Kulinarnie w poniedziałek

W kwestii domowych wypieków uprzejmie donoszę, iż w dalszym ciągu u nas w domu króluje jednojajkowiec Lucii. Za najsmaczniejszą wersję uważamy zgodnie tę z jabłkami, czyli właściwie szarlotkę. Poza tym w każdym następnym wypróbowanym przypadku również się zgadzamy 🙂  Wszystkie są równorzędne pod względem smakowitości, bez względu na nadzienie, którym były już konfitury wiśniowe i jagodowe, dżem truskawkowy, morelowy, brzoskwiniowy, porzeczkowy oraz przecier jabłkowy uchowany przez przypadek między innymi słoikami. W sobotę upiekł się z powidłami śliwkowymi.

Oświadczam uroczyście, iż jednojajkowiec jest ciastem jednodniowym ponieważ na drugi dzień już go nie ma, znika i ślad żaden nie pozostaje nawet w postaci okruszynek. Chyba, że jest zrobiony z trzech porcji, wtedy wchodzi na dużą blachę i jego żywot jest nieco dłuższy 🙂 W związku z powyższym murzynek – do czasów rzeczonego jednojajkowca w rankingu Męża zajmujący pozycję numer jeden – zaczyna się pogrążać w mrokach niepamięci.

Tak się prezentuje w trzech odsłonach, jeden to na pewno z jabłkami, drugi nie pamiętam, a trzeci z jagodami, bo widać najciemniejsze nadzienie

Szkic, czyli wpis „na brudno” czyniłam (nie popełniałam) podczas emisji programu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Za tydzień ostatni już, finałowy odcinek będzie. W tej chwili Lukasz Zagrobelny jako Pavarotti śpiewa „Ave Maria”. Zadziwiające, że tak można się nauczyć tak śpiewać w przeciągu tygodnia. Przepiękny tenor. Akurat się trafiło gdy pisałam o jedzeniu, hi hi  🙂 Prawidłowo, bo mistrz lubił dobrze zjeść 🙂

W ciągu ostatniego czasu uczę się zmieniać nawyki żywieniowe. Nie jakoś drastycznie, od dawna staram się w miarę zdrowo gotować, ale teraz z listą dozwolonych produktów w ręku. Na niej wyraźnie napisano, żeby unikać majonezu. I co zrobić? Sałatka bez majonezu? Strząsnęłam z siebie niechęć, ruszyłam głową i dodałam musztardę, olej z pestek winogron (okulistka poleciła na oczy), czosnek, sól, pieprz, paprykę, curry i jedynie odrobinkę majonezu. Smakowała zupełnie dobrze, choć inaczej niż dotąd. Wyglądała równie apetycznie.

Kolory pobudzają apetyt

Inną propozycją na śniadanie czy kolację jest sałatka/pasta jajeczna, z jajek i cebulki plus sól i pieprz, połączone – roztarte z masłem, tak robiła moja mama. Może być zamiennie z majonezem.

Posypana szczypiorkiem z cebuli, którą włożyłam do wody widząc, że wypuszcza zielone pędy i dochowałam się własnego szczypiorku na oknie w kuchni

Zastanawiając się jaką zupę ugotować domownikom – przypomniałam sobie o żurku podlaskim. Nie pamiętam skąd mam przepis, dość dawno zapisałam w zeszycie jako wypróbowany.

Potrzebne są wg przepisu: 2 kostki warzywne, kawałek wędzonej kiełbasy, 2-3 ziemniaki, 2 ząbki czosnku, 2 marchewki, 2 cebule, trochę śmietany, liść laurowy, ziele angielskie, kwasek cytrynowy, cukier, majeranek.

# Do garnka wlać 2 l. wody, dodać 2 kostki warzywne, 4 ziela ang., kiełbasę w kostkę pokrojoną, marchewkę startą na dużych oczkach, cebulę pokrojoną w ósemki oraz ziemniaki w kostkę. Gotować aż zmiękną.

Zamiast kostek zdrowiej będzie dać ugotowany własny wywar z warzyw. Kiełbaskę (tylko odrobinę drobiowej) dodaję pod koniec gotowania. Myślę, że zapach i smak wędzonki można uzyskać w inny sposób, wegetarianie na pewno wiedzą jaki, a ja poproszę o podpowiedź 🙂

# Kiedy ziemniaki zmiękną – śmietanę wlać do zupy ( rozprowadzoną wywarem, w ilości – wg gustu), dodać czosnek zgnieciony, majeranek, szczyptę kwasku cytrynowego i 2 płaskie łyżeczki cukru.

To wg przepisu – każdy sam, zgodnie z własnym gustem doda przyprawy. Zaręczam, że nikt dotąd nie poznał, że nie jest to tradycyjny żurek!!! Jeszcze sobie przypomniałam, że do gotowania dodałam trochę kaszy manny, żeby żurek nie był wodnisty lecz zawiesisty, jak prawdziwy żurek powinien być.

Tak się prezentował na talerzu

Życzę spokojnego, pogodnego i smacznego tygodnia 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 37 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 20

Wyjaśnić należy skąd się wzięły dwa stworzenia, które ostatnio dołączyły do „mafijnego” zwierzyńca, czyli Kot i Sara.

Kot to był kot nad koty, bo przecież żaden normalny kot nie pojawiłby się w pobliżu Azy sam, z własnej woli. Kot po prostu wszedł do pokoju, przemaszerował przed nosem zaskoczonej psicy i został. Działo się to podczas wizyty u mamy Michała, a nadmienić należy, iż na podwórku mieszkało dużo wolno żyjących kotów dokarmianych przez życzliwe dusze. Dorota nie mogła się nadziwić zmianie zachowania Azy. Sunia bez zastrzeżeń zaakceptowała nowego członka rodziny i nikt nie wiedział z jakiego powodu, ponieważ jej stosunek do innych kotów pozostał bez zmian.

Przed nowym szkolnym budynkiem nie wiadomo skąd znalazła się czarna psina. Średniej wielkości, przypominająca wyglądem Abę. Łasiła się do dzieci, niektóre dzieliły się z nią swoim śniadaniem, głaskały, ale po lekcjach wracały do domów. Czarna kulka zostawała sama i kuliła się z zimna pod płotem. Z początku szła za dziećmi, pełna nadziei machała ogonkiem, zaglądała w oczy, lecz dzieci rozchodziły się każde w swoją stronę  i zostawała na chodniku coraz smutniejsza, coraz bardziej zrezygnowana, opuszczona, samotna i nieszczęśliwa obok ludzkiego tłumu, który nie zwracał na nią uwagi jakby była przedmiotem, a nie żywą, czującą istotą.

Chłopcom Steni zrobiło się żal biednej istotki, bezdomnej, marznącej pod płotem, moknącej na deszczu. Zaczęli zanosić jej jedzenie,  zaś ona szła za nimi pod samą klatkę i kładła się pod drzwiami oczekując aż znowu wyjdą. Witała ich jak swoją rodzinę. Chłopcy przypuścili zmasowany atak na rodziców w celu uzyskania zgody na przygarnięcie biedactwa. Stenia była skłonna się zgodzić, lecz Ziutek czujący śmiertelną obawę przed każdym szczekającym czworonogiem, za nic na świecie nie chciał ustąpić. Zapłakany młodszy synek powiedział, żeby tata poszedł sobie mieszkać do babci, bo on woli mieszkać z psem.

Dorota była na Ziutka wściekła. Nie podobał jej się sposób, w jaki traktował Stenię, choć ona ze śmiechem powtarzała: „my jesteśmy zgodnym małżeństwem, zawsze mamy jedno zdanie na każdy temat – zdanie Ziutka”. Stenia zrobiła prawo jazdy, jeździła samochodem, ukończyła kurs rolniczy, żeby mieć uprawnienia wymagane do  posiadania działki po ciotce. Była miła, ciepła, sympatyczna, ogólnie lubiana, pracowała w zawodzie – a była inżynierem z wykształcenia – oraz wyszukiwała prywatne zlecenia dla Ziutka, żeby on mógł sobie spokojnie pracować w domu robiąc to, co żona mu pod nos podstawiła. Poza tym prowadziła dom, zajmowała się dziećmi i mężem na dodatek. Ale zdanie liczyło się jego, jakby on robił wszystko to co Stenia. Ona jednak nie przejmowała się obawami sąsiadek, twierdziła, że wszystkiemu podoła.

– Typowa polska kobieta – zgryźliwie stwierdziła Dorota. – Zamęczy się na śmierć, żeby pan i władca miał pod nos podstawione, żeby absolutnie nie zmęczył się myśleniem, cholera jasna.

No i właśnie Ziutek naraził się Dorocie jakąś kolejną niefortunną wypowiedzią. Kiedy przyszedł do Magdy skorzystać z telefonu jak codziennie, ona siedziała w kuchni rozmawiając z sąsiadką. Zerwała się, zablokowała mu sobą dostęp do aparatu.

– Przygarnij suczkę, jest taka biedna, odpłaci ci sercem, zobaczysz – powiedziała. – Dzieci też uszczęśliwisz.

– Nie potrzebuję takiego czegoś w domu…

– Gdybyś był moim mężem to bym cię otruła albo w nocy gardło poderżnęła –  wysyczała jadowicie wbijając w niego świdrujące spojrzenie.

– No co ty, no co ty… – zaczął mamrotać wycofując się w stronę drzwi i zrejterował porzucając w tempie przyspieszonym Doroty towarzystwo oraz zamysł wykonania połączenia telefonicznego.

Dorota wróciła do kuchni, usiadła na swoim miejscu z niewinną minką.

– Co ten Ziutek? Miał dzwonić i zniknął – zdziwiła się Magda.

– Wiesz, on jest taki … nieskoordynowany… – stwierdziła Dorota.

A dwa dni później na klatce zrobił się ruch niespodziewany. Ziutek pozwolił chłopcom przyprowadzić do domu Sarę, bo takie imię otrzymała czarna sunia.  Dorota oświadczyła wszem i wobec, że złego słowa na Ziutka nigdy nie powie, bo on jest bohaterem. Przemógł swój strach i pokonał obawy, a to wymaga dużej odwagi i hartu ducha. Pogratulowała mu też decyzji. Po jakimś czasie okazało się, że Ziutek pokochał sunię przeogromnie z wzajemnością. I przestał bać się psów.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Galicja – 1918

Wczoraj raniutko zajrzałam na chwilę do bloga, było wszystko w porządku. Wyłączyłam Lapcia, potem byłam zajęta, w międzyczasie Mąż chciał wejść na moją stronę, ale mu się nie udało. Spróbowałam od siebie – niestety, wyświetlił się napis, że nie mogę, nie ma i to samo
było z pocztą przynależną do bloga. Teraz jest ok, była przerwa na konserwację, czy coś takiego. Nieważne. Ja o tym nie wiedziałam, Duży zapomniał mi powiedzieć. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym jak ja się poczułam, kiedy pomyślałam, że zostałam odcięta od bloga, od Was, że wszystko co na blogu było pofrunęło w kosmos. Otóż poczułam się okropnie! Jakby mnie zamknięto w celi, odcięto od świata od wszystkiego co napisałam, zapisałam … Nagle przypomniał mi się żołnierz z I wojny, który po latach został odnaleziony w podziemiach twierdzy w Przemyślu, który spędził tam długi czas, bo został zasypany, nie miał możliwości opuszczenia przypadkowego więzienia, obywał się bez światła, przebywał w kompletnej ciemności, sam – bo współtowarzysz niedoli nie wytrzymał i popełnił samobójstwo… Głupie to z mojej strony, ale takie właśnie miałam galopujące skojarzenia, na które przecież nie ma się wpływu, można je tylko wyłapać…
W panice atakowałam biedne dziecko mailami dopóki nie ochłonęłam i nie zaczęłam myśleć. Przecież mam adresy Waszych blogów. Z wordpressem miałam kłopot, ale przezwyciężyłam. Z blogspotem żadnych problemów, weszłam i odezwałam się bez przeszkód. Pod wieczór już było wszystko w porządku. A ja pomyślałam – jak to się dzieje, do czego doszło, że w świecie rzeczywistym wobec ogromnej masy problemów, które spadają na głowę – świat wirtualny staje się miejscem odpoczynku, oderwania się i wprost regeneracji. Tylko wtedy, kiedy zajmuję się swoim nowym wpisem albo czytam Wasze zapominam o problemach, o chorobach otoczenia, o swoim bólu stawów czy przyduszającej astmie.

Jeśli chodzi o wczorajsze święto mam jedno konkretne spostrzeżenie, które poczyniłam na podstawie relacji w tv. W wielu miastach w kraju, między innymi w Krakowie, obchody Święta Niepodległości były radośniejsze, weselsze, przyjazne rodakom. Wszystkim – tak jak powinno być. Bez dymów, palących się pochodni, rac, petard i skandowanych haseł w rodzaju „raz sierpem…”- co słyszałam na własne uszy; bez skandalicznych obrazków, gdy rodzic do małego dziecka mówi, że musi (dziecko) zobaczyć jak się biją…

Jeśli chodzi o Kraków mam stosunek emocjonalny do miasta sprzed 101 lat. Legenda Galicji wciąż jest żywa, jest zakodowana chyba w DNA wielu osób mających tam swoje korzenie. Cesarz Franciszek Józef I do dziś żyje w świadomości – albo podświadomości – jako przedmiot tęsknoty do tego co łączy, a nie dzieli. Nie będę się „wymądrzać osobiście”, skorzystam ze słów mądrych ludzi, w tym przypadku jest to dr hab. Zbigniew Fras w pozycji „Galicja”, Wrocław 1999, Wydawn. Dolnośląskie.
„Dość powszechna była w Galicji opinia, że Polacy należą do narodów szczególnie lubianych przez cesarza, w każdym razie bardzo wielu mieszkańców Królestwa Galicji i Lodomerii było o tym święcie przekonanych. W drugiej połowie XIX w., z trzech zaborców, Austria
stworzyła Polakom najkorzystniejsze warunki życia narodowego. Franciszkowi Józefowi pamiętano więc nie czasy rządów absolutnych, ale wprowadzenie języka polskiego w urzędach, utworzenie Akademii Umiejętności czy zwrócenie Polakom Wawelu”.
Cesarz kilkakrotnie odwiedzał ziemie Galicji. Trzecią podróż, która miała miejsce jesienią 1880 r. opisał Józef Trzaskowski, dzierżawca z podkrakowskiej wsi, mówiąc o cesarzu, że     ” wjechał jako ukochany ojciec między kochające dzieci. Nie było ani jednego bagnetu na
strzeżenie jego osoby, a otaczało go 50 tysięcy serc kochających”.
Po raz czwarty Franciszek Józef przybył do Galicji w 1894 r., 7 września to było. Mój dziadek Staszek urodził się 1 maja 1895 r. i tamte lata są mi bliskie, odbieram je gdzieś w głębi duszy jako „moje”, uwielbiam filmy, zdjęcia, obrazki oddające klimat epoki, mam wrażenie, jakbym je znała z autopsji, jakbym tam już kiedyś żyła i jestem „u siebie”… Ot, takie sobie dyrdymałki… Możliwe, że wynika to z faktu, iż najwcześniejsze lata dzieciństwa spędziłam u dziadków w Tenczynku, poruszałam się w miejscach wyglądających jak w XIX wieku np. domek prababci Marianny tak wyglądał, babcia Stefa w szkole śpiewała hymn ku czci cesarzowej ze słowami: „Cześć Elżbiecie, cześć i chwała…. bo z Habsburgów losem złączon jest na wieki Polski los”. I tak to Galicja siedzi w człowieku razem z cudownym obrazem podkrakowskich mgieł … Dziadek Staszek był podczas I wojny w armii austriackiej i przeszedł piechotą kawał Europy, bo właśnie do piechoty go wzięli. Nad łóżkiem wisiał okrągły zegar, który dziadek przyniósł z wojny do domu, na którym moja mama uczyła się liter jako dziecko, tak przynajmniej zapamiętałam z tego, co opowiadała.
Wracając do Najjaśniejszego Pana – cesarz odwiedził Wystawę Krajową, „… która w zamyśle organizatorów miała być nie tylko przeglądem osiągnięć ekonomicznych, ale także manifestacją siły i żywotności narodu. Dlatego rozbudowano szczególnie tę część wystawy, w której prezentowano dzieje Polski, jej kulturę i sztukę. Przewodniczący komitetu organizacyjnego, ks. Adam Sapieha, w nawiązaniu do 100. rocznicy insurekcji kościuszkowskiej zamówił u znanych twórców, Jana Styki i Wojciecha Kossaka, monumentalne dzieło malarskie – panoramę zwycięskiej dla Polaków bitwy pod Racławicami. Wśród 200 tys. osób, które obejrzały Panoramę Racławicką w trakcie Wystawy Krajowej (od czerwca do października 1894 r.), by także cesarz Franciszek Józef”.
Oglądając Panoramę Racławicką mało kto zdaje sobie sprawę z przyczyny i czasu jej powstania, prawda?
Potem przyszły lata I wojny, która przyniosła zmiany w całej Europie. Tu też przytoczę słowa dr. Frasa. „Już 27 października 1918 r. w Krakowie z inicjatywy galicyjskich posłów do parlamentu wiedeńskiego powołano Polską Komisję Likwidacyjną – pierwszą na ziemiach polskich suwerenną władzę narodową. W przyjętej uchwale stwierdzono: > ziemie polskie pozostające dotychczas w obszarze monarchii habsburskiej należą do państwa polskiego< (…) Wyzwalanie spod austriackiego panowania miało tu w zasadzie charakter pokojowy. 30 października zgromadzeni na wiecu w Krakowie urzędnicy oświadczyli, że uważają się za > funkcjonariuszy państwa polskiego<, następnego dnia zaś Austriacy przekazali władzę w mieście stronie polskiej. Jeszcze tego samego popołudnia ówczesny prezydent Krakowa Jan Kanty Fedorowicz przyjął na pożegnalnym obiedzie austriackiego komendanta miasta gen. Siegmunda Benigniego i jego oficerów.”
W Galicji Wschodniej tak łatwo już nie było, wybuchła wojna między Polakami a Ukraińcami, ale to inny temat.
” Z polskiego punktu widzenia w Galicji nie było potrzeby przeprowadzania radykalnych zmian. Dzięki uzyskanej przed pół wiekiem autonomii w prowincji dominowali polscy politycy i urzędnicy, nauczyciele, prawnicy i dziennikarze. Liberalne ustawodawstwo austriackie, w połączeniu z polonizacją administracji, szkolnictwa i sądownictwa, sprzyjały nie tylko rozwojowi inteligencji, ale także demokratyzacji kultury narodowej (…) Dla odradzającej się po stu dwudziestu trzech latach Rzeczypospolitej Galicja stała się ważnym źródłem fachowych i patriotycznych kadr urzędniczych, pracowników przemysłu i handlu, a także działaczy politycznych i społecznych, przywykłych do funkcjonowania w systemie demokracji parlamentarnej. Legalne i bujne życie polityczne, obrady sejmu krajowego i
wiedeńskiej Rady Państwa, kampanie wyborcze, wolna prasa, działalność licznych organizacji społeczno-zawodowych, instytucji samorządowych, wszystko to sprzyjało budowaniu i rozwojowi kultury politycznej. Przez ostatnie pół wieku istnienia monarchii posłowie galicyjscy w parlamencie wiedeńskim należeli do większości rządzącej i zasiadali we wszystkich gabinetach austriackich. Mieli więc sposobność uczestniczenia w wielkiej polityce i nauczenia się trudnej sztuki kompromisu. W Polskiej Komisji Likwidacyjnej zgodnie współpracowali endecy, ludowcy i socjaliści”
W ostatnim zdaniu mieści się źródło sukcesu i normalności. Nasuwa się pytanie, czy taka współpraca możliwa byłaby dziś? Po obejrzeniu programu z przedstawicielem konfederacji wątpię a słuchając ich lidera mam jeszcze więcej wątpliwości w tym względzie.
” W świadomości społecznej pamięć o Królestwie Galicji i Lodomerii, kraju koronnym ck monarchii pozostała znacznie dłużej, przeradzając się z czasem w obraz coraz bardziej idealistycznej krainy harmonii i szczęścia, krainy zgodnego współżycia grup etnicznych, religijnych i społecznych, z którą niedoskonała i skomplikowana współczesność ledwie mogła się równać.”
Jako ciekawostkę dodam, że dnia 11 listopada 1918 r. abdykował ostatni cesarz austriacki Karol I, o którym mało kto pamięta. Jeszcze w 1921 r. próbował na Węgrzech przywrócić monarchię Habsburgów, ale nie udało mu się i został internowany na Maderze.
Faktem jest, iż do tej pory, w XXI wieku cesarz Franciszek Józef jest wspominany z nostalgią, a portrety monarchy pojawiają się w przestrzeni publicznej w różnej formie.

Portret cesarza Franciszka Józefa upstrzony przez muchy – jak u Szwejka – w Muzycznej Owczarni w Jaworkach koło Szczawnicy

Przeziębiona Ania pod portretem cesarza. Co tam katar i wygląd, liczy się towarzystwo monarchy 😉

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, Tenczynek | 30 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 19

Okazało się, że nawet krótki czas przebywania w szkole z Agatą spowodował problemy zdrowotne u Inki. Wyraźnie bardziej niż siostra przeżyła dwuznaczne uwagi pod adresem matki. Aldona zdawała sobie sprawę, że przeniesienie dzieci do innej szkoły było jedynym wyjściem dla zapewnienia spokojnej nauki i normalnego rozwoju wrażliwym dziewczynkom. Po konsultacji ze szkolną panią psycholog zapisała Inkę do neurologa. I właśnie zdegustowana wróciła z wizyty. Musiała odreagować. Zastukała do drzwi sąsiadki. Otworzyła Justysia.

– Cześć rybko, jest mama?

– Jest, jest – dał się słyszeć ze środka głos Magdy.

– To wyjątkowo wcześnie, ciociu, jak na mamę – otworzyła dziewczynka drzwi na całą szerokość.

– Chcesz herbaty? – spytała Magda i nie czekając na odpowiedź postawiła na stole dwie szklanki. – O rany, coś taka blada? Siadaj.

Aldona usiadła z ciężkim westchnieniem.

– Co za koszmarny dzień. Byłam z Inką u neurologa, neurolożki właściwie, bo to była ona. Oświadczam, że gdyby mnie spytano czy ja jestem normalna czy ta kobieta, miałabym poważne wątpliwości. Mimo, iż od urodzenia wiem, że to ja jestem stuknięta.

– Niczego nowego nie odkryłaś – wzruszyła Magda ramionami.

– No to ja ci bardzo dziękuję za szczerość. Człowiek idzie po dobre słowo i co słyszy…

Magda parsknęła śmiechem.

– Przecież powszechnie wiadomo, że wśród psychiatrów jest najwięcej wariatów – powiedziała. – Przyszedł raz do mnie do sklepu, do tego starego, taki jeden. Nawet pieczątkę przystawił na papierku więc mam dowód, że lekarz. No więc przyszedł i gadał o egzorcyzmach wpatrując mi się tak intensywnie w oczy, że jeszcze podczas drogi do domu czułam to spojrzenie, a nocą przyśnił mi się jako diabeł. Brr, koszmar.

– Słuchaj Magda, neurolog, do tego kobieta, powinna być ciepła, serdeczna, promieniująca czymś dobrym…

– Na jakim świecie ty wciąż żyjesz…

– W szpitalu takie właśnie były. Nie przerywaj. Ona mi też przerywała. Prawie się na mnie darła, tylko po cichu. Powiedziała, że traktuję ją instrumentalnie w celu zdobycia jeszcze jednego zaświadczenia do kolekcji, że ona tu nie widzi potrzeby badania neurologicznego, że jak ja dojrzeję do tego, żeby dziecku pomóc, to ona chętnie. Ale teraz? Owszem, napisze co o tym myśli i jeszcze zadzwoni do pani psycholog, która dziecko przysłała. Rozumiesz?

– Cicho Doniczko, nie gorączkuj się – uspokajała Magda sąsiadkę. – To już minęło.

– Czy ty wiesz jak ja się czułam? Po wczorajszym wypadku w pracy…

– A co się stało? – zainteresowała się Justysia.

– Koleżanka straciła przytomność i pogotowie ledwo ją odratowało – wyjaśniła Aldona. – Myśleliśmy wszyscy, że nie żyje. To było potworne. W nocy oka nie zmrużyłam, serce mnie bolało, a rano półprzytomna wstałam ze świadomością, że muszę jechać do poradni. Nie chciałam brać tabletki na uspokojenie, bo… no nie chciałam i już. Przed oczyma widzę bezustannie masę problemów, które jakoś muszę sama rozwiązać, a ta kobieta do mnie z kretyńskim tekstem. Jestem wykończona. Tam też byłam i poczułam, że nie mogę zahamować łez. „Czy pani uważa, że to jest normalna reakcja?” Ona tak do mnie powiedziała. Wyobrażasz sobie? A ja jej na to: to nie jest normalna reakcja ale ja zdaję sobie z tego sprawę. Odpowiedziałam jej tak ze świadomością, że jest to ostatni człowiek, którego mogłabym o cokolwiek poprosić. Gdyby nie odezwał się mój kompleks wiecznie krytykowanego dziecka, to bym po prostu wstała, zabrała swoje papiery, powiedziała: ‘żegnam” i wyszła. Często już udaje mi się postępować tak jak powinnam, ale tu byłam przygwożdżona do krzesła, zupełnie jakby oczy bazyliszka na mnie patrzyły. Nieraz miałam ochotę poszukać pomocy u psychoterapeuty ale ta kobieta wyleczyła mnie z takiej chęci.

– I bardzo dobrze – stwierdziła Magda.- Po co masz całkiem obcym opowiadać o swoich problemach. Musi być ktoś pewny, ktoś zaufany, bo w przeciwnym razie potraktuje cię jak przeciętny belfer dziecko w szkole i zniszczy. Pewnie, że są ludzie czujący potrzebę niesienia pomocy i robią to. Znam Baśkę psycholożkę, która jest świetną dziewczyną. Sama masz przecież kilka „pacjentek”. Mało to razy mnie samą wyciągałaś z dołka? A reszta naszej „mafii”? Ciągle któraś coś przeżywa i potrzebuje wsparcia. Daj spokój myślom o tej babie. Nauczyłaś mnie, że każdy odpowiada sam za siebie więc i ona odpowie za krzywdę, którą tobie wyrządziła…

– To nie ja, to Teresa. I nie życzę nikomu…

– Wiem, wiem – machnęła ręką Magda. – Nie życzysz nikomu niczego złego. I może dlatego dostajesz po głowie, bo jakaś równowaga zachowana być musi.

Głośno i natarczywie odezwał się dzwonek domofonu. Przyszła Dorota. Obiecała i przyszła. Zrobiła porządek w szafach oraz na pawlaczu i znalazła kilka ciuszków pasujących na Justynkę. Poprzednio przyniesiona partia dziewczęcych szmatek pochodziła od koleżanki, która miała dwie starsze córki. Wszystkie zaprzyjaźnione „ciotki” pomagały sobie w ten sposób, a dzieci od małego przyzwyczajone były, że ubrania z których wyrosły, oddawały młodszym. Jakoś do tej pory żadne nie złościło się z tego powodu i nie buntowało. Jedynie Justysia jako najstarsza z dziewczynek oraz Maciek z Olkiem jako „ najwięksi z całej wsi” byli zaopatrywani w nowe rzeczy. Nie budziło to zazdrości reszty dzieciaków bo wiedziały, że jak urosną też będą miały nowe. Teraz miały ważniejsze sprawy na głowach.

Justyna skoczyła po bliźniaczki, wszak w kobiecym towarzystwie oglądanie ciuchów to większa frajda. Dziewczynki zajęły się oglądaniem i przymierzaniem.

– Po co ty to wszystko trzymasz w domu? – dziwiła się Aldona. – Nigdy już w te szmaty nie wejdziesz, za małe na ciebie. Przecież to moda z lat naszej młodości. Wtedy nosiło się rzeczy obcisłe i dopasowane. Ja bym już w tym nie mogła chodzić. Przyzwyczaiłam się do luzu i swobody.

– Z jakiej młodości – oburzyła się Dorota. – Ja cały czas jestem młoda i zawsze będę. W przeciwieństwie do ciebie, bo ty jesteś stara i siwa.

– Stara tak, ale siwa już nie  – uśmiechnęła się Aldona.

– Jak to nie? Pokaż no się, chodź do światła. No chodźże, wyraźnie chyba mówię. Muszę ci się przyjrzeć.

Zaciągnęła przyjaciółkę pod lampę i obejrzała dokładnie ze wszystkich stron.

– Rzeczywiście. Nareszcie się zrobiłaś podobna do żywych ludzi. Można się już pokazać w twoim towarzystwie.

– Co to znaczy ”już”?

– A to, że wszyscy wiedzą, iż jesteśmy z tego samego roku i kto spojrzał na ciebie, od razu myślał, że ja też jestem taka stara jak ty.

– Znowu zaczynasz…

Z dzikim okrzykiem wpadł do kuchni Filip. Magda, Aldona i Dorota równocześnie podskoczyły na krzesłach.

– Jak cię… – zaczęła Magda.

– No co? To było wejście smoka – bronił się Filip.

– Widzisz mamo jak ja się muszę męczyć? – wołała z przedpokoju Justynka. – Bardziej niż ty. Mam z nim więcej do czynienia, bo wcześniej wracam ze szkoły niż ty z pracy.

– O rany, co za dzieci – jęknęła Magda. – Filip do łazienki. Myć się i spać.

– Po co? Przecież jutro jest sobota, a ja już dzisiaj spałem – bronił się. – Nie chcę iść spać.

– Do łazienki! – Magda podniosła się z miną nie wróżącą niczego dobrego.

– No już idę, idę – przezornie wycofał się z kuchni

– Mamusiu – zawołała po chwili Justysia. – On wziął komiks do czyszczenia zębów, żeby się nie nudzić!

– Uspokójcie się wreszcie – krzyknęła zniecierpliwiona matka.

– Po ostatniej wizycie u stomatologa Kajtuś oświadczył, że będzie zabójcą dentystów jak dorośnie – powiedziała rozbawiona Dorota.

– A Filip wychodzi do szkoły za pięć ósma i twierdzi, że się nie spóźni, ponieważ ma dłuższe nogi niż wtedy, kiedy wychodził za piętnaście – uśmiechnęła się Magda. – No i czy przy tych dzieciakach można mieć choć odrobinę spokoju?

Rozległo się stukanie do drzwi i weszła Danusia.

– O, trafiłam na zbiórkę. Czemu mnie nie zawołałyście? Dawno się nie zbierałyśmy. Mogę zadzwonić?

– Możesz – uprzejmie odpowiedziała Dorota. – Budka pusta.

– A ty co się rządzisz? Twój telefon? – zwróciła jej uwagę Aldona.

– Nie mój, ale co to za różnica?  – puściła oko do Magdy. – Twój też nie, Donico, więc się  nie czepiaj.

– Ciociu – Justynka przyjrzała się uważnie Dorocie, – czy ty byłaś u fryzjera z grzywką?

– Nie, skarbie, z reguły grzywkę zostawiam w domu kiedy idę do fryzjera – ze słodziutkim uśmiechem odpowiedziała zapytana.

– Ciocia to tak zawsze – mruknęła dziewczynka.

Danusia skończyła rozmowę telefoniczną i usiadła obok Aldony.

– Wiecie dziewczyny, zakończyłam koszmar hydrauliczny – powiedziała.

– Co zakończyłaś? – zdziwiła się Aldona.

– Aha, ty nie wiesz, bo cię akurat nie było. U sąsiadów pode mną zepsuł się zawór od ciepłej wody i zalało Czesia z pierwszego piętra, tak poleciało.

– Nawet do mnie doszło – wtrąciła Magda. – U mnie akurat Marcin oglądał telewizję, zobaczył, że kapie z sufitu to podłożył miskę i oglądał dalej. Masz pojęcie?  – rozłożyła ręce w geście bezradności.

– Mój Bronek nie lepszy – pokiwała głową Danusia. – W czasie deszczu zaczął kiedyś przeciekać sufit. Narobiłam krzyku, a mój mąż wyjrzał przez okno i stwierdził, że przecież pada, to o co mi chodzi.

– To się nazywa odpowiednie podejście do życia, w obu przypadkach – śmiała się Aldona.

– No i słuchaj dalej – podjęła temat Danusia. – Tego samego dnia był u mnie hydraulik zamówiony wcześniej, żeby wymienić rurkę doprowadzającą wodę do spłuczki. Załapał się i na tamtą, awaryjną, robotę. Czesia z rodziną nie było, ja miałam klucze i wszyscy, całą klatką, ratowaliśmy Czesiowi mieszkanie. Aż tu przychodzi do mnie powiadomienie z PZU, że ja mam zapłacić straszną furę pieniędzy, bo to ja zalałam! Wyobrażacie sobie?  Napisałam wyjaśnienie, że to nie ja. W odpowiedzi przysłali mi ponaglenie, odbitkę protokołu i do tego straszyli sądem i komornikiem. Ile mnie to nerwów kosztowało! Nie wiedziałam co robić. Dorota kazała mi iść do spółdzielni wyjaśnić sprawę. Musiałam zamknąć sklep i poszłam.

– I udało ci się to odkręcić?

– Byłam tak stanowcza jak nie ja i wytłumaczyłam pani urzędniczce, chociaż z wielkim trudem, że woda nie płynie z dołu do góry…

– No to miałaś wesoło prawie niczym ja dzisiaj. Idę już dziewczyny, po tych neurologicznych atrakcjach czuję się zmęczona – podniosła się Aldona.

– Poczekaj jeszcze chwilę – przytrzymała ją Dorota za rękę. – Siadaj, rozweselę cię przed spaniem. Słuchajcie. Obierałam ziemniaki, sporą ilość na zapiekankę. W tym czasie Kot trzy razy próbował dostać się do lodówki. Ochlapanie wodą to skuteczna metoda odstraszająca więc uciekł z kuchni. Znaczy: tę rundę wygrałam. Nie było go kilka minut. Wrócił z jakimś małym przedmiotem w pyszczku i rzucił to na podłogę. Chwilę się bawił podrzucając tak, by spadało w różne miejsca, po czym wtoczył pod lodówkę. Tym razem nic złego nie zrobił, wyciągnął zabawkę spod lodówki, a że się przy tym otworzyła to przecież nie jego wina. Jak już była otwarta, należało coś przekąsić, szkoda zmarnować taką okazję. Złapał kawałek kiełbasy i dał drapaka.

– Mądrala. Jak to mówią moje córki: kot też człowiek – skwitowała Aldona.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

„Milioner” z Januszem Gajosem w roli tytułowej

W sobotę trafiłam przypadkiem na film z Januszem Gajosem, film, którego nie nie widziałam wcześniej. Chyba nie widziałam. W każdym razie nie pamiętam. Być może nie zanotowałam w pamięci bo mnie nie zainteresował, tematyka wtedy była odległa… Mogło tak być. W sobotę obejrzałam (nie od samego początku) okiem osoby dojrzałej i doświadczonej, która przeżyła kilkadziesiąt lat w tym kraju. Pewnie dlatego zrobił na mnie potwornie przygnębiające wrażenie.
Bohater grany przez Gajosa, mieszkaniec wsi, wygrał milion w totka. Wieść się roznosi i wtedy wychodzi na jaw cały nasz polski charakter, najgorsze cechy jakie mamy jako zbiorowość, całość. Nie mówię „naród” ani „społeczeństwo” bo to określenia zupełnie nie na miejscu.
Cała wieś z bezinteresownej zazdrości i zawiści znęca się nad bohaterem, bo mu się poszczęściło. A w naszym grajdołku nie lubimy tych, którym jest lepiej, prawda? Dotyka to oczywiście całą rodzinę, żonę i matkę, dotyka bardzo boleśnie. W skrócie – współmieszkańcy podpalają budynki gospodarcze, trują kury, martwą wronę wrzucają przez okno tłukąc szyby, zabijają psa, topią krowy wpędzając nieszczęsne stworzenia do jeziora. Matka umiera nie wytrzymując tego maltretowania psychicznego i fizycznego choć mocną, silną kobietą była po przeżyciu przesiedlenia zza Buga. Teraz nie wytrzymała starcia ze współplemieńcami…
Obraz jest tak smutny, tak przygnębiający, że do tej pory nie mogę się otrząsnąć. To taka Polska z koszmaru, z najciemniejszego snu. Cóż z tego, że nie inni mieszkańcy wsi wygrali ten milion tylko Józek? Jak się nie podzieli, to niech zdycha, on, jego dobytek i familia bo IM SIĘ PO PROSTU NALEŻY!!!
Ta wieś – to takie symboliczne pokazanie mentalności części mieszkańców naszego pięknego kraju. Z przerażeniem stwierdziłam, że nic się nie zmieniło przez 42 lata (film jest z 1977 roku,  kiedy prezespan młody był i pisu nie miał, może jedynie sny o władzy absolutnej śnił). Przedstawiony jest bardzo wyraźnie negatywny bohater zbiorowy,  już wtedy zdiagnozowany,  odwieczny taki „już katolik a jeszcze nie chrześcijanin”, który ma przed sobą ogromną, bardzo długą i daleką drogę rozwoju, nauki, zmiany spojrzenia na świat, siebie i innych ludzi aby wyjść z mroków średniowiecza i dotrzeć tak naprawdę do XXI wieku. Tylko, czy to się uda? Ile pokoleń nam potrzeba jeszcze, żeby z tej ciemnoty, kołtuństwa i zacofania wyjść? Czuję się okrutnie przybita i zdołowana. Jedyną nadzieją wydaje mi się jak najszersze otwarcie na świat, kontakty młodych ludzi z cywilizacją europejską, wykształcenie ogólne na wysokim poziomie… oj, dolo ….

Może podczas galopady myśli i uczuć dobrze jest zatrzymać się, spojrzeć na coś starego, wiecznego, trwałego co pozwoli z mroku wydobyć nadzieję na światełko? Dopóki żyła babcia takim miejscem odnowy i regeneracji był dla mnie Tenczynek.

Widok starej tenczyńskiej dzwonnicy od strony budynku plebanii

Zabytkowa dzwonnica i piękny kamienny mur po lewej, a na wprost widoczne w oddali ruiny zamku Tenczyn

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 22 komentarze

Dzień pamięci

Jak co roku o tej porze nachodzą nas myśli pełne zadumy, zamyślenia, tęsknoty… Myślimy o Bliskich będących już za Tęczowym Mostem, o znajomych, o nieznajomych lecz znanych. Mnie np wciąż trudno uwierzyć, że Zbyszek Wodecki śpiewa po tej stronie Mostu, po której są już moi Dziadkowie, Rodzice, Siostra i wielu innych członków rodziny…
Pogoda sprzyjała wyprawom do nekropolii, przynajmniej u nas tak się dziś zdarzyło. Mimo porannego chłodu dzień był piękny, słoneczny, temperatura się podniosła i obeszło się bez grubych kurtek. Wystarczyła bluza z ocieplaną kamizelką co nie utrudniało ruchów na cmentarzu. Ludzi mnóstwo, samochodów niemożliwa ilość kręcących się bez możliwości zaparkowania. Ciekawa jestem jak będzie jutro koło mojego osiedla. Po remoncie drogi ustawiono barierki oddzielające od siebie pasy ruchu, uniemożliwiające przejście przez jezdnię w miejscu niedozwolonym. I bardzo dobrze, jestem za. Jednak podczas zwiększonego ruchu wokół cmentarza tworzy się  zapora nie do przebycia. Starsze osoby czy niepełnosprawne ruchowo mają do przejścia bardzo długi odcinek, aby dotrzeć do bramy czy do bocznej furtki, a potem jeszcze kawał drogi bo cmentarz duży. W zeszłym roku aż przykro było na to patrzeć. Okaże się jutro czy ktoś władny ruszył głową i każdy będzie mógł odwiedzić swoich Bliskich w tym szczególnym dniu.
Wspomnę przy okazji jutrzejszego dnia Wszystkich Świętych , że w Szczawnicy istnieje stary cmentarz usytuowany w samym centrum miasteczka, założony w latach trzydziestych XIX wieku. Teraz jest zamknięty, można go oglądać przez ogrodzenie. Nam jeszcze dane było wejść na teren i na podstawie napisów na niektórych zachowanych zabytkowych nagrobkach doszliśmy do wniosku, że służył głównie za miejsce
pochówku kuracjuszy, którym nie udało się odzyskać zdrowia i pozostali tu na zawsze choć pochodzili nawet z bardzo odległych stron. W roku 1870 została tu zbudowana kaplica neogotycka, w której spoczywają zmarli w Szczawnicy członkowie rodziny Szalayów. Fundatorem był Józef Szalay.

Przewidując wieczorne odwiedziny „strasznych przebierańców” zaopatrzyłam się w sporą ilość cukierków, żeby  nie zabrakło.  Tym razem zostało sporo dla babci D., która cukierki pochłania z rozkoszą, pojawiły się tylko trzy niezbyt liczne grupki. W zeszłym roku dzieciaków było o wiele, wiele więcej.

Na cmentarzu w Tenczynku stał dawno temu na postumencie aniołek, któremu wkładałam w rączki kwiatki, kiedy z babcią tam przychodziłam. Aniołka już nie spotkałam, jest za to piękna postać widoczna z daleka

Mgła, szeleszczące liście zaścielające ścieżki, mrugające światełka zniczy, zapach zapalonych świec unoszący się w powietrzu i nastrój zadumy… to atrybuty jutrzejszego dnia, dnia pamięci…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, Tenczynek | 16 komentarzy

Kwiatki dla Ali i zupa dla Ervi :)

Sięgnęłam do przepisów ponieważ mi się przypomniało, że miałam specjalnie dla Ervi podać przepis na zupę selerową. Oczywiście nie oznacza to, że tylko Ervi może z niego skorzystać tym bardziej, że zupa jest nadzwyczaj smaczna, czego przed wypróbowaniem po zupie selerowej bym się nie spodziewała 🙂 Trzeba przygotować (tak było w przepisie, nie wiem już skąd go miałam):
2 selery
1 duży ziemniak
1 por (biała część)
1 ząbek czosnku
serek pleśniowy
sól, pieprz, gałkę muszkatołowa
dymkę, natkę, koperek
śmietanę
masło
2 kostki bulionowe

1. selery i ziemniak obrać, pokroić w kostkę, ugotować z kostkami bulionowymi
2. por pokroić w talarki, czosnek również, podsmażyć na maśle, wrzucić do garnka
3. dodać przyprawy, gotować ok. 25 min.
4. pod koniec gotowania dodać serek i śmietanę, zmiksować
5. dymkę i zioła na talerzu dodać dla dekoracji

Teraz tak: natki nie daję bo nie lubię, gałki też bo nie pamiętam o niej. zamiast pleśniowego serka topiony albo wcale jak nie mam, wtedy zagęszczam lekką zasmażką. Masła tyle, żeby podsmażyć pora z czosnkiem a śmietany ile się wleje, żeby było smaczne. Utartym żółtym
serem sypię po wierzchu, wtedy ładniej wygląda. I gotowe 🙂

Zdjęcie jeszcze raz, dla  ładniejszego wyglądu wpisu 🙂

Drugi wypróbowany przepis jest spisany od koleżanki a dotyczy sosu. Alicja zagląda na bloga, więc może trafi akurat na ten wpis. U niej jadłam pierwszy raz, był wtedy koperkowy podany do pieczeni rzymskiej z indyka. Zachwyciłam się i dlatego zabrałam przepis ze sobą i odtąd jest na stałe wpisany do zeszytu z przepisami. W zależności od potrzeb modyfikowałam go, występował jako chrzanowy, szczypiorkowy i musztardowy poza wersją koperkową, wpisaną jako sos Ali. Potrzebne są:
koperek świeży albo mrożony
1 łyżka masła
1 łyżka mąki
1 szklanka bulionu ( 1/2 kostki rozpuścić)
2 łyżeczki śmietany (18%)

1. rozpuścić 1/2 kostki bulionowej
2. w rondelku rozpuścić masło, dodać mąkę, wymieszać, podsmażyć
3. dolać bulion do rondelka, wymieszać, zagotować, dodać śmietanę
4. wymieszać dobrze, zdjąć z ognia, dodać koperek, wymieszać i gotowe

Dopóki nie wzięłam od Ali przepisu – nie potrafiłam zrobić dobrego sosu, zawsze było coś nie tak, choć wstyd się przyznać. Ale… z drugiej strony… człowiek się uczy przez całe życie a kiedy przestaje, no…, to już jest całkiem niedobrze…
Tak więc zupa dla Ervi a kwiatki dla Ali 🙂

Alusia, pozdrowienia 🙂

Jak dużo się nauczyłam od Was, blogowych koleżanek w kwestii kulinarnej też! Jotki drożdżówka i jednojajkowiec Lucii z różnym nadzieniem to jest obecnie nr 1 w mojej kuchni. Mąż nawet nie chce murzynka, do niedawna ulubionego swego ciasta, woli te nowe 🙂
Słodkiego dalszego ciągu tygodnia 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 28 komentarzy

Jesiennie

Lucia pokazała na blogu swoje zakupy a w tym piękne botki, po prostu zjawiskowe, chociaż tylko do siedzenia. Po brukach Starówki raczej niewygodnie będzie w nich chodzić. A kiedyś im wyższy obcas tym buty dla mnie były lepsze i bardziej pożądane. Od kiedy w VII klasie podstawówki założyłam pierwszy raz buty na obcasie (mojej mamy ślubne pomalowałam wilbrą na czarno, hi hi) i stwierdziłam, że nogi wyglądają w nich zupełnie inaczej niż na płaskim, obudziła się we mnie kobieta 😉 Nawet kapcie musiały być na koturnie. Obydwie ciąże przechodziłam na szpilkach, z małymi chłopcami też inaczej nie wyszłam z domu. Jaka głupia? Dopiero gdy Rolfa wzięłam czyli pierwszego psiepsioła ( Mały miał trzy latka), musiałam na nowo uczyć się chodzić na płaskim. Cierpiałam katusze zbliżone chyba do tych, jakie musiały znosić Chinki, które odważyły się odwiązać bandaże ze stóp, które krępowano, żeby nie rosły i były maleńkie. Normalne kalectwo. Czytałam kiedyś historię chińskiej dziewczyny, która zakochała się w cudzoziemcu, wyszła za niego za mąż a on wspierał ją w „powrocie do normalności”, odwiązywał bandaże, poluźniał aby do zniekształconych stóp powracało normalne krążenie. Co ona za męczarnie przeżywała! W imię mody różne głupie rzeczy się robi. Na przykład zimą gołe brzuchy były kiedyś na wierzchu widoczne na ulicy, sama nosiłam zimą drewniaki i grube brązowe skarpety frote do mini spódniczki, ale „by rozum był przy młodości” – to niemożliwe, co staropolski poeta dawno temu stwierdził.

W piątek po wizycie u okulistki poszłam do przyjaciółki M. Szczerze mówiąc, gdyby nie zadzwoniła dzień wcześniej to by mi do głowy nie przyszło, że będę blisko, taka ostatnio jestem zakręcona ( jak to się mówi) od nadmiaru spraw na głowie. Na szczęście zadzwoniła i spędziłyśmy razem kilka chwil. Głównie na instruowaniu mnie jak działa dotykowy telefon, którego wciąż się boję dlatego jeszcze nie przełożyłam karty ze starego. Boję się, że nie będę umiała odebrać, jak zadzwoni. Poza tym nie mieści się do kieszeni… wynajduję argumenty na zasadzie: „złej tanecznicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. Czas się przemóc… chyba…
Napstrykałam fotek kwiatowych, kolorowych, żeby było czym rozjaśnić i ubarwić zimowe wpisy na blogu i uczynić przyjemniejszym oczekiwanie na wiosnę. Właściwie tylko cztery miesiące i znów będzie marzec a z nim wiosna 🙂
A na razie jesienne obrazki ze starych zdjęciowych zapasów.

Zachwycający dom z bali, teraz ma okna, jest prawie wykończony z zewnątrz

Listopad – w drodze do „Czardy”

Potok Sopotnicki – wodospad

Kolory listopada w Pieninach

Czyż nie cudne?

Potok szemrze o jesiennych kolorach

Pewnie już myśli o zimowym śnie

Fotki są z listopada 2006 roku, robione po drodze do „Czardy”, oczywiście w Szczawnicy, tego nawet dodawać nie muszę, prawda?

Tak karczma wyglądała w 2006 r., teraz jest rozbudowana o drugie tyle, widoczne schodki po prawej stronie są mniej więcej w połowie obecnej „Czardy”

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 18

    Stenia wyszła wcześniej z pracy. Mogła, ponieważ odbierała nadgodziny spędzone w terenie. Ostatnio sporo czasu spędziła na budowie osiedla pod Warszawą.  Zbliżając się do bloku spojrzała w górę i… zdrętwiała. Na dachu, w niebezpiecznej bliskości jego krawędzi zobaczyła dziecięce figurki. Pierwszą myślą było, że nie padał deszcz więc nie powinno być ślisko. Gorączkowo rozważała co zrobić. Jeśli krzyknie – dzieciaki mogą się zestresować i spaść. Nie wiedziała kiedy i jak znalazła się na trzecim piętrze. Właz na dach był otwarty. Wspięła się po metalowej drabince i wyjrzała. Jej chłopcy oraz Filip stali w pewnej – na szczęście – odległości od krawędzi i nad czymś się naradzali. Cofnęła głowę, żeby nie być widzianą i zawołała Filipa licząc na to, że jako najstarszy zareaguje najrozsądniej. Tak też się stało. Usłyszawszy wołanie chłopiec przykucnął, kazał to samo zrobić kolegom i razem przesunęli się w pobliże włazu. Zeszli po drabince na dół i tam zostali pochwyceni  przez ledwo żywą ze zdenerwowania Stenię. Nie miała nawet siły nakrzyczeć na winowajców. Po cichu powiedziała, żeby nigdy więcej tego nie robili i zaprowadziła ich na dół, do siebie. Wieczorem zbiórka została zarządzona przez Danusię poczuwającą się do winy z tej przyczyny, że mieszkała najbliżej dachu.

– Czyś ty zgłupiała? – Magda spojrzała zniesmaczona. – Jaka twoja wina może być, przecież nie było cię w domu.

– Akurat byłam ale nic nie słyszałam – tłumaczyła gospodyni. – Przecież powinnam usłyszeć jak przestawiali tę metalową drabinkę po której się wchodzi na dach.

– Mamo, ja chyba słyszałem, ale myślałem, że to robotnicy przyszli naprawiać cieknącą dziurę – Olek  wsunął głowę do kuchni. – Nie myślałem, że te smarkacze są takie głupie – spojrzał w stronę dzieci  urzędujących w dużym pokoju.

– Nie wiedziałam co mam robić, bałam się, że jak mnie zobaczą to pospadają w dół jak ulęgałki –  wzdrygnęła się Stenia.

– Ważne, że się nic nie stało i więcej tego nie zrobią, prawda chłopaki? – Bronek zrobił srogą minę i wpatrywał się w każdego po kolei.

– Coście się tak zeszły? A po mnie nie mogła która zastukać? – weszła Aldona do przedpokoju wprost na Bronka stojącego w kuchennych drzwiach.

– No co się tak na mnie patrzysz? – zdziwił się. – Ja tu mieszkam.

– Ale przebiec się po schodach w dół i w górę nie zaszkodziłoby ci w żadnym razie. Sam mówisz, że ci ruchu potrzeba.

– Tak jest, potrzeba mi ruchu i dlatego chodzę do kiosku „Ruchu” po gazety – oświadczył patrząc z góry co nie sprawiało mu trudności ponieważ posturą górował prawie nad każdym w otoczeniu, a obecne swoje otoczenie przyprawił o szeroki uśmiech. – A skoroście się tu zebrały to może ja sobie pójdę do Marcina i nie będę wam przeszkadzał.

– A idź sobie, idź, Zbój ci i tak wszystko doniesie – machnęła ręką Magda.

– Jak to? – zdziwiła się Aldona.

– Nie wiesz? Przecież Bronuś przyznał się, że wszystko wie, bo w wigilię Zbój mu opowiedział o czym rozmawiałyśmy – odpowiedziała rozweselona.

– A fe, to z ciebie taki kumpel? O wszystkim opowiadasz? To ty jesteś donosiciel – Aldona oskarżycielsko wysunęła palec w kierunku Zbója. – Wstydziłbyś się.

Zbój nie przejął się przemówieniem „ciotki” i szeroko ziewnął.

– Masz, dokładnie pokazał co myśli o twoim gderaniu – zaśmiała się Magda. – Hola, hola, panowie, nie myślcie, że wam się upiecze – zwróciła się do „dachowych turystów”, którzy próbowali zniknąć bezszelestnie sprzed oczu matek. – Kara za głupotę musi być, żeby wam coś podobnego więcej do głów nie przyszło.

– Tak jest, ciocia Magda ma rację – przytaknęła Stenia. – Macie sobie sami karę wymyślić.

Winowajcy spojrzeli na siebie, spuścili głowy udając skruszonych i zawstydzonych, i oznajmili, że muszą pomyśleć. Otrzymali limit czasu na myślenie i opuścili kuchnię.

– Pamiętacie co Maciek z Olkiem i Kubą zrobili kiedy byli młodsi? Tu u mnie w dużym pokoju? – przypomniała sobie Danusia.

– Chodzi ci o ten pożar-o-mało-co? – spytała Magda.

– O co? – zdziwiła się Aldona.

– O mało co – powtórzyła Magda.

– Właśnie to mam na myśli – skinęła głową Danusia. – Ty, Doniczko, nie pamiętasz albo ci Teresa nie opowiedziała.  Chłopcy wzięli duże szkło powiększające i zaczęli się nim bawić skupiając promienie słoneczne. Jakoś je tak skutecznie skupili, że zapaliła się gazeta na wykładzinie. Przestraszyli się, zaczęli deptać ogień butami i wybiegli na balkon z płonącą gazetą przyczepioną do butów, tam udało im się zgasić płomień. Szczęściem było, że poprzedniego dnia zdjęłam firanki z okna, bo nie udałoby się im opanować ognia. Już po wszystkim zobaczyliśmy z Bronkiem, gdzie były wypalone ślady na wykładzinie.

– Całe szczęście, że tak to się skończyło – odetchnęła Aldona.

– No, mądrale, jak wam idzie myślenie? – krzyknęła Magda w stronę pokoju.

A tam Olek rozsiadł się na podłodze i zaśpiewał „domowe przedszkole” klaszcząc w ręce. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jako rówieśnik Maćka był najstarszy w towarzystwie młodzieży, a wzrostem już sporo przewyższał Ziutka i niewiele brakowało, by dorównał ojcu. Obok niego Filip mocował się z Jędrkiem, troszkę od niego niższym, udając japońskiego zawodnika sumo. Jędrek się wycofał, usiadł obok Olka i dołączył się do śpiewania.

– Taki kurdupel jesteś, że nie można cię zaliczyć do sumoków – powiedział Filip.

Słysząc te słowa Jędrek zmarszczył groźnie brwi, zacisnął pięści, powoli się podniósł i ruszył w stronę Filipa.

– Ale urośniesz, na pewno urośniesz – krzyknął Filip chowając się za plecami siostry.

– Hej tam! Czy wy ogłuchliście? – zawołała Magda.

– Skończył wam się czas na myślenie – dodała Stenia. – No i co? Jakie pomysły?

– Ja za karę mógłbym nie pójść do szkoły – oznajmił Filip. – Albo nawet przez cały tydzień mógłbym nie chodzić, to byłaby większa kara.

Aldona parsknęła śmiechem prosto w szklankę oblewając bluzkę herbatą.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

Szczawnickie wspominki 4

Po wkroczeniu do Polski wojsk niemieckich 1 września 1939 r. wszystkie organizacje, także Towarzystwo Tatrzańskie, formalnie przestały działać. Doświadczenie, umiejętność poruszania się po górskim terenie były jednak wykorzystywane przez cały okres okupacji do przeprowadzania przez granicę, do pomocy partyzantom ukrywającym się w lasach.
W okresie okupacji w Szczawnicy zlokalizowano placówki gestapo, grenzschutzu (straży granicznej), policji kryminalnej, funkcjonowała szkoła niemieckiej żandarmerii. Mimo to miasteczko było ważnym, drugim po Zakopanem, punktem przerzutowym przez granicę dla kurierów udających się w stronę Węgier. Mało kto wie, że w lipcu 1944 r. wybuchło tzw. Powstanie Szczawnickie.
>> 28.07.1944 r. porucznik Adam Czartoryski, ps.”Szpak”, dowódca 11 Kompanii IV Batalionu 1Pułku Strzelców Podhalańskich AK, w ramach przygotowywanej przez Armię Krajową na terenie całego okupowanego kraju akcji „Burza”, na czele swojego oddziału podjął działania mające na celu nakłonienie elewów granatowej policji stacjonujących w willi „Renata” w Szczawnicy do podniesienia buntu, rozbrojenia niemieckiego dowództwa i przystąpienia do powstania. W wyniku podjętych działań budynek „Renaty” został otoczony przez partyzantów, a skutkiem podjętej akcji było zastrzelenie przez kursantów trzech niemieckich instruktorów, zabranie przez nich broni i wyposażenia, oraz ich zaprzysiężenie przed por. Czartoryskim. Nowo zaprzysiężonych żołnierzy AK poprowadzono następnie w góry nad Ochotnicę do stacjonującego tam partyzanckiego oddziału AK kapitana Juliana Zapały ps. „Lampart”. Wkrótce przybyły na miejsce oddział gestapo aresztował około 80 mieszkańców Szczawnicy, w tym Jadwigę – żonę Czartoryskiego. W odwecie za przeprowadzoną akcję i śmierć niemieckich instruktorów groziło im rozstrzelanie, a Szczawnicy pacyfikacja. Zeznania ocalałego instruktora oraz bezkompromisowa postawa Jadwigi Czartoryskiej uchroniły aresztowaną ludność od niechybnej śmierci. << (Podaję za Aliną Lelito w: ” Z doliny Grajcarka” nr 263/ sierpień 2014).

W willi „Wanda” nad Grajcarkiem mieszkała rodzina Zachwiejów (przydomek „Gawloki”). Był tam jeden ze zbiorczych punktów przerzutowych. Opowiadający o tym Stanisław Zachwieja ( „Z doliny Gracjarka” nr 273/czerwiec 2015) wspomina jak stamtąd zaprowadził „panów” do starej, góralskiej chaty babci Gondek (przydomek „Pietczkula”), a stamtąd Wojtek i Szczepan Walkoszowie, którzy byli w konspiracji kurierami, odebrali ich i odprowadzili w miejsce przeznaczenia. Okazało się, że dom babci Gondek i rodziny Walkoszów były punktem zborczym o wielkich walorach. W prostej linii od ogrodu niedaleko była granica słowacka.
Niestety, pewnego razu gestapowiec Konig do willi „Wanda” przyszedł na rewizję. Staszka ostrzeżono, ukrył się więc u przyjaciela, Franka Majerczaka. Okazało się później, że dużą grupę z „Wandy” zabrał bardzo dobry przewodnik Maciej Surma. Niestety, grupa wpadła w Czechosłowacji w ręce gestapo. Część grupy uciekła, ale część aresztowano. Ktoś nie wytrzymał tortur i zdradził, skąd grupa została zabrana i prowadzona na Węgry. Maczał podobno też palce w tym konfident miejscowy. Wiele osób zostało aresztowanych, wysłanych do Oświęcimia, wielu nie wróciło.
Około 50-ciu Szczawniczan zginęło w obozach, więzieniach, partyzanckich bojach. Społeczność żydowska – około 300 osób mieszkających w centrum miejscowości – została wymordowana.

Poniższe informacje zaczerpnęłam ze strony „Turystyka w czasie II wojny”.  W czasie okupacji uzdrowisko oficjalnie nie działało. Pomimo zakazu okupanta turystyka przetrwała, o czym świadczą zapiski pustelnika w kronice na Zamkowej Górze. Można przeczytać, że wpisywali się tam i Polacy i Niemcy przebywający w Pieninach, szukający namiastki spokoju.
Turystyki formalnie nie było i spływy Dunajcem zawieszono ale w czerwcu 1942 r. odnotowano, że tratwą po Dunajcu spłynął gubernator dystryktu krakowskiego Otto Wochter. Była muzyka góralska, 4 łodzie, flisacy zostali wyznaczeni i nie mieli nic do powiedzenia jeśli chcieli życie zachować. Spływ przygotował Urząd Gminy w Czorsztynie, ochraniany był przez gestapo, posterunki grenzschutzu, przez słowacką straż graniczną w Niedzicy, Golembarku i Starej Wsi. Zakończył się w Szczawnicy Niżnej, gdzie gubernatora witali m.in. Łemkowie z Jaworek, Szlachtowej, Białej i Czarnej Wody. W ich imieniu przemówił wójt Seman Szlachtowski, który w lecie 1944 został rozstrzelany za współpracę z Niemcami. W powitaniu uczestniczyli również przedstawiciele Komitetu Góralskiego. Jeden z nich został potem zlikwidowany na mocy wyroku sądu podziemnego, dwóch ocalało choć aktywnie współpracowali z gestapo.
W czasie okupacji odbywały się także niemieckie zawody oraz spływy kajakowe.

Willa „Wanda” nad Grajcarkiem,  zbiorczy punkt  przerzutowy

Tak willa wygląda dziś, jest zniszczona ale widać, jaka piękna była dawniej

Tu kończy się spływ tratwami po Dunajcu

Widok oczywiście dzisiejszy

Kilka zdjęć miejsc, które były równie piękne wtedy, gdy okupanci panoszyli się w naszym kraju.  W miejscach na nich widocznych przemieszczali się partyzanci, przemykali kurierzy i łącznicy, rozgrywały się dramatyczne sceny a góry stały niewzruszone i stoją nadal…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 27 komentarzy