Taki dzień

Po raz pierwszy w życiu nie mogę przytulić mojego Małego synka w dniu naszego wspólnego święta, buuu…  🙁  🙁 🙁    Dziś właśnie mija okrągła rocznica dnia, w którym po raz drugi zostałam mamą. Mogę tylko przez telefon dziecku złożyć życzenia. Oraz tutaj.

To ma być dzieło sztuki dla Małego 🙂

SYNKU!!!!

Niech Cię omijają wszelkie niebezpieczeństwa, bądź zdrów i
szczęśliwy!!!

I jeszcze – żebyśmy mogli wspólnie spędzać wszystkie następne święta bez obaw i strachu, bez cienia i mroku jakim dziś jest powleczony świat. 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 9 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 31

Co jakiś czas Karolina przyjeżdżała do Centrum Zdrowia Dziecka w związku ze specjalizacją, zatrzymując się oczywiście na Ursynowie. Członkowie „mafii” ursynowskiej żartowali, że również jest członkiem, tylko oddelegowanym na południe w celu przygotowania gruntu pod filię. Wszak mafia powinna mieć odgałęzienia i rozpełzać się w różne strony. Karolina jest więc przedstawicielką krakowskiej części, zaś Jurand łącznikiem miedzy Małopolską i Mazowszem. Drugim miał być Michał, jako że zostali przecież formalnymi wspólnikami. Teraz właśnie „będąc młodą lekarką” i wracając z Międzylesia wysiadła z metra i udała się na bazarek po zakupy, żeby do kuzynostwa nie pójść z pustymi rękami. Wiedząc, że Teresa będzie dziś późno w domu, postanowiła odwdzięczyć się za gościnę przygotowując obiad dla całej rodziny. To nic, że trochę o innej porze zostanie podany niż kiedyś się jadało. Teraz obiad bardziej przypomina obiadokolację, ale takie czasy, życie wymaga zmian i dostosowania się do zaistniałych warunków. Poszła więc po zakupy i w sklepiku spożywczym natknęła się na Dorotę z Kajtusiem.

– No i co pan zrobił z tą pogodą – naskoczyła na właściciela Dorota.

– Pogoda jest taka jak moja mina – odpowiedział patrząc ponuro.

Kajtuś zaczął stroić swoje słynne miny tak pocieszne, że facet nie wytrzymał i uśmiechnął się całą gębą. W tym samym momencie słońce przedarło się przez zachmurzone niebo i promyczek wpadł do sklepu ślizgając się po różnokolorowych opakowaniach produktów spożywczych stojących na półce.

– O, widzi pan? – roześmiała się Dorota. – Ma pan być zawsze taki uśmiechnięty.

– Dobrze mu pani powiedziała, bardzo dobrze – wtrąciła żona.

– Bardzo dobrze – powtórzyła Kasia, która od kilku minut wybierała towar przysłuchując się wymianie zdań.

Kasia Zaremba mieszkała w tym samym bloku co Aldona. Miała dwóch synków w początkowych klasach  szkoły podstawowej. Łukasz był starszy, Kamil młodszy o trzy lata i uczyli się w innej placówce niż dzieci „mafijne”. Aktualnie Kasia przeżywała problemy osobiste związane z Jerzym, małżonkiem prawie już byłym, funkcjonowała na emocjonalnej huśtawce, na etapie godzenia się z nową sytuacją życiową.

– O, Kaśka, cześć – przywitała ją Dorota. – Dawno cię nie widziałam.

– Aaa, bo wiesz jak jest kiedy się człowiekowi życie wywraca do góry nogami. Nawet z Ciapkiem nie wychodzę o psiej godzinie tylko kiedy akurat się uda.

– Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale z naszym rocznikiem jest coś nie tak – stwierdziła Dorota. – Wszystkim nam życie się komplikuje nie do wytrzymania.

– Wiesz co? Masz rację, trafiłaś. Miałam kiedyś w ręku książkę zawierającą dziwne horoskopy z różnych stron świata. I tam jak byk stało napisane, że ludzie z naszego rocznika mają najtrudniejsze życie. Znaczy nie tylko z naszego, to się powtarza co kilka lat. Więcej szczegółów nie pamiętam, ale ten mi utkwił. I się sprawdza.

– Coś w tym może być – zastanowiła się Dorota, – bo to, co się wokół dzieje normalne nie jest. Muszę o tym powiedzieć Teresie.

– A co u niej? Nie wpadłam na nią odkąd się wyprowadziła.

– A u niej się ułożyło pozytywnie, jak w bajce.

– To się cieszę, pozdrów ją ode mnie.

– Dzięki, na pewno przekażę. Aha, powiedz mi dlaczego twój Ciapek zawsze chodzi na smyczy?

– Mój pies nie odróżnia dobra od zła i darzy wszystkich ludzi zaufaniem. Idiota po prostu. I dlatego musi chodzić na sznurku – odpowiedziała Kasia.

W odpowiedzi usłyszała parsknięcie śmiechem. Wszyscy usłyszeli i odwrócili się w kierunku jego źródła.

– Dzień dobry – grzecznie powiedziała uśmiechnięta Karolina.

– O, cześć, a ty tu skąd? – przywitała ją Dorota. – Samolot masz prywatny czy co? Wczoraj rozmawiałaś z Aldoną, myślałam, że od siebie.

– Akurat od Teresy.

– A wiesz co moje dziecko powiedziało? Dlaczego ciocia tak głośno rozmawia, nie może przez telefon?

– A, bo jakieś zakłócenia były jakby faktycznie  trzysta kilometrów nas dzieliło, nie dwie ulice i obie się darłyśmy – śmiała się „mafijna” delegatka. – Cudne są te dzieciaki.

– O tak, z nimi nigdy nic nie wiadomo, nie wiesz czego się spodziewać za chwilę – wtrąciła Kasia.

– Wy się chyba jeszcze nie znacie – zreflektowała się Dorota. – No to się poznajcie. Kasia jest sąsiadką z Aldony bloku.

– Cześć, jestem Karolina, kuzynka Teresy, nie, Juranda. A właściwie to przecież wszystko jedno – wyciągnęła rękę. – Oj, ja tak mówię, jakby było oczywistością, że się tutaj wszyscy znają.

– Bo tak jest – odpowiedziała Kasia. – Tutaj znają się wszyscy fajni ludzie. No i psiarze.

– Chyba jasne – z lekkim niesmakiem spojrzała Dorota. – Przecież to podzbiór.

– Co?

– Psiarze wchodzą w skład zbioru fajnych ludzi, jasne przecież.

– Fakt. Nie każdy może być psiarzem, na przykład z powodu pracy albo alergii – w Karolinie odezwała się lekarka. – Ale może być fajny. Zaś psiarzem nie jest snob trzymający psa nie z miłości, ale z innych powodów, prawda?

– W sumie… tak – zastanowiła się Kasia.

– A jak ja mam trzy psy, żeby pilnowały obejścia, wszystkie je lubię i dbam o nie, to co? – włączyła się żona właściciela. – Dostają dobre żarcie, mają zabawki i gryzaki do gryzienia, w dzień siedzą w dużym kojcu z budami, bo ludzi dużo i otwarta brama, ale na noc wszystko zamykam i je wypuszczam. Zawsze przychodzą, żeby je wygłaskać, poprzytulać i jeszcze je szczotkuję, żeby ładnie wyglądały. No to jak? Snobką chyba nie jestem?

– Na pewno nie – bez zastanowienia odpowiedziały chórem klientki i roześmiały się też jednocześnie.

– Żona je kocha i traktuje jak dzieci – dodał właściciel spoglądając ciepło na swoją połowicę. – Ja też je lubię, chociaż może wstyd przyznać.

– Jaki wstyd? To powód do dumy – ucieszyła się Kasia. – Ze względu na to o czym się teraz dowiedziałam oświadczam uroczyście, że zakupy będę robiła zawsze w państwa sklepie. Gdzie indziej to tylko w razie wyższej konieczności.

– Ja też – skinęła głową Dorota.

– To i ja się przyłączę, tylko rzadziej, bo jestem przyjezdna  – oświadczyła Karolina. – Ale jak przyjadę, to za każdym razem zajrzę.

Dorota z Kasią wyszły, Karolina zrobiła zakupy i zapakowała wszystko w ogromną torbę, również do kupienia w sklepie. Przy okazji wspomniała, jak – w sumie nie tak bardzo dawno – nie można było niczego kupić bez przyniesienia własnego opakowania. Na przykład torebki po cukrze i mące wykorzystywało się idąc do sklepu kupić jajka. Siatkę albo torbę też należało mieć swoją, bo jak inaczej dałoby się zabrać ze sobą kupione rzeczy? Dobrze, że zmieniło się na korzyść dla klienta. Wygodniej jest, dziś zabiegane kobiety nie muszą się martwić, że zapomniały zabrać z domu torbę na zakupy.

Wpadłszy na pomysł ulżenia kuzynce w kwestii obiadu dla rodziny, błyskawicznie ułożyła plan i zdecydowała, że przygotuje danie szybkie, łatwe i sycące. W tym celu nabyła gotowy barszcz czerwony w kartonie oraz paszteciki firmowe ręcznie robione przez mamę właściciela sklepu,  zachwalane jako bardzo smaczne. Spróbowała na miejscu, do czego niemal siłą została przymuszona i musiała przyznać, że ani źdźbła nieprawdy w słowach właścicieli nie było. Nabyła więc ilość zdolną zaspokoić apetyty licznej rodziny Zacharskich. Ponieważ nie była pewna czy Teresa ma w domu odpowiednio dużą porcję makaronu, kupiła również i ten produkt, do tego przecier pomidorowy, czosnek i cebulę. Aha, wróciła się jeszcze po żółty ser. Przyprawy Teresa z pewnością ma w domu w ilościach potrzebnych do nadania smaku potrawie.

Sos zrobił się „sam” w szybkim tempie, Karolina musiała jedynie drobniutko pokroić cebulkę oraz czosnek i podsmażyć na oleju. Dorzuciła kilka przejrzałych pomidorów, których rodzina nie zdążyła spożyć dopóki były świeże i jędrne, pokroiwszy je uprzednio w kostkę. Następnie dołożyła przecier pomidorowy, sól, pieprz, paprykę i dużo ziół prowansalskich.  Ponieważ sos wydawał się zbyt gęsty, dolała trochę soku pomidorowego do uzyskania pożądanej konsystencji. Ostatecznie doprawiona wersja przypadła do gustu najpierw Maćkowi, który wpadł do kuchni znęcony apetycznym zapachem.

– Ciocia, co tak ładnie pachnie? Daj spróbować.

– Już, już, odcedzam makaron, zaraz ci nałożę.

Maciek zdążył zanurzyć łyżkę w garnku i zlizywał nabrany sos.

– Pyyycha, naprawdę. Ciocia, ty jesteś tymczasowa kucharka? Daj mi dużo, bo głodny jestem jak wilk.

– Poczekaj, oddaj talerz – śmiała się „tymczasowa kucharka”. –  Jeszcze utartym żółtym serem trzeba posypać i świeżą, zieloną bazylią. O tak, teraz już możesz brać. Smacznego Maciusiu – z przyjemnością patrzyła jak jedzenie błyskawicznie znika z talerza.

Niedługo potem wrócili Kuba z Markiem.

– Ciocia, a ugotowałaś mój makaron? – zapytał z niepokojem głodny Kubuś.

– Oczywiście, przecież nie mogłam o tobie zapomnieć – potarmosiła ciemne włosy chłopca.

Obaj rzucili się na jedzenie pochłaniając natychmiast swoje porcje. Kuba jadł makaron bezglutenowy, który już czasem udawało się kupić w specjalistycznym sklepie.

– Ciocia, ty super gotujesz – z uznaniem powiedział Marek odstawiwszy pusty talerz. – No najadłem się, teraz muszę odpocząć.

– Jak prawdziwy góral – zaśmiała się Karolina mile połechtana pochwałami chłopców.

– Jak to?

– Bo góral musi pomodlić się, pospać, pojeść i odpocząć

– Źle mówisz – dał się słyszeć głos Juranda, który w międzyczasie wszedł do domu i przysłuchiwał się wymianie zdań. – Powinnaś powiedzieć: łotpocońć.

– Od razu lepiej, jak w prawdziwych górach – zaśmiał się Maciek.

Najpóźniej przyszła Teresa i również nie mogła się nachwalić dania kuzynki.

– Wiesz Karolcia, nic tak dobrze nie smakuje kiedy człowiek jest zmęczony jak to, czego nie musi sam robić i na dodatek ma pod nos podstawione.

– Czyżbyś chciała przez to powiedzieć, że gdybyś zmęczona nie była, to nie smakowałby ci mój obiad? – zapytała Karolina z groźną miną.

– Ależ nie… – zaczęła się tłumaczyć Teresa, została jednak zagłuszona przez wszystkich swoich mężczyzn równocześnie wyrażających sprzeciw wobec jej słów.

– No co ty mówisz, Musiu! To było pyszne! A mogłaby ciocia zawsze to zrobić jak przyjedzie? Ciocia, a kiedy u nas znowu będziesz?

– O matko kochana, w co wy mnie wszyscy wrabiacie – wreszcie wydobyła z siebie słyszalny głos „podpadnięta” pani domu. – Karolinko, jesteś wielka…

– Ja jestem nawet większa niż wielka – śmiała się „tymczasowa kucharka”. – Rzuciliście się na makaron, a ja mam dla was jeszcze czerwony barszcz z pasztecikami.

– No to będzie odwrotnie – skomentował Jurand. – Tyle rzeczy jest postawionych na głowie, że zupa po drugim daniu wcale mnie nie zdziwi, smakować będzie tak samo.

– Ja już dziękuje, najadłem się – Marek się wycofał z kuchni, Kuba poszedł w jego ślady.

– A ja podziękuję jak zjem – oświadczył Maciek rozsiadłszy się wygodniej.

Deserem podanym na kolację, żeby już do końca wszystko było „na odwyrtkę”, zajęła się  osobiście gospodyni wyjąwszy po prostu lody z zamrażalnika. Każdy z domowników wyraził głośno aplauz, po czym zabrawszy swoją porcję udał się do siebie. „Tymczasowa kucharka” wraz z panią domu zostały same i mogły wreszcie spokojnie porozmawiać na ciekawiące je tematy.

Karolina opowiedziała o czymś, co zdarzyło się po ślubie jej brata. Uroczystość miała miejsce w zeszłym roku podczas wakacji, a uczestniczyli w niej  Zacharscy całą rodziną oraz Aldona z Sergiuszem i dziewczynkami. Kaseta wideo ze ślubu i z wesela dotarła do części rodziny panny młodej mieszkającej w Stanach. Tam ją obejrzał Reniek, którego znała od szkolnych czasów.

– Mieszkał z mamą w sąsiednim bloku. Wiesz, że w małych miejscowościach praktycznie  wszyscy się znają albo są ze sobą spokrewnieni. Reniek potem się ożenił i wyjechał z żoną do Stanów. Teraz jest już kilka lat po rozwodzie. Tak się ułożyło…- zamyśliła się.

– Popatrz Karolcia, co to się z ludźmi dzieje. Gdzie nie spojrzysz, same problemy. Rozwody, kłótnie, rękoczyny. Z czego to wynika?

– Może dlatego, że kiedyś rozwodów nie było, męczyli się ludzie ze sobą aż do faktycznej śmierci jednej strony. Najczęściej była to kobieta, zmordowana rodzeniem dzieci i obsługiwaniem męża, pracą ponad siły w obejściu. Potem mąż brał sobie następną, młodszy model i historia się powtarzała.

– Przecież nie u wszystkich tak było – sprzeciwiła się Teresa, lecz zaraz westchnęła. – Ale u dużej części.

– Wiem co mówię, bo przecież jestem, jakby to określić, bliżej rdzenia, bliżej ziemi, sedna… No, jednym słowem dobrze pamiętam opowiadania dziadków i prababci jak było za ich młodości – stwierdziła Karolina.

– Właściwie masz rację. Teraz przynajmniej można uwolnić się od koszmaru, nie przeżywać tragedii. A w zamian za odwagę los może zesłać nagrodę – uśmiechnęła się Teresa ciepło. – Jak na przykład mnie w postaci Juranda i Mareczka. No dobrze, ale zmieniłam temat – zreflektowała się. – Co z tym Reńkiem? Mów dalej.

– Przyjechał.

– Przyjechał?

– Właściwie przyleciał – wyjaśniła Karolina. – Powiedział, że jak zobaczył mnie na tej kasecie to postanowił wrócić do kraju. I tak zrobił. Pomaga mi bardzo, nie dałabym sobie  rady sama z tą budową. Dzięki  niemu wszystko posunęło się do przodu i właściwie niedługo koniec.

– Fantastycznie, Karolinko, ogromnie się cieszę ze spełnienia twojego marzenia. Oczywiście pomyślałaś o własnym gabinecie.

– Pewnie, że tak. Przecież ci pokazywałam na planie. Ale słuchaj, pomyślałam, że Aldona mogłaby do mnie przyjechać na jakiś czas. Szkoła zaraz się skończy i dziewczynki będą miały wakacje. Przy okazji ją wykorzystam, żeby się źle nie czuła. Jest przecież po liceum plastycznym, ma niesamowite zdolności manualne i pomysłów mnóstwo. Wesprze mnie artystycznie, że tak powiem, przy urządzaniu domu.

– Też miałam taki plan, nawet obiecałam, że ją będę wyzyskiwać, lecz jakoś tak zeszło… Ale pomysł masz dobry, nawet bardzo.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | Dodaj komentarz

Piątek, 27 marca 2020

Czwartek, 26 marca 2020. Podjechaliśmy do apteki. Trzeba było wykupić recepty i uzupełnić apteczne zapasy. Normalnie poszlibyśmy z psiepsiołami na długi spacer zaliczając po drodze aptekę. Niestety, trzeba iść ulicą, znaczy chodnikiem, i mijać ludzi podążających w różnych kierunkach. W tej sytuacji samochód jest bezpieczniejszy. Zapakowaliśmy psy do auta. Na drzwiach balkonowych zawisła kartka z napisem: „Mamo! Na balkonie jest mysz! Nie wychodź!”. Pojechaliśmy. W aptece otwarte okienko. Przede mną tylko jeden człowiek w przyzwoitej odległości od akurat obsługiwanego. Stanęłam grzecznie 2 metry dalej, maseczki nie zakładałam tylko chustkę a’la gangster. Pan mgr stał z boku, za szybką „okienkową” tak, aby nikt na niego nie dmuchał. W pierwszej chwili zgłupiałam – głos słyszałam, ale nie widziałam człowieka. Niewidzialny? 😉  Zorientowałam się na szczęście szybko o co chodzi, czyli szare komórki chwilami działają, hurra 🙂  Podałam panu ściągawkę, tzn. numery kodów e-recept, oraz wypisane produkty, które chciałam kupić. Poszło sprawnie, zapłaciłam kartą, guziczki wcisnęłam palcem odzianym w plastikowy woreczek i wróciliśmy do domu. Na obiad była fasola, która wg przepisu nazywała się
„po włosku”, ale Mężowi nie bardzo smakowała w podstawowym wydaniu, dołożyłam więc przecier pomidorowy, trochę oregano i dała się zjeść.
A potem ja miałam ogromną przyjemność. Mąż trafił w tv na „Nad Niemnem”. Kocham tę powieść, film też mi się podoba z racji tego, że zawiera obrazy identyczne z tymi, jakie miałam przed oczami podczas czytania zanim jeszcze film nakręcono. Tak więc oboje fotel w fotel, ręka w rękę obejrzeliśmy wspólnie. Dzień zakończyliśmy bardzo przyjemnie w towarzystwie czerwonego wina 🙂
W piątek, 27 marca 2020 konieczne było wyjście do banku. Podjechaliśmy autem, gdyby było normalnie poszlibyśmy piechotą. Oczywiście z psami pojechaliśmy i oczywiście zostawiając babci D. kartkę z info o myszy. Przed bankiem była duża kolejka, zmieniłam więc plan. Podjechaliśmy w inne miejsce do bankomatu. Nie chciało nam się od razu wracać, udaliśmy się więc do domu okrężną drogą przez Konstancin podziwiając piękne, stare wille, w których z pewnością dawniej były pensjonaty dla kuracjuszy.
Po powrocie – wydało się, że babcia D. kartkę zdjęła, na taras wyszła. Mam tylko nadzieję, że mysz się do mieszkania nie wprowadziła, bo już ciepło na dworze. Potem okazało się, że znów teściowa leki wypluła i schowała w szafie, a plastry przyklejała na szafy ściankach. Cóż, szafa z pewnością jest zabezpieczona przed demencją w przeciwieństwie Babci D.
W czasie gdy Mąż usiłował rozmawiać z matką ja się kuchnią zajęłam. I tak: trochę brokuła z bułeczką miałam to go rozgniotłam widelcem. Resztki mojego chleba namoczyłam w mleku, dodałam do brokułka. Do tego ugotowaną kaszę jaglaną, pokrojoną cebulkę, jajko, sól, pieprz, sporo przyprawy do gyrosa i usmażyłam placuszki. Wyszły nad podziw smaczne. Nawet moje szczęście zjadło chyba pięć 🙂

Improwizacja udana 🙂

Aha, a raniutko upiekłam babeczki, coś słodkiego musi być w domu, babcia D. szuka, Mąż szuka, więc niech mają.
Przepis – już Wam mówiłam: tyle samo suchego co mokrego plus dodatki. Oprócz mąki i cukru użyłam trochę otrąb owsianych, ziaren słonecznika, czarnego sezamu, jeszcze jajko dałam, rozpuszczoną margarynę, pokrojone w kostkę jabłko, proszek do pieczenia. Mokre wlewam do suchego, mieszam widelcem, łyżką wkładam do foremek (mam silikonowe, nie trzeba ich smarować tłuszczem) i piekę ok. 22 min./ 180 st. Po wystudzeniu polałam babeczki rozpuszczoną czekoladą i prezentują się ładnie.

Dobrze, że upiekłam, Duży przywiózł psie puszki, korzystając z okazji dałam mu dla dziewczynek

Spacery z psiepsiołami przy pięknej pogodzie radują i ratują. Dobrze, że można z nimi wyjść w odludne miejsca.

Specjalnie to zdjęcie  na końcu umieściłam, żeby pokazać zielone listeczki 🙂

Trzymajcie się i nie dajcie się !!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Wtorek, 24 marca 2020

Niedziela, 22 marca. Wstaję wcześnie rano. Zawsze lubiłam, budzę się razem ze słońcem. Normalnie. Teraz normalnie nie jest. Budzę się ok. 4-ej rano i już od tej pory nie zaznaję spokoju. Natłok myśli kłębiących się w głowie nie daje zasnąć. Próbuję je jakoś okiełznać, uporządkować… Wszystko jest dobre w moim świecie… Z każdą chwilą i pod każdym względem wiedzie mi się coraz lepiej… Z miłością pozwalam radości przepływać przez moje ciało, umysł i doznania… Super! Afirmacje wspaniałe, ale na czas pokoju. A teraz jesteśmy w stanie wojny. Z koronawirusem. Ze sobą. Z własnymi lękami, fobiami, ograniczeniami. Jeszcze z głupotą i podłością.
Głupota po prostu jest. Jest szkodliwa i bezmyślna. Natomiast podłość wydaje się być przemyślana, nastawiona na korzyść, własną oczywiście… Ma własny punkt widzenia… Tak, ma własny punkt widzenia —  I co? Wymrze trochę staruchów, to dobrze, będzie mniej emerytur do wypłacania…  Dobrze, że duda zdążył podpisać przekazanie 2 mld. na tvpis, przynajmniej kampania opłacona jedynego słusznego kandydata, a tak poszłyby na
jakieś durne testy na wirusa… Po co to komu? My mamy, a ciemny lud wszystko kupi, więc można mu ciemnotę wciskać w dalszym ciągu, wszystko przyjmie… Po co robić testy emerytom? I tak umrą, a teraz przynajmniej przyczynią się do oszczędności zus-u i statystyki nie zawyżą…  Jeszcze rydzyk wydoi trochę od moherów, pojęczy, że przez wirusa ma kłopot z głosem w każdym domu…  Na pewno mu się uda i trochę na tym zarobi, on potrafi…  A i tak robimy więcej niż oni przez osiem poprzednich lat…  Cholera! Przecież my już prawie pięć…  I co z tego? Nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe. … Wybory muszą się odbyć, póki słupki są wysokie! Nie ma żadnych powodów, żeby przekładać!…
Jak się od tych myśłi odseparować? Są teorie, że wszystko co spotyka ludzkość ma przyczyny głębsze niż tylko biologiczne, fizyczne. Że u przyczyn wszystkich wydarzeń tkwi energia. Ludzkość od dłuższego już czasu żywi i podsyca nieustannie negatywne myśli, niepokoje, obawy, lęki, nastoje apokaliptyczne, wizje nadchodzącej zagłady. Widać to w filmach katastroficznych, tematyce powieści. Nawet wirus z Wuhan został przewidziany i opisany 40 lat temu (nie czytałam i nie będę, powtarzam co znalazłam w necie). I wreszcie zła energia znalazła ujście, wybuchło, pękło, rozlało się zło po całym świecie. Na zasadzie samospełniającej się przepowiedni.
Widząc podział w naszym kraju, skalę agresji i nienawiści jednej części rodaków do drugich nie wyobrażałam sobie, jak można zmienić taką sytuację, co jest w stanie sprawić zmniejszenie tych różnic, zobaczenie człowieka w kimś, kto ma inne poglądy. „…Są w ojczyźnie rachunki krzywd…” – bałam się, wprost potwornie się bałam chwili, w której przyjdzie powiedzieć  „… ale krwi nie odmówi nikt…”  Dzięki losowi, że mamy inne czasy. Niemniej jednak ofiary są, zbiera żniwo wirus, jakby był materializacją tego całego zła, które także znalazło ujście w zamordowaniu prezydenta Adamowicza.
Poniedziałek, 23 dzień marca. Zorientowałam się, że nie pomyślałam nawet, iż wiosna kalendarzowa nadeszła. Na spacerach z psiepsiołami pstryknęłam fotki, ale zapomniałam o tym zupełnie. Dziś miałam koszmarny sen, widziałam kolumny ciężarówek wiozących trumny – zupełnie tak jak pokazywali w tv. Obudziłam się z przerażeniem i świadomością, że to nie we Włoszech, ale u nas. Nigdy nie miałam proroczych snów, na szczęście. Myślę, że to po prostu projekcja przeżyć i obrazów z ostatniego czasu.
Rano były cztery stopnie poniżej zera. Dobrze, że ubrałam ciepłą kurtkę, jeszcze jej nie schowałam i całe szczęście. Skitusia też przyodziałam w jego ubranko, Szilka ma własne grube futro, ciepło jej, grzeje ją jeszcze warstwa tłuszczyku, którego ciężko się pozbyć.
Mimo zimna ptaki śpiewają, bażant w konkury uderza do swej wybranki, przyroda budzi się do życia po zimie, której nie było. Życie toczy się dalej.

Ledwo widać, ale uwierzcie na słowo, to jest bażant 🙂

Wtorek, 24 marca. Za miesiąc mam urodziny. Głupia myśl przyszła do głowy, czy będę je świętować? Teraz nie ma nic pewnego. Moja mama swoich nie doczekała, właśnie tych, które ja będę mieć w czasie epidemii. Jakieś poplątane to nasze życie w tej chwili, niby wszystko jeszcze normalne się wydaje – a nie jest. Poszłam do Biedronki po tygodniu od poprzedniej wizyty.

Na zakupy poszła Ania zupełnie nie do poznania 😉

Powiem, że byłam mile zaskoczona, towar na półkach porządnie ułożony, niczego nie brak. Nie spojrzałam na drożdże, przyznaję, mam zapas od Małego. Szłam z kartką w ręku i patrzyłam tylko na to, co w spisie, na żadne boki nie zerkałam. Chciałam jak najszybciej zakupy zrobić i wyjść. Wybrałam się rano, zaraz po otwarciu. Biedronka przysłała sms z informacją, że seniorzy są obsługiwani w pierwszej kolejności w ciągu tej właśnie godziny. Nie było potrzeby korzystania ze specjalnych uprawnień, nie było tłoku, odległość między klientami zachowana. Tak z łezką w oku …. wydaje się, że dopiero co inne uprawnienia mogłam wykorzystać, by „w kolejce bez kolejki” sprawy załatwiać …  z dzieckiem na ręku…. A teraz to dzieci mnie zakupy przywożą…
Wróciłam do domu najszybciej jak mogłam, na obiad usmażyłam domownikom kotleciki z kurczaka ze złocistą przyprawą (Mąż lubi). A dla siebie wymyśliłam, albo raczej kiedyś przeczytałam i teraz mi się przypomniało, czerwone kotleciki. Zrobiłam tak: puszkę czerwonej fasoli ugniotłam tłuczkiem do ziemniaków, tzn. fasolę wyjętą z puszki i opłukaną, nie puszkę 🙂 Cebulkę pokroiłam i wrzuciłam na patelnię z odrobiną oleju, do tego pokrojony czosnek, po chwili utartego na dużych oczkach surowego buraka, trochę płatków owsianych, sól, pieprz, paprykę, curry. Jak się poddusiło i nieco ostygło, wymieszałam z fasolą, dodałam jeszcze surową cebulkę. Nie dałam jajka ( Mały przestał jajka jeść), ale i bez jajka uformowałam kotlety, dzięki fasoli bez trudności.  Użyłam bułki tartej jako panierki i usmażyłam. W smaku bardziej czułam fasolę, Mały zadzwonił, żeby się podzielić wrażeniami smakowymi i orzekł, że on czuł przede wszystkim buraka. Smakowały mi bardziej na zimno i myślę, że do chleba będą się też nadawały. Spróbuję na śniadanie.
We Włoszech odrobina nadziei. U nas – nadzieja, że tak źle nie będzie.                                       Wiosna pomału się zbliża, choć temperatura rano była poniżej zera.

Po drodze spotkaliśmy ptasią rodzinkę 🙂

Nadziei i zdrowia przede wszystkim, trzymajcie się!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 54 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 30

W sobotę na giełdzie zwanej „Na dołku” Aldona spotkała Mariannę, zaprzyjaźnioną  sąsiadkę Majki zza ściany, od dawna będącą członkinią „mafii”. Od Teresy wiedziała, że Marianka zainteresowała się czas jakiś temu Tarotem, Księgą Przemian I Czing i nieustannie pogłębiała swą wiedzę w tej materii. Postanowiła wykorzystać okazję i umówiła się na wieczór wróżb oraz odkrywania tajemnic. Po telefonicznej  konsultacji zabrała ze sobą dziewczynki i Tinę wiedząc, że zapewnione będą miały towarzystwo synków gospodyni oraz jamniczki Alfy i kotki Kuleczki.

Marianna otworzyła trzymając się za szczękę.

– Byłam u dentystki – wyjaśniła. – Zamiast szybkoobrotowej wiertarki włączyła taką starą jak traktor. Myślałam, że mózg mi wyjdzie uszami i zacznie latać w koło głowy.

– To może przełożymy spotkanie na inny dzień skoro źle się czujesz? – zatroskała się Aldona.

– No co ty, taki drobiazg miałby nam przeszkodzić w miłym i pożytecznym spędzeniu czasu? Dzieciaki już się zajęły swoimi sprawami, widzisz?

Rzeczywiście, dzieci zniknęły w pokoju chłopców i po chwili słychać było ich komentarze podczas oglądania filmu. Obie suczki, mała i duża, po uważnym, ostrożnym obwąchaniu się,  usiadły każda w pobliżu swej opiekunki bez nieprzyjaznych gestów. Po pewnym czasie wypełnionym uważną obserwacją zbliżyły się do siebie ponownie i widocznie doszły do porozumienia, bo niedługo potem  szalały jakby znały się od dawna. Gospodyni wypuściła je do ogródka, gdzie miały więcej miejsca i zabawek.

– Ja wprawdzie u dentysty nie byłam, ale za to mi się autobusy pozmieniały – westchnęła Aldona. – Jak głupia się poczułam.

– Jak to?

– Ano tak to, że jakiś pechowy dzień miałam. Pozmieniali autobusy, nie ma „U” i 508. No to się przesiadam, gonię i z 504 wysiadłam przystanek za wcześnie. Wskoczyłam w 514 ale tak miałam w głowie, że się muszę przy Wałbrzyskiej przesiąść, że wyskoczyłam tam i w ostatniej chwili złapałam następny autobus nie patrząc na numer linii, żeby podjechać. Jak już usiadłam na miejscu, dopiero wtedy zobaczyłam, że jestem w tym samym, z którego wysiadłam poprzednio. Jak już zorientowałam się co zrobiłam, głupio mi było znów przy onkologii przesiadać się w ten sam autobus, z którego wysiadłam chwilę temu, więc  dojechałam do pętli robiąc sobie wycieczkę krajoznawczą po Natolinie. Zrozumiałaś coś z tego?

– Ja tak – śmiała się Marianna. – Ale jak ktoś nie mieszka na Ursynowie i nie zna naszych połączeń autobusowych, za chińskiego boga się nie wyzna.

– Bo my jako ursynowska „mafia” jesteśmy osobnikami wyjątkowymi  – dodała Aldona. – Marianka, ty nie masz pojęcia, jak ja wciąż się cieszę, że tu należę, jestem, znaczy, no, mieszkam na Ursynowie. Od tego się zaczęła lepsza część mojego życia.

– Ja niedawno też miałam przygodę lokomocyjną – przypomniała sobie Marianna. – Wsiadłam w metro, bo chciałam być szybciej w domu ale stanęło, coś mu się zepsuło.

– Temu metru – zaśmiała się Aldona ze skojarzenia z Bareją i „Misiem”.

– Dokładnie – przytaknęła Marianna. – Wyszłam na górę, patrzę  i ni czorta nie wiem gdzie jestem. Wszystko się pozmieniało jak metro zasypali. Burza, deszcz, wiatr, ohyda! Wreszcie jest przystanek, 503 podjechało, dotarłam okrężną drogą na twój bazarek i jeszcze kawał drogi musiałam pokonać. Zamiast wcześniej byłam w domu dużo później.

– Tak to z komunikacją bywa, ciągle jakieś przygody – westchnęła Aldona.

– Chodź do pokoju, siadaj. Nie, nie na tamtym fotelu, on się rozlatuje – krzyknęła gospodyni. – Tutaj, proszę cię bardzo.

– O rany, dobrze, że mnie powstrzymałaś – Aldona głęboko wciągnęła powietrze do płuc. – Klapnęłabym na podłogę jak nic.

– Daleko byś nie poleciała, nie martw się – bagatelizująco machnęła ręką Marianna. – Nic by ci się nie stało. Już kilka osób miało tu bezpieczne miękkie, lądowanie.

– Mnie może i nic, ale… no nic, dobrze, że mnie powstrzymałaś – zakończyła prawie upadła kobieta.

Marianna spojrzała uważniej na swego gościa. Miała oczy patrzące spokojnie, oczy osoby pewnej siebie, świadomej swojej wartości, sprawiające wrażenie, że przenikają w głąb duszy i potrafią dotrzeć do najskrytszych tajemnic.

– Kawę chcesz czy herbatę – spytała gościa. – A może zieloną herbatę, od niedawna jest już dostępna w zdrowych sklepach i sama jest zdrowa…

– Wiem, przecież mam osobisty zdrowy sklep – uśmiechnęła się do gospodyni. – Odkąd Magda otworzyła swój w osiedlu,  nieźle się podszkoliłam w kwestii zdrowej żywności i ziołolecznictwa.

– No racja, przecież i ja u niej robię zakupy, zieloną herbatę też mam od niej.

– Poproszę, niech będzie zielona – uśmiechnęła się Aldona. – Trzeba zacząć dbać o siebie.

Po chwili na stoliku znalazły się dwie filiżanki z parującym naparem. Marianna wyjęła z pięknie zdobionego pudełka książkę owiniętą w złoty materiał oraz karty.

– To nie czary – spojrzała z uśmiechem na coraz bardziej przejętą Aldonę – Owijam, żeby się nie zniszczyła. Zaczęłam się interesować wyrocznią kiedy sama miałam problemów od groma i próbowałam sobie jakoś z nimi poradzić.

– Słyszałam kiedyś, że w Tarocie diabeł podpowiada – powiedziała trochę niespokojna Aldona.

– Głupoty kompletne – odrzekła Marianna. – Tak bredzą ci, co myśleć nie potrafią i tworzą spiskowe teorie dziejów. Cała tajemnica polega na tym, zresztą jak też w I Czingu, że zadajesz konkretne pytanie. Czyli musisz sama zastanowić się nad swoim problemem, nazwać go, pomyśleć nad wariantami rozwiązania sytuacji a potem jeszcze przeanalizować przekaz wyroczni. Jak widzisz, żadnych czarów w tym nie ma. Jeśli uda ci się skoncentrować na problemie i analizie, sama znajdziesz najwłaściwsze dla siebie rozwiązanie.

– Brzmi sensownie – zgodziła się Aldona. – W normalnych warunkach nie potrafię się skupić, rozprasza mnie byle co, chciałabym rozwiązać kilka problemów jednocześnie i to natychmiast albo jeszcze prędzej, jak mawia tata Majki i Tereski. I złoszczę się, że nie daję rady.

– Wyrocznia podpowie ci po prostu o czym masz myśleć, na czym powinnaś się skupić – powiedziała Marianna rozkładając karty.

Dzieci pobiegły na podwórko, psy rozłożyły się na trawie, zmęczone skokami i bieganiem wokół ogródka. W domu zapanowała cisza rozpraszana delikatnymi, cichymi dźwiękami muzyki. Marianna niczym prawdziwa wróżka przekazała Aldonie znaczenie kart, które od razu trafiło do jej świadomości. Miała wrażenie, że rozjaśnia się mrok w jej duszy i zaczyna świecić światło.

– Coś podobnego, sama prawda – powiedziała zdumiona. – Ty chyba naprawdę jesteś czarownicą.

– O, wypraszam sobie – zaśmiała się Marianna. – Czarownice są stare, brzydkie, bezzębne i mają haczykowate nosy. Czy ja pasuję do tego obrazu?

– No nie, w żadnym wypadku. Najwyżej do obrazu czarodziejki.

– Tak może być, podoba mi się i tego się trzymajmy. Chcesz jeszcze słuchać, czy masz dość?

– Chcę, chcę jak najwięcej, bo muszę całkiem zmienić mnóstwo rzeczy.

– Tak mi tu wychodzi… Zrób coś wreszcie spontanicznie, coś odmiennego od zwykłych, codziennych czynności, posłuchaj intuicji i nie bój się więcej. Gnębią cię wciąż sprawy z przeszłości, odrzucenie albo porzucenie w dzieciństwie, samotność. Najwyższa pora z tym skończyć. Jeśli ci się uda, staniesz się pewną siebie, odważną, niezależną kobietą.

– Ba, wiem o tym, ale jak to osiągnąć, Marianno, w jaki sposób?

– To proste. Docenić siebie i przestać umniejszać swoją wartość.

– Uważasz, że to proste? Dziewczyno, to niemożliwe do osiągnięcia.

– Mylisz się. Wystarczy trochę popracować nad sobą, zrozumieć prawa rządzące wszechświatem…

– Marianko, litości. O czym ty do mnie mówisz? Nad sobą to ja pracuję nieustannie, żeby w łeb nie wyrżnąć takiej jednej… koleżanki. Od tego chyba bardzo daleka droga do tajemnic wszechświata.

– Czyli początek masz za sobą – ucieszyła się „czarodziejka” Marianna. – Teraz wystarczy się skupić na pracy z afirmacjami.

– Teresa już mi dawno o tym mówiła – mruknęła Aldona. – Nawet dała książki do czytania, ale gdzieś je rzuciłam i nie zaglądałam.

– Odszukaj, na pewno dała ci dobre pozycje, przydadzą się. Czekaj, co ci jeszcze mogę powiedzieć… Po prostu wykorzystuj swoje talenty i ruszaj do przodu. Wygląda, że lata pracy zostaną wynagrodzone, ale wciąż będziesz na wysokich obrotach.

– Jakie talenty? Chyba ci się karty pomieszały. A na wysokich obrotach to ja jestem nieustannie od niepamiętnych czasów.

– Doniczko kochana, nie pomieszałam kart – z wielką życzliwością i sympatią „czarodziejka” spojrzała „klientce” w oczy. – Wszystko będzie dobrze, ułoży się po twojej myśli, cierpliwości i spokoju tylko ci trzeba. Ćwicz asertywność, wykorzystuj swoją kreatywność w międzyczasie i rozwiązuj konflikty dyplomatycznie.

– Z dyplomacją będzie gorzej, bo cierpliwość mi się chyba wyczerpuje. A ta asertywność z kreatywnością do spółki?

– Nowe słowa, ostatnio robiące karierę i wpychane wszędzie czy trzeba czy nie, oznaczają  po prostu robienie użytku z szarych komórek i bez zahamowań forsowanie swoich pomysłów,  reklamę swojej działalności i ogólnie promocję swojej twórczości i siebie.

– To nie jest normalne – oświadczyła Aldona. – Uczono mnie, że trzeba być skromną, grzeczną, cichą i nie pchać się przed innych. A chwalić samą siebie to już w ogóle przestępstwo.

– Tak, czasy się zmieniły. Trudno nadążyć za zmianami, które nijak nie przystają do tego, czego byłyśmy uczone od urodzenia. Nic to, Doniczko, wyraźnie mi wychodzi, że sprawy ułożą się po twojej myśli, jak ci już powiedziałam i poradzisz sobie. Tylko nieco wysiłku włożyć musisz w siebie samą, że się tak wyrażę. Kreator to twórca…

– Brzmi nieźle. Twórca własnego życia… Myślisz, że o to chodzi, między innymi oczywiście?

Nastrojowa chwila przerwana została gwałtownie i głośno, ponieważ domofon pod niecierpliwą ręką Majki zdawał się wołać głośniej i natarczywiej niż zwykle. Za moment Majka wtargnęła do mieszkania, tym razem bez Aby, która szczekała na swoim balkonie.

– Marianka, ratuj!  Klucze zostawiłam w pracy, skleroza jedna, nie mam jak wejść do chałupy a psica zaraz górą wyskoczy. O, Doniczka – spostrzegła gościa dopiero gdy przerwała dla zaczerpnięcia tchu i wyjaśniła: – Marianka ma moje zapasowe klucze i mnie ratuje w razie potrzeby. Przeszkodziłam wam?

– Nie, już właściwie skoczyłyśmy. Resztę Doniczka musi sobie przemyśleć w samotności. Siadaj, zrobię ci kawę.

– Z chęcią, ale najpierw muszę wypuścić Abę – Majka z kluczami poszła do siebie i wróciła po niedługim czasie bez Aby.

– Gdzie masz psicę? – zdziwiła się Aldona.

– Grzegorz wrócił, jakby nie mógł odrobinę wcześniej, nie zawracałabym wam wtedy głowy. Aba zaś tak go uwielbia, że skoro już się pojawi, nie odejdzie od niego na krok. Tak więc jestem wolna – uśmiechnęła się. – Coście tu dziś czarowały?

– Zaczarować to by trzeba większość polityków – skrzywiła się Marianna.

– Masz całkowita rację. Ja chyba jestem z innego świata – stwierdziła Aldona. – Czuję się chwilami zupełnie tak, jakbym się żywcem przeniosła w sam środek XIX- wiecznej powieści. Z wierzchu wygląda wszystko niby normalnie, jak teraz, ale wewnątrz jest jak wtedy. Albo nie, gorzej. Wtedy obowiązywały jakieś  wartości i zasady, istniały prawa moralne, uznane normy zachowania, do których należało się stosować, były jakieś pewniki, coś stałego. Do kogoś lub czegoś można się było odwołać na przykład do policjanta czy patriotyzmu. A dziś? To nawet nie kryzys wartości ale, w szerszym zakresie, ich zanik.

– Gęba pełna frazesów, a w środku czarna dziura – przytaknęła Majka.

– Ja to odczuwam podobnie – skinęła głową Marianna.. – Afery, korupcja, świństwa robione przez polityków sobie nawzajem bez cienia pojęcia o czymś, co nazywa się „dobrem publicznym”, coś takiego nie istnieje na skalę kraju.

– Jest, oczywiście, że jest, ale wewnątrz poszczególnych jednostek, gdzieś w duszy. Ale w szerokim zakresie  zdecydowanie nie ma, przynajmniej nie widzę – dodała Aldona.

– I w młodym pokoleniu nie ma – włączyła się „staruszka”  Majka – Zresztą, skąd oni mają się czegokolwiek nauczyć. Idę wieczorem z psem, okna otwarte, bo ciepło i co słyszę? Ano, jak rozmawia ze sobą przeciętna polska rodzina, żonglując głównie słowami na „k”, na „ch” i na „p”, wrzaskiem coś sobie przekazują  tonem, w którym dominuje złość przeplatająca się z agresją. Horror po prostu.

– I w takich domach maleńkie dzieci od urodzenia uczą się życia. No to czego one się nauczą i czego można od nich wymagać? Jeśli młoda matka drze się jak opętana na dziecko siedzące w wózku, wczoraj widziałam taką scenę po wyjściu z metra, to czy ono będzie normalne? Jakie społeczeństwo wyrośnie z takich dzieci? – zastanowiła się Marianna.

– Odnośnie darcia się na dzieci, to ja chyba jestem niechlubnym przykładem – zaczęła Aldona.

– Mamusiu, no co ty – wtrąciła Linka, która po cichu wśliznęła się za Majką i od pewnego czasu uważnie przysłuchiwała się rozmowie. – Ty tylko krzyczysz, ale nie zawsze przecież. Drze to się mama Moniki. No, ona to się dopiero drze.

Do mieszkania wpadła reszta towarzystwa, która w międzyczasie zdążyła zaliczyć oglądanie drugiego filmu oraz zabawę na podwórku i przeleciawszy przez kuchnię  w celu zabrania chipsów z papryką znalazła się w pokoiku, skąd po chwili rozległ się krzyk.

– Mamo, Kuleczka nam na biurko nasikała!

– Nie, to ja – odpowiedziała Marianna i roześmiała się patrząc na zaskoczone miny obecnych. – Tylko podlewałam kwiatki.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 11 komentarzy

Czwartek 19.03.2020

Nie chce mi się wymyślać tytułu do każdego wpisu zawierającego aktualności, dlatego postanowiłam wpisywać daty. Tak powstają zapiski w czasie zarazy koronawirusowej.
We środę poranny spacer z psiepsiołami odbyłam w pięknych okolicznościach przyrody (jak to się teraz mawia), czyli w lasku i na łące gdzie cudne poranne mgły i układ chmur na niebie dawały złudzenie pobytu w górach. Potem stwierdziłam, że przyszedł czas aby zajrzeć w zakamarki szafek kuchennych i sprawdzić co się tam ukryło. Znalazłam m.in. odrobinę ciemnej soczewicy, dorzuciłam ją więc do zupy. W lodówce miałam kostkę białego sera, nie nadawał się już do bezpośredniego spożycia, był zbyt kwaśny. Wrzuciłam go do miski, dodałam 2 jajka, mąki tak ze 3 czubate łyżki, cukier waniliowy. Powstałą masę (niezbyt rzadką) kładłam łyżką na patelnię, rozpłaszczałam tę „kupkę”, smażyłam z obu stron. Na koniec posypałam cukrem pudrem. Wyszły nieduże placuszki, które zniknęły w piorunującym tempie 🙂

Tu cztery ostatnie udało mi się uwiecznić przed unicestwieniem 🙂

Na śniadanie zaś do chleba zrobiłam smarowidełko wykorzystując resztkę żółtego sera, resztkę czerwonej cebulki z wczoraj i resztkę czosnku też z wczoraj. Do tego szczypiorek z doniczki na oknie, sól, pieprz i masło. Utarłam łyżką drewnianą te wszystkie składniki
prawie na miazgę i takie „resztkowe” żarełko powstało całkiem zjadliwe.

Ostatnio smakuje mi tylko tostowe pieczywo i to na zimno, poza tym ma dłuższą trwałość co się dziś liczy

Zorientowałam się za późno, że mam tylko 2 kg cukru. W sklepie nie było. Pójdę za kilka dni uzupełnić zapasy, ale mogę nie trafić na dostawę. Powinnam przestać słodzić, dawno się przymierzałam, próbowałam kilka razy, ale nie wyszło. Może teraz z konieczności…
A dziś rano, po powrocie z lasku, odszukałam przepis według którego moja mama piekła chleb (w prodiżu).

Oczywiście wg tego samego piekła babcia. Mam przed oczami/ w duszy/w sercu scenę – siedzę przy stole w kuchni w Tenczynku, na  stole stolnica i babcia robi ciasto/chleb/makaron. Tak dobrze pamiętam czynności 🙂  Podczas przygotowywania chleba najpierw do garnka wrzucała drożdże, łyżeczkę cukru, mleko i mieszała do rozpuszczenia drożdży. Potem sypała mąkę, wyrabiała drewnianą łyżką wbijając dużo powietrza. Odstawiała do wyrośnięcia, potem przerzucała na stolnicę, wyrabiała znowu. wkładała do brytfanki, w której znowu rosło i potem piekła w tzw. szabaśniku (piekarniku) kuchennego pieca. Po odpowiednim czasie stwierdzała: „ma dość” i zawsze wypiek był idealny. Upiekłam czując obecność mamy i babci koło siebie  i zupełnie dobry wyszedł. Wiele razy tak się zdarza, że kiedy intensywnie myślę o bliskich zza Tęczowego Mostu, potem wyraźnie czuję ich obok siebie. Jak wielka jest siła uczuć, a może tylko sugestii? Nie wiem, w każdym razie  „…czucie i wiara silniej mówią do mnie…”

Jeszcze nigdy taki ładny i smaczny mi nie wyszedł, tym razem jakbym go przygotowywała w obecności babci 🙂

Siedzieliśmy z Mężem przy śniadaniu kiedy Skits dostał ataku padaczki, poprzedni przytrafił mu się prawie rok temu, więc wcale już o tym nie pamiętaliśmy. Jest to okropne przeżycie i dla nas i dla niego. Potem bidulek sprawia wrażenie, że stracił pamięć, obchodzi całe mieszkanie i wszystkie kąty obwąchuje jakby się znalazł w nieznanym sobie miejscu. Tym razem obyło się bez piany cieknącej z pyszczka, więc nie był to atak o najsilniejszym natężeniu. Choć wszystkie inne objawy towarzyszące – były.
Po zażegnaniu niebezpieczeństwa i uspokojeniu się sytuacji przystąpiłam do zaplanowanych wczoraj czynności, czyli zrobiłam mielone kotlety drobiowe dla domowników, a dla siebie kotlety z kaszy jaglanej, pieczarek, cebulki, bułki namoczonej z dużą ilością przyprawy do
gyrosa. Smaczne wyszły.

Kładłam łyżką na patelnię, szybszy sposób niż formowanie w sposób tradycyjny rękami i panierowanie

Jednak nie da się uciec od realu i szlag mnie trafia kiedy słucham tego, co w tej chwili pie…lą w kwestii przeprowadzenia wyborów! Tego się nie da słuchać! Czy oczy się niektórym otworzą dopiero wtedy gdy – jak we Włoszech – będzie za późno?

Młoda sąsiadka zastukała z ofertą pomocy w zakupach jakby było trzeba. I to jest miłe i przywraca nadzieję 🙂  Zresztą – mamy cudowne, wspaniałe społeczeństwo gotowe do pomocy, to tylko jakaś część nie rozumie powagi sytuacji i zagrożenia włócząc się stadami i puszczając dzieci na place zabaw. Niestety, ta mniejsza część może spowodować śmierć ogromnej ilości osób  przez głupotę i nieodpowiedzialność. Poprzez dopuszczenie do wyborów w czasie zarazy również. Mam w oczach obraz z Włoch – kolumna ciężarówek wywożących niezliczoną ilość trumien z ciałami ofiar zarazy. Oni też na początku lekceważyli sobie koronawirusa i zalecenia pozostania w domu, by zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii…

ps. Dziecko wpadło z zaopatrzeniem, mam drożdże i cukier i mnóstwo innych zapasów. Zostawił torby, pomachaliśmy sobie na odległość, z daleka wymieniliśmy parę słów. Nie mogłam przytulić mojego synka!!! Ale dla wspólnego bezpieczeństwa tak musi być.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Tenczynek | 19 komentarzy

Wtorek 17.03.2020

Wczoraj ruszyłam w komódce półkę ze starymi książkami od babci z szafy. Właściwie to jedyne pamiątki, więcej z domku nie mam nic poza wspomnieniami. Są one tak żywe, że chwilami mam wrażenie iż przenoszę się w czasie i znów jestem małą dziewczynką mieszkającą z dziadkami w Tenczynku. Wyjęłam jedną z książek, którą czytałam podczas każdych wakacji. To Artura Gruszeckiego „Tatarzy w Sandomierskiem” wydana w 1928 roku (moja mama miała 5 latek) nakładem Towarzystwa Szkoły Ludowej w Krakowie. To wszystko nic. Wzięłam lupę, żeby odczytać napis na pieczątce i zobaczyłam, że jest to pieczątka Związku Okręgowego TSL w Brzeszczach! Jaki ten świat mały, prawda? Po prawie stu latach od wydania książki dopatrzyłam się tej pieczątki, a miejsce, w którym ktoś ją przybił (w sensie miejscowosci)  wsławiło się swoją mieszkanką, która z kolei wsławiła się m.in. przegraną 1:27 uznaną za sukces. Tak to się plecie na tym świecie…

Nie wiem jak to teraz obrócić, żeby nie leżało na boku 🙁

Rano w szybkim tempie udałam się po chleb. Wzięłam trzy bochenki (pokrojone, w folii) i dwa tostowe. Chleb podzieliłam i włożyłam w zamrażalnik, już teraz będę spokojniejsza, że dla domowników nie zabraknie z dnia na dzień. W mojej Biedronce personel w maseczkach
(w sobotę były tylko rękawiczki), puste miejsca na półkach, nie ma cukru, drożdży, proszku do pieczenia. Złapałam jeszcze masło, jedno mleko (stały 2 butelki świeżego, zostawiłam drugą, żeby ktoś jeszcze skorzystał), dwa kartony UHT (też już końcówka), jajka, śmietanę, dwie rolki papieru toaletowego takiego luzem, bez opakowania, mielone drobiowe (przedostatnie) na kotlety dla rodzinki i odetchnęłam, że dla nich mam. Wczoraj ugotowałam gar zupy z soczewicą. Nie wiem czy im będzie smakować, ale trudno. Jak się nie ma co się lubi – to się lubi co się ma. Chociaż Andrzej Poniedzielski ostatnio śpiewał o nas (w sensie o rodakach ) -” Jak się nie ma co się lubi, to się nie lubi tego, co się ma”. Coś w tym jest…
Poza tym wirusisko macki rozpościera, kolejne ofiary zabiera i czekać trzeba aż znajdzie sie na niego antidotum. Oby szybciej.
Z psiepsiołami spacery w ustronnych miejscach są okazją do dotlenienia organizmu niezawirusowanym powietrzem.

To coś białe na ziemi to szron, wyglądał przepięknie w porannych promieniach. Były tez sarny, całe stadko, były bażanty i mnóstwo innych ptaków. Zwierzęta czują wiosnę.

Trzymajcie się !!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 43 komentarze

Sobota 14.03.2020

Poszłam rano po konieczne zakupy – chleb, masło, mleko. Przy okazji wzięłam rzeczy, które się akurat kończą – żel pod prysznic, szampon, pastę do zębów i najważniejsze: puszki dla Szilki. Z tym ostatnim produktem był kłopot, nie tylko dziś, od kilku już dni nie ma tych, które normalnie kupuję, musiałam więc wziąć to, co było. Bez problemu i bez kolejki sprawę załatwiłam. Przy kasie tylu klientów co w normalnym dniu w środku tygodnia, nie w sobotę przed „zamkniętą” niedzielą. Pani kasjerka miała rękawiczki i to była jedyna różnica. Być
może później przyszło więcej ludzi, ja odwiedziłam Biedronkę niedługo po otwarciu. Mąki nie było, kilka torebek kukurydzianej widziałam. W stronę półki z cukrem nie spojrzałam, więc nie wiem czy był.
Wróciłam do domu, oczywiście umyłam dokładnie ręce, wypakowałam z wózka zakupy myśląc sobie, że wirusisko może być wszędzie, absolutnie wszędzie gdzie tylko zechce i tak naprawdę nie ma sposobu, żeby go zatrzymać. Mogę tylko wierzyć, że akurat nie było go
tam gdzie byłam ja. No więc tak: zakupy zrobione, można zostać w domu. Upiekłam ciasto drożdżowe wg przepisu znalezionego między zapiskami mamy, wyciętego ze starej gazety. Nie wiem już z jakiej, może z Ekspresu Wieczornego?

Ten „model” upieczony był w zeszłym tygodniu na próbę, posypany został cukrem pudrem

To dzisiejszy wypiek, nie zdążyłam ładnie wyłożyć do zdjęcia ponieważ został brutalnie potraktowany nożem przez moje szczęście jeszcze w papierze do pieczenia i na desce 🙂

Co jeszcze zrobiłam? Dla siebie na obiad, tak na szybko, kotleciki/placki z ugotowanych ziemniaków, które utarłam na tarce, dodałam jajko, cebulkę pokrojoną drobno, trochę mąki ziemniaczanej, sól, pieprz, czosnek granulowany. Wymieszałam dokładnie, łyżką kładłam na patelnię na rozgrzany olej i usmażyłam z obu stron.
Dlatego osobno zrobiłam dla siebie, że od środy popielcowej nie jem mięsa w ogóle nawet drobiu. Przygotowuję dla Męża i babci D. lecz sama się powstrzymuję i dobrze mi z tym 🙂 Zrobiłam ostatnio – wszystko na szybko – dwa rodzaje takich kotleto-placków.
1. Resztkę kaszy bulgur, która została z obiadu, połączyłam z utartą pieczarką, jajkiem, odrobiną mąki ziemniaczanej, przyprawą do gyrosa, dokładnie wymieszałam i kładłam łyżką na rozgrzany olej.
2. Tym razem wykorzystałam resztkę kaszy gryczanej, do niej dodałam jajko, pokrojone dwa plasterki sera (radamer akurat miałam), trochę mąki, wymieszałam i usmażyłam kładąc łyżką na patelnię.
Za każdym razem wyszły mi 4 sztuki. Mężowi smakowały z kaszą gryczaną, zmusiłam go do spróbowania wszystkich.

Tak wyglądały dzisiejsze

W ramach chwilowego zapomnienia o koronawirusie obejrzeliśmy „Sabrinę” z 1954 roku z Audrey Hepburn i Humphreyem Bogartem. Rozmarzyłam się patrząc na modę, fryzury, urodę, kobiecość, maniery, elegancję panów…  Ach, jakie to wszystko inne, o lata świetlne
oddalone od dzisiejszego czasu pod każdym względem. Potem trafił się biegun przeciwny, któryś odcinek „Chłopów”. Tu z kolei miałam odmienne odczucia (książkę kocham, dawno temu czytałam kilka razy pod rząd, oraz nieskończoną ilość razy na wyrywki) i cieszyłam się, że rzeczywistość nasza jest już zupełnie inna. Choć oczywiście ludzkie charaktery pozostają takie same od początku świata.

Oby w tych trudnych chwilach przeważały pozytywne cechy naszych ludzkich charakterów, i żeby już tak zostało na czasy powirusowe… 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 35 komentarzy

Przedwiośnie, spacer o świcie

Przez te wszystkie cuda elektroniki pewnie niedługo oszaleję. Niby już opanowałam odbieranie telefonu, nawet pisanie komentarzy chwilami mi się udaje, ale nie u wszystkich i nie zawsze. Za chińskiego boga nie chce się opublikować i znika. To samo z wejściem na
niektóre blogi, nie da się i nic nie potrafię poradzić. Muszę czekać do następnej wizyty Dużego. Teraz mi ustawił kolory, bo dziwne były, zrobił jakieś hokus-pokus i zdjęcia robione tym telefonem od razu lądują w Lapciu. Świetnie, tylko ja ich stamtąd na blog nie umiem
przerzucić 🙁  Denerwuje mnie też straszna ilość jakichś ikonek, których nigdy używać nie będę, bo ani gier nie używam, ani muzyki w ten sposób nie słucham, ani kupować niczego nie mam zamiaru, ani robić wielu innych rzeczy. Natomiast uzupełniłam (sama!) kontakty,
zdjęcia kontaktów wstawiłam, zdjęcia potrafię też „obrobić”, zmieniłam sobie tapetę na ekranie startowym na własnoręcznie zrobioną fotkę, w dowolnym miejscu w domu mogę sobie przejrzeć pocztę, wiadomości – i to jest fajne, bo  Lapcio musi być na sznurku, czyli muszę go podłączyć do rutera, inaczej nie łapie internetu, nie widzi go, bo stary i ślepy zupełnie jak ja 😉

Z psiepsiołami wychodzę bladym świtem, to znaczy teraz już dzień dłuższy mamy, więc i świt nie taki blady, ale kilka zdjęć zrobiłam i pomyślałam, że pokażę Wam jedną z tras spacerowych, oczywiście jedynie wybrane fragmenty.

 

 

 

Idąc tą trasą mam wrażenie, że znajduję się na zapadłej wsi i na tym cały urok polega 🙂 Jest to bardzo mylące, ponieważ uwieczniona dróżka znajduje się między ruchliwymi ulicami, lecz jest to enklawa, jakby w skansenie. Stoi dom obok którego jest uprawiane pole, gęsi i kury w zagrodzie, nawet koń pasie się między jabłoniami. Dalej jest osiedle, właściwie taka dzielnica willowa, dzielnica domów o podobnym wyglądzie, stawianych wyraźnie w tym samym czasie i według podobnego projektu. Idę tamtędy z uczuciem, jakbym była na wakacjach, Mąż ma takie same odczucia. Domek na ostatnim zdjęciu stoi niedaleko nowoczesnego, ekskluzywnego osiedla, takie pomieszanie z poplątaniem, stylów, czasów i w ogóle wszystkiego. Całe nasze życie jest ostatnio takie poplątane. I wirus nam wszystko poplątał…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 41 komentarzy

Wiosna i dziewczyńskie święto :)

Wiosna wyraźnie ma dość czekania na swoją porę kalendarzową. Skoro nie było śniegu, nie było prawdziwej zimy to ona, wiosna, dłużej czekać nie będzie w przedsionku, czyli w przedwiośniu i pokaże się za chwilę w pełnej krasie. Z zadziwieniem patrzyłam na cudne
krokusiki, nie spodziewałam się zobaczyć śladów wiosny tak wcześnie.


Uświadomiłam sobie wczoraj na blogu Lucii, że to już Dzień Kobiet. Jakoś mi szybko zleciał ten czas i naprawdę nie zauważyłam, że to już. Czasem bywało tak, że na to święto pierwszy raz zakładało się pantofle. A bywało i tak, że w kozakach wysokich szło się po brei pośniegowej. W tym roku nie ma się co topić, nie było śniegu nawet przez cały jeden dzień, co się dotąd za mej pamięci nie zdarzyło. Mnie osobiście to nie przeszkadza, zimna nie lubię, ale zdaję sobie sprawę, że dla roślin to jest bardzo niedobra sytuacja.
U Lucii przeczytałam o piwoszkach od Salmiaki. Czym prędzej skoczyłam na blog Salmiaki (genewa.home.blog) i ściągnęłam przepis. Wypróbowałam z połowy podanych produktów, trochę się bałam, co mi z tego wyjdzie. Niepotrzebnie, bo wyszły fantastyczne, pyszne
rożki. Piwoszki dlatego, że do ciasta potrzebne jest piwo. Wykorzystałam tyle ile podano w przepisie, resztę zużyłam wewnętrznie, nie mogłam przecież pozwolić, aby się trunek zmarnował 🙂  Działał potrójnie – odkażająco, rozweselająco oraz filtrująco nerki. Tak więc sama korzyść 🙂  Rożki zniknęły szybko i  zrobię drugi raz, mam jeszcze jedną margarynę w lodówce. Tak się rozochociłam 🙂

Pyszne piwoszki 🙂

Na razie kończę, przecież w nasze dziewczyńskie święto nie będę mówiła o poważnych sprawach. Skituś zagląda mi przez ramię.

Skituś składa wszystkim Dziewczynom najlepsze życzenia, żeby zawsze miały pełne miski i kogoś, kto je będzie głaskał i przytulał 🙂 🙂 🙂 

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze