„Widocznie tak miało być” – 25

Po wyjściu roześmianych przyjaciółek wciąż komentujących niecodzienną nowinę, Aldona sprzątnęła kuchnię. Szklanki, filiżanki i łyżeczki umyła, wytarła do sucha, po czym schowała na miejsce. Cukierniczkę w postaci śmiesznego, dużego kubka typu ”jumbo” z namalowaną uśmiechniętą buźką odstawiła na szafkę. Włączyła piekarnik, w którym zapiekanka czekała na podgrzanie. Dopiero teraz usiadła i rozmyślała w jaki sposób przekazać córkom tak ważną informację, rzutującą na całe dalsze życie. Skoro sąsiadki już ją znały, natychmiast musiały  poznać ją też dziewczynki, nie było innego wyjścia. Potem mogłyby mieć pretensję, że matka nie potraktowała ich poważnie i zamiast najpierw własnym córkom powiedzieć o szykujących się zmianach dotyczących przecież ich bezpośrednio, powiedziała ciotkom.

Rozmyślania przerwał dzwonek domofonu, a  chwilę potem śmiechy, krzyki, przepychanki i szczekanie. Wróciła normalność do domu. Uśmiechnęła się do swoich Stokrotek, które zdziwiły się nie słysząc zwykłego gderania matki, że za głośno, że na ostatnim piętrze słychać, że ludziom przeszkadzają oglądać telewizję, że jak się zachowują… Stanęły niepewnie spoglądając na siebie.

– Mamusiu, czy ty się dobrze czujesz? – spytała Inka.

– No bo jakaś dziwna jesteś, nie krzyczysz… – dodała Linka.

– To ja naprawdę taka okropna jestem? – szczerze zatroskała się Aldona.

– Aż taka to nie, ale czasem przesadzasz – Inka przyglądała się matce badawczo.

– My wiemy, że to z troski o nas, ale przesadzasz  – Linka podeszła bliżej. – Stało się coś?

– Nie…tak… właściwie, jest coś o czym musimy porozmawiać…

– Ale zdrowa jesteś?

– Nie rozchorowałaś się znowu? – z niepokojem pytały obydwie jednocześnie.

– Nie, nie, to nie choroba – uspokoiła dziewczynki. – Najpierw się przebierzcie, ja w tym czasie przygotuję kolację i spokojnie sobie porozmawiamy.

– Ale to na pewno nic złego? – upewniały się.

– Złego na pewno nie, możecie być spokojne – uśmiechnęła się do córeczek.

Wyjęła z piekarnika zapiekankę przygotowaną na kolację i usiadły we trójkę przy kuchennym stole.

– Nie wiem jak to powiedzieć… zrobi się w domu trochę ciaśniej, bo przybędzie nam  jedna osoba… zamieszka z nami wasza siostrzyczka…

– Hurra! Biedroneczka z nami zamieszka – ucieszyły się obydwie.

– Ale zaraz, to ona ma już tak dość tej swojej mamy, że się od niej wyprowadza? – zastanowiła się Inka.

– Wcale się nie dziwię, skoro kot jej przeszkadza, pies jej przeszkadza chociaż jej córka je kocha – powiedziała Linka.

– A ona ma to w nosie, bo nie zwraca uwagi co jej dziecko chce, tylko co ona sama chce – dodała Inka. – Mówi, jakby Monika też jej przeszkadzała…

– Dobrze, że ty taka nie jesteś, bo gdzie my byśmy się wyprowadziły? No gdzie? – Linka bezradnie rozłożyła ręce. – Do dziadków tak na stałe to się nie da, nie wytrzymałybyśmy z babcią, ona gdera jak ciotka Agata.

– A Monika może do nas, zmieścimy się przecież. Już mam pomysł jak przestawimy nasze łóżka, żeby się jeszcze jedno zmieściło – Inka już była gotowa do działania.

Aldona siedziała ogłuszona niespodziewanym obrotem rozmowy, przejęciem inicjatywy przez córki, natychmiastową reakcją mającą na celu rozwiązanie problemu miejsca zamieszkania Moniki i w ogóle podejściem do sprawy. Tylko… tylko, że rzecz była całkiem inna.

– Stokrotki moje kochane, to nie tak…, nie o to chodzi… – zaczęła słabo.

– A o co? – spytała Linka

– Żeby wujek też się tu zmieścił? Nie martw się, zmieści się. Nie dziwię się, że też się chce wynieść z domu, bo ta ciotka wciąż się na niego drze – Inka wykazała pełne zrozumienie dla Sergiusza.

– Monika z nami, a on przecież z tobą – wyjaśniła Linka.

– Przecież kiedyś wreszcie się ożenicie – Inka z politowaniem spojrzała na matkę.

Aldona zakrztusiła się zaskoczona. W jaki naturalny sposób dzieci mówią o sprawach, które dorosłym wydają się nie do rozwiązania.

– Dlaczego tak uważacie?

– Ojej, dorośli muszą zawsze komplikować życie – jęknęła Inka.

– Przecież wiemy, że się kochacie – wyjaśniła Linka.

– A jak się ludzie kochają to się żenią, no nie? – podsumowała Inka.

– Szczególnie jeśli ich dzieciom na tym zależy – dodała siostra.

– Przecież wujek ma żonę…

– Ale jej nie kocha, kocha ciebie – zniecierpliwiła się Inka.

– Skąd wy to możecie wiedzieć?

– Nie pamiętasz jak ci to wujek powiedział w Tenczynku, wtedy kiedy cię prawie piorun strzelił?

– A poza tym mamy oczy. I jeszcze od Moniki wiemy. Ona jest teraz bardzo nieszczęśliwa, bo jest zupełnie inna, ta ciotka…znaczy, jej mama, niż Monika myślała, że jest – próbowała wytłumaczyć Linka tak prostą sprawę, której mama nie mogła pojąć.

– I mówi, że lepiej było jak jej nie było – wzruszyła ramionami Inka.

– No to chyba jasne, że chce z nami zamieszkać, żeby jej mama nie wywiozła gdzieś daleko, nie pamiętam gdzie, ale do jakiejś ciotki czy kogoś… – na buzi Linki zagościła troska o Monikę.

– Jak to: wywiozła? – zdziwiła się Aldona.

– Monika podsłuchała jak przez telefon komuś mówiła, że musi ją wywieźć, bo jej przeszkadza, a ona musi swoje plany zrealizować i mieć jakiś haczyk na wujka, bo czas ucieka – wyjaśniła Inka.

– Jaki haczyk? Jakie plany?

– Monika nie usłyszała dobrze, bo to przez zamknięte drzwi było, ale coś o działce, że musi sprzedać – tłumaczyła Linka.

– Żeby mieć pieniądze, bo ona chce znowu wyjechać, bo nie będzie tu gniła do końca życia – dodała druga z bliźniaczek.

– I żeby się wreszcie wziął za wykonanie swojej części planu.

– Nie usłyszała przypadkiem Biedroneczka do kogo ona to mówiła? – spytała Aldona zszokowana usłyszaną wiadomością.

– Do jakiegoś Maniusia, czy jakoś tak…- odpowiedziały.

– O Boże – jęknęła Aldona. – Teraz zaczyna mi się coś w głowie układać w jedną całość.

– Co takiego? – zainteresowały się bliźniaczki. – Jaką całość? Z Moniką? To co, mamy te łóżka przestawiać?

– Co? O matko, nie! Nie o to mi chodziło. O  coś innego mi chodziło, a zupełnie co innego się urodziło…

– Co się urodziło?

– Jeszcze nic. Urodzi się za kilka miesięcy. Będziecie miały siostrzyczkę.

Dziewczynki zamilkły, popatrzyły na siebie, na matkę, znowu na siebie z niedowierzaniem.

– Mamusiu, to ludzie w twoim wieku jeszcze mogą mieć małe dzieci? – padło pytanie.

– W jakim wieku? – Aldona bezustannie zaskakiwana przebiegiem rozmowy nie nadążała za córkami. – To wy mnie uważacie za zgrzybiałą staruszkę?

– No nie, ale taka młoda to ty już nie jesteś…

„Staruszka” nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– Zapewniam was, że mogą mieć dzieci takie starowinki jak ja. I jeszcze starsze też.

– Mamusiu, musisz nam odpowiedzieć, kto jest tatusiem tej… naszej nowej siostrzyczki  – zaczęła Inka.

– Co się głupio pytasz – skrzywiła się Linka. – Przecież wiadomo, że wujek. Teraz już na pewno się rozwiedzie z mamą Moniki i razem zamieszkają tutaj.

– Właśnie. W starej klasie mama naszej koleżanki też się rozwiodła i nawet ona była z tego  zadowolona, bo dostawała wszystko co chciała. Jak mama się nie zgodziła, to tata się zgodził, żeby mamie zrobić na złość…

– Dzieci, czego wy się napatrzycie…

– Ojej, mamusiu, przecież nie żyjemy w średniowieczu, takie jest życie…

Aldona nie wychodziła ze stanu oszołomienia. Czyżby wtedy, gdy ona sama przeżywała swoje wewnętrzne rozterki nie zauważając niczego wokół, jej córeczki przeszły przyspieszony kurs dojrzewania? Roztrząsając swoje problemy nie zauważyła, że spostrzegawcze dzieci są nadzwyczaj bystrymi obserwatorami i potrafią wysnuwać wnioski. Tkwiąc we władzy depresji przeoczyła rozwój własnych córek. Nigdy więcej tego nie zrobi. Nigdy nie przedłoży swoich wyimaginowanych nieraz problemów nad Stokrotki! One są najważniejsze na świecie, a niebawem przybędzie trzecia. Swoją drogą ciekawe, że tak od razu chciały robić miejsce dla Monisi…  No i jeszcze przy okazji posiadła niezmiernie ważną informację. Agata zna Mariana, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ów Maniuś to Marian. Taki ostatnio chodził zadowolony, tak znacząco na nią spoglądał, jakby chciał dać jej do zrozumienia, że coś wie. Na zasadzie: wiem, nie powiem. No i co z tym jakimś wywiezieniem Moniki? Czy Sergiusz o tym wie? Nie zadzwoni do niego jutro, bo jej nie uwierzy, albo znowu nie będzie miał czasu na rozmowę. Najlepiej o wszystkim powiedzieć Dorocie, niech działa, żeby tamta cholera nie wywiozła gdzieś dziecka. Już zrobiła Biedroneczce wystarczająco dużo krzywdy.

Wyszła z Tiną licząc na spotkanie Doroty. Jak się nie natknie na przyjaciółkę to zadzwoni domofonem. Musi jej przekazać niepokojącą informację i zapobiec ewentualnemu nieszczęściu. Doroty nie spotkała, domofonu nikt nie odebrał, najwyraźniej nikogo nie było w domu. Trudno, trzeba zaczekać do jutra.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 2 komentarze

Niedziela z Orkiestrą

Niedziela upłynęła pod znakiem Orkiestry. Po obiedzie wyruszyliśmy z psiepsiołami w poszukiwaniu wolontariuszy. Można było wysłać sms, ale wtedy nie mielibyśmy serduszka. A jest ono symbolem czegoś dobrego, łączącego, tworzy wspólnotę co widać choćby po ludziach uśmiechających się do siebie na ulicy po zobaczeniu przyklejonego do kurtki serduszka. To niesamowite uczucie, rzadko zdarzające się w rzeczywistości, właściwie raz do roku przy okazji Orkiestry. Może jeszcze gdy na Olimpiadzie grają Mazurka Dąbrowskiego coś podobnego się odczuwa przez moment.
Doszliśmy do piaseczyńskiego rynku, tam jako atrakcja – głównie dla dzieci – jeździła drezyna i tam spotkaliśmy wolontariuszy. Psiaki miały długi spacer, ale nie padało więc można było im taka przebieżkę zafundować. Serduszka mamy, nawet Skitek dostał swoje, Szilunia nie ponieważ ma wąskie szelki, na które nie dało się nakleić. Myślę jednak, że specjalnie się tym nie przejęła, smaczki dostały takie same, więc była zadowolona.
Wieczorem, podczas światełka do nieba w Gdańsku wzruszyłam się i łzy pociekły, wróciły wspomnienia z tych okropnych dni sprzed roku. Sięgnęłam po ówczesne wpisy i odżyły emocje. Wpisów było kilka w kategorii „Myślę sobie” – pt.”Miał być radosny wpis” z 14.01.2019; „Smutny czas” z 15-go, „Kamyczek” z 16- go, „Żyć od nowa” z 18-go, „Słowa” z 21-go stycznia 2019. Wpisy były przenoszone z Bloxa pod datą 4 marca 2019. Gdzie znaleźliśmy się po roku od morderstwa dokonanego na Pawle Adamowiczu? Czy cokolwiek się zmieniło? Mam wrażenie, że taka sama nagonka w reżimowej tv jaka wówczas była prowadzona na prezydenta Gdańska, odbywa się obecnie w stosunku do marszałka Senatu, prof. Grodzkiego. On sam odwiedził Sztab Orkiestry, grał dla dzieci.

Skituś w płaszczyku specjalnie dla Uli 🙂 Fotki z serduszkiem nie udało mi się przenieść, ale kiedyś się uda, na pewno 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy

Zapiski

9 stycznia 2020
Coś smacznego przydałoby się zrobić. Dawno nie było. Zacznę od dziś, choć fotki nie ma, nie zdążyłam zrobić. Postawiłam na stół, Mąż poszedł po babcię D. a ja zapomniałam pstryknąć. Babcia D. – jak każdego dnia – powiedziała, że nie spała całą noc i jeszcze sobie
poleży, ale na szczęście zeszła i  śniadanie zjadła. Wczoraj będąc w przychodni zaniosłam jej aparat słuchowy do punktu i pani go podreperowała ostrzegając, że nie ręczy za rezultat, bo już bardzo zniszczony jest. Cóż zrobić, chwila ulgi do następnego razu, dobrze że w ogóle coś
babcia D. usłyszy. Bez aparatu jest naprawdę fatalnie. Drzemy się jak stare prześcieradła, gardła zdzieramy, a i tak nie wiadomo czy cokolwiek dotarło, w jakiej formie i w jakiej wersji do nas wróci.
Na śniadanie zrobiłam sałatkę z resztki kaszy bulgur, która została z obiadu z poprzedniego dnia. Dodałam jajka na twardo, kawałek czerwonej papryki, ogórki konserwowe i cebulkę – pokrojone w drobną kostkę. Do tego puszkę kukurydzy, trzy ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę, sól, pieprz, curry i trochę majonezu. Wyszło dużo smacznego jedzenia, kolorowego i ładnie wyglądającego.
Druga improwizacja dotyczyła obiadu. Kupiłam brokuł (matko, jaki drogi!, 7,99 za sztukę), bo zdrowy i Mąż powinien go jeść. Przypomniało mi się, że mam torebkę pt. „Cztery sery z brokułami” i postanowiłam użyć, żeby się nie zmarnowała. Zrobiłam sos wg. przepisu na opakowaniu. Ugotowałam brokułka, podziabałam widelcem na drobniejsze kawałki i dodałam do sosu. Wszystko to wrzuciłam do ugotowanego makaronu. Aha, do sosu wgniotłam dwa ząbki czosnku. Wymieszałam wszystko razem, wyłożyłam do salaterki i
posypałam żółtym serem. Nie spodziewałam się, że wyjdzie tak smaczny i tak syty obiad.
Pozostaje mi przygotować obiad na jutro, ponieważ do Calineczki jadę, więc domownikom muszę zostawić gotowca do podgrzania. Tak sobie pomyślałam, że zaraz się zmobilizuję, zamknę Lapcia i uduszę boczniaki i cebulką. Będzie albo do makaronu, którego gotować nie
trzeba, bo dziś ugotowałam większą ilość i wystarczy wrzucić na patelnię, albo Mąż obierze ziemniaki. To już według woli. Ja będę zajęta dotrzymywaniem kroku Szkrabusi i nawet nie dam rady pomyśleć o niczym i o nikim poza nią.
11 stycznia 2020
Wczoraj nie miałam siły i nie włączałam Lapcia po przyjeździe do domu. Ale przecież muszę coś o Calineczce opowiedzieć. Otóż moja najmłodsza wnuczka przywitała mnie słowami: „baba sio!” wiedząc, że jeśli babcia przyszła to mama wyjdzie 🙂 Uśmiała się babcia na
wstępie i jakoś dałyśmy radę wspólnie przetrzymać wyjście mamy do pracy. Cóż, potem Szkrabusia chyba się chciała zemścić na babci 😉  ponieważ ani jeść, ani spać nie miała zamiaru. Biegała jak nakręcona, energia ją rozpierała, a babcia musiała nadążyć i jakoś wcisnąć w nią śniadanie. Udało się i zjadła pół serka waniliowego. Zażyczyła sobie kakao, które lubi. Babcia przygotowała, postawiła na stole i odwróciła się po jej mały kubeczek i… zawartość dużego kubka wylądowała na Calineczce. Trzeba było przebrać ją dokumentnie 🙂 Potem udało się ją przekonać, żeby pokrojone kawałki bułeczki z masłem jadła w tzw. międzyczasie, papryczki kawałki też zjadła, nawet soczek wypiła, co babcia uważa za osiągnięcie 🙂 Potem oglądała swoje ulubione filmiki, uczestnicząc czynnie – kręcąc rączkami i główką, robiąc wymachy i wszystko co robiły dzieci na ekranie. Babci też kazała robić to samo: „baba teś”. Na propozycję spania odpowiedź była jedna: „nie, nie, nie, nie chcę”, jakby inaczej 🙂  Kiedy już usnęła, dalej przez sen powtarzała: „nie, nie, nie”. Była bardzo zmęczona, wyraźnie babcia to widziała, ale kruszynka broniła się i za nic nie chciała się położyć. Wreszcie udało się ją przekonać, żeby chwilkę spokojnie posiedziała, bo „lalala”
(czyli tablet z bajkami) musi odpocząć, ponieważ się zmęczył. Jeśli nie odpocznie to się zepsuje i nie da się oglądać bajek. Argument trafił najwyraźniej do główki Calineczki. Usiadła „na file” i po tej „fili” oczka się same zamknęły, a maleńka usnęła przytulona do babci 🙂 A potem dziadek po babcię przyjechał z dwoma pieskami, więc było w ogóle wesoło. Z dziadziem tym razem najlepiej bawiła się w chowanego. Ileż śmiechu, pisku i radości było! Zakrywała rączkami oczka, liczyła po swojemu i wołała; „kukam” kiedy ona dziadka
szukała, albo: „kukaj” – kiedy dziadek miał jej szukać. Jest przy tym taka słodka, że normalnie do zjedzenia 🙂 🙂 🙂

Nasze kochane psiepsioły 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Psy, dzieci i życie :)

Obiecałam wspomnieć o Calineczce, u której „na służbie” byłam w piątek 3-go stycznia. Mąż zawiózł mnie i Średnią wcześnie rano, żeby Synowa zdążyła do pracy. Malutka była po szczepieniu i została jeszcze w domu, nie poszła do żłobka, aby nie mieć styczności z „obcymi” bakteriami i wirusami. Radość Calineczki z powrotu siostry do domu po trzech dniach nieobecności była nie do opisania. Zresztą i Średnia stwierdziła, że się ogromnie za Szkrabusią stęskniła. Malutka nie dała siostrze chwili spokoju, więc o nauce nie mogło być mowy, choć miała w planie sięgnięcie do podręczników, bo zapowiedziano klasówki, kartkówki, sprawdziany zaraz po przerwie świątecznej. Calineczka nawet spać nie chciała u siebie, zresztą wcale nie spała. Posiedziała tylko przez krótką chwilę przytulona do babci Ani, ale szybko zerwała się, odrzuciła kocyk, bo: nie chcę kocyka”, zabrała poduszkę i zaniosła ją do siostry. Zaraz wróciła i z łóżeczka swoją kołderkę ściągnęła (ma wyjęte dwa szczebelki, żeby sama sobie mogła wchodzić do łóżeczka kiedy czuje potrzebę), by ją również zaciągnąć do pokoiku siostry. Łaskawie pozwoliła sobie pomóc 🙂 Stwierdziła, że chce „lulu tu”, ale to lulu trwało jedynie krótką chwilę i polegało na przyłożeniu
główki do podusi. I po spaniu 🙂  Zaczęło się szaleństwo polegające na wyjmowaniu zabawek z szafeczki, szufladek, półek, na wdrapywaniu się na krzesła, stołki (przed wejściem na stół została przechwycona), na chowaniu się w pufie, na wyśpiewywaniu (zdziwiłam się, że z
zachowaniem melodii). Jednym słowem – cuda się działy. Jedzenie w przyzwoity sposób, czyli siedząc w foteliku z założonym śliniaczkiem w ogóle nie wchodziło w rachubę (śliniaczek czym prędzej zaniosła do pralki i włożyła do środka). To akurat – czyli przeprawy z niejadkiem – przerabiałam z jej tatą gdy był w tym samym wieku 🙂 Karmiłam więc z doskoku, w międzyczasie, gdy zaaferowana jakąś czynnością przypadkiem otwierała buzię. Kiedy się orientowała, że jest karmiona, od razu był protest: „nie, nie, nie, nie chcę”i odpychanie babcinej ręki trzymającej łyżeczkę. Protest był wyrażany nawet w języku obcym: „no, no, no” – pewnie dlatego, że bajki w j.angielskim ogląda na równi z tymi w wersji polskiej i zapamiętuje słówka. Może to i dobry sposób, wszak bez angielskiego w obecnych czasach trudno poruszać się w świecie.
Dziś już 9-ty dzień stycznia. Czy to możliwe? Przecież …wczoraj… był Sylwester! Jak nie oszaleć z tym pędzącym czasem? Ostatnie dwa dni spędziłam pod gabinetami lekarskimi, wypadły kolejne wizyty u specjalistów odbywane mniej więcej raz w roku. Sama wizyta to pestka (prawie), ale siedzenie i oczekiwanie to prosty koszmar. Wczoraj np. cztery godziny. Cztery! I to jest normalka, ale wszystkie grzecznie siedziałyśmy (bo do doktorka dla pań) przyzwyczajone, że u niej tak jest. Dopóki pracowałam sytuacja była podwójnie stresująca, teraz mi nie przeszkadza nic poza rozmowami innych pań o chorobach. Nie znoszę tego, a ponieważ pogłos na korytarzu jest, więc mimo woli wszystko słychać. Na szczęście usiadła obok mnie pani w wieku dużo bardziej zaawansowanym niż mój, ale w cudownej formie umysłowej i nawiązała rozmowę na przyjemniejsze tematy. Łzy wzruszenia mi poleciały, kiedy opowiadała jak syn z synową zatrzymali się w lesie na postój i do auta wskoczył im pies. Biedny, wychudzony i łzy mu płynęły z oczu, jak grochy. Cóż mieli zrobić? Zabrali go do domu i był cudownym przyjacielem, opiekunem wnuczki, która się później urodziła. Potem o różnych psich losach i przypadłościach była mowa. Muszę przyznać, że ja byłam i jestem nadal pod wrażeniem owej pani. Mimo problemów z chodzeniem ze względu na zwyrodnienia (w tym wieku to już normalka, w dużo młodszym zresztą też) nie narzekała, tryskała z niej energia, radość życia, akceptacja życia takiego jakie ono jest, ale bez rezygnacji, lecz z próbą poprawienia sobie sytuacji na tyle, na ile to możliwe. Przy tym wyglądała ładnie, była zadbana ale bez tzw. „wypindrzenia”, pomyślałam, że taka chciałabym być za te ileś lat. Dziś nareszcie w domu bez większych wyjść, dla mnie radość największa bo odetchnąć muszę. Mam w planie nową potrawę, jeszcze nie próbowaną, a jak wyjdzie to zdradzę.

Zdjęcia w związku z przygarniętym psem. To jest Burbon, przyjaciel moich dzieci, który dołączył do nich na wyjeździe, szedł za nimi spory kawał drogi, rano czekał pod budynkiem, nigdzie się nie oddalił i został na zawsze, przyjechał z nimi do W-wy i od kilku lat ma dom i rodzinę. Tak więc pojechali na urlop z jednym psem a wrócili z dwoma 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy

O szczawnickiej „Czardzie” co nieco /2

Nie wiem dlaczego dzisiejszy wpis wylądował przed sylwestrowym. Piszę więc ten sam tytuł ponownie, może wskoczy na miejsce i wtedy spojrzycie na właściwy tekst. Dlaczego tak muszę sobie łamać głowę od początku roku? 😉

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 14 komentarzy

Ta sama noc…

 

Była raz noc kończąca dzień.

Była raz noc nie byle jaka.

Była raz noc kończąca rok.

Dziewczyna biegła do chłopaka.

Raz na lat wiele zdarza się,

a czasem i na życie całe,

że z tym wyśnionym spotkasz się

– wprost oko w oko – ideałem?

Myślała, że już więcej nic,

dno, pustka, ciemność i sen wieczny,

samotność, łzy, rozpaczy ból,

jedynie – w ziemi dół bezpieczny.

I nagle – noc kończąca dzień.

I nagle – noc nie byle jaka.

I nagle – noc kończąca rok.

Dziewczyna biegnie do chłopaka.

I stał się cud. Nie wiedzieć skąd

girlandą świateł noc rozbłysła,

kłębiąca się wszechbarwna mgła

nad całym miastem wnet zawisła.

A róża, nie, królowa róż,

szkarłatem płatków krew pobiwszy,

szeptała coś, zdziwiona tak,

ku świecy główkę pochyliwszy.

Bo była noc kończąca dzień.

Bo była noc nie byle jaka.

Bo w taką noc kończącą rok

dziewczę się tuli do chłopaka.

Dłoń szuka dłoni, wargi warg,

róża jedynie główką kręci,

nie widzi kto, nie widzi gdzie,

świat się zatopił w niepamięci.

Pienisty szampan w lampce drży,

piękne ma, bursztynowe krople,

mrą w pocałunkach, których żar

roztapia nieśmiałości sople.

To była noc kończąca dzień.

To była noc nie byle jaka.

Skończył się rok, skończyła noc,

dziewczyna wyszła od chłopaka.

Otarła łzę, westchnęła tak,

że kamień jej spod nóg odskoczył

i obok, niczym wierny pies,

z własnej się woli długo toczył.

Na niebie chmur śniegowych kłąb

przyodział ciemne niebo głębią.

Usiadła. Czeka na autobus,

w głowie się czarne myśli kłębią.

Minęła noc kończąca dzień.

Minęła noc nie byle jaka.

Minęła noc. Sen? Nie! Wszak ma

czerwoną różę od chłopaka.

A.Z./1.01.1995

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii wierszydełka | 30 komentarzy

Była noc

Była noc.

Cienie gości tańczyły na wszystkich ścianach, skakały po suficie.

Pokój – niczym samotna tratwa na bezkresnym oceanie – dryfował wśród skłębionych chmur.

Była noc.

Pod niebem unosiła się Wyjątkowa Życzliwość zesłana ludziom raz w roku na parę chwil. Zaglądała do rozjaśnionych światłami, rozkrzyczanych głosami, rozedrganych muzyką okien, leciutką mgiełką otulała ludzkie postacie. Płynęła dalej. Zapukała w szybę oddzielającą ciemność świata od mrugającej wesoło czerwonej świecy.

Nic z tego – zakołysała świeca płomieniem. – Nie zmieścisz się. Jest tłok.

Wyjątkowa Życzliwość zajrzała przez szparę pod balonikiem przypiętym do firanki. Z uśmiechem pomachała świecy i pomknęła dalej. Tu nie miała nic do roboty.  Z każdego kąta wyglądały jej siostry: Przyjaźń, Dobroć, Czułość, Delikatność, Łagodność oraz bliźniaczki Zrozumienie i Wyrozumiałość. Przybyły na sylwestrowy bal.

Była noc.

No korytarzu pod drzwiami pozostała zwinięta w kłębek zasmucona Miłość. Nie miała prawa wstępu i dlatego nie wśliznęła się przez dziurkę od klucza. Dręczyła ją świadomość, że odejdzie w dal razem z odchodzącą nocą. Ktoś rano ujrzy krople pachnące różami. Minie je, nie pomyśli, że to łzy Miłości.

Była noc.

Cienie gości szalały w rytmie  muzyki. Ręka szukała ręki, stęsknione spragnione wargi drugich…

Była noc.

Rozświetlił ją deszcz różnokolorowych, różnokształtnych spadających iskierek. Czerwona świeca podskakując z radości płomieniem patrzyła jak cienie odnalazły swoje pogubione połowy i połączyły się. Uśmiechała się do niej czerwona róża ze stulonymi płatkami, zerkając na bursztynowe krople szampana ginące w delikatnym pocałunku…

Była noc.

Podmuch powietrza otworzył okno, przeciąg otworzył drzwi. Zdumiona Miłość przetarła ze zdumieniem oczy, z lekkim ociąganiem weszła do środka. Cienie przystanęły nieruchomo, rozległy się śmiechy i oklaski. – Nareszcie do nas przyszłaś – wołali uszczęśliwieni goście..

Wciąż była noc.

A.Z./1.01.1995

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii miniatury i takie tam... | 6 komentarzy

Ostatni dzień roku

Ostatni dzień roku 2019. Dziwne, za oknem ani jednego płatka śniegu, za to wiatr się zerwał, zrzuca, znosi, porywa, przestawia każdy przedmiot, na jaki natrafi. Jest dokuczliwy, wciska się pod kurtkę, sypie piaskiem w oczy, choć to nie pustynia. Jakiś rodzaj kary dla
człowieka? Tego potwora co nie szanuje Matki Natury i prawa przyrody ma za nic lekce sobie ważąc wszystko poza swoją „dostojną” osobą? Próba pokazania mu, że jest nic nie znaczącym pyłkiem wobec potęgi Wszechświata, pożarów, tsunami, tajfunów i innej tajnej
broni, której Matka Natura i Matka Ziemia Gaja nie zawahają się użyć, by oczyścić się ze złego? Bo złe nawarstwiło się i nie daje się zmyć? Bo trzeba silniejszych metod, aby się brudu pozbyć, wyszorować, by znów trawa była zielona a powietrze czyste? By człowiek uszanować potrafił drugiego człowieka i brata mniejszego swego nie przysparzając mu cierpień jeno obdarzając miłością a choćby tylko życzliwą obojętnością bez okrucieństwa i sadyzmu? By… tyle jeszcze ciśnie się słów… Może pora przyszła, by nie dawać im zaistnieć, zmienić lub przywrócić prawdziwe znaczenie, napełnić dobrą energią, pozytywnym przesłaniem? By zapobiec dalszym tragediom pojedynczych istot i wojennemu bestialstwu? By drobne świństewka i wielkie podłości przestały być normą jaką się stały? By normą stała się zwykła ludzka przyzwoitość? By życie przynosiło radość, miłość, spełnienie marzeń rozkwitających w duszy i pielęgnowanych w skrytości jak najpiękniejsze kwiaty? By przyjaźń zwyciężała? By pomoc jednego człowieka dla drugiego była normalną sprawą wynikającą z prostej ludzkiej życzliwości?
W ten ostatni dzień Starego Roku życzę nadziei na spełnienie w Nowym Roku tego, co najlepsze dla każdego z osobna, oraz dla nas wszystkich jako zbioru pojedynczych istnień. Życzę zdrowia, spokoju, bezpieczeństwa i normalności. Świadomości, że choćbyśmy znajdowali się w zamkniętym, dusznym  pomieszczeniu, bo np. jest zimno i patrzymy tylko przez okno, to przyjdzie wiosna, otworzymy szeroko okna, wyjdziemy na zewnątrz i będziemy oddychać pełną piersią podziwiając cudowny świat.

Widok zimowy  ze schroniska pod Bereśnikiem

Wiosną będzie można ujrzeć Tatry z oddali, tak się zmienia perspektywa

Życzę po prostu  Szczęśliwego Nowego Roku

🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 25 komentarzy

O szczawnickiej „Czardzie” co nieco

Do zajazdu  „Czarda” trafiliśmy od razu podczas pierwszego pobytu w Szczawnicy. Zatrzymaliśmy się wówczas w „Budowlanych”, Mąż w ostatniej chwili – szukając miejsca na wyjazd w góry na Sylwestra, w biurze podróży otrzymał do wyboru dwie propozycje: Muszynę i Szczawnicę. Jakiś dobry duszek podpowiedział mu wybór Szczawnicy, inaczej nie mogło być, bo skąd wiedziałby, że stanie się ona (Szczawnica) naszym ulubionym miejscem na ziemi? Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia i od pierwszego oddechu po opuszczeniu autokaru i tak już zostało na zawsze. Zamieszkaliśmy w malutkim pokoiku, tylko taki był w ofercie, cały hotel już był zajęty, pokoje zarezerwowane. Wyglądał dokładnie tak jak go zobaczyła w „Pasmach życia” Elka po przyjeździe na majowy weekend. Nie było telewizora w pokoiku, wprawdzie istniała możliwość wypożyczenia, lecz my przyjechaliśmy w ostatniej chwili i każdy odbiornik już „poszedł między ludzi”. Zostało nam tylko małe, starutkie radyjko odbierające jedną słowacką stację. To był powód do radości, bo zaśmiewaliśmy się słuchając audycji. Do tej pory zostało nam określenie: „najrukawicznejsze ze wszech rukawiczek” na określenie czegoś co jest kwintesencją samego siebie 😉

Zima była prawdziwą zimą, śnieg czysty i biały poza miasteczkiem, w lasach, na polach, nad Dunajcem, który zachwycił od pierwszej chwili i porwał nasze serca na wieczne nieoddanie. Obeszliśmy okolicę na tyle, na ile było to możliwe w istniejących warunkach idąc wyznaczonymi szlakami. I tak trafiliśmy do „Czardy”  wybierając się do kapliczki na Sewerynówce. Wewnątrz płonął ogień na kominku, przy stołach siedzieli turyści rozgrzani ogniem i zapewne trunkami również, jako że weseli i zadowoleni z życia byli. A może i bez trunków cieszyli się życiem, bo to zaczarowane miejsce jest? Wszak jeden z górali powiedział nam, że wszystkie drogi prowadzą do „Czardy”, gdy po zejściu ze schroniska pod Bereśnikiem drugą stroną trafiliśmy właśnie do zajazdu.  Zachodzimy tam za każdym razem podczas pobytu w ukochanym miasteczku, czyli o każdej porze roku.

 

Idąc w stronę zajazdu od strony Osiedla

ogląda się takie widoki,

oraz małe urokliwe fragmenty tamtejszego świata,

od którego oczu nie można oderwać

bez względu na pogodę.

jakby się człowiek przeniósł w świat baśni.

Kapliczka na Sewerynówce w zimowej szacie,

tu fragment kapliczki przy mniejszej ilości śniegu,

a tu  pozostała część 🙂

Dla ścisłości dodam, że kapliczka znajduje się za zajazdem, czyli mija się „Czardę” po prawej stronie, idzie dalej drogą i dochodzi się do zabytkowej kapliczki, którą w środku można obejrzeć przez szybki, a w sierpniu mieliśmy okazję wejść do środka.

Przed „Czardą” pali się ognisko.

Ania przygląda się zimowym tańcom, hulankom i swawolom 🙂

a radość tańcujących udziela się innym 🙂

A za „Czardą” – bajka,

bajka,

bajka,

i jeszcze raz bajka 🙂

Dziś takiego śniegu już nie ma…

Może go trochę zabrać na pamiątkę i zasuszyć 😉

Wnętrze „Czardy” w innej porze roku, nowszej, powiększonej o część dobudowaną

Tu chyba jeszcze przed rozbudową

tak mi się wydaje, choć na sto procent pewna nie jestem.

Z całą pewnością zdjęcia współcześniejsze jeszcze będą, ale nie mogę ich dziś znaleźć. Na pewno znajdę. Teraz muszę wrócić do realu i zająć się domem poświątecznie i posylwestrowo, bo słyszę, że domownicy wstali. Wczorajszy dzień spędziłam u Calineczki, więc wieczorem na nic siły nie miałam, szkrabusia jest po prostu niesamowita, ale o tym potem.  Miłego weekendu 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 18 komentarzy

O obżarstwie

Teraz będzie o obżarstwie. Muszę stwierdzić stanowczo, że było ono mniejsze niż zazwyczaj. Nawet słowa „obżarstwo” właściwie używać nie powinnam. Może z racji zmniejszającego się z wiekiem zapotrzebowania organizmu na obfite jedzenie? Już dawno z Mary stwierdziłyśmy, że nie mieści się w człowieku tyle jadła ile drzewiej potrzebował 😉 Za młodu jadało się bez niepotrzebnych myśli w rodzaju „jak to strawić?” (cytat z reklamy). Teraz mała cząstka tego co wcześniej się pochłaniało – człeka wypełnia po same uszy i więcej nie może, choć oczy by jeszcze jadły. W sumie więc dobrze, że nie zrealizowałam planów kulinarnych, głównie z braku czasu, dzięki czemu miałam luz w lodówce jak jeszcze nigdy w żadne święta i teraz nie muszę się głowić co i jak wcisnąć w zamrażalnik, żeby się nie zmarnowało. Bo jedzenia się nie marnuje i nie wyrzuca, przechowuje się na później.
Bigos vege wyszedł przepyszny po prostu, pewnie dlatego, że dałam dużo grzybów: i boczniaki, i pieczarki, i suszone kupne grzyby doń trafiły. Kapustę zawsze mieszam: część słodkiej i część ukiszonej. Dodałam jeszcze suszone śliwki, usmażoną cebulę (w paski), utartą marchewkę, pieprz, musztardę.
Ryby po grecku nie zrobiłam, ale sos owszem. Sos zabrał sobie Mały do domu, ponieważ on „rybę bez ryby” robi po swojemu, a ja bym mu jeno smak zepsuła robiąc „rybę z tofu”. Jako dodatku do sosu używam zwykle  kostek z mintaja, a ponieważ ich w Biedronce nie było, więc się obeszło bez. Usmażone miałam za to polędwiczki z dorsza i filety też z dorsza. Bardzo smakowały. Oczywiście Mały nie jadł. Jemu przygotowałam grzybowe kotlety, pierogi z kapustą i grzybami (kupione). Barszczu synuś nie lubi, więc jadł buraczki. Bez śmietany, bo się weganizuje. Synowa rybę jada, Starsza wnuczka też, choć ogólnie dziewczyny się oszczędzały będąc już po jednej wigilii, mając w planie kolejną – takie objazdowe świętowanie, ale za to potem upragniony spokój 🙂
W pierwszy świąteczny dzień Duży przyjechał z rodzinką na obiad. Bezapelacyjną gwiazdą oczywiście była Calineczka. Nie mogło być inaczej 🙂 Jej słynne już: „nie, nie, nie chcę!” albo dla odmiany: „ja, ja, ja!” – doprowadza do ataku śmiechu. Tak, śmiać się można patrząc z boku, bo mała charakterna osóbka nie pozwoli sobą rządzić i zmusić ją do czegoś można jedynie sposobem, i to tylko dopóki się nie zorientuje, że dała się wrobić 🙂 Najbardziej rozczuliła dziadka wspinając się za nim po schodkach na czworakach (bo szybciej niż na dwóch nóżkach) wołając: „dziadziuś, dziadziuś!” Jest przecudowna po prostu – co oczywiście każda babcia powie o swoich wnuczkach, i oczywiście będzie miała absolutną rację 🙂 🙂 🙂
Na obiad dla „Dużych” miałam kotlety mielone drobiowe, polędwiczki z indyka z morelami, pozostałą z wigilii rybę, surówkę z kiszonej kapusty, buraczki (już ze śmietaną) i wszyscy najedli się po kokardę – jak to się mówi. Do tego makowczyki z ciasta francuskiego
upiekłam oraz  sernik, a Synowa przywiozła tradycyjny makowiec więc słodyczy było co niemiara. I tak minął pierwszy dzień. W drugi my też odpoczywaliśmy, obejrzeliśmy wspólnie kilka filmów, spędziliśmy czas naprawdę przyjemnie, bez zwykłego, codziennego pędu.
Wykańczamy sałatkę jarzynową, śledzi nie robiłam (pierwszy raz), kupiłam gotowe, jedne z żurawiną, drugie z suszonymi pomidorami i wystarczyło. Te pierwsze pozostały w stanie nienaruszonym i może doczekają Sylwestra. Obiadu jeszcze mamy na dwa dni, więc mogę z
czystym sumieniem wziąć się za obiecaną sobie segregacje papierów. Części już udało mi się pozbyć przed świętami w przerwach między przemieszczaniem się do lekarzy, do Mary i do Calineczki. Ale to była mała część, więc dużo mnie jeszcze czeka. Ale to w sumie jest
przyjemne działanie 🙂
Na Sylwestra zapowiedziała się Średnia, a ja się nie posiadam z radości z tego powodu. Zażyczyła sobie pizzę, bo „co to za Sylwester bez pizzy”! Specjalistką nie jestem, robiłam chyba ze trzy razy, wychodziła dziwaczna w kształcie (krzywy prostokąt). ale w smaku owszem owszem 🙂 Jak sobie wnusia życzy tak będzie, więc dziś przekopię przepisy by jakiś łatwiejszy odszukać. Zakupy zrobię jutro i jeszcze coś wymyślę specjalnie dla niej. Niech ma co wspominać 🙂

Nie zrobiłam żadnego zdjęcia ani potraw ani ludzi 🙂 Tak wyszło, oni nie chcieli, nie miałam czasu na ustawianie salaterek, półmisków do fotografii, więc coś zamiast musi być. No… to… zimowa Szczawnica 🙂  🙂 🙂  Wiadomo, ze „hopla z przerzutką” mam w tej materii… Cóż, coś w życiu trzeba mieć   🙂

Zdjęcia były  zrobione w drodze pod kapliczkę na Sewerynówce na początku stycznia 2006 r.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy