Wiosna domowa 2022

Ostatnie dni są naprawdę piękne, prawdziwie wiosenne, ciepłe. W cieniu trochę mniej ciepłe rano oraz wieczorem, ale za to dzień jest długi. Dla mnie mogłoby tak być przez cały rok i na pewno by mi się nie znudziło. Wstaję raniutko, idę z psiepsiołami na łąkę, potem chwila dla siebie (wiem, już to mówiłam…) i dzień się zaczyna.  Jak ja kocham takie zwykłe, normalne dni, w których pozornie nic się nie dzieje. Jeśli rano uświadomię sobie, że nigdzie nie muszę się spieszyć, niczego załatwiać, że nie idę do pracy (!!!), że mogę spokojnie po prostu ŻYĆ – to jestem najszczęśliwszą istotą, no, jedną z najszczęśliwszych, na planecie Ziemia 😀 Oczywiście nie leżę do góry brzuchem nic nie robiąc (mimo niechęci do pewnych czynności), ale jako Byk zodiakalny odczuwam, że wszystko co w domu i dla domu to jest dla mnie i moje, więc tym samym świadomość możliwości spokojnego przebywania w domu (ze wszystkimi wymaganiami dnia codziennego )  jest powodem do odczuwania stanu szczęśliwości 😀 Nawet „kreatywne” działania babci D. nie mogą tego stanu zakłócić na dłużej. A wesoło jest, że hej! Wieczorem np. przyszła z pretensją, że zabraliśmy jej nocną lampkę. Ktoś zgadnie gdzie była? W babci D. szafce ukryta. Najpierw musiała ją zdjąć ze ściany i ukryć, więc trochę zachodu to wymagało. Ale po co, dlaczego tak zrobiła – nikt nie wie, ona najmniej, bo przecież to nie ona…

Bratki ocalały, cztery krzaczki rosną przed drzwiami wejściowymi w butach, piąty na oknie w skrzynce.

Pelargonie też uratowałam, a w czwartek dokupiłam jeszcze dwie. Przesadzę je rano kiedy babcia D. jeszcze będzie spała. Popędziłam do KiK-a (wracając kupiłam kwiatki) głównie mając na myśli skarpetki dla babci D. (poginęły) i dla siebie (poprzecierały się). Zrobiłam zapas 🧦, ale muszę stwierdzić, że towaru jest mniej niż zwykle było. Nie kupiłam bielizny 🩲 dla babci D., a naprawdę chciałam, zawsze był duży wybór. Trafiłam za to na kamizelkę (zwaną kufajką), w której się zakochałam i musiałam zabrać ze sobą, choć w planie jej nie było 🙂

 

Pozostałe ślicznotki-pelargonie uwiecznię jak przesadzę. Już dokładnie wiem, gdzie będą rosły i  piękniały 😃 Ponieważ w ogródeczku babcia D. je natychmiast zerwie, będą ozdabiały tzw. przedogródek. W ogródeczku jest głównie zielono, ale w niczym to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, zieleń kojąco wpływa na oczy i pozwala na głębszy relaks.  A jak pachnie!

… siatka zarosła bluszczem, stanowi idealną ochronę i osłonę, na dodatek tyle liści produkuje sporo tlenu …

… po spacerze kochane staruszki sobie smacznie śpią na trawie …

… ostatnia pełnia uchwycona na wieczornym psim spacerze …

… to jest tegoroczny dmuchawiec, sprzed dwóch dni …

Na łące rosną piękne trawy, dmuchawce wyglądają bajkowo. Rok temu nawet uwieczniłam takiego jednego „typka” wierszydełkiem na melodię piosenki Zbyszka Wodeckiego. Nie będę się powtarzać, tylko wkleję  – http://annapisze.art/?p=4496

Jeszcze bez!  Jak mogłabym zapomnieć o cudownie pachnącym bzie! Uwielbiam zapach, uwielbiam kwiaty, a w tym roku pierwszy raz zakwitł biały, malutki jeszcze ale zakwitł i też pachnie 😀

Mały przywiózł mi słój na ogórki (albo na co innego, według potrzeb i uznania) z ursynowskiej piwnicy. Od razu wspomnienia, bo tata kupił kilka takich chyba gdzieś w Mińsku Mazowieckim … targ tamtejszy mi się przypomniał, lasy okoliczne, chłopcy urzędujący tam z Dziadkiem w czasie wakacji… Nastawiłam w słoju ogórki i już połowy nie ma 😀

Koniec przynudzania 😃 Wieczór już, kolację trzeba robić i z psami wyjść. Uświadomiłam sobie, że blog stał się takim trochę pamiętnikiem, mogę zerknąć co się działo odkąd istnieje, potem doszły zdjęcia (po bloxie), jak mam chwilę to się cofam i czytam wasze komentarze, co jest fajnym przeżyciem. Dziękuję za nie serdecznie, cieszę się, że jesteście, że się spotkałyśmy/spotkaliśmy (chłopaki też się czasem odzywają 😃) w tym wirtualnym świecie.  Pięknego weekendu 🌞🌞🌞

 Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 18 komentarzy

Szczawnicka wczesna wiosna 2

Zgodnie z obietnicą ciąg dalszy wiosennych zdjęć ze Szczawnicy ukochanej mej 😀 Wczoraj przygotowałam wpis, zdjęcia wkleiłam, nawet babcia D. fotki oglądała i albo sobie coś przypominała, albo udawała, że sobie przypomina. Nie ma znaczenia, musiała trochę wysilić przy tym szare komórki.  Aktorka z niej wspaniała w dalszym ciągu 😀  Dziś otworzyłam Lapka, żeby dokończyć i nie mogłam wejść na edycję wpisu, cały zniknął! Pewnie przypadkiem go skasowałam i muszę odtworzyć, co nigdy się nie udaje, bo pierwszy zawsze jest najlepszy. Tyle tylko, że zdjęcia są przygotowane to szybciej pójdzie.

… nowy dom, stał dość długo w stanie surowym, był do sprzedania, a teraz jest bardzo ładnie wykończony …

… w stronę Czardy

… ta sama droga do Czardy, idealna na spacery, tuż za Osiedlem …

… też nowe domki, niedawno pasły się tam kozy …

… baba zmierza do Osiedla …

… za Osiedlem widać ośnieżoną jeszcze trasę zjazdową Palenica 2 …

… przez zieloną łąkę z Jarmutą w tle …

… cudne miejsce i to przy samym Osiedlu …

W ogródku trawa po pierwszym koszeniu,  wszelkie kwiatki zerwane przez babcię D., nie ostał się żaden a piwonie dopiero mają pąki. Wygląda, że jest ich mniej niż rok temu. Za to bez kwitnie jak szalony, pachnie tak samo 😀 czyli przecudownie! Królowa Marysieńka zadzwoniła i kazała mi zrobić olejek bzowy. Spróbowałam, niestety, nie udało się. Wyszło coś śmierdzącego a nie pachnącego. Najwyraźniej źle przeczytałam instrukcję, zawsze miałam problem z czytaniem wszelkich instrukcji ze zrozumieniem, a wypełnianie jakichkolwiek druków to już w ogóle koszmar, nigdy nie wiem „co autor miał na myśli”, bo ja z reguły co innego 🙁  Tak samo – kiedy jeszcze dziergałam – żadnego wzoru z opisu nie potrafiłam się nauczyć, musiała mi pokazać któraś koleżanka (to w czasie kiedy  pracowe koleżanki wszystkie dziergały dla siebie i rodziny, bo niczego w sklepach nie było) i wtedy już umiałam.

Na deser zrobiłam w sobotę deser budyniowy i prawie od razu zniknął, taki wyjątkowo dobry „się zrobił”, może dlatego, że miałam inne herbatniki? Jeśli trafię na biszkopty szampanki (takie długie) to ich użyję. myślę, że będzie pysznie. Takich biszkoptów moja mama używała gdy robiła przepyszny torcik pomarańczowy. Nie mam przepisu, ale mam ochotę 🙂 Muszę popróbować, na pewno do kremu wykorzystywała masło, tak się wtedy robiło kremy. Aż ślinka cieknie na samo wspomnienie, przymierzę się na przyszły weekend, Duży obiecał przyjechać z dziewczynami, więc będzie okazja do mojej mobilizacji.

… sobotni deser …

… taki sam deserek tylko w Szczawnicy przygotowany w wersji świątecznej …

Moje wiosenne roślinki będą w następnym wpisie, bratki posadziłam w „przedogródku”, gdzie babcia D. sama nie wychodzi, a jak my idziemy z psami to zamykamy na zamek, który się od środka nie otwiera.  W razie czego może wyjść tarasem, ale miejmy nadzieję, że takiej potrzeby nie będzie, bo nie zostaje sama na dłużej. Musi być „na oku”, nieustannie jakieś atrakcje się przytrafiają, a to woda odkręcona sobie płynie w nieskończoność, a to czajnik „sam” się włączy, a to babcia zrobi jedną kawę i schodzi po następną, bo już nie wie, że zrobiła i zaniosła do siebie, a to urwie drzwi balkonowe, a to rozbije coś, a to zatka wannę… itd… Zamiast zwykłej kawy jest w słoiczku Inka, pije mnóstwo razy dziennie nie sypiąc łyżeczką, tylko prosto ze słoiczka. Ile poleci tyle jest, więc po takich ilościach prawdziwej kawy padłaby chyba trupem kilka razy. Lucia podpowiedziała sposób z Inką, za co jej dziękuję bardzo 🌺🌺🌺 Dzięki temu może sobie babcia D. pić tę kawę ile jej się zamarzy.

Dziś raniutko wcześnie  poszłam przez naszą przyosiedlową łąkę do pani z kwiatkami i kupiłam cztery piękne pelargonie, też je w bezpiecznym miejscu posadzę, poza zasięgiem babcinych rąk.  Mówię „też”, bo zeszłotygodniowe bratki tak właśnie umieściłam, a jak wyglądają to pokażę w następnym wpisie, podobają mi się ogromnie 😀 A babcia D. patrzy przez okno i mówi, że takie piękne są te bratki… No tak, są piękne, bo ich nie urwała i rosną 🌞

To na razie tyle, słyszę wodę w babci D., łazience, dobrego tygodnia wszystkim 😀🌞

Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 24 komentarze

Szczawnicka wczesna wiosna 1

Majówka była cudna. I wcześniej też było cudnie 😀😀😀 Udało się na trochę wyskoczyć do Szczawnicy 😀😀😀 !!! Miałam duszę na ramieniu na samą myśl o drodze, w końcu babcia D. i dwa stare psy na tylnym siedzeniu podczas kilkugodzinnej jazdy to nie przelewki. Szczęście dopisało, wszyscy przeżyli, poprowadził nas GPS (pierwszy raz, bo zawsze jeździliśmy „na czuja” i według mapy) zupełnie nieznanymi bocznymi, lokalnymi  drogami przez różne malowniczo położone miejscowości i dzięki temu nie tylko ominęliśmy Kraków, ale i skróciliśmy sobie drogę. Czyli dwie korzyści za jednym zamachem, w Krakowie z reguły traci się dużo czasu, bo korki, bo roboty drogowe, bo coś tam jeszcze – a tym razem było rewelacyjnie.

Po przyjeździe radość, że psiepsioły o własnych siłach wdrapały się na ostatnie piętro (windy nie ma), MS nastawił się, że będzie Szilkę wnosił, ale dzielnie „własnonożnie” sama wchodziła. Trochę przodem, trochę tyłem, ale dała radę. Skituś człapał pomału, odpoczywaliśmy na każdym półpiętrze i do przodu! A raczej do góry 😀 !  Szilunię wniósł MS chyba dwa razy, kiedy coś jej się stało w nóżkę (chyba stawy się odezwały po dłuższym spacerze) i nie dała rady iść. Poratowałam sunię pyralginą, uprzednio poszukawszy w necie co mogę w takim przypadku podać. Wyczytałam, że właśnie pyralgina jest dopuszczalna, pognał więc MS do apteki i lek kupił.

Pojechaliśmy szukać Wiosny w Pieninach, a za nami podążała Zima! Na szczęście Wiosna nie dała się pani Zimie i w ciągu kilku godzin pogoniła ją gdzie pieprz rośnie 🌞

Dni były różne, deszczowe i słoneczne, ale wszystkie piękne w ukochanym miasteczku. Babcię D. prawie codziennie MS zabierał na spacer i chodziła! Ze trzy  razy tylko „muchy w nosie” nie pozwoliły jej wyjść, nawet czasem drugi raz szła  z nami i z psami.  „I chcecie wierzcie, chcecie nie wierzcie” po schodach wchodziła szybciej niż my z psiakami i jeszcze zdążyła urwać listek z pelargoni rosnącej na korytarzu. Bowiem babcia D. ma teraz manię zrywania wszystkich kwiatków i ładnych listków jakie tylko napotka na swej drodze.  Już w zeszłym roku pozrywała w ogródku aksamitki, kwiaty pelargoni z doniczek na oknach i co tylko wpadło jej w oko i pod rękę, kwiatki z trawnika również.

Napatrzyłam się, oczy nasyciłam, nawdychałam świeżego powietrza i cudnych zapachów, poprawiałam kondycję (zakwasy czuję do tej pory). Ćwiczyłam z Imi i Olgą Stępińską (o nich w poprzednim wpisie) – czyli relaks pełną gębą 🙂  Wprawdzie zmarszczki nie zginęły, wagi nie zgubiłam, lecz humor mi się poprawił, dystans większy  złapałam do spraw codziennych i ogólnie było wspaniale. Jakby mogło być inaczej! Przecież nie może, bo Szczawnica ukochanym naszym miejscem jest 💗🌞😀😀😀

…. sarenki nas przywitały zaraz na wstępie 🙂 …

… i jak tu nie kochać Szczawnicy za takie widoki? …

Ciąg dalszy (zdjęć) oczywiście nastąpi, teraz się spieszyłam rano, żeby dać Wam znać, że jeszcze żyję 😘 Dopiero wczoraj wieczorem wyciągnęłam Lapka z zamknięcia zmuszona wewnętrzną potrzebą dania głosu 🐕 🙂  Po powrocie tyle roboty, że szok. Wiosna się zadomowiła wokół, trawa urosła, ale o tym potem. Na razie pozdrawiam i serdecznie wszystkim dziękuję za odwiedziny i komentarze 🌞💗🌞

Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 26 komentarzy

Dobrej majówki 🌞

Przełom kwietnia i maja to moje rodzinne święto. Babcia urodziła się 30 kwietnia 1898 roku, a dziadek 1 maja 1895 roku. Więcej o nich wspominałam  http://annapisze.art/?p=2743

W takich dniach tęsknota za bliskimi odżywa ze zwiększoną siłą. Tak to już jest zawsze…

… babcia kochała kwiaty i miała ich dużo w ogródku …

💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗

Ewa spytała jeszcze przed świętami jak zrobię kotlety bezmięsne. Wysłałam jej zdjęcia obrazujące jak i z czego (czyli akurat z tego co miałam pod ręką). Pomyślałam, że może jeszcze komuś się pomysł przyda, więc warto pokazać.

… to są wszystkie składniki: utarta marchewka, resztka ziemniaków z poprzedniego obiadu, cebula, papryka …

… uduszona na oleju marchewka z cebulką i papryką …

… kotleciki lepione z masy, do której dołożyłam trochę mąki ziemniaczanej i jajko, oraz przyprawy …

… tyle wyszło …

… gotowe…

Doszłam do takiej wprawy, że ze wszystkiego co mam pod ręką potrafię zrobić kotleciki albo placuszki. Już wiem, że cała tajemnica tkwi w dobrym przyprawieniu według własnego gustu. Teraz nawet MS konsumuje i mówi, że da się zjeść 🙂

… tu są przygotowane składniki, poza przyprawami …

… składniki w miseczce ( + sól, pieprz, czosnek, lubczyk, koperek) …

… gotowe placuszki …

Nie chciało mi się lepić kotletów, więc w charakterze placków masa zrobiła hop! na patelnię 😀 Rezultat był zadowalający.  Właśnie gotują się plastry selera na następne kotlety.

Pogodnej majówki życzę, spokojnej i smacznej, obfitej w same dobre i przyjemne chwile –

🍷🍷🍷🥘🥣🍜 🥧🍦🍧🍨🎂 🍷🍷🍷

… spotkane po drodze …

Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie!

💙💛

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 28 komentarzy

No dooobra…

No dooobra, to już powiem co mnie zajęło ostatnimi czasy.

W YT sobie tak szukałam, patrzyłam i słuchałam najświeższych doniesień i nowych informacji. Po drodze trafiłam na kilka niezłych kanałów, ale o polityce mówić nie mam zamiaru. Co wiem i myślę to moje. I wystarczy.

Muzyki słucham przy okazji robienia czegoś w kuchni, lżej na duszy, bo przecież muzyka łagodzi obyczaje… choć może nie wśród kompletnych barbarzyńców…

Na filmiki z mistrzem Mu Yuchun trafiłam – to już mówiłam Wam – przy okazji leczenia bolącej ręki. Pomogło! Jest mnóstwo porad na różne dolegliwości i można z nich korzystać do woli. Przez dwa dni męczyła mnie arytmia, uznałam, że to wina pogody. Poza tym brak magnezu, ciągłe stresy więc poszukałam punktów na wzmocnienie pracy serca i zaczęłam stosowanie odpowiedniego masażu. Zjadłam też słoiczek przecieru pomidorowego – to rada Magdy ( https://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/) już wykorzystana kilkukrotnie z dobrym skutkiem, a takżepiłam rozpuszczalny magnez z potasem i vit. B. Wracam do Mistrza. Przyznam się, że z przyjemnością oglądam filmiki, na których Mistrz przekazuje wiedzę, przy okazji też coś i o sobie wspomni. Trafiłam na starszy filmik z pokazem  (ma na nim jeszcze ciemne włosy, teraz nie ma ich wcale 😊 ) https://www.bing.com/videos/search?q=mu+yuchun+youtube+po+polsku&ru=%2fsearch%3fq%3dmu%2520yuchun%2520youtube%2520po%2520polsku%26FORM%3dVDVVXX&view=detail&mmscn=vwrc&mid=16A432E10BFB83A7E7D316A432E10BFB83A7E7D3&FORM=WRVORC

https://www.youtube.com/c/zhengongfu

Dawno, dawno temu marzyły mi się sztuki walki i dlatego z radością patrzę i oglądam. Nawiasem mówiąc w karate spełniał się Duży, nawet przez jakiś czas sam prowadził zajęcia mając uprawnienia trenera.  Drugie moje  – z dawno dawno temu – pragnienie to była gra na gitarze i tu Mały się spełnił przez czas jakiś grając namiętnie. Tak więc fajnie się stało, że chłopcy częściowo matki upodobania odziedziczyli i spełnili. No, ale dawno to było.

Teraz  – ponieważ w różnych miejscach czytam, że się mam wziąć za siebie – trafiłam na kanał Japonki Imi, na którym prezentuje Bigan Yoga i postanowiłam przetestować to i owo.

.https://www.bing.com/search?q=yt+Imi+yoga+bigan&form=ANNTH1&refig=1b854d94137e49c085708dc81351e16e

https://www.youtube.com/playlist?list=PLuPw0u7yZ9c8gw_NSRu6bmM0Snfzn00M1

Pomyślałam, że czasem siedząc w jednym miejscu  mogę popróbować takie różne fiki-miki z gębusią porobić. Skoro po dwóch tygodniach mam wyglądać o dwadzieścia lat młodziej to co mi szkodzi spróbować? Hi hi hi 😁😁😁 Staram się, żeby MS nie widział tego co robię, zakrywam się, żeby z przerażenia ataku serca nie dostał. Mógłby pomyśleć, że paraliż jakiś babę chwycił, albo co gorszego 😊 Po pierwszym „treningu” czułam rozgrzane mięśnie twarzy, popędziłam do lusterka, ale poza zaróżowieniem  innych zmian nie dostrzegłam. Ale po 14 dniach, kto wie… 😁😁😁   Nawet kupiłam dwa kremy przeciw zmarszczkom, jeden na dzień a drugi na noc.  Z powodu ostatniej nie-mocy przestałam używać takowych zadowalając się najzwyklejszym jaki był pod ręką. Tak więc zdecydowanie idzie ku lepszemu 🦋🦋🦋

Na koniec zostawiłam do podzielenia się z Wami prawdziwą (dla mnie) wisienkę na torcie. Dawno, dawno temu interesowałam się numerologią, tak dla własnego użytku, wsparcia samej siebie w ramach poszukiwania wyjścia z różnych życiowych zawirowań. Mam książkę Nataszy Czarmińskiej „Liczby losu”, z której wówczas intensywnie korzystałam. Lata sobie przepływały a książka leżała schowana na półce. I nagle teraz olśnienie! Trafiłam na YT na kanał Olgi Stępińskiej i najpierw z zainteresowaniem zaczęłam jej słuchać, a potem się nią zwyczajnie zachwyciłam. Otóż stworzyła Szkołę Numerologii i ma wielu uczniów, ale nie w tym rzecz. Tak świetnie potrafi przybliżać problematykę i ciekawie opowiadać w krótkich filmikach, że normalnie mnie zaczarowała. Słucham jej kiedy tylko mogę podczas wykonywania różnych czynności. Rano, kiedy mam „mój” czas dopóki domownicy śpią, robię ćwiczenia medytacyjne korzystając z podpowiedzi Olgi. Przedtem też czasem robiłam, ale byle jak. Wprawdzie teraz też nie dużo lepiej 🙂 ale ze wsparciem to od razu mi się wydaje, że na innym poziomie 😉 A co, nie może mi się wydawać? 😉  Słucham i oglądam także tzw. live’y czyli rozmowy Olgi z zaproszonymi gośćmi na konkretne tematy. Jest to lekarstwo i wsparcie dla mej udręczonej duszy 😉

https://www.youtube.com/channel/UCe-rPoJGy13WqS8WFnbFvmw/videos

Może komuś z Was jakiś temat akurat przypasuje. Ja zaczęłam – zdołowana sytuacją na wschodzie – od medytacji w intencji pokoju https://www.youtube.com/watch?v=QLiFamjmsxM

🦋💟💟💟💟💟 💟💟💟 🦋💟💟💟💟💟 💟💟💟🦋💟💟💟💟💟 💟💟💟 🦋

Wiosna jest najpiękniejszą (dla mnie) porą roku.

Zdjęcia są sprzed roku, ale przeze mnie robione, a rośliny tak samo pięknie kwitną. I to by było na tyle – cytując klasyka 🙂 🍀  Życzę wiosennego dobra na każdym polu, czyli w każdej dziedzinie życia 🙂 🍀🌷🌷🌷🍀 A teraz idę się nieco ogarnąć, bo jutro mam urodziny.

Trzymajcie się zdrowo i bezpiecznie !

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 33 komentarze

Babi wrzask 😁😁😁

Najbardziej mnie wkurza

Brak energii

 Gdzieś się

Zapodziała przez lata

A teraz byłaby

Bardzo przydatna

Właśnie po to

By pokonać

Bezwład ciała i umysłu

Jedno i drugie jest

Ogarnięte lenistwem

Apatią

Depresją może

Nie-chceniem

Nie-mocą

Gdyby wkurzanie

Pobudziło energię

Byłoby wspaniale

Ale nie chce

To po co mi ono

Bezsens bez sensu

🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞

🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞🌞

Zaświeciło słoneczko,

zajrzało za firankę.

Ze złością pomyślało

– Muszę ochrzanić Ankę.

leni się baba ostatnio,

marudzi ciągle i jęczy,

od tego jej jęczenia

i mnie  coś bardzo męczy.

Zaświecę jej po oczach,

niechże się baba ruszy

i za robotę weźmie!

Tak się słoneczko puszy.

Baba zerk! Prosto w okno

– O! Słoneczko nareszcie!

Aż chce mi się wziąć za coś,

 Kurz z książek zetrę wreszcie.

Gdybyś  słoneczko miłe 

częściej mnie odwiedzało,

to więcej bym robiła,

więcej by mi się chciało.

Słoneczko się skrzywiło

słysząc baby gadanie

ale postanowiło

zmienić swe zachowanie.

Przyrzekło, że częściej będzie

Rozjaśniać niebo blaskiem,

by się już więcej nie stykać

z baby okropnym wrzaskiem.

😁😁😁

AZ 20.04.2022

… niebo nad osiedlem…

Skoro tak bardzo chmury bronią dostępu do słoneczka nic dziwnego, że się  nic nie chce robić 😏 Pomału sytuacja się zmienia, coś mi się chce – o czym Was  poinformuję w kolejnym wpisie dzieląc się odkryciami, może i komuś z Was się przydadzą (odkrycia) i podpowiedzą coś, pokierują, rozjaśnią … 💗💗💗

Trzymajcie się zdrowo i bądźcie bezpieczni!

💙💛

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 18 komentarzy

Sobota 16.IV.2022

Czas przeleciał jak zwykle w tempie ekspresowym.  Odjechana babcia D, codzienne sprawy, trochę świątecznych zakupów, przygotowań, liczenia, gromadzenia, zaglądania w przepisy itd. Jeszcze urodziny MS po drodze, co m.in. uczciłam ciastem specjalnie dla niego upieczonym.

… ładne wyszło i smaczne też 🙂 …

… śniadanko urodzinowe MS jeszcze na patelni …

Spieszyłam się z ostatnimi rozdziałami „Widocznie….” ponieważ całość była w starym Lapciu i bałam się, że jak staruszek padnie na amen to nie da się tekstu odzyskać. Tak było ze zdjęciami w starym telefonie. Odmówił działania w jednym momencie i koniec, nic się nie dało zrobić. Zmobilizowałam się więc i… poczułam się spokojna, że możecie doczytać do końca 😃 Zajęłam się  „w spokojności” życiem rzeczywistym. Nie miałam czasu notować wielu „wybitnie mądrych myśli” – hi hi 😃 które chciałam przekazać, lecz umknęły i zniknęły w kosmosie, więc widocznie godne uwiecznienia nie były. Poza tym nie chcę mówić o „wojnie i okolicach”, wystarczy, że myślę, słucham, oglądam i się boję. I pragnę zakończenia tego koszmaru. Tyle mądrych i „mądrych” głów się wypowiada, że ja już nie muszę tego robić.

Wiosna idzie w swoim tempie tam, gdzie ma na to ochotę i rozkwita tam, gdzie chce 🙂

Mimo pięknej wiosny trudno życzyć Wesołych Świąt w obliczu tego co się dzieje na naszych oczach, zagrożenia z zewnątrz, zagrożenia z wewnątrz…

🐇🐣🐣🐣🐣🐣  🐣🐣🐣🐇 🐤🐤🐤🐤🐤 🐤🐤🐤 🐇🐥🐥🐥🐥🐥 🐥🐥🐥🐇

Życzyć mogę z czystym sumieniem Świąt  zdrowych i spokojnych, pogodnych i ciepłych, smacznych i uśmiechniętych, zielonych i pachnących wiosną, spędzanych w sposób każdemu odpowiadający najbardziej, z nadzieją na lepsze jutro 🍀🍀🍀

… jajka tradycyjnie w cebuli gotowane …

Kochani, na przekór złym mocom trzymajcie się zdrowo, bezpiecznie i z nadzieją w sercach 🙂 🙂  🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 73

Oszołomiony  niespodziewanymi wiadomościami, z nadmiaru emocji wciąż nie do końca  rozumiejąc co się dzieje wokół, Sergiusz stał pod drzwiami Aldony dzierżąc w ręce wielki bukiet czerwonych róż. Wszedł na klatkę, drzwi były otwarte na oścież i podparte metalową podpórką. Ktoś pewnie coś dużego przenosił i nie zamknął za sobą, pomyślał. Pokonał z dziwnym trudem kilka stopni dzielących go od drzwi mieszkania. Stanął i nie mógł się zdobyć na zadzwonienie, nie, zastukanie… bo… malutka może spać. Nie chciał jej obudzić. Ale już tak bardzo chciałby ją zobaczyć. I Aldonę oczywiście. Matka zmusiła go, by odświeżył się po podróży, żeby dziecka czymś nie zaraził, bo chciał od razu pędzić do swojej nowej, zaskakująco nieoczekiwanej niespodzianki. To matka dała Monice pieniądze na kwiaty, o których zresztą Biedroneczka pierwsza pomyślała i pobiegła do pobliskiej kwiaciarni w czasie, gdy on brał prysznic i przebierał się. A teraz stał jak osioł nie mogąc podnieść ręki do góry, by nacisnąć dzwonek, nie, raczej zastukać,  jakby każda ręka ważyła co najmniej tonę.

Po drugiej stronie drzwi coś zaszurało i zamruczało, zawarczało może… Stuknęła cichutko klapka od judasza, czyjeś oko obejrzało go przez wizjer najwyraźniej uznając za godnego wpuszczenia, bo dał się słyszeć odgłos otwieranego zamka. Drzwi się uchyliły.

– Wujek, to ty? – wyjrzała Linka trzymająca za kark piszczącą Tinę, kręcącą młynka ogonem z radości i wyrywającą się do niego.

– Puść ją, przywitamy się na korytarzu, będzie mniej hałasu. Tak, to ja.

– Fajnie, że przyjechałeś. Nareszcie.

Pojawiła się Inka z palcem na ustach.

– Cicho, mama usypia krasnala – wysunęła się na korytarz za siostrą. – Zdziwiłeś się chyba, co? Masz dziwną minę – zaśmiała się

– Też byś taką miała, gdybyś się nagle dowiedziała, że masz już nowe, urodzone dziecko –  odpowiedział z miną bezradnego szczeniaka, tak przynajmniej pomyślała dziewczynka.

Przytulił dziewczynki na powitanie, wytarmosił Tinę. Wtedy drzwi się cichutko uchyliły i wyjrzała Aldona.

– Usnęła – szepnęła. – A co wy tak na korytarz uciekłyście, co… – zamilkła nie wierząc własnym oczom.

To niemożliwe, myślała gorączkowo. Jakieś zwidy mam… Albo ktoś żarty sobie stroi…  Ze zmęczenia zwariowałam… Igunia dała mi popalić przez kilka ostatnich nocy, więc na pewno ze zmęczenia…

– Mamusiu, co ty, wujka nie poznajesz? – zdziwiła się Inka.

– No zmienił się trochę, fakt, ale nie aż tak, żeby go nie poznać – dodała Linka.

– My go poznałyśmy od razu.

– Ja od pierwszego spojrzenia przez wizjer – puszyła się Linka.

– Może wejdziemy do domu, co? – zniecierpliwiła się Inka.

– Będziemy tak stać na korytarzu aż te róże zwiędną? – zachichotała siostra.

– Co? Jakie róże? Do domu? Tak, do domu, dziecko śpi…

Aldona nie wiedziała co mówi, co robi, cała mądrość i opanowanie odpłynęły w siną dal. Nie była przygotowana na taki szok. Dorota mówiła, że niedługo Sergiusz wraca, ale nie powiedziała, że już, zaraz, teraz! Małpa jedna! Byłaby przygotowana, opanowana, spokojna… Weszli do mieszkania. Tina wciąż z głową uniesioną ku niemu, uśmiechniętą mordką i zawzięcie merdającym ogonem.

– Kwiaty są dla ciebie, wiesz o tym, prawda? – wręczył bukiet Aldonie, która próbowała doprowadzić się do przytomności w tempie ekspresowym.

– Piękne, dziękuję – przyjęła.

– Wzięła – szepnęła Inka do siostry. – Możemy spłynąć na chwilę.

– Nie lepiej mieć na nich oko, żeby znowu głupot nie narobili?

– Przecież nie możemy tak stać i się na nich gapić!

– Fakt, chodźmy do siebie – zniknęły w swoim pokoiku zostawiając jednakże nieznacznie uchylone drzwi.

Tymczasem Aldona i Sergiusz wciąż stali w przedpokoju. Ona trzymała bukiet róż, on usiłował wydobyć z siebie głos przełykając kilkakrotnie ślinę.

– Kochanie, ja chciałbym się wytłumaczyć – zaczął.

– Nie ma takiej potrzeby.

– Jest. Tak to właśnie odczuwam. Czuję się… właściwie nie wiem jak się czuję. Głupio na pewno. Niezręcznie też. Nie mogę zrozumieć dlaczego tak się zachowywałem, jak kompletny, beznadziejny dureń, dlaczego cię nie wysłuchałem – usiadł na pufie służącym do siadania podczas zakładania butów i objął głowę rękami – Co ja mam teraz zrobić? Powiedz, Wiewióreczko, jak mogę naprawić to wszystko co spieprzyłem? Jak teraz mogę żyć mając wiedzę, której nie miałem przez tak długi czas? Pozwolisz mi chociaż zobaczyć maleńką?

Milczała przez chwilę, wreszcie powoli położyła mu rękę na ramieniu. Odetchnął głęboko, poczuł ogromną ulgę. Podniósł się. Wziął jej rękę, przytulił do swojego policzka. Podniosła głowę, ich oczy spotkały się, oboje mieli wrażenie, że nie rozstawali się nigdy, że zaledwie wczoraj widzieli się po raz ostatni, że są sobie przeznaczeni i należą do siebie na zawsze. Aldona poczuła, że to, co do tej pory siedziało w niej głęboko, jakiś nieokreślony strach, jakaś obawa, które chciała uśpić na wieki, ale które jednak jej nie opuszczały, tym razem zdecydowanie zmieniły miejsce pobytu i zniknęły. Po prostu nie było ich, zdematerializowały się, przestały ją dusić. W zamian odczuła ogarniającą ją radość. Położyła mu głowę na piersi tak zwyczajnie, jakby robiła to codziennie od wieków. Przygarnął ją, objął obiema rękami, przytulił i tak stali kołysząc się w rytmie wystukiwanym przez ich serca.

– Co było to było, przyszło nam przeżyć ciężką próbę – powiedziała po chwili cichym głosem.

– Wybaczysz mi moją głupotę?

– Już dawno ci wybaczyłam, co z kolei z mojej strony może okazać się głupotą – zajrzała mu w oczy już całkiem „zrównoważona”, z szelmowskim uśmieszkiem w oczach.

– Nie mów tak. Obiecuję, że nigdy więcej cię nie zawiodę, nie zrobię niczego …

– Nigdy nie mów nigdy mój drogi – weszła mu w słowo.

– Wiewióreczko, chcę cię poprosić o rękę…

– O co? Zwariowałeś? Matko jedyna, zawału zaraz dostanę…

– Nie dostaniesz, nie ma obawy, obojgu nam nie grozi. Miłość wyklucza zawał, a ja cię kocham i dziewczynki też kocham – wciąż trzymał ją w objęciach i oboje nie widzieli wokół siebie niczego i nikogo, tym bardziej bliźniaczek, które zerkały przez uchylone drzwi swojego pokoju i nie posiadały się z radości, że wszystko zaczyna się układać po ich myśli.

– I kogo jeszcze? – zerknęła z uśmieszkiem, który tak kochał.

– I jeszcze psy, koty i cały piękny świat…

– Nie rozpędzaj się aż tak bardzo, nie rób zbyt długiej listy obietnic, bo możesz ich nie dotrzymać…

Z dużego pokoju rozległ się głosik, na dźwięk którego Aldona natychmiast wyrwała się Sergiuszowi z objęć i weszła do pokoju. Zbliżyła się do łóżeczka, w którym maleńka istotka z wielką uwagą oglądała swoją rączkę, na widok matki uśmiech rozjaśnił jej buźkę.

– Cześć skarbie, wyspałaś się już? Tak szybko? – wyjęła córeczkę z łóżeczka, podniosła do góry, ucałowała kilka razy w każdy policzek wywołując głośny śmiech maleństwa.

Sergiusz stał jak zaczarowany obserwując scenę tak normalną dla większości rodzin. Pomyślał, że Agata nigdy tak nie tuliła Moniki, trzymała ją na dystans, jakby się brzydziła niemowlęcia. Właściwie on wszystko robił przy dziecku… Przypomniały mu się różne sceny z tamtego okresu i łzy spłynęły po policzkach. Wcale ich nie krył. To były łzy żalu nad Biedroneczką. Nie zdawał sobie do tej pory sprawy, jak biedna była jego córeczka, pozbawiona prawdziwej matczynej miłości. Aldona kątem oka widziała reakcję Sergiusza, udawała, że niczego nie dostrzega. Dalej szczebiotała do dziecka jednocześnie zbliżając się do niego coraz bardziej. Oparła się o niego ramieniem trzymając Igunię tak, żeby mogła dokładnie obejrzeć nową dla niej twarz. Drobineczka wcale się nie bała, gaworzyła coś po swojemu, wyciągała rączki, których dotknął delikatnie. Wzruszenie ścisnęło mu gardło, słowa nie mógł wykrztusić. Pogłaskał główkę pokrytą miękkim puszkiem, spojrzał na Aldonę z niemym pytaniem w oczach. Zrozumiała i podała mu malutką, która nie zgłosiła sprzeciwu, lecz od razu złapała go za ucho próbując je do siebie przyciągnąć w celu wpakowania do buzi, bowiem na takim etapie poznawania świata aktualnie się znajdowała.

– Jaka ty jesteś silna – uśmiechnął się i przytulił maleństwo. – Boże, jaka ty jesteś cudowna, najwspanialsza na świecie!

Iga śmiała się, najwyraźniej miała dobry humor i jeszcze nie była głodna. Aldona jednak znała dobrze humorki córeczki.

– Potrzymaj ją – powiedziała, – pójdę po mleko, bo jak się panienka rozkrzyczy, to nam uszy zwiędną. Głos ma jak dzwon. Muszę przygotować butelkę z jedzeniem.

koniec części trzeciej

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 8 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 72

Pól roku później

Sergiusz wchodził po schodach na pokład samolotu. Gdyby mógł, poleciałby na własnych skrzydłach, byle tylko prędzej znaleźć się na miejscu. Tak było mu lekko jak nie pamiętał kiedy, może jak jeszcze nigdy. Nareszcie mógł wrócić do domu, do ukochanej Biedroneczki, wyściskać, wyprzytulać córeczkę za wszystkie chwile rozłąki. Oczywiście kontaktował się z nią tak samo jak z mamą, u której mieszkała podczas jego pobytu w Szwajcarii, był więc na bieżąco wprowadzony we wszystkie sprawy. Tak przynajmniej myślał. Mógł wrócić spokojny o przyszłość, o los Moniki, której mu nikt nie odbierze i nigdzie nie wywiezie. Spłaci cały kredyt zaciągnięty przez nieuczciwego wspólnika, potem będzie mógł dochodzić rekompensaty na drodze sądowej, ale ma na to czas. Agatę też już ma z głowy. Przyjaciele prawnicy sprytnie rozegrali rzecz całą, w zamian za nie postawienie jej zarzutu współudziału w oszustwach wspólnika, który trafił za kratki, zgodziła się na rozwód oraz formalne przekazanie opieki nad dzieckiem byłemu już mężowi.

Pierwsze kroki po przylocie skierował jednak nie do mamy lecz do swojego mieszkania. Nie wiedział czego może się spodziewać, a raczej wiedział, że wszystkiego mógł się spodziewać po Agacie. Chciał sprawdzić co tam jest, jak wygląda wnętrze, czy będzie mógł od razu wprowadzić dziecko, czy nie. Dręczył go też niepokój o to, czy w ogóle uda mu się dostać do środka, bo może Agata wymieniła zamki już po wizycie mamy w  domu? Targany wieloma wątpliwościami stanął wreszcie przed drzwiami. Śladów wymiany zamków nie było, więc odetchnął z ulgą. No nie, przecież mama wchodziła do środka… Wyjął klucze, bez problemu otworzył, wszedł do przedpokoju i znieruchomiał. Właściwie powinien być przygotowany, bo matka uprzedziła go co zastanie i zapowiedziała, ze palcem nie ruszy dlatego, żeby na własne oczy zobaczył jak jest. Mieszkanie wyglądało jak po tatarskim najeździe, albo jak po przeszukaniu przez bandę gangsterów. Pootwierane szafy, wysunięte szuflady, mnóstwo ciuchów i różnych szpargałów plączących się pod nogami przywodziło myśl, że osoba, która była winna owemu bałaganowi pakowała się w pośpiechu, będąc nie do końca zdecydowaną co chce ze sobą zabrać. Zimny pot go oblał, gdy zobaczył wyjęte z półek na tapczan ubranka córki, przygotowane do spakowania w olbrzymią walizkę. Z jakichś powodów zostało wszystko na łóżku, jakby osoba pakująca nagle i z wielkim pośpiechem opuszczała mieszkanie.

Dobrze, że chociaż drzwi zamknęła na klucz – przemknęło mu przez myśl. Usiadł na tapczaniku Moniki i z przerażeniem myślał, co by się stało, gdyby Agata zdążyła zabrać córeczkę. Dorocie i mamie zawdzięczał, iż zawczasu przewidziały zamiary Agaty, przestrzegły go przed nią i ustrzegły dziecko przed porwaniem. Zobaczył to wyraźnie, z ogromną ostrością – gdyby nie one, mógłby stracić Biedroneczkę na zawsze! Mało to się zdarzało takich przypadków?

Obszedł całe mieszkanie. Jego biurko było zarzucone różnorakimi przedmiotami, szufladki leżały na podłodze, wokół walała się ich zawartość wytrząśnięta z nich z wyraźną niecierpliwością. I znów błogosławił w duszy siostrę za to, że kazała mu wszystkie ważne dokumenty i cenne przedmioty zawieźć do matki na przechowanie. Z dystansem już patrząc w przeszłość myślał nad przyczyną własnej głupoty, której nie mógł sobie darować. Co spowodowało, że miał klapki na oczach i zachowywał się jak idiota?

Z tym pytaniem w duszy zjawił się u matki. Nie zdążył go jednak zadać, w ogóle nic nie zdążył powiedzieć, bowiem został zaatakowany przez własną córkę, która zawisła mu na szyi ściskając z siłą niedźwiedzia.

– Tatuś, mój kochany tatuś wrócił!

Poczuł wilgoć pod powiekami, zamrugał szybko, żeby ukryć wzruszenie.

– Monisiu, nie uduś taty – uspokajała pani Mela. – Pozwól mu złapać oddech.

– Ale ja się tak strasznie cieszę, że tatuś przyjechał! Tak okropnie się stęskniłam!

– Ja za tobą też, moja Biedroneczko, ja też – tulił córeczkę stwierdzając, że urosła od ostatniego spotkania. – Ale ty się duża zrobiłaś, nie do wiary.

– Prawda? Jestem tylko trochę mniejsza od babci – zadowolona stanęła obok pani Meli.

– Takie większe „trochę” – uśmiechnął się do uradowanej dziewczynki.

– Tatusiu, czy wiesz, jaka malutka jest moja siostrzyczka? – paplała dalej

– Kto?

– No Igunia przecież, moja siostrzyczka – uśmiechnęła się uszczęśliwiona. – Moja, Inki i Linki. Teraz już wszystkie jesteśmy siostrami! Ja się tak cieszę…

Sergiusz stał słuchając Moniki. Słuchał, ale niczego nie rozumiał. O co jej chodzi? Jakie siostry? Aaa, pewnie jakaś nowa zabawa, dzieciaki co chwilę wymyślają coś nowego. Potrafiły zaczarować nawet takiego zatwardziałego kawalera jak Miłosz. Zakochał się jednocześnie w matce i córce. O nikim innym nie mówił po powrocie z Woli Filipowskiej, tylko Martyna to, Milenka tamto… zaprojektuję, wyburzę, postawię – zupełnie jakby poza nimi i ich domem świat się skończył.

– To jakaś nowa zabawa jest? Taka w siostry? – spróbował uściślić.

– No co ty, tatusiu – Monika spojrzała z dezaprobatą. – Jak zabawa? To ty nie wiesz…

– Chciałam cię najpierw przygotować – wybąkała pani Mela, – ale jakoś…tak… zeszło…

– Przygotować? Na co? – postąpił dwa kroki w stronę matki. – Mamo, o co chodzi? Co się dzieje? Coś się stało?

– A stało, stało syneczku, coś cudownego – szczęście bijące z twarzy matki uspokoiło go co do jednej sprawy: cokolwiek tu zaszło, nie jest to nic złego. Mama wyglądałaby zupełnie inaczej.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 71

Aldona ze wzruszeniem patrzyła na maleńką główkę, drobniutkie rączki i paluszki cieniutkie jak zapałki, na tę istotkę, która pojawiła się w jej życiu i na zawsze zmieniła rzeczywistość.

Powinien jej w tej chwili towarzyszyć Sergiusz, powinien…ale… ona przecież tego nie chciała. Ona tego nie chciała…nie, to rozum nie chciał, serce pragnie jego obecności bezustannie, bez przerwy, tylko rozum sercu tłumaczy, żeby się uspokoiło, bo jeszcze nie czas… Pogłaskała delikatnie jednym palcem maleńką główkę córeczki.

– Iga, moja Igunia – szepnęła. – Tatusiowi bardzo się to imię podobało, mnie też. A tobie, skarbie mój? Podoba się?

Bliźniaczki niezwykle przejęte były pierwszym spotkaniem z siostrzyczką.

– Jaka ona maleńka! My też takie byłyśmy?

– Oczywiście, nawet jeszcze mniejsze, przecież byłyście dwie – uśmiechnęła się Aldona patrząc na swoje trzy dziewczynki, najdroższe, najukochańsze, najcudowniejsze na całym świecie.

Do pokoju zajrzała rozpromieniona Monika, a po chwili pojawiła się obok niej zdyszana pani Mela.

– Jak się czujecie, dziewczynki? – wysapała. – Monisia mnie pospieszała i zmęczyłam się.

– To jest Iga? Moja prawdziwa siostrzyczka? Czy ona śpi? – szeptem spytała Biedroneczka przyglądając się malutkiej. – Ona wygląda zupełnie jak moja lalka.

– Jest prześliczna – wzruszona babcia Mela otarła łzę spływającą po policzku. – Nie myślałam, że jeszcze doczekam takiej radości – wpatrywała się w malutką twarzyczkę swojej nowej wnusi.

– Czy ona wie, że jestem jej siostrą? – Monika wciąż nie mogła oderwać oczu od maleństwa.

– Na razie jeszcze niczego nie wie, ale z każdym dniem będzie wiedziała coraz więcej. Dzieciaczki szybko się rozwijają

– A teraz ona nic nie umie, nic nie wie, jest jak czysta kartka papieru?

– Różne są teorie na ten temat. Ja uznaję tę, która mówi, że wcale czysta nie jest. Są odziedziczone po przodkach geny, cechy charakteru, wyglądu. Z czasem się okazuje, ze ktoś jest podobny do babci albo pradziadka, lubi potrawy takie same jak wujek, a nie znosi tych samych co siostra cioteczna.

– Mogę ją potrzymać?

– Teraz nie, śpi maleństwo.

– Jak się obudzi przecież!

– Cicho, nie krzycz, zbudzisz ją – szeptem upomniały Monikę bliźniaczki.

– Na razie jeszcze nie – odpowiedziała Aldona. – Takie maleństwo jest bardzo delikatne. Łatwo je można skrzywdzić…

– Ja nie skrzywdzę mojej siostrzyczki! – oburzyła się dziewczynka.

– Kochanie, oczywiście, że nie skrzywdzisz – pospieszyła z pomocą babcia Mela widząc łezki w oczach Moniki.

– Skarbie, chodź do mnie – Aldona wyciągnęła ręce do dziewczynki i przytuliła ją do siebie. – Babcia ma rację, oczywiście, że nie zrobisz krzywdy świadomie. Chciałam tylko powiedzieć, że jest zbyt drobna, żebyście ją teraz nosiły, którakolwiek z was. Ale za trochę będziecie musiały się nią zajmować, bo sama sobie bez was nie poradzę. W żaden sposób bez was nie dam rady. No, dobrze już?

Monika skinęła główką, już uśmiechnięta, zadowolona, że została potraktowana na równi z bliźniaczkami.

– To kiedy wychodzicie do domu? Wiadomo już? – pani Mela wciąż nie mogła się napatrzeć na śpiącą kruszynkę, która zaciśniętą piąstkę trzymała przy samej buzi i zabawnie marszczyła nosek. – Moje śliczności, moje cudo najdroższe, moja ty królewno, ty … największa niespodzianko w życiu…

– Babciu, a mnie też tak lubiłaś? – spytała Monika.

– A jakby inaczej? Przecież moja jesteś.

– A Inkę i Linkę?

– Nie znałam ich kiedy były niemowlętami, ale od kiedy mówią do mnie: babciu, to tak. Przecież jakże mogłabym dzielić wnuczki, kiedyście wszystkie moje?

– Dziękuję, pani Melu – z rozczuleniem spojrzała Aldona na starszą panią. – Nawet pani nie wie, jaka to dla mnie radość. To, że pani tak się rozumie z moimi Stokrotkami, że zaopiekowała się pani nimi teraz, kiedy jestem tutaj.

– Oj, mamusiu, przecież to chyba normalne, że babcie się opiekują wnuczkami – stwierdziła Inka.

– I odwrotnie w razie potrzeby, prawda? – dodała Linka.

– No właśnie – przytaknęła Monika.

– Ciągle się dziwię, że te dzieciaki są takie mądre i uważają za oczywiste sprawy, które nas, dorosłych nieraz wprawiają w zakłopotanie – zauważyła Aldona. – Sama nie wiem czemu, ale jeszcze ciągle się dziwię.

– Przyznam ci się, że ja też – uśmiechnęła się pani Mela. – Nie powiedziałaś kiedy was wypuszczą do domu.

– Prawdopodobnie za dwa dni, jeśli nic się nie będzie działo niepokojącego.

– Masz jakieś życzenia, coś ci przynieść, przygotować?

– Dziękuję, już wszystko przygotowałam wcześniej licząc się z tym, że w każdej chwili mogę trafić na porodówkę. W razie czego będę dzwonić, tu jest automat na korytarzu. Przezornie zaopatrzyłam się też w monety do telefonu. Dziękuję.

Minęły trzy dni i Aldona wróciła z Igą do domu. To znaczy matka wróciła a córeczka przybyła. Okazała się spokojnym dzieckiem, co właściwie było niezwykłe biorąc pod uwagę skalę przeżyć emocjonalnych matki podczas ciąży. Płakała wtedy, kiedy musiała, czyli kiedy męczyła ją kolka i bolał brzuszek. Poza tym zdawało się, że z dnia na dzień się zmienia, rozglądała się wodząc oczkami za każdym poruszającym się przedmiotem wyraźnie zainteresowana. Te oczka zdawały się kryć wiedzę głębszą, niż komukolwiek mogłoby się zdawać. Aldona miała czasami wrażenie, że spogląda na nią nie maleńkie dziecko, lecz niezwykle mądra istota znająca tajemnice niedostępne dla zwykłych śmiertelników.

– Tylko nie myśl, że bredzę. Tak ci tylko powiedziałam co mi chodzi po głowie – podzieliła się spostrzeżeniem z Teresą.

– Wcale tak nie myślę – odpowiedziała przyjaciółka uważnie przyglądając się Iguni zajętej kolorową karuzelą kręcącą się nad łóżeczkiem. – Wiesz, że teoria reinkarnacji jest bliska memu sercu… Ty, czy ona nie dostanie kręćka wpatrując się w to diabelstwo? Ja bym dostała.

– Bo ty, ciocia, już nie jesteś taka młoda, to nie rozumiesz – powiedziała Monika usłyszawszy ostatnią uwagę. – Dzieci lubią takie rzeczy.

– Biedroneczko, droga dzieweczko, dlaczego mi wymyślasz od staroci – zaśmiała się „staruszka”.

– To nie jest wymyślanie – ruszyła Monice w sukurs Inka, – tylko stwierdzenie faktu.

– Zaraz, zaraz, przecież ja mam tyle samo lat co wasza mama – obruszyła się Teresa.

– Ale mama ma małe dziecko, to znaczy, że jest młodą mamą – włączyła się Linka. – A ty masz samych dużych chłopaków. Po nich nie widać, że są w swoim wieku, bo okropnie urośli przez wakacje.

– Urośli, to fakt. No to co ja mam zrobić? Nie przyznawać się do własnych dzieci i mówić, że to moi młodsi bracia?

– No nie, to byłoby śmieszne – zamyśliła się Linka. – Ale… już wiem. Mogłabyś czasem z wózkiem pójść na spacer i udawać młodą mamę, od razu byś młodziej wyglądała.

– Oczywiście wtedy, gdy my będziemy musiały iść do szkoły i nie będzie nas w domu. Albo gdy pójdziemy do kina – dodała Inka.

– Nie wytrzymam, ależ to są mądrale. Wszystkie trzy.

– Prawda? Musisz przyznać, że mam mądre córki. Wszystkie – zachichotała Aldona.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy