Zostań, maju, na dłużej :)))

Weekend minął, deszcz przestał padać, ziemia na razie mokra, roślinki napiły się do woli, kałuże wypełnione wodą 🙂 Zaczęłam Szilkę odchudzać, nie może przypominać wyglądem baleronu na cienkich nóżkach nie ze względu na urodę (bo i tak jest najpiękniejsza na
świecie) lecz z powodu zdrowia. Musi schudnąć ale jak jej tłumaczyć, że musi kiedy wciąż podchodzi do miski i dziwi się, że pusta? Tłumaczę jej, że koniecznie trzeba, żeby jej stawy nie bolały, żeby lżej było oddychać i wchodzić po schodach. Wreszcie sięgnęłam po
argument ostateczny i mówię „I ja z tobą nie jeść będę” – co jest cytatem z „Rancza”. Jedyna różnica – tam Solejuk mówił do Hadziuka wspierając go w tygodniu abstynencji „nie pić będę”. Jak to w nasze potoczne słownictwo wchodzą na stałe wyrażenia z reklam np. „zawijać w te sreberka”, „żubr występuje w puszczy”, „prawie czyni wielką różnicę” i mnóstwo innych. Z filmów i seriali również, ze „Stawki większej niż życie”, z „Rancza” właśnie, z „Samych swoich” itd. U nas zmywarka ma na imię Marysia 🙂 co jest zdrobnieniem od „Jan Maria Rochowicz” czyli bohatera komedii „Poszukiwany poszukiwana”, gdzie bezustannie podziwiam rolę Wojtka Pokory.

Przeżyłam chwilę trwogi bo Lapcio zrobił ‚pyk” i zgasł. Całkowicie, kompletnie i myślałam, że nieodwołalnie. Na szczęście Mąż popukał się w głowę widząc moją reakcję, popukał gdzieś tam, wcisnął, docisnął i ożywił Lapcia, ufff. Już byłam przerażona co ja zrobię bez Was!

A teraz wiatr się uspokoił, burza przeszła bokiem, trochę pomruczała, błysnęła dwa razy i zniknęła zostawiając strugi deszczu. A w weekend TzG się skończył, wygrała Joasia Mazur, której trenerem był Janek Kliment. Po udziale w programie świat tej dziewczyny zmienił się jak świat dla psa ze schroniska przygarniętego przez kochającą rodzinę. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi za porównanie (jeśli tak – jego problem), wiele razy powtarzałam, że człowieka poznaję po stosunku do zwierząt. TTBZ też się skończyła, edycję wygrał Kazik Mazur. Właśnie w tej chwili, pisząc te słowa, skojarzyłam nazwiska. Coś podobnego! W obu programach zwyciężyły osoby noszące takie samo nazwisko!
Drogą skojarzeń – zaczyna się robić poważnie… „do mazura stań wesoło buntownicza wiaro” … tak mi się przypomniał „Mazur kajdaniarski”… „Mazurek Dąbrowskiego” jak najbardziej wskazany i miły sercu ale mazurek kaczyńskiego wprost przeciwnie…  Weekend pod znakiem walki o głosy elektoratu, prób przekonania do swoich racji nieprzekonanych albo obojętnych. Dzieje się, oj dzieje. Odkryło się przed niedowiarkami prawdziwe oblicze części kk, pozwalającej na pedofilię i ukrywającej sprawców. I cóż? Do żadnego osobnika
podanego na tacy policja nie weszła o siódmej rano jak do pani od tęczy.
Czekam na ciszę wyborczą. Jestem zniesmaczona tym, że Polsat puszcza spot pisu. Wiem, że interesy i polityka są nierozerwalnie związane, że biznesmen czasem musi bo biznesmenem być przestanie jak się władzy narazi, tak zawsze było… Ale nie podoba mi się, że stacja, którą lubię i oglądam zaczyna się „skurszczać”.
Niech więc już cisza i spokój nastaną aby nie trzeba było co chwilę oglądać na ekranie wykrzywionej złością twarzy z banknotu pokazanego przez BBM  oraz wielu innych „buziek” i słuchać słowotoku – jak wgranej płyty, odtwarzanej bez względu na zadane pytanie czy temat dyskusji. Oby do Dnia Matki 🙂

Niech słoneczko zaświeci, żeby wszystkim było przyjemnie i ciepło w tym przedostatnim majowym tygodniu. Tak czekałyśmy na najpiękniejszy miesiąc w roku a on już ucieka i przekwitają bzy. Zostań maju na dłużej – chciałoby się prosić lecz on nie słucha, idzie
swoją drogą nie oglądając się za siebie… szkoda, że nie przystanie na chwilę…

To nie tegoroczny kwiat, na razie moje ulubione piwonie mają wielkie pąki, jeszcze nie rozkwitły

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

By się przydało:)

Wczoraj obudziłam się przed czwartą. Spojrzawszy na godzinę ucieszyłam się, że jeszcze mogę pospać, stukania psich pazurków nie słyszałam, czyli Szilka i Skitek śpią. Coś mi się śniło, nie wiem co, z reguły od razu zapominam, rzadko pamiętam sny po obudzeniu, jeśli
już to długo. Mam taki jeden z wakacji w liceum ale nie da się go opisać. Widzę obraz przed oczami gdy napłynie do mnie myśl o nim. Ale wracam do czasu teraźniejszego. Obudziłam się ze słowem, imieniem Yogananda. Bardzo wyraźnie dźwięczało mi w uszach. Kilka razy już miałam się zabrać za czytanie „Autobiografii jogina” ale zawsze wtedy pojawiał się ktoś, kto bardzo chciał przeczytać i ustępowałam pierwszeństwa. Tym sposobem dotąd nie czytałam. Wróciłam z psami z mokrej łąki, włączyłam Lapcia i poszukałam informacji o
Yoganandzie. Zagłębiłam się w lekturę a przy okazji trafiłam na bardzo ciekawe blogi powiązane tematycznie, wszystkie na blogspocie. Nie ma przypadków, wcześniej poczytałam o tańcu kaoshiki (bajka107.blogspot.com) i potem na YT popatrzyłam, może dlatego imię Mistrza do mnie przyszło?
Taniec bardzo mi się spodobał, zrobiłam na siedząco kilka ruchów rękami zgodnie z instrukcją, potem wstałam i niezdarnie próbowałam naśladować. Całe szczęście, że tylko psiaki widziały, nie śmiały się przynajmniej widząc co wyprawiam 🙂 Obiecałam sobie, że popróbuję. Kiedyś 😉 Lecz… po tych kilku minutach ruchu wczoraj dziś czuję ból w rozciąganych mięśniach! Czyli – niby nic a działa! Skoro tak, dobrze byłoby się zmobilizować i naprawdę poćwiczyć dla zdrowia i poprawy kondycji.
Jeszcze słowo o Eurowizji. Nie wiem kto decyduje o wysłaniu przedstawiciela Polski. Jak do tej pory specjalnych osiągnięć nie mamy, pewnie dlatego, że nas mało kto lubi i żaden kraj nie ma interesu, żeby głosować za nami. Tym bardziej teraz. Ale wysyłać Tulię? Na
festiwal folklorystyczny owszem, lecz na Eurowizję? Było do przewidzenia, że odpadnie natychmiast. Skoro przewidywanie tak dobrze mi poszło, szkoda, że w innej dziedzinie nie przejawiam podobnych zdolności, np. w kwestii numerków w Lotto 😉 A tak by się przydało trafić 🙂

Dla dekoracji – kotek ze schroniska pod Bereśnikiem w Szczawnicy witający gości, z nami siedział przy stole i na stole też 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

Lek na ból głowy :)

Obudziłam się koszmarnym bólem głowy. Padało, wyszłam z psiakami tylko na łąkę, tak na szybko, na szczęście sprężyły się w wiadomej sprawie i nie musieliśmy długo chodzić. Teraz śpią co i ja bym najchętniej uczyniła 🙂 Ponieważ jednak szkoda mi dnia na spanie, nawet takiego deszczowego a nic mądrego nie wymyślę w tej chwili (oj, jak mnie łupie w łepetynie), puszczę w świat fragment „Widocznie tak miało być” dla rozrywki i poprawy nastroju. Poprzedni był na Walentynki, dziś na deszcz, ból głowy i trzynastego.

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Po powrocie z pracy Aldona poszła do Doroty. Przyjaciółka otworzyła drzwi „udekorowana” ogromnym siniakiem otaczającym oko.

– Matko jedyna, co ci się stało? Kto ci oko podbił? – krzyknęła Aldona.

– Alkohol … – zaczęła Dorota.

– Alkohol ci oko podbił? – zdziwiła się Aldona.

– Alkohol szkodzi…

– Przecież wiadomo, że tak. W nadmiarze oczywiście. Ale co ma wspólnego z twoim okiem? Upiłaś się? A może Michał się upił i ci przyłożył?

– Chyba zidiociałaś na amen – obruszyła się Dorota. – Żeby Michała o coś takiego posądzać to trzeba rozumu za grosz nie mieć.

– No wiesz, alkohol rozum odbiera, rzecz udowodniona…

Rozległ się kolejny dzwonek i do mieszkania wpakowała się Teresa.

– Oo, co ci się stało? – wyraziła zdziwienie o takiej sile natężenia jaką przed chwilą zaprezentowała Aldona.

– Druga mądra – odburknęła gospodyni. – Jednej próbuję wytłumaczyć… ale ona w ciąży, to nie rozumie, bo rozum dziecku użyczyła, żeby się dobrze rozwijało…

– Doniczka, co jej się stało? Ty coś rozumiesz?

– Obawiam się, że nie tylko w oko dostała ale również poniosła dużą szkodę na umyśle – westchnęła Aldona ledwo powstrzymując głośny wybuch śmiechu. – Ciekawe co jej tak rozum uszkodziło…

– Idiotki kompletne, obydwie – huknęła Dorota. – Usiłuję wam powiedzieć, tylko mi przerywacie, że alkohol szkodzi. Spróbuj się odezwać – spojrzała groźnie na Teresę już otwierającą usta, żeby coś wtrącić. – Wczoraj mieliśmy z Michałem taką swoją rocznicę. Poszłam po szampana schowanego na balkonie, na samym końcu, akurat zimno było, to mógł tam stać. Schylając się po niego rąbnęłam twarzą w pałąk, na którym zaczepiam linki, kiedy wieszam pranie. Ot i tyle.

– No wiesz co, stwierdzam, że w twoim przypadku alkohol szkodzi nawet zamknięty w butelce – oświadczyła Aldona

Weszły wreszcie do pokoju. Dorota postawiła na stoliku dzbanek z herbatą i szarlotkę.

– No nie, nie powinnaś stawiać przede mną słodyczy, bo niedługo będę grubsza od wieloryba. I jak ukryję swój stan w pracy?

– To nie jedz, ćwicz silną wolę – Dorota nie okazała ani grama litości.

– Przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach – westchnęła Teresa.

– Zdecydowanie wolałabym nudniejsze  – stanowczo stwierdziła Aldona. – Naprawdę marzę o ciszy, spokoju, o świecie pozbawionym  agresji, nienawiści, wojen…

– Utopia. Ale pomarzyć dobra rzecz – skinęła głową Dorota. – Ludzkość od wieków walczy o pokój i co z tego?

– Właśnie – wtrąciła Aldona, – walczy. A gdyby pokój zwyczajnie sam ogarnął świat i nad nim zapanował? Rozpostarłby się, rozprzestrzenił jak mgła nad ranem…

– Gadasz jakby tobie mgła się rozprzestrzeniła w mózgu – popukała się palcem w czoło Teresa.

– Jeszcze się taki nie urodził co wszystkim by dogodził – Dorota spojrzała na Teresę. – A ty nie pukaj się w czoło, bo się okaże, że tam pusto. Jedni chcą spokoju, inni do życia muszą mieć zamęt wokół.

– O to, to, jak ta nieszczęsna Greta z mojej pracy – stwierdziła Aldona.

– Raczej ty jesteś nieszczęsna, że musisz z taką lampucerą siedzieć w pokoju. Ona jest chyba zadowolona – skomentowała Teresa.

– Ona nigdy nie jest zadowolona. Chyba jak do tego stopnia namiesza, że już nikt nie wie o co chodzi, wtedy przez chwilę może tak. Niesamowita jest zdolność z jaką kłamie. Na przykład przez telefon opowiadała jakiejś swojej psiapsiółce, że gotowała zupę pomidorową, ze szczegółami opowiadała, co po czym wrzucała, ile czego i na jak długo. W chwilę potem zadzwoniła do innej i opowieść się powtórzyła, tyle, że główną rolę grała zupa ogórkowa.

– Widocznie jest z gatunku tych, co prawdę powiedzą tylko jak się pomylą – z politowaniem skinęła głową Teresa.

– Biedny jest taki człowiek – powiedziała Dorota. – Mam wrażenie, na podstawie twoich relacji oczywiście, przecież osobiście jej nie znam, że krótkotrwałe przyjemności przedkłada nad wszystko inne, wybiera szybkie, nietrwałe rozwiązania problemów, które na dłuższą metę niczego nie załatwiają…

– No i ty, Doniczko, chcesz pokoju na całym świecie mając w pobliżu  takie jednostki jak moja bratowa, twoja Greta, czy Marian – wtrąciła Teresa.

– Nie moja, nie moja – Aldona wyciągnęła przed siebie ręce jakby w geście obrony.

– W sensie koleżanka, przecież nie ja z nią siedzę biurko w biurko – wyjaśniła Dorota.

– Nie patrz na nią, bo ci się brzydkie dziecko urodzi  – poradziła Teresa.

– O właśnie, postaw sobie jakiś ładny widoczek, żebyś się na cholerę nie zapatrzyła – zgodziła się Dorota z przedmówczynią. – Przynajmniej będę miała ładną bratanicę.

– Nie może być spokoju na całym świecie, to niech chociaż w Europie będzie, a cholery niech za morza idą – skrzywiła się Teresa.

– Akurat, bo ktoś ich tam potrzebuje – odpowiednią mimiką twarzy Dorota wyraziła dezaprobatę dla wszystkich choler na świecie.

– Ale poważnie, niech na tym naszym starym kontynencie  wreszcie zapanuje spokój. Tyle się tu działo przez ostatnie dwa tysiące lat, że wystarczy, znudziło mi się…- westchnęła Aldona.

– Popatrz Tereniu – Dorota porozumiewawczo trąciła przyjaciółkę, – nieźle się trzyma jak na dwa tysiące lat…

– No, i jeszcze dziecko będzie miała…

– Zarobicie, obydwie zarobicie zaraz, jędze jedne – pogroziła Aldona.

Aza, która właśnie zakończyła drzemkę, przeciągnęła się i była gotowa na jakieś atrakcje. Położyła przednie łapy na ramionach pani usiłując ją polizać po twarzy.

– A idźże ty paskudo, rzuć się na ciotki bo one się mnie czepiają.

Aza po namyśle „rzuciła się” na „ciotki” ze szczekaniem w pysku i miłością w oczach jak to określiły Stokrotki, które przyszły po matkę w towarzystwie chłopców Doroty. Za nimi pojawił się Michał, dziś wypadała jego kolej przyprowadzenia całego towarzystwa z zajęć na basenie.

Kajtuś podkradł się do Teresy i zaczął ją łaskotać. A ona nic.

– Ciocia, nie mas  gilgotek?

– Nie mam.

– To ty jesteś jakaś wybrakowana ciocia – stwierdził rozczarowany i zwrócił się do matki. – Mama, zrobis prośne kulki?

– Zrobię Kajtusiu, zrobię.

– A sypko zrobis?

– Jak ciocie pójdą do domu.

– No to jus sobie idźcie – Kajtuś ze zniecierpliwieniem spoglądał na gości.

– Nie lubisz nas Kajtusiu, że tak nas wyrzucasz? – droczyła się Aldona.

– Lubię, nie wyzucam, tylko chcę, zeby mama zrobiła prośne kulki – sprostował.

– A co to takiego?

– Kulki z kaszy jaglanej utytłane w czekoladzie – wyjaśniła Dorota.

– Utytłane? Czemu prośne?

– No, obtoczone. Co wy obie dzisiaj jakieś tępe jesteście, niczego nie rozumiecie. Prośne, bo kasza jaglana jest z prosa, prośte, tfu, proste chyba.

– Ciocia, ty za wolno dzisiaj myślis – Kajtuś z dezaprobatą spojrzał na Teresę.

– A ty za szybko, uważaj, żebyś się nie spocił – Linka stanęła w obronie Teresy, która dusiła się ze śmiechu.

Aldona wyjęła z torebki paczkę cukierków.

– Poczęstujesz się Kajtusiu?

Spojrzał na paczuszkę i skrzywił buzię jakby się napił soku z cytryny.

– One scypią w język, są niedobre. Wies co? Pocęstuj kogoś, kogo nie lubimy, niech jego poscypie.

– Och ty, mądralo – roześmiała się. – Nawet chętnie bym poczęstowała taką jedną… No dobrze, trzeba iść. Kajtusiu, masz nowy zegarek. Możesz powiedzieć, która godzina?

– Nie mogę ci powiedzieć, bo mi się zegarek zuzywa – odpowiedział poważnie.

– Jędrek, a ty ruszże się wreszcie z tego przedpokoju – zawołała Dorota do starszego syna. – Siedzisz w jednej pozycji i nic nie robisz.

– Wcale nie – oburzył się. – Przedtem zmieniałem jedną skarpetkę a teraz zmieniam drugą.

– Ciociu, – z kuchni zawołała Inka. – Aza zeżarła gazetę!

– Pewnie jej się artykuł nie podobał – mruknęła Dorota. – Gazeta to nic. Dwa dni temu otworzyła drzwi do kuchni, zeżarła ciasto i pół koszyka pomidorów. Czego już nie dała rady, pomieszała i rozniosła po pokoju.

– O matko jedyna! – krzyknęła nagle Aldona. – Nigdzie nie idę. Przecież przyszłam do ciebie z konkretną sprawą. Ważną na dodatek. Tak mnie zagadaliście wszyscy razem, że zupełnie mi wyszło z głowy.

– Co ci wysło, ciocia? Wsy? – zainteresował się Kajtuś.

– Nie gadaj głupot – wtrącił się  Bartuś. – Ciocia nie chodzi do szkoły, to skąd miałaby mieć wszy? Wszy się przynosi ze szkoły.

– Albo z psedskola – uściślił Kajtuś.

– No to mów, bo przecież muszę te kulki zrobić – Dorota podniosła się z krzesła.

– Wiesz co, chodźmy do kuchni i rób te kulki, popatrzę przy okazji jak to się robi – powiedziała Aldona.

– Dobrze, że już zrobiłaś miejsce, ja też się zmieszczę – Teresa cofnęła się z przedpokoju. – Myślicie, że będziecie jakieś sekrety ukrywać przede mną? Figa!

– Chodź, chodź, może co mądrego wymyślisz, bo to nie są żarty. Słuchajcie, od dziewczynek się dowiedziałam, że Agata chce Monisię gdzieś wywieźć, do jakiejś ciotki czy kogoś, żeby jej nie przeszkadzała.

– A to takie buty – gwizdnęła Dorota. – I w ten sposób chce wywrzeć nacisk na mojego brata. A to cholera jedna.

Do kuchni wcisnął się Kajtuś.

– Mama, co to są skini?

– A cholera wie – odpowiedziała Dorota nie słuchając dziecka zajęta innymi myślami.

– A babcia wie – stwierdził Kajtuś. – Cy babcia jest cholera?

– Uciekaj mi stąd, ale już – machnęła Dorota ścierką w stronę synka. – Ja muszę pomyśleć w spokoju. Już cię tu nie ma.

Kajtuś zmył się natychmiast w obawie przed ścierką.

– A coś konkretniejszego wiesz? – spytała Teresa.

– Nie, skąd. Tyle wiem od dziewczynek, a one od Moniki.

– Michał! – zawołała Dorota. – Chodź tu szybko.

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści | 23 komentarze

annablog na blox.pl…takie sobie dyrdymałki… = annapisze.art

Specjalnie taki tytuł umieściłam, żeby ktoś, kto jeszcze tu nie trafił mógł tym sposobem dotrzeć. Miał być umożliwiony dostęp do własnego bloga jeszcze przez jakiś czas ale od kilku dni nie udało mi się wejść na bloxa, koniec, kropka nie ma. Zrobiło mi się bardzo
przykro, przecież obiecywali!!! Tak to można wierzyć, jak babcia mówiła „obiecanki to cacanki a głupiemu radość”. Trudno, pies z nimi tańcował – jak to się mówi. Najważniejsze, że większość z nas się odnalazła i nie pogubiłyśmy się ” w tych internetach”.
Tylko szkoda, że Panna Cliff nie może z nami rozmawiać, Emma się nie zdecydowała na założenie bloga w nowym miejscu, poszła sobie na FB a ja tam konta nie mam i nie będę zakładać. Moje pieski tęsknią za rozmową z Cliff, Quattro też chciałby z nią pogadać jak wróci z Krainy Deszczowców a tu klops. Może jeszcze Cliffcia wpłynie jakoś na tę swoją Babę, żeby do nas wróciła? Z przyjemnością oglądałam zdjęcia z Poddąbia, z naszego pięknego Wybrzeża z uroczą sunią biegającą po piasku…
U nas ranek wstał pochmurny. W przyspieszonym tempie wyskoczyłam z łóżka ponieważ mi się zdawało, że słyszę zbiegającego po schodkach Skitusia co nieodwołalnie wróży powódź. Na szczęście tylko mi się zdawało. Posądzony delikwent spał snem słodkim, nic go
nie było w stanie zmusić do podniesienia się z cieplutkiego legowiska, jedynie ogonkiem machnął na znak, że widzi i słyszy ale życzy sobie, aby go pozostawiono w spokoju. Ruszyło go z miejsca dopiero jedyne czarodziejskie słowo MASZ. Temu słowu się nie oprze i z
najgłębszego snu ono go wyrwie 🙂
Wyszliśmy więc szybciutko z domu, dobiegliśmy do furtki na łąkę. Ja też! Biegłam! Wprawdzie przytkało mnie od razu jak przystanęłam ale co tam, zwycięstwo ducha nad ciałem zaliczone 🙂 Zaczęło kropić lecz nie rozpadało się i tak pogoda – rzec można – sama nie wie, w którą stronę ma ruszyć, w stronę słońca czy w stronę deszczu. Pierwszego by się chciało, drugiego potrzeba 🙂 Jak będzie – zobaczymy.
Już piątek, dzień najbardziej przeze mnie ulubiony przed emeryturą, szczególnie od godziny 16-ej 🙂 W ogródku na razie tylko trawa skoszona, brateczki na oknach kwitną a z resztą czekam aż zimna Zośka pójdzie w zapomnienie.
Dziś zdjęcia specjalnie dla Magdy 🙂

Gadów nie lubię lecz to stworzonko jest milutkie

W porównaniu do ludzkiej ręki widać jakie to malutkie

Miniaturowy Wally Gator , nieprawdaż?

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 40 komentarzy

Na szczęście

Pisałam wczoraj, we wtorek, (wciąż najpierw piszę w notatniku po bloxowych doświadczeniach ze znikaniem tekstów) ale padłam wieczorem i nie miałam siły przenieść tych kilku słów. Jakaś taka „niedomęczona” jestem 🙁
Trudno było ostatnio z babcią D. się porozumieć. Są dni, w których wszystko dzieje się spokojnie, prawie normalnie ale przychodzi znów taki dzień jak dziś. Babcia płacze, szuka bezustannie czegoś. Przez pół dnia usiłowała przemycić do siebie wiadro z ogródka, takie do trawy, ziemi, chwastów itp. Wychodziliśmy za nią aby ją powstrzymać tłumacząc do czego owo wiadro służy. Wreszcie okazało się, że zniknął z jej łazienki zielony kubełek na śmieci. Wyparował, nie ma, oczywiście babcia nie wie co się stało, szuka. Ja przeszukałam każde możliwe miejsce, które mi przyszło do głowy łącznie z dużym pojemnikiem na śmieci przed domem. Już kilka razy wyciągałam z niego różne przedmioty wyrzucane przez nią, np. świecznik czy przykrycie od zaginionego właśnie zielonego kubełka. Całe popołudnie minęło „w stanie czuwania”, przemykała się na dwór, żebyśmy jej nie widzieli – a potrafi się poruszać bezszelestnie niczym duch. Dałam jej do łazienki zastępczo duży pojemnik po kapuście tłumacząc, że jutro kupię nowy kubełek, że nie ma się czym przejmować itd. Później Mąż poszedł do kuchni wyrzucić coś do śmieci i zobaczył, że w kuchennej szafce stoi poszukiwane jej zielone wiaderko z workiem ze śmieciami przełożonymi z normalnego kuchennego kubła,  zaś on sam został wciśnięty w szafkę, głęboko z tyłu. Cud, że nie zerwała przy tym rurek od wody. Do tego przyniesiona była miotełka do zamiatania podwórka… Ledwo to się wreszcie wyjaśniło usłyszałam płacz, że zginęły okulary. Leżały tuż przy niej…
Zmiany pogody, ciśnienia powodują takie perturbacje. Przypomina mi się problem z cukrzycą podczas pełni o czym pisała Aga. Czy nam się podoba czy nie, jesteśmy częścią natury i tego powiązania nic nie zmieni, choćbyśmy mieli o sobie nie wiadomo jakie mniemanie. I bez względu na nasze pojedyncze przeżycia natura karmi nasze oczy swoimi cudownymi dziełami sztuki. Na szczęście 🙂

Kwitnące drzewko na Ursynowie. Czyż nie jest doskonały każdy kwiat, każdy płatek, każdy listek, każdy szczegół stworzony przez Matkę Naturę?

Jakże różnorodne są dzieła Matki Natury, prawda? To skały w Pieninach

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

Dzień Strażaka

4 maja w dniu św. Floriana jest święto strażaków, mojej ukochanej formacji, z którą byłam związana przez całe życie, a nawet jeszcze przed urodzeniem 😉 Będę ją kochać do końca, mojego, nie jej 😉

W Szczawnicy tego dnia strażacy powoli  jadą na sygnale wozami bojowymi przez całe miasteczko, ludzie przystają, składają życzenia, nawet wręczają coś – pewnie jakieś drobne upominki. Piszę bo widziałam na własne oczy. Bardzo sympatyczny zwyczaj.

Wszystkich zawodowym pożarnikom i druhom ochotnikom składam naj-naj-naj- najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności, jak najmniej akcji ale przede wszystkim szczęśliwego powrotu do domu z każdego wyjazdu 🙂

Przejazd przez osiedle, niestety zdążyłam uchwycić tylko z tyłu

W Radomiu w skansenie znajduje się stary sprzęt pożarniczy

Od razu uruchamia mi się wyobraźnia i widzę akcję gaśniczą z użyciem tego pojazdu

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 34 komentarze

3 Maja

Dziś już mija trzeci dzień maja. Zrobiło się chłodniej, ale ponieważ nie chodzę po Pieninach, jest mi to obojętne, aby tylko z psami dało się wyjść, więcej nic nie trzeba. W minione długie majowe weekendy podczas których wyjeżdżaliśmy z Mężem, mieliśmy pogodę najprzeróżniejszą. Były upały, po których wracałam opalona jak po letnich wakacjach, były też deszczowe dni ale nam to wtedy nie przeszkadzało w pokonywaniu długich tras. Zdarzył się grad duży niczym przepiórcze jajeczka. Nigdy nie zapomnę jak wybraliśmy się do Zakopanego, odstaliśmy swoje w długim ogonku po bilet na kolejkę, żeby wjechać na Kasprowy a tam – śnieg! Ja z gołymi nogami na śniegu! Była niejednokrotnie tęcza na niebie, było święto wód na placu Dietla, były uroczystości związane ze świętem Trzeciego Maja, świętem Konstytucji.
W Szczawnicy 3 maja odbywają się uroczystości patriotyczne na Przysłopie, obok malutkiej osady góralskiej znajdującej się na szlaku na Przehybę. Tego dnia czci się również pamięć poległych za ojczyznę partyzantów AK oraz spaloną żywcem we własnym domu rodzinę
Fijasów. Na polanie stoi kaplica, tam zawsze w dniu 3 maja odprawiana jest msza, na którą tłumnie przybywają mieszkańcy oraz turyści. Daleką trasę trzeba pokonać z miasteczka do polanki na Przehybie. Nam się to zdarzyło kilkakrotnie, oglądaliśmy też z
przyjemnością banderię konną, która zawsze towarzyszy uroczystościom.

Majówka na śniegu na Kasprowym

Kaplica na Przysłopie, z przodu księga pamiątkowa, do której się wpisują goście

Tłumy ludzi przybywają na uroczystości

Tu widać jak pięknie położona jest kaplica

Z okazji święta dekoracje są na trasie przejazdu banderii konnej

Konie w górach, czyż to nie piękne?

Oczywiście nie mówię o jakości zdjęć, tylko o tym, co na nich widać. Szczerze mówiąc nie wiem czy widzicie cokolwiek. Jeśli kiedyś uda się zrobić porządne fotki ( czyli jeśli uda sie pojechać do Szczawnicy) to je wstawię. nie przyszłoby mi wcześniej do głowy, że będę je komuś pokazywać. Nam wystarczały, możemy je oglądać w kółko na okrągło 🙂

Muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o miłym akcencie dzisiejszego dnia 🙂 Otóż z małżonkiem i synkiem wpadła do nas blogowa nasza Myszka z bloga kotimyszkot.wordpress.com , która majówkę rodzinnie spędzała w W-wie zwiedzając ile tylko się dało. Przemiłe młode małżeństwo i cudowny, słodki mały synek, który oświadczył, że”już je z dużego talerza bo już jest duży” 🙂 🙂 🙂 Dostałam m.in. śliczną pelargonię, pięknie dokorowaną świecę i czarodziejską różdżkę dla Calineczki 🙂 Szkoda, że nie mam mocy aby jej używać 😉 Ileż dobrego mogłabym zrobić! Wciąż powtarzam, że gdybym miała czapkę niewidkę, siedmiomilowe buty i kije samobije zrobiłabym porządek w mieście i skończyłoby się demolowanie przystanków i bazgrolenie po murach. Bardzo miłe było spotkanie i z pewnością nigdy go nie zapomnę, zawsze wchodząc na blog Myszki będę miała przed oczami śliczną dziewczynę tryskającą ogromną ilością dobrej energii 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 3 komentarze

Wspomnienie z Tenczynka

Dzisiaj są urodzin mojej Babci Stefy (1898) a jutro Dziadka Staszka (1895). W Tenczynku mieszkałam u Dziadków od czwartego roku życia, nawet zaczęłam tam chodzić do szkoły, wprawdzie raptem dwa tygodnie ale zawsze 🙂 Mogłam się potem chwalić, że ja jedna chodziłam do tej samej szkoły co Dziadkowie i Rodzice. Spędziłam najszczęśliwsze chwile dzieciństwa biegając po Skałkach, chodząc po polach i marząc o niebieskich migdałach, słuchając śpiewu skowronków, głosu dzwonów kościelnych niosących się nad polami. Nie mogłam się doczekać
końca roku szkolnego, żeby już do Tenczynka pojechać i spędzić tam wakacje. Zawsze wtedy kwitły jaśminy rosnące w ogrodzie…
Ach, gdzie te lata… Dlatego dziś zdjęcia z Tenczynka.

Babcia z Dziadkiem przed domkiem

Tu widać piękny kościółek w Tenczynku

Kościółek jest nieduży, bardzo sympatyczny, taki …ciepły

A to zabytkowa dzwonnica tenczyńska, obecnie już odnowiona, to jest stare zdjęcie

Buczyna jest najwyższym wzniesieniem w Tenczynku, jeśli dobrze pamiętam ma ok. 314m npm

Nad całą okolicą wznoszą się ruiny zamku Tęczyńskich

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 23 komentarze

Ogródkowo

W niedzielę ranek wstał zachmurzony, szary lecz nie padało, dało się iść suchą nogą pomimo straszenia deszczem przez „pogodynki” obu płci. Nawiasem mówiąc deszcz bardzo by się przydał, tylko nocą, żeby w ciągu dnia można było korzystać z uroków wiosny. Bzy rozkwitły, pachną oszałamiająco a najbardziej w pokoju babci D. Rośnie krzak – właściwie już drzewko – prosto pod jej oknem i zapach wypełnia pokój od ściany do ściany, od podłogi do sufitu 🙂 Cała uliczka też pachnie. W zeszłym roku „ukradliśmy” odrost od korzenia bzu podczas psiego spaceru. Jeden był różowy, drugi biały. Jeden się przyjął, drugi nie. Nie mam pojęcia który i jeszcze tej wiosny się nie dowiem. Może za rok zakwitnie i wtedy się okaże. Jaka szkoda, że nikt nie stworzył bzu kwitnącego przez cały sezon. Kocham też jaśmin, ale mój taki jakiś rachityczny jest, niby rośnie lecz obsycha, potem wypuszcza byle jakie gałązki i słabo kwitnie. Szkoda, ponieważ kupiłam sadzonkę z pięknymi, pełnymi, pachnącymi kwiatami. Może od korzenia jakiś odrost się trafi i cały krzak urośnie od nowa. Tulipany już przekwitły, znów jesienią nie dokupiłam, żeby dosadzić. Lilie mam trzy, kiedyś były piękne lecz teraz coś je wyraźnie gryzie. Liście dopiero ledwo widoczne a już są pogryzione, podziurkowane i nie wiem przez jakiego owada. Dają się zauważyć takie płaskie zielone robaczki i drugie – czerwone. Muszę poszukać w necie co to takiego, czy szkodnik czy nie, nie wiem komu mam zwrócić uwagę, żeby zostawił moje kwiatki w spokoju 😉
Wiatr był taki silny, że zrzucił donice w których umieściłam bambusowe podpórki, po których piął się zimozielony bluszcz. Dziś obcięłam część pędów leżących na ziemi, okazało się, że połamane są plastikowe skrzynki i nadają się do wymiany. Dziś kupiłam sześć bratków i wsadziłam do dwóch skrzynek ocalałych tylko dlatego, że stały na oknach. Babcia D. pomagała przy w ogródkowych pracach, pograbiła małymi grabkami igły z trawy spod
iglaków, podlała doniczki. Trochę się niepokoję ponieważ psychiatra kazał odstawić lek i nie wiem co będzie, jaka reakcja. Bardzo nie lubię, kiedy wpada w dołek, jest smutna, pochlipuje i nie wiadomo jak jej pomóc. Na pytanie: co ci jest, co cię boli itd odpowiada, że nic i ucieka. Trudne to ale nie ma rady, taka jest rzeczywistość.

Taki jest cudny, pachnący i kwitnący mój bez

Taka była kiedyś jedna lilia dopóki jej coś nie zaczęło „zżerać”

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 19 komentarzy

Zbieg okoliczności?

W Wielkanocne Święta, które z założenia są radosne, doszło do zamachów terrorystycznych na dawnym Cejlonie, czyli na Sri Lance. Dokonali ich ekstremiści religijni zabijając i raniąc kilkaset osób. Koszmar z pewnością będzie się przypominał bliskim i znajomym ofiar
podczas każdych kolejnych Świąt. Każdy ekstremizm niesie ze sobą zagrożenie dla życia i zdrowia normalnych, zwykłych ludzi. Normalnych właśnie, tamci normalni nie są. Mają mózgi wyprane ze zdolności ludzkiego myślenia, z empatii, z przyzwoitości, z czegokolwiek poza nienawiścią i jakimś obłędem rządzącym nimi. Najgorsze, że wszystko w imię Boga, w imię religii „jedynej prawdziwej” lub „jedynie słusznej” prawdy. Do czego to prowadziło na przestrzeni wieków obserwujemy z perspektywy czasu i współcześnie zresztą też. Odczuliśmy w 1939 na własnej skórze i czuliśmy do 1945 roku. Potem także odczuwało wielu z tych, co przeżyli wojenny koszmar. Tym bardziej przeraża odradzający się nacjonalizm nie mający nic wspólnego z patriotyzmem (co się wciska ciemnemu ludowi), ekstremizmy religijne (ciekawe, że nie ma ateizmu ekstremistycznego), wzrost nietolerancji, rasizmu, agresji między grupami ludzi i jednostkami też (do tej pory nie było tylu ataków nożowników), nigdzie, nawet na zakupach nie można się czuć bezpiecznie. Myślę sobie, że całe zło zaczyna się od wychowania a raczej od jego braku. Nie uczy się dzieci szacunku dla drugiego człowieka, ustępowania miejsca starszym czy kobietom w ciąży, mówienia zwykłego „dzień dobry”, dzielenia się z innymi, skromności w zachowaniu, kultury na co dzień, zwykłej grzeczności, zasady savoir vivre’u istnieją już tylko na papierze, a wiadomo, że są tacy co nie odróżniają papieru zadrukowanego od toaletowego…
O matko, ale mi się zebrało to i musiało się ulać… Na szczęście są chlubne wyjątki, coraz ich więcej tylko – jak już kiedyś mówiłam – to, co złe krzyczy głośniej, panoszy się z hukiem a dobre robi swoje po cichu i bez rozgłosu, dlatego wydaje się, że jest mniejsze. Tu można
byłoby rozpocząć wywody – ale po co? Kto myśli – wszystko wie i czuje, kto nie – trudno, temu nic nie pomoże.
Wracam jeszcze do Świąt. Rodzinka moja kochana była u nas w obydwa świąteczne dni. Nastolatki nie zaglądały do telefonów, co jest niesłychane wprost. Natomiast Calineczka – wiadomo, uwagę na sobie skupiała, przecież z oka nie można tej szkrabusi na sekundę
spuścić. Przemieszcza się (prawie) z prędkością światła 🙂 Poza chodzeniem po schodach w górę i w dół najbardziej przypasowało jej malowanie kredą po chodniku, Szilkę też chciała pomalować 🙂 Poza tym bajeczki z naklejkami są na topie i naklejanie tychże gdzie się da,
na wszystkich meblach, ścianach, gdzie jej przyjdzie do główki 🙂
Jest też wspaniała wiadomość, moja przyjaciółka M. została wczoraj babcią po raz drugi 🙂 Pierwsza wnuczka urodziła jej się w dzień urodzin przyjaciółki M. z liceum o imieniu Anna. Druga – w dzień moich urodzin, czyli drugiej przyjaciółki też Anki. Zbieg okoliczności?

Niech droga życia nowej mieszkanki naszej planety będzie czysta, przejrzysta, rwąca i piękna niczym wody Dunajca 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy