Różności

Czas powrócić do codzienności i rzeczywistości. W „pamięci wzrokowej” wciąż są jeszcze wakacje w górach, lecz cóż, na przepiękne krajobrazy nakładają się inne „obrazki”, aktualne, polityczne. Widać, że nadchodzą wybory, czuć, że się zbliżają nieuchronnie. Rzucają się w oczy wszędzie widoczne afisze, plakaty, banery kandydatów partii miłościwie nam panującej. Są w imponującej ilości i wielkości, nawet na całą ścianę budynku widziałam – ale nie starałam się zapamiętać ani gdzie to było ani kto się tak reklamował walcząc o głosy ewentualnych wyborców (za nasze pieniądze zresztą). W tej sytuacji los wyborów wydaje się być przesądzony. Tak zwany zwykły Kowalski, który dostaje „pińcet” razy ileś tam, który jeszcze przed otwarciem sklepu czeka na „kumpli od procentów”, by miło rozpocząć dzień – zapytany na kogo będzie głosował, odpowiada krótko.  „Na tego co wisi na płocie” – bo… bo go zna, wie jak wygląda, kilkakrotnie w ciągu dnia przechodzi obok płotu to traktuje jak kogoś znajomego postać z plakatu. Przedstawiciele Koalicji „wiszą na płocie” o wiele rzadziej. Kandydatów Lewicy widziałam dokładnie dwóch, zaś PSL widoczny był dopiero w świętokrzyskim. Ot, takie są spostrzeżenia zanotowane podczas jazdy z Małopolski na Mazowsze.
Druga uwaga to fatalne oznaczenia na drogach w sądeckim. Z atlasem samochodowym w ręce trzeba uważnie śledzić mijane miejscowości, nigdzie nie ma tablicy wskazującej kierunek na Warszawę. Mąż doszedł do wniosku, że to specjalnie, na złość, ponieważ warszawiaków nikt tam nie lubi więc niech się męczą i błądzą jak nie chce im się jechać główną drogą tylko zachciało im się omijać Kraków. Dopiero w Koszycach była strzałka na W-wę i stwierdzam, że DK (droga krajowa) nr 79 jest bardzo dobrze oznaczona. Jest tez piękna, malowniczo się wije wśród pól i lasów, mija śliczne domki.
Babcia D. w Szczawnicy ani razu nie mierzyła ciśnienia, nie narzekała, że się źle czuje, wstawała rano, jadła normalne posiłki, chodziła na spacery. Po powrocie – od razu zmierzyła sobie ciśnienie bo zobaczyła ciśnieniomierz i jej się przypomniało, odczyt jej się nie podobał
choć był prawidłowy i nastąpiła powtórka z rozrywki… Stawała się coraz bardziej splątana, rozpakowała torbę po czym ją spakowała z powrotem, nie umiała oddzielić rzeczy brudnych od czystych, żeby je dać do prania, nie bardzo wiedziała co się wokół dzieje i myślała, że
wyjeżdża, nie pamiętała, że właśnie wróciła. Może podróż, w końcu jechaliśmy ponad 8 godzin, może zmiana pogody spowodowały nagłe pogorszenie samopoczucia. Dobrze, że pojutrze ma wizytę u prowadzącej pani neurolog.
W każdym razie uważam, że w Szczawnicy babcia D. była szczęśliwa i bez względu na wszystko cieszę się, że tam była.

Babcia D. na balkonie w Szczawnicy podczas rozwiązywania krzyżówek

Na spacerze podczas zejścia schodkami na pl. Dietla

Powrót do domu obok Dworku Gościnnego

Coś dziwnego – to jakiś grzyb! W życiu takiego nie widziałam. Może ktoś powie co to za cudo i jak się nazywa?

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 21 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 13

Nowa profesja bardzo się Magdzie spodobała. Szybko zapisała się na kurs zielarski, było to koniecznością, by móc pracować dalej. Przecież na farmację się nie wybierała, a jedynie jeszcze takie uprawnienia wchodziły w rachubę. Ukończyła kurs bez problemów, potem z zapałem bezustannie pogłębiała wiedzę. Zawsze robiła wszystko całą sobą, z oddaniem, z absolutnym zaangażowaniem. Całkowicie, bo połowicznie nie potrafiła. W krótkim czasie nawiązała kontakty z hurtowniami najlepiej zaopatrzonymi w produkty lecznicze dostępne bez recepty, zioła i ziołoleki, suplementy, zdrową żywność oraz kosmetyki oparte na surowcach naturalnych. Jeździła na drugi koniec miasta do sklepiku, w którym podjęła pracę. Poświęcała również sporo własnego czasu, który powinien być wolny albo przynajmniej odpowiednio wynagradzany finansowo. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Właściciel sklepiku bardzo sobie chwalił nową pracownicę lecz z docenieniem finansowym jakoś się nie spieszył. Podczas kilku przeprowadzonych na ten temat rozmów słyszała tylko obiecanki.  Cóż, „obiecanki to cacanki a głupiemu radość” – wspomniała stare porzekadło. A ponieważ za głupią się nie uważała, stwierdziła, że dość tego. Nie pozwoli się więcej wykorzystywać. Pozwoliła na to właścicielowi zakładu dziewiarskiego, który w podziękowaniu zwolnił wszystkie pracujące kobiety i zamknął zakład. Teraz nie pozwoli.

Zaczęła myśleć o otworzeniu własnego sklepiku. W najbliższej okolicy nie było takiego asortymentu skumulowanego w jednym miejscu. Rozglądała się za odpowiednim lokalem i  dopisało jej szczęście. W bloku Doroty zwolniło się jedno z trzech spółdzielczych pomieszczeń na parterze. Właściwie były to pomieszczenia zsypowe, lecz ponieważ zsypów  nigdy nie używano zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, pomieszczenia na dole oraz na każdym półpiętrze były przez spółdzielnię udostępniane lokatorom na składziki albo tzw. punkty usługowe różnorakie. I właśnie tu zadziałało szczęście Magdy.

Radości było dużo, głównie wśród damskiej części „mafii”. Panowie z Marcinem na czele zajęli się remontem, aby nowy sklepik mógł spełniać wszelkie wymogi placówki tego typu. Dziewczyny pod wodzą Doroty jako fachowca – oraz oczywiście przy pomocy dzieci – stworzyły tablicę reklamową, która następnie umocowana została nad sklepikiem.

Podczas naklejania napisu jedna z liter obsunęła się, po prostu wyłamała się z szeregu i nie można było jej odkleić bez uszkodzenia całości. Dorota zrobiła małą biedronkę, nakleiła na literę i efekt okazał się zadziwiający. Wyglądało jakby literka przewróciła się pod ciężarem sympatycznego owada. I sklepik zyskał nazwę „Pod biedronką”.

– Jak dobrze, że nie będę się musiała codziennie tłuc przez całe miasto – powiedziała Magda. – Wiecie, że moja własna córka na mnie napadła?

– A co jej zrobiłaś? – zaśmiała się Aldona.

– Rzuciła się ze słowami: o której to się wraca do domu! Jak o szóstej kończysz pracę, to gdzie do tej pory byłaś? Widziałyście coś podobnego? Będzie mnie rozliczała smarkula jedna.

– Oj ciociu, to przecież z troski, bo cię Justysia kocha  – powiedziała poważnie Monika.

Dziewczynki żartowały, że Monika, jako Biedroneczka, ma własny sklep. Okazało się, że był to wspaniały pomysł, strzał w dziesiątkę. Sklepik stał się punktem kontaktowym, miejscem spotkań, tymczasowego przechowania zakupów, przekazywania informacji oraz wspaniałym punktem obserwacyjnym. Każda z sąsiadek wracając z pracy przystawała na chwilę. Kiedy było zimno wchodziła do środka, gdy zaś pogoda pozwalała – Magda wystawiała na zewnątrz krzesła. Starsze klientki przysiadały dla odpoczynku, samotne – żeby porozmawiać, cierpiące – szukając porady. Członkinie ursynowskiej „mafii” podszkoliły przy okazji wiedzę z zakresu ziołolecznictwa i czasem zastępowały Magdę gdy musiała na chwilę wyskoczyć do domu czy na bazarek. Dzieci nieraz odrabiały tu lekcje czekając na rodziców.

Tak więc w sklepie Magdy odbywały się najprzeróżniejsze spotkania owocujące różnorakimi zdarzeniami. Kiedyś jedna z klientek powiedziała, że ma szczeniaka do oddania w dobre ręce, bo starej psicy trafił się nie wiadomo kiedy. Cóż, są ludzie charakteryzujący się kompletnym brakiem wiedzy i wyobraźni, pomyślała Magda i podzieliła się tą odkrywczą myślą z kolejną klientką, która przyszła do sklepu. Rozmawiały dłuższą chwilę. Było zimno, mokro i nikt więcej nie przychodził a klientka chciała się ogrzać, bo zmarzła. Przy okazji poskarżyła się na pustkę w domu powstałą po odejściu starego psa do psiego nieba. Magda natychmiast zareagowała i po dwóch dniach mały, czarny piesek znalazł nową, kochającą rodzinę na całe swoje życie.

Z radia płynął utwór zespołu Dire Straits. Chwilami muzykę zagłuszał warkot silnika samochodu podjeżdżającego pod sam blok.

– Gdyby mógł, kołami wszedłby po schodach – mruknęła Magda próbując zidentyfikować osobę zmierzającą do metra. Miała stąd świetny punkt obserwacyjny. Obok sklepiku przechodzili ludzie, bawiły się dzieci, plotkowały niewiasty. Trochę dalej schodami albo łagodnym zejściem, którym mogły się poruszać na wózkach osoby niepełnosprawne oraz matki z dziećmi w wieku „wózkowym”, mieszkańcy osiedla schodzili do metra. Wszystko widoczne jak na dłoni. Na zapleczu sklepiku, z kubkami kawy w rękach siedziały Aldona z Teresą pogrążone w rozmowie.

– Tak naprawdę Piotr wcale mnie nie poznał, zwyczajnie mnie nie znał.  Dopiero po rozwodzie stałam się sobą, takim pełnym człowiekiem. W sumie dobrze wyszło, bo gdyby pozostało jak było, ja nie miałabym możliwości rozwoju i przemiany. Piotr może teraz ma to, co jemu jest potrzebne do życia, a ja znalazłam swoje szczęście.

– Bo nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło – sentencjonalnie stwierdziła Magda zaglądając na zaplecze i podając Teresie słuchawkę sklepowego telefonu. – Właśnie to twoje szczęście dzwoni.

– Tak? Dobrze, niedługo będę, pa. Też cię kocham – oddała słuchawkę Magdzie.

– Słuchaj, już kiedyś poruszałyśmy temat ale wrócę, bo mnie ciekawi. Czy jeszcze porównujesz czasem uczucie do Piotra z tym obecnym? – spytała Aldona.

– Tak, myślałam o tym.

– I co?

– Jak by ci to wytłumaczyć…Hmm…Kocham Juranda nie dla siebie lecz dla niego… Jakby cała moja dusza kochała jego duszę… O rany, to brzmi idiotycznie. Chodzi mi o to, że obecne uczucie jest prawdziwe, dojrzałe, głębokie, wypełniające świadomość i podświadomość. To tak, jakbyśmy byli podłączeni do jakiegoś urządzenia pracującego na falach o jednej częstotliwości, bo jedno natychmiast odbiera zakłócenia u drugiego. Jest ogromna czułość, chęć bycia razem, służenia pomocą w każdej chwili bez względu na koszty własne. Ja „chcę” ale „chcę dla niego”, rozumiesz?

– Doskonale – skinęła głową Aldona. – Odzwierciedliłaś co do joty mój stan duszy, już kiedyś o tym wspominałyśmy. Właśnie takie uczucie mam do Sergiusza.

– A jeśli chodzi o Piotra, cóż, młoda byłam, zakochana. Poza tym, ja jestem taką panienką z dziewiętnastego wieku. Dom, mąż, dzieci, rodzina  jest podstawą życia. Jak się jedno posypie to cała reszta się psuje. Nie ma całości, nie ma harmonii…

– Chciałaś po prostu żyć w spokoju, jak człowiek – wtrąciła Aldona.

– Tak, ale mogłam ten czas zużyć na konstruktywne działanie, zrobić wtedy prawo jazdy, nauczyć się z głową prowadzić dom a nie improwizować…

– Jak improwizować? Przecież życie to jedna wielka improwizacja. O, jak to mądrze powiedziałam – zdziwiła się Aldona słysząc własne słowa.

– Teraz ci przyznam rację, w pewnym sensie oczywiście, bo ja nie lubię improwizacji. Lubię mieć wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Ale kiedyś o tym nie wiedziałam i nie wiedziałam dlaczego czuję się nieszczęśliwa. Ale poczekaj, nie przerywaj, chciałam wspomnieć o czymś  innym. Wiesz, że z moją mamą nie porozumiewałyśmy się najlepiej. W domu mamy nie mogłam robić nic, co wymagało myślenia. Musiało być tak jak ona chciała. Jęczała, że jest przemęczona ale nie dawała sobie pomóc zamęczając przy tym innych. Ja, dorosła już, nie umiałam upiec ciasta, bo mi nie pozwalała, najwyżej mogłam ubić pianę albo obrać orzechy, bo nic więcej nie umiem i popsuję. Tak więc przez cały czas, który ona spędzała w kuchni ja musiałam spędzać przy niej nie robiąc właściwie nic i utrwalając w sobie pogląd, że się do niczego nie nadaję. Poza tym męcząc się dwa razy więcej niż gdybym wszystko sama zrobiła. Ale gdybym ją w tej kuchni zostawiła i wyszła, to dąsom, płaczom i pretensjom nie byłoby końca. To samo powtarzało się przy pastowaniu podłóg, porządkach i w każdej podobnej sytuacji. Nawiasem mówiąc, niczego się od niej nie nauczyłam poza robieniem swetrów na drutach. Muszę przyznać, że w pewnym momencie zaczęłam mieć dość i przestałam się przejmować. Pytałam: pomóc ci? – a gdy słyszałam: i tak nie potrafisz  – odchodziłam. Dopóki słuchałam każdego słowa jak wyroczni, byłam do zniesienia ale gdy odważyłam się zacząć myśleć, zostałam już na zawsze złą córką. Bardzo mamę kochałam, Boże, jak bardzo, ale nie mogłyśmy się porozumieć. Boję się, żebym z własnymi dziećmi nie straciła kontaktu nie umiejąc zaakceptować ich dorastania.

– I pewnie dlatego się czasem skarżą, że ich traktujesz jak dorosłych, a oni jeszcze tacy „maleńcy” – zaśmiała się Aldona.

– Tak, sami to mówią, a ja wtedy tłumaczę dlaczego. Przyznają mi rację, po czym oczywiście, w zależności od potrzeb i sytuacji, twierdzą, że są już prawie dorośli albo, że są jeszcze dziećmi.

– Przepadają za tobą wszyscy trzej, naprawdę rzadko się widzi taki stosunek matki i dzieci.

– Gdzieś przeczytałam, że miłość macierzyńska powinna się usunąć w cień, by móc stać się przyjacielem. Wiesz, największą radość sprawia mi, że Marek czuje się wśród moich Brysiów tak, jakby od urodzenia byli razem. Jak się kłócą, to równo wszyscy trzej. Jak planują psikusa – we trójkę. Jak przyjdzie im odpowiadać za jakieś przewinienie – też razem, jeden drugiego nie wyda. Wielka w tym jest zasługa Juranda, muszę oddać mu tę sprawiedliwość. Nie robi między nimi różnicy, mimo że przecież własny syn jest mu niewątpliwie bliższy od przyszywanych. Jest dla nich przyjacielem i powiernikiem. Widzę, że mają już swoje męskie tajemnice i cieszy mnie to bardzo.

– Zawsze mówiłaś, że dzieci od początku trzeba traktować jak ludzi i tak robiłaś.

– Nie zawsze, chociaż się starałam. Ale słuchaj dalej. Przenosząc się od rodziców na Ursynów na dobrą sprawę niczego nie umiałam, wszystkiego uczyłam się od podstaw. Do tego dochodziła praca zawodowa, dwoje małych dzieci, nieumiejętność organizacji zajęć w domu. Chciałam wszystko zrobić sama, żeby Piotr był szczęśliwy i zadowolony ze mnie, i żeby nic nie musiał robić. Rezultaty były bardzo szybko widoczne. W domu rozgardiasz, bałagan, rozrabiające dzieci, kłopoty ze zdobywaniem bezglutenowego jedzenia dla Kuby, pustki w sklepach, bezustanny brak pieniędzy gdy musiałam wziąć urlop wychowawczy, żeby ratować prawie umierającego Kubusia. Nic dziwnego, że każdy facet wracający do takiego domu marzy tylko o tym, żeby z niego wyjść i nie wracać, jeśli nie jest wciągnięty w obowiązki i się nie poczuwa. Szczególnie gdy na dodatek jest kuszony przez podłą osobę płci przeciwnej, zaś w domu żona wiecznie zrzędząca, narzekająca, wieczorem zmęczona do nieprzytomności, ani partnerka do rozmowy ani kochanka.

– Nie bredź, nigdy taka nie byłaś.

– No, może nieco przejaskrawiłam obraz. Lecz patrząc z perspektywy czasu myślę, że tak właśnie było. Jeszcze w starym mieszkaniu uciekał od teściowej w alkohol. Tutaj nie musiał się już kryć. I tak wszystko razem się złożyło.

– Żałujesz?

– Teraz wiem, że widocznie tak miało być.

– Czyli jak Magda przed chwilą powiedziała: nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 6 komentarzy

Szczawnickie wspominki – 2

Józef Stefan Szalay rozpoczął rozbudowę uzdrowiska a jego marzeniem było stworzenie kurortu na skalę europejską. To właśnie dzięki niemu wzniesiono kaplicę zakładową, pierwsze łazienki, restauracje oraz pensjonaty do dziś uważane za wzór polskiego budownictwa uzdrowiskowego. Zadbał o obudowę nowych źródeł o nazwie: „Magdalena”, „Waleria”, „Jan”, „Szymon”, „Helena” i „Aniela”, powiększył Park Górny, zbudował zadaszenia nad chodnikami aby kuracjusze mogli spacerować nawet podczas deszczu.
„Szalay zabiegał wszędzie o reklamę uzdrowiska. Zaktywizował miejscowych górali, namalował pierwsze godła rodów szczawnickich. Doceniając rolę turystyki wydał pierwszy przewodnik po Szczawnicy oraz Album Szczawnicki z własnymi rysunkami Pienin i zdroju. Organizował pierwsze pokazowe spływy przełomem Dunajca. Zapraszał do Szczawnicy uczonych i lekarzy, chemikom zlecał analizę nowo odkrywanych źródeł. Przyjaźnił się z wielkim polskim balneologiem Józefem Dietlem, który tak opisał ówczesne zdrojowisko. >>Szczawnica między zdrojowiskami Galicji pierwsze zajmuje miejsce. Pierwszeństwo to zjednała sobie niezrównanie pięknym położeniem, doświadczoną skutecznością wód i niezmordowaną gorliwością właściciela dla jej wzrostu i upiększenia. Śmiało rzec można, iż ona należy do małej liczby zdrojowisk ojczystych, których sława poza granice kraju jest rozgłośną.<<” ( „Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, Wydawn. REWASZ, Pruszków 2000)
Faktycznie stała się Szczawnica Perłą Pienin, uzdrowiskiem, miejscem słynnym, do którego przyjeżdżali artyści, przyjeżdżała arystokracja. Byli tu m.in. Cyprian Kamil Norwid, Józef Ignacy Kraszewski (willa do dziś nazywa się „Pod Kraszewskim”), Adam Asnyk, Michał Bałucki, Maria Konopnicka, Bolesław Prus, Lucjan Siemieński, Jan Matejko, Wojciech Gerson, Wincenty Pol, Ludwik Zejszner. Henryk Sienkiewicz w 1879 r. podczas podróży ze Lwowa do Szczawnicy poznał swą pierwszą żonę Marynię Szetkiewiczównę, odwiedzał ten kurort kilkakrotnie, jego imię nosi szkoła w Szczawnicy, a na ul. Zdrojowej stoi pomnik pisarza. Aha, przebywała tutaj także poprzedniczka naszej współczesnej Magdy Gessler, o czym pisałam 16 czerwca 2019 we wpisie pt. „Pani Lucyna Ćwierczakiewiczowa” 🙂
W okolicach roku 1860 w ciągu sezonu Szczawnicę odwiedzało około 1200 osób. W tym roku Józef Szalay wydzierżawił zdroje „Szymon”, „Helena” i „Aniela” Spółce Zdrojowisk Krajowych. Spółka miała utworzyć Dolny Zakład Zdrojowy. Do 1865 r. założono Park Dolny, wybudowano kilka domów dla kuracjuszy. Potem Spółka wydzierżawiła Dolny Zakład po kolei: Teodorowi Baranowskiemu, Franciszkowi Tomankowi, Tomankowej i synom, wreszcie doktorowi Józefowi Kołączkowskiemu, który został twórcą słynnego Zakładu Wodoleczniczego.

Ciąg dalszy historii mojego ukochanego miasteczka nastąpi. Zdjęć napstrykałam tyle, że przez cały rok będę miała co pokazywać 🙂 Ja mogę je oglądać „w kółko na okrągło” i nigdy mi się nie znudzi, Mężowi zresztą tak samo. Sięgamy czasem po albumy ze zdjęciami z pierwszych wyjazdów i porównujemy ze zmianami jakie nastąpiły przez ten czas.

Dzisiaj zdjęcia z pl. Dietla. Nie słuchają mnie i same się ustawiają w jakiej kolejności chcą, jeszcze nie posiadłam sztuki zarządzania nimi, ale co tam 🙂 Jeszcze niedawno wcale nie potrafiłam zamieścić żadnej fotki, a teraz – proszę bardzo 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 36 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 12

Aldona dostała skierowanie do szpitala. Po przeżyciach, które zniosła w sumie dzielnie nie rezygnując z walki o siebie i dzieci, o dalsze życie i poprawienie jego jakości – jej fizyczne ciało chwilami odmawiało współpracy. Miała wrażenie, że mięśnie zrobiły się jakieś takie słabe i zmęczone, nie opuszczała jej trzęsionka nawet gdy była spokojna i zrelaksowana albo  przynajmniej myślała, że jest. Zdarzyło jej się zgubić but – na szczęście w pracy, nie na ulicy – i nie zwrócić na to uwagi. Po tym fakcie nosiła tylko pantofle na wysokich obcasach słusznie uważając, iż zgubienia takiego buta nie można nie zauważyć choćby z powodu natychmiastowego zachwiania równowagi. Wreszcie bardzo już zmęczona nieustannym znużeniem oraz coraz większą trudnością zachowania kamiennej twarzy w pracy, wybrała się do lekarki. Była to bardzo dobra osoba i jako człowiek, i jako przedstawicielka swojego zawodu, znana jeszcze z czasu, kiedy była lekarką zakładową i leczyły się u niej wszystkie koleżanki Aldony będące obecnie emerytkami. Utrzymywały ze sobą kontakt i spotykały się co jakiś czas. Pani doktor pracowała aktualnie w przychodni, do której po pokonaniu wewnętrznych oporów Aldona jednak zdecydowała się udać. I całe szczęście. Dostała skierowanie do szpitala. Czekała aż zwolni się miejsce na oddziale neurologii przygotowując córeczki na pewien okres samodzielnego życia. Musiała również przyjaciółki poinformować o owym fakcie.

– Dziewczyny, mam skierowanie do szpitala – powiedziała na zbiórce u Magdy, u której zawsze najlepiej im się gadało i weselej było poprzez włączanie się Marcina do babskich pogaduszek. Stenia przy okazji wykorzystywała manualne zdolności sąsiada nadstawiając do masażu szyjny odcinek kręgosłupa.

– To dobrze – stwierdziła Magda. – Nawet bardzo dobrze, zrobią ci remont kapitalny i będziesz jak nowa.

– Dobrze to określiłaś – uśmiechnęła się Danusia. – Należy ci się, Doniczko.

– Jak obowiązkowy  przegląd techniczny samochodu  po iluś tam kilometrach – wymamrotała Stenia spod ręki Marcina unosząc głowę.

– Ale co będzie z dziewczynkami? – zainteresowała się Danusia.

– No i tu właśnie mam problem, bo nie wiem – westchnęła Aldona. – Mogłyby pójść na ten okres do dziadków, ale teść złamał nogę a teściowa nie ma prawa jazdy. Ze szkoły jest za daleko, żeby starsza kobieta dwa razy dziennie jeździła o tej porze roku autobusami i tramwajami z przesiadką. Jeszcze na dodatek ona się połamie i co wtedy będzie? Poza tym lekcji nie dopilnuje, więc Agata będzie miała okazję powyżywać się, wezwie teściową do szkoły, a co jej naopowiada na mój temat, mogę sobie wyobrazić. Nie wiem co robić.

– Już ci proponowałam przeniesienie dziewczynek do naszej szkoły – zaczęła Dorota.

– Tak, wiem, tylko one wtedy nie chciały…

– Jakby były razem z naszymi dzieciakami, odpadłby problem dowożenia ich do szkoły i przywożenia z powrotem– ciągnęła dalej. – Tu na miejscu opiekę zorganizujemy.

– Ja mam urlop, z konieczności – powiedziała Danusia, która wspólnie z koleżanką z poprzedniej pracy prowadziła sklepik z ciuchami na bazarku przy Lanciego . – Będę więc w domu i mogę się nimi zająć pełnoetatowo, że tak powiem. Nawet spać by u mnie mogły, bo mojej córci nie ma.

– Spać i u mnie mogą – wtrąciła Dorota. – W końcu to jakby trochę moje bratanice… No co się krzywisz? Może nie mam racji? – zwróciła się do Aldony.

– To się jeszcze okaże, bo wyroki losu są niezbadane – mruknęła zapytana. – A co do szkoły, one już tak chętnie do niej nie chodzą odkąd mają nową nauczycielkę matematyki.

– Jaką nową? – zainteresowała się Stenia. – Nic nie wiem.

– Ano taką, że ta moja, pożal się Boże, bratowa, zatrudniła się w szkole, do której chodzą dziewczynki – wyjaśniła Dorota.

– O matko – jęknęła Danusia.

– Z nią wyraźnie coś jest nie tak – Stenia wytarła ręcznikiem nadmiar oliwki z wymasowanego karku. – Po sposobie w jaki mnie potraktowała mogę to stwierdzić. I zaświadczę jeśli gdzieś będzie trzeba.

– Dziękuję wam, kochane jesteście  – wzruszyła się Aldona. – Dziewczynki naprawdę chciałabym zabrać z tej szkoły. Dla ich własnego dobra. A może teściowa zgodzi się tutaj zamieszkać?

– Coś ty, przecież ma połamanego męża w domu. Jak sobie to wyobrażasz? Chodzić chłop nie może i co zrobi bez niej? Tamto pokolenie facetów jest zupełnie bezradne nie mając kobiety obok siebie – stwierdziła Danusia.

– Nie tylko tamto – sprostowała Stenia myśląc o własnym mężu.

– Zgadzam się – poparła ją Magda. – A wracając do tematu dziewczynek, zajmiemy się nimi zbiorowo i sumiennie, nie będą bez opieki ani chwili. Nie musisz się więc o nie martwić i spokojnie możesz iść do warsztatu wyremontować karoserię.

– Ależ ona sobie ma silnik wyremontować – parsknęła Dorota.

– No właśnie, silnik. A jak wróci to my się zajmiemy karoserią – śmiały się Stenia z Danusią.

– Jak wróci… – bąknęła Aldona.

– A idźże ty głupia babo i durnot nie opowiadaj – huknęła Dorota. – Za dużo masz jeszcze na tym świecie do zrobienia, żeby takie androny pleść. Rozumiesz?

Dziewczynki, wbrew obawom matki, nie wyraziły sprzeciwu w kwestii zmiany szkoły. Nawet wyglądały na zadowolone.

– Słuchajcie moje córeczki kochane – zaczęła. – W związku z tym, że muszę iść do szpitala na badania…

– Ale przecież zaraz wrócisz – wtrąciła Inka.

– No przecież nie możesz tam być długo – dodała Linka.

– …na badania – ciągnęła, – które nie wiem ile czasu mogą potrwać, może nawet tydzień albo więcej…

– To co my zrobimy bez ciebie? – zatroskała się Linka.

– Przecież sobie poradzimy – znacząco spojrzała Inka na siostrę. – Prawda, siostra?

– No pewnie, że sobie poradzimy. A ty, mamusiu, idź do tego szpitala i się szybko wylecz, bo my cię kochamy – Linka przytuliła się do matki.

Inka poszła w ślady siostry. Aldona objęła swoje skarby mocno, dziękując w duchu za ustrzeżenie jej  przed czynem, którego o mało nie dokonała pod wpływem jakiegoś idiotycznego impulsu albo diabelskiego podszeptu. I tak siedziały przytulone.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

Szczawnickie wspominki

Wciąż jeszcze nie mogę myśli oderwać od mojego ukochanego miasteczka. Przeglądam zrobione zdjęcia, których mamy mnóstwo od pierwszego pobytu. Widać jak ogromnie różnią się te same uwiecznione miejsca, jak Szczawnica zmieniła się i wypiękniała.
Nazwa miasteczka pochodzi zapewne od kwaśnych źródeł mineralnych nazywanych przez górali szczawami. O początkach powstania miejscowości nie można powiedzieć nic konkretnego poza tym, że już w połowie XIV wieku istniała w Szczawnicy parafia, osada zaś
należała do starostwa czorsztyńskiego. Była parafią do 1529 r. Wtedy krakowski biskup Piotr Tomicki przyłączył ją do parafii w Krościenku. Murowany kościółek szczawnicki został zniszczony (nie doczytałam dlaczego), lecz w 1550 r. wybudowano kościółek drewniany, kryty gontem, który pełnił swą rolę długo i doczekał się zostania kościółkiem parafialnym w 1870 r. i służył mieszkańcom do 1892 r., to jest do czasu wybudowania obecnego kościoła.
W XVIII wieku Szczawnica była świadkiem wielu działań wojennych, potyczek w których ucierpiała. W 1706 r. podczas wojny północnej toczyły się tu walki między wojskami rosyjskimi a ludźmi starosty Lubomirskiego z Lubowli. W latach 1735-36 stacjonowali tu kozacy przeciwni królowi Stanisławowi Leszczyńskiemu. W latach 1768-70 w okolicy walczyli Konfederaci Barscy pod dowództwem Beniowskiego.
W 1769 r. wojska austriackie zajęły Spisz i Ziemię Sądecką pod pretekstem obrony Węgier przed zarazą. To był właściwie początek pierwszego rozbioru.     Szczawnica należała do 1811 r.  do starostwa czorsztyńskiego, potem władze austriackie zlikwidowały starostwo i
przejęły należące do niego dobra. Potem obszar starostwa rozpadł się na 3 „dominia” – szczawnickie, krościeńskie i czorsztyńskie a duża część ziem szczawnickich przeszła w ręce chłopskie.
Prawdziwy rozwój Szczawnicy związany z leczniczymi właściwościami tutejszych wód rozpoczął się w XIX wieku. W 1810 r. dr Rhodius z Krakowa dokonał pierwszej analizy szczawnickiej wody. Ok.1816 r. sołtys Józef Zachwieja wszedł w posiadanie źródła jeszcze nie mającego nazwy. Na mocy umowy z Urzędem Kameralnym w Kamienicy mógł napełniać wodą butelki i wysyłać je w świat.  21 sierpnia 1820 r. Zachwieja zwany Józiopankiem sprzedał źródło Janowi Kutscherze, który był mieszczaninem ze Spiszu. On to rozpoczął wznoszenie pierwszych, skromnych jeszcze, zabudowań zdrojowych przy dolnym (późniejszy Szymon) i górnym (późniejsza Józefina) źródle, domów
dla kuracjuszy i tworzenie pierwszych założeń dzisiejszego Parku Górnego.
W 1828 r. szczawnickie ziemie nabyła Józefina Szalay, również ujęcia wody oraz zdrojowe zabudowania stały się jej własnością. Od tego czasu datuje się rozwój miejscowości, bowiem Józefina i jej mąż Stefan zapragnęli urządzić tu uzdrowisko na miarę słynnych europejskich
kurortów („badów”). Nadali swoje imiona głównym źródłom. Natomiast prawdziwym, właściwym twórcą uzdrowiska został ich syn, Józef Stefan Szalay, który przejął zarządzanie uzdrowiskiem w 1839 r.

Kaplica zdrojowa zbudowana przez Józefa Szalaya w 1846 r., wewnątrz znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem pędzla samego Szalaya

Kaplica zdrojowa zbudowana przez Józefa Szalaya w 1846 r., wewnątrz znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem pędzla samego Szalaya

Urocze schodki prowadzące do „Hutnika”. Park Górny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Park Górny, muszla koncertowa na placem Dietla

Muzyk „mieszkający” na zawsze w pobliżu muszli koncertowej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drugi muzyk

I jeszcze jeden, tym razem trębacz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamglony Park Górny

Jedna z alejek Parku Górnego wciąż we mgle

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kaplica z innej perspektywy, za nią widoczne budynki na pl. Dietla

Inna alejka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czyż nie powinna się tu przechadzać dama w długiej sukni?

Tutaj też dobrze by dama wyglądała, choć latarnia mniej nastrojowa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomnik poświęcony właściwemu twórcy uzdrowiska Józefowi Szalayowi

Koniec schodów prowadzących z Inhalatorium, potem zejście w dół na ul. Zdrojową

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dworek Gościnny w nowej odsłonie, odbudowany po pożarze, który w 1962 r. strawił wszystko zostawiając jedynie fragment fundamentów

Na koniec dzisiejszego odcinka woda w fontannie na pl. Dietla

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciąg dalszy historii Szczawnicy nastąpi 🙂 Informacje zaczerpnęłam z przewodnika „Szczawnica 2000 – informator turystyczny”, wydawn. „REWASZ”, Pruszków 2000

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Myślę sobie | 32 komentarze

Niespodzianka z gatunku najmilszych

Zamilkłam na tydzień ponieważ udało nam się na chwilę wyskoczyć do ukochanego miejsca. Zupełnie niespodziewanie, myślałam, że nic z tego nie wyjdzie lecz wyszło. Z konieczności, trzeba było pewne zobowiązania wykonać. Najważniejsze, że babcia D. dała się przekonać, iż koniecznie trzeba pojechać bo to obowiązek i tak musi być, bo inaczej to… ho ho ho… nie wiadomo jakie konsekwencje mogą nastąpić itp. itd….
Moc przekonywania okazała się tym razem na tyle silna, że zapakowaliśmy do auta trochę bagaży, psiepsioły, babcię D. oraz siebie i wyruszyliśmy na dni kilka na południe. Do ostatniej chwili miałam wątpliwości czy się uda.
Wyruszyliśmy o godz. 7.30. Jechaliśmy w sumie 7,5 godz. Było lepiej niż myślałam! Naprawdę! Babcia D. i dwa spore psy w ciasnym samochodzie to trudna sprawa. Do tego upał niemiłosierny i naprawdę bałam się tej podróży. Jednak radość z możliwości jej odbycia równoważyła wszystkie ewentualne niedogodności.
Postanowiliśmy ominąć Kraków, żeby nie pchać się przez  rozkopane miasto i nie stać w korkach na rozgrzanych ulicach z psami ziejącymi na tylnym siedzeniu obok babci, która wciąż powtarzała, że psy się męczą. Wreszcie spytałam czy w związku z tym mam je wyrzucić z samochodu. Postoje robiliśmy na trasie, żeby mogły rozprostować łapki, napić się, przegryźć przysmak. W sumie do pierwszego przystanku trochę się kręciły, potem ułożyły się i spały większą część drogi. Skitek wyglądał przez okno, lubi oprzeć pysk na oparciu siedzenia obok ramienia Męża i tak sobie patrzy zadumanym wzrokiem.
Pojechaliśmy na Nowy Sącz i zupełnie dobrze się jechało. Nawet burzę z deszczem, właściwie ulewą, spotkaliśmy po drodze. Ochłodziło się nieco powietrze. Dojechaliśmy wreszcie cali i zdrowi do Szczawnicy. Psiepsioły wyszły zadowolone, że to już. Zmęczone były, z przyjemnością pochodziły po chłodnej trawie. Weszliśmy na górę a Szilunia zrobiła miłą niespodziankę ponieważ sama weszła po schodach. Trochę przodem, trochę tyłem ale dała radę samodzielnie. Taka dzielna dziewczynka! Ostatnio do Małego na IV piętro Mąż
wnosił ją na rękach. A tu – proszę bardzo – cały tydzień schody pokonywała samodzielnie!
Tak więc dojechaliśmy, babcia D. wchodziła powoli ciężko dysząc, ja dyszałam wcale nie mniej 🙂 odzwyczajona od codziennego wchodzenia po schodach. Ale nic to, wdrapaliśmy się zbiorowo i dopiero gdy chciałam z Mężem zejść po resztę bagażu – zaczęła się rozpacz. Szilka widząc, że oboje chcemy wyjść zostawiając ją, złapała najpierw mnie (byłam bliżej drzwi)  łapkami za rękę, lizała i mówiła, żeby jej nie zostawiać.
– Sziluniu, zaraz wrócę, czekaj, zostań i czekaj – uspokajałam ją, delikatnie oswobodziłam się z uścisku i pobiegłam w dół na parking.
Sunia tak samo prosiła Męża, żeby jej nie zostawiał, lizała, chwytała łapkami i płakała. Na babcię i Skitsa wcale nie zwracała uwagi, choć babcia do niej mówiła cały czas. Wyskoczyła na balkon i stamtąd widząc nas przy aucie zaczęła zawodzić na całą okolicę. Skitek nie
wiedział o co chodzi lecz dla towarzystwa się przyłączył. Wracaliśmy biegiem, żeby towarzystwo uspokoić. Cieszyły się gdy weszliśmy do przedpokoju, okazywały taką radość i miłość jakby nas rok nie widziały. I może jakiś kretyn powie, że zwierzęta nie myślą, nie czują? Kiedy ludzkość jako całość zrozumie, że ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ?
Około 12-ej w nocy Skitek zaczął się kręcić. Pomyśleliśmy, że musi wyjść. Cóż, stresy, nowe miejsce. Mąż wstał, ubrał się i wyszedł z psiepsiołami, przecież nie można iść z jednym tylko. Po powrocie ledwo przysnęliśmy, znowu zaczął się kręcić. Mało tego, usiłował
wpakować się na łóżko. Długo trwała przepychanka kto kogo 😉 Wreszcie pozwoliłam mu wejść na siedzenie narożnika kuchennego i tam przespał do rana. Wstaliśmy o 6-ej, żeby z psami wyjść. Spacer rankiem w takim miejscu jest cudowny. Kolory, zapachy roślin budzących się po nocy, snujące się mgły, ptaki odzywające się różnorakimi głosami – a jest ich tutaj ogromne skupisko – to jest fantastyczne przeżycie, relaks, endorfiny krążą w całym krwioobiegu, buzują w każdej komórce. Normalnie – raj na ziemi 🙂
Poranny spacer to zawsze Park Górny.

Zdjęcia wskoczyły jak same chciały. Chciałam po kolei ustawić tak jak się idzie przez park, ale nie potrafię ich już ruszyć z miejsca. Trudno. Obok Sienkiewicza po lewej stronie widoczna jest sarna pod blokiem. Naprawdę! Widzieliśmy ją dwa razy, poprzednio nieco dalej a potem tuż obok. Budynki są na pl. Dietla a obelisk jest poświęcony właśnie profesorowi.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 11

Przez dłuższy czas gra w Kuferek Radia Zet odbywała się według założonego planu i bez zakłóceń. Bliźniaczkom udawało się „wymiennie” bywać na ostatniej lekcji w czwartki, więc  tym sposobem sumy oraz prezenty wkładane do Kuferka były skrzętnie notowane na kartce. Kartka leżała obok telefonu a osoba dyżurna była przygotowana do odpowiedzi w każdej chwili.

Poczynania owe z pewnością doprowadziłyby wytrwałych graczy do upragnionej nagrody gdyby Marcin nie wziął urlopu. Dorośli muszą zawsze dzieciom popsuć szyki. Najpierw Justynka nie chciała powiedzieć ojcu dlaczego z kartką i długopisem siedzi przy radiu zapisując jakieś bzdury. Następnego dnia Filip musiał stoczyć walkę z ojcem, który ciągle zmieniał fale ponieważ miał ochotę słuchać Radia Dla Ciebie.  Sprytna Justysia wymyśliła Marcinowi sprawy do załatwienia w mieście na czas dyżuru Inki. Udało się, jeździł po księgarniach szukając niemożliwego do zdobycia podręcznika do nauki angielskiego.

Tak przeszedł tydzień. Więcej nic się nie udało wymyślić i chcąc nie chcąc musieli go wtajemniczyć.  Marcin najpierw się na nich obraził za brak zaufania, potem dał się udobruchać pod warunkiem, że przyjmą go do spółki. Zgodzili się, cóż mieli zrobić? Bliźniaczki nie musiały się zrywać z lekcji, więc wszyscy byli zadowoleni. Do czasu.

Tak długo w słuchawce nie rozległ się miły głos pytający: „czy wiesz, ile jest w  Kuferku Radia Zet”, że Marcin stwierdził, że na pewno i dziś się nie rozlegnie, bo niby dlaczego miałoby być inaczej? Machnął więc ręką na zabawę, wziął się za reperację drzwi od szafy porządkując przy okazji pawlacz.

Filip właśnie wszedł do domu gdy rozległ się telefon.

– Czy wiesz ile jest w Kuferku Radia Zet? – zapytał miły głos.

Filip rzucił plecak na podłogę.

– Jasne, że wiem bo my mamy dyżury – krzyknął do słuchawki.

Rozejrzał się szukając kartki z zapisem. Marcin zmieszany spuścił głowę.

– Nie liczyłem, nie myślałem, że zadzwonią – tłumaczył.

– Nie zapisałeś?! A myśmy ci pozwolili grać! – krzyczał chłopiec wciąż trzymając słuchawkę. – Dlaczego nie liczyłeś? Przegraliśmy przez ciebie!

– A więc niestety, nie powiesz mi tym razem ile jest w kuferku – stwierdził miły głos, Filipowi zdawało się, że głos w słuchawce krztusi się ze śmiechu.

– Wszystko przez tatę – powiedział Filip połykając łzy porażki. – Nie odezwę się więcej do niego. Niech pani zadzwoni do nas jeszcze, tata już nie będzie grał, nie pozwolimy mu.

– Przykro mi, ale na pewno ci się uda kiedy indziej, za jakiś czas znowu zadzwonię. Bądź cierpliwy.

Filip ryczał ze złości i żalu. Marcinowi było potwornie głupio. Kiedy przyszła ze szkoły Justynka i dowiedziała się o wszystkim miał ochotę zapaść się pod ziemię. A potem przyszły Stokrotki i poczuł się jeszcze gorzej… Ciężko westchnął.

– Słuchajcie, jest mi naprawdę potwornie, okropnie łyso bo zawiodłem wasze zaufanie. Nie przypuszczałem, że mogą zadzwonić.

– Po co chciałeś grać? – beczała Justynka. – Gdybyś się we wszystko nie wcinał to byśmy wygrali! Z wami to tak zawsze! Nigdy nie traktujecie dzieci jak ludzi, tylko każecie coś robić i się wściekacie jak nie zrobimy. A wy co? Mówicie nam, że nie wolno używać brzydkich słów a sami używacie co chwilę! Mówicie, że nie wolno krzywdzić zwierząt ale biednego psa do domu wziąć nie chcecie! Żadnego!

Marcin spuścił nos na kwintę. Linka szturchnęła w bok zaperzoną sąsiadkę.

– A o tabletkach zapomniałaś – syknęła jej do ucha.

– Jakich tabletkach? – krzyknęła Justynka.

Tym razem Inka kopnęła ją w kostkę.

– Jakich tabletkach? – zainteresował się Marcin mając nadzieję na zmianę tematu.

– Na…srrr… spanie – przycichła nagle Justynka. – No tak, faktycznie.

– Na jakie spanie? Dla kogo? – dopytywał się Marcin.

– Miała kupić dla Doroty – zełgała Linka.

– Ale pewnie ciotka nie dała recepty, ona tak zawsze – dodała Inka.

– Tak, a bez recepty ani rusz – pokiwała głową  Linka. – Bo dzieci w szkole powrzucałyby niektórym nauczycielom do herbaty…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 10

Pierwszego dnia po feriach Stokrotki wróciły ze szkoły z wiadomością, która nie zwaliła matki z nóg tylko dlatego, że zdążyła się oprzeć się o drzwi wejściowe. Przylgnęła do nich całymi plecami i, lewym bokiem wsparta o szafę, czekała aż minie drżenie kolan, żeby  mogła ruszyć się z miejsca.

– Mamusiu, mamy nową nauczycielkę – powiedziała Linka.

– W życiu nie zgadniesz kto to taki – dodała Inka.

– I wiesz co? Wcale się nie cieszę. Niby powinnam, bo znajoma nauczycielka chyba będzie dla dziecka lepsza niż całkiem obca ale ona jest taka jakaś… tak dziwnie na nas patrzyła… jak…- zawahała się Linka.

– Jak jaszczurka – dokończyła Inka. – Niby się uśmiechała, niby pytała czy ty się dobrze czujesz, ale to było takie jakieś dziwne. Brr, aż mnie przeszył dreszcz.

– Kto to taki? – słabym głosem spytała matka.

Zanim usłyszała odpowiedź, już ją znała. Wiedziała kto. Tylko dlaczego? Skąd? No tak, jasne, Agata jakiś czas temu mówiła o zmianie pracy, już po krótkim okresie zaczęła się skarżyć na stosunki panujące w szkole, w której dostała etat nauczycielki matematyki. A to koleżanki były niesympatyczne, a to ktoś nie miał ochoty na dłuższe z nią pogawędki, a to ktoś inny nie interesował się jej opowiadaniami jak to w Grecji było fantastycznie, wreszcie milkły rozmowy kiedy wchodziła do pokoju nauczycielskiego. Postanowiła zmienić pracę i zrobiła to. Co za los. Będzie się teraz mściła na dzieciach! Za co? Za własny charakter? Będzie je prześladowała dzień po dniu, lekcja po lekcji aż obrzydzi im szkołę, zniechęci do nauki i wtedy zacznie wzywać matkę na dywanik. Poczuła się znowu jak osaczone zwierzę nie mające najmniejszej szansy na ucieczkę…

– Mama Moniki – oświadczyły chórem bliźniaczki.

Po pewnym czasie doszła do siebie, uspokoiła się. Niemożliwe, żeby jakakolwiek kobieta mogła wyżywać się na dzieciach tym bardziej, że tak naprawdę nie ma za co. Ona, Aldona, nie ma zamiaru nic robić w zaistniałej sytuacji. Musi zachować bierność, doskonałą bierność i obserwować, czekać na rozwój wydarzeń. Decydująca walka odbędzie się poza nią. Wartości Sergiusza będą się ścierały z wartościami Agaty o ile ta jędza jakieś w ogóle wyznaje poza mamoną. Ona, Aldona, nie może stanąć pomiędzy nimi. Sergiusz musi sam wybrać i zdecydować, ani przez chwilę nie może pomyśleć, że Aldona czyha na jego wolność, czy też chce wymusić decyzję korzystną dla siebie. Nigdy nie poniżyłaby się do tego stopnia, coś podobnego nie leży w jej charakterze, jest całkowicie przeciwne jej naturze. Cóż, że serce ściska ból, że tęsknota mąci rozum? Są pewne granice… Jedno jest pewne. Musi się pozbierać całkowicie, dłużej nie pozwoli sobą manipulować. Nie będzie nią rządziła żadna małpa, nie będzie z zimną krwią wywoływała w niej emocjonalnych reakcji. Nie będzie się więcej znęcała ani nad nią, Aldoną, ani tym bardziej nad dziećmi. Koniec z tym.

Gwałtowne pukanie do drzwi, dzwonek, szczekanie Tiny rozległy się prawie jednocześnie. Pchnięta drzwiami Aldona znalazła się na szafce pod lustrem.

– Rusz się szybciej, Teresa dzwoni – zawołała Magda stając na progu. – Ruszże się wreszcie! Ogłuchłaś czy co? Chcesz, żeby miliony przez ciebie płaciła za telefon?

Pod ramieniem matki przemknął Filip. Gdy Aldona wyszła zamknął za sobą drzwi.

– Wiecie co zrobił Maciek? – krzyknął podniecony. – Milion wygrał! Milion!

– Cały milion? Sam dla siebie? – szeroko otworzyła oczy Inka.

– Bujasz – Linka z niedowierzaniem pokręciła głową. – W co wygrał W totka? To by wygrał więcej.

– Głupia jesteś – zaperzył się Filip. – Cały milion! Jeszcze ci mało? Wiesz ile gum do żucia z nalepkami można za to kupić? Albo naklejek do albumów? Albo czekoladek, albo ciastek…

– Głupi to ty jesteś. Jak but z lewej nogi albo jeszcze głupszy – odpaliła Linka. – Zeżarłbyś cały milion i co byś z tego miał?

– Ból brzucha albo całą noc na sedesie – śmiała się Inka. – Powiesz wreszcie w co wygrał?

– W osobę wygrał!

– W co? W jaką osobę? – spojrzały na siebie i wzruszyły ramionami.

– W taką co robi z siebie bałwana w mieście!

– Rozumiesz co on mówi? – spojrzała Inka na siostrę.

– Rozumiem, że bałwana to my w tej chwili mamy przed sobą – obrzuciła sąsiada pełnym politowania spojrzeniem.

– Sama jesteś bałwan, bałwanica, bo nic nie rozumiesz! W radio ciągle mówią, że taka osoba chodzi po mieście, macha rękami, skacze, zaczepia ludzi albo jeszcze co innego robi i jest dziwnie ubrana.

– To nie żadna osoba ty idioto – pieszczotliwie odpowiedziała Filipowi Linka, – tylko…

– Tajemnicza Postać Radia Zet – zawołały chórem.

– Przecież mówię…

– Nic nie mówisz tylko bełkoczesz – spojrzała groźnie Linka. – I jeszcze się mądrzysz. Chcesz w łeb? Skąd wiesz, że wygrał?

– Kuba z Markiem mówili w szkole, że wczoraj. Z wrażenia nie odrobili lekcji i wszyscy czterej zarobili pały, Kuba nawet dwie.

– Jacy czterej? – zdumiała się Inka. – Czy ty świra dostałeś ze strachu przed nami?

– Ja się bab nie boję!

Urażona męska godność kazała mu się wyprostować i spojrzeć na dziewczynki z góry. Niestety, nawet wspięcie się na palce nie pomogło, bo sąsiadki – choć tylko o rok starsze – sporo przewyższały go wzrostem.

– Za babę ja się z tobą policzę kiedy indziej – Inka machnęła mu ręką przed nosem. – Teraz wreszcie zacznij gadać do rzeczy.

– Przecież mówię, że Kuba, Marek i chłopaki co koło nich siedzą…

– Aha, to do tego było mu potrzebne malutkie radyjko na baterie, które od nas pożyczył – Linka domyślnie skinęła głową.

– On jest dzika świnia, że nam nie powiedział – oburzyła się Inka. – Słuchalibyśmy wszyscy w radio jak wygrywa.

– Źle mówisz. Przecież nie wiedział, że wygra. A jakby nie wygrał, byłoby mu głupio, że wszyscy słuchają.

– Bo ty go zawsze bronisz – stwierdziła Inka, o dziwo, bez złośliwości.

– Gdybym ja wygrała kupiłabym mamusi piękne, srebrne kolczyki – zaczęła Linka.

– Przecież nie ma przekłutych uszu – zauważyła trzeźwo Inka.

– …a jak by sobie przekłuła – ciągnęła Linka nie zwracając uwagi na siostrę, – może humor by jej się poprawił, że ładnie wygląda. Dla nas też bym kupiła. A dla siebie aparat fotograficzny dobrej firmy, tylko to niemożliwe, bo jeden milion na to wszystko nie wystarczy. I jeszcze w piwnicy urządziłabym pracownię…

– Kuba powiedział, że Maciek powiedział, że kupiłby sobie aparat i kamerę ale mu nie starczy – stwierdził Filip.

Inka nic nie powiedziała, przez moment tylko się przyglądała  zarumienionej siostrze.

Rozległo się pukanie i weszła Justynka.

– Filip do domu! Nie będę za ciebie zmywała po obiedzie, dziś twoja kolej. Tym razem nie dam się wrobić.

– Justyna, słyszałaś o Maćku? – spytała Inka.

– Miał farta  – z podziwem rzekła Justynka. – W związku z tym mam pomysł, my też możemy wygrać.

– Nie mam zamiaru latać po ulicach – wzruszyła ramionami Inka.

– Nikt ci nie każe. Możemy przecież zagrać w Kuferek Radia Zet.

– Figa z makiem. Trzeba warować przy radiu i przy telefonie. A szkoła? – Linka z powątpiewaniem spojrzała na sąsiadkę.

– Czekaj, nie stwarzaj niepotrzebnych problemów. Już wszystko obmyśliłam. Telefon mamy, do szkoły chodzimy na różne godziny i różnie wracamy. Obejrzałam plan Filipa, mój znam, możemy się wymieniać. Gdybyście mogły obstawić dwa dni, zobaczcie  – pokazała trzymaną dotąd za plecami kartkę.

Cała czwórka rozsiadła się wygodnie w pokoju dziewczynek omawiając szczegóły przedsięwzięcia. Podzielili się dyżurami. Dyżurny miał skrzętnie notować co i w jakich ilościach jest dokładane do Kuferka Radia Zet i być przygotowanym do odpowiedzi na każdy dźwięk telefonu. Pojawił się kłopot przy obsadzeniu czwartkowego dyżuru. Wreszcie uzgodnili, że ponieważ  bliźniaczki mają o jedną godzinę lekcyjną za dużo w stosunku do potrzeb, będą znikały z lekcji na zmianę, raz jedna, raz druga.

– Masz adres? – spytała Inka wyjmując z biurka kartkę pocztową. – Daj, zaraz wyślemy zgłoszenie. Liczyć trzeba, że dojdzie za jakieś dwa, trzy dni a więc nastawiamy się na pełnienie dyżurów od poniedziałku.

– Filip! – Justysia groźnie spojrzała na brata. – Tylko nikomu o tym ani słowa. Nikomu! Bo inaczej nie dostaniesz swojej doli jak wygramy, pamiętaj.

Znów rozległo się szczekanie Tiny zagłuszające skutecznie pukanie do drzwi. Usłyszała je tylko stojąca najbliżej Justynka.

– Ciocia zawsze tak cicho puka, że nie słychać – przywitała Stenię. – A zbiórka dzisiaj jest u mamy.

– Ciociu, ciociu a co z psem? – zawołała z pokoju Inka skacząc na jednej nodze do przedpokoju.

– Nic – westchnęła Stenia. – Wujek Ziutek nie chce się zgodzić za nic w świecie.

– No tak, on się boi nawet ratlerka – pokiwała z politowaniem głową Justysia.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 18 komentarzy

Zapomniałam o tytule i dodałam dopiero po 9-tym komentarzu :)))

Długi weekend to fajna sprawa kiedy się pracuje. Zawsze wykorzystywaliśmy z Mężem wolne dni do maksimum biorąc trochę z urlopu, żeby dało się wyjechać i skorzystać jak najwięcej. Jak na ironię, teraz, na emeryturze, od długiego czasu nie możemy się wybrać w ukochane miejsce z przyczyn zewnętrznych, od nas niezależnych. Tak czasem bywa, żeby człowiek sobie nie pomyślał, że mu wszystko wolno, bo wolno jednym a drugim nawet pomyśleć nie wolno…
Pogoda letnia w dalszym ciągu, mnie to cieszy ale już susza nie jest powodem do radości. Mimo padającego deszczu przez dwie noce kilka dni temu, już nie ma po nim śladu. Jest sucho, w powietrzu unosi się pył, czasem trudno złapać oddech jak blisko przejedzie samochód. Szilka nauczyła się siadać po przyjściu za zawołanie – co jest jak najbardziej prawidłowe – lecz po klapnięciu na suchy pył wymaga trzepania 😉  Ma zupełnie szare siedzenie i ogonek. Trawa, która po deszczu nieco odżyła i nabrała koloru, znowu zszarzała, zbrunatniała.
Oj, złego porównania użyłam. Teraz kolor brunatny jawi się jako coś najgorszego na świecie i nie bez przyczyny…
Jestem wciąż od wczoraj pod wpływem wspomnień naszej Marysi z blogu – https://jajesienna.blogspot.com/
Wydarzenia II wojny widziane oczami dziewięcioletniej dziewczynki, przeżycia jej i najbliższych robią ogromne wrażenie, prowokują do zastanowienia się, do przemyśleń i niestety – do porównań…
Uważam, że jak najwięcej ludzi powinno się z takimi relacjami zapoznawać, w szkołach powinny być obowiązkową lekturą nie do „odklepania” lecz do przeżycia, aby nie pojawiały się haniebne wydarzenia w postaci tzw. urodzin hitlera.
Żeby w smutnym tonie nie kończyć, życzę dobrego tygodnia i nadziei na poprawę sytuacji w każdej dziedzinie.
Dla uśmiechu – pieski mojej siostry ciotecznej.

 

 

 

 

 

 

 

Mówiąc szczerze nie mam pojęcia czemu tak się fotki ułożyły, ale trudno, niech będzie.

Prawda, że prześliczne mordeczki?

 

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 38 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 9

Dzieciom oraz większości rodziców ferie wydawały się o wiele za krótkie. Dopiero się zaczęły a już trzeba było z powrotem pakować plecaki, buty na zmianę i budzić się w sinym świetle poranka albo nawet całkiem po ciemku, żeby iść do szkoły. Jedyną chyba osobą czekającą końca ferii jak zbawienia była Aldona. W czasie nieobecności dziewczynek w domu dostawała obłędu z rozpaczy, tęsknoty i samotności. Nie musiała ukrywać uczuć, znów przemierzała całe mieszkanie od okna w kuchni do drzwi balkonowych w pokoju łkając bezgłośnie lub nagle wybuchając rozpaczliwym szlochem. Czasami uderzała się pięściami po głowie dopóki ból nie przywracał jej świadomości, dopóki nie wróciła do rzeczywistego świata. Zdarzało jej się uderzać głową o framugę drzwi regularnie, raz po razie. Rozmawiała sama ze sobą, żaliła się na swój los, urodzenie pod nieszczęśliwą gwiazdą lub tłumaczyła sobie, że powinna wreszcie wziąć się w garść. Czasem całe popołudnie i wieczór przesiedziała na podłodze zapatrzona w ciemność za oknem. Nie czuła zimna. Gdy Tina domagała się spaceru trącając nosem lub łapiąc delikatnie zębami stwierdzała, że jest zupełnie skostniała.

Właściwie wychodzenie z sunią było jedyną wykonywaną czynnością. Poza tym nie robiła zupełnie nic. Na bazarku kupiła suchą karmę dla Mimi i Tiny. Sama jadła tylko w pracy – o ile udało jej się przełknąć kilka kęsów. W domu nie miała nic do jedzenia, nie kupowała. Skoro zupełnie nie czuła głodu, widocznie nie było jej potrzebne. Dostawała często mdłości na samą myśl o spożywaniu pokarmu co utwierdzało ją w przekonaniu, że po prostu ma nie jeść.

Nie chciało jej się także wyjmować pościeli z wersalki. Spała zwinięta w kłębek, wciśnięta w fotel, okręcona ciepłym, pikowanym szlafrokiem albo skulona na złożonej wersalce, otulona narzutą. Budził ją chłód. Wchodziła wtedy do wanny z gorącą wodą – potem jechała do pracy. Wykonywała swoje obowiązki machinalnie, jak manekin ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy ale z duszą wypełnioną pustką i ciemnością. Wracała do domu witana radośnie przez zwierzaki, które jako jedyne potrafiły wywołać szczery uśmiech.   Teresa rozchorowała się, wysoka gorączka nie pozwalała jej opuszczać domu, nie mogła więc poprzez odpowiednio ukierunkowane rozmowy wpłynąć na poprawę stanu przyjaciółki i pomóc jej wyjść z przygnębienia. Zapraszała ją do siebie telefonicznie, czyli przez telefon u Magdy. Aldona nie skorzystała tłumacząc się brakiem sił, nadmiarem pracy i nie czekając na odpowiedź Teresy odkładała słuchawkę.

Ponieważ nieszczęścia lubią liczne towarzystwo a nie tylko chodzenie parami, musiało się jeszcze coś wydarzyć. I się wydarzyło. Żona Michała przebywająca w zakładzie specjalistycznym od urodzenia Bartusia, ciesząca się do tej pory w miarę dobrą kondycją fizyczną, zapadła na jakąś chorobę.  Nie chciała jeść, słabła z dnia na dzień, do tej pory łagodna i spokojna – stała się złośliwa i agresywna. Uspokajała się jedynie przy Dorocie, która przychodziła niemal codziennie opiekować się chorą. Znów odżyły dawne, wewnętrzne rozterki Doroty, znów zaczęła roztrząsać całe swoje życie, zastanawiać się nad podjętą kiedyś decyzją dziwiąc się ogromnie, że chora do niej właśnie lgnie, nie czuje intuicyjnej niechęci czy wrogości. Gdyby porozmawiała o tym z Teresą, przyjaciółka wytłumaczyłaby z pewnością, że – być może – nieszczęśliwa kobieta podświadomie czuje, iż Dorota zapewniła normalne dzieciństwo i normalne życie jej dziecku, które właściwie osierociła za życia. Nie ma widać do przybranej matki żadnych pretensji, bo i skąd? Przecież Dorota poznała Michała już w czasie jej pobytu w zakładzie, gdy powrót do życia poza nim był niemożliwy. Nie rozmawiała jednak z Teresą, nie miała czasu na spotkania towarzyskie, toteż czarne myśli Doroty nie opuszczały.

Magda wracała z pracy około dwudziestej, zmarznięta, zmęczona nie miała siły zajmować się cudzymi sprawami. Przywiozła jedynie Aldonie kilka różnych preparatów na wzmocnienie, regenerację i podbudowanie układu nerwowego. Ona zaś – schowała wszystkie opakowania do szafki ciesząc się, że będzie mogła ofiarować je Sergiuszowi.

Ponieważ każdy zajęty był rozwiązywaniem własnych problemów, Aldona wewnętrzne swoje zmagania musiała toczyć sama, rozsupływać życiowe splątane węzły we własnym zakresie bez pomocy z zewnątrz.

Na dzień przed powrotem dziewczynek wysypała na dłoń całe opakowanie relanium, zwykłą szklankę do herbaty napełniła koniakiem. Tak, to jedyne i najlepsze wyjście z sytuacji. Połknie małe tableteczki, popije koniakiem i uśnie. Nikt nie zauważy. Zanim ktokolwiek zacznie jej szukać, będzie po wszystkim. Choćby chcieli to nic nie zrobią, nie będą wiedzieli co się stało i dadzą jej nareszcie święty spokój. Nikt jej więcej nie będzie dręczył w pracy, przestanie cierpieć w domu… Podniosła do ust lewą rękę pełną kremowych kuleczek. Nie wahała się ani przez moment, coś jej szeptało: pospiesz się, połknij, wreszcie odetchniesz… raz na zawsze… Nagle przez ten szept, jakby zresztą znajomy, przedarł się głos Sergiusza. Czekaj na mnie, Wiewióreczko, czekaj. Tak! Przecież powiedział, że przyjedzie, że należy im się rozmowa. Nazwał Wiewióreczką przywołując cudownie szczęśliwe chwile… Przyjedzie, na pewno przyjedzie! Musi na niego czekać! Cisnęła tabletki na podłogę. Rozsypały się kremowe koraliki, skakały z radości, że nie stały się przyczyną snu wiecznego tej, która miała jeszcze wiele,  wiele pracy do wykonania. Za nimi skakała Mimi, łapiąc, podrzucając je, popychając noskiem albo łapką. Aldona zawartość szklanki wylała do zlewu rozpryskując wokół bursztynowe krople. Drżała na całym ciele. Pozbierała skaczące kuleczki, żeby przez własną głupotę nie zrobić kotce krzywdy, jeszcze, nie daj Boże, zje którąś.

Drżenie nie opuszczało ciała. Trzęsła się i szczękała zębami. Dygotała w niej każda komórka. Jasno zdała sobie sprawę z tego, czego o mało nie zrobiła.  Boże, przecież skazałaby dziewczynki na taki sam los jaki jej przypadł w udziale po śmierci rodziców. Gdyby nie wyobraziła sobie głosu Sergiusza… A  może usłyszała go naprawdę?  Zawdzięcza mu życie! Uratował ją w ostatniej chwili!

Drżącymi wciąż rękami odsunęła włosy z czoła oblanego zimnym potem. Objęła oburącz głowę  i ściskając z całych sił niby żelazną obręczą poczęła się kołysać w przód i w tył, w przód i w tył, i znowu w przód i w tył… Uświadomiła sobie, że od dłuższego czasu coś ją popychało do samobójstwa, do samounicestwienia, zupełnie jakby miała w mózgu taśmę z nagraną wypowiedzią sugerującą takie właśnie wyjście z sytuacji, odtwarzaną bez przerwy. Czyż ten głos nie przypominał jej głosu Agaty? Może ona ma zdolności telepatyczne i w ten sposób chciała się pozbyć rywalki?

Płacz, codzienny towarzysz, wstrząsnął znowu jej ciałem, był jednak inny, oczyszczający, przynoszący ulgę, rozjaśniający oczy, nie – jak dotąd – wiodący w ciemność, lecz ukazujący światełko na końcu drogi. Jak mówiła Teresa? Zło puszczone w ruch wraca do tego, kto je w ruch wprawił? Bzdury. Bzdury? Kto to może wiedzieć? Gdyby połknęła tabletki zło znalazłoby ujście. Nie zrobiła tego, więc krąży ono gdzieś w kosmosie i szuka swojego celu. Aby nim nie być trzeba się pozbyć wszelkich negatywnych myśli. Każdych. Bo ten, kto jest nimi wypełniony, przyciąga zło jak magnes żelazne opiłki…

Nie potrafiła poukładać sobie porządnie wszystkich myśli krążących po głowie ale wiedziała, że się jakoś pozbiera, będzie żyć, nie da się złu pokonać. Nie, nie i nie! Koniec z rozmyślaniem: co inni powiedzą. Koniec!  Będzie robiła tylko to, co sama uzna za słuszne.

Boże, przecież jest to winna córeczkom, najdroższym na świecie Stokrotkom, skarbom  które zasługują na wszystko co najlepsze, naj naj naj……

Podniecona i rozgorączkowana chodziła w kółko po pokoju, chwilami stawała,  głośno i dobitnie przekonując samą siebie, powtarzała własne myśli. Wreszcie padła na fotel. Sięgnęła po wiersze Teresy. Czytała. Tak, tak sprawa wygląda…. Dokładnie tak… Jak ona to wszystko trafnie ujęła… Przeszła przez piekło a potem się zmieniło… Skoro jestem, żyję, muszę  się z  tym całym galimatiasem jakoś uporać. Nie dam się! Nikt mnie nie pokona bo kocham Sergiusza i kocham moje córeczki… Uratował mnie, kazał czekać… Powiedział czekaj Wiewióreczko… Cholera, przyroda  jakaś, biedronki, wiewiórki, stokrotki, może jeszcze konwalie? Będę czekała! Zawsze! Do ostatniego tchnienia! Jestem egzaltowana? Nie jestem. Jestem. I dobrze. I będę. Nikomu nic do tego. Nigdy na niego nie przestanę czekać. Nigdy! A teraz muszę się położyć, bo dzieci wracają, nie mogę wyglądać jak śmierć na chorągwi, przeraziłyby się.  No i muszę mieć siłę, żeby czekać… Wyjęła pościel i zanim zdążyła się wygodnie ułożyć, już spała.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy