Było tak… pstryk!

Było tak. W piątek wieczorem MS stwierdził, że czuje jakiś dziwny zapach w kuchni. Jakiś swąd. Swąd? Skąd? Wstałam i zaczęłam niuchać jak Szilka w lesie. Stąd! Byłam pewna, że od telewizora, wyraźnie czułam za tv jakby paloną gumę, ebonit czy coś w tym rodzaju. Wyłączyliśmy telewizor. Odłączył MS wszelkie ustrojstwa elektryczne/elektroniczne od tego konkretnego gniazdka. Trudno, nie będziemy oglądać, może za długo był włączony?  Przygotowałam kolację, spokojnie ją konsumujemy we dwoje (babcia D. zjadła wcześniej i poszła do siebie) i nagle – „pstryk  i prąd znikł”! W całym domu!!! A tu ciemno i wieczór. MS do „korków” – wszystko poszło, on zaś poszedł na zewnątrz do skrzynki w uliczce. Zapaliłam świeczki i myślę sobie – „ ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie”… Rany koguta! Co to będzie!!! Mróz zapowiadają a ogrzewania nie będzie, nie będzie też na czym ugotować cokolwiek, choćby wodę na kawę… W skrzynce MS coś tam zrobił co robi zawsze w takich przypadkach i nic. Dalej ciemno. Żadna lampka nie działa, żadnego światełka. W międzyczasie babcia D. przyszła ze skargą, że jej telewizor nie działa i światło zgasło. Tłumaczymy więc, że nie ma prądu i niech idzie do łóżka póki  ciepło.  Siedzimy przy świeczkach i głośno myślimy co robić. Psiepsioły zdenerwowały się niezwyczajną sytuacją, nie wiedziały co się dzieje, w ogóle o co chodzi. Skitek najpierw pewnie tylko myślał, że spać mu przeszkadzają, ale potem przejął się tak jak Szilka i już krok w krok razem „wespół zespół” chodziły za nami.  Wreszcie stwierdziliśmy, że nic nie wymyślimy, trzeba iść spać i rano szukać jakiegoś elektryka. Przecież po ciemku nic nie widać, niczego nie da się przeczytać, odszukać zapisków itd. Ze świeczką poszliśmy na górę… a tam – u babci D. świeci się lampka! No więc w te pędy z powrotem, sprawdzamy wszystkie włączniki. Okazało się, że górne światła się świecą, środkowe dwa gniazdka działają ale cała reszta padła. Po oględzinach – już przy górnym oświetleniu – MS stwierdził, że spalił się włącznik ogrzewania podłogowego i przy okazji nastąpiły inne awarie. Nie działają więc grzejniki w sypialni, w pokoju dziennym, nie działa płyta w kuchni. Na szczęście lodówka „chodzi”. Do drugiego gniazdka w kuchni można podłączyć czajnik, więc kawa jest 😊 Mamy awaryjną pojedynczą płytę kuchenną i bardzo się akurat przydała. Kupiliśmy ją gdy płyta indukcyjna po raz pierwszy odmówiła współpracy. Od tego czasu przydawała się kilkakrotnie. Mamy też parowar, który się sprawdza w różnych sytuacjach. Nabyłam go gdy jeszcze w domku kuchni nie było, urządzaliśmy się dopiero. Gotowałam wtedy na elektrycznej dwufajerkowej kuchence. Czasem nie wystarczała  i  wpadłam na pomysł kupna parowaru. Tak więc w niedzielę był obiad zdrowy, bo na parze przyrządzony. W sobotę niezdrowy, bo pizza (spód z Biedronki) z dużą ilością sera. Na szczęście piekarnik działa. MS siedział w necie  i szukał elektryków, hurtowni elektrycznych itd.  Będzie dzwonił  i szukał fachowców i materiałów. No i taki to był weekend.

Mimo to upiekłam drożdżówkę z marmoladą i kruszonką. Usmażyłam coś jak racuchy z wiórkami kokosowymi. Zostały mi białka i nie wiedziałam co z nimi zrobić. MS bezy nie lubi. Zrobiłam więc takie placuchy/racuchy z białek, maki pełnoziarnistej i zwykłej, płatków owsianych, cukru, proszku do pieczenia i wiórek oczywiście. Proporcji nie znam, robiłam na oko i wyszły fajne! To teraz galeria 🙂

… wykorzystałam ten przepis, oczywiście zmodyfikowałam po swojemu wykorzystując ilość składników jaką miałam akurat pod ręką …

… przygotowane do smażenia …

… już usmażone z cebulką …

… jednojajkowiec Luci …

… kokosowa „przegryzka”, mnie z mlekiem smakowała …

… drożdżowe najlepsze ze wszystkich …

Pizzy nie uwieczniłam, piekłam nawet dwa razy. Odważyłam się też na zrobienie tarty z ciasta francuskiego z nadzieniem z uduszonego pora i cebuli, co zalałam sosem ze śmietany, żółtek (stąd białka mi zostały), soli, pieprzu, czosnku i żółtego startego sera.  Potrzeba jest matką wynalazków jak wiadomo, dlatego po awarii sprzętu musiałam uruchomić szare komórki i sięgnąć po przepisy, które przy okazji „uległy wypróbowaniu” 🙂

Tyle na razie, dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze

Już mroźnie

23 listopada  – już! A przecież dopiero było święto zmarłych… Rano już mroźnie, wiejący wiatr zwiększał odczucie zimna. Wstrząsający reportaż o „partyzantce pomocowej” w nadgranicznych lasach mrozi mnie do tej pory jeszcze bardziej niż temperatura…  Niebo było piękne o poranku, Natura sobie nic nie robi z durnych ludzi i pyszni się swą urodą. Może, bo jest przedwieczna i będzie trwała dalej po tych ludziach…

24 listopada.  Gdybym była młodą kobietą za nic nie zaszłabym w ciążę w tym państwie. Myślę, że jak wreszcie wróci normalność – szybko zaowocuje wyżem demograficznym jak po wojnie. Gdy skończył się koszmar to zaczęły się rodzić dzieci. Teraz też tak będzie. Będą się rodziły zdrowe, oczekiwane, upragnione dzieci. Nie będą maltretowane, wyrzucane do śmietnika zaraz po urodzeniu, mordowane i chowane w beczkach po kapuście. Po prostu nie będzie niechcianych. To taka refleksja na wieści usłyszane o nowych „rewelacjach” w sprawie rejestrowania ciężarnych.  Kobiety przestaną chodzić do lekarzy i będzie jak w średniowieczu, które się rządzicielom marzy. Miałam wstawić nowe wypróbowane przepisy ale mi się odechciało. Następnym razem. Znów prawie pół tysiąca zmarłych na covid.  Nie szczepili się – trudno, sami chcieli, jakoś mi nie żal. Ale ile osób zarazili zanim umarli, a ilu chorych „inaczej” przez nich zmarło nie mogąc się doczekać pomocy?  Cóż, słupki poparcia ważniejsze od ludzkiego życia – i wszystko jasne. Czego się spodziewać po tych, co na trumnach wjechali do władzy, co wbrew rodzinom wyciągali zmarłych z grobów, aby swoje chore urojenia udowodnić co się nie udało; przez których umierają  kobiety zmuszane do rodzenia potworków, inne ciężarne przerzucane są przez kolczasty płot aż poronią, ale to akurat życie nie jest święte,  itd. itp…  Taki dziki czas nastał. Niech wreszcie minie.

A Natura idzie swoją drogą nie patrząc na nic i na nikogo.

… wszystkie kolory są autentyczne, niczego nie poprawiałam …

W miasteczku zrobiłam dwie fotki przy okazji.

… przyszły hipcie do Piaseczna …

Tak mi się jakoś zebrało… Poprawię się w następnym wpisie, ale czasami się musi ulać, żeby człowieka nie zadusiło na amen. Wiem, że nie mnie jednej to dotyczy.

Uważajcie na siebie i trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 34 komentarze

Niby zwyczajny dzień

Niby taki zwyczajny dzień. No nie, sobota, to zawsze dzień miły sercu był, nawet wtedy gdy jeszcze nie było „gierkowej soboty”. Ktoś pamięta, że pierwsze wolne od pracy soboty tak były nazywane? Wydawało mi się, że to dzień najpiękniejszy w świecie, mogłam zostać z dziećmi w domu, nadgonić tygodniowe zaległości, których się zawsze uzbierało. W końcu praca i dojazd zabierały mnóstwo czasu, metra nie było jeszcze, zakupy – do łatwych i szybkich  nie należały – robione na dodatek z myślą co też te moje Brysie w domu narobiły…  A przecież wiadomo, że chłopcy plus sąsiedzkie towarzystwo po powrocie ze szkoły to zawsze jakieś niesamowite pomysły 😊 jak choćby zbiorowe bieganie po dachu czteropiętrowego bloku czy skupianie promieni słonecznych szkłem optycznym aż do zapalenia na balkonie gazety wniesionej potem na butach do pokoju razem z płomieniem… O szkole i związanych z nią „atrakcjach” wolałabym zapomnieć, ale się nie da. Awersję do instytucji mam do dziś, szczególnie w obecnym kształcie i współczuje młodzieży z całego serca.

Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy z innego powodu – to urodziny mojego taty, zapaliłam świeczkę na kominku jak zawsze robię. Wspomnienia o tacie są tu:    http://annapisze.art/?p=2171 oraz tu:    http://annapisze.art/?p=3006

Za oknem w tej chwili świeci słońce, zimno nie jest choć wiatr jeszcze mocno wieje. Zaraz wyskoczę do Biedronki, puszki dla psiepsiołów mi się skończyły i to podstawowy zakup będzie. Wróciliśmy z łąki i śpią sobie w najlepsze po śniadanku 🙂

… gdzie może być lepiej niż tu? …

… jak mi robią fotkę wolę otworzyć oczy, tak na wszelki wypadek muszę mieć wszystko pod kontrolą 🙂 …

W ogródku ostatnie przekwitnięte marcinki wyrwałam, „panienek” nie ruszam, jeszcze kilka kwitnie. Zauważyliśmy z MS prześliczne małe ptaszki, które nasionka zajadały ze smakiem. Nie wiem kto one zacz 😉 lecz cudne. Nie udało mi się zrobić zdjęcia, nie chciałam ich płoszyć, a na zrobionych przez szybę nic nie dało się zobaczyć. Całe stadko, chyba ze 12 ich było, sfrunęły i potrafiły się utrzymać na wiotkich gałązkach kwiatków 🙂

… marcinki jeszcze pięknie kwitnące …

 

… rozchodniki , czyli pancerne kwiatki, kwitną nadal i będą sobie tak stały do wiosny, wyglądają ładnie obsypane śniegiem …

Weekend może będzie słoneczny i da się iść na dalszy spacer w ramach poprawy formy własnej i psiepsiołów. One są cudne gdy się namawiają do wspólnego działania. Spoglądają na siebie, coś sobie dają do zrozumienia po czym np. zapierają się w miejscu co oznacza „ani kroku dalej”, albo „biegniemy” 🐕🐕😁  Przed wejściem do domu sprawdzają czy nie ma w pobliżu Franka. Ponieważ było zimno i deszczowo ostatnimi czasy Franuś spędzał u nas sporo czasu i… niespodzianka, wskoczył MS na kolana i spał pełen zaufania 😍😍😍

… i jak Franusia nie kochać? 🙂 🙂 🙂 …

Spokojnego weekendu mimo wszystko i na przekór. Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 64

    „Mafijne” dzieciaki zbiorowo myślały, myślały i wymyśliły, że zaprojektują kalendarz ze zdjęciami swoich ulubieńców i będą go sprzedawać cały dochód przeznaczając na schronisko. Justyna i Filip oczywiście dokładnie znali całą historię wyprawy do domu, w którym straszy jak również  byli na bieżąco w temacie organizowania przytuliska. W chwilach pozaszkolnych cały wysiłek umysłowy kierowali na wymyślanie sposobów wsparcia schroniska, traktując je niejako jak własne, osobiste. Pomysł z kalendarzem wydawał się być  strzałem w dziesiątkę.

Linka wraz z Maćkiem  przystąpili do pracy tak szybko, jak się tylko dało. Jako osoby najbardziej zaangażowane w tematykę fotograficzną rozpoczęli działania w sposób poważny i odpowiedzialny. Postanowili zacząć od wykonania zdjęć wszystkich domowych „mafijnych” zwierzaków, każdego z osobna i wszystkich razem. Pozostali mieli za zadanie napisać coś o swoich czworonożnych przyjaciołach. Mogła to być historia ich przybycia do domu, jakieś wydarzenie zapisane w pamięci domowników z powodu swej wyjątkowości, anegdota krążąca w rodzinie czy w ogóle coś, co przyjdzie do głowy komukolwiek, a reszta uzna pomysł za dobry.

Zgodnie przyjęli, iż na początku powinna być opisana ich przygoda związana z odkryciem domu, w którym straszy i poznaniem Pauliny. Dołączyć zaś koniecznie należy zdjęcia domu, przyszłego przytuliska,  które mieli w dużej ilości. Dom się na nich jawił jako przepiękny, tajemniczy obiekt ukryty w plątaninie zieleni. Wszyscy zaczęli wybierać najtrafniejsze, według własnego oczywiście gustu, fotografie i rozpoczęła się długa dyskusja połączona z coraz bardziej podnoszącą się temperaturą uczuć, którą gasić musieli dorośli włączając się do akcji. Duża porcja lodów schłodziła emocje i wreszcie młodzi artyści doszli do porozumienia. Zdjęcia zostały wybrane przy aplauzie Doroty – okrzykniętej przewodniczącą jury z racji artystycznej duszy. Pozostałe członkinie jury, czyli Aldona i Teresa, zmuszone były przychylić się do opinii przewodniczącej, ponieważ brakło im sił na dłuższe obrady.

W kwestii wyboru tekstów do zdjęć jury pozostało w tym samym składzie, zmieniła się jedynie funkcja Teresy, bowiem ona zastąpiła Dorotę i została przewodniczącą.

– Ja się tak nie bawię – odezwała Aldona. – Ja też chcę być przewodniczącą, więc musicie wymyślić jeszcze coś. Nie zgadzam się na takie pominięcie mojej osoby –  oświadczyła z trudem ukrywając przed dziećmi szeroki uśmiech.

– Ciocia, ale od czego chcesz być przewodniczącą? – zapytała Justyna.

– No, od komisji przecież.

– Ale od jakiej?

– To już wy musicie wykombinować. Wszak to wy jesteście specjalistami.

– Od czego?

– Od kombinowania.

– No nie…

– No tak. A kto w szkole wczoraj narozrabiał?

– A jak ty się dowiedziałaś, co, ciocia?

– Ma się te swoje sposoby.

– Kto wygadał? Co za kretyn?

– Ale co? – zdziwiła się Aldona.

– No, że pani od matematyki   wyrzuciła Stokrotki na korytarz, bo gadały…

– Słucham? – Aldona szerzej otworzyła oczy. – No proszę, czego ja się dowiaduję…

– Przecież mówiłaś, że wiesz – z oburzeniem spojrzała Justysia.

– Że rozrabiacie, to wiem, bo zawsze coś zmalujecie, ale nie wiedziałam, że aż tak moje panienki się zasłużyły!

– No i kto wygadał? – prychnął Filip do siostry.

– No to już chyba wiem jakiej komisji przewodniczącą ciocia może zostać – podsumowała Justynka.

– Tak? Jakiej? – spytała z ciekawością Aldona.

– Komisji śledczej – z tryumfem obwieściła dziewczynka wywołując śmiech u pozostałych członkiń komisji.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 17 komentarzy

Mimo wszystko

Dostałam książkę o Warszawie napisaną przez Grzegorza Piątka pt. „Najlepsze miasto świata”, którą przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. Niech sobie mówi kto co chce, ale ja pamiętam z opowiadań jaki entuzjazm towarzyszył odbudowie. Znam hasło „Cały naród buduje swą stolicę”, mój dziadek też jeździł budować. Ciekawe jest, że plany pięknego, nowoczesnego miasta już przed wojną tworzyły się w głowach architektów.

Kawał historii pokazany wg mnie w sposób wiarygodny, prawdziwy, obiektywny zawierający różne punkty widzenia, także z punktu widzenia zwykłego człowieka, który miał to szczęście, że przeżył wojnę i po prostu, po ludzku, zwyczajnie chciał żyć. Taka zresztą była większość. Przecież jedynie garstka siedziała w lasach czekając na III wojnę światową i mordując przy okazji rodaków, którzy im się nie podobali… Niezależnie od poglądów ludzie chcieli odbudować Warszawę. Dopiero epoka szalejącego stalinizmu stłamsiła chęci i kreatywność.

Warszawa jest i moim miastem. Mieszkam tu przeszło pół wieku, spędziłam całe świadome, dorosłe życie. Wprawdzie teraz zakotwiczyłam w Piasecznie, ale między Warszawą a Piasecznem nie ma praktycznie żadnej odległości, więc się nie liczy 😊

Dzisiaj znamienna data – 11 listopada. Niestety, kojarzy się z zadymami, bojówkami narodowców, marszem neofaszystów przez miasto, które podniosło się z gruzów, ale na wieki przesiąknięte  pozostanie krwią tysięcy obrońców, powstańców warszawskich. I tych właśnie żołnierzy  – pani Wanda Traczyk-Stawska mówi tak o sobie – po chamsku zagłuszali ci, co będą dziś demolować miasto pod patronatem państwa, czyli obecnych rządzicieli. Policja ostrzega, miasto usuwa wszystko co mogą „świętujący” wykorzystać do niszczenia Warszawy. Kolejny powód będzie do wstydu przed całym światem, dowód, że decyzje kilku instancji sądów można wyrzucić do kosza, bo rządzący mają je w …  „głębokim poważaniu” czyli jesteśmy w czarnej doopie. Dwa lata temu z okazji 11 listopada pisałam o Galicji – http://annapisze.art/?p=2150

Od Luci  – https://pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/ „ukradłam”  słowa, które zamieszczam, bo uważam, że warto. Sama bym lepiej za nic na świecie nie powiedziała. Nawiasem mówiąc uwielbiam panią Kasię Kasię 🙂

Katarzyna Kasia: „To, co spotkało Panią Izę, tak naprawdę może spotkać każdą kobietę w Polsce. Ja sobie dzisiaj o tym myślałam, kiedy szłam właśnie przez Warszawę, ten marsz był głównie milczący. I właściwie oprócz tego hasła -Ani jednej więcej- niewiele tam krzyczano, ale jak sobie myślę, każdy poród to jest bardzo trudna sytuacja. Nie słyszałam nigdy jakiejś idyllicznej opowieści o porodzie, gdzie jakieś tam ptaszki ćwierkają. Zazwyczaj jest ból i to jest bardzo trudne. I jeżeli idzie się rodzić dziecko do szpitala, do którego się ma zaufanie, że tam o nas zadbają, to człowiek jednak czuje się zupełnie inaczej niż, kiedy idzie nie wiedząc, co go czeka. Może go czekać to, co spotkało panią Izę z Pszczyny. Tak myślałam sobie o tym, że gdyby nie mądrzy lekarze, to w przypadku mojego porodu, nie byłoby na świecie ani mojej córki ani mnie, bo życie nas obu było bardzo zagrożone. I jak tak sobie dzisiaj szłam przez to nasze miasto i myślałam o tych innych pochodach, o tych marszach w całej Polsce, no to bardzo mocno czułam ten strach. I to, że żaden Narodowy Instytut Rodziny i Demografii tego nie zapewni, tego nie naprawi. Bo my – Polki – boimy się zachodzić w ciążę. Jak sobie wyobrażę sytuację, w której człowiek jest całkowicie bezradny, całkowicie zdany na decyzję innych ludzi, którzy się boją, potwornie się boją, czego nie zrobią, to będzie bardzo źle, to myślę sobie, że doszliśmy do jakiegoś takiego momentu w historii Polski, kiedy naprawdę tak już nie może być!”    Dr Katarzyna Kasia /Źródło: Szkło Kontaktowe TVN24 6listopada 2021

Tak mi się skojarzyło, że porównać można dwa marsze…  a właściwie to nie ma porównania.  Jeden „powstał” spontanicznie, z potrzeby serca dla uczczenia ofiary nieludzkiego prawa, jako wyraz solidarności, wspólnoty, poparcia praw kobiet coraz bardziej łamanych. Drugi – nie mam wątpliwości – znowu przyniesie obrzydliwe hasła, nienawiść, dzielenie i wartościowanie ludzi, zniszczenia, a symbolem jest wstrętny plakat nawołujący na marsz, do złudzenia przypominający hitlerowskie obwieszczenia. I to  wszystko popiera rząd i daje takiemu komuś będącemu twarzą bojówek,  mnóstwo kasy. Natomiast Muzeum Powstania Warszawskiego nie dostało nic. Pozostawiam bez komentarza.

Mimo wszystko „Jeszcze Polska nie zginęła” i nadzieja na normalność we mnie żyje wciąż, też nie zginęła! Mimo wszystko!

…powyższy cytat pochodzi z tej pozycji, pracy zbiorowej wydanej przez LSW w 1981 r. …

Oby nie było powtórki z historii, bo są tacy, którzy woleliby żyć w średniowieczu, więc różne sytuacje są możliwe. Nadzieja w tym, że „ludzi dobrej woli jest więcej’! Mimo wszystko!

Mimo wszystko nie dajcie się i mimo wszystko trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

Listopadowy wpis

Mamy listopad, czy nam się to podoba czy nie, jest i zostanie do swego ostatniego dnia, więc akceptuję go ze wszystkim. Nie mam innego wyjścia. Przygotowana jestem na słotę, mam książki, ciepły kocyk i kupiłam świeży imbir. Oby tylko chwile bezdeszczowe były, żeby z psami dało się wyjść.

… nasionka od Magdy, pudełeczko zrobione przez nią, uwieczniona piwonia Magdy gotowa do zawieszenia, oparta o piękność dostaną kiedyś w prezencie od znajomych …

Miałam już dawno pokazać cudny upominek od Magdy  https://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/ , która talenty manualne ma jak mało kto, ja mogę sobie tylko pomarzyć 😢 Nigdy nie potrafiłam nawet równo nożyczkami uciąć papieru, choćbym wyraźną linię miała narysowaną, taki feler 😒 Robiłam różne rzeczy, które były/są przypisane kobietom czyli używałam szydełka, drutów, szyć mi się nawet zdarzało dla siebie i chłopców, nawet powłoczki ze zdobytego materiału (przecież w sklepach nie było) szyłam. Plotłam coś w rodzaju „makramowych koszyczków” kiedy mi zachciało się mieć w oknach wiszące doniczki z kwiatkami. Pamiętam, że koleżanka z gazet robiła kapelusze (ja tego nie umiałam), wyglądało to obłędnie, jak z plisowanego materiału, super było na lato na plażę.  Dlaczego mi się przypomniało? Rozbił się klosz od lampy i pomyślałam, że zrobię sama abażur i zaczęłam przeglądać w necie „ten temat”. Ileż tam jest różnych cudeniek,  nie do uwierzenia, że coś takiego można tworzyć, np. koszyczki, pojemniczki, nawet stojące komódki, półeczki z papieru, z gazet. Wystarczy wpisać np. wyplatanki z papierowej wikliny i można oczopląsu dostać. Nie na moją obecną cierpliwość i brak czasu to zajęcie, ale zachwyt pozostaje. Szkoda, że dawno temu nie wiedziałam, że coś takiego da się stworzyć.

Pogoda jeszcze dopisuje, spacery są przyjemnością dopóki nie pada. Można natknąć  się na różne niespodzianki. MS wypatrzył małego pełzacza (czyli coś, co pełza) leżącego bez ruchu, ja nie zauważyłam oczywiście. Jak już zobaczyłam to zanim zdążyłam zrobić zdjęcie – się ruszył i zniknął w trawie. Na pewno miał przy główce żółte plamki, czyli był to zaskroniec. Potem MS zobaczył coś leżącego bez ruchu i długiego. Ja o mało trupem ze strachu nie padłam, potwornie boję się wszystkiego co pełza (pociąg i tramwaj też budzą we mnie strach, choć już oswojony). Ponieważ od kilku dni leży to znaczy, że są to pełzacze zwłoki. I nie wiadomo co to. Zygzakowate nie jest, na żmiję chyba za długie, może to „żmij” znaczy on? Bo żmija to ona – tak mi się zdaje😏

… żmij …

W Szczawnicy spotkaliśmy padalca, pojawił się nie wiadomo skąd, ale przynajmniej dał się sfotografować.

… ten był zdecydowanie żywy, nawet bardzo 🙂 …

Z kuchennych – nie rewolucji tylko prób – mam nowy wypróbowany przepis i mogę go polecić z czystym sumieniem. Placuszki cytrynowe wyszły przepyszne, miałam składniki w domu, zrobiłam na kolację i zniknęły natychmiast, nie zdążyłam zrobić fotki. Tylko zamiast jogurtu ( nie było w lodówce) wykorzystałam śmietanę.   Przepis był ze strony https://www.o2.pl/kuchnia/prosty-przepis-na-fit-placki-cytrynowe-6700834167712704a

Wczoraj niebo wyglądało niesamowicie. Żałuję, że nie byłam na otwartej przestrzeni dopiero wtedy zdjęcia byłyby przepiękne.

… miałam wrażenie, że jestem w górach otaczających jezioro …

Dzień krótki, szybko ciemno się robi. A jak ciemno to spać mi się chce, bo ja z kurami spać bym najchętniej chodziła. Jednocześnie jestem zła, że nie mogę dłużej siedzieć w nocy, bo mi szkoda życie. Ileż jeszcze mogłabym zrobić, gdybym nie była wieczorem nieprzytomna.  Kawa nie pomaga, nawet myśli buzujące w ciągu dnia cichną… to akurat dobrze. Ileż można wytrzymać. Strach rano  włączyć tv bo znów coś…

Ucieszyłam się z projektu Jurka Owsiaka, z tego, że jednak są ludzie, którzy nie zatracili człowieczeństwa.

A Franuś ma wszystko w nosie i przychodzi ze swoim tajemniczym spojrzeniem 🙂

… jak czarna pantera …

… Franuś i pelargonia …

Kończę pierwszy listopadowy wpis i życzę Wam i sobie dobrych wiadomości. Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno, Szczawnica | 27 komentarzy

30 dzień października


Dzień 30 października 2014 roku zaliczam do najszczęśliwszych dni mojego życia, był to bowiem pierwszy dzień prawdziwej wolności, czyli pierwszy dzień emerytury 😊 Po wielu koszmarnych przeżyciach (dla mnie, nadwrażliwca) w ostatnim okresie pracy, nareszcie nie musiałam tam iść. Żeby było jasne – wykonywanie swoich służbowych czynności baaardzo lubiłam, do tego stopnie, że nie wyobrażałam sobie zmiany nawet za cenę następujących potem nieprzyjemnych, trudnych sytuacji. Przeżyłam, przetrzymałam, żal pozostał o zniszczenie ośrodka kultury niegdyś prężnie działającego i zaspokajającego potrzeby ogromnej liczby mieszkańców stolicy. Skończyło się, koniec, kropka, amen. Zaczął się dla mnie nowy etap życia choć jeszcze do tej pory koszmary pracowe mi się czasem śnią, ale coraz rzadziej, tak jak matura z matematyki albo egzamin z gramatyki historycznej czy opisowej. Na szczęście budzi mnie z tego szczekanie Skitka wołającego najczęściej, że Franek przyszedł 😊 Teraz – choć czasu wciąż brak, obowiązki nowe przybyły, kondycja nie taka jak dawniej i dochodzą różne problemy dnia codziennego – jestem szczęśliwa 😊

… Franuś śpiący mi na nogach podczas rozmowy z Magdą 🙂 …

Wpisując się w trend dbania o naszą matkę Gaję (czyli Ziemię), co zresztą staram się robić codziennie w miarę swoich skromnych możliwości, zrobiłam własnoręcznie wiązankę dla siostry (oraz jej męża i teścia) wykorzystując bluszcz i gałązki tui z ogródka, piękne liście zebrane w lasku, do tego MS uciął kilka gałązek z owocami róży. Wyszła piękna i kolorowa dekoracja, sama się nie spodziewałam takiego efektu. Żartowałam, że może Lucy mi się przyśni i powie czy jej się podoba 🙃 Siostra mi się nie przyśniła, ale nocą znowu byłam w Tenczynku. To jest niesamowite uczucie. Zastanawiam się czy przypadkiem nie straszę nocami obecnych właścicieli babcinego domku 😉

… wyszła ładna i kolorowa wiązanka …

W naszym osiedlu padła propozycja, aby w halloween wywiesić jakieś dekoracje w tych domkach, do których  dzieciaki mogą przyjść po cukierki, żeby nie dzwoniły tam gdzie ich nikt nie chce. Zrobiłam więc straszydło i powieszę pod oknem przy drzwiach wejściowych. Cukierki już kupiłam, nie widzę powodu odmawiania dzieciakom odrobiny radości. Tym bardziej, że zwyczaj z dynią i świeczką w środku znam z opowiadania taty i dziadka. Na polskich wsiach był taki zwyczaj i najwyraźniej razem z emigrantami powędrował do Ameryki. Teraz stamtąd powrócił w postaci zmodyfikowanej nieco i nie rozumiem skąd tyle hałasu. To znaczy rozumiem, rzecz w objęciu „rządu dusz” w każdej dziedzinie i pod każdym względem, co ze zgrozą obserwuję w sejmie chociażby od ostatnich kilku lat, słuchając idiotyzmów nie mieszczących się w normalnej głowie, ale za to pasujących do głów wypełnionych rozpełzłą pajęczyną… Staram się „odrywać” od tego, ale nie bardzo wychodzi. Najbardziej boję się brunatnienia wokół, jestem przerażona tym, że z najdalszych kątów wyłażą zupełnie jawnie i z akceptacją widma brunatnej przeszłości, że po ulicach Warszawy znów będą maszerowały brunatne bojówki depcząc po kościach ofiar nazizmu wciąż jeszcze znajdujących się głębiej w ziemi, pod budynkami, brukiem ulic… Przecież przelana tam krew  jest i będzie…

… straszydło zrobiłam z kartek starego kalendarza 😵…

Mam marzenie, że Święto Niepodległości będziemy obchodzić radośnie i wesoło – jak choćby w Stanach – ale to tylko marzenie. Jesteśmy tak porąbaną zbiorowością, że to niemożliwe. Nie piszę „narodem”, bo do tego nam daleko. Może kiedyś, w przyszłości… ale bardzo dalekiej. Lekcji historii nie przerobiliśmy przez dziesięciolecia i nie grozi nam to na razie. Mamy wybitne jednostki, to prawda, ale one najczęściej wyjeżdżają za granicę, żeby móc działać, tworzyć, rozwijać się, tutaj zostaną utrącone, stłamszone, ukarane za inność, bo inności w żadnym wymiarze nie tolerujemy jako ta zbiorowość co ma pajęczyną mózgi powleczone… Ale marzenia są po to, żeby je mieć… No i tak to…

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Koniec października coraz bliżej…

Zbliża się koniec października czyli definitywny koniec jesieni. Listopad to już w ogóle z niczym przyjemnym się nie kojarzy jeśli chodzi o pogodę. Natomiast pod innym względem w dzieciństwie był interesujący, ponieważ wypadały urodziny oraz imieniny taty. Myślałyśmy z siostrą o prezencie, ja laurki rysowałam (ona już się czuła zbyt dorosła na taką dziecinadę, w końcu miała 5 lat więcej ode mnie co w dzieciństwie jest ogromną różnicą, która się później zaciera). Przypomniał mi się zwyczaj jaki panował w Opolu (moja podstawówka). W dniu imienin dzieci rano (przed szkołą) zanosiły prezenty dorosłym w okolicy –  przyjaciołom rodziny, znajomym, a rodzice wieczorem szli na imprezę. Sama kilkakrotnie zanosiłam stąd wiem, że tak było. Czemu, skąd taki zwyczaj – pojęcia nie mam, ale pamiętam. Opole wspominam z wielkim sentymentem, bardzo mi tam było dobrze, czułam się wspaniale  – oczywiście poza chodzeniem do szkoły, ale i tak było fajnie. Na przerwach ganialiśmy po podwórku, graliśmy w „pomoc” podczas biegania, w klasy, w chłopka, pobijałyśmy rekordy w skakaniu na skakance,  chłopcy kopali „zośkę”…  Szkoła była w starym, poklasztornym budynkiu obrośniętym dzikim winem co obłędnie wyglądało gdy liście się czerwieniły… Ale mi się przypomniało 🙂  Cóż, jesień „na polu” i „na dworze” czyli na zewnątrz,  PESEL też już bardziej jesienny to nic dziwnego. Mimo to ” w sercu ciągle maj” – a nawet kwiecień i tak ma być 🙂 🙂 🙂

Przy okazji „jesieni” powiem, że trafiłam na wypowiedź kobiety w jesiennym wieku (prawie rówieśnicy mojej), a  ponieważ wspomnienia wróciły pewnie dzięki niej też, to proszę bardzo, niech czyta kto chce  https://www.onet.pl/styl-zycia/kobietaxl/wychowalam-sie-w-prl-wtedy-bardziej-szanowalo-sie-kobiety-list/t2426fz,30bc1058

Podczas spacerów z psiepsiołami w dalszym ciągu zachwycamy się barwami jesieni, jeszcze na szczęście są, a ja nie mogę się powstrzymać od pstrykania fotek. Zawędrowaliśmy kilkakrotnie przez lasek na ulicę Zimową w Chyliczkach (albo Chylicach, nie wiem jak biegnie granica). Myślę, że Krysia – http://krystynaczarnecka.pl/     rozpozna jakieś znajome miejsca.

… wzdłuż siatki „naszym laskiem” idziemy przed siebie …

… cudnie jest …

… tu było do tej pory też cudnie, ale postawiono ogrodzenie, zakryto widok przed oczami przechodniów i już tak cudnie nie jest …

… na szczęście jeszcze jest gdzie spacerować …

… przez dzikie pole, na których kiedyś rosły jabłonie, resztki jeszcze są widoczne …

… wydeptaną ścieżką …

… wśród różnorakiej roślinności …

… urokliwie w każdym miejscu …

… tu jeszcze zielono, robione miesiąc temu …

… zaraz po powrocie ze Szczawnicy …

… przy ul. Zimowej takie jabłka rosły na dzikim drzewie …

fragment ul. Zimowej …

… jak wyżej …

… powrót do domu …

Z kuchennych wyczynów – po raz drugi pasztet z soczewicy upiekłam i równie smakowity był jak poprzednio. Babcia D. jadła aż jej się uszy trzęsły przekonana, że to mięsny wyrób. Zdjęcia z pierwszej próby są tu http://annapisze.art/?p=4941

… do środka włożyłam ogórki konserwowe i dla smaku i dla wyglądu …

A drugi sprawdzony sposób na dobre żarełko to fasolka z pieczarkami i cebulką. Fasolkę normalnie namoczyłam na noc, ugotowałam (pamiętałam, że bez soli!). Na maśle klarowanym usmażyłam cienkie paski pieczarek (znowu pamiętałam, że bez soli!), cebulkę też na maśle klarowanym (ze solą).  I więcej nie kombinowałam. Pieczarki i fasolkę posoliłam po usmażeniu/ugotowaniu, połączyłam razem z cebulką, przemieszałam i dodałam zasmażkę na maśle żeby takie rzadkie nie było. Masła w całości wcale dużo nie zużyłam choć tak to brzmi. Kto chce może sobie danie zmodyfikować. W każdym razie było pyyysznie 🙂

… oczywiście pieprz dodałam, czosnek granulowany też …

Z części odłożonej fasolki przyrządziłam smarowidełko do chleba w sposób następujący: podsmażyłam na patelni cebulkę (ze solą), dodałam utarte na dużych oczkach jabłka, poddusiłam po czym przyprawiłam majerankiem, pieprzem, czosnkiem granulowanym, połączyłam z fasolką, zblendowałam i dopiero wtedy wrzuciłam pokrojone suszone śliwki. Dobrze wymieszałam i odstawiłam do ostygnięcia. Nooo, powiem Wam, że warto było 🙂

A poza tym obejrzałam „Narodziny gwiazdy” i zryczałam się jak głupia… Łzy płyną  też na myśl o dzieciach w lesie… już przymrozek dziś był…  Naszych rodaków uciekających na zachód przez zieloną granicę swego czasu nikt w lesie  o głodzie nie trzymał… Niemało ich było…

Na przekór wszystkiemu trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 36 komentarzy

Zamówienie 🙂🙂🙂

🌹Dla Uli wedle zamówienia

Takie mi wyszły życzenia 😊

🌹Uleńko moja miła

to radość, żeś się zjawiła

w moim blogowym świecie,

co od trzech lat mi się plecie

i czyni świat kolorowym,

weselszym oraz zdrowym

na przekór wszelkim zarazom,

co po tej ziemi wciąż łażą 😊

🌹Dziś są imieniny Uli,

niech więc Ślubny Ulę tuli,

zaś ukochane Szkodniki

podwoją swoje wybryki 😊

🌹Niech cała rodzinka miła,

co się licznie stawiła,

przyniesie super prezenty –

 każdy ładnie zawinięty,

by niespodzianka dłużej trwała,

 Ula moc radości miała 😊

🌹Niech Uleńce świeci słoneczko,

by mogła cieszyć się działeczką,

plonami z niej obfitymi

 i przetworami zrobionymi,

zielenią, jarzynami, owocami,

swoimi własnymi kwiatami,

nadzwyczajnymi plonami,

miłymi odwiedzinami😊

🌹Niech włóczka spada jej z nieba

– jakiej akurat potrzeba.

Ula jest zdolna niesamowicie –

odwiedźcie blog to zobaczycie😊

🌹W Dniu Twych Imienin Uleńko

niech czas przepływa pomaleńku

byś mogła  Dniem się cieszyć

i nie musiała spieszyć 😊

🌹Zdrowia, radości, miłości,

wielu kochanych gości,

spełniania wielu marzeń

i samych miłych zdarzeń 😊

Uli blog – https://niesfornedruty.blogspot.com/

…  pszczółka – pracowita jak Ula 🙂 – na moich marcinkach  …

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 18 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 63

Linka znalazła  w gazecie ogłoszenie o konkursie na reklamę. Postanowiła wziąć w nim udział i w związku z owym postanowieniem nakręciła  filmik z udziałem siostry oraz Tiny. To znaczy taki miała zamiar. Zupełnie nieprzewidzianie Mimi z Maciusiem stali się aktorami  wbiegając na plan filmowy i zupełnie nie zważając na próby przegonienia ich przez panią reżyserkę. Potraktowały to jako świetną zabawę i właściwie to one odegrały główne role. Tina dołączyła do kotów i pierwszoplanowa dotąd, a teraz właściwie „wygryziona” przez futrzaczki aktorka czyli Inka, krztusząc się ze śmiechu ledwo zdołała wypowiedzieć swoją kwestię. Nadmienić wypada, że reklama dotyczyła karmy oraz akcesoriów pielęgnacyjnych dla zwierzaków. Nie da się wykluczyć, iż wkroczenie kotów do akcji – co  całkowicie zmieniło przygotowany scenariusz i zamierzenia twórczyni – oraz dzikie harce hultajskiej kociej dwójki, do których przyłączyła się sunia, zrobiło na jury największe wrażenie. Zaowocowało ono wyróżnieniem polegającym na możliwości uczestniczenia przez reżyserkę i aktorkę w charakterze publiczności na planie filmowym, podczas nakręcania któregoś tam z kolei odcinka ulubionego serialu.

Inka nie posiadała się z radości mogąc przyglądać się pracy aktorów, rozmawiać z nimi, patrzeć z bliska na przygotowania aktorek, makijaż, charakteryzację. Była zachwycona, gdy poproszono ją o wygłoszenie małej kwestii w epizodzie. Tak naprawdę było to jedno zdanie wypowiedziane przez uczennicę przed wejściem do szkoły.

– Ona jest świetna – orzekła jakaś pani przyglądając się Ince. – Zostaje, dobrze to powiedziała, nie mamy czasu na powtórki.

Tym oto sposobem Inka poczuła się jak prawdziwa aktorka, wyobraźnia w nadzwyczaj szybkim tempie przesunęła jej przed oczami mnóstwo scen, w których była witana owacyjnie przez tłumy wielbicieli po kolejnych premierach aż wreszcie przeszła po czerwonym dywanie w sukni z trenem aby odebrać Oscara.

W tym samym czasie Linka przyglądała się pracy operatorów, zadawała pytania na które chętnie odpowiadali, zdziwieni  ich trafnością ze względu na młody wiek dziewczynki.

Aldona, dumna z córek niesłychanie, opowiedziała o reklamowym epizodzie dziewczynek będąc u Teresy, którą w tym samym czasie odwiedziła Majka przynosząc obiecaną książkę dla taty.

– Siostra, a ty nie masz możliwości wkręcenia dziewczynek do jakiejś reklamy? – Teresa spojrzała na Majkę z błyskiem w oku jakby doznała nagłego olśnienia.

– Musiałyby najpierw stawić się na casting… – odpowiedziała Majka zajęta odczytywaniem zapisanej kartki. –  Coś tu mam napisane…Czekaj, bo nic nie widzę…

– Czemu jeszcze nie zrobiłaś nowych patrzałek? Przecież  byłaś u okulisty i masz receptę.

– Nie mam.

– Jak to nie masz? Co z nią zrobiłaś?

– Aba zeżarła receptę i nie wiem jakie  mam mieć okulary. Muszę jeszcze raz iść do lekarki. Ma w karcie co mi przepisała, to chyba wypisze jeszcze raz.

– Aha – Teresa skinęła głową ze zrozumieniem przyzwyczajona do dziwnego postępowania suni.  – A dziewczynki skąd mają wiedzieć, że jakiś casting będzie? Nie możesz się zorientować i podpowiedzieć? Przecież wiadomo, że nie wszystko jest ogłaszane w prasie.

– Niby mogę – zgodziła się ostrożnie Majka. – Rozejrzeć się zawsze mogę.

Rozejrzała się skutecznie i bliźniaczki „załapały się” wprawdzie nie do reklamy, lecz jako  publiczność do programu o zwierzętach. Poszukiwane były dzieciaki w ich wieku, na szybko, na już, bez żadnych castingów, bo sprawa okazała się „na wczoraj” jak to często bywa.

W czasie rozmowy z publicznością prowadząca program redaktorka podeszła do bliźniaczek z pytaniem co by zrobiły, gdyby na drodze znalazły leżącego psa. Spojrzały na siebie i opowiedziały w jaki sposób Tina znalazła się w ich domu. I wtedy program wymknął się nieco spod kontroli, potoczył się spontanicznie, można rzec, że trochę według własnej woli niekoniecznie trzymając się scenariusza. Dzieci opuściły swoje miejsca i skupiając się wokół bliźniaczek opowiadały w sposób niezwykle emocjonalny, jak tylko dzieci potrafią, o swoich przeżyciach związanych ze zwierzakami, które mają w domach, w wielu przypadkach przygarniętymi ze schroniska, albo – jak w przypadku Tiny – po różnych smutnych przejściach. Przy okazji rozmów o schronisku dziewczynki wspomniały o „Łapce Barnaby”, o domu, w którym „straszyło”, a w którym organizowane jest obecnie przytulisko dla psów i przekazały dużo wiedzy nabytej od Pauliny w czasie wielokrotnych spotkań. Jak to się mówi – „skradły całe show”. Program ogromnie się spodobał, przysłano mnóstwo listów do redakcji, odebrano masę telefonów z wyrażanymi pozytywnymi opiniami. A co najważniejsze – znalazł się ktoś, kto zainteresował się Fundacją „Łapka Barnaby” i postanowił partycypować w kosztach remontu budynku. Na dodatek redakcja programu z krakowskiego studia postanowiła zorganizować zbiórkę darów na rzecz tworzonego przytuliska, przecież powstawało na ich terenie. Poza tym ktoś wpadł na pomysł cyklicznego programu, który miałby prezentować tworzenie schroniska i pobyt w nim psich pensjonariuszy, ich szkolenie oraz pracę jako psich terapeutów. Jednym słowem  – dzięki Stokrotkom sprawa się rozwinęła, miała przed sobą przyszłość, zaś dzieciaki nie posiadały się z radości, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie trzeba nadmieniać, iż Paulina była przeszczęśliwa i niezmiernie wdzięczna losowi za sprowadzenie dzieciaków do jej domu. Teraz w nim już nic nie straszyło.

Justyna i Filip z zapartym tchem oglądali program, w którym wystąpiły ich sąsiadki. Całe mnóstwo innych znajomych też oglądało i to w różnym wieku – od rówieśników do rodziców a nawet dziadków. W każdym razie u Teresy w domu oglądali wszyscy. Ma się rozumieć, że cała ursynowska „mafia” też.

– Słuchajcie, sam termin dogoterapia jest zupełnie nowy – powiedziała Teresa, – ale wszystko poza terminem co się z tym wiąże jest stare jak świat. Właściwie odkąd psy zbratały się z ludźmi. Kiedyś czytałam cudną książeczkę profesora Konrada Lorenza  „I tak człowiek trafił na psa”. Strasznie żałuję, że jej nie mam. Pewnie komuś pożyczyłam na wieczne „nieoddanie” jak wiele innych i wsiąkła.

– To czemu nie zapisujesz komu pożyczasz? – spojrzała z dezaprobatą Linka.

– Właśnie, ciocia, bo ludzie nie wszyscy oddają coś, kiedy pożyczą. Niektórzy zatrzymują dla siebie, a to jest przecież kradzież – dodała Inka.

– Słusznie mówisz, dziewczyno – odezwał się Dziadek, gdy siedzieli u Tereski  na tarasie korzystając z ciepłego popołudnia, pewnie jednego z ostatnich tak ładnych dni.  – Nie należy brać niczego cudzego. Ja tam jestem starej daty, wolę dołożyć ze swojego niż wziąć co nie moje.

– Ale psa z ulicy to byś wziął, prawda dziadziu? – zapytał Kuba.

– Żeby mu pomóc to z pewnością.

– Bo jesteś super dziadek – zarzucił mu Kubuś ręce na szyję.

– Jak będziemy starsze, to obydwie pójdziemy na taki kurs, po którym będziemy wolontariuszkami – powiedziała Inka.

– Nauczymy Tinę, bo ona też na kurs pójdzie i będzie psią terapeutką, takim psim lekarzem, który pomaga dzieciom i staruszkom.

– A skąd wiecie jak to się robi? – spytał Dziadek.

– Od Pauliny – odpowiedziały równocześnie i roześmiały się też równocześnie, w końcu  były bliźniaczkami.

– Ja już jestem staruszkiem, to mnie też będziecie leczyć? – zapytał.

– Dziadku, ty nigdy nie będziesz staruszkiem bez względu na to, ile będziesz miał lat – odezwał się Marek. – Staruszkiem trzeba się urodzić, żeby nim być.

– A wiecie co? Marek ma rację, ujął to genialnie – Aldona pokręciła głową z niedowierzaniem i z podziwem jednocześnie. – Wszystko zależy od człowieka, czasem młody zachowuje się jak starzec, zaś osoba w kwiecie wieku może mieć duszę prawdziwego młodzieniaszka i wciąż z radością i ciekawością patrzeć na świat.

– Albo się kocha życie i ludzi, albo się ma wieczne pretensje do wszystkich, do wszystkiego i o wszystko – podsumował Dziadek. – Ja wybieram pierwszą ewentualność.

– Jak ty to ładnie powiedziałeś Andrzejku – babcia Basia stanęła w drzwiach wychodzących na taras. – Przyniosłam wam sernik i kawę. Ale po talerzyki niech idzie młodzież – dodała patrząc wymownie na synową.

– Ja? – zdziwiła się Teresa.

– Czemu się dziwisz? Chyba nie każesz Aldonie,  i to w jej stanie, po nic chodzić do kuchni.

– Pewnie, że nie, tylko mnie ta „młodzież” zaskoczyła. Nie przypuszczałam, że ktoś mnie jeszcze tak nazwie – zaśmiała się i zniknęła w głębi domu.

– Nie zapomnij widelczyków – usłyszała jeszcze.

– Jak ja was wszystkich kocham – powiedziała Tereska do siebie. – Jaka jestem szczęśliwa, że jesteście.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 15 komentarzy