Szczawnickie wspominki IX 2023 – stary cmentarz

… dwa pierwsze zdjęcia są z 2019 roku …

Stary zabytkowy cmentarz w Szczawnicy dawniej był zamknięty. W tym roku swobodnie mogłam wejść na teren i zrobiłam zdjęcia pomników, które podobno mają być poddane renowacji. Nie będę kombinować tworząc dzikie teksty  tylko podam link do cioci Wiki 😃 gdzie możecie sobie poczytać co nieco jeśli chcecie – https://pl.wikipedia.org/wiki/Stary_cmentarz_w_Szczawnicy

… taki napis widnieje na kaplicy szalayowskiej od strony wejścia na cmentarz, można powiedzieć cmentarzyk ze względu na wielkość …

… kaplica od strony wewnętrznej cmentarza, widać rezultat prac remontowych …

Pomniki, a raczej to z nich pozostało po nadgryzieniu zębem czasu…

Cmentarz znajduje się w samym centrum miasteczka. Za ogrodzeniem funkcjonuje placyk targowy. Na dwóch powyższych zdjęciach widać po prawej stronie stragan nakryty dachem, taką  plandeką w białe i niebieskie pasy. To właśnie tam kupujemy pomidory i śliwki będąc w ukochanym miasteczku. Oczywiście nie każdego dnia, z reguły zakupy robię w Delikatesach w Osiedlu, lecz gdy któreś z nas idzie  „na dół” po coś to wtedy obowiązkowo trzeba zajrzeć do pana od pomidorów. Szczególnie pomidory sądeckie okazały się wyborne w smaku 🙂

… jak widać życie doczesne łączy się z minionym, istnieją obok siebie …

Dziś takie wspominki łączące się z wyjątkowym świątecznym dniem, pełnym zadumy, tęsknoty za bliskimi, którzy odeszli na drugą stronę życia… Dziś także babcia D. ma urodziny 91. Gdyby mogła je świętować świadomie byłoby miło…

Serdecznie pozdrawiam i samych dobrych myśli życzę 💗💗💗

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

29 października 2023

W kalendarzu mam zaznaczony ten dzień wyraźnie – OSTATNI DZIEŃ W PRACY 2014 !!! NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ!!!

Od wczorajszego ranka (czyli sobotniego) chciałam skończyć wpis, ale gdzie tam! Przecież rzeczywistość nie daje wytchnienia. Do tego „franca przeziębieniowa” męczy mnie w dalszym ciągu mimo najprzeróżniejszych cudów, które wyczyniam, żeby się jej pozbyć. Mam jednak nadzieję, że już jest na finiszu, bo wczoraj po południu padłam, przespałam do rana i jest lepiej. Tym razem się zaparłam i używam samych naturalnych środków (poza ibupromem zatoki), wczoraj sobie przypomniałam o kaszy jaglanej, ugotowałam i zjadłam na śniadanie a z reszty zrobiłam kotlety dodając utarte tofu, resztkę żółtego sera, jedno jajko na twardo (ze trzy dni leżało w lodówce), cebulkę w kostkę, przyprawy oczywiście, jajko surowe i bułki tartej trochę. Ulepiły się pięknie i usmażyły tak samo. Mogę polecić 🙂

Wczoraj raniutko – jak tylko zrobiło się jasno – wyszłam z psiepsiołkami (MS odsypia nocną aktywność swojej mamy), zdążyliśmy przed deszczem. Zaczęła się potem taka typowa szaruga, której zdecydowanie nie lubię. Chyba nikt nie lubi kiedy jest ciemno, buro i ponuro 😟 Przy takiej pogodzie chce się zjeść coś ciepłego na kolację.  Przeglądałam YT w poszukiwaniu łatwych, szybkich i smacznych pomysłów na kolację, sporo tego znalazłam. W końcu zrobiłam zwyczajną jajecznicę z cebulką tylko pozwoliłam się jej usmażyć w formie placka, który posypałam cheddarem, mozzarellą i położyłam kilka pasków pieczarek (czekały w lodówce na wykorzystanie). Przykryłam na chwilę, żeby się sery rozpuściły i smaczne było.  Ale to nic, w Szczawnicy zrobiłam „tatar” z cukinii korzystając z przepisu Hajduczka naszego niezastąpionego  🙂  https://www.hajduczeknaturalnie.pl/tatar-z-cukinii-wege-pasta-na-chleb/

… naprawdę smakowita potrawa wyszła, MS nie ma nic przeciw powtórce 🙂 …

Calineczka spędziła z nami trochę czasu, szkoda, że padał deszcz i odpadły zajęcia na powietrzu, co byłoby z korzyścią dla wszystkich zainteresowanych stron 🙂 Trudno jednak, dałyśmy radę i przygotowałyśmy „tort” dla taty, który miał imieniny. Szkrabusia czynnie uczestniczyła w rozsmarowywaniu serków i kremu (niejadek podjadał 😃 ) oraz dekorowaniu płatkami czekoladowymi. Spód był z herbatników, pozostałe warstwy z biszkoptów, masę stanowiły serki: waniliowy, brzoskwiniowy, truskawkowy (takie były ostatnie trzy w Biedronce), natomiast na górze znalazł się krem „z gotowca” czyli z opakowania dr Oetker. Nie muszę przekonywać, że to pyszne było 🎂

… torcik w szklanej formie prezentował się wspaniale …

Poza tym tworzyłyśmy „coś z niczego” wykorzystując pudełko i rolki po papierze toaletowym i okazało się, że to fajna zabawa. Przy czym dodam, że pomysł był Calineczki i ona rozpoczęła działalność, a babcia się tylko włączyła, podawała materiał i pomagała, aby się całość nie rozleciała 😀

… obok domku stoi drzewo jakby ktoś nie rozpoznał 😃 …

Calineczka jest wielbicielką makaronu, poza nim lubi tylko czekoladę 🙂  Babcię też uraczyła sama z siebie usiłując babcię nakarmić wkładając w danie serce 🙂

… napis zrobiła własnoręcznie, żeby wątpliwości nie było co znajduje się na (jej) talerzu 😃 …

Spanie to strata czasu, ale jednak zmęczenie bierze czasem górę. W łóżku babcia obowiązkowo musi poczytać swoje wierszyki o Sziluni i Skitusiu, taka tradycja, bez tego ani rusz, jednak teraz Szkrabusia pyta babci czy babcia ma jeszcze siłę poczytać 🙂 W udaniu się do sypialni pomaga napis na piżamce.

Powiem Wam jeszcze, że humor mi poprawił filmik na Silver tv, lubię sobie zerknąć, jest mnóstwo ciekawych informacji i porad skierowanych do Mądrych Babć 😃 (inne nie pojmą, hi hi 😃😃😃), tym razem było o wykorzystaniu szli i apaszek https://www.youtube.com/watch?v=FfAjObVfBxA

Zupełnie zapomniałam o zmianie czasu i rano przez moment zastanawiałam się czy to ja zwariowałam czy część zegarków (które ręcznie trzeba przestawiać), na szczęście przypomniałam sobie o co chodzi i odetchnęłam z ulgą. Wczoraj  babcia D. stwierdziła, że się ode mnie zaraziła demencją…

Słoneczko wyjrzało, co za radość 🌞🌞🌞 Jeśli trochę obeschnie ziemia to wyjdę do ogródka skończyć porządki, wybrać resztę zielska do worka, bo z powodu „francy” i deszczu nie dałam rady wcześniej. Cukierki dla dzieciaków na Halloween kupione, Calineczka być może przyjedzie, coś wspominała, trzeba się przygotować. Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa. Pogody w te dni życzę, bo potrzebna podczas święta, żeby nie brodzić w błocie zapalając znicze. Najserdeczniej pozdrawiam 💗💗💗

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 20 komentarzy

Szczawnickie wspominki – IX 2023

Przeziębienie mnie dopadło, ale nic to, poradzę sobie jak zawsze. Muszę, Calineczka dziś przyjedzie i będzie do niedzieli. Szkrabusia odwiedziła nas też w Szczawnicy. Wera była z nami przez tydzień, potem Duży z młodszą córeczką przyjechał po starszą. Akurat w Muzycznej Owczarni w Jaworkach był świetny  koncert. Przyjechał Doogie White  i wreszcie Wera poszła do klimatycznego, wspaniałego klubu na super występ. Od dawna chcieliśmy jej pokazać to miejsce. Była jako mała dziewczynka, kiedy chodziliśmy w okolicach Jaworek, ale to zupełnie co innego. To był spacer, nie koncert. Głównie zapamiętała kozła, który ją przestraszył waląc w ogrodzenie, oczywiście nie w Muzycznej Owczarni tylko po drodze przez wieś. Tym razem wszystko się zgrało, MS, Duży i Wera pojechali na koniec świata – jak to kiedyś określił Włodzimierz Nahorny, ponieważ droga kończy się w Jaworkach i dalej są już tylko góry. https://www.szarpidrut.pl/koncerty/doogie-white-w-muzycznej-owczarni-w-jaworkach,1107.html

Po długich dyskusjach Calineczka pozwoliła Dużemu jechać (jest niesamowita broniąc swego zdania), zostałyśmy z babcią D., która ze sto razy przechodziła przez pokój na balkon i z powrotem raz w ubraniu dziennym, raz w koszuli nocnej, boso i w kapciach… Malutka uczyła mnie rysować 🙂 czytałyśmy, oglądałyśmy zdjęcia i wreszcie usnęła zanim reszta rodzinki wróciła zadowolona z koncertu. Nic dziwnego, bo dzień miała pełen wrażeń. Pojechała kolejką na Palenicę a tam mnóstwo atrakcji teraz jest, szczególnie dla dzieci. Ja tego jeszcze nie widziałam, muszę pilnować babci D. Wybiorę się w przyszłości, ważne, że Malutka skorzystała nawet zjeżdżała „rynną” jak kiedyś Wera gdy była w jej wieku. Pod Palenicą także dla najmłodszych elementy różne różniste do zabawy są i dzieciaki korzystają z tego na potęgę.

… Calineczka i koniki …

… rodzinka wraca ze spaceru prawie w komplecie 🙂 ja z Szilką robimy fotkę, babcia D. została na ten moment w domu, brakuje tylko Małego, szkoda, że nie mógł dojechać …

Już po siódmej, a myślałam, że się wcześniej wyrobię z wpisem. Muszę wyjść z psiepsiołami, czekałam aż będzie jasno, bo po ciemku w lasku niekoniecznie lubię być. Chodzą różne stworzonka, z dzikiem nie chciałabym się spotkać, o nie 🙈

Miłego dnia i samych dobrych chwil życzę wszystkim odwiedzającym, i dziękuję baaardzo za pozostawione słowa 🙂 Niech MOC będzie ze wszystkimi co po jasnej stronie są ✌✌✌

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 29 komentarzy

Wróciłam 🌞✌

Jest sobota. W poniedziałek wróciliśmy ze Szczawnicy. Tak, naprawdę tam byliśmy 😀 Udało się pojechać i udało się wrócić w tym samym składzie, co naprawdę takie pewne mi się nie wydało w pewnym momencie. Ale o tym potem. Na razie tylko przywitanie  i powrót do codzienności i normalności. Z powodu jutrzejszej ważnej niedzieli wróciliśmy tydzień wcześniej, ale co tam! 😊  Stęskniłam się głównie za własną wanną z ciepłą wodą (uwielbiam ciepłą wodę w kranie) i wolną przestrzenią wokół siebie.  Najważniejsze jednak, że Pieniny jak zwykle przecudne, najpiękniejsze w świecie, wytęsknione i ukochane 😊 O szczegółach w następnych wpisach będzie. Pogoda dopisała wyjątkowo, kolory jesienne jeszcze się nie pojawiły, dominowała zieleń. Ostatnio już nieco  przygaszona, przydymiona, ale zieleń. Z rzadka tylko przeplatana żółkniejącymi, czerwieniejącymi gdzie nie gdzie liśćmi.

Po dotarciu do domu od razu poszłam zobaczyć co wyrosło z dziwadła i o mało nie padłam ze śmiechu 😀 Dziwadło okazało się być… dynią! Tak więc malutka dyńka sobie urosła, śliczna, karbowana, żółciutka i może jeszcze urośnie. Panna Hortensja częściowo kwiaty straciła, ale tylko częściowo, więc liczę na jej dalszy rozwój 🙂 Druga Hortensja (dostana od Calineczki) rośnie sobie i kwitnie,  inne kwiatki też, chryzantema ma pąki, dalie szaleją, wilec na siatce urósł i zakwitł, groszki także kwitną. Zaraz po przyjeździe udałam się do Biedronki po zakupy i znalazłszy pięć wrzosów natychmiast wszystkie zapakowałam do koszyka. Nazajutrz  zagospodarowałam wszystkie. Dziś z kolei kupiłam trójkolorową chryzantemę. Zdążyłam ją posadzić, ale zaczął padać deszcz przerywając mi prace w przedogródku. Nic to, skończę po deszczu, przecież nie będzie wiecznie padał.

Tyle tytułem powitania po powrocie. Dziękuję za to, że mimo mojego częstego milczenia odwiedzaliście mój kącik i zostawialiście słowa oraz dobre myśli, co wyraźnie czułam 😍 Niech MOC  będzie ze wszystkimi dobrymi duszyczkami 😍 Pozdrawiam i życzę wspaniałego tygodnia 👍✌ 🌞

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

Więcej niż milion 💗💗💗

Jaką siłę ma energia miliona serc wypełnionych pozytywnymi myślami? Miliona uśmiechniętych twarzy? Miliona głów pełnych dobrych pomysłów, pełnych nadziei na lepszą przyszłość i chęci do działania? Okaże się 15 października czy jasna strona Mocy pokona ciemność i rozbłyśnie milionem świateł, by mrok zepchnąć tam gdzie jego miejsce…

Z całą pewnością Marsz Miliona Serc przejdzie do historii jako (chyba) największa pokojowa demonstracja jaką widzieliśmy do tej pory, przynajmniej jaką ja widziałam. Nie było agresji, wrzasków, krzyków pełnych nienawiści, wykrzywionych złością twarzy, przekrwionych oczu, odpalanych rac, dymów, niszczenia tego co na drodze, połamanych ławek, wyrwanych kostek brukowych itd…  Było pięknie, wzruszająco, kolorowo, wesoło, radośnie, nad tłumem unosiły się porozumienie, nadzieja, życzliwość i to sprawiało, że cały świat nagle wydawał się lepszy…

Pokażę kilka zdjęć zrobionych przez Dużego i Synową, Mały zdjęć nie robił. Po raz pierwszy Wera brała udział w demonstracji, po raz pierwszy będzie głosowała. W młodych nadzieja, przecież wybierają swoją przyszłość, więc oby wybierali dobrze na przekór starym dziadom, którzy chcą wszystkim urządzać życie…

Na początek niesamowite zdjęcie, które dostałam od koleżanki,  ona tez od kogoś i tak sobie krąży, bo na to zasługuje.

Dalej zdjęcia zrobione przez Dużego i Małżonkę jego 🙂

Myślę, że kota nikt nie skrzywdzi 😺 Żadne zwierzątko nie zasługuje na złe traktowanie, absolutnie żadne, świnek też nie należy obrażać, mają przecież z ludźmi tyle wspólnego, że nawet ich organy używane są do przeszczepów dla ludzi…

Kochani, słuchajmy swoich serc, trzymajmy kciuki za jasną stronę Mocy i niech się stanie tak, jak tylko może najlepiej. Dziewczyny! Nie pozwólcie, żeby starzy faceci urządzali Wam świat!!! Bez względu na Wasz wiek!!! Zobaczcie TĘ PANIĄ 💗    https://pbs.twimg.com/media/F7WtraBW8AECryu?format=jpg&name=medium 

Dziękuję za odwiedziny i pięknego październikowego  tygodnia życzę 💗💗💗

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 17 komentarzy

🌞Kasia jedzie z wnuczką do Szczawnicy 🌞 czyli „W międzyczasie”

Jeszcze nigdy Kasia  nie była tak zła na Mikołaja. Właściwie nie zła, inaczej należałoby określić jej emocje. Przepełniały ją raczej pretensje do całego świata, żal, uczucie zawodu, strachu, a jednocześnie mnóstwo obaw wynikających z bardzo wielu przesłanek. Podsumowując orzekła, iż przyczyną wszystkich nagromadzonych w jednym czasie problemów jest brak samochodu, za co ewidentnie winiła męża. Właśnie w tym upatrywała początek wszystkich pozostałych niefortunnych zdarzeń.  Przecież tyle razy przypominała o przeglądzie auta. Mikołaj jak zwykle – co stwierdziła z ponurą satysfakcją – zostawił to na ostatnią chwilę. Zgodnie z jej przewidywaniami w serwisie nie podbili dowodu rejestracyjnego ze względu na stan podwozia (bo cały  „mechanizm ruchu” był wymieniony i sprawny) i przez to zostali bez własnego środka lokomocji  na dwa tygodnie przed planowanym wyjazdem z wnuczką do Szczawnicy.  Następnego kupić nie było za co, przecież kredyt hipoteczny zaciągnięty we frankach uniemożliwiał jakiekolwiek ruchy finansowe. Próba wzięcia samochodu w leasing też się nie powiodła, bo i przy tej formie sprawdzano zdolność kredytową, a tej nie mieli w ogóle.

Do ostatniej chwili Kasia miała nadzieję, że się uda. Nie udało się. Taka huśtawka trwała dwa tygodnie. Wcześniejsze dwa tygodnie upłynęły pod znakiem bardzo trudnych przeżyć związanych z chorobą. śmiercią i pożegnaniem zaprzyjaźnionej sąsiadki.  Tego samego dnia trafiła do ich Domku sunia, o którą ciężką walkę stoczyła Kasia z ukochanym małżonkiem.

Zapadła decyzja podróżowania pociągiem do Krakowa, stamtąd autobusem do Szczawnicy. Bilety kupili na  Dworcu Centralnym dostarczając suni  przeżyć, albowiem z nimi owe bilety kupowała sprawdzając się w roli psa towarzyszącego. Kasia  w głębi duszy złośliwie uważała, że Mikołaj specjalnie nie załatwił auta na wyjazd, ponieważ miał obawy przed tak daleką jazdą z dzieckiem i z sunią, która była dla niego wielką niewiadomą, przecież nigdy nie miał własnego psa i nie poznał tych wspaniałych istot „z bliska”. Stąd strach przed nieznanym. Tak uważała ta „gorsza” część Kasi i z mściwą satysfakcją przedstawiała swoje racje drugiej Kasi, która z kolei broniła Mikołaja dowodząc, że jest wspaniałym, kochającym dziadkiem, że sunię też polubił, że bardzo się przejął, kiedy zemdlała pod Biedronką z upału, że na pewno z czasem ją bardzo pokocha…

Kolejnym dostarczycielem przeżyć – w sensie negatywnym – była nieustannie praca, a raczej okoliczności wokół. Kasia już złożyła wymówienie. Odbyła rozmowę z naczelniczką, dyrektorką, dyrektorem, była w ZUSie i spytała panią w okienku czy na pewno dobrze wypełniła druk. Uzyskała informację, że będzie musiała jeszcze dostarczyć druk RP7 oraz świadectwo pracy już po jej zakończeniu. Następnie poszła na zwolnienie, bo okropnie bolał ją kręgosłup. Przedtem jeszcze wyniosła kwiatki do pokoju Mariolki i jej pokój stał się martwy. Już będąc w domu dowiedziała się, że Bibliotekę wykreślono z kart obiegowych  pracowników odchodzących z firmy. JEJ BIBLIOTEKĘ!!!  A więc Biblioteka umarła z Kasi odejściem…

Do tego wszystkiego dochodziły przeżycia związane z ogólną sytuacją na świecie, szczególnie teraz w Europie. Konkretnie z ruchami wojsk rosyjskich i ukraińskich. Przecież to przy naszej granicy! W wyobraźni uruchomiła się seria chyba genetycznie przekazanych  wspomnień związanych z drugą wojną światową. Wszak przez całe dzieciństwo opowiadania o wydarzeniach z okresu wojny towarzyszyły jej bezustannie. Później sama lubiła „naciągać” rodziców na opowiadania. Teraz, gdy już było za późno, żałowała, że nie zapisywała tych wspomnień,  wszelkie fakty – niestety – uleciały z pamięci. Na zawsze jednak wbił się w jej duszę nastrój owych czasów, ponury, pełen strachu i przerażenia, ze śmiercią mogącą się wyłonić zza każdego zakrętu, z bramy, z ponurego dźwięku lecącego bombowca. Taki dźwięk do dziś wprawiał ją w przerażenie kiedy go słyszała nad głową.

Tak więc ogromna ilość negatywnych przeżyć nagromadzonych w jednym czasie musiała znaleźć ujście w ciele (w co Kasia święcie wierzyła) i  spowodowała zapalenie stawu biodrowego. Dołożyła sobie „przyjemności” jadąc rowerkiem przez Puławską do Kamila nakarmić koty (syn wyjechał z dziewczynami i Dżemikiem na krótki urlop) pokonując długą trasę po wielu latach  niekorzystania z roweru. Ból był nie do wytrzymania. nie ustawał przy zmianie położenia ciała w żadnej pozycji.. Dostępne bez recepty środki przeciwzapalne i przeciwbólowe minimalnie tylko przytłumiały ból na chwilę gdy siedziała bez ruchu. W takim stanie musiała podróżować pociągiem.

Wszystko było nie tak jak miało być. W pierwotnym założeniu wyjazd samochodem  planowali na sobotę. Tymczasem w sobotę Agnieszka z Klarcią  dopiero wróciła znad jeziora. Dziecko z walizką można było przejąć dopiero wieczorem jednocześnie odwożąc sunię do Kamila, który ją przygarnął na ten czas, a Dżemik nie zgłaszał sprzeciwu.

Sunia okazała się naprawdę słodką, kochaną istotką, nie sprawiała żadnych kłopotów. Wciąż chyba bała się, że ją wyrzucą i znów nie będzie miała domu i swojego stada. Wyraźnie nie była suką dominującą.  Z teściową Kasia nie zostawiłaby jej za żadne skarby świata. W trakcie półtorarocznego wspólnego mieszkania pod jednym dachem całkowicie zmieniła zdanie o starszej pani. W stosunku do kwiatków mogła sobie być nieodpowiedzialna, z tym się Kasia pogodziła. Trudno, zielsko zgnije albo uschnie to się go wyrzuci i z głowy. Przecież kiedy było sucho zapominała podlewać, za to po deszczu robiła to bardzo chętnie. No, nie zawsze, trzeba przyznać, ale często. Kasia sama sobie wmawiała, że się czepia… w końcu wiek ma swoje prawa… Żywej istoty jednak nie można narażać na to, że starsza pani otworzy drzwi na uliczkę i wypuści sunię, żeby sobie pobiegała jak kiedyś małą Klarcię. Na szczęście Kasia wtedy była w pobliżu i zdążyła zareagować. Pani Wacia otwierała drzwi nie bacząc na to, że sunia wyskoczy i popędzi przed siebie. Albo zapomniałaby ją nakarmić przez kilka dni podając potem jednorazowo  tygodniową porcję. O wodzie też zapomniałaby. Na pewno. Kasia była przekonana o kompletnym braku  odpowiedzialności teściowej.

Dotarcie do Szczawnicy było dla Kasi jednym wielkim koszmarem. Każdy krok powodował niewysłowiony ból. Kuśtykała na ugiętej nodze nie mogąc nadążyć za Mikołajem objuczonym z konieczności podwójnym bagażem. Na dodatek przyszło im jechać nowoczesnym wagonem bez przedziałów, czego Kasia nie znosiła. W przedziale czuła się o wiele lepiej niż w wielkim wagonie, w którym bagaż należało zostawić  przy wyjściu, a siedzenia są ustawione jak w tramwaju. Co z tego, że jest klimatyzacja?  Oprócz kilku „normalnych” osób podróżowały zakonnice z grupą małych dzieci. Rozwrzeszczanych, rozkrzyczanych – jak to dzieci. W innych okolicznościach nie przeszkadzałoby to jej nic a nic. Teraz jednak rozbolała ją głowa  od tego całego hałasu i była jeszcze bardziej zła na męża.

W Krakowie na dworcu autobusowym od razu trafili na autobus rejsowy do Szczawnicy. Dobrze, że długo nie  musieli czekać, jednak nie kupili biletów powrotnych do Warszawy i to był kolejny powód, dla którego Kasia czułą dyskomfort podczas całego urlopu. Klarcię – mimo bólu – trzymała na kolanach kiedy po pewnym czasie znalazło się miejsce siedzące.

Dotarli wreszcie do celu. Obolała ledwo dowlokła się do restauracji „Alt”, znajdującej się nieopodal dworca autobusowego, na skraju Parku Dolnego. Tam zjedli obiad po czym Mikołaj poszedł po taksówkę, którą dojechali na Osiedle. Długo trwało Kasine wdrapywanie się na górę. Nareszcie udało się pokonać schody i była na miejscu w swoim ukochanym mieszkanku.

Noc była koszmarna. Z bólu płakała przez większą część nocy, nie pomagało nic. Mikołaj chciał wzywać pogotowie, ale nie pozwoliła. Usnęła nad ranem i obudziła się mogąc już spokojnie wstać z łóżka. Najgorsze minęło. Owszem bolało, wiadomo, że będzie boleć kilka tygodni albo i dłużej, ale to nic w porównaniu z najostrzejszym stanem. Da się chodzić nawet bez podpierania się kijkiem.

Nie wychodziła z domu w poniedziałek, Mikołaj przyniósł z apteki plastry rozgrzewające, zrobił zakupy spożywcze, wyszedł z wnuczką na spacer. We wtorek Kasia już wyszła z domu i zaczęło się normalne, urlopowe życie. Pogoda była w kratkę, liczne deszcze i tak uniemożliwiły korzystanie z niektórych szlaków, nie żałowała więc niczego. Wystarczyło chodzenie po dobrze już znajomych uliczkach, odwiedzanie ulubionych zakątków. A jest gdzie przechadzać się w ukochanym miasteczku nawet podczas deszczu. Jak nie wspomnieć o najdłuższej w kraju promenadzie ciągnącej się po obu stronach Grajcarka wpadającego do Dunajca i dalej, aż do słowackiej Leśnicy? A Park Dolny i Górny? A droga do Czardy  i do kapliczki na Sewerynówce? A wszystkie urokliwe przejścia między uliczkami, schodki wyrównujące różnice poziomów? A przepiękne widoki zmieniające się co kilka kroków? Kasia przecież pokochała to miasteczko od pierwszego wejrzenia i czuła się tu najlepiej. Jak u siebie. Zapachy, kolory, brzmienie mowy regionalnej przywodziły wspomnienia dzieciństwa i cudownych wakacji u rodzinki na wsi…

Zaszufladkowano do kategorii W międzyczasie | 8 komentarzy

Nikt nie obiecał, że będzie łatwo…

Ostatni czas jest tak intensywny, że nie mam spokojnej głowy, żeby coś tu powiedzieć. Ogólnie rzecz biorąc – stan babci D. tak się zmienia, w sensie negatywnym, że słów i sił brak, więc nic tym razem nie powiem. Druga sprawa – to stan Skitusia. Wyskoczyła nagła operacja, guz się powiększył w zastraszającym tempie, rozlała się ropa i… co tu mówić… koszmar dla niego i dla nas też, bo nie dało się patrzeć jak bidulek zaczął cierpieć. Była niedziela, w poniedziałek z rana do kliniki i dziś operacja. Wrócił, jest z nami, śpi po tych strasznych przeżyciach. Nie muszę przekonywać, że wymordowani jesteśmy oboje z MS jedną i drugą sytuacją. Oby ze Skitusiem chociaż już było OK. Dostał antybiotyk, probiotyk, witaminy na regenerację i pod koniec tygodnia do kontroli pojedziemy. Szilunia była w stresie, bo jak to, Skitek przyjechał a wracamy bez niego? Przez cały czas do powrotu „brata” czekała w napięciu, potem już widząc, że jest, że leży na swoim posłaniu nie chciała wyjść na spacer sama, oglądała się wciąż choć jej tłumaczyłam, że „chłopaki” czekają w domu… Kiedy idziemy razem i „chłopaki” się zatrzymają, albo znikną z pola widzenia, nie ruszy się dopóki ich znowu nie zobaczy. Taka jest nasza Szilusia, ma duszę owczarka i musi widzieć swoje stado w komplecie 💗🙂

… już w domku, śpi w kocyku …

💗💗💗💗💗💗💗💗💗

Dzięki Calineczce wypróbowałam nowy przepis, właściwie trudno mówić o przepisie, to była – jak zwykle – improwizacja 🙂 Przecież mój kochany niejadek robi najprzeróżniejsze cuda, żeby nie jeść. Tym razem zachciało jej się kaszki manny ugotowanej na mleku. Proszę bardzo! Babcia gotuje 🙂 I co? Kilka łyżek i koniec jedzenia. „Nie mogę jeść bo mi się ząbek rusza” – i rób co chcesz, więcej Calineczka nie zje. Więc z pozostałej babcia usmażyła placuszki dodając jajko, trochę mąki i Wera orzekła, że pyszne. To samo było z kaszką kukurydzianą. Tylko w tej wersji babcia dodała pokrojoną gruszkę. Naprawdę sama babcia była zaskoczona rezultatem 🙂

…  z kaszy manny (czyli grysiku po krakowsku) …

Nie lubiłam nigdy kaszy, żadnej. Teraz polubiłam bulgur, nawet jęczmienna mi smakuje gdy ugotuję „po mojemu”. Po prostu do gotowania dodaję przyprawy, które lubię i sama kasza – również bez dodatków w rodzaju np. sosu – jest smaczna. Nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że to możliwe. „To” czyli zaakceptowanie i polubienie przez moje kubki smakowe kasz. Od urodzenia kocham jednak ziemniaki i żadna kasza, ryż czy makaron nie mogą się z ziemniakami równać.  Babcia nazywała mnie stonką ziemniaczaną 🤣 Jeśli nie było na obiad ziemniaków robiłam się zła i nadąsana zupełnie jak Calineczka kiedy jest z czegoś niezadowolona 😀 Ostatnio uczyła mnie rysować zwierzątka😀 „Ja cię nauczę, rób tak jak ja, na pewno ci się uda” 🤣🤣🤣 Dzieci to takie promyczki w tym ciemnym czasem świecie …🌞🌞🌞

Kochani, dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa. Trzymajcie kciuki za pomyślność, bo – jak mówi Lucia – kciuki zawsze pomagają, a szczęście bardzo pożądane 🍀🍀🍀

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

🌞Babska depresja🌞 czyli „W międzyczasie”

Kasia weszła do budynku ze świadomością, że drzwi sekretariatu są zamknięte, nikogo tam już nie ma i nie będzie więcej żadnej bratniej duszy. Wszyscy się wynieśli do innego obiektu, a dokładniej: zostali zmuszeni. Nieodwołalnie skończył się pewien etap życia. Cóż, życie polega na nieustannych przemianach, ale… na litość boską, jak się pogodzić z zaprzepaszczeniem kilkudziesięcioletnich  osiągnięć, dokonań, dla których poświęcało się tyle energii, myśli nawet własne zdrowie? Tyle pracy, tyle zaangażowania emocjonalnego, tyle czasu, tyle wysiłku z widocznym rezultatem poszło na marne! Zostały tylko na fotografiach uwiecznione projekty, imprezy organizowane dla ludzi, dla rozbudzenia poczucia  jedności  środowiska, dla pomocy rodzinom tych, którzy zginęli pełniąc służbę, dla możliwości realizowania pasji życiowych pracowników poza służbą – jak choćby spektakle teatru amatorskiego, malarstwo czy twórczość literacka – pomagające odreagować stres związany z pracą niosącą  ze sobą zagrożenie życia. … Cóż, nowe miotły, nowe porządki… Ale smutno… Można ducha wyzionąć między półkami i nikt nie zauważy.  Zostały we dwójkę z Mariolką.

Powstały problemy jeszcze większe niż dotąd. Nie było jak wyjść do lekarza czy załatwić sprawę w urzędzie. Ot, choćby dziś. Mariolka miała długo wyczekiwaną wizytę u lekarza o jedenastej. O tej samej Kasia powinna być w Punkcie Bibliotecznym w innym obiekcie, bo to godzina otwarcia. Tymczasem zepsuł się kompakt w toalecie i hydraulik zapowiedział się też na jedenastą. Nieustannie dzwonił telefon, przyszli czytelnicy, do tego dochodziło całe mnóstwo obiegówek przynoszonych przez ludzi zmuszanych do odejścia z pracy. Każdą kartę obiegową Kasia musiała sprawdzić (czy ten ktoś z nią przychodzący nie jest dłużnikiem i nie zalega z oddaniem książek ostatnio czy w zamierzchłej przeszłości) i przybić pieczątkę ewentualnie przyjąć inną pozycję w zamian za zagubioną czy też ekwiwalent pieniężny i rozliczyć delikwenta. Nie miała czasu nawet podnieść głowy znad papierów, zdarła paznokcie od przebierania w kartach, nie jadła, nie piła… Istny dom wariatów! Poza tym doszło do sytuacji, że gdy była sama poza godzinami otwarcia Biblioteki, zasuwała kratę w drzwiach obawiając się jakiegoś ataku w rodzaju „nóż w plecy”. Pracujące obok panie, obok – czyli w pomieszczeniach już odebranych wydziałowi kultury – przemykały ciemnym korytarzem omiatając ją niewidzącym spojrzeniem jakby już była duchem z innego wymiaru. Dopiero poza budynkiem, w sklepie albo na ulicy, rozglądając się trwożliwie, odważały się powiedzieć, że są wszyscy zastraszeni, że za jedną pomyłkę zwierzchnik grozi wyrzuceniem z pracy.

– Na litość boską, to jest państwowa firma, a nie jego prywatny folwark – oburzona Kasia opowiadała Mikołajowi. –  On jest z jednego układu, za chwilę będzie inny, jak to u nas. Ani się obejrzy jak stąd wyleci. Już tacy byli co myśleli, że będą rządzić na wieki wieków.

Postanowiły z Mariolką  przynosić wodę na herbatę i kawę z pobliskiego ujęcia wody oligoceńskiej. Tak, żeby sobie choć trochę uprzyjemnić trudne chwile w pracy. Która z nich akurat mogła to po wodę szła, albo na przykład idąc do pracy nabierała wodę w butelkę.  Kasia niezmiernie lubiła takie momenty, takie krótkotrwałe chociaż wyrwanie się  nie tyle z samej pracy, co z ponurego „tego czegoś” co przepełniało miłe niegdyś miejsce. Czasem sobie zapisywała myśli na karteluszku.

„Idę po wodę. Jest przed ósmą, nikogo w budynku po nasze stronie. Ludzie na zewnątrz zbierają się, czekają na dzieci wracające z kolonii. Jedni  pojedynczo, znajomi grupkami. Czeka też sznaucerek wielkości Dżemika, kręci się, uszka latają jeszcze szybciej niż on sam. Ogonek nie lata tylko dlatego, że mu ucięli. Dżemikowi nikt niczego nie ucinał  i dlatego Dżemikowy ogonek żyje własnym życiem. Potem przechodzę przez podwórko. Jakbym weszła w intymny świat innych ludzi. Ktoś stoi z psem, inny spaceruje, sąsiadka rozmawia z sąsiadką, dozorczyni zamiata, mężczyzna pakuje jakieś paczki do samochodu… To taki fragment życia na wolności – który oglądam jak niewolnica, czyli kobieta zmuszona z konieczności (teraz) chodzić do pracy – jak zza szyby, albo zza krat, kiedy na chwilkę wyjdę z więzienia… Kurczę, jakby wyjście to dopiero na cmentarz…”

Po powrocie do domu natrętne, męczące myśli wcale nie zostawiały jej w spokoju.

Kto nie zna depresji z autopsji może się uważać za szczęściarza – pomyślała Kasia. – Z tą cholerą nie da się żyć. Co z tego, że wiem, że to ona a nie ja, że to jej zasługa a nie moja wina? Przychodzą momenty, że myśl o samobójstwie kołacze się  po głowie i skacze wewnątrz czaszki zupełnie jak piłeczka wrzucona do pustego pokoju odbija się od ściany do ściany. Oczywiście nic takiego nie zrobię, ale do czego to podobne, żeby przez tę cholerę przekreślać wszystkie dziedziny życia, wszystkie osiągnięcia, bo ona mi podpowiada, że skoro nie chcę więcej iść do pracy to jest wyjście… Prawda, nic mnie tak naprawdę nie cieszy, bo muszę iść tam gdzie nie chcę… Jak potwornie trudno jest żyć z tą cholerą ukrywając ją przed wszystkimi… Na szczęście biorę bioxetin, bez niego nie dałabym rady… Tłumaczę sobie:  Kaśka wytrzymaj, bo jak pękniesz to w następnym wcieleniu będziesz się tak samo męczyć od początku i po co ci to? … Mimo wszystko mam ściśnięte gardło, kołatania serca, zawroty głowy. Mikołajowi  się do wszystkiego nie przyznam, po co ma się jeszcze tym denerwować. Wystarczy, że ma na głowie całą finansową stronę kredytu, budowę i mamę… Zrozumiałam, że z miejscem pracy i ludźmi zerwałam stosunki naprawdę. Rok temu mówiłam – w związku z sytuacją – że idę na mentalną emeryturę. Chyba naprawdę tak się stało. Nic  mnie z nimi nie wiąże,  nie chcę, żeby wiązało. Czasu nie da się cofnąć… Ze śmiercią – de facto – mojej Biblioteki (ciekawe, że moją zawsze piszę wielką literą, jakby to jej imię własne było) nastąpiła i moja częściowa – dotycząca firmy. Czteroletnie próby reanimacji to bezsens, daremny wysiłek. Teraz część książek ma iść do Wilna, część do kasacji (tu serce pęka), a jeszcze zakończenie inwentaryzacji spada na moją głowę, obciąża psychikę i nie daje mi chwili spokoju…. Potem co? Przewieźć wszystkie dokumenty do budynku, wszystkie księgi inwentarzowe, ocalone książki… Gdybym jeszcze mogła sama  to zrobić – OK, ale „załatwiać”, „organizować” – to nie dla mnie. Chyba po raz pierwszy dotknął mnie tak namacalnie „rozdział” od młodych,  różnica wieku, charakterów, poglądów (choć tych może mniej), spojrzenia na świat, podejścia do rzeczywistości… Ja jestem „na zewnątrz” wszystkiego, nic mnie już z „tamtym” nie łączy… Jakbym była na drugim brzegu rzeki, albo za szkłem witryny… „Wewnątrz” jestem tylko w domu, bo tu jestem na swoim miejscu…

Jakiś dokuczliwy dźwięk wkradł się do Kaścynego mózgu i zaczął drażnić jego zwoje.

– Auu! – zawyła Kasia wcale nie w myślach, ale na głos.  – Co za hałas! Rany, domofon działa! A ty, Dżemiku jeden, nic nie mówisz? – zwróciła pełne wyrzutu spojrzenie na czarną  futrzaną plamę rozpłaszczoną na podłodze. Futro otworzyło jedno oko, które bardzo wyraźnie dało pańci do zrozumienia, że nie było warto sobie zdzierać gardła w taki upał, bo ona i tak nie słyszy kiedy jest zamyślona.

– No dobrze, przepraszam, moja wina – rzuciła w stronę  futra, które  otworzyło drugie oko, szeroko ziewnęło, wstało, przeciągnęło się, otrzepało i podążyło już raźnym krokiem w kierunku domofonu  dając głos.

– Hau, teraz mogę szczekać, bo mnie słyszą – zrozumiała Kasia.

– Ty mądry futrzaku – poklepała czarny łeb. – A swoją drogą znów strasznie zarosłeś. Potem cię ostrzygę… Tak? – ryknęła w słuchawkę domofonu potykając się o psa.

– Nie! – ryknął w odpowiedzi głos Elżbiety. – Ile można dzwonić? Nie możesz się szybciej ruszać?

– Właź – wcisnęła Kasia przycisk.

Po chwili Dżemik witał się z ciotką Elką głośno i radośnie.

– Wcale nie słyszałam dzwonka. Zamyśliłam się i jakoś odleciałam w inne rejony…

– I tam ci słoń na uszy nadepnął?

Zaszufladkowano do kategorii W międzyczasie | 12 komentarzy

Pełnia…🌕

Z  pełnią to naprawdę coś jest na rzeczy. Słychać o różnych zdarzeniach związanych z tą właśnie fazą księżyca. Ktoś mądry wytłumaczył w prosty sposób, że skoro fazy księżyca powodują przypływy i odpływy oceanów, czyli ogromnej masy wód to nic dziwnego, że człowiek składający się w iluś tam procentach z wody, też odczuwa owo zjawisko. Uświadomiłam je sobie podczas Pełni Niebieskiego Księżyca czyli drugiej sierpniowej pełni. Nie jestem taka mądra, żeby wiedzieć jak i dlaczego taka nazwa. Przeczytałam tylko, że jest to superpełnia wyjątkowa występująca wówczas, gdy nasz naturalny satelita znajduje się najbliżej naszej pięknej błękitnej planety. Obserwować się nie dało, chmury zakryły niebo całkowicie, a deszcz lejący się z góry uniemożliwił przebywanie na zewnątrz. Udało się tylko na chwilę w kaloszach i kurtkach przeciwdeszczowych wyskoczyć z psiepsiołami  na moment. Ale dlaczego się zajęłam pełnią? Otóż przyłapałam się na tym, że nagle zaczął mnie szlag trafiać bardziej niż zwykle zdawałoby się, że bez nowego, istotnego powodu. Coś mi się w głowie kłębiło, jakieś miliony bezsensownych myśli, depresyjnych też, wściekłość i wkurzenie odczuwałam na zmianę z nimi, w nocy się obudziłam i nie mogłam usnąć, co właściwie mi się nie zdarza, bo jestem wieczorami padnięta jak pies Pluto i zasypiam na stojąco.  I dopiero w pewnym momencie sobie uświadomiłam, że to nie ja, nie moje, że to przyszło z zewnątrz, że może mi ktoś wrzuca…. A to przecież była pełnia! Ogólnie jestem zmęczona i pewnie dlatego mój organizm tak zareagował dając wyraźny sygnał: –  babo, opanuj się trochę, ogarnij i przestań marudzić! Słusznie. Przestaję więc marudzić 😉

Pełnia szczęścia to dopiero nadejdzie, gdy się różne sprawy poodkręcają i wokół zacznie być normalnie. Dążąc do normalności przejrzałam kolejną stertę czasopism i papierów różnych w celu pozbycia się owych. Znalazłam przy okazji zdjęcia z wizyty byłej pary prezydenckiej u królowej Elżbiety. Jak mówią na mieście  była to najlepsza para prezydencka zarówno w duecie jak i pojedynczo, jaką nasza (znowu) umęczona  Ojczyzna może się poszczycić.

… nie pamiętam ile to lat temu, ale sporo …

Zaczęłam pisać  w czwartek rano (czyli 31 sierpnia), ale musiałam przerwać. Wieczorem wyszliśmy z psami, przestało padać i na niebie pojawił się księżyc. Naprawdę robił niesamowite wrażenie, jeszcze nigdy nie widziałam tak ogromnego! No, może widziałam, tylko nie zwróciłam szczególnej uwagi nie wiedząc, że ma być taki wyjątkowy. Sceneria niby z filmu grozy, olbrzymi księżyc przysłaniany co chwilę przesuwającymi się ciemnymi chmurami, przez które księżycowy blask przenikał rzucając srebrne refleksy, miejscami przechodzące w złote, zostawiające smugi na granatowym niebie… Brakowało wycia wilków i cienia wilkołaka przemykającego miedzy krzewami…. Nasze „wilki” wyć nie zamierzały, nie zwracały uwagi na nic co się działo na nieboskłonie, zajęte bardziej przyziemnymi sprawami 😉 a najbardziej – szybkim powrotem do domu, bo przecież kolacja czeka w miskach 😀

Z przyziemnych spraw to u mnie wyskoczyły resztkolodówkowe placuszki, do których zużyłam kawałek tortilli, kawałek białej kapusty, kilka pieczarek, ser żółty, cebulkę, jajka, mąki trochę i bułki tartej dla uzyskania odpowiedniej konsystencji. Kapustę pokroiłam i poddusiłam na patelni, tak samo cebulkę oraz pieczarki – każde osobno. Kawałki tortilli (potrzebowałam wcześniej „kółka” o mniejszej średnicy więc okroiłam placki, co spowodowało pozostawienie luzem kilku kawałków) pokroiłam i podsmażyłam. Wszystko razem wymieszałam, przyprawiłam i łyżką na patelnię kładłam. Wyszły zupełnie zjadliwe „wytwory”. Do nich sos przygotowałam z majonezu, miodu, musztardy, czosnku i octu jabłkowego.  Sos jest rewelacyjny do różnych kombinacji, np. do pokrojonej w słupki marchewki, którą można maczać i zjadać kilogramami w tej postaci.

Drugim przyziemnym produktem była cukinia panierowana w serach. O tym już pisałam dokładnie  https://annapisze.art/?p=5887

… smaczna była, bo jakżeby inaczej 😉 jedna uwaga – najlepszy jest ostry ser…

Rozpoczął się dziś wrzesień 🙁  Smutno mi zawsze o tej porze się robi, taki powiew żalu za odchodzącym latem i rozpoczynam oczekiwanie na wiosnę 😉🌞 Wrzesień to już jesień 😟 wieczory chłodniejsze są, dzień krótszy coraz bardziej i cóż robić … „a mnie jest szkoda lata”… Tak jest co roku i zawsze mam takie same odczucia. Nic dziwnego, bom przecież wiosenne dziecię 😉 Tymczasem kolory kwiatów poprawiają humor, drzewa jeszcze są zielone, dopiero kasztany zaczęły żółknąć. Przecież wiem, że i jesień ma swoje uroki 🌞

… na psim spacerze …

… kolorami można się cieszyć …

Kochani, dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa 🙂 Niech wrzesień będzie dla Was piękny i przynosi wszystko co najlepsze 😃💗🌞

💙💛

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 25 komentarzy

🌞Zwariowany dzień🌞czyli „W międzyczasie”

Poniedziałek był dniem zwariowanym pod każdym względem. Najpierw Kasia musiała wycofać podanie o pożyczkę z KKOP w pracy. Sprawy mieszkaniowe uległy przyspieszeniu, więc koniecznie musiała się sprężyć. Tak więc wycofała podanie o pożyczkę, poszła do finansów z  bankowym kwestionariuszem do wypełnienia. Wcześniej przez pół dnia nie mogła się dodzwonić i była przerażona, że kompetentna osoba poszła na urlop i nikt jej  druków nie wypełni. Wreszcie się dodzwoniła, a wtedy okazało się, że najpierw musi z tym jechać do kadr w zupełnie innym końcu miasta. Pojechała, załatwiła mimo okresu urlopowego, wróciła, oddała i miała do odebrania nazajutrz. To była jedna sprawa.

Drugą sprawę miała do załatwienia w Spółdzielni Mieszkaniowej. W związku z ustawą o wykupie mieszkań lokatorskich należało w Spółdzielni pobrać dwa druki, wypełnić jeden, a z drugim pójść do Działu Czynszów i Windykacji, i tam dostać wpis o braku zadłużenia. Weszła do budynku, a tam kłębił się  dziki tłum rozgorączkowanych, skłóconych ludzi, niektórzy wyglądali jakby się szykowali do bitki. Wymachiwali rękami, krzyczeli, normalnie mieli mord w oczach. Korzystając z ogólnej kłótni Kasia wcisnęła się grzecznie po cichutku  do pokoju i nie zauważona przez zantagonizowany tłum dostała druki. Wypełniła, stanęła spokojnie po wpis i udało się! Była ostatnią osobą obsłużoną tego dnia równo o godzinie osiemnastej. Nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. Wyszła zmęczona okrutnie, ale zadowolona.

W domu czekał Dżemik, który w tym momencie wcale nie był z życia zadowolony, bo Kamil wyjechał. Teraz Kasia musiała się spieszyć, aby zdążyć zamówić tort w piekarni. Następnego dnia umówiła się z przyjaciółkami na świętowanie zaległych imienin. Miały sobie dużo do opowiadania, bo Elka również  przeżywała gorący okres w życiu w związku z odejściem z pracy, do czego została zmuszona przez nową dyrektorkę szkoły przyniesioną w teczce po zmianie władzy, zwaną pieszczotliwie Larwą…

Zamówiła tort, prawie biegiem dotarła do domu, rzuciła torby, złapała smycz, obrażonego Dżemika i wybiegła na dwór. Później znów zostawiła wciąż obrażonego pupila siedzącego w kącie z nadąsaną miną i popędziła do sklepu zrobić zakupy. Wróciła, wypuściła Dżemika do ogródka, usiadła i  nie miała siły się ruszyć.

– Kochanie – powiedziała kiedy zadzwonił Mikołaj, – załatwiłam wszystko. To jest wręcz niewiarygodne, ale się udało.

– To połóż się dzisiaj wcześniej, musisz wypocząć – z troską w głosie podpowiedział.

– Tak, tak, masz rację, jestem wykończona. Pa, kochanie!

Posiedziała jeszcze chwilę z nogami na krześle po czym wzięła głęboki oddech i ruszyła do kuchni. Postawiła czajnik z wodą na gaz, pozmywała wszystkie szklanki, kubki, talerze i sztućce przyniesione z pokoju syna. Zaparzyła sobie mocną kawę. Z kubkiem w ręce obeszła wszystkie kąty mieszkania. Tragedia! Normalnie wygląda jak w melinie! Drzwi  podrapane przez koty, szafa urwana przez Dżemika gdy chciał się ukryć przed burzą, w pokoju Kamila stosy łachów nie wiadomo czy do schowania, prania  czy do wyrzucenia. Okropność. Kasia poczuła się winna temu stanowi rzeczy, bo przecież zostawiła syneczka samego na pastwę losu… Jego i zwierzaki… Biedne dziecko nie daje sobie rady ze sprzątaniem, z obowiązkami…

– A idźże ty głupia babo po rozum do głowy – fuknęła tak głośno sama na siebie, że Dżemik, który  wrócił z ogródka,  posłał jej zdziwione spojrzenie, nawet Kicia raczyła otworzyć oczy sprawdzając z wyraźnym niezadowoleniem kto zakłóca jej koci spokój. –  Nie patrzcie się tak. Dobrze mówię. Jestem stara i głupia. Przecież w wieku Kamila miałam już dwoje dzieci i masę problemów na głowie. A niedługo potem sama z tym wszystkim zostałam. Teraz użalam się nad dorosłym facetem, który dla własnej wygody woli być singlem, żeby nie brać na siebie odpowiedzialności za nikogo… No, może to wynika z faktu, że jest DDRR czyli dorosłym dzieckiem rozwiedzionych rodziców… Sam mówi, że nie ma potrzeby się żenić, bo i tak wszyscy się rozwodzą… To znowu byłaby moja wina…

Kicia  zamknęła oczka i zapadła w drzemkę. Dżemik ziewnął dając pani do zrozumienia, żeby się uspokoiła i nie plotła bzdur, machnął ogonem i położył się wygodnie kładąc głowę na poduszce.

– Macie rację nie słuchając mnie – kiwnęła głową. – Przecież nie ja byłam powodem rozwodu. Łukasz na przykład chciał się żenić i założyć rodzinę… No tak, ale to Byk. Barany nie lubią się wiązać, chcą być wolne, więc pewnie dlatego… O tym coś  wiem, przecież Mikołaj to też Baran… Ale tak bym chciała, tak bym chciała i o niego już być spokojna, że nie jest sam na świecie… No dobra, czas się wziąć za robotę, koniec leniuchowania.

Odłożyła pusty kubek po kawie. Załadowała i włączyła pralkę. Ze schowka w przedpokoju wyjęła odkurzacz, jednak w porę przypomniała sobie, że jest zbyt późna pora na hałasowanie tym bardziej, że Dżemik natychmiast  zacząłby ujadać na tę piekielną maszynę usiłując „przeszczekać” jej ryk. Poprzestała więc na zmieceniu z podłogi piasku i kłębów czarnych Dżemikowych kudełków chowających się po kątach oraz białych, krótkich Kicinych fruwających wszędzie. Mokrą ścierką przetarła z kurzu wystające miejsca na regale, przebrała stos Kamilowych rzeczy mając świadomość, że naraża przy tym swoje życie, wszak zapowiedział, że zabije jeśli ktoś ruszy mu coś w jego jaskini.

Pralka się wyłączyła, Kasia rozwiesiła pranie w łazience, założyła psu szelki po czym wyszła z mieszkania. Przy drzwiach na klatkę natknęła się na Elżbietę naciskającą raz po raz guzik domofonu.

– Po co tak dzwonisz? Jak jestem tu to nie podniosę słuchawki w mieszkaniu. Chyba proste – przywitała przyjaciółkę. – Poza tym domofon nie działa.

– A czy ja się z tobą umawiałam, że zejdziesz na dół? Kto ci kazał schodzić? Powinnaś czekać w domu aż zadzwonię i zapytam czy nie pójdziesz ze mną na spacer – odpowiedziała Ela.

– Nie słyszysz co mówię? Domofon nie działa! Poza tym nie mogłam czekać, bo oczy mi się zamykają i stoję na ugiętych nogach. Zaraz padnę. A tak w ogóle to pójdę  nie z tobą tylko z psem – wyjaśniła Kasia ziewając szeroko na potwierdzenie  prawdy swoich słów. – Z tobą bym nie poszła za żadne skarby świata. Po takim dniu jak dzisiaj? Nawet mówić nie mam siły. Jak przyjdziecie jutro to wam opowiem.

– Nie udawaj – skrzywiła się Ela z niesmakiem. – I przestań oszukiwać. Jeżeli masz siłę gderać to nie jest z tobą aż tak źle jak mówisz.

– Chyba wiem co mówię, a jak nie mówię to nie wiem…

– Chyba jak nie wiesz to nie mówisz…

– Oj babo, daj mi odetchnąć – jęknęła Kasia.

Nazajutrz był wtorek. Idąc prosto z pracy Kasia odebrała z piekarni tort i ciastka zapakowane w pudełka. Uprzątnęła pokój na tyle, że dało się usiąść przy stole, do dziewiętnastej była gotowa. Piętnaście minut później zadzwoniła do Elżbiety.

– Elka, czy wy do mnie przychodzicie czyście mnie olały?

– Nie ma nas jeszcze?

– Wariatka! Nie ma.

– To zaraz będziemy.

Po chwili Kasia usłyszała pukanie do drzwi. Dzwonek nie działał od dawna i jeśli Dżemik nie słyszał, co mu się już czasem zdarzało, stojący pod drzwiami delikwent mógł pukać do upojenia. Tym razem jednak Dżemik usłyszał. Widząc przygotowania w pokoju i w kuchni domyślił się, że pańcia czeka na gości, zaś smakowity zapach ciastek utwierdził go w domysłach i zrodził nadzieję, że i jemu na pewno się coś dobrego dostanie. Pani zawsze się z nim dzieliła, nigdy nie chowała dla siebie. Przywitał się głośno i radośnie z przybyłymi „ciotkami” i położył się tak, by mieć oko na wszystko co się w pokoju działo.

– Dobrze, że nareszcie łaskawie się pojawiłyście, tort już miał zamiar się rozpłynąć z tęsknoty i figę byście dostały – powitała Kasia przyjaciółki sadzając je przy stole.

– O jejku, mój ulubiony – jęknęła Adelka. – Tylko czy ja go zmieszczę? Po co jadłam obiad?

– Bo mówiłam, że będzie na słodko, czego innego nie zdążę przygotować – odpowiedziała Kasia.

– Potraktuj jako deser to zmieścisz – poradziła Ela.

– Elka, a tobie czemu się tak gęba śmieje? – spytały równocześnie Kasia z Adelką.

– Bo byłam dziś w mieście i zupełnie przypadkiem weszłam do pewnej szkoły… bo miałam po drodze… i okazało się, że chętnie by moje podanie przyjęli do pracy…

– Zaraz, podanie czy ciebie ? – uściślała Adelka.

– Gdyby się udało to nie musiałabym się z nikim użerać, bo to szkoła prywatna i dla dorosłych. Coś niesamowitego!

– To dobra wiadomość – ucieszyły się przyjaciółki jednocześnie wypowiadając słowa.

– Nawet gdyby nie tu, to gdzieś na pewno mnie przyjmą – ciągnęła Ela. –  Coś się we mnie przełamało, jakby bariera strachu pękła i już nie trzeba było się bać. Mam taka wewnętrzną pewność, że sobie poradzę.

– Pewnie, że tak. I dobrze, że masz pewność, bo ja mam sprawę – chrząknęła Adelka. – Czas szybko płynie i ja muszę w przyszłym tygodniu iść do szpitala. Teraz już będę ściśle pilnować terminów po tym, jak się wymordowałam poprzednim razem.

– Przecież to nie była twoja wina. To lekarz ci powiedział, że przewody żółciowe tak szybko się nie zatykają i nie musisz się spieszyć – wtrąciła Elka.

– I w rezultacie o mało nie pożegnałam tego świata – pokiwała Adelka głową. – Teraz już pilnuję terminów, bo co z psami by się stało?

– A co by na to powiedział Adam? –  mrugnęła Kasia do Elżbiety.

– No właśnie, Adam będzie wychodził z nimi po południu, ale rano i wieczorem nie da rady. Pomożecie?

– Pomożemy – odparły zgodnym chórem uśmiechając się szeroko mając identyczne skojarzenia.

– Elka będzie wychodzić, ja ją mogę duchowo wspierać na odległość – dodała Kasia. – W razie czego jeszcze ktoś pomoże, nie martw się. Mój synek na pewno ciotkę wesprze. Następna sprawa to Spółdzielnia. Przyniosłam wam druki. Wypełnicie, złożymy we czwartek i zobaczymy co z tego wyjdzie.

– No dobrze, to jeszcze powiedz Elu, czy ty do końca życia nie odezwiesz się do Winicjusza? On się tak o Ciebie dopytuje…

– Z wami to doprawdy oszaleć można – wzruszyła Ela ramionami.

– Ktoś ci broni? Szalej do woli – palnęła Kasia. – Tylko tak mi coś chodzi po głowie…

– Pewnie wszy – odgryzła się Elka

– Te już wytrułyśmy kiedy dzieci były małe. Pamiętasz jak przyniosły to obrzydlistwo ze szkoły?

– Brr – wszystkie trzy wzdrygnęły się z obrzydzenia w jednym momencie na samo wspomnienie.

– A wracając do Winicjusza to naprawdę nie jego winą są twoje wymysły droga Elżbieto. Powinnaś z nim porozmawiać jak dorosły człowiek z dorosłym człowiekiem – stwierdziła Adelka. – A ty się zachowujesz jak rozkapryszona panienka z przedwojennego romansu.

Ela nic nie odpowiedziała, zamyśliła się tylko przez moment…

Zaszufladkowano do kategorii W międzyczasie | 13 komentarzy