„Widocznie tak miało być” – 62

Wrzesień

Ponieważ wszystko ma swój kres, urlopy i zwolnienia również, Aldona postanowiła wrócić do pracy i w miarę możliwości wytrwać aż do rozwiązania. Podjęła taką decyzję, ponieważ poczuła się zdrowa, silna, wypoczęta, gotowa stanąć w szranki z całym światem. Nie bała się już nikogo i niczego. Oczywiście nie miała zamiaru szarżować, narażać na szwank zdrowia maleństwa ani własnego. Myśli o dzieciach dawały jej jednak siłę do działania. Planowała przyszłość, zakup łóżeczka, wózka i mnóstwa rzeczy niezbędnych niemowlęciu, nie przejmowała się już ani Marianem, ani Agatą. Potrafiła zapanować nawet nad tęsknotą za Sergiuszem, upchnęła ją gdzieś na dnie serca i kazała siedzieć cicho, żeby nie przeszkadzała w życiu. Dawno minął czas, kiedy męczyła ją bezustanna huśtawka nastrojów, gdy nadzieja i rezygnacja, szczęście i rozpacz, radość i smutek mieszały się ze sobą odbierając siły i chęć do życia.

Greta zamarła z wrażenia zobaczywszy koleżankę i przez chwilę stała z idiotycznym wyrazem twarzy, wreszcie wybuchnęła śmiechem.

– No coś takiego! Nie wytrzymam, ale numer! Komu dałaś bez zabezpieczenia? Ha ha, taka stara, a wrobić się dała!

Aldona wytrzymała spokojnie atak histerii, podeszła do własnego biurka, zdjęła z wierzchu nie swoje rzeczy.

– Bądź uprzejma to zabrać, nie należy do mnie. Chciałabym uprzątnąć moje biurko – powiedziała i usiadła na krześle.

Rozejrzała się po pokoju, westchnęła cicho i zajrzała pod biurko, do szafki. Bez zbędnej straty czasu wzięła się za sprzątanie swego miejsca pracy, z czym szybko się uwinęła. Zadzwonił telefon. Kasia.

– No jak tam? Przeżyłaś wejście do pokoju i spotkanie z Gretą?

– Uff, już dobrze, nie dałam się wyprowadzić z równowagi, jest ok.

– Czekaj – ściszyła Kasia głos, – ona przyleciała do pokoju obok i tam się drze, pójdę posłuchać a potem ci zdam relację.

Okazało się, że Greta z właściwym sobie wdziękiem słonia w składzie porcelany poinformowała cały wydział, każdego kto chciał słuchać i kto nie chciał, jak również wszystkich swoich znajomych, prawie znajomych i o-mało-co znajomych, że ta głupia, stara bździągwa Aldona jest w ciąży. Oczywiście nie obeszło się bez telefonu do Mariana. I cóż, zdziwionej Grecie  Marian oświadczył lodowatym tonem, że go to w ogóle nie interesuje, nie chce o tym słuchać, że jeszcze ktoś pomyśli, że on ma coś z tym problemem wspólnego. W taki oto sposób Aldona niespodziewanie dla siebie miała jeden kłopot z głowy.

Greta była niepocieszona. Nie wywołała sensacji jakiej pragnęła i nie stała się głównym ośrodkiem zainteresowania z powodu posiadanych informacji. Po cichu liczyła na jakąś formę gratyfikacji ze strony Mariana za tak niespodziewaną wiadomość, ale się zawiodła. Postanowiła jeszcze coś ugrać przekazując wieści Agacie. W tym celu zadzwoniła na domowy numer Agaty. Cóż, tu też szczęście jej nie dopisało, bowiem Agaty od dawna nie było a słuchawkę podniosła pani Mela, która wiedząc o wyjeździe – pożal się Boże – synowej przyszła sprawdzić w jakim stanie zostawiła ona mieszkanie. Niczego nie ruszała, obejrzała tylko cały bałagan, łyknęła tabletkę na obniżenie ciśnienia, które niebezpiecznie skoczyło w górę, posiedziała chwilę spokojnie i właśnie miała opuścić lokal, gdy usłyszała dzwonek telefonu. Zareagowała odruchowo. Nieznajomy kobiecy głos spytał o Agatę.

– Nie ma jej – odpowiedziała pani Mela.

– A kiedy będzie?

– Nie mam pojęcia.

– A czy mogłaby jej pani coś przekazać od Grety? – zapytał głos.

– Ależ oczywiście, natychmiast przekażę jak wróci – odpowiedziała słodziutkim tonem mając przed oczyma czerwone ostrzegawcze światełko mrugające z coraz większą intensywnością.

– To proszę powiedzieć, że osoba nas interesująca jest w ciąży.

– To znaczy kto? – spróbowała uściślić pani Mela chwytając się krzesła, by z wrażenia nie upaść.

– Aldona przecież – odpowiedział zniecierpliwiony głos.

– No tak, oczywiście, dziękuję – odpowiedziała panu Mela i odłożyła słuchawkę.

Usiadła na krześle i włączyła wszystkie szare komórki. Stwierdziła, że chyba zapadła na demencję, bo nie może poskładać w całość kawałków układanki, którą nagle dojrzała. Co tu się porobiło? Wzrok padł na telefon. Pamiętała numer do Doroty, choć w sumie nowy, więc nie jest z nią jeszcze całkiem źle.

– Dorcia, jesteś w domu? – spytała nieco drżącym głosem.

– No chyba jestem ciociu, skoro odebrałam telefon, nie sądzisz? – zaśmiała się siostrzenica.

– Ty się ze mnie nie śmiej, tylko mi tu mów jak na spowiedzi. Wszystko!

– Ale co? Jakie wszystko? – zdziwiła się Dorota.

– Wszystko co się wokół dzieje, bo zgłupiałam. Zadzwoniła jakaś Greta i powiedziała, żebym Agacie przekablowała, że Aldona jest w ciąży. Przecież wiem, ślepa nie jestem. Ale co ją to niby obchodzi? Rozumiesz coś z tego?

– Gdzie zadzwoniła? Do twojego domu?

– Nie, no co ty, skąd do mnie? Do Sergiusza. Jestem tu, bo chciałam zobaczyć na własne oczy co ta lampucera po sobie zostawiła i zadzwonił telefon. Tak się zdenerwowałam, że odebrałam i teraz nic nie wiem.

– A gdzie Monika? – zaniepokoiła się Dorota.

– Z Basią i chłopcami na Rosoła.

– Aha, no to uspokoiłaś mnie. Słuchaj ciociu, czekaj na mnie, podjadę po ciebie i o wszystkim spokojnie porozmawiamy. Dobrze się czujesz?

– Już tak, całe szczęście, że leki wzięłam wcześniej, chyba zaczęły działać. Dobrze dziecko, to czekam.

Dorota zabrała ciotkę do siebie, zmierzyła starszej pani ciśnienie, na wszelki wypadek sprawdziła czy ma jeszcze leki. Pani Mela zawsze nosiła przy sobie opakowanie, więc nie było problemu. Dorota poczuła, że przyszedł odpowiedni moment i nie pytając przyjaciółki o zdanie podjęła decyzję. Opowiedziała ciotce o perypetiach nieszczęsnej zakochanej pary z takimi szczegółami, które uznała za istotne. Tym sposobem długo skrywana tajemnica ujrzała światło dzienne w szerszym niż dotąd zakresie.

Dorota musiała odpowiedzieć na mnóstwo pytań,  bo tak niesłychane informacje z trudem docierały do zaskoczonej pani Meli. Ale kiedy wreszcie dotarły i upewniła się, że nikt jej nie wkręca, nie ma żadnej ukrytej kamery ani żadnego ”mamy cię”, wydała z siebie dziki indiański okrzyk zupełnie nie przystający do powagi wieku i zażądała, by Dorota natychmiast udała się z nią do Aldony, którą bardzo polubiła podczas wakacji. Oszołomiona reakcją ciotki nie stawiała oporu i ciągnięta za rękę ledwo za ciotką nadążyła. Starsza pani z wielkiej niecierpliwości uderzyła pięścią w drzwi windy, żeby szybciej przyjechała.

Migiem znalazły się przed sąsiednim blokiem, odprowadzone pod same drzwi klatki schodowej  zdziwionym wzrokiem bliźniaczek bawiących na podwórku, zaskoczonych, że Dorota nie odpowiedziała na ich pozdrowienie. Dziewczynki spojrzały na siebie i pędem rzuciły się za nimi przeczuwając, że dzieje się coś ciekawego i niezwykłego, i – że one nie mogą tego przegapić. Wyminęły obie kobiety, otworzyły drzwi szyfrem i dopadły mieszkania wołając matkę.

– Mamusiuuu, mamooo, gości masz!

– Jakich gości? Cicho Tina, nie szczekaj – uspokajała suczkę. – A, Dorcia, wchodź do środka, co tak stoisz?

Dopiero po chwili spostrzegła stojącą bez ruchu panią Melę. Przeniosła wzrok na przyjaciółkę i domyśliła się w czym rzecz. Najpierw się zdenerwowała, rozzłościła na Dorotę, ale trwało to jedynie mgnienie oka. Spojrzały sobie z panią Melą w oczy.

– Proszę wejść – powiedziała cicho. – Nie będziemy przecież stały na korytarzu.

– Dziewczynka? – równie cicho upewniła się przyszła babcia.

– Tak, kolejna w rodzinie – uśmiechnęła się Aldona, – same dziewczynki.

– Nawet nie wiesz dziecko, jak się cieszę – w oczach starszej pani pojawiły się łzy wzruszenia. – Dzisiejszy dzień jest tak niesamowity, że wciąż nie wiem, czy nie śnię.

– Nie śnisz, ciociu, nic a nic – przekonywała Dorota. – To wszystko wydarzyło się naprawdę. Będziesz miała drugą wnuczkę..

– Chodź, niech cię uścisnę – pani Mela wyciągnęła ramiona do Aldony, która równie wzruszona przytuliła starszą panią.

Dziewczynki obserwowały z zaciekawieniem całą scenę i coś szeptały do siebie.

– Czy to znaczy, że będziemy miały nową babcię? – spytała Inka.

– No bo przecież babcia naszej siostry powinna być też naszą babcią, inaczej będzie niesprawiedliwie – dodała Linka.

– Dajcie mi krzesło, muszę usiąść. Jak przeżyję dzisiejszy dzień, to będę żyła sto lat – powiedziała nowa babcia. – Jestem tak oszołomiona, że nie mogę dojść do siebie. Dopiero się dowiedziałam, że niedługo urodzi mi się wnuczka, a tu się okazuje, że mam już dwie całkiem duże, nowe wnusie. I nic o tym nie wiedziałam. Kilka godzin temu miałam jedną a teraz mam już właściwie cztery.

Dziewczynki chichotały rozbawione monologiem nowej babci.

– Naprawdę możemy mówić: babciu? – upewniały się.

– Naprawdę. Chodźcie do mnie, niech was uściskam, wnuczki moje.

Uściskała dziewczynki i posiedziała chwilę spokojnie, ochłonęła, napiła się wody mineralnej. Wyglądało, że całkiem  wróciła do równowagi, gdy nagle podskoczyła na krześle.

– No i co ja teraz mam zrobić?

– Ale z czym? – nie zrozumiała Dorota.

– Teraz mam zagwozdkę, czy powiedzieć Monisi? Z jednej strony bym chciała, żeby nie miała do nas żalu, że skrywałyśmy przed nią jakieś sekrety. Ale z drugiej, czy można wymagać od dziecka utrzymania takiej wiadomości w tajemnicy przed ojcem?

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 4 komentarze

„Onegdaj” – stała i czekała :)

Stała sobie na półce i stała, cierpliwie czekała. Widocznie wiedziała, że aktualnie nie mam czasu (to „aktualnie” trwało i trwało), a moja głowa wiecznie zajęta tysiącem spraw wreszcie kiedyś będzie musiała odpocząć od rzeczywistości. Miała absolutną rację, jak to przyjaciółka. Przecież książka to najlepsza milcząca przyjaciółka człowieka. Przyszedł czas, że się doczekała. Jeszcze przez chwilę się wahałam po którą z nich sięgnąć, lecz ona wyraźnie do mnie zawołała, poczułam jej przyciąganie, usłyszałam w duszy głos: Aaaniaa, Aaaniaa… no słyszysz wreszcie czy nie ty małpiszonie! Na takie dictum wątpliwości moje wszelkie pierzchły i wzięłam ją do ręki. Miałam wrażenie, iż słyszę westchnienie ulgi pomieszane z politowaniem (skierowanym oczywiście pod moim adresem).  Też westchnęłam, ale z radości i przyjemności zajrzawszy do środka 😊 bowiem to była rzecz napisana przez Marię Korniłowiczównę, rodzoną wnuczkę Henryka Sienkiewicza, córkę jedynej jego córki Jadwigi z Sienkiewiczów Korniłowiczowej. Jak wiadomo pisarz „dorobił się” jeszcze syna dwojga imion: Henryk Józef, który miał czworo dzieci, ale to już inna bajka.

Maria Korniłowiczówna była nietuzinkową postacią, jak na wnuczkę noblisty przystało, o czym dowiedziałam się szukając informacji po zachwyconym przeczytaniu „Onegdaj”, taki właśnie tytuł nosi książka. I dalej w podtytule czytamy – „Opowieść o Henryku Sienkiewiczu i ludziach mu bliskich”. A więc nie suche fakty z życia jakie podają w szkole, lecz osobisty przekaz wnuczki, która choć nie miała okazji dziadka spotkać (urodziła się po jego śmierci) to całe jej życie przesiąknięte było rodzinnymi przekazami, opowieściami, rosła otoczona pamiątkami drogimi sercu.

Znalazłam potwierdzenie, że swoją pierwszą i najukochańszą żonę Marynię Szetkiewiczównę spotkał po raz pierwszy w Szczawnicy. Niby o tym wiedziałam, ale było słówko „podobno”, zaś teraz wiem „na pewno”. Chyba jasnym jest, iż ucieszył mnie ten fakt ogromnie. Mogę sobie wyobrażać pana Henryka spacerującego alejkami Parku Górnego (mojego codziennego miejsca spacerów z psiepsiołami podczas bytności w ukochanym miasteczku). Spoglądając jego na pomnik wspominać będę fragment o odczycie wygłoszonym w Perle Pienin o amerykańskich Indianach, który jego szwagierka Jadwiga z Szetkiewiczów Janczewska, siostra Maryni, tak w swoim pamiętniku opisała – „Oczy to były dziwne, poważne, raczej smutne, ale kiedy spoglądał nimi, zdawały się patrzeć w dal nieokreśloną, a jednocześnie jakby w głąb własnych myśli i uczuć. W podobny sposób określał Sienkiewicz w jednym ze swoich odczytów sposób patrzenia czerwonoskórych amerykańskich, na co się rozległ szmer wśród publiczności i ktoś powiedział: < On sam tak patrzy>”.  Tak patrzy i z pomnika w Szczawnicy, w której odczyt ów wygłosił.

Są też inne ślady bytności pisarza w uzdrowisku.

…Szkoła Podstawowa nr1 nosi imię Henryka Sienkiewicza…

Szukając informacji trafiłam na takie ciekawostki prawdziwe 🙂

https://kurierwilenski.lt/2016/05/06/hanuszyszki-podwilenska-posiadlosc-prototypu-zagloby/

https://kurierwilenski.lt/2016/05/13/hanuszyszki-tu-marynia-szetkiewiczowna-tupala-nozka-na-rosyjskiego-uriadnika-2/

https://kurierwilenski.lt/2016/05/20/hanuszyszki-stad-marynia-szczescie-sienkiewicza-3/

https://kurierwilenski.lt/2016/05/27/hanuszyszki-wczoraj-i-dzis-4/

https://nakanapie.pl/recenzje/piec-ich-bylo-on-henryk-sienkiewicz-nazywal-sie-marie-jego-zycia

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/10-kobiet-bez-ktorych-nie-byloby-niepodleglej-polski/jt5mzyy

http://www.genealodzy-kielce.pl/wp-content/uploads/2017/01/III-Dokumenty-rodzinne-%C5%9Bwiadkiem-%C5%BCycia-pisarza.pdf

Na koniec cytat wybrany przez Marię Korniłowiczównę na motto książki o dziadku.

I jak Wam się podobała wyprawa w przeszłość? Mnie bardzo, czytałam i czytałam, także artykuły, z wielką ciekawością, bo to wciągające doświadczenie było i przeniesienie w zupełnie inny świat, w którym piękno naszego języka widoczne w całej okazałości dotąd  zachwyca 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 20 komentarzy

Odchodzenie…

Przychodzi taki czas, że znajomi zaczynają odchodzić w inny wymiar. Wierzę, że za Tęczowym Mostem spotykają swoich bliskich, przyjaciół, swoje zwierzaki – wszystkie drogie sobie istoty, które udały się wcześniej w tę podróż. Dawno temu rozpoczęłam pracę jako najmłodsza w zespole, a teraz jestem „na wolności” (ku swej ogromnej radości). W międzyczasie pożegnałam mnóstwo znajomych. Teraz nie chcę pamiętać niczego poza dobrymi wspólnymi chwilami, tylko one się liczą. Z najbliższego otoczenia wspomnę Jadzię (chyba była z rocznika mojej mamy – 1923), cudowną kobietę od której nauczyłam się najwięcej życiowych mądrości jako już osoba dorosła i matka dzieciom 😊 Nie zapomnę nigdy pani Steni – pisałam o niej tu:     http://annapisze.art/?p=124       Wspomnę Zbyszka, który słuchając moich opowiadań o Rolfie, kotach i chłopakach namawiał do ich (opowiadań) spisania. Wspomnę Gośkę, mistrzynię w opowiadaniu dowcipów, Jaśka, który był jedyny w swoim rodzaju w umiejętności słownego kreowania własnej rzeczywistości różniącej się znacznie od realu… Wielu odeszło…  Refleksje i wspomnienia nasunęły mi się ponieważ przed kilkoma dniami odszedł Jurek, niezwykle dobry, ciepły kolega, a przy tym niezwykle utalentowany artysta malujący piękne obrazy…

Z wiekiem, z nabywaniem mądrości i wiedzy do odchodzenia podchodzę inaczej niż dawniej. Wiem, że to tylko etap przejściowy w wiecznej szkole zdobywania właśnie WIEDZY, uczenia się, wchodzenia na wyższe stopnie rozwoju.  Nie znaczy to, że ktokolwiek musi się za mną natychmiast zgadzać. Takie jest moje osobiste przekonanie wynikające  między innymi z przeżyć po odejściu moich bliskich, a także z porównania własnych doświadczeń z opisanymi przez liczne osoby doświadczające podobnych sytuacji. Zresztą – każdy ma swoją drogę i na własną rękę musi jej szukać i nią podążać.

Rozpisałam się „w tym temacie”, ale tak mnie nastroiło odejście Jurka, którego poznałam w pierwszym dniu rozpoczęcia pracy, a było to w grudniu 1978 … kawał czasu…

Z odchodzeniem w inny wymiar wiąże mi się też temat „odchodzenia” pamięci, uciekaniu jej nie wiadomo gdzie bez „swego człowieka”, który pozostaje sam nie mogąc się już nią (pamięcią) posiłkować.  O tym problemie pierwszy raz pisałam tu : http://annapisze.art/?p=146  potem tu:  http://annapisze.art/?p=1264  Obserwuję ten proces nieustannie, dzień po dniu patrząc jak babcia D. jest jak dr Jekyll i Mr Hyde. Huśtawka jej nastrojów, zmiany osobowości i zachowania zachodzące dosłownie w ciągu kilku chwil  potrafią opiekuna wykończyć. I to mimo wiedzy, że to jest choroba a chory nie ma na nią żadnego wpływu. Tak jest i już.

Podam prosty przykład. Po zjedzeniu ze smakiem i zadowoleniem śniadania nagle przeistacza się w dziką furię, albo rozpaczliwie szlochającą ofiarę spisku uknutego na jej zgubę, bo np. nie może znaleźć telefonu ukrytego w różnych dziwnych miejscach przez nią samą. Kupuję często indyka w galarecie, babcia D. myśli, ze to salceson, który lubi. Cieszy się, uśmiecha, zjada z radością mówiąc, że to jej ulubione jedzenie. Po czym idzie do pokoju i za chwilę dobiega stamtąd szlochanie. Nie odpowiada na żadne pytanie, o co chodzi, co się dzieje, czego jej trzeba – spojrzy tylko wzrokiem Bazyliszka, którym by zabiła gdyby mogła. Obraża się na pół dnia, po czym wychodzi jakby nigdy nic i o niczym nie pamięta. Do następnego razu, dopóki znów nie zacznie czegoś szukać, albo jej się coś będzie zdawało, bo nie wie chwilami gdzie jest. Myli jej się czas, przestrzeń. Jeszcze na szczęście pamięta jak się nazywa i rozpoznaje osoby. Ale nie wiem jak długo, leki wypluwa, chowa po kątach, a przecież tylko regularne ich przyjmowanie może choć trochę zatrzymać postęp choroby. Lekarstwa na tego typu zaburzenia jeszcze nikt nie wynalazł. No i takie wesołe jest życie staruszka…

Posmęciłam w dzisiejszym wpisie. Cóż, życie się składa z różnych chwil, nie zawsze może być wesoło, radośnie, smutek i choroba też są wpisane w naszą ludzką egzystencję, tak już jest.  Dlatego nie zawsze można robić to, co by się chciało, nie ma czasu, nie ma spokojnej głowy aby pomyśleć… Ale – następnym razem powiem o czymś bardzo miłym, o lekturze książki wnuczki Sienkiewicza, którego kocham miłością nieustającą a zarazem  nieodwzajemnioną ponieważ nie mam na imię Maria 😊😉😉

… kwiaty na wywołanie uśmiechu i poprawę humoru …

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 27 komentarzy

Co z tą weną?

Chcę kilka wierszy napisać ładnych,

ale pomysłów nie mam żadnych.

Gdy tylko zacznę – coś mi przeszkadza

i wnet zapały moje schładza.

Raz bzycząc osa leciała do mnie

– wnuczka się osy boi ogromnie –

a więc rabanu narobiła

i osę z weną wraz – przegoniła.

Wczesnym zaś rankiem kochana Szilka

ładnie prosiła o głasków kilka,

tuż za nią Skituś główkę nadstawił

i wenę całkiem siły pozbawił.

No dobrze, spokój, biorę długopis

i myślę: teraz to będzie popis

(i bardzo proszę – żadnych skojarzeń,

tu politycznych nie ma wydarzeń).

Wtem Moje Szczęście coś zamruczało

we śnie (możliwe, że mi się  zdawało),

za chwilę babcia D. mówi o kawie…

Wena stwierdziła, że nieciekawie

tu dla niej dziś jest, więc już poleci,

po drodze może zajrzy do dzieci

wszak Calineczki są urodzinki

i pewnie liczne będą wspominki.

Pomyśleć czas o prezencie wnusi,

Przecież malutka ucieszyć się musi 😊

5.O9.2021

Niech słoneczko przez weekend pięknie świeci i latem niech się cieszą dzieci, bo gdy już słota przyjdzie, żadne z domu na spacer nie wyjdzie, będą się nudzić, męczyć, narzekać i na następne lato czekać 🙂

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Myślę sobie, wierszydełka, Wymyślanki | 28 komentarzy

Wrzesień = jesień

Jest wrzesień czyli jesień. Ostatnie deszczowe dni jeszcze wzmogły takie przekonanie. Wprawdzie już jaśniej, nawet słoneczko wygląda, ale jeśli dzieci poszły do szkoły to już lata nie ma. Trzeba mu zrobić pa pa… do następnego roku. Zdzisława Sośnicka śpiewała dawno temu:  „…żegnaj lato na rok …” i zawsze smutno mi się robiło, że to już koniec wakacji. Żeby jednak tak całkiem smutno nie było to przypominam sobie równocześnie, że właśnie o tej porze zajadałam się jajecznicą z pomidorami, albo jajecznicą z papryką, albo smażonymi grzybami (uzbieranymi przez tatę na leśnej działce) z jajkami, za którymi przepadali wszyscy, w tym moi chłopcy gdy jeszcze do szkoły nie chodzili i żyli „na wolności”. I znów piosenka – „…to były piękne dni…” . No były, były, minęły lecz w pamięci pozostały.

W kwestii jedzenia – zrobiłam kotlety selerowe. Cieszy mnie, że MS mówi, iż je nawet lubi, co uważam za osobisty sukces na miarę – ho ho ho! i jeszcze trochę 🙂

… kotlety selerowe ..,.

Zrobiłam też kolejny eksperyment z cyklu: improwizacja czyli placuszki naleśnikowe. Zostały mi trzy naleśniki. Pokroiłam je w miarę drobno, dołożyłam posiekaną cebulkę, jajka chyba 3, łyżkę mąki, łyżkę otrąb owsianych (dla zdrowotności oczywiście), przyprawę do kurczaka po węgiersku (reszta domowników miała właśnie takiego kurczaka), trochę bułki tartej i jak się już kupy trzymało wrzuciłam na patelnię. Wyszły placuszki – jak dla mnie przepyszne. Miałam jeszcze ugotowaną kapustę z koperkiem, ziemniaki i w sumie było fajne jedzonko.  Zostały mi dwa placuszki i na drugi dzień podsmażyłam sobie na maśle klarowanym – jeszcze smaczniejsze były. Wprawdzie Królowa Marysieńka opierniczyła mnie, że zmarnowałam naleśniki, ona by tego nigdy nie zrobiła tylko wymyśliłaby farsz, ale trudno 😉 Zamiast farszu prostsze wydało mi się przygotowanie placuszków i każda z nas pozostała przy swoim zdaniu 🙂  Natomiast ona robiła  curry z tofu i tego na pewno spróbuję, tylko jeszcze nie wiem kiedy. Jak mnie „najdzie”, czyli jak wena kulinarna powróci, bo ona (wena) odwiedza mnie z doskoku i nigdy nie wiem, kiedy wpadnie 😉

… placuszki naleśnikowe …

Ugotowałam garnek grochówki. Duży, bo przecież małego nie opłaca się gotować, prawda? Odkąd nie jem mięsa dopiero na talerz kładę podsmażoną kiełbaskę drobiową dla babci D. i MS. Dla siebie tym razem wrzuciłam pokrojonego kabanoska vege, ostrego, tego co to  „bez kęsa mięsa” 🙂  Mniej ostre mi smakują do pogryzienia sobie od czasu do czasu, te się nadały do grochówki.

Skituś był szczęśliwy mając swoją pańcię przy sobie, bo tylko ona mu pozwala spać w łóżku. Wprawdzie wygląda uroczo, ale bez przesady, moje psiaki zawsze spały obok łóżka, ale na pościel nie wchodziły.

… jeszcze trochę pośpię sobie …

… o co chodzi, kto mnie budzi i po co? …

Teraz szkoła mu pańcię odebrała. Mam obowiązek każdego dnia wysłać Werze fotkę jej ulubieńca. Na razie mi się udaje, potem pewnie zmniejszę częstotliwość, ale za to nadrobię ilością.

Jeszcze coś, co znalazłam – specjalnie dla Małgosi   http://toprzeczytalam.blogspot.com/

… instrukcja 🙂 …

Kupiłam sobie kaloszki w pięknym niebieskim kolorze i już nie muszę się martwić co jesienią założę idąc z psami w czasie deszczu, gdyby mi się moje starutkie rozleciały. Te, co je miałam pociąć i zrobić z nich kwietniczki, hi hi 🙂

Spóźniłam się, bo były piękne czarne, prawdziwie eleganckie (o ile można tak powiedzieć o gumowcach), ale została tylko jedna para dużo za duża. Wobec tego mam niebieskie i już 🙂

W Biedronce kolejna akcja zbierania naklejek na maskotki, więc już zaczęłam. Wcześniejsze maskotki były dla Wery, teraz już  dla Calineczki, której w górach się bardzo podobało, było „wysioko, wysioko, do siamego nieba” 🙂

Jesiennie kojarzą się też orzechy.  Czerwone rosły u babci w ogródku, uwielbiałam je kiedy były niedojrzałe. Rozgryzałam skorupkę i wyjadałam różowokremowe ziarenka 🙂 Orzechy to oczywiście wiewiórki i taką spotkałam idąc z psiepsiołami.

Niewyraźnie wyszło, bo maleństwo błyskawicznie się przemknęło, ale ślepki widać 🙂

Dobrego, słonecznego pierwszego wrześniowego weekendu życzę:)

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 42 komentarze

Końcówka wakacji :(

Znów „biegowe” (czyli na szybko) kotleciki dla mnie – 1 jajko, łyżka bułki tartej, łyżka otrąb owsianych, przyprawa do kurczaka po węgiersku, koperek, szczypiorek (trochę zostało przesuszonego) i trochę mąki, tyle, żeby się udało ulepić kotleciki. Dla mnie pycha. Do tego ziemniaki z koperkiem, sałatka z pomidorów z cebulką i żarełko takie, że nie trzeba lepszego.

… na balkonowym stoliku, na starym porcelitowym talerzu …

Dla Małego była instrukcja przygotowania gulaszu z tofu, krok po kroku, bo mu się potrawa nie udała. Zdjęcia robiła Wera i zupełnie nie wiem dlaczego po przesłaniu na bloga niektóre stoją bokiem. Nic z tym nie zrobię, tak musi zostać 🙁

… rozmrożone kostki naturalnego tofu …

… „poszarpane” na kawałki tofu, można pokroić, ale takie mi się bardziej podobają 🙂 …

… kawałki posypane przyprawami: solą, pieprzem, czosnkiem granulowanym i papryką, oraz polane kilkoma łyżkami oleju – dokładnie tak jak robię gulasz z kurczaka …

… tofu wymieszane z dodatkami …

… po jakimś czasie (tu: po nocy w lodówce) tofu smaży się (krótko) na jednej patelni, cebulka na drugiej …

… zeszklona cebulka ląduje w tofu, dusi się przez chwilę z dodatkiem masła (u mnie) …

… gotowe 🙂 babcia D. znów chwaliła „takie dobre mięsko” 🙂 …

Poza tym słodycze – głównie deser budyniowy, galaretki z serkiem albo jogurtem. I jeszcze coś bardzo niezdrowego i tuczącego pewnie, ale pysznego – rurki śmietankowe z Biedronki.  Co tam, w końcu są wakacje i trochę przyjemności się po prostu należy 😊

… w towarzystwie suszonych śliwek i żurawiny, z kleksem śmietany …

Szkoda lata, ale można się  nim napawać póki czas, głównie pięknymi kwiatami napotkanymi podczas psich spacerów.

Wera nas już opuściła (mnie cieszy, że z niechęcią), czas najwyższy zakończyć przygotowania do roku szkolnego. Bidulka przeżywa zbliżającą się konieczność pójścia do szkoły. Rozumiem ją doskonale.  Poza tym musiała się rozstać ze Skitusiem. Obiecałam, że codziennie będę wysyłać jej zdjęcie naszego ciapulka-poczciwiny 🙂

… to z dzisiejszego porannego wyjścia …

Wrzesień to już nie lato, przynajmniej dla mnie. Wprawdzie kalendarzowe jeszcze trwa, ale koniec wakacji równoznaczny jest z końcem lata i już. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Dzieci w szkole = jesień. Kasztany, żołędzie, ludziki robione na pierwszych lekcjach w początkowych klasach podstawówki, plastelina czasem do tego… takie mi się nasunęły skojarzenia. I jeszcze zapach. Pamiętam zapach mego pierwszego piórnika w pierwszej klasie. Ktoś w to uwierzy? Pierwsze dwa tygodnie szkolnego życia zaliczyłam będąc u dziadków w Tenczynku, pewnie dlatego mi utkwiły w pamięci. Potem mnie rodzice zabrali do Opola i tam skończyłam siódmą klasę, ósmą już w Warszawie. Myślę, że przez przeprowadzki dużo pamiętam, bo już lata spędzane w jednym miejscu zacierają wspomnienia… Wystarczy. Jeszcze kilka dni, więc niech będą miłe i ciepłe 🙂

Miłego weekendu oraz całego następnego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

„Navillera” – oczarowanie mojej wnuczki i moje też :)

W ciągu dwóch dni obejrzałam z Werą jej ulubiony serial, na który składa się dwanaście  godzinnych odcinków. Nie widziałam dotąd niczego koreańskiego. Wstyd przyznać, wiem, ale jakoś mnie tamte rejony świata nie pociągały więc i wiedzy nie pogłębiałam. A ponieważ szkolna się zatarła to i pogłębiać nie było czego, prawda? To jak w porzekadle: najgorzej jak kto nie umie, a jeszcze zapomni… Wracając do tematu – to co czasem zobaczyłam w tv i usłyszałam wystarczało mi w zupełności. I wyobraźcie sobie, że Wera obnażyła całą moją ignorancję! Mało tego, zachęciła mnie do obejrzenia serialu „Navillera”. Tak się wciągnęłam, że oglądałyśmy odcinki ciurkiem po kolei w każdej możliwej (dla mnie) chwili. Wspólnie śledziłyśmy losy bohaterów, znaczy ja śledziłam zmuszając wnuczkę do opowiedzenia treści.  Ze mnie taki dziwak, że lubię oglądać film jak wiem co będzie dalej i jak się skończy. Wtedy oglądam spokojnie i z przyjemnością. Nie znoszę niespodzianek – to już wiadomo – i książkę też zaczynam zaglądając na ostatnią stronę. Jak znam koniec to dopiero wtedy mogę się delektować zawartością. W serialu – jestem zaskoczona i zauroczona wszystkim: językiem, urodą młodych aktorek i aktorów, sympatycznymi postaciami, brakiem chamstwa i agresji, zdjęciami miasta (Seul chyba) – czegoś takiego potrzebowałam dla odetchnięcia od naszego piekiełka. Poza tym przegląd typów i zachowań ludzkich uświadomił mi, jak wszyscy (w sensie gatunku) jesteśmy podobni, nawet fizycznie, bo jeden z aktorów wydał mi się podobny do Krzysztofa Klenczona, a drugi był bardzo podobny do Jerzego Połomskiego (choć Koreańczyk). Do tego stopnia, że Wera poszukała zdjęcia w necie, żeby porównać i przyznała rację. Sam główny wątek też mi bliski – siedemdziesięcioletni pan (obecnie na emeryturze) w dzieciństwie marzył o tańcu w balecie i teraz próbuje marzenie  spełnić choć… okazuje się, że cierpi na Alzheimera… Dzięki tańcowi chwilami wraca do realu… Uczy go młody i piękny tancerz i… mnóstwo różnych wątków się pojawia pokazujących życie w tak odległym od nas kraju. Nic więcej nie zdradzę jeśli o treść chodzi, ale zdradzę, że często czułam wzruszenie i nie jeden raz miałam łzy w oczach. Dwa ostatnie odcinki obejrzał z nami nawet MS, choć na początku podchodził z dystansem do naszego zachwytu. Okazało się, że moja wnuczka tak się zafascynowała koreańską muzyką, wykonawcami, filmami, że zaczęła się uczyć języka. Prowokuje mnie teraz, żebym zapamiętała choć kilka słówek 😊  Udało mi się chyba ze cztery 😊

Dzięki wnuczce uświadomiłam sobie nie tylko jak bardzo wszyscy ludzie na świecie mają podobne problemy, przeżywają podobne sytuacje, emocje itd., bo to wiem od zawsze. Po prostu po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że jeśli coś poznajemy z bliska, to owo „coś” staje się oswojone, znajome, wcale nie-straszne i nie-groźne, staje się bliskie i normalne. Oczywiście nie mówię o odchyleniach, fanatyzmie itd., ale o normalnych, zwykłych ludziach.  I jeszcze co mnie uderzyło – w tej chwili sobie przypomniałam – ogromna więź rodzinna i ciepło bijące z każdej prawie sceny. Wciąż mam przed oczami bohaterów, jestem w tamtym świecie. Urok jakiś rzucili czy co?

Navillera | Oficjalna witryna Netflix   z tej strony można dowiedzieć się więcej o serialu.

Na pytanie dlaczego to jest jej ulubiony serial moja wnuczka odpowiedziała tak.

„Daje mi to czego w danej chwili potrzebuję. Jak jestem smutna i chcę się rozweselić, to mnie rozweseli. Jak mam za dużo energii i chcę trochę spauzować, to mnie uspokoi. Jak potrzebuję motywacji, to mi ja da. Jak się nudzę to zapewni mi rozrywkę. Również kocham relację Chae-roka i Deok-chula. Wszystkie postacie zapewniają mi pewien komfort (w szczególności dwie główne). Uwielbiam sceny nauki tańca, muzykę, humor i przesłanie.”

Na moje pytanie o przesłanie Wera odpowiedziała.

” No to przesłanie jest takie, że niezależnie od wieku, siły itp.  zawsze ciężką pracą możesz osiągnąć wszystko czego chcesz, ale również,  że rodzina nie zawsze musi być spokrewniona tylko najważniejsze są relacje między ludźmi,  wsparcie i miłość. Bo uważam, że  Chae-rok stał się częścią rodziny Sim. No i że każdy zasługuje na druga szansę, i że każdy konflikt skądś się bierze, a nie tak po prostu znikąd. Rozumiesz, że każde złe zachowanie ma swoje przyczyny i można człowieka zresocjalizować czy coś takiego.  No i że przyjaciela można znaleźć w każdym, niezależnie od płci, wieku, statusu itp.  No i że ważne jest, aby znaleźć to co się lubi robić, nie skupiać się tylko na tym czego inni od ciebie chcą, tylko tak jak to było z Eun-ho, żeby znaleźć coś co daje ci radość, bo bez czegoś takiego życie byłoby smutne i nudne. No i dla rodziców, żeby nie zmuszali dzieci do tego czego one nie chcą robić (tak w życiu, zawodowo itp). No i tak jak to Eun-ho raz powiedziała, że radość można znaleźć w najmniejszych rzeczach … No coś w tym stylu.”

No i to nie jest wypracowanie szkolne, bo ona wie, że od „no” nie zaczyna się zdania 🙂

Sim Deok- chul – 심덕출               Lee Cheo- rok – 이채록

Wera przesłała mi pisownię w tamtejszym alfabecie, sama nad tym siedziała przez chwilę, a mnie szczęka opadła z podziwu 🙂

… jedyna lilia jaka zakwitła w tym roku, resztę babcia D. skutecznie unicestwiła …

Udanego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 40 komentarzy

Tak sobie różnie…

Dziękuję serdecznie za reakcję na poprzedni wpis i zachwycanie się kwiatkami. Koleżanki przysyłały zdjęcia i informacje na temat nazwy „warszawianek”. Szczególne podziękowanie dla Morelki 😊 za smsa i zdjęcia jej „warszawianek” spod bloku 😊 Jeszcze kilka moich pięknych i uroczych „panienek”.

Dawno o jedzeniu nie było, to nadrabiam 😊

Dla domowników miałam gulasz drobiowy. Pomyślałam co tu zrobić dla siebie, żeby porządnie wyglądało, bo MS zawsze jest zatroskany tym, co ja mam do jedzenia. Muszę więc coś takiego mieć na talerzu, dla niego nie dla mnie 😉 a raczej dla jego „spokojności” 🙂 Zrobiłam więc sobie na szybko kotlety z jajka, bułki tartej, mąki zwykłej pszennej odrobiny, cebulki pokrojonej w kostkę, soli, pieprzu, czosnku – to już tradycyjnie. Jako panierki użyłam otrąb owsianych.  Kotleciki były trochę twarde, lecz bardzo smaczne. Fotkę zrobiłam, ale nie wyszła.

Inny pomysł – ponieważ nie miałam akurat nic innego pod ręką poza ugotowaną kaszą gryczaną – wyglądał następująco. Pokroiłam cebulkę w drobną kosteczkę, utarłam kawałek Radamera (bardzo ten ser lubię), wrzuciłam kaszę, jajko surowe, bułkę tartą i pokruszonych kilka solonych krakersów. Przyprawiłam solą, pieprzem, czosnkiem, papryką, odrobinką imbiru w proszku, wyrobiłam i uformowałam kotleciki, panierowałam w bułce tartej i usmażyłam na oleju. Potem podgrzałam na maśle klarowanym, stąd ten smak… Uwierzcie, że wszyscy jedli i nawet po kilka, bo zrobiłam nieduże, żeby się lepiej smażyły. Z ziemniakami i sałatką z pomidorów, ogórków konserwowych i cebuli, soli, pieprzu, czosnku, octu jabłkowego i oleju z pestek winogron były smakowite. Naprawdę rodzinka zjadła bez grymaszenia 🙂

Co jeszcze ciekawego sobie przypominam? Aha, zupę dla leniwych, bo z mrożonki. Akurat kalafiorowa mi się napatoczyła. Dołożyłam marchewkę, którą zawsze staram się mieć w ilościach dużych dla psiepsiołów,  sporo ziemniaków, zasypałam kaszką manną (po krakowsku grysikiem), doprawiłam śmietaną i pycha była na dwa dni.

Miałam zrobić deser budyniowy zgodnie z życzeniem Wery, ale zamiast herbatników złapałam do ręki solone krakersy. Nic to, nadały się w sam raz do gryczanych kotletów. Herbatniki kupię przy okazji następnych zakupów.  No! Jeszcze przecież seitan robiłam czyli wypłukałam gluta po raz już któryś z kolei, a początki były pokazane tu – http://annapisze.art/?p=4189 

Wszystko dlatego, że Mały miał wpaść i chciałam dziecku czymś nowym się pochwalić 🙂 Jedli wszyscy, łącznie z babcią D., która już kiedyś pytała co to za smaczne mięsko 😉 Do tego była pyszna sałatka (mojej) Królowej Marysieńki. Bardzo prosta, składająca się tylko z młodej kapusty pokrojonej cienko (w miarę możliwości oczywiście) i marchewki, a cała sztuka w sosie składającym się z majonezu, soku z cytryny, miodu, soli i pieprzu. Wszystkie składniki wrzuciłam do małego słoika i potrząsałam nim aż się zmieszały. Prosty sposób bez użycia prądu. Nooo, mówię Wam, pycha 🙂

… miało mi się zdjęcie obrócić tak, żeby widelec był z prawej, nie na dole, ale nie słucha 😉 w każdym razie na talerzu danie prezentowało się ładnie …

Były też pierogi z Biedronki, ale to już nie moja zasługa. Pierogi mi nie wychodzą i więcej nie mam zamiaru męczyć się i próbować zrobić po raz któryś z kolei. Przyjęłam do wiadomości, że nie potrafię i już. Za to potrafię już sprawnie wypłukać gluta 😉 A co!

Jeszcze mi się przypomniało, że dla Mokuren zrobiła zdjęcie japońskich pierożków, też w Biedronce kupionych, które nam wszystkim smakowały. Kupiłam je już drugi raz.

Na koniec element pięknej naszej przyrody.

… śliczny motylek …

… pelargonia, której babcia D. jeszcze (na razie) nie zdążyła ogołocić z kwiatków 😉 …

Tak w ogóle to skupmy się na Naturze, żeby zaczerpnąć sił, których potrzeba coraz więcej. Natura się odradza, my jesteśmy jej częścią, więc jeszcze jest nadzieja na odrodzenie…

Trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

Wartości i cnoty…

Przeglądając różne papierki (aby się ich pozbyć na amen), trafiłam na zapiski Wery do  pracy z polskiego na temat wartości. I tak się jakoś zatrzymałam… Uczyliśmy się i my (moje pokolenie) w szkole, że wartości to: uczciwość, wierność, odwaga, współczucie, empatia dla innych, prawość, prawdomówność itd. czyli taki kodeks moralny, który zapewnia człowiekowi godne życie. Tylko jak to się potem przekłada na życie dorosłe? Gdyby wartości wymienione, takie ponadczasowe, uniwersalne były stosowane, gdyby cała ludzkość kierowała się nimi to nastałaby złota era szczęśliwości. Ale to niemożliwe. Od dziecka wchłaniamy i gromadzimy mnóstwo informacji z zewnątrz, przetwarzamy je nie zawsze właściwie rozumiejąc sens, choć dorastając powinniśmy ustalić własną hierarchię i kierować się nią w dalszym dorosłym życiu, w którym sami bierzemy odpowiedzialność za własne postępowanie. Często się zdarza, że wartości wyniesione z domu nie pokrywają się  z tymi wyznawanymi przez rówieśników, trzeba myśleć, wybierać…  z myśleniem zaś różnie bywa…  A przecież młodzi mają ważną rolę – prezentowanie nowego spojrzenia na sprawy zastane, ważne dla ogółu, dla życia społeczeństwa, szerszego widzenia potrzeby zmian, ulepszeń… a przynajmniej powinni. I powinni młodzi wejść w życie z wartościami wyniesionymi z domu, szkoły, literatury, z obserwacji otoczenia i świata, w którym żyją. Od nich zależy jak ten świat będzie wyglądał.  Do tego jednak potrzebna jest szkoła ucząca żyć dla dobra swego i innych, ucząca myślenia, tolerancji, szerokiego spojrzenia na świat… a tymczasem jak jest? Moja Wera (szesnastolatka) śmieje się, że komuś odbiło i cnót niewieścich mu się zachciało… czyli cofamy się w mroki czasu. „Niewiasta” – znaczy taka, która nie wie. „Wiedźma” – to ta, która wie. Dlatego takim różnym czarnkom nie pasują mądre, wykształcone kobiety mające więcej rozumu i szerszy ogląd świata od nich samych, stąd pragnienie zapędzenia kobiet – jak to było dawno temu – do kieratu: kuchnia, dzieci, kościół. Jakoś milczy się na temat i nikt nie przeprasza za palenie kobiet na stosach w Polsce (bo i to miało miejsce), naszych wspaniałych przodkiń, które „wiedziały”…  Akurat zupełnie przypadkiem MS przeczytał artykuł i „wstrzelił się” w temat wpisu – Była ostatnią polską czarownicą. Historia Krystyny Ceynowej przeraża – Kobieta (onet.pl)

No i tak to mi myśli pobiegły przez wykorzystane wnuczki notatki w sfery dalekie od „cnót niewieścich”…

A w ogródku rozkwitają kwiaty, nie wiem jak one się naprawdę nazywają, na działkach panie mówiły na nie „warszawianki”. Byłam pewna, że sieję aksamitki, a tymczasem złapałam torebkę z uzbieranymi nasionami „warszawianek”. Tak to jest, jeśli się nie opisuje na torebkach co jest w środku. W sumie jednak pomyłka była szczęśliwa, bo rozkwitły pięknie 😊

Trzeba uważać na babcię D., ona kocha kwiatki i w związku z tym wszystkie próbuje zerwać jakie tylko jej się uda i zanosi do swego pokoju. Nie tylko kwiatki, ale liście i trawy też. W zeszłym roku ogołociła z kwiatów pelargonie stojące na oknie. W tym roku – mimo moich wysiłków – już też jej się kilka razy udało. Potem stosy zeschniętych liści i kwiatków idą do brązowej torby. Nic to, najważniejsze, że jeszcze babcia D. chodzi o własnych siłach, choć chwilami zatacza się jak po dobrym drinku, ale nic dziwnego w tym nie ma, skoro leki znajdujemy w różnych nieoczekiwanych miejscach. W tej sprawie jest bardzo sprytna. Udaje, że połyka, potrafi potem nawet coś zjeść, wypić, a następnie „zmemłana” tabletka leży pod łóżkiem, pod poduszką, w szafie, w torbie… Kreatywność niesłychana po prostu 🙁

Już piątek, więc miłego weekendu życzę, rozrywek jakie kto lubi, w miejscach, które są wymarzone i upragnione 😍😍😍

Trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 24 komentarze

Znów zleciał tydzień i znów jest niedziela

Kurczę, okropnie skomplikowane jest pisanie w nowszym Lapku, tyle „tego czegoś” jest, że nie wiem w co kliknąć i wciąż mi coś ucieka, znika, pokazuje się nie tu gdzie trzeba 🙁  Jak ja nienawidzę zmian!!! Ze starym Lapciem czuję się jak z przyjacielem, znam jego humory i narowy. Niestety, kilka razy wyłączył się bez uprzedzenia, widać, że jest już bardzo zmęczony i musi odpocząć. Dziecko przyniosło mi inny w zamian (a ja ich obu używam na zmianę), bo matka bez ulubionej zabawki stanie się upierdliwa i będzie ich zamęczać 😉 hi hi… 😁

Pogoda mi odpowiada jak najbardziej. Po pierwsze jest ciepło, a po drugie nocą padało (ze środy na czwartek) i była burza, od rana zaś pięknie, świeżo po deszczu, świat czysty, rozjaśniony i gęba się poczciwemu człowiekowi uśmiecha do świata. Matka Natura pokazuje gdzie ma ludzi, którym się wydaje, że nad nią panują.

… z daleka widać poranną mgłę nad polem …

… zapach zboża po deszczu przywodzi na myśl oczywiście Tenczynek i wakacje u babci …

… kłosy się kłaniają na wietrze… hi hi, ale nie jak drzewka w „Alternatywy 4” 😉 …

… jakbym była na Skałkach tenczyńskich, a jestem na ulicy w Piasecznie …

… przy torach po deszczu …

… udało mi się uchwycić krople deszczu …

… Skituś w nowym ubranku …

… zdjęcie w Szczawnicy zrobione i przysłane przez Werę …

Dziś już niedziela, nie wiadomo kiedy czas uciekł do przodu. pędzi niczym nasza sztafeta po złoty medal 😃😃😃 O ile w przypadku sztafety to jest wspaniałe, o tyle w kwestii czasu mam inne zdanie. Cóż, on, czas, ma je w głębokim poważaniu i idzie jak chce. A ja ostatnio więcej go (czasu) spędzam na ogródkowych pracach porządkowych, które leżały odłogiem, bo mi się nic nie chciało. Teraz zaś mnie „naszło” i mi się chce, więc przycinam, obcinam, poprawiam, kopię – zanim mi się znowu przestanie chcieć,  i oddycham pełną (prawie) piersią świeżym (prawie) powietrzem. Przysłowie się sprawdza, bo od świętej Hanki chłodne wieczory i ranki mają być i są. Dzięki temu psiaki idą chętniej na spacery. To znaczy Szilka idzie, a Skituś się wlecze i zapiera z początku, a potem dalej się wlecze, ale już bez zapierania, nawet chętnie i zajmuje się wąchaniem i szukaniem czegoś co da się przełknąć. Nie pomagają tłumaczenia, że potem go będzie brzuszek bolał, trzeba bezustannie na niego uważać. Taki już jest. Ale kochany 💗💗💗 Zaś Szilka mysz połknęła zanim się zorientowałam. Instynkt łowiecki ma rozwinięty od czasu gdy sama się po lesie błąkała i coś musiała upolować, żeby przeżyć. Trudno, ale też jest kochana 💗💗💗

Właśnie przyszedł Alert na telefon o stałej treści. „Uwaga! Dziś i w nocy (1/2.08) burze, silny wiatr, ulewny deszcz i lokalnie grad. Możliwe podtopienia. Zabezpiecz również rzeczy, które może porwać wiatr.”

O godzinie 17-ej usłyszymy syreny…  Powinniśmy się zatrzymać, pomyśleć i przemyśleć słowa prof. Turskiego –  Marian Turski: Jeśli będziecie obojętni, jakieś Auschwitz spadnie wam z nieba (oko.press)

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno, Szczawnica | 27 komentarzy