Dzień Strażaka po deszczowej majówce 2021

Najpierw chcę złożyć z serca płynące  życzenia dla całej POŻARNICZEJ BRACI, z którą czuję związek od urodzenia, a nawet jeszcze sprzed 😉  Przede wszystkim zdrowia i powrotu z każdej akcji bez uszczerbku 🙂 🙂 🙂

WSZYSTKIEGO CO NAJLEPSZE!!!

…  święty Florian, patron strażaków, niech czuwa nad każdym  (ten jest mój osobisty odziedziczony po tacie) …

Majówka minęła jak jeden dzień. Właściwie można powiedzieć, że przepłynęła i spłynęła z deszczem. O ile w sobotę były chwile jaśniejsze, to w niedzielę padało i padało. Rano w sobotę zdążyłam jeszcze wyjść „suchą nogą”, zrobiłam z psiepsiołami spory spacer zanim się rozpadało. Poszłam specjalnie zobaczyć czy jest pani z kwiatkami. Wypadałoby – skoro już maj mamy – posadzić kwiatki w doniczkach. Pani jednak nie było, może spojrzała na prognozę pogody i stwierdziła, że bez sensu nie będzie tkwiła na deszczu, bo i tak nikt nie przyjdzie. Potem, po obiedzie wstrzeliliśmy się w tzw. okno pogodowe i psiaki mogły pobiegać po łące, przy okazji wlazłam w błoto w tenisówkach… ;(  Wracaliśmy gdy zaczęło kropić. Podczas ostatniego wyjścia też udało nam się przeciągnąć psiepsioły z góry zamierzoną trasą. Wieczorem nie chce się chodzić ani Sziluni ani Skitusiowi, tylko miska im pachnie 🙂  Ruch jest psiakom potrzebny,  nam również, dlatego nie możemy leniuchom ulegać.  W niedzielę jednak deszcze niespokojne nam przeszkodziły w zdobywaniu kondycji. Nie robiłam zdjęć, znalazłam sprzed roku z tych samych miejsc, po których chodziliśmy podczas tegorocznej majówki.

…uwielbiam drzewa dlatego robię im zdjęcia przy każdej okazji …

… wspomnienie z pierwszego lockdawnu …

…z chustką w charakterze maseczki było mi wygodnie, bardziej twarzowo 🙂 i w każdej chwili mogłam zdjąć gdy nikt w pobliżu się nie pojawiał  …

Franek przespał u nas prawie całą deszczową niedzielę. Wychodził dwa razy i wracał. Wieczorem wyszedł i byliśmy pewni, że poszedł do siebie. U sąsiadów świeciło się światło stąd wiedzieliśmy, że są w domu. Wyskoczyliśmy z psami dosłownie na chwilką, wiało potwornie, zapierało dech, do tego deszcz zacinał zalewając mi patrzałki tak, że nic nie widziałam. Psiepsioły szybko załatwiły swoje sprawy pragnąc jak najprędzej wrócić pod dach i schronić się przed tym co się działo na zewnątrz. Dostały żarełko, ja zerknęłam do książki, ale oczy mi się zamykały, MS oglądał film i nagle usłyszeliśmy jakiś dźwięk, oboje zwróciliśmy nań uwagę próbując zidentyfikować co to takiego. Psiaki natomiast wątpliwości nie miały, rzuciły się do drzwi  balkonowych z hasłem: Franek idzie! Faktycznie, zamiast do siebie wrócił do nas i od razu usadowił się w koszyczku. Jego opiekunka sms przysłała z pytaniem czy jest u nas. Okazało się, że jak wyszedł ok. 4-ej rano, to wrócił na 10 minut w okolicy 15-ej i znów powędrował. Taki z niego powsinoga 😊 Nie miał widocznie ochoty na zaczepki ze strony swych „rodzeństwa” czyli Lolka i Balbinki i w spokoju chciał pospać u nas. Spał w koszyczku do 4-ej rano, widocznie to taka jego godzina, po czym wrócił o 6-ej. Znów myknął do koszyczka i zasnął 😊 Nawet nie poszedł do kuchni, żeby coś przekąsić 🙂

… Franuś …

My za to przekąszaliśmy na słodko deser budyniowy na herbatnikach (nie zdążyłam wykonać fotki), sałatkę – znów – gyros, jeszcze nam się nie znudziła, suróweczkę pyszną, kolorową do obiadu.

… pyszny obiadek: ziemniaki, szpinak,  kotoplacki pieczarkowe, suróweczka …

… sałatka gyros tym razem z jogurtem, choć ze śmietaną wydawała mi się smaczniejsza – to z jogurtem na pewno zdrowsza …

W poniedziałek było na zmianę słonecznie i deszczowo, wietrznie i raz zimno raz  cieplej. Udało nam się po obiedzie zrobić porządny spacer, choć kilka razy zaczynało kropić i kaptur zakładałam. Najpierw termometr pokazywał 10 st. potem 8, co było odczuwalne.

… świąteczny trzeciomajowy spacer …

… dwuoczne drzewo spojrzało na nas, ale wcale nie groźnie 🙂 …

Piątkowy wieczór spędziliśmy z panem Michałem Wołodyjowskim i całą kompanią 🙂  Dla mnie to jest absolutnie genialne obsadzenie ról aktorami, które już się nie powtórzyło podczas następnych ekranizacji Trylogii. Nikt nie dorównał Mieczysławowi Pawlikowskiemu w roli pana Zagłoby czy Tadeuszowi Łomnickiemu jakby urodzonemu panu Michałowi, Zamachowski był (dla mnie) kompletnie nietrafiony, wręcz śmieszny i nie na miejscu.  Olbrychski jako Azja Tuchajbejowicz zawsze mi się podobał. Ciekawe też, że „załapał się” na wszystkie części sienkiewiczowskiego dzieła (które kocham i nie przestanę) jako Kmicic i jako stary Tuhaj-bej. Fajnie, że oglądając wg kolejności powstawania powieści, (nie  filmowej adaptacji, która powstawała od końca), widzi się podobieństwo starego i młodego Tatara. Na początku filmu rzucił mi się w oczy napis – tekst, na który wcześniej nie zwróciłam uwagi: … rok1670, kraj był rozdarty wewnętrznymi sporami…  Od razu nasunęło mi się pytanie: a kiedy nie był?

Mimo wszystko trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 28 komentarzy

30 dzień kwietnia – babci Stefy urodziny – 1898 r.

Już się kończy mój miesiąc. Znów nie wiem kiedy przeminął, jeszcze się dobrze nie zaczął, a już ucieka i dopiero za rok wróci. Żal mi bardzo, chciałabym, żeby trwał podwójnie, żeby kwietniowa doba miała 48 godzin, kwiaty nie przekwitały tak szybko, temperatura utrzymywała się na takim poziomie, by zimowe kurtki można było schować bez potrzeby wyciągania ich na wieczorne wyjście z psiepsiołami i duuużo bym jeszcze chciała. Najbardziej pragnęłabym spotkać, przytulić najbliższe mi osoby zza Tęczowego Mostu, dziś akurat babcię Stefę i dziadka Staszka, ponieważ ich urodziny to 30 kwietnia i 1 maja wypadają, i zawsze o nich pamiętam.  Wspominałam o nich bardziej szczegółowo tu:  https://annapisze.art/?p=2743  

Babcia bardzo lubiła kwiaty, siała i sadziła, zbierała nasionka i miała zawsze śliczne przed domkiem w Tenczynku. Ponieważ inaczej nie mogę to choć tutaj babci kilka kwiatów wiosennych podaruję 🙂

Zdjęcia są zrobione zeszłej wiosny, mam nadzieję, że niedługo będą tak samo piękne, bo aura pozwoli im zakwitnąć. Dziś w każdym razie ogłaszam prawdziwą wiosnę i wyłączyłam ogrzewanie. Raz już tak zrobiłam, ale potem ochłodziło się i trzeba było włączyć z powrotem. Jutro już jest maj i stanowczo zimnu mówię: nie! Mam w planie zdecydowanie pochować ciepłe kurtki i buty, a wyjąć cienkie, letnie ciuchy. Przy okazji trzeba będzie odłożyć (wreszcie) część zużytych, za małych itd., które się już nie nadają do mojego użytku. Zamówiłam w Bon Prix rybaczki dla siebie i jegginsy w dwupaku, dla MS koszulę dżinsową i dżinsy. Już przyszły, są dobre, wiec pora jaśniej spojrzeć na świat i z uśmiechem 🙂  Teraz, będąc na wolności (czyt. na emeryturze) wiem, że  zupełnie inne ubrania są potrzebne, przydatne, wykorzystane, zaś  „pracowe” do niczego się nie nadają. A ja w dalszym ciągu w pracowych nie potrafię chodzić na co dzień, to takie jakby w dzieciństwie „niedzielne” ubrania, których w tygodniu się nie zakładało. Najwyraźniej przyszła pora na zmianę przyzwyczajeń, stosunku do rzeczywistości i pozbycia się różnych obciążeń, tak materialnych, fizycznych jak i mentalnych. Życzę wszystkim udanej majówki, udanego odpoczynku i dobrego humoru 🙂 🙂 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 27 komentarzy

Kwietniowy weekend 2021

Kocham kwiecień, bo to mój miesiąc. Zawsze lubiłam i lubię kwietniową wiosnę, bez względu na to, którą wiosenkę zaliczam 😉 Wczoraj zaliczyłam kolejną i rozpoczęłam następną. Z tej okazji wirtualnie częstuję torcikiem i łykiem dobrego trunku 🙂 Z torcikiem wpadły dzieciaki, nie piekłam, nie mogę się zmobilizować, aby zmierzyć się z takim wyzwaniem, w sumie nie wiem czy się kiedyś odważę.

… przepyszny był i zniknął natychmiast …

… niech zdrowie nas wszystkich nie opuszcza …

Przy takiej okazji w poprzednich latach wspominałam tu: https://annapisze.art/?p=2709

oraz tu: https://annapisze.art/?p=914

Zimno się zrobiło jak obiecali w tv. Na szczęście w sobotę nie padało, świeciło słoneczko i mogłam zrobić zdjęcie okrytych kwieciem drzew i krzewów. Cudowne po prostu. Mamy prawdziwą wiosnę, piękną, kolorową i pachnącą.

… to zrobiłam rok temu, ale teraz wygląda identycznie …

… tak samo …

Kulinarnie – „wyprałam gluta” czyli zrobiłam po raz drugi seitan, po raz trzeci sałatkę gyros wg przepisu naszej klatkowej ursynowskiej przyjaciółki-sąsiadki Mirusi, która zza Tęczowego Mostu może się uśmiecha na ten widok. Z Marysieńką szukałyśmy przepisu na jej sałatkę, bo ona najsmaczniejsza ze wszystkich była na klatkowych imprezach, ale żadna z nas nie znalazła w swoich zapiskach, zniknęła, wcięło i gucio 🙁  Marysieńka zadzwoniła do Mirusinej siostry na drugi koniec Polski i przepis jest! Zamiast kurczaka dałam gyros vege z Biedronki. Sałatka wyszła rewelacyjna! Potrzebna jest kapusta pekińska, sałata lodowa, kukurydza, czerwona cebula, ogórek konserwowy i gyros. Wszystko warstwami się układa polewając sosem. Sos to jogurt wymieszany z majonezem i wciśniętym czosnkiem. Akurat nie miałam jogurtu, użyłam śmietany – smak był wspaniały, a jogurt już kupiłam do kolejnej sałatki, zawsze to mniej kalorii.

… pierwsza próba tak się prezentowała …

… trzecia wersja; starałam się, żeby warstwy były widoczne, co przy pstrykaniu ślepulcem nie jest proste…

A w niedzielę rano, czyli dziś, zrobiliśmy we czwórkę piękny, daleki spacer spotykając przy okazji dwie sarenki, im nie robiłam zdjęć, żeby nie spłoszyć, pasły się między krzewami owocowymi na plantacji. Za to zrobiłam kilka wiosennych obrazków, którymi się dzielę na dobry dzień 🙂 Widok przepięknej Matki Natury pozwalającej się podziwiać w pełnej krasie jest zawsze kojący.

… cudnie wygląda drzewo  różowym kwieciem ozdobione …

… różowe kwiatuszki z bliska …

…całego drzewa nie da się objąć ślepulcem…

… takie urokliwe miejsca można o poranku oglądać w Piasecznie …

Dziś mam nadzieję skończyć biografię Rodziewiczówny, którą czyta mi się wspaniale, jakbym w świat pisarki się przeniosła. Nie kryję się wcale z tym, że kocham jej opisy przyrody i klimaty powieści, podczas każdych wakacji czytałam od początku wszystkie książki z babcinej półki. Ta konkretna biografia jest tym  ciekawsza, że napisana przez chrześniaka Marii Rodziewiczówny, więc z innym zupełnie podejściem, z innym jej obrazem niż mieli obcy ludzie.

Miłej niedzieli i dobrego tygodnia wszystkim życzę 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 42 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 56

Podczas powrotnego lotu do Szwajcarii, który minął wyjątkowo szybko, myśli Miłosza wciąż krążyły wokół Martyny i jej córeczki. Zanim opuścił samolot już za nimi tęsknił. Do tej pory życie w ruchu odpowiadało mu w stu procentach. Krążył sobie jak wolny elektron to tu, to tam w zależności od tego, gdzie podpisał kontrakt. Podchodził do życia jak do przygody, którą mógł zostawić i zmienić na inną, kiedy mu zbrzydła. Jedyną rzeczą, która dotąd trzymała go dłużej w jednym miejscu była praca. Nie wybiegał myślami w przyszłość, żył chwilą i był z tego bardzo zadowolony. Aż do tej pory. Zauważył u siebie początek zmian od czasu, kiedy szukał Sergiusza i został „adoptowany na wujka” przez Kajtusia. Z przyjacielem prowadzili długie rozmowy, a samotni mężczyźni na obczyźnie mieli na to czas, na tematy różnorakie i rozmaite.

– Ja mam córeczkę – powiedział kiedyś Sergiusz – i kocham ją bezgranicznie. Mam zwariowaną siostrę i jej rodzinę, mamę w niezłej formie. No… i jest Aldona… Mam nadzieję, że uda mi się jej wszystko wytłumaczyć kiedy już wreszcie wyjdę na prostą. Nie wyobrażam sobie życia bez niej… i bez Stokrotek też… Tym bardziej, że Monika od początku traktuje je jak własne siostry… A kogo ty masz?

Miłoszowi chodziły po głowie słowa przyjaciela, szczególnie ostatnie pytanie. Bo i prawda, nie miał nikogo do kogo wracałby z podróży przywożąc podarunki, z kim mógłby dzielić dobre chwile, kto zaopiekowałby się nim, pomógłby gdyby nagle zachorował lub po prostu był zmęczony.

– Dla mnie najważniejszym ze wszystkiego jest mieć swój własny dom, swoje miejsce na ziemi, a w nim bliską osobę, z którą chciałbym dzielić życie – mówił Sergiusz innym razem. – Dlatego tak bardzo pragnąłem zacząć budowę domu w Cięciwie, to miało być spełnienie marzeń.

– Kiedyś myślałem: żadnych dzieci, żadnych zobowiązań – odpowiedział. – Po co? I tak się nie da żyć w szczęśliwym związku, tak na zawsze. Po co dzieci mają potem cierpieć, żyć w rozbitej rodzinie…

Przyszło Miłoszowi do głowy, że gdyby nie pojawił się kiedyś w pracy nikt by się nie przejął nim tylko pracą, której nie wykonał. Zrobiło mu się przykro. Inaczej byłoby, gdyby miał rodzinę. Ale przecież… Założenie rodziny i stabilizacja kojarzyły mu się dotąd z uwiązaniem, utratą wolności, nudą, unikał więc takich myśli jak zarazy. Aż tu nagle – wcale nie chciało mu się do pracy wracać, cieszył się na niedalekie ukończenie projektu, cieszył się, że ma pod ręką Sergiusza i może wciąż od nowa opowiadać mu o pobycie… Moniki z panią Melą na letnisku… Nie zdawał sobie sprawy, że przyjaciel najpierw z niedowierzaniem, potem z uśmiechem a wreszcie z rozbawieniem – ale i ze zrozumieniem – słuchał jego relacji, w których główną rolę grała właścicielka Domu Pod Sosną. Zaraz po niej, albo nawet na równorzędnym miejscu na podium ulokowała się mała Milenka.  Sergiusz zrozumiał, że Miłosz po raz pierwszy w życiu wpadł po same uszy.

W ogóle przyszło mu (Miłoszowi) po raz pierwszy przeżywać pewne uczucia. Po raz pierwszy przestało mu się podobać życie na walizkach i pomyślał, że już nie ma ochoty włóczyć się po świecie. Pozazdrościł przyjacielowi konkretnych planów związanych z budową domu i nową, rozszerzoną rodziną.

– Z kim będziesz spędzał czas za lat kilkanaście – spytał Sergiusz,. – z kim będziesz się śmiał i rozmawiał?

Wiedział już, z kim by chciał. Najpierw wydawało mu się to głupie i nierealne. Zwariował czy co? Może i zwariował, a nie wolno mu? Nikogo nie powinno obchodzić co mu chodzi po głowie, bo nikt się o tym nie dowie. Na razie… Na razie to tylko Sergiusz uśmiechał się półgębkiem obserwując twarz przyjaciela, której wyraz potrafił się zmienić w ciągu kilku chwil z rozmarzonego poprzez niepewny do gniewnego. Wyciągał wtedy z niego najwięcej informacji na temat Aldony, ponieważ będąc pod wpływem emocji Miłosz bardziej chętny  był do przypominania sobie szczegółów. Dowiedział się więc, że Doniczka była wesoła, zadowolona, nic a nic się nie smuciła, w ogóle o Sergiuszu nie napomknęła nawet jeden raz. W jego obecności ma się rozumieć, przecież jak go nie było, to nie może wiedzieć, bo i skąd?

Po takich wieściach Sergiuszowi robiło się smutno, czuł się porzucony i odtrącony. Wtedy przypominał sobie wszystkie swoje grzechy i rozważał różne wersje ich naprawienia. Był przekonany, że mu się to uda, musi się udać, może się najwyżej nieco przeciągnąć w czasie. Z przyjemnością wspominał rozmowy telefoniczne z mamą i ze swoją ukochaną Biedroneczką, w których  aż się roiło od opowiadań o wyczynach dzieciaków, w tym oczywiście bliźniaczek, czasem nawet usłyszał coś o Aldonie.

cdn.

 

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Do Krakowa róże urodzinowe dla Ewy fruną :)

Dziś są urodziny naszej Ewy Krakowianki  https://jasna0ster.home.blog/

Tak więc dziś dla Ewy życzenia najlepsze, zdrowia, zdrowia, zdrowia co jest najważniejsze, do tego uśmiechu, radości codziennej, spacerów po ulubionym parku, spotykania samych dobrych, miłych ludzi, słoneczka, spełnienia pragnień.

Róże dla Ewy w Dniu Urodzin, bo na blogu najpiękniejsze róże świata Ewa pokazuje co środę, więc tym razem różyczki specjalnie dla Ewy i mnóstwo uścisków serdecznych 🙂

Bądź zdrowa Ewuniu i pisz dalej, bo tak trafnie oceniasz i opisujesz naszą rzeczywistość z punktu widzenia zwykłego „ludzia” jak rzadko. Wszystkiego najlepszego 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 11 komentarzy

Wiosny szukałam :)

W poniedziałek (czyli 19.IV) wczesnym rankiem było przecudnie. Mgła bardzo gęsta, kłębiąca się, zacierająca ostre kontury świata dawała złudzenie przebywania w bajkowej krainie. Nie mogłam się oprzeć urokowi tym bardziej, że MS wyjątkowo rozbudził się (on sowa, ja skowronek) i wyszedł z nami na poranny spacer. A spacer w jego towarzystwie  o świcie to rzadko spotykana przyjemność. Głównie jest możliwa w Szczawnicy 😉  Wprawdzie ślepy telefon nie widzi tego co ja bym chciała, żeby widział w całości, ale trochę jednak uwiecznił, żebym  mogła Wam pokazać, to miłe z jego strony 😉

… wschód słońca …

… pięknie się słonko prezentowało za mgłą …

… przy torach …

… mgła i wiosenne przebudzenie …

… wschód słońca po nocnym deszczu …

… już wiosenka widoczna …

… zaczyna się robić kolorowo …

… w drodze powrotnej do domu …

… próbowałam ślepulcem uchwycić wiszące krople wody …

… tu mi się trochę udało i dobrze 🙂 przecież pstrykam w ciemno 🙂 …

Po powrocie zajrzałam do ogródeczka i zdziwiłam się, tulipan rozkwitł, peonie wyszły z ziemi, barwinek kwitnie.

… a wczoraj taką kolorową wiosenkę spotkałam …

Nie poruszam żadnych poważnych tematów w ramach samoobrony organizmu, wszak po szczepieniu jedną dawką, a przed drugą jest osłabiony i może jakąś francę złapać… Muszę uważać, stres jest wykańczający, a przecież chcę doczekać czasów lepszych pod każdym względem….

   Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 27 komentarzy

Czas płynie nie pytając nas o zdanie…

Zaraz zapalę świeczkę dla prababci Marianny, dziś ma urodziny – a urodziła się w 1875 roku. Pisałam o niej rok temu  https://annapisze.art/?p=2693    Zawsze zapalam świeczki dla wszystkich, którzy odeszli za Tęczowy Most, z okazji urodzin, imienin, gdy mi się przyśnią, czy po prostu wtedy, gdy czuję taką potrzebę. W ten sposób mam wrażenie, że wciąż są ze mną, mogę podzielić się problemem, spytać o radę, poprosić o pomoc…

Przy okazji sięgnęłam do starych zdjęć, które przysłała mi kuzynka moja kochana i pozwoliła podzielić się nimi, czyli dać im nowe życie, a ja mam nadzieję, że ciocie uśmiechają się zadowolone z faktu, iż jako młode dziewczyny pokażą się światu 🙂

… siostry Władzia i Hermina …

… elegantki …

… ze swoimi narzeczonymi albo już mężami, tego nie wiem …

… wujek Tadek był niezwykle przystojny, normalnie jak amant przedwojennego kina …

… już z dwójką starszych latorośli …

… dziewczynka z poprzedniej fotografii, czyli moja ciocia Wiesia, mama kochanej mej kuzynki, od której mam zdjęcie …

… a tu kuzyneczka w swoim wypasionym kabriolecie 🙂 🙂 🙂 …

Prababcia Marianna jest rodziną ze strony mojej mamy, zaś dziś prezentowane osoby pochodzą ze strony taty – niemniej jednak wszystkie są mi bliskie i żyją w pamięci.  Zdjęcia wspomnieniowe taty są tu: https://annapisze.art/?p=3006

I tak się zrobiło nostalgicznie, tęsknie, serdecznie… Kilka pokoleń, prawie 150 lat ludzkich radości i smutków, narodzin i śmierci, wojen i pokoju, miłości i nienawiści oraz wszystkich innych uczuć, jakie targają ludzkim sercem od początku ludzkiego świata wpływając na los każdego „ludzia” na ziemi bez względu na to, czy mu się podoba czy nie, czy ma tego świadomość czy nie – musi uczestniczyć w tym tańcu…

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 30 komentarzy

„Tamte dni, tamte noce” – Andre Aciman

Wera dała mi książkę do przeczytania mówiąc, że to romans, a ja przecież lubię romanse. Zabrałam się za czytanie i… szok. Moja dziewczynka czyta TAKIE książki? Właśnie dzięki TEJ książce polubiła czytanie? Cóż… czas płynie, Wera ma tyle lat ile miała moja prababcia
Marianna kiedy ją wydano za mąż… Ochłonęłam i czytałam. Po pierwszym szoku przyszła refleksja. Sfera uczuć nigdy nie znajdzie się pod kontrolą umysłu. To jest niemożliwe, serce zawsze wystrychnie rozum na dudka…. Nie ma znaczenia do kogo pierwsze młodzieńcze
uczucie jest skierowane…  Powieść  jest zapisem stanów emocjonalnych przynależnych młodości. Rejestrowane są w dużej części jako strumień świadomości, tysiące myśli przepływających w jednej chwili przez skołataną głowę i zderzających się z buzującymi hormonami co daje mieszankę wybuchową.

… jeszcze raz prezentacja książki …

Gdybym nie obiecała wnuczce, że przeczytam w całości – to bym nie przeczytała z własnej woli. To nie mój świat, zdecydowanie wolałabym się znaleźć na Wyspie Księcia Edwarda w świecie Ani Shirley… Tu się kłania różnica pokoleń. Ale… dobrnęłam do końca i ostatnią część czytałam już z innym nastawieniem. I tu najbardziej poruszyła mnie reakcja rodziców Elio na jego miłość do Oliviera. Muszę zacytować słowa ojca.
„Miałeś piękną przyjaźń. Może coś więcej niż przyjaźń. Zazdroszczę ci. Większość rodziców na moim miejscu liczyłaby na to, że wszystko rozejdzie się po kościach albo modliłaby się, żeby ich syn szybko stanął na nogi. Ale ja nie jestem takim rodzicem. Jeśli jest ból, pielęgnuj
go, a jeśli jest płomień, nie zdmuchuj go, nie obchodź się z nim brutalnie. Ból rozstania potrafi być straszny, a patrzenie, jak druga strona zapomina, jeszcze go pogłębia. Chcąc jak najszybciej zapomnieć, wyrywamy z siebie mnóstwo uczuć i każdej następnej osobie mamy
mniej do zaoferowania, a w wieku trzydziestu lat jesteśmy bankrutami. Ale nic nie czuć, żeby nie musieć czuć – co za marnotrawstwo! – Nie pojmowałem tego wszystkiego. Odebrało mi mowę. – Powiedziałem za dużo? – zapytał. Pokręciłem głową. – W takim razie powiem jeszcze jedno, żeby nie było niejasności. Może byłem blisko, ale nigdy nie miałem tego, co ty. Zawsze mnie coś powstrzymywało albo stało na przeszkodzie. To twoja sprawa, jak pokierujesz swoim życiem, ale pamiętaj, że nasze dusze i ciała są nam podarowane tylko raz. Większość ludzi zachowuje się tak, jakby mieli dwa życia, oryginał i kopię. Już nie mówiąc o wszystkich wariantach pośrednich. Ale życie jest jedno i zanim się obejrzysz, twoja dusza jest zużyta, a na twoje ciało od pewnego momentu nikt nie ma ochoty patrzeć, a tym bardziej zbliżać się do niego. Teraz czujesz smutek. Ból nie jest czymś godnym pozazdroszczenia, a mimo to ci go zazdroszczę. – Zrobił głęboki wdech. – Może już nigdy nie poruszymy tego tematu, ale mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, że dzisiaj to zrobiliśmy. Byłbym fatalnym ojcem, gdybyś pewnego dnia chciał ze mną o tym porozmawiać i miał poczucie, że drzwi są zamknięte albo za mało otwarte. – Czy mama wie? – spytałem. Chciałem użyć słowa <podejrzewa>, ale w ostatniej chwili zmieniłem zamiar. – Chyba nie – odparł tonem, który sugerował: <A nawet gdyby wiedziała, na pewno podeszłaby do tego dokładnie tak samo jak ja>.”

I nie sposób myśli własnych nie przenieść do naszej rzeczywistości. Bohaterowie powieści (i filmu) to przecież – wg naszej „elity” nie ludzie! To ideologia, tak samo jak dzieci są winne temu, że pedofile w sukienkach krzywdzą je zostawiając z traumą na całe życie. Ileż
tragedii muszą przeżywać i dzieci i rodzice przez brak empatii, zrozumienia, tolerancji w otoczeniu, poprzez ciemnotę, zacofanie, przez pychę i zarozumiałość tych, którym się wydaje, że są lepsi od reszty świata i mogą innym urządzać życie według własnych, często chorych, zasad.

Wera podczas weekendu u nas przeczytała inną książkę, która wywarła na niej duże wrażenie. Kilka następnych ma zamówionych. Teraz czyta w każdej wolnej chwili, a ja się z tego cieszę przeogromnie. Dumna jestem z mojej dziewczynki, przed chwilą napisała mi, że zaliczyła test, którego się bała 🙂

… własnie tę pozycję przeczytała, do lekkich nie należy…

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Przegląd poświątecznego tygodnia

Coraz więcej z nas jest po pierwszej dawce szczepionki. To daje jakąś nadzieję na życie, na powrót do normalności, która – umówmy się – nigdy nie będzie taka sama jak przed covidem. Tak jak rzeczywistość po  II wojnie nie była taka sama jak przed 1939 rokiem. Są takie przełomowe chwile (czasem wiele lat trwające) w historii ludzkości, które przekreślają życie jakie ludzie prowadzili przedtem. Bez względu na to, czy się komuś podoba czy nie – będzie inaczej.

Z ciekawostek kulinarnych – wypróbowałam nowy przepis wycięty dawno temu z gazety.

… tak się ciasto prezentowało po wyjęciu z piekarnika…

… a tak po przekrojeniu …

Z całą pewnością zrobię jeszcze raz (przynajmniej), ale nieco zmodyfikuję po swojemu. Na pewno jako spód/ciasto wykorzystam jednojajkowca Luci, użyję mniejsze jabłka (te ze zdjęcia były wyjątkowo duże), dam do środka więcej żurawiny.

Przed świętami trafiłam na masę makową w Biedronce. Ucieszyłam się, bo mak lubię, ale gotować, mielić trzykrotnie i przygotowywać pracochłonną i czasochłonną masę makową – to już nie dla mnie.  A kiedyś wszystko robiłam sama… Wykorzystując więc gotową masę i gotowe ciasto francuskie upiekłam makowe ślimaczki. Pyszne i szybkie.

… tym razem zmieściłam na piekarnikowej blasze ślimaczki z trzech płatów ciasta i wcale za dużo nie było 🙂 …

Zamiast maku można użyć tego, co się komu przyśni. Robiłam już z masą karmelową (bo babcia D. lubi krówki),  z  masą czekoladową, ale z makiem najbardziej mi pasuje.  To było na święta. Po świętach dokupiłam masę makową i ciasto francuskie, i powtórzyłam wypiek. MS tym razem nie jednojajkowca lecz ślimaczki wybrał jako prezent imieninowo-urodzinowy. Od dzieci dostał torcik, który już tradycyjnie przywożą na okazje, bo jest nieduży, na raz, nic nie zostaje na później i – wyjątkowo pyszny 🙂

… zdjęcie ze ślepego telefonu nie pokazuje całej urody torcika, ale uwierzcie na słowo, że pychota 🙂 …

Wera została na noc, śpi jeszcze. Skitek uszczęśliwiony z obecności swej pańci ukochanej spał u niej, ale teraz po spacerze oboje z Szilką śpią na „swojej” wersalce obok mnie.  Zaraz wezmę się za książkę, którą mi młoda przywiozła do przeczytania „koniecznie, jak najszybciej i żebym jej przypadkiem nie zniszczyła, dbała, nie zgubiła” itd. Nie posiadam się z radości, bo to pierwsza reakcja mej wnuczki na literaturę,  sama przyznała, że ta książka rozbudziła w niej chęć czytania 🙂

… nie mam jak przyciąć zdjęcia, więc poza książką zachowały się elementy niepotrzebne, trudno 😉 …

Babcia D. okropnie splątana wczoraj była, myślę, że na pewno stan chorych osób ma związek ze zmianami pogody, w końcu jednego dnia śnieg i grad, a drugiego kilkanaście stopni na plusie każdego może zmęczyć.  Rozruszała się przy Calineczce, ta szkrabusia każdego rozrusza 🙂 Koniecznie trzeba konika na biegunach wyciągać, grającą zabawkę, „ciesiełko dla małych dzidziusiów”, chociaż  – „jeśtem duziom dziewcinkom” 🙂  Babcię Anię i dziadka cieszy fakt, że nie ma chęci od nas jechać, chce „jeście ziośtanąć” 🙂

Aha, zapomniałam się pochwalić nową wersją tofu z bloga  http://www.mniumniu.com/2019/08/weganski-mega-chrupiacy-kurczak-z-tofu.html 

… rewelacja 🙂 …

Nawet MS spróbował i powiedział, że smakuje jak kurczak i może być na obiad. Oczywiście nie zrobiłam idealnie zgodnie z przepisem, jako panierki użyłam zwykłej bułki tartej, ale było takie dobre, że co chwilę podkradałam kawałek 😉

Tym sposobem dojechałam do soboty. Dobrego weekendu, pogoda ma dopisać więc korzystajcie zanim znów nie powróci zimno 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 55

Po kilku dniach spędzonych przez Milenkę w towarzystwie „ursynowskiej bandy” Martyna nie poznawała własnej córki. Taka była roześmiana, wesoła, rozszczebiotana, szczęśliwa jak nigdy dotąd. Szczególne ożywienie uwidaczniało się na buzi dziewczynki w obecności Miłosza. Co ciekawsze, jemu też gęba śmiała się od ucha do ucha, gdy słuchał dziecięcego szczebiotania. Tym właśnie szczerym uśmiechem najbardziej zjednał sobie mamę, której identycznie jak córeczce – rozjaśniały się oczy na jego widok. Nad resztą panowała i starała się nie dać po sobie poznać, że towarzystwo gościa stało się jej nader miłe. Dodatkowym plusem był z pewnością nieustanny zachwyt pani Meli nad Miłoszem oraz opowiadania o różnych wydarzeniach  z okresu studiów „chłopców”, w których obaj z Sergiuszem odgrywali główne role. Dzięki temu nie traktowała go jak obcego człowieka, lecz jak kogoś dobrze znanego. Może właśnie dlatego rozmyślała o nim podczas różnych czynności i złościła się na siebie łapiąc się na owych myślach.

Gospodyni domu pod sosną przerwała rozmyślania, ponieważ  obiekt owych rozmyślań pojawił się osobiście w zasięgu jej wzroku, czyli obok szeroko otwartego kuchennego okna. Zastukał w szybę i zajrzał do środka.

– Martyna, jesteś tutaj?

– Jestem – odpowiedziała podchodząc bliżej.

– Słuchaj, chcę cię o coś spytać, ale nie pogniewasz się?

– To zależy o co chcesz spytać.

– Nie chciałbym, żebyś pomyślała, że się wtrącam albo mieszam w nie swoje sprawy…

– W dalszym ciągu nie wiem o co ci chodzi.

– Mogłabyś wyjść na zewnątrz? Na chwilę tylko, proszę.

– Jak na chwilę, to mogę.

Zaprowadził ją do tylnego wyjścia na ogród, z którego wchodziło się do sporego przedsionka sąsiadującego z łazienką przeznaczoną dla gości.

– Pomyślałem, że bez większego wysiłku można byłoby tu zrobić drugą łazienkę. W ten sposób twoi przyszli goście nie byliby zmuszeni do korzystania ze wspólnej, co przy okazji podniosłoby standard. Mogłabyś brać większe opłaty, a przede wszystkim goście mieliby poczucie intymności.

– Pewnie, masz rację, ale na razie nie mam pieniędzy do zainwestowania. Muszę najpierw zarobić.

– Mówiłaś, że rodzice sprzedadzą mieszkania w bloku.

– Ale nie wiadomo kiedy znajdzie się kupiec chociaż na jedno. A na drugie? Któż może przewidzieć?

– Jeśli choć jedno pójdzie, będziesz miała środki na łazienkę.

– Ale…

– Posłuchaj – wziął pod rękę gospodynię swą i poprowadził do ławeczki stojącej naprzeciw kuchennego okna. – Usiądźmy i posłuchaj – powtórzył. – Trochę się na tym znam, jak wiesz od pani Meli, tkwię po uszy w branży, powiedzmy, budowlanej. Obejrzałem sobie dokładnie całe pomieszczenie i już mam pomysł. Jeśli się zgodzisz, zrobię dokładne pomiary i przedstawię ci konkretny plan. Co ty na to?

Czuł, że chciałby jej pomóc za wszelką cenę. Zdziwiony własnymi myślami i odkrytymi niespodziewanymi dla siebie uczuciami uświadomił sobie, że jeszcze nigdy czegoś podobnego nie przeżywał.

– Wszystko brzmi pięknie, tylko ci powtarzam, że zwyczajnie mnie nie stać, nie mam kasy – usłyszał w odpowiedzi.

– Ale niedługo będziesz miała. Mogę zrobić kosztorys, żebyś wiedziała na czym stoisz. I wiesz co jeszcze mogę?

– Co takiego? – spojrzała mu w oczy oszołomiona widząc oczyma wyobraźni wszystko o czym Miłosz mówił.

– Mogę ci pożyczyć na tę łazienkę, żebyś jak najszybciej ją miała. Oddasz jak sprzedasz mieszkanie.

– Rodzice…

– Ok, jak rodzice sprzedadzą. Właściwie nie jak, ale kiedy. I nie martw się kiedy. Kiedyś. Mnie się nie spieszy.

–  Skąd ci to przyszło do głowy? Dlaczego to robisz? Przecież mnie nie znasz.

– Pani Mela cię zarekomendowała jako solidną firmę, więc nie boję się zainwestować. Plan pomieszczenia będziesz miała w prezencie, więc zaoszczędzisz. – uśmiechnął się z wielką przyjemnością patrząc na zaróżowioną z emocji twarz Martyny.

– Dlaczego w prezencie?

– Jako napiwek dla gospodyni pensjonatu pod sosną za świetną obsługę podczas pobytu. A właściwie należy się twojej mamie za przepyszne ciasta.

– To dobra nazwa: Pensjonat Pod Sosną, albo raczej: Dom Pod Sosną – ucieszyła się.

– Zaczekaj, nie wstawaj, nie odchodź – przytrzymał ją za rękę. – Coś jeszcze przyszło mi do głowy. Stąd widać, że masz duży strych. Co na nim jest?

– Zwyczajnie, jak na strychu, mnóstwo różnych rzeczy.

– Pokażesz mi jak wygląda wewnątrz? Chciałbym zobaczyć, czy można tam urządzić salkę do ćwiczeń dla gości.

– O matko – jęknęła Martyna. – Salkę do ćwiczeń? To, to… jest genialny pomysł! Sama bym nigdy na to nie wpadła! Przecież nie zawsze jest ładna pogoda i goście coś muszą ze sobą zrobić, nie będą przecież siedzieć w zamkniętym pokoju.

– To co, idziemy sprawdzić?

Poszli. Na strych prowadziły solidne schody, nie jakaś drabina. Właściwie nie strych to był, lecz poddasze. Miłosz, wciąż uśmiechając się pod nosem orzekł, że możliwości to tu są, że ho ho. Z całości można wyodrębnić miejsce na salkę ćwiczeń oraz na dwa małe pokoiki i łazienkę. Martyna zdawała się nie rozumieć przekazywanych informacji, wyglądała jak zawieszony komputer.

– Co ty w ogóle do mnie mówisz? – powiedziała wreszcie się „odwiesiwszy”. – Przecież to nierealne. To znaczy, jakbym miliony milionów w coś tam wygrała, to tak, ale w żadnym innym przypadku.

– Martynko, przecież nie dziś ani jutro. To plany na przyszłość. Jak się interes zacznie kręcić, to zobaczymy.

Powiedział „zobaczymy” – pomyślała  spoglądając na swego przystojnego towarzysza wędrówki po strychu. Zrobiło się jej lekko na duszy. To by znaczyło, że nie wyjedzie znikając na zawsze… Zobaczymy… A jeśli ona pożyczkę przyjmie na tę łazienkę, to musi mieć z nim kontakt, aby móc ją zwrócić…

– A co ty za to chcesz? – odwróciła się gwałtownie przez co wpadła mu prosto w ramiona, ponieważ podążał za nią nie licząc się z tak nagłym zwrotem akcji.

Utkwiła spojrzenie w jego oczach, z jakiegoś dziwnego powodu nie mogła przestać się w nie wpatrywać i tak stała z bijącym sercem i wstrzymanym oddechem. Miłosz też nie spuszczał oczu z jej twarzy. Kiedy ich palce się zetknęły, Martyna miała wrażenie, że iskra przeskoczyła między nimi.

– Pozwolenie na przyjazd od czasu do czasu i zamieszkanie w pokoiku na poddaszu – odpowiedział po chwili biorąc głęboki wdech.

– Przecież go jeszcze nie ma – opanowała niespodziewane uczucia i zręcznie wysunęła się z objęć mężczyzny.

– Ale będzie – kategorycznie stwierdził. – Lubię projektowanie, lubię wcielanie w życie tego, co się zrodziło w głowie. Dlatego nie bawi mnie samo tworzenie projektu, lecz także uczestniczenie w przetwarzaniu marzeń w rzeczywistość. Bo każdy projekt to marzenie, ono leży u podstaw. Dopiero kiedy w wyobraźni ujrzysz ostateczny kształt, możesz brać się do pomiarów i wyliczeń… No!  Dlatego lubię być na budowie, w zasięgu pracowników, aby im służyć pomocą, mieć baczenie na całą robotę i w ogóle na wszystko.

Wyobraźnia Martyny poczęła przed jej oczyma snuć niepokojące obrazy. Niepokojące, ale jakże przyjemne delikatne obrazy ich trojga, na próżno odsuwała je od siebie próbując się nie poddawać nastrojowi. Wziął ją za rękę podczas schodzenia ze schodów, co wydawało się  gestem jak najbardziej naturalnym i na miejscu.

Zeszli na dół, a tam dzieciaki „w pełnej gotowości bojowej” natychmiast  sprowadziły ich myśli na przyziemne tory.

– Wujek, czy ty umiesz czarować? – zadała pytanie Mila zadzierając główkę do góry.

– Pewnie.

– A masz maczugę do czarowania?

– Różdżkę chyba – poprawiła Milenkę Monika.

– Ja i bez różdżki potrafię czarować – chwycił dziewczynkę na ręce, podniósł do góry i buczał udając samolot. – Widzisz? Zamieniłem cię w samolot i latasz tak wysoko jak nikt inny.

Mila zaśmiewała się uszczęśliwiona, zaś Martyna z rozczuleniem patrzyła na rozradowaną buzię córeczki.

– Powiedz jeszcze abrakadabra, to się spełni czarowanie – powiedziała Monika.

– Akabadabra – wypowiedziała z trudem wywołując wybuch śmiechu.

– Cudna jesteś Milenko – uściskał dziewczynkę śmiejąc się razem z dziećmi.

– Wujek, widziałeś ten film? – Maciek bez skrępowania przejrzał półkę Martyny z kasetami wideo i wyjął jedną z nich.

– Czekaj, samolot najpierw musi wylądować – postawił dziewczynkę na podłodze. – Pokaż…tak, jakieś piętnaście lat temu oglądałem w Szwajcarii.

– To Marek wtedy nie był nawet komórką – zaśmiał się Kuba.

– A ty już chodziłeś do szkoły, co? – skoczył Marek niczym kogucik z nastroszonymi piórkami.

Dziewczynki roześmiały się, więc po chwili piórka mu opadły i uspokoił się.

– Wujku,  polatamy jeszcze samolotem? – spytała Mila zadzierając główkę i szarpiąc go za  nogawkę spodni.

– Jasne, jeszcze nie jeden raz. A może kiedyś polecimy prawdziwym samolotem, chciałabyś?

– Tak wysoko, do nieba? Chciałabym. Ale z mamusią – odpowiedziała poważnie.

– Oczywiście, że z mamusią.

– A mamusi o zdanie nie spytasz? – uśmiechnęła się Martyna.

– Spytam, jak przyjdzie pora latania – odpowiedział zaglądając jej w oczy.

– Wujek, my wszyscy chcemy lecieć, my się nie boimy wcale, niczego się nie boimy, znaleźliśmy pod Buczyną bandytę… – klaskała w ręce Monika.

– Nie, kryminalistę – sprostował Marek.

–  Bandytę. Kryminalistą został jak go wsadzili do kryminału – orzekła Inka.

– Do książki wsadzili? Przecież kryminał to książka o mordercach – skrzywił się Kuba.

– Głupi, to więzienie, tylko inaczej – spojrzał Maciek z góry na brata.

– Wiecie co? Ja niczego nie rozumiem, bo mówicie jednocześnie. Poza tym krótko się znamy i naprawdę nie wiem o co chodzi. Moglibyście mi opisać tę historię, żebym mógł ją sobie w samolocie przeczytać? Porozmawiamy o tym kiedy się zobaczymy następnym razem.

– To znaczy, że się jeszcze zobaczymy? – Monika chciała się upewnić.

– Wątpisz w to? – przykucnął przed dziewczynką. – Przecież Kajtek mnie adoptował na wujka, zapomniałaś?

– My też! – rozległ się zbiorowy okrzyk.

– Czyli nie ma innej możliwości. Poza tym jak mógłbym zrywać kontakty z taką brygadą antyterrorystyczną? Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

– Wujku, a do mnie też wrócisz? – Mila objęła go za szyję korzystając z okazji, że wciąż znajdował się w pozycji kucznej.– Szkoda, że wyjeżdżasz.

– Muszę, skarbie

– Szkoda, że musisz – przytuliła twarzyczkę do jego twarzy, a on poczuł, jak gdzieś w środku stało się z nim coś dziwnego, że ogarnęło go uczucie, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Nie umiałby tego wyrazić słowami, wiedział jedynie, że zrobiłby wszystko co tylko możliwe, żeby Milenka była szczęśliwa i bezpieczna.

– Ale wrócę, maleńka, wrócę – szepnął.

– Masz podejście do dzieci – z prawdziwym podziwem zauważyła Martyna, która nie usłyszała ostatnich słów skierowanych do dziecięcego uszka.

– Nie, coś ty, zauważyłem tylko, że dzieciaki najlepiej się bawią prostymi rzeczami. I jeszcze, kiedy wciągną w to dorosłych, albo przynajmniej czują, że poświęcamy im uwagę – odpowiedział wstając z Milką wciąż trzymającą go za szyję. – To co, jeszcze samolot?

– Jeszcze, jeszcze – śmiała się dziewczynka krążąc pod sufitem, czując się absolutnie bezpiecznie na rękach Miłosza.

– Jak na kogoś, kto nie ma dzieci i twierdzi, że nie miał wiele z nimi do czynienia nawiązujesz z tą bandą świetny kontakt – powiedziała właścicielka Domu Pod Sosną.

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy