkich innych. Tym razem po kilku pierwszych słowach babci Calineczka zasypiała jak suseł.

O kuchni będzie później, za długo się zrobiło. Dziękuję za odwiedziny, przepraszam za długie milczenie. Serdecznie pozdrawiam i życzę samych dobrych letnich, wakacyjnych dni 🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 39 komentarzy

🖤🖤🖤

🖤🖤🖤🖤🖤

Tydzień temu autobus zabił moją dwunastoletnią sąsiadeczkę. Miesiąc temu Oliwka obchodziła urodziny. Miała przed sobą całe życie… Już nie ma… Tragedia niewyobrażalna. Wbrew naturze. To nie rodzice powinni żegnać dzieci w ten sposób, kolejność jest odwrotna. Mam ją cały czas przed oczami jak była malutka, jak już chodziła  i przybiegała się przytulić, jak się uczyła mówić i cudnie przekręcała po dziecinnemu słowa, jak siedziała w oknie  śliczna dziewczynka z wijącymi się jasnymi loczkami, jak jej piesek Fudżik cieszył się gdy wracała ze szkoły, jak ostatni raz ją widziałam wracając do domu i pomachała mi wołając jak zwykle „cześć ciocia”, a ja jak zwykle odmachałam mówiąc „cześć słoneczko”… Wczoraj spoczęła pod morzem białych kwiatów. Pożegnana niezliczonymi łzami…

Kiedyś napisałam wierszydełko patrząc jak się bawi w swoim ogródku…  https://annapisze.art/?p=215

Banalnie brzmią słowa, że nic już nigdy nie będzie takie samo, ale to prawda. Na jednym z wielu wieńców była szarfa z napisem „Śpij Aniołku”. Mogę tylko powtórzyć te słowa, śpij kochana dziewczynko, śpij Aniołku… Niby jestem tylko sąsiadką zza ściany, ale … łzy zamazują mi co chwilę świat…

🖤🖤🖤🖤🖤

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 34 komentarze

Czerwcowe dni 🌸

Dostałam rachunek za prąd… nie powiem jak zaklęłam, bo sama się nie spodziewałam, że mam tak duży zasób słów… Ten wyrównujący płatny do 15.VI, następny do 20.VI. Dwa razy tyle co rok temu, a dołączona kartka, że rachunki są niższe dzięki miłościwie nam panującym obecnie… I wiadomo skąd aż taki mój słowotok 🙁

Czerwiec to miesiąc kojarzący mi się z makami, pojawiają się śliczne makowe główki, delikatne, drżące na wietrze, uosobienie życia i wolności – jeśli się je zerwie natychmiast umierają, bez wolności żyć nie mogą… Zdjęcia są z poprzednich lat, już tu były, ale przeglądając album stwierdziłam, że jeszcze raz niech się pokażą, bo takie śliczne.

Calineczka chętnie chodziła na spacerki z psiepsiołami, nawet wstała wcześnie rano, sama z siebie, bo ja nie chciałam jej budzić.

Zabawa w dom, raczej w rodzinę (w dom się dziewczynki bawiły za moich czasów) polega na tym, że głównie ona jest mamą a babcia dzieckiem i musi mamy słuchać 😃 hi hi, ale dziecko grzeczne nie jest i mamie przychodzi się mierzyć z nieposłuszeństwem 😃 Druga najlepsza zabawa jest w restaurację. Tym razem wnusia babcię zaskoczyła, jako pani restauratorka naprawdę przyniosła własnoręcznie przygotowany deser, który okazał się  pyszny 😃

… cząstki mandarynki przykryła serkiem, na wierzch dała posypkę od tego serka (Fantazja)…

Piwonie rozkwitły i są cudowne, właściwie były, tak szybko przekwitają, żal pięknych kwiatów…

Irysów było siedem! Jeszcze nigdy nie kwitły w takiej ilości. Pokazały swoją delikatną urodę.

Teraz zagadka: co widać na załączonym obrazku?

Ciekawa jestem czy ktoś zgadnie 😃

Dziękuję za odwiedziny i komentarze 🙂 Pięknego czerwcowego tygodnia życzę 💗🍀

💙💛

 

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

„Szczęśliwej Polski już czas”👍🍀

Szczęśliwa POLSKA  to taka, w której każdy rodak ma miejsce dla siebie, może spokojnie żyć nie bojąc się jutra z żadnego powodu. Nie boi się iść ulicą, bo ma ciemniejszą karnację, bo trzyma za rękę partnera lub partnerkę, bo ma torbę w kolorze tęczy (tzw. katolicy niech się zapoznają ze znaczeniem symbolu tęczy w Biblii), bo jego wygląd nie spodobał się komuś drugiemu, bo sprzeciwił się rządzicielom, nie boi się, gdy rano ktoś zapuka do drzwi wiedząc, że to tylko sąsiad czegoś potrzebuje… itp., itd. Szczęśliwa POLSKA to jak rodzina, w której można się spierać, mieć odrębne zdania w różnych kwestiach lecz przeważa dobro rodziny w krytycznych chwilach szczególnie, po prosto Dobro nad Złem. Tylko tyle. O takiej POLSCE myślę, że myśleli ludzie w dniu 4 czerwca, taką mają w sercach. Tymczasem…

…tak o nas wszystkich mówi ten ktoś obok Krecika…

Na przekór temu z metra wylewało się morze ludzi, którzy korzystając z pięknej pogody przyjechali z całej Polski … na spacer ulicami stolicy i do ZOO…

Po wyjściu z podziemia należało zaapelować do stróżów prawa…

Potem spacer trwał i trwał, bo miasto piękne, a przecież Trakt Królewski szczyci się wyjątkową urodą…

Przy okazji można było posłuchać i poczytać co komu w duszy gra…

Pogoda dopisała, rodacy szli nie tylko główną trasą ale także bocznymi ulicami, więc z pewnością było jeszcze więcej niż podają jakiekolwiek źródła. Nikt się nie przestraszył Mrocznego Widma 👍

Po prostu przeszła NORMALNOŚĆ ulicami stolicy i tak też powinno wyglądać miasto w dniu 11 listopada mimo innej pory roku i zmiennej pogody. Tak sobie właśnie myślę i chyba tak myślą rodacy nie tylko ci, którzy przyjechali w dniu 4 czerwca 2023 do Warszawy, ale mnóstwo tych, którzy organizowali przemarsze w swoich własnych małych ojczyznach na swoim terenie, którzy mogli z różnych względów tylko na ekranach oglądać to wielkie święto demokracji. Nawet wielu z tych, którzy mają dostęp tylko do tvpis  dowiaduje się o prawdziwym obliczu rzeczywistości poprzez różne komunikatory oraz opowieści świadków naocznych, uczestników wydarzenia.

Dostałam od Ewy taką fotkę, uważam, że idealnie odwzorowuje moje odczucia. Całym sercem jestem na drugim zdjęciu z „hołotą pełną nienawiści”. HOWGH!

Wszystkie zdjęcia (poza ostatnim) są zrobione przez rodzinkę będącą Marszu.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, życzę dobrego tygodnia, dobrej przyszłości, spokoju i pokoju 🍀🌞💗

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 25 komentarzy

Refleksologia i inne sprawy 🐶🐕

Zofia Halina Zuk-Górska – „Refleksologia”, druk. „EKSPOGRAF”, Suwałki 1992

Ludzkie ciało stanowi jedność wielu organów, które współpracują ze sobą i wzajemnie się uzupełniają. Zdrowy organizm można porównać do funkcjonującej bez zakłóceń maszyny. Ów stan harmonijnego działania nazywamy homeostazą. Jeśli jednak praca jednego z organów zostanie zachwiana, rzutuje to na pozostałe  i rozregulowuje ich funkcje, a tym samym wprowadza dysharmonię w pracy całego ustroju.

By przywrócić organizmowi stan równowagi, konieczne jest pobudzenie do prawidłowego funkcjonowania najważniejszego z organów – mózgu, który poprzez układ nerwowy steruje wszystkimi procesami  życiowymi. W tym właśnie tkwi sens refleksologii jako formy terapii, która przy pomocy stymulacji zakończeń nerwowych przywraca  ustrojowi stan homeostazy.

Refleksologia jest więc dziedziną wiedzy zajmującą się podstawowymi reakcjami wynikającymi ze stymulacji znajdujących się na stopach i dłoniach zakończeń nerwowych, które korespondują z poszczególnymi częściami ciała. W najogólniejszym zarysie refleksologia zajmuje się pobudzaniem organizmu do prawidłowego funkcjonowania, poprawia dopływ krwi do wszystkich narządów, a także uaktywnia przewodnictwo impulsów nerwowych, zmniejsza stresy i stany napięcia emocjonalnego.”

Tyle na zasadzie wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi.  Już mówiłam kilkakrotnie przy okazji różnych moich bolączek (m.in. kolano, pęcherz), że szukałam pomocy właśnie w refleksologii. Nie jest to dla mnie nowa dziedzina, już mój tata sięgał (po zawałach) po ratunek do medycyny niekonwencjonalnej, wtedy i ja się refleksologią zainteresowałam. Oczywiście spamiętać gdzie, który punkt i czego dotyczy nie jestem w stanie, ale od czegóż „pomoce naukowe”. Tatusiowe książki, mapy  refleksologiczne, mapy punktów akupresurowych i akupunkturowych, a odkąd nie mamy tv żyję zaglądając – w rzadkich wolnych chwilach – na YT w poszukiwaniu ciekawych i pożytecznych kanałów. Tak trafiłam na kanał Kasi Gołębiewskiej o czym już wspominałam – 26 listopada 2022 i fragment szczawnickich wakacji 🚗 | Anna Pisze   , na YT jest mnóstwo filmików i rolek z  pokazaniem konkretnych działań na różne potrzeby, jeszcze jest blog z informacjami  Blog – Refleksologia – Refleksologia – Katarzyna Gołębiewska (katarzynagolebiewska.pl)

Kasiu, bez dla Ciebie z podziękowaniem 🙂

… nie masz pojęcia jak cudnie pachnie 🙂 …

Ostatnio również się udałam na Kasi kanał po pomoc i dostałam przy okazji zaproszenie na webinar. Skorzystałam i bardzo zadowolona jestem, poznałam – najważniejsze, że  zapamiętałam 😀 – dwa techniczne szczegóły, które pomogą mi na co dzień. Kasia przekazuje wiedzę w przystępny, ciekawy sposób i myślę, że nawet osoby nie mające dotąd do czynienia z refleksologią skorzystały, mogą się również zapisać na kurs, który z pewnością będzie dla uczestników niezmiernie przydatny. Część z nich (kursantów) poprzestanie na przyswojeniu podstawowej wiedzy, co już przyniesie korzyść im samym, ich rodzinom i znajomym, zaś część połknie bakcyla i może nawet zacznie zawodowo zajmować się refleksologią. Przyznam się, że dawno temu, kiedy miałam powyżej dziurek od nosa stosunków i różnych sytuacji w pracy, zrobiłam kurs masażu klasycznego mając chęć rzucenia wszystkiego w diabły i zajęcia się czymś zupełnie innym. Przeszło sto godzin odbytej praktyki było przeżyciem niesamowitym. Jednak skończyło się tym, że na zimno przekalkulowałam za i przeciw, i… w pracy doczekałam emerytury. Kurs jednak pomógł mi oderwać się od ówczesnej rzeczywistości, poznać zupełnie inne wymiary ludzkiego życia – tak fizycznego jak niematerialnego i w sumie okazał się ogromnie ważnym wydarzeniem dla mnie samej, pokazał możliwości, różne ścieżki rozwoju… Masażystką na pełny etat nie mogłabym zostać choćby z powodu braku siły, mam za słabe ręce, poza tym po egzaminie natychmiast zapomniałam jak się te wszystkie nasze kości, mięśnie i inne takie nazywają, więc fachowca by ze mnie nie było 😊Poza tym praca w różnych godzinach też nie dla mnie, jako Byk muszę stać pewnie i bezpiecznie na ziemi, na wszystkich czterech kopytach jednocześnie 😀 Na kurs do Kasi teraz już się nie zapiszę, doba jest za krótka na wszystko co chciałabym i co powinnam zrobić, siły już nie te, co dawniej, o latach nawet nie wspomnę… buuu…, „romantyzm” w rękach dokucza, czas jakoś zbyt szybko przepływa przez moje życie… Babcia D. jest w coraz gorszej formie, a jej kolega Alzheimer ma się coraz lepiej 😟 Psiepsiołki staruszki kochane też coraz bardziej odczuwają wiek i dolegliwości. Skitusiowi ciężko jest się podnieść, wyraźnie widać zaniki mięśni w tylnej części, tylne łapki ma coraz słabsze. Mój Rolf tak miał, na czwarte piętro na Ursynowie wciągałam go podkładając smycz pod brzuch… Szileczka straciła żwawość i radość życia jaka zawsze z niej biła na odległość, nie wiem czy tylko na karb nadmiernej tuszy można to zrzucać. Wizyta u dr Kamili staje się nieunikniona. W ogródku mnóstwo jeszcze pracy zostało, choć ta akurat mnie cieszy 😊 Pocieszający jest też fakt, że babcia D. nie sforsowała „zeriby” i nie wtargnęła do ukończonej części ogródeczka, choć z tarasu spogląda tęsknymi oczami 😊… jak byłoby fajnie zerwać kwiat hortensji… Na razie zrywa konwalijki, które się rozsiały po trawniku. Ale oczywiście – „ja nie rwę” – trzymając za plecami albo chowając do kieszeni… Samo życie z babcią D. 😀

Z innej beczki – dzieciaki były, zrobiłam pieczarki faszerowane i były przepyszne. W Bierdonce są takie duże, do grilla, ale ja je wykorzystałam w piekarniku. Ukisiłam też kapustę, aby w ramach zdrowego odżywiania była własna.

… przed upieczeniem, potem nie zdążyłam zrobić fotki 😀 …

… kapusta już po trzech dniach nadawała się do jedzenia, mam święty spokój z surówką do obiadu …

Skitek narysowany przez Calineczkę łudząco przypomina oryginał 😀😀😀

… psiepsiołki w bzach, Skitek jak na rysunku Calineczki 😀…

Bez już przekwita, mój jakoś szybko, u sąsiadów i na działkach jeszcze prezentuje się przecudownie, ale i tak pachnie 🙂

… tu bez bez psiepsiołków 🙂…

… już chyba ostatnie tegoroczne fotki, zaczął brązowieć …

🍀💗🍀

Jeszcze wierszydełko z poprzedniego maja (na blogu we wpisie z 3.VI.2022)

Wiosna to moja pora roku.

Naprawdę. Od świtu aż do zmroku,

potem do ranka dnia następnego,

wszak i noc ma moc czaru wiosennego.

Pewnie tak czują uczucia one

istoty wiosną właśnie zrodzone.

Choć urok innych pór roku widzę

(i wcale tego się nie wstydzę),

wiosna najmilsza jest memu sercu,

wiosna szalona w kwiatów kobiercu,

pachnąca, mieniąca się kolorami

w tańcu z  kwiatowymi duszkami,

z różnoskrzydłymi  owadami.

Z tego zachwytu słów mam za mało,

więc pójdę zrobić sobie kakao 😊

Czekałyśmy na maj, a on – jak zwykle – ucieka jakby ktoś go gonił i zmuszał do coraz szybszego biegu. Dla mnie wiosna jest najpiękniejsza ze wszystkich pór roku, choć oczywiście dostrzegam i podziwiam uroki każdej. Niemniej jednak jam  Byk, czyli wiosenne dziecię, i bez względu na ilość wiosen, które mam za sobą, wiosną zachwycać się będę nieustannie najbardziej 🌷 Pięknego majowego jeszcze tygodnia życzę i dziękuję za odwiedziny i komentarze. Słoneczka i dobrego nastroju 💗🍀

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, wierszydełka | 30 komentarzy

Maja połowa właśnie mija 🌷

🌷🌷🌷🌷🌷💗💗💗🌷🌷🌷🌷🌷💗💗💗🌷🌷🌷🌷🌷

Nie sposób się przestać zachwycać

na porannym spacerze z pieskami

cudowną zieloną wiosną,

wszystkimi jej przejawami.

Bowiem co może się równać

z ptasimi rannymi śpiewami,

z rosą błyszczącą na trawie

osnutej pajęczynami?

Liczne łąkowe roślinki

do życia rankiem się budzą,

choć w jednym miejscu rosną

przenigdy się nie nudzą.

Co noc wzwyż rosną trawy,

są większe niż były wieczorem

jakby ktoś Duszka Rośnięcia

wypuścił otwartym zaworem.

Listki już wszędzie zielone

cieniem się kładą na trawie.

Słoneczko zza chmurki zerka

ja się z wami pobawię 🙂

Dmuchawiec piękny wiosenny

pyszni się swą okrągłością.

Przystanął Skituś, powąchał.

Witam się z jegomością 🙂

Na pniu mała jaszczurka

wygrzewa ciałko w słoneczku.

Nie rusz – mówi Szilusia, –

zostaw jaszczurkę Skiteczku.

Wracać trzeba do domu,

Anka poda śniadanie.

Spiesz się, bo w ogródeczku

ona znowu zostanie,

wszak świra ma ostatnio,

zapomni nam wsypać kulki

i zostaniemy bez żarła

jako te stare bidulki.

A ona kopie, przerzuca

ziemi całe wiaderka,

już nawet Franek wokół

z przerażeniem zerka.

Bluszcze z płotu zerwała,

i myszki przegoniła,

rabatkę całą skopała,

kwiatków naprzynosiła.

Mało tego, kamienie zbiera,

przynosi do ogródka,

w proceder Męża wciągnęła.

Choć droga nie jest krótka

on torby nosi i dźwiga,

ziemię czyści, wyciąga korzonki,

 trawę kosi, gałęzie ścina,

czasem coś mruknie do Małżonki…

– Śniadanie? – Skituś rzecze –

oj, to już pędzę ile siły,

bez śniadania zjedzonego rano

dzień cały będzie niemiły.

Szila spojrzała z politowaniem

– A idź żarłoku, pędź głodomorze

i tak nie pojmiesz co mówię…

choć kiedyś pojmiesz … może?

AZ14.05.2023

To coś na ostatnim zdjęciu jest płotkiem zrobionym dla ochrony nowych roślinek przed Skitusiem i babcią D.  😀 Magda powiedziała, że to jak zeriba na lwy u Stasia Tarkowskiego i uważam, że skojarzenie jest słuszne 🙂 O dmuchawcu już było tu – https://annapisze.art/?p=4496

Dziś pada od rana, wczoraj słonko świeciło, pozwoliło znów poszaleć w ogródku co widać na zdjęciach.  Jak przestanie padać prac nastąpi ciąg dalszy, bowiem tylko to mam akurat w głowie.

Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa, pozdrawiam serdecznie i dobrego tygodnia życzę 💗🌷💗

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 28 komentarzy