Dżem na nosie

Jadłeś kanapkę z dżemem. Nie zauważyłeś, że grudka słodkiego przysmaku została na czubku nosa. Zdążyła przyschnąć a ty niczego nie zauważasz. Nie zwracasz uwagi na znaczące spojrzenia otoczenia. Nie reagujesz na delikatne sugestie sąsiadów. Bagatelizujesz uwagi dalszych znajomych. Przyschnięta kropla dżemu ściąga skórę i zaczyna cię drażnić. Wściekasz się, złościsz winiąc innych za twój dyskomfort. Wreszcie wychodzisz na ulicę. Ludzie mówią ci, że masz coś na nosie. Wściekasz się coraz bardziej, wręcz dostajesz szału. A wyjście jest takie proste…

Jeśli mówi ci to samo 27 osób – spojrzyj w lustro albo chociaż ukradkiem wytrzyj nos chusteczką.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

8 marca

No i jest rekord! 105 570 801,49 zł! Chyba dobrze spisałam sumę. Dowód na to, że jesteśmy wspaniałym narodem i wbrew wszelkim przeciwnościom potrafimy razem dużo osiągnąć 🙂

Dziś inna ważna okazja. Trzymam kciuki za wszystkie odważne, dzielne, samodzielne dziewczyny. A także za te, które dotąd nie miały możliwości takimi się stać, przed którymi jeszcze walka z przemocą, agresją, głupotą, walka o godność i szacunek.

Niech żyją wspaniałe dziewczyny ze swoimi parasolkami!

Obiło mi się o uszy, że w nowej erze Wodnika władza się facetom wymyka…

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

WOŚP 25.Finał

Dzisiaj Jurek Owsiak ma ogłosić sumę zebraną podczas styczniowego finału. Mam nadzieję na kolejny rekord. W fantastycznej sprawie nie mającej sobie równej na całym świecie, która pokazuje, że większość z nas ma w sobie pokłady dobra. Jest to „coś”, co pokonuje małostkowość, małoduszność, egoizm, „tumiwisizm”, bezinteresowną agresję i nienawiść do przedstawicieli własnego narodu z czego nasza nacja słynie w świecie, warcholstwo, niszczenie wszelkiej inności dla samej zasady tylko lub w imię prywatnych interesów „wybranych” z pomijaniem dobra ogółu. Czyli to wszystko co wylewa się codziennie z ekranów telewizyjnych, krzyczy dużymi literami tytułów artykułów w gazetach. Aż przychodzi dzień taki jeden w roku gdy wypływa na wierzch dobro a zło przycicha. I dzieje się tak już od ćwierć wieku.

Jeśli się komuś nie podoba, a takich jest niemało, cóż, nie musi wrzucać nawet jednego grosza do puszki, przecież nikt mu nie każe.    I nawet może odmówić korzystania ze sprzętu z naklejonym czerwonym serduszkiem kiedy znajdzie się w szpitalu on sam albo ktoś z jego bliskich, dziecko na przykład. Ma prawo nie korzystać.

Orkiestra „grała” dla życia, dla całego życia, od wcześniaków do seniorów. Takie proste. Na jednej szalce wagi są niemowlaki, na drugiej seniorzy. A w środku, pomiędzy nimi? Z czego wynika co jest w tym środku? Z genów, z wychowania, z otoczenia w jakim przyszło funkcjonować, z różnych osobistych przeżyć? Jak zachować równowagę w owym środku, żeby znalazłszy się całkowicie na szalce seniorów móc sobie spojrzeć w oczy bez wstydu i obrzydzenia? A nawet z pewną dozą dumy powiedzieć do twarzy w lustrze: jesteś ok.

W odpowiedzi, jak na pasku informacyjnym u dołu ekranu telewizora, przesuwają się słowa:” warto być przyzwoitym”.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 8

 W czasie wakacji dni biegną tak szybko jeden za drugim, że traci się rachubę czasu i przestaje zwracać uwagę na datę i dzień tygodnia. Szczególnie gdy dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy i pojawiają się zagadki czekające na rozwiązanie.

– A ja narzekałam, że się zanudzę w Tenczynku – powiedziała do siebie Zuźka. – Tymczasem nie wiadomo kiedy minął tydzień, jutro przyjeżdża mama a my z Julką nie zdążyłyśmy zajrzeć do zamkniętej szuflady.

Zeszła do kuchni, gdzie Julka zajęta przygotowywaniem śniadania nie zwróciła na nią uwagi.

– Hej, głucha jesteś? – klasnęła w ręce.

– O rety, Zuźka! Ty małpo jedna, o mało się nie oblałam wrzątkiem.

– To uważaj co robisz. Jakaś nieprzytomna jesteś. Co ci? Nie wyspałaś się na ławce?

– Śmiej się, śmiej, a ja miałam jakieś dziwne sny i jeszcze się nie mogę otrząsnąć…

– Po śniadaniu będziesz lepiej myśleć – zaśmiała się Zuzia. – Czy ty pamiętasz, że jutro mama przyjeżdża?

– Dlatego ciocia pojechała po zakupy. Musimy przygotować coś specjalnego na powitanie, żeby wiedziała, że się cieszymy z jej przyjazdu.

– O, już ciocia wróciła, właśnie wjeżdża przez bramę. Chodź, pomożemy jej wyładować torby.

Wobec perspektywy przyjazdu pani Bogny sprawa dziwnych snów i tajemnic rodzinnych zeszła na dalszy plan. Chłopcy po śniadaniu pobiegli do kuzynów grać w jakąś nową grę. Dziewczyny pod okiem pani Halinki przeszły przyspieszony kurs pieczenia ciasta. Oczywiście najpierw entuzjastycznie wyraziły na to zgodę, pragnąc sprawić mamie przyjemną niespodziankę.

– Gdybyście wolały zająć się czymś innym niż gotowanie – powiedziała ciocia wyjmując z szafki produkty niezbędne do stworzenia kulinarnego arcydzieła – nie będę was do tego zmuszać, rozumiecie, prawda? Chłopcy często pomagają w kuchni i jest dla nich zupełnie oczywiste, że każdy zajmuje się tym, co aktualnie jest potrzebne.

– W porządku ciociu – odpowiedziała Zuzia. – Chętnie dla mamy coś specjalnego zrobimy. Stęskniłyśmy się za nią, prawda siostra?

– A gdzie mama będzie spała? – spytała Julka jednocześnie kiwając potakująco głową w stronę siostry w odpowiedzi na jej pytanie.

– Na wersalce, w pokoju dziennym – usłyszała odpowiedź.

– To będzie miała telewizor przez całą noc – zauważyła dziewczynka.

– A co, zazdrościsz? Przecież wolisz spać na ławce przed domem – szepnęła Zuzia.

– A żebyś wiedziała… Tak jak ty skradać się po ruinach – odgryzła się Julka.

– Wtedy nie było ruin, tylko wspaniała renesansowa rezydencja – sprostowała Zuzia.

– O czym mówicie ? – zainteresowała się ciocia.

– A takie tam, coś nam się śniło i próbujemy uściślić co…

Do wieczora nie było czasu zajrzeć na strych. Zresztą naprawdę im to wypadło z pamięci. Julka poszła do cioci Heli ponieważ obiecała zająć się dziewczynkami umożliwiając ich mamie spokojne zajęcie się przetworami z wiśni. Bliźniaczki nie odstępowały Julki na krok i z wielkim przejęciem słuchały bajek, którymi młodziutka bajarka sypała jak z rękawa. Zuźka zaś poszła na Skałki z Bartkiem oraz Szilką i Kasztanem. Rozmowa nastolatków rozpoczęła się od tematu wolontariatu w schronisku dla bezdomnych zwierząt i hipoterapii jako skutecznego sposobu leczenia pewnych dolegliwości, poprzez mnóstwo tematów pośrednich, aż do przyszłości Bartka jako leśnika i planów Zuzi ukończenia studiów na wydziale weterynarii.

Pani Bogna przyjechała najwcześniejszym porannym pociągiem. Pan Emil przywiózł szwagierkę z Krakowa tak jak tydzień wcześniej jej córki. Radości podczas powitania było co nie miara.

– Aż trudno was poznać po tych kilku dniach – nie mogła się nadziwić. – Opalone, uśmiechnięte, wypoczęte, choć podobno wcale długo nie śpicie…

– A nas możesz poznać? – dopytywali się chłopcy. – My już dużo urośliśmy.

– Faktycznie, na ulicy bym miała trudności, bo nie spodziewałam się aż tak dużych facetów – z uśmiechem zmierzwiła dwie czuprynki zadowolonych „facetów”.

– Mamusiu, bo tu jest bajkowo – z zachwytem zaczęła Julka. – Byliśmy na zamku, piekliśmy ziemniaki, wujek Andrzej ratował Kasztana, złapali kłusownika i go zamknęli i bliźniaczki cioci Heli są takie słodkie…

– A Zuźka i Bartek mieli randkę w czwartek … – zawołali chórem chłopcy.

Zuźka spojrzała na braci spode łba i pomyślała, że nie daruje szczeniakom, tym razem na pewno.

– …i praprababcia Frania z prapradziadkiem Feliksem przylecieli w nocy…– ciągnęła Julka.

Pani Halinka i pani Bogna spojrzały na siebie ze zdumieniem.

– Mówiłaś im coś? – spytała mama dziewczynek.

– Nie, nigdy nawet nie wspomniałam – odpowiedziała mama chłopców.

– Skąd znasz imiona pradziadków? – spytała pani Bogna.

– Chyba prapradziadków – sprostowała Julka. – Przyśnili mi się.

– I co, tak ci się przedstawili, we śnie? – z niedowierzaniem patrzyła na córkę.

– Właśnie tak było. Zastanawiam się dlaczego do tej pory nie znałam ich imion. Zuźka, ty też, prawda? – zawołała do siostry.

– Do tej pory mnie to nie obchodziło – odpowiedziała Zuźka. – Ale teraz owszem. Te rodzinne tajemnice są intrygujące. No właśnie, mamo, dlaczego nie wiemy nic o prapradziadkach, nawet nie znałyśmy ich imion? A ty je znałaś!

– Ponieważ… nie pytałyście…a poza tym… moi rodzice spełnili życzenie mojej babci…

– Czyli babcia Marianna i dziadek Wojtek – uściśliła Zuzia – spełnili wolę prababci Stefy i pradziadka Staszka.

– Właśnie – wtrąciła ciocia Halinka.

– Ale o co chodziło? – zniecierpliwiła się Julka.

– Chodziło o nieprzekazywanie informacji o okropnej kłótni miedzy Staszkiem a Feliksem, w wyniku której teść i zięć zerwali ze sobą kontakty i żonom również ich zabronili. Obaj byli okropnymi cholerykami. Feliks przyrzekł swoją córkę Stefanię bogatemu i leciwemu już gospodarzowi. Ona jednak pokochała Staszka. Sprzeciwiła się ojcu, więc ją wydziedziczył. Ot i cała tajemnica. Młodzi ślub wzięli, unieśli się honorem, wynajęli pokój w domu z czerwonej cegły przy drodze do kościoła i tam zamieszkali. Potem Staszek znalazł pracę poza Tenczynkiem, wyjechali stąd i nigdy więcej nie wrócili.

– A co z domem? W jaki sposób przeszedł w obce ręce? – dopytywały się dziewczynki.

– Stefa miała brata Janka, któremu wszystko przypadło w spadku po rodzicach, kiedy zginęli w wypadku. Sprzedał dom, pole i pojechał na Śląsk. Wtedy bez trudu można tam było dostać pracę i mieszkanie. Niestety, długo nie nacieszył się życiem, zginął w kopalni.

– Zupełnie jakby jakieś fatum zawisło nad rodziną. Dlatego nasza mama – tu Halinka spojrzała na Bognę – nie chciała o tym mówić bojąc się, że jego działanie może się przenieść na kolejne pokolenia.

– Ojej, to zabobony. Poza tym nic nie jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka – z tajemniczą miną stwierdziła Julka.

– A ty skąd taka mądra jesteś? – skrzywiła się Zuzia.

– I prababcia i praprababcia mi to powiedziały. Tam w ogrodzie…

– Chyba we śnie, siostro, chyba we śnie.

– Niech ci będzie – tajemniczo się uśmiechnęła. – A ja swoje wiem.

– Brednie – zlekceważyła siostrę Zuzia.

Wujek Emil do tej pory w milczeniu towarzyszył ceremonii przywitania głównie żeńskiej części rodziny. Gdyby nawet próbował się odezwać, zostałby zagłuszony przez pięć damskich głosów, czyli dwóch starszych sióstr, dwóch młodszych sióstr oraz Szilki, która bez wątpienia mężczyzną nie była i chętnie włączała się do rozmowy wysokim „auuu”. (Chłopcy znudzeni rozmową o rodzinnych koligacjach czmychnęli do kuchni zajadając się tam kremem, który miał być dodany do poobiedniego deseru.) Przysłuchiwał się jednak uważnie i wyłowił szczegóły, które umknęły uwadze rozentuzjazmowanych pań. Wyczekał na chwilę przerwy spowodowaną częstowaniem się wybornym ciastem z truskawkami, w którego tworzeniu dziewczynki brały czynny udział. Chrząknął, zastukał łyżeczką w swoją filiżankę z kawą jakby chciał wygłosić toast, chrząknął jeszcze raz i zrobił poważną minę starając się ukryć wesołe iskierki w oczach.

– Brednie? – zaczął. – Może niekoniecznie. Zuziu, mamy tu wątek powielający się w twoim śnie. A mianowicie córka zbuntowana przeciw ojcu, która idzie za głosem własnego serca. Nie ma zamiaru słuchać ślepo ojca i wyjść za mąż za wybranego przez niego kandydata. Ma odwagę sprzeciwić się despocie, ponosi karę, ale nie daje się zastraszyć. Pomyślcie, Dorota całe wieki spędziła w zamknięciu dopóki nie przyśniła się Zuzi. A wasza prababcia wyjechała stąd i dopiero teraz przyśniła się Julce. Powiedziała też, że ma kontakt z matką, którego na tym świecie nie miała.

– Emilku, a ty co? – zdziwiła się pani Halinka. – Może i ty miałeś jakieś sny?

– Oj miałem, miałem, ale – uśmiechnął się do żony i szeptem dodał – ale opowiem ci o nich wieczorem.

Julka patrzyła na wujka z uwielbieniem. Nareszcie jest ktoś, kto myśli poważnie i potrafi wyciągać wnioski.

– Wujku, a może poszedłbyś z nami na strych otworzyć zamkniętą szufladę w komodzie? – zaproponowała.

– Czemu nie? Chętnie – zgodził się od razu. – Niech sobie tu siostry siedzą i plotkują a my chodźmy.

– A ja to co? – konspiracyjnym szeptem spytała Zuzia. – To przecież dzięki mojemu snu…snowi…kluczyk się znalazł.

– Moje wy śpiące królewny, chodźcie – uśmiechnął się wujek.

Poszli na strych. Julka uroczyście wręczyła wujkowi mały kluczyk. Dla podkreślenia wagi chwili pomału i z namaszczeniem przyjął klucz z rąk bratanicy, obejrzał, zważył w dłoni jego ciężar. Dziewczynki wstrzymały oddech z wrażenia, kiedy wkładał kluczyk w zamek. Coś zaskrzypiało, zazgrzytało, jęknęło, stęknęło i klucz się przekręcił. Z trudem ale jednak się przekręcił. Przez chwilę wujek mocował się z szufladą. Stawiła zdecydowany opór, jakby nie chciała wypuścić na światło dzienne tajemnic, które tak długo skrywała. Nie miała szans i musiała ustąpić przed połączonymi siłami sióstr i wujka. Zaciekawionym oczom – bo i pan Emil wydawał się być ogromnie zaintrygowany – ukazała swoje wnętrze.

Niestety, nie dane im było zaspokojenie ciekawości w tym konkretnym momencie ponieważ rozległ się znajomy tupot, ściany domu prawie się zatrzęsły od naporu energii dwóch małych chłopców. Wpadli na strych roztrącając siostry.

– Ładnie to tak? – wydyszał Krzysiu.

– To wy tak same, bez nas się tu włamałyście? Wiecie co, wy świnie jesteście! Normalne świnie a nie siostry – wykrzyczał Zbysiu.

– Nie gorączkuj się braciszku – usiłowała uspokoić sytuację Zuźka. – Wykorzystałyśmy okazję, że wujek był chętny. Zawsze to lepiej dokonywać odkryć w obecności dorosłych. Prawda, siostra? – odwróciła się puszczając porozumiewawczo oko do siostry i wujka.

– Pewnie – przytaknęła Julka. – Nigdy nie wiadomo co z takiej szuflady wyskoczy.

– I co wyskoczyło? – zainteresował się Krzyś.

– Nie widziałam, bo wpadliście jak stado słoni i wszystko uciekło – krztusząc się ze śmiechu wycharczała Zuzia.

– Może mysz? – zastanowił się Krzyś.

– Coś ty, jakby w szufladzie siedziała mysz to wszystko byłoby pogryzione. A tam są przecież jakieś całe rzeczy.

– Proponuję wyjąć całą szufladę na stolik i wtedy dokładnie sprawdzimy jej zawartość – powiedział pan Emil.

– Jasne, wujek ma rację – przytaknęła Zuźka. – Przecież nie będziemy tu kucać w nieskończoność.

Szuflada została przeniesiona na stolik. Przez wszystkich, bo cała czwórka chciała mieć udział w tak wiekopomnym zdarzeniu ale wiadomo, że największy ciężar dźwigał wujek a ciężar był naprawdę spory. Stanęli wokół stolika i jakoś nikt pierwszy nie wyciągnął ręki. Nawet chłopcy przestali się szturchać i patrzyli na zamknięte stare metalowe pudełko trochę większe niż zeszyt. Na kilka paczek kopert, z których każdą ktoś kiedyś przewiązał wstążeczką.. Na drugie pudełko, nieco mniejsze od pierwszego, a napisy na nim umieszczone świadczyły, że pierwotnie zawierało sypką herbatę. Dalej leżało zawiniątko kształtem przypominające komplet sztućców. To wszystko zajmowało mniej niż połowę ogromnej szuflady. Drugą część wypełniał jeden wielki pakunek.

– Co to może być? – szepnęła Julka przerywając milczenie.

– Nie wiem. Zaczniemy od tego? – Zuźka błagalnie patrzyła na wujka.

– Jak chcecie – powiedział spokojnie ale najwyraźniej zaciekawiony nie mniej niż dzieci. – To zaczynamy. Poszukiwacze skarbów gotowi?

– Tak – odrzekli chórem.

Wujek wyjął ostrożnie to „coś”, co opakowane było kilkoma warstwami papieru i owinięte tkaniną. Z zapartym tchem patrzyli jak kładł pakunek na podłodze. Nic z niego nie wyskoczyło, nic nie wybuchło. Dziewczynki pomogły wujkowi rozsupłać sznurki oplatające papier. Zdejmowali wspólnie opakowanie, warstwę po warstwie. Wreszcie oczom obecnych ukazał się delikatny, kremowy materiał który był… przepiękną ślubną suknią, pod nią zaś spoczywał długi welon zdobiony u góry wyhaftowanymi drobnymi kwiatami niebieskich różyczek

– Jakie to cudne – krzyknęła Julka.

Pełna emocji zbiegła po schodach i chwyciła mamę za rękę.

– Mamusiu, chodź zobaczyć co znaleźliśmy. Ciociu, ty też. To jest coś cudownego.

Zaciekawione zachowaniem dziewczynki poszły z nią na górę. A tam Zuźka zdążyła już przymierzyć suknię i założyć welon na rozpuszczone włosy. Obie panie stanęły jak wryte na ten widok.

– To jest moja córeczka? Ta dama? Niemożliwe, podejrzewam jakieś czary, które moje maleństwo zmieniły w taką dużą pannę, na którą pasuje ślubna suknia – załamała ręce pani Bogna.

– Piękna, prawda mamo? Pasuje na mnie jak ulał. Jak ze starego filmu.

– Czyja może być ta suknia? – zastanawiała się Julka.

– Może być prababci Frani, córeczko. Pamiętam jak przez mgłę, że ktoś mówił o welonie haftowanym w niebieskie różyczki – przypomniała sobie mama Bogna.

– I przechowałaby się na strychu? Tyle czasu? – z powątpiewaniem pokręciła głową ciocia Halinka.

– Dlaczego nie? – odpowiedziała jej siostra pytaniem na pytanie. – Była bardzo dobrze zabezpieczona, szuflady nikt nie otwierał wieki całe więc nawet kurz tam nie wchodził…

– Kiedyś meble robiono szczelne, bardzo starannie i z dobrego surowca – wtrącił wujek Emil.

– …a na strychu jest sucho – ciągnęła dalej. – Kolejni właściciele jakoś miejsca w domu nie zagrzali, ani jeden, więc najwyraźniej nawet specjalnie nie zaglądali do strychowych zakamarków.

– Widocznie nie mieli dzieci – zauważył Krzyś.

– Bo dzieci wszędzie wejdą i wszystko znajdą, prawda? – dodał Zbyszek.

– Faktycznie, nie mieli, lecz nawet wy, moi synkowie waleczni, niczego nie znaleźliście…

– Bo nie szukaliśmy – przerwał mamie Zbyszek. – Jakbyśmy szukali, to byśmy znaleźli.

– … i dopiero dziewczyny musiały przyjechać, żeby przeszłość odsłoniła swe tajemnice…– dokończyła.

– Ale to siostry! Co prawda cioteczno-stryjeczne ale siostry – wzruszył ramionami Krzyś. – To tak jakbyśmy my sami szukali, znaleźli i tyle.

Wujek zaproponował, żeby wyjąć pozostałe przedmioty z szuflady, znieść na dół i dopiero tam spokojnie, po kolei oglądać znaleziska. Tak zrobili. W zawiniątku rzeczywiście były sztućce. Stare, srebrne, przepięknie zdobione, z pewnością przedstawiające dużą wartość. W jednym pudełku znajdowała się koperta z fotografiami, para złotych obrączek z wygrawerowanymi literami FF po wewnętrznej stronie i cyfrą 1922, która z pewnością oznaczała rok zaślubin tej pary. Dalej złoty łańcuszek z medalikiem, dwa złote pierścionki oraz srebrna papierośnica. W drugim, większym pudełku uwagę dorosłych w pierwszym rzędzie przyciągnęły zeszyty. Były to szkolne zeszyty Stefanii i Janka, jeszcze sprzed wojny. Tylko matka mogła z taka pieczołowitością przechować na pamiątkę zeszyty swoich dzieci.

– Spójrz mamo, tu jest jeszcze inne pismo, takie dorosłe – zauważyła Zuzia przeglądając jeden z zeszytów.

– Pokaż. Masz rację, inne. O rany, to są zapiski prababci Frani! Halinko, zobacz, są nawet daty!

– Coś podobnego. To pamiętnik. Pamiętnik prababci. Naprawdę odkryliście skarby, moje wy skarby kochane – spojrzała ze łzami w oczach na sprawców owego odkrycia.

– Pamiętnik? Taki dziewczyński? Też mi skarb – mruknął zawiedziony Zbyszek.

– Nie dziewczyński tylko praprababciny – sprostowała Julka.

– A co, może ta praprapra…ileś tam razy była chłopakiem? – skrzywił się Krzyś.

– Pewnie, Kopernik też była kobietą – zacytowała Zuzia.

– I nic tam już nie ma ciekawego? Same papiery? – chłopcy wyraźnie byli zdegustowani znaleziskiem.

– Wygląda na to, że papiery – odpowiedział im ojciec.

– To my sobie idziemy do domku na drzewie. Tu się zaczyna robić nudno – stwierdzili obaj.

– A idźcie, idźcie tylko potem nie narzekajcie, że was coś ominęło – upomniała Julka.

– Tu nic więcej nie ma do omijania. – I już ich nie było.

Tymczasem dorośli zaczęli przeglądać papiery. Były tam stare – jeszcze sprzed wojny – obligacje korporacyjne, spory pakiet papierów wartościowych, niektóre z nich emitował bank, inne firma ubezpieczeniowa.

– Ciekawe – wujek Emil z coraz większym niedowierzaniem czytał papiery. – Ciekawe. Pójdę z tym do kancelarii prawnej, z którą współpracujemy. Być może odziedziczyłyście po pradziadkach spadek. To znaczy nie wy ale wasza mama.

– Jak to? – zdziwiły się żona i szwagierka.

– Tutaj są dane osobowe waszych pradziadków. To była ich własność. Janek zmarł bezpotomnie, więc całość przechodzi na Stefanię a potem na Mariannę.

– Przecież Feliks wydziedziczył Stefę – przypomniała pani Bogna.

– Widocznie mu przeszło. Patrzcie, tu stoi jak byk, że uposażonymi są dzieci: Stefania i Jan. Data też jest…zaraz….zaraz…wasza mama już była na świecie.

– Nic nie jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka – powiedziała Julka zaczynając rozumieć znaczenie słów przodkiń ze swego snu.

– Chyba masz rację – zgodziła się Zuzia.

– Mama nam nie uwierzy – zwróciła się pani Halinka do siostry. – Za skarby świata nie uwierzy, że to się dzieje naprawdę.

– Trzeba zadzwonić do babci Marianny. Ja to mogę zrobić – zaproponowała Zuźka.

– Wstrzymajcie się na razie. Tak jak mówiłem, najpierw skontaktuję się z prawnikiem. Może się okazać, że to jedynie pamiątka rodzinna. Powiecie mamie dopiero wtedy gdy będziecie mieć pewność co do wartości: czy jest tylko sentymentalna czy też i materialna. W drugim przypadku będzie musiała sprawę prowadzić dalej sama we własnym imieniu.

– Albo zlecić kancelarii – wykazała się Zuźka wiedzą.

– Tak, jednak w takim przypadku musi na piśmie udzielić mecenasowi pełnomocnictwa.

– Uff, ale wrażenia – dwie pary sióstr, czyli cztery dziewczyny w różnym wieku, miały wypieki na twarzach. – Pamiętnik odłóżmy na później, to będzie bardzo dużo czytania. Teraz zobaczmy zdjęcia.

Na jednym ze zdjęć ujrzeli Franię w ciemnej spódnicy, jasnej bluzce zawiązanej po szyją, w sznurowanych bucikach. Siedziała na krześle, obok stała dziewczyna podobnie ubrana.

– Rany, praprababcia Frania przyleciała do mnie w takim samym ubraniu – szepnęła Julka.

Na drugiej fotografii na tle uroczego domku z bali była uwieczniona grupa młodych ludzi obok siedzącej starszej kobiety, jeden z chłopców trzymał mandolinę. Na innej dwie kobiety siedziały na ławce obok tego samego domku, którego maleńkie okienko wychodziło na też maleńki ogródeczek. Na następnej przytulona para stała pod kwitnącą jabłonką, na kolejnej cała grupa młodych ludzi opalających się nad stawem. Była też fotka ruin zamku, na których tle trzymała się za ręce ta sama para, co pod jabłonką.

– To przecież nasi dziadkowie przed ślubem – przyjrzała się uważnie dwom fotografiom pani Bogna. – Na pewno je widziałam u mamy.

– Szila, to jest Szila – zawołała Zuzia.

Suczka usłyszawszy przez sen swoje imię zerwała się z posłania. Przez chwilę wodziła nieprzytomnym wzrokiem po obecnych. Stwierdziwszy, że nic się nie dzieje, wróciła na posłanie i znów zapadła w sen.

– To była suczka pradziadków, miała na imię Aria, bo śmiesznie szczekała, tak „auuu” – powiedziała pani Halinka. – Naprawdę wygląda identycznie jak nasza sunia.

– Pewnie dlatego się tak witała kiedy przylecieli – mruknęła Julka i krzyknęła patrząc na kolejne zdjęcie. – A to kto? Feliks? Znaczy prapradziadek?

Zdjęcie przedstawiało młodego mężczyznę w mundurze żołnierza piechoty armii austriackiej z okresu pierwszej wojny światowej.

– A ty skąd wiesz? – zdumiały się mama i ciocia.

Wujek też się zdziwił, ale nic nie mówił.

– Bo Frania i Feliks przylecieli do mnie w takich samych ubraniach i właśnie tak wyglądali – wyjaśniła dziewczynka.

Pan Emil pomyślał, że dalej nic nie powie ale ponieważ ostatnio sporo czytał w „Nieznanym Świecie”– i nie tylko – o fizyce kwantowej, światach równoległych więc jakoś sny Julki i Zuzi nie wydawały mu się dziwaczne.

– A to kto? – spytała Zuzia widząc na zdjęciu młodego chłopaka łudząco podobnego do Bartka.

– Który? Ten? – zerknęła ciocia. – Może pochodzić z rodziny Bartka, gdyby nie ubiór i fryzura powiedziałabym, że to on…

– Sama zauważyłam – mruknęła Zuzia.

bo jego rodzina od zawsze mieszkała w tym samym miejscu, wiec to pewnie jakiś jego przodek.

– Nic prostszego jak zapytać – podpowiedziała Julka.

– Nie trzeba, już wiem, to Ignacy, pradziadek Bartka. Stefania mu się podobała, podobno nawet miał zamiar się z nią żenić, ale nie wyszło – wyjaśniła Zuźka.

– A skąd ty to wiesz? – wszyscy wyrazili zdziwienie.

– A tak się zgadało…

– Bardzo lubisz Bartka? – zapytała pani Bogna.

– Lubię, bo śmiejemy się z tych samych rzeczy i te same nas wkurzają. I nawet można z nim pomilczeć – wytłumaczyła Zuzia. – Z żadnym chłopakiem w klasie tak nie jest.

 cdn

 

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki, Powieści | Dodaj komentarz

Idzie wiosna

Niedzielny poranek, tak samo jak sobotni, wstał prześliczny, jakby wiosna rozgościła się na dobre.  Słońce, śpiewające ptaszki, leciutki, ciepły wietrzyk, nabrzmiałe pąki bzu przed domem (nie spiesz się bzie, bo jeszcze na pewno będzie zimno). Taka pogoda zaprasza na długi spacer z moją kochaną sunią. Tak więc wczoraj i dziś, po raz pierwszy w tym roku, zaliczyłyśmy dwa długie spacery.  Najbardziej lubię te poranne, kiedy domownicy jeszcze śpią, ruch na drodze mały bo weekend i spokojnie, bezpiecznie można iść przed siebie.

A teraz jest już wieczór. Niestety, weekendy mają to do siebie, że mijają bardzo, bardzo prędko.

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 7

Julka obudziła się, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Nie zobaczyła Szilki w pokoju. Pomyślała, że może suczka została w ogródku i teraz jest sama, smutna i nie może wejść do domu. Postanowiła po cichutku zejść na dół i wpuścić ją do środka. Wszyscy mieszkańcy z pewnością pogrążeni byli w głębokim śnie, bo do uszu Julki nie dochodził najmniejszy szmer. Ona sama bezszelestnie, jak duch pozbawiony materii, zeszła ze schodów i otworzyła drzwi wejściowe. Owiało ją świeże, letnie powietrze, otulił nocny zapach ogrodu. Usiadła na ławeczce przed domem. Zjawiła się Szila, bezgłośnie wskoczyła na ławkę i przytuliła się do dziewczynki. Dobrze im się siedziało, nie pierwszy już zresztą raz.

– Nie ruszę się stąd dopóki mnie noc nie opuści, tak mi się tu podoba – szepnęła do suni.

Niebo przepięknie rozjaśniały tysiące migoczących światełek. Jedne były maleńkie, inne zdawały się zwiększać w miarę jak Julka się w nie wpatrywała. Nagle nie wiadomo skąd pojawiła się chmura stopniowo zakrywająca wszystkie gwiazdy na niebie. Była jasna jak mgła, napłynęła z boku, rozlała się nad całą powierzchnią widzianego świata aż po horyzont, na którym wyraźnie odcinały się teraz ciemne kontury lasu. Zrobiło się jasno jak w pochmurny dzień. Skądś pojawiła się kula światła, zrobiła nad domem kilka okrążeń, po czym wylądowała na trawie w ogródku. Julka przyglądała się zjawisku z zaciekawieniem, bez cienia strachu. Szilka również nie okazywała żadnych obaw, wstała, machnęła ogonkiem i krótko szczeknęła.

– Cicho bądź, obudzisz cały dom – szepnęła dziewczynka.

Szila zeskoczyła z ławki, jednym susem przeskoczyła kwiatową rabatkę i podbiegła do kuli wyraźnie ucieszona. Julka poszła w jej ślady, to znaczy podeszła do kuli, rabatkę obchodząc z boku, bez przeskakiwania. Ze świetlnej kuli wyszły dwie postacie. Pochyliły się nad suczką, głaskały ją, ona zaś witała się z nimi radośnie jak z dawno niewidzianymi przyjaciółmi.

Zaintrygowana sceną Julka przybliżyła się na tyle, by stwierdzić, iż owe postacie to kobieta i mężczyzna, para jak ze starego filmu. Kobieta ubrana była w długą, ciemną spódnicę i jasną bluzkę zawiązaną pod szyją. Na nogach miała pełne, sznurowane buciki na niewysokim obcasie, włosy zaś gładko zaczesane do góry i upięte w kok. Gdzieniegdzie spod spinek wymykały się pojedyncze kosmyki – zupełnie takie same jak Julcyne – i kręcąc się niesfornie nadawały twarzy kobiety figlarny wygląd. A w ogóle wydawała się dziewczynce dziwnie znajoma, jakby patrzyła na starszą wersję samej siebie ubraną w kostium z początku XX wieku. Towarzyszący jej mężczyzna przyodziany był w ubiór przypominający mundur, też jakiś starodawny, niby z filmu… Zaraz, zaraz, podobne nosili w komedii „CK dezerterzy”, którą niedawno oglądała. Oboje byli młodsi niż jej rodzice w tej chwili, to tylko ich strój sprawiał, że w pierwszej chwili wydawali się być starszymi ludźmi.

Kobieta wyciągnęła do Julki rękę a dziewczynka bez chwili wahania podbiegła i przytuliła się do niej.

– Bardzo cię kocham, Juleńko, jestem twoją praprababcią Franią. A to – wskazała na mężczyznę – twój prapradziadek Feliks.

– Jeżeli jesteście tacy starzy to dlaczego jesteście tacy młodzi? – zapytała Julka.

– Przybyliśmy tylko na chwilkę – uśmiechnęła się praprababcia. – Pojawiła się taka możliwość a ja nie mogłam oprzeć się pokusie, żeby cię nie uścisnąć. Jesteś do mnie ogromnie podobna, wiesz?

– Tak mi się zdaje kiedy na ciebie patrzę. To wy zbudowaliście ten dom? – wskazała za siebie.

– Tak, my – odpowiedział prapradziadek Feliks. – Był jednak o wiele skromniejszy niż jest teraz.

– No i później, później go postawiliśmy, bo w tej chwili jesteśmy dopiero narzeczonymi. Ślub weźmiemy kiedy skończy się wojna – dodała praprababcia.

– Jaka wojna? – zdumiała się Julka.

– Pierwsza wojna światowa. Nie uczyłaś się w szkole? Wybuchła w tysiąc dziewięćset czternastym roku – wyjaśnił prapradziadek.

– Ach, już wiem, pamiętam. Ale to nie jest ważne. Chodzi o was. Nic nie rozumiem. Jesteście ludźmi czy duchami, czy może w ogóle was nie ma? I co z tą rodziną, dlaczego zerwała kontakty…

– Kochana Julio – wyjaśnił prapradziadek – przybywamy z miejsca gdzie czas nie ma znaczenia, można się w nim przemieszczać do równoległych przestrzeni. Dlatego mogliśmy się zobaczyć. Ale teraz już musimy wracać.

– Czy jeszcze się spotkamy? – przytuliła się Julka do praprababci. – I co z tą rodziną…

– Na pewno się spotkamy – uścisnęła serdecznie dziewczynkę. – A odpowiedzi na resztę pytań znajdziesz w tym domu. I pamiętaj, że często jest zupełnie inaczej niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Prapradziadkowie uściskali Julkę, pogłaskali Szilkę, zwrócili się w stronę kuli i zniknęli w smugach światła. Kula uniosła się w górę, zmalała, po czym stała się jednym z tysiąca migających światełek i Julka nie potrafiła jej zidentyfikować. Zniknęła też gdzieś dziwna, wielka, jasna chmura, która zakrywała niebo. Julka siedziała na ławeczce przed domem, obok spała Szila.

– Czy ja spałam? – powiedziała do siebie. – Dziwne. Zuźka miała sen o zamku a mnie śnili się dawni członkowie rodziny. Wyglądali tak zupełnie normalnie. Posiedzę sobie jeszcze chwilę z Szilką, jest tak przyjemnie.

Niebo zrobiło się nieco jaśniejsze, jakby słońce gdzieś daleko stąd przecierało oczy i rzuciło w stronę Julki jeden mały różowy, promyczek. Rozległ się dźwięk przypominający brzęczenie komara. Ogromnego komara. Komara giganta. Szilka szczeknęła. Dziewczynka otworzyła jedno oko. Szilka znowu szczeknęła i zeskoczyła z ławki. Julka otworzyła drugie oko i patrzyła z niedowierzaniem. W tym samym miejscu co poprzednio zatrzymała się druga, inna świetlna kula. Przeważał w niej różowy odcień światła. W poprzedniej niebieski był dominujący. Poza tym sytuacja powtórzyła się w sposób bardzo dokładny. Szilka podbiegła do kuli i witała wesoło dwie osoby, które się przed nią pojawiły. To również była para: kobieta i mężczyzna. Julka rozpoznała ich od razu, wszak wyglądali identycznie jak na fotografiach w albumie mamy.

– Witaj kochanie – powiedzieli równocześnie. – Jesteśmy…

– Wiem kim jesteście – przerwała im Julka. – Bardzo lubię oglądać stare fotografie i widziałam was wielokrotnie. Ty jesteś moją prababcią Stefą – zwróciła się do kobiety. – A ty moim pradziadkiem Staszkiem – wskazała na mężczyznę.

– Jak miło, że nas rozpoznałaś – ucieszyli się. – Chodź tu, przytul się. Dziś jest rzadki dla nas dzień, kiedy możemy przytulić własną prawnuczkę. Co za szczęście.

– To takie dziwne – zadumała się Julka. – Przed chwilą odwiedzili mnie prapradziadkowie. Czy to jakieś święto?

– Jest taka jedna noc w roku, kiedy można przekroczyć granicę czasu – odpowiedziała prababcia. – I właśnie dziś mogliśmy ciebie, Juleńko, zobaczyć. A przed nami byli moi rodzice.

– Czy to od nich wyjechaliście i już się nigdy nie spotkaliście? Dlaczego? – dopytywała się Julka.

– Sama znajdziesz odpowiedź na wszystkie pytania. Pamiętaj, że najczęściej nic nie jest takie, jak się z pozoru wydaje – dodał pradziadek.

– To samo powiedzieli prapradziadkowie – zdumiała się dziewczynka. – Czy wy macie ze sobą kontakt? Powiedzcie coś jeszcze, nie odchodźcie, zostańcie trochę…

– Wszyscy mamy kontakt. Musimy już odejść, ale zawsze będziemy przy tobie ilekroć o nas pomyślisz. Ucałuj naszą córkę Mariannę.

– Babcię Mariannę? No tak, to wasza córka a mama mamy. Jakie to wszystko pogmatwane – jęknęła.

Pradziadkowie przytulili ją, uściskali serdecznie, pogłaskali Szilkę i odeszli. Kula uniosła się w górę i odleciała znikając w różowych promieniach wschodzącego słońca.

– Ależ jestem zmęczona – mruknęła do Szilki sadowiąc się ponownie na ławeczce. – Zupełnie jakbym to ja latała miedzy światami przez całą noc. I na dodatek na własnych skrzydłach – oparła się i zamknęła oczy.

Słońce stało wysoko na niebie, kiedy rozległ się głos Zuzi.

– Siostra, czy ty już przez całe wakacje chcesz spać na ławce?

Julka ocknęła się, rozejrzała wokoło i oprzytomniała.

– Nie, tylko wtedy kiedy będzie ciepło i bezdeszczowo – odrzekła.

– Szkoda, bo mogłabym wynająć twoje łóżko i jeszcze na tym zarobić – zażartowała Zuźka.

– Chciałabyś. A łóżko nie twoje i zarobek też nie byłby twój tylko chłopaków – odpowiedziała Julka.

– No dobrze, mądralo. Skoro jesteś na dole, to włącz czajnik w kuchni. Tylko nie obudź wujków.

Ani cioci ani wujka nie było. Kartka na stole informowała, że ciocia pojechała do wsi po zakupy i zaraz wróci. Julka zastanawiała się jak to możliwe, że siedząc na ławce nie widziała ich, ani jej nie obudzili wyjeżdżając autem. Jednak nie zawracała sobie tym długo głowy. Może jej się wszystko zdawało? Może jej się śniło i zeszła na dół już po wyjeździe cioci i wujka? W końcu w książkach takie rzeczy opisują, ona już o tym czytała, wiec nie widzi niczego nadzwyczajnego w zaistniałej sytuacji.

 

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki, Powieści | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 5

Dzień wstał piękny, wymarzony na wycieczkę. Słońce świeciło od samego rana, po niebie nie płynęła żadna chmurka, krople rosy na trawie mieniły się kolorami tęczy, wśród drzew śpiewały ptaki. Julka i Zuźka zerwały się na równe nogi. Postanowiły wymknąć się po cichu z domu i same wybrać się do ruin zamku. Chłopcy dokładnie opowiedzieli, którędy należy iść, aby tam trafić. Wymyśliły więc, że samodzielnie dotrą do celu i na miejscu zaczekają na resztę rodziny. Na stole w kuchni zostawiły kartkę z informacją i wyruszyły. Zastanawiały się przez chwilę czy zabrać ze sobą Szilę, która najwyraźniej miała ochotę im towarzyszyć.

– Niech idzie z nami, ciocia na pewno nie będzie się o to gniewała. Trzeba tylko na kartce dopisać, że jest z nami, wtedy się nie będzie o nią martwić – zadecydowała Zuzia.

Tak też zrobiły. Był bardzo wczesny ranek gdy opuściły dom. Poszły w stronę Skałek, potem skręciły w lewo i Zamkową Drogą idąc cały czas prosto dotarły do lasu. Zanim zdążyły zastanowić się dokładnie nad dalszą marszrutą, znalazły się u stóp zamkowego wzgórza. Spojrzały na siebie zdziwione.

– Jak to się stało? Zuźka, to jest jakieś dziwne. Skąd się tu wzięłyśmy tak szybko? A Szilka gdzie?

– Hau, tu jestem – odezwała się sunia.

– Wiesz co? Po prostu szłyśmy głęboko zamyślone i dlatego czas tak szybko minął.

– A słyszałaś jak Szilka ludzkim głosem się odezwała?

– A tam, zdawało ci się i tyle.

Szila wesoło zamerdała ogonkiem i pobiegła przodem jakby dobrze znała drogę i postanowiła służyć dziewczynkom za przewodniczkę

– Pospieszcie się, musimy zdążyć – szczeknęła.

– Dziwne – zastanowiła się Zuźka, – Teraz i ja miałam wrażenie, że powiedziała abyśmy się pospieszyły, bo musimy zdążyć.

– A widzisz? – tryumfowała Julka. – Najwyraźniej to jest pies, który mówi.

– Bzdura – stwierdziła Zuzia, jednak z mniejszą niż poprzednio pewnością siebie. – Julka, przecież wyszłyśmy z domu bardzo wcześnie rano i jakoś dziwnie szybko znalazłyśmy się koło zamku, prawda?

Julka przytaknęła.

– To jakim cudem słońce już zachodzi? I nie ma nigdzie żywego ducha. A gdzie się podziała droga, którą przyszłyśmy?

– No przecież tam – Julka się obejrzała i krzyknęła przestraszona. – Nie ma! Zarosła?!

– Całkiem mi się to wszystko nie podoba – szepnęła Zuzia.

– Hau, pospieszcie się, czemu tak marudzicie – usłyszały głos Szilki.

Bardzo się ucieszyły, że nie są same a czworonożna przyjaciółka nie zostawiła ich na pastwę losu. Przestały się też zastanawiać w jaki sposób mogą rozumieć co ona mówi i podążyły za nią.

Szila poprowadziła dziewczynki wąziutką ścieżynką. Widocznie często z niej korzystano, bo szło się nią wygodnie mimo, iż prowadziła wokół wzgórza wznosząc się coraz wyżej. W ten sposób dotarły do małej furtki umieszczonej w grubym murze.

– Otwórzcie furtkę – szczeknęła Szila. – Dobrze. A teraz szybko, idźmy blisko muru. Widzicie schody i drewniane drzwi? Musimy tam dotrzeć tak, żeby nas nikt nie zobaczył.

– Przecież tu nikogo nie ma – szepnęła Julka.

– Cicho – chwyciła Zuzia siostrę za rękę pokazując na migi mężczyznę, który wyszedł nagle z innych drzwi. – Wygląda jakby żywcem uciekł z „Janosika” – zaszemrała niemal bezgłośnie.

– Może tu kręcą film historyczny? – bardziej pomyślała niż powiedziała Julka.

Przywarły plecami do muru wstrzymując ze strachu oddech. Miały wrażenie, że zostały zauważone. Szilka przywarowała obok szczerząc zęby, gotowa do skoku w obronie przyjaciółek.

– Nikogo nie ma – powiedział do kogoś kosmaty mężczyzna, podrapał się po kudłatym łbie i wrócił do izby z której wyszedł.

– Uff – wszystkie trzy odetchnęły z ulgą.

Gdzieś z boku dało się słyszeć stukanie końskich kopyt stąpających po bruku. Dziewczynki rozglądały się ze zdziwieniem widząc grube mury, wybrukowany dziedziniec, migoczące światła świec czy też pochodni w niektórych oknach.

– Jaka wspaniała renesansowa rezydencja z pięknym dziedzińcem pośrodku otoczonym krużgankami – szepnęła Zuzia. – Ale jak to możliwe? Przecież zamku dawno nie ma, zostały tylko ruiny!

Szilka zimnym noskiem dotknęła ręki Zuzi i głową pokazała kierunek, w którym należy podążać. Poszły za jej wskazówką. Dotarły do drewnianych drzwi. Spróbowały otworzyć ale bez skutku, były zamknięte na klucz.

– Sięgnij ręką do belki – szepnęła Szila. – Tam na górze jest klucz.

Zuzia wspięła się na palce, przesuwała ręką po belce nawet nie myśląc, że może sobie wbić drzazgę.

– Mam go – ucieszyła się.

– Cicho – syknęła Szila. – Teraz otwórz zamek. Pilnuj klucza, bo on jest zaczarowany i bez niego nie wrócimy do domu.

Zuzia schowała klucz do kieszeni ciesząc się, że ma na sobie stare dżinsy z głębokimi kieszeniami. Z wielkim trudem udało się otworzyć ciężkie drzwi. Ukazał się ich oczom ciemny, wąski korytarz i schodki wiodące w dół. Niezliczona ilość schodków prowadzących w mroczną czeluść.

– Boję się – wzdrygnęła się Julka.

– Nie ma czasu na strachy – szepnęła Szila. – Musimy iść tymi schodkami, ale najpierw zamknijmy za sobą drzwi.

– Ale po co musimy tam schodzić? – Zuzia też nie była zachwycona perspektywą wędrówki mokrym, śmierdzącym, piwnicznym korytarzem i schodami prowadzącymi w nieznane.

– Musimy i już – stanowczo szczeknęła Szilka. – Takie jest przeznaczenie. Idźcie za mną, bez ociągania.

Nie miały innego wyjścia niż podążanie za nią w takim tempie jakie narzuciła, byle tylko nie zniknęła im z oczu. Szły i szły, coraz niżej i niżej, coraz bardziej zmęczone i przestraszone. Wreszcie schodki się skończyły. Dziewczynki odetchnęły z ulgą, bo już im się dwoiło i troiło w oczach od wypatrywania pod nogami krawędzi małych schodków, by uniknąć potknięcia się i upadku w dół. Dotarły do dużego pomieszczenia oświetlonego jedynie łuczywem przymocowanym do ściany. Po dłuższej chwili, gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności jeszcze większej niż ta, która je otaczała podczas schodzenia po schodkach, zobaczyły żelazną kratę. Za tą kratą siedziała na krześle piękna dziewczyna w długiej szacie a rozpuszczone, długie, jasne włosy otaczały jej postać. Zobaczywszy dziewczynki i Szilkę, która stanęła na tylnych nogach, podniosła się i podeszła do kraty.

– A więc odnalazłaś mnie moja droga, wierna przyjaciółko – powiedziała szlochając.

Przez kratę wyciągnęła rękę i głaskała głowę Szili.

– Obiecałam przecież Doroto, że wydostanę cię z tego lochu. Nie przypuszczałam tylko, że potrwa to tyle czasu– odrzekła Szila. – Ale musimy się spieszyć.

Dziewczynki – niczego nie rozumiejąc – ze zdumieniem obserwowały scenę rozgrywającą się na ich oczach.

– Zuziu, wyjmij klucz i otwórz kratę – poleciła Szila. – Tylko szybko, słyszę jakiś hałas.

Trzęsącymi się z przejęcia rękami Zuźka wydobyła z kieszeni klucz, włożyła w zamek i przekręciła trzy razy. Dorota była wolna. Julka patrzyła to na siostrę, to na Dorotę.

– Jakie wy jesteście podobne! Identyczne! Jak bliźniaczki – wykrzyknęła.

– Szybko, zakładaj Szilu pierścień – powiedziała Dorota. – Pomogę ci. Już. Gotowe.

Dorota założyła złoty pierścień na łapkę Szilki. Nagle zrobiło się jasno. Zamiast czarnej suczki stanęła przed nimi piękna czarnowłosa dziewczyna. Jednocześnie jedna ze ścian rozstąpiła się tworząc szczelinę.

– Teraz prędko zamknij kratę – krzyknęła piękna Szila. – Prędzej, prędzej i uciekamy przez tę szczelinę. Prędzej! Zaraz się zamknie, a która nie zdąży, zostanie tu na wieki!

Udało się. Najpierw siostry, potem Dorota a na końcu Szila wskoczyła w szczelinę dosłownie w ostatnim momencie. Jeszcze zdążyły usłyszeć pogoń, którą zatrzymała zamknięta krata i ściana znów stała się jednolitą całością.

Wszystkie cztery dziewczyny znalazły się u wylotu jaskini znajdującej się pod górą zwaną Buczyną. Mrużyły oczy oślepione dziennym światłem.

– Ja naprawdę niczego nie rozumiem – powiedziała Zuźka.

– Ja tym bardziej, przecież jestem młodsza – dodała Julka. – Wyjaśnijcie to wszystko, co się stało. Błagam was, bo zwariuję za chwilę.

– Otóż historia była następująca – zaczęła Dorota. – Pokochałam Bartłomieja a nie wolno mi było kochać zwykłego rycerza. Ojciec mnie przeznaczył na żonę bogatego możnowładcy. Kiedy się zbuntowałam, zamknął mnie w lochu a wredna czarownica zamieniła moją przyjaciółkę Szilę w psa za to, że mnie broniła.

– Ale dzięki temu udało mi się uciec – wtrąciła z uśmiechem Szila.

– Tak, to prawda – potwierdziła Dorota. – Ocalić mógł mnie ktoś tylko przez jedna chwilę w ciągu całego roku a ja w tym samym momencie przywrócić mogłam Szili ludzką postać.

– Ale co teraz będzie? Jak my wrócimy do domu? A wy? Co się z wami stanie? – gorączkowały się siostry.

– Zgodnie z przepowiednią – rozglądała się Szila, – powinien pojawić się… Jest! Jest! Jesteśmy uratowane – krzyknęła z radością.

Zbliżała się ku nim jakaś męska postać na koniu.

– Tak, to on, mój ukochany – rozpłakała się ze szczęścia Dorota. – Na swoim pięknym, mądrym Kasztanie.

Jeździec zatrzymał konia tuż obok nich i lekko zeskoczył z siodła. Skłonił się dwornie przed dziewczętami.

– Kasztanku, ty też się przywitaj – powiedział do konia, który skłonił głowę.

– O rany, jaki on podobny do Bartka – powiedziała Julka.

– I ten Kasztan wygląda zupełnie jak Kasztan, ma taka samą gwiazdkę na czole – dodała Zuzia.

– Powiedziałaś: Bartek, panienko? – zwrócił się rycerz do Julki. – Jam jest Bartłomiej, narzeczony tej oto szlachetnej panny Doroty. Dzięki tobie i twojej siostrze wróciliśmy wszyscy do ludzkich postaci i możemy się cieszyć życiem i szczęściem. Jestem waszym dłużnikiem. Mówcie, czego sobie życzycie.

– Najbardziej to wrócić do domu cioci Halinki – mruknęła Zuźka. – Dość mam już tych dziwnych zdarzeń.

– Stanie się według twojej woli…

– Poczekaj ukochany, pozwól wprzódy pożegnać się z naszymi wybawicielkami – powstrzymała narzeczonego Dorota.

Uściskały się serdecznie. Wtem dał się słyszeć głuchy grzmot a potem suchy trzask i oślepiająca błyskawica przeszyła pociemniałe niebo.

– Żegnajcie i bądźcie szczęśliwi – zawołała Zuzia i ścisnęła mocno Julkę za rękę.

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 6

– Auu, puszczaj! Boli! – krzyknęła Julka wyrywając rękę z uchwytu siostry. – Zwariowałaś?

Zuźka gwałtownie usiadła, kompletnie oszołomiona, nie mogąca odnaleźć się w rzeczywistości.

– Gdzie ja jestem? – spytała rozglądając się po pokoju.

– Jak to gdzie? W łóżku – mruknęła Julka rozcierając obolałą rękę. – Będę miała przez ciebie siniaka ty małpo jedna! Wstałam pierwsza i podeszłam, żeby cię obudzić. Miałyśmy wcześnie rano iść na zamek, nie pamiętasz?

– Przecież poszłyśmy!

– Chyba burza ci w głowie pomieszała – stwierdziła młodsza siostra patrząc na starszą z politowaniem. – Przez te burzę wyruszymy dużo później.

Szilunia weszła do pokoju i merdając ogonkiem zbliżyła się do Zuzi.

– Szila! A gdzie twój pierścień i piękna suknia? Znowu cię przemienili?

Julka spojrzała z niechęcią na siostrę.

– Ty chyba naprawdę oszalałaś. Idę po ciocię, bo może trzeba wezwać lekarza.

Zuźka całkiem oprzytomniała. Ach, więc to był sen! Z jednej strony – ulga, ale z drugiej – szkoda, bo przecież wszystko się dobrze skończyło.

– Nie, nie, już ok. Miałam niesamowity sen.

– To pewnie dlatego, że myślałaś o zamku. Wczoraj cioci coś wypadło w pracy i nie poszliśmy a dziś znowu ta burza…

– Zaraz się skończy – powiedziała Zuźka. – Tam się już przejaśnia, widzisz?

– Może. A co ci się przyśniło takiego, że musiałaś mi narobić siniaków?

Zuźka opowiedziała siostrze swój sen wciąż żywy w pamięci, choć sny mają to do siebie, że najczęściej znikają w krainie snów gdy tylko otworzy się oczy. Pominęła jednak drobne szczegóły, a mianowicie swoje podobieństwo do Doroty, czy też odwrotnie, oraz imię rycerza i jego konia.

– Julka! – krzyknęła jakby doznała nagłego olśnienia. – Szukaliśmy klucza nisko a on może być wysoko!

– To znaczy gdzie?

– Jak w moim śnie. Klucz do drzwi był u góry, na belce a tam nikt nie sprawdzał.

– Fakt – przyznała siostra. – To co, idziemy?

– Noo, może nam się uda nie obudzić maluchów – skinęła głowa Zuzia.

Skradając się opuściły pokój. Jak mogły najciszej przeszły przez „pokój” chłopców i rozejrzały się po „dzikiej” części strychu. Słupy podtrzymujące dach łączyły poprzeczne belki na których stały różne małe przedmioty wielkości najwyżej puszki od herbaty. Było tego bardzo, bardzo dużo.

– Czekaj, mam pomysł. Wejdę na tamto wielkie pudło i wtedy będę mogła z góry zobaczyć, czy nie leży – zaproponowała Julka.

– Gdzie? Spadniesz i jeszcze zrobisz sobie krzywdę a potem będzie na mnie, że cię nie dopilnowałam – zaprotestowała Zuźka. – A poza tym jak chcesz zobaczyć mały kluczyk, skoro wszystko co jest na belkach pokrywa gruba warstwa kurzu?

– No to musimy przejrzeć każde pudełeczko, jedno po drugim, nie ma wyjścia.

– Dopiero jak maluchy wstaną, bo trzeba przynieść od cioci odkurzacz przed ruszeniem tego wszystkiego.

– Coś ty! Odkurzacz mógłby wciągnąć kluczyk i trzeba byłoby szukać włamywacza do otwarcia zamka – trafnie zauważyła Julka.

– Wiesz co siostra, masz rację – przyznała Zuzia. – Uważaj jak idziesz!

Ale było za późno. Julka rozciągnęła się jak długa zahaczywszy nogą o wiszący od wczoraj koniec sznurka, który zapomnieli odciąć. Łapiąc się podczas „lądowania” wszystkiego co się znalazło w zasięgu obu rąk wywołała istną lawinę, w wyniku której mnóstwo przedmiotów zmieniło swoje dotychczasowe miejsce pobytu, w efekcie czego z jednej z belek zmiecione zostały na podłogę wszystkie znajdujące się tam drobiazgi. Posypały się obok Julcynej głowy, zaś Zuźka w ostatniej chwili zdążyła złapać tuż nad siostrą trzy zbite razem długie drągi będące głównym sprawcą owej demolki. Julka – albo nie zdając sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa, albo zupełnie je lekceważąc – wyszczerzyła się w uśmiechu do chłopców, których rozespane i przestraszone buzie wyłoniły się zza papierowej ściany.

– Nic, nic maluchy. Postanowiłyśmy z Zuźką trochę posprzątać przed śniadaniem. Prawda siostra? – zwróciła się do siostry dyskretnie pokazując w dłoni mały metalowy kluczyk.

– No właśnie – przytaknęła Zuzia. – Chciałyśmy pomóc waszej mamie, bo przecież wam się nie chce…

– Skończymy po powrocie – zerwała się Julka z podłogi – Teraz idę na dół.

Zaraz po śniadaniu każdy z uczestników wycieczki wziął swój plecak i wyruszyli. Po drodze ciocia opowiadała o historii zamku.

– Zamek wznosi się na wzgórzu – zaczęła.

– Mamo, to przecież każdy widzi – skomentował Krzyś. – Powiedz raczej coś ciekawego.

– Wzgórze ma około czterystu metrów wysokości – ciągnęła niezrażona. – To dlatego tak dobrze widać z daleka tajemnicze postacie…

– Jakie? – spytał już bardziej zainteresowany.

– Niektórzy widzieli cień rycerza, co się przemyka po zamku jakby nie ruiną był ale przepięknym zamczyskiem z okresu swojej świetności. Czasem cień jego przechodzi między okienkami strzelniczymi, czasem widać go w oknie, czasem na krużganku, czasem na swym koniu galopuje po bezdrożach… Inni widzieli płomień buchający oknem z wieży i dym kłębiący się gęsty, jeszcze inni się zaklinają, że słyszeli płacz dziewczyny wyglądającej z baszty, jakby kogoś wypatrywała i czekała z utęsknieniem…

Dzieci umilkły zasłuchane. Zuzina wyobraźnia przeniosła dziewczynkę do jej snu.

– Podanie mówi, że rycerz Tynek z rodu Starżów miał dwie córki: Tęczę i Przeginię. Po jego śmierci starsza wybudowała sobie zamek w Przegini, niedaleko Krakowa i tam zamieszkała. Młodszej, Tęczy, tak spodobały się okolice dzisiejszego Tenczynka, że tutaj zbudowała zamek nazwany od jej imienia.

– Naprawdę tak było? – zapytał Krzysiu.

– Kto to wie? – zadumała się Julka. – Może i tak było.

– Źródła wymieniają żyjącego za panowania króla Władysława Łokietka Nawoja z Morawicy herbu Topór jako fundatora zamku. Podobno na jego polecenie w roku tysiąc trzysta dziewiętnastym rozpoczęło się karczowanie lasu pod budowę. Na pewno dotyczyło to wsi Tenczynek, bo wzniesiono tu kościół parafialny niedługo potem.

– Od razu zbudowali taki wielki kamienny zamek jak widać? – spytał Zbysiu.

– Z pewnością nie – odpowiedziała na pytanie. – Przypuszczać należy, że pierwotnie zamek był drewnianą budowlą na podmurowaniu, jak wszystkie inne. Dopiero syn Nawoja, Jędrzej, który zresztą pierwszy zaczął się zwać panem na Tęczynie, postawił twierdzę z kamienia i cegły. Był to bowiem okres wielkiego rozwoju budownictwa murowanego zapoczątkowany przez Kazimierza Wielkiego.

– Stąd przysłowie, że Kazimierz zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną – pochwaliła się wiedzą Julka.

– A skąd wiesz? – zdziwiła się siostra.

– Czytałam – spojrzała na Zuzię. – Jak się czyta, to się różne rzeczy wie, chyba normalne.

– Brawo Julka – pochwaliła ciocia. – Nie będę wam opowiadała szczegółów, bo i tak nie spamiętacie. Zainteresowanym podam materiały do przeczytania. Poza Julką są jacyś? Nie? Tak myślałam. To tylko powiem, że od około roku tysiąc pięćset siedemdziesiątego do około tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego przebudowano zamek gruntownie tak, że stał się przepiękną budowlą w stylu odrodzenia. Dokonał tego Jan Tęczyński. Aha, przebywał tutaj sławny Mikołaj Rej z Nagłowic i zamkiem się zachwycał.

– Jak był taki wspaniały to czemu się rozleciał na kawałki? – spytał Krzyś.

– A słyszeliście o potopie szwedzkim? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– To jak się Kmicic z Olbrychskim na szable bił! Oglądałem – oświadczył chłopiec z dumą.

– O matko, ręce opadają – jęknęła Zuzia. – Małe dzieci nie powinny oglądać telewizji jak leci, bo im się w głowach miesza. Olbrychski, Daniel zresztą, grał Kmicica, Andrzeja Kmicica w filmie nakręconym na podstawie „Potopu” Henryka Sienkiewicza.

– Siostra, jestem z ciebie dumna – powiedziała młodsza siostra do starszej .– Chyba mi nie powiesz, że czytałaś.

– A wyobraź sobie, że tak, – całą trylogię, bo mi się podobała. Tam ciągle jeżdżą na koniach…No i w ogóle jest fajna…

– Świetnie – ucieszyła się ciocia. – Łatwiej wiec będzie wam sobie wyobrazić co teraz powiem. W czasie oblegania Krakowa przez Szwedów w celu zmylenia nieprzyjaciela puszczono plotkę, że królewski skarbiec został wywieziony i ukryty na zamku w Tęczynie. Najeźdźcy odstąpili od stolicy i ruszyli na Tęczyn. W roku tysiąc sześćset pięćdziesiątym piątym złupili zamek dokumentnie i spalili mszcząc się za to, że nie znaleźli skarbca. Potem już nigdy zamek nie odzyskał dawnej swojej świetności mimo, że go odbudowano po zwycięstwie nad Szwedami. W roku tysiąc siedemset sześćdziesiątym ósmym zamek strawił drugi pożar, tym razem od pioruna. Tak się skończyła świetna historia zamku, teraz tylko ruiny przypominają o dawnych czasach…

– Dzikie zielska pełzają po dziedzińcu, wiją się po murach i straszą duchy strzegące skarbów… – ponurym głosem włączyła się Julka.

– Duchy się nie boją zielska – skomentował Zbyszek.

– Nie udało ci się, siostro – zaśmiała się Zuzia.

– Bo my się niczego nie boimy – buńczucznie stwierdził Krzyś.

– To się jeszcze okaże, macie to u mnie jak w banku – mruknęła Zuzia.

Zuźka słuchała opowiadania cioci z zainteresowaniem tym większym, że miała wciąż przed oczami obraz zamku ze swojego snu. Zastanawiała się jak to możliwe, że widziała na własne oczy to, o czym teraz słyszała. Gdyby sen przyśnił się dzisiejszej nocy – no, mógłby być wytłumaczalnym zjawiskiem, ale na odwrót? Widocznie naprawdę są na świecie takie rzeczy … jak to było…o których nie śniło się filozofom… jakoś tak… Ciocia Halinka też nie wiedziała skąd wiedziała jak dom wygląda w środku. A mówiła, że wiedziała…Ona, Zuźka, nie będzie się teraz nad tym zastanawiała tym bardziej, że… schodząc ze wzgórza miała wrażenie, że słyszy rżenie konia.

– O, patrzcie, Bartek na Kasztanie nas dogonił – Zbyszek pokazał kierunek skąd dobiegło rżenie.

– Nie dogonił, bo nas nie gonił – sprostowała pani Halinka. – Po prostu obaj wybrali się na spacer. Prawda chłopaki? – zwróciła się do konia i jego opiekuna.

– Pomyślałem, że przewiozę Zuzię na Kasztanie – powiedział chłopiec. – Wczoraj o tym rozmawialiśmy. Pomału mam zamiar Kasztana przygotowywać do roli terapeuty, tata nawiązał już kontakt z ośrodkiem hipoterapii. A z Zuźką moglibyśmy wrócić konno.

– Mogę? – Zuzia błagalnie spojrzała cioci w oczy.

– Bartuś, jeśli obiecasz, że ją całą i zdrową odstawisz do domu, to tak – odpowiedziała.

– Daję słowo – oświadczył Bartek poważnie.

– Wierzę ci – odrzekła patrząc mu równie poważnie w oczy.

Chłopiec pomógł Zuzi wskoczyć na Kasztana i odjechali. Reszta towarzystwa przez chwilę marudziła, że oni też chcą, że co to za porządki, żeby tylko Zuźka dostąpiła przyjemności jazdy na koniu a oni nie. Julka chłopakom krótko wytłumaczyła.

– Moja siostra wczoraj zaprzyjaźniła się z Kasztanem a wy co robiliście w tym czasie? Tłukliście się!

Obietnica zjedzenia pysznych lodów poprawiła dzieciom humory.

Zuzia nie pierwszy raz siedziała na koniu. Przez pewien czas uczęszczała na lekcje konnej jazdy i spędziła z tatą na obozie jeździeckim cały turnus. Nie była więc nowicjuszką, co Bartkowi ogromnie zaimponowało. Siedziała wyprostowana, z wysokości końskiego grzbietu podziwiając okolicę. Chłopiec skierował konia w las i jechali stępa mało komu znaną dróżką. Zuźka opowiedziała towarzyszowi swój sen pomijając te same szczegóły, które pominęła opowiadając siostrze. Rozmawiali o różnych dziwnych historiach przytrafiających się ludziom. Nagle Kasztan zastrzygł uszami, zarżał krótko, niespokojnie rzucił łbem a odczuwalny przez jeźdźców dreszcz wstrząsnął całym jego ciałem. Oddech stał się chrapliwy a krok nierówny.

– Coś się dzieje – stwierdziła Zuźka.

– Kasztan najwyraźniej się przestraszył – zauważył Bartek. – Tylko czego?

Wtedy oboje usłyszeli dochodzące z głębi lasu wołanie o pomoc. Kasztan zaparł się wszystkimi czterema nogami i nie chciał pójść w tamtą stronę. Głuchy na prośby dzieci drżał na całym ciele. Przywiązali konia do drzewa, sprawdzili dobrze, czy się nie zerwie i ostrożnie poszli w kierunku słyszanego głosu. Po chwili Zuzia dostrzegła leżącego na ziemi mężczyznę, który trzymając się za nogę jęczał i wzywał pomocy. Spojrzała na Bartka i zastygła w bezruchu zobaczywszy na jego twarzy wyraz wstrętu i nienawiści.

– Co to? Co ty? Trzeba mu pomóc – wyjąkała niepewnie.

– Niestety, masz rację – szepnął jej do ucha, zaś głośno i dobitnie: – Komuś takiemu pomoc się nie należy. Za krzywdy, jakie wyrządza zwierzętom, za znęcanie się nad psem i moim Kasztanem zostawimy go tu.

– Nie bądź głupi, zapłacę ci. Nogę złamałem, nie wydostanę się stąd bez pomocy – zajęczał mężczyzna.

– No i bardzo dobrze. Nikt tędy nie chodzi, więc życzę panu, żeby przynajmniej przez kilka tygodni żaden człowiek tu nie trafił. Najwyżej jakiś zabłąkany głodny wilk albo niedźwiedź. Chodź, wracamy – wziął Zuzię za rękę i odciągnął ją.

– Przecież tak nie można – powiedziała, kiedy mężczyzna nie mógł ich usłyszeć. – Zrozumiałam, że to poprzedni właściciel Kasztana, ta wredna kreatura, ale nie możemy go tak zostawić.

– Przecież wiem. Chciałem go tylko nastraszyć, żeby choć przez chwilę poczuł to, co Kasztan. Już dzwonię do kuzyna, który jest leśnikiem. A może ten drań tu kłusował? Trzeba sprawdzić.

Zadzwonił, wytłumaczył w którym miejscu znajduje się poszkodowany.

– Możesz się wcale nie spieszyć – dodał na koniec rozmowy.

Szli piechotą prowadząc konia za uzdę. Kasztan pomału się uspokoił, dzieci także odzyskały równowagę. Stopniowo wracał im dobry humor i wrócił całkiem, gdy kuzyn leśnik zadzwonił z informacją, że już zgarnęli delikwenta i, że faktycznie to on jest wyjątkowo okrutnym kłusownikiem którego od dawna mieli na oku. Odpowie za kłusownictwo i za znęcanie się nad zwierzętami, nad psem też. Psa zabrał do siebie i wyleczył właśnie ów kuzyn. Będzie mógł zaświadczyć wspólnie z weterynarzem także o traktowaniu Kasztana i o stanie w jakim koń trafił do Bartka. Tym razem więc drań nie uniknie kary za swoją podłość. Aha, przy transporcie do szpitala nie obchodzili się z nim jak z jajkiem i nie wybierali najlepszej drogi ale najkrótszą. A że była wyboista… to trudno, liczył się czas…

Zuźka z Bartkiem, choć wiedzieli, że nie powinni, byli zadowoleni z obrotu sprawy, tylko jak tu Kasztanowi wytłumaczyć, że jego oprawca dostał za swoje?

Wrócili Zamkową Drogą omawiając różne interesujące ich sprawy. Jeszcze przed bramką ogrodu cioci Halinki stali i nie mogli przestać omawiać. Wreszcie przyjechała ciocia z Julką i chłopcami. Zdążyli być w Krzeszowicach na pysznych lodach, odwiedzić starszą krewną a młodzi wciąż omawiali.

– Bartek, a twój kuzyn złapał kłusownika i teraz pójdzie do więzienia – wyskoczył z auta Krzysiu obwieszczając newsa wszem i wobec.

– Kłusownik a nie kuzyn pójdzie siedzieć – sprostował Zbysiu wyskakując za bratem.

– Ja myślę – odrzekł Bartek i mruknął: – ale się wieści szybko rozchodzą.

Kasztan zarżał znudzony długim postojem. Bartek się pożegnał i po chwili zniknął ze swoim czterokopytnym przyjacielem.

Mimo spałaszowanych ogromnych porcji lodów chłopcom bez trudu zmieściła się w brzuchach smaczna kolacja. Posiedzieli przed domem na ławeczce opowiadając wujkowi Emilowi o wydarzeniach całego dnia, jednak szybko zmęczenie dało się malcom we znaki i szeroko ziewając jako pierwsi poszli na górę.

                                                cdn03

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki, Powieści | Dodaj komentarz

„Niezwykłe wakacje Julki” 3,4

Ciocia Hela i wujek Andrzej byli bardzo sympatycznymi, wesołymi ludźmi a ich trzyletnie bliźniaczki Marysia i Krysia rozkosznymi słodziaczkami. Jędrek, starszy syn, przebywał na obozie językowym i tym razem nie mieli się spotkać.

Największą atrakcją dla dzieci okazało się zaplanowane pieczenie ziemniaków. Szczególnie dla dziewczynek, dla których była to zupełna nowość.

– Nie macie pojęcia co to za pychota – oblizywał się Krzysiu widząc jak mama z ciocią Helą układają w metalowym kociołku pokrojone ziemniaki, cebulę i wiejską kiełbasę przesypując je solą i pieprzem.

– To taka zapiekanka – domyśliła się Julka.

– Gdzie tam – skrzywił się Zbysiu, – każda zapiekanka przy tym wysiada.

– Zuzik, poproś wujków, żeby zabrali kociołek na ognisko – rzekła ciocia Hela.

– Dobrze ciociu.

– Zbyszek, Krzysiek! Chłopaki, chodźcie tutaj – zawołał ich ojciec. – Jesteście potrzebni.

Rozległo się coś w rodzaju tętentu, kojarzącego się już tradycyjnie ze stadem słoni i obaj chłopcy dotarli do celu omal nie zwalając taty z nóg.

– Co mamy robić? – wydyszeli popychając się wzajemnie.

– Widzicie ten stos gałęzi? Przynieście mniejsze, będą na rozpałkę i na dokładanie do ogniska. Chyba nie muszę przypominać kto ma pilnować ognia, prawda? – spojrzał z uśmiechem na synów.

– Jasne! My, mężczyźni waleczni do pilnowania ognia konieczni – wyrecytowali zgodnie. – A jak trochę urośniemy strażakami zostaniemy.

– Tak trzymać panowie – z aprobatą skinął głową wujek Andrzej. – W naszej rodzinie każdy facet to strażak. Ochotnik oczywiście. Choć i zawodowcy też byli.

Ognisko zostało rozpalone, kociołek ustawiony a dzieci dokładały gałązki do ognia. Oczywiście pod okiem dorosłych.

– Dziewczynki, przyjdźcie po liście kapusty – zawołała ciocia Hela. – I jeszcze dzidki trzeba wystrugać.

– A po co te liście? – zdziwiły się obie.

– Nie wiecie? – zdziwili się z kolei chłopcy. – Zamiast talerzy.

– Ale po co? Na liściach mamy jeść? U cioci Heli nie ma talerzy? Zabrakło? To przyniesiemy, przecież u cioci Halinki jest dużo.

– Ależ wy jesteście ciapy! Przecież o to chodzi, żeby jeść na liściach! Z talerza to każdy głupi potrafi zjeść – Zbyszek wszedł na ławkę i patrzył na dziewczynki z góry. – Niby takie duże a nie wiedzą…

– Złaź – chwyciła go Julka za nogę – albo cię siłą ściągnę…

– Aha, ekologia – kiwnęła Zuzia głowa ze zrozumieniem. – A co to są te dzidki?

– Zamiast widelca. Wystrugane patyczki. Nabijasz ziemniaka albo kiełbasę i hop do paszczęki… – wytłumaczył obrazowo Krzyś.

– Wiecie dzieciaki, że dawniej takie ziemniaki piekło się w glinianej babce ustawionej na dwóch cegłach…– opowiadał wujek Andrzej.

– Co to babka? – spytała Julka.

– Takie naczynie z gliny, w którym się trzymało mleko na kwaśne, albo kisiło czerwony barszcz i ogórki, albo piekło ziemniaki jak my dzisiaj.

– Aha.

– Przykrywało się taką babkę liśćmi kapusty i ukopanym darniem z ziemi trawą do spodu. Jakie to było dobre!

Ziemniaki rzeczywiście były przepyszne. Tak smaczne, że obie dziewczynki zgodnie przyznały z wielkim entuzjazmem, że takich dobrych nie jadły jeszcze nigdy w życiu. W ogóle im się podobało. Wieczór nadchodził wielkimi krokami, ciepły, letni, wakacyjny wieczór pachnący usypiającymi kwiatami stulającymi płatki do snu i trawą z wolna pokrywającą się rosą. Po niebie płynęły postrzępione obłoczki przypominające kwaśne mleko.

– Moja babcia mówiła, że jak na niebie jest wieczorem kwaśne mleko, to nazajutrz pogoda murowana – powiedziała ciocia Hela.

– Czyli, że na twoją odpowiedzialność możemy jutro szykować wyprawę na zamek – uśmiechnęła się ciocia Halinka.

– Wiesz Halinko, radziłbym ci jednak skonfrontować prognozę Heli z telewizyjną – skomentował wujek Andrzej odsuwając się przezornie od żony, która pogroziła mu kapuścianym liściem.

Było tak dobrze, tak dobrze, że nie ciągnęło nikogo do komputera, program telewizyjny stał się nieistotny. Chłopcy kopali piłkę, Julka dołączyła do nich. Marysia i Krysia głaskały Szilkę i przytulały się do niej. Zuzia pomyślała, że tylko rodziców brakuje jej do szczęścia. Posmutniała.

– Co tam? – natychmiast podeszła obserwująca ją dyskretnie ciocia Halinka. – Precz ze złymi myślami, przegnaj je. Po to są wakacje, żeby się cieszyć a nie smucić.

– Pomyślałam o rodzicach. Fajnie byłoby, gdyby tu z nami siedzieli. Tu jest… tu jest …jak na filmie w kinie familijnym.

– Nie wiem czy cię ucieszy ta wiadomość, ale moja siostra przyjedzie do nas na weekend.

– Naprawdę? Ciociu, to super wiadomość – buzia dziewczynki rozjaśniła się, oczy uśmiechnęły i zabłysły a pani Halinka z rozrzewnieniem pomyślała, że jej siostrzenica przestaje być dzieckiem a staje się śliczną dziewczyną…

Rodzinna wieczorna sielanka została przerwana nagle i gwałtownie. Przed bramą zatrzymał się zdezelowany, stary rower wydający odgłosy mówiące, że nadchodzi kres jego żywota. Tak też się stało zanim zeskoczył z niego Bartek. Szybko się pozbierał z trawy.

– Panie Andrzeju, panie Andrzeju, Kasztan! Niech go pan ratuje, błagam – chłopak był wyraźnie zrozpaczony.

– Co się stało? – pan Andrzej jako weterynarz z powołania, był przygotowany do nagłych wezwań. – Zresztą opowiesz mi po drodze. Pójdziemy skrótem, będzie szybciej.

Wyszli tylna furtką wychodzącą na polną drogę graniczącą z łąką należącą do rodziny Bartka.

– O co chodzi z tym Kasztanem? – spytała Julka. – To ten koń, co nas rano nastraszył, prawda?

– Nie nas tylko ciebie – sprostowała Zuźka. – Ja się tylko zdziwiłam, że rży…

– Akurat, widziałam – mruknęła siostra.

– Kasztan jest koniem uratowanym przez Bartka od śmierci. Poprzedni właściciel postanowił się go pozbyć sprzedając do rzeźni. Bartek się wcześniej z nim zaprzyjaźnił, znaczy z koniem. Prosił tego typa, żeby mu dał czas na zebranie pieniędzy na wykup. Ten drań się tylko śmiał. Bartek zbierał pieniądze, nawet koncert zorganizował, a musicie wiedzieć, że świetnie gra na gitarze. Rodzina się dołożyła, znajomi też, także inni ludzie, których oburzyło postępowanie tego draba i udało się. Kasztan należy teraz do Bartka. Niestety, ponieważ był źle odżywiany i podle traktowany, odbiło się to na jego zdrowiu – wyjaśniła ciocia Hela.

– Miejmy nadzieję, że najgorsze już za nimi, to znaczy za Kasztanem i Bartkiem – dodała ciocia Halinka. – Jeszcze bywają nawroty choroby ale coraz rzadziej. Bartek ogromnie przeżywa każdy kryzys, bo bardzo jest przywiązany do Kasztana.

– I nawzajem. Kasztan kocha Bartka i broni go jak pies. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że zwierzęta też mają uczucia. Tak samo mocno kochają i cierpią jak my. Tylko nie potrafią o tym mówić ludzkim językiem. Są naszymi przyjaciółmi i to całkowicie od nas zależnymi – dodała ciocia Hela.

– Jak można jeść konia? – dreszcz wstrząsnął dziewczynkami. – Albo psa? Jak można zjeść przyjaciela? To potworne!

Cała czwórka znów poszła późno spać, bo wszyscy czekali na powrót wujka Andrzeja. Wróciwszy uspokoił ich, że wszystko jest w porządku a Kasztanowi nie grozi nic złego. Po prostu leczenie musi jeszcze jakiś czas potrwać i nie należy przerywać podawania leków. Dokładnie jak w przypadku chorujących ludzi.

– Podziwiam Bartka – powiedział na koniec. – Ma zaledwie czternaście lat a wykazał się niesamowitą odpowiedzialnością i empatią. Jestem pod wrażeniem jego postawy.

Dzieci wcale nie usnęły od razu znalazłszy się w łóżkach. Przez cienką ścianę rozmawiały dopóki pierwsze promienie wstającego słońca nie pojawiły się po wschodniej stronie nieba. Wcale to jednak nie oznaczało, że spały do południa. Pierwsza Julka otworzyła oczy poczuwszy na policzku zimny nosek Szilki. Wstała cichutko, żeby nie obudzić reszty i obydwie zeszły do kuchni.

Na stole leżała kartka z instrukcją w kwestii śniadania. Ciocia Halinka pojechała do Krakowa, wrócić miała za około trzy godziny a wszystkie sprawy niejasne, wątpliwe czy jakiekolwiek inne dzieci mają zgłaszać do cioci Heli. No i dzwonić oczywiście w razie pilnej potrzeby do niej albo do wujka Emila.

Julka postanowiła sama przygotować śniadanie. Najpierw jednak usiadła na ławce przed domem i wystawiła buzię do słońca. Promyczki postanowiły lekko zbrązowić dziewczęcą twarzyczkę z dołeczkami w policzkach, rozjaśnić jasnobrązowe loki rozsypujące się pierścionkami wokół buzi aż do ramion. Nie widziały promyczków zielone oczy, ponieważ musiały skryć się pod powiekami przed oślepiającym blaskiem. Szilunia wskoczyła na ławkę, przytuliła się do dziewczynki i tak sobie siedziały.

Wyobraźnia przeniosła Julkę na widoczny z daleka zamek. Wszakże ciocia obiecała dziś wyprawę w owo tajemnicze miejsce. Musi być tajemnicze, bo przecież w każdym zamku kryją się jakieś sekrety. W ruinach tym bardziej. A może tam jest jakiś skarb do którego nikt dotąd nie dotarł i dopiero ona, Julka, go odkryje? Prawdę mówiąc nie wiedziała co to za zamek, czyj, kto tam mieszkał. Ale skoro ciocia zaplanowała wycieczkę to na pewno o tym opowie. Spokojna głowa. A ona, Julka, wypyta o ciekawe rzeczy. Ciocia wszystko wie, w końcu studiowała historię sztuki.

– Hej mała! – rozległ się z balkonu głos Zuźki. – Nie możesz spać w łóżku? Musisz na ławce?

– Hej duża! – odpowiedziała. – Nie śpię, myślę.

– A o czym ty myślisz?

– A o zamku – rozemocjonowany głos Julki lekko zadrżał. – Przecież ciocia powiedziała, że tam dzisiaj pójdziemy.

– Aaa, no tak – ziewnęła Zuźka. – Ale chyba jeszcze nie teraz. Na razie jestem nieprzytomna. Wezmę prysznic i zejdę do ciebie.

Julka podniosła się z ławeczki a Szilka towarzyszyła jej krok w krok. Dziewczynka pomyślała, że wakacyjne śniadanie powinno się jeść w ogrodzie. Tym bardziej, że pod jabłonią stał wielki drewniany stół otoczony ławkami i krzesłami. Wyniosła więc do ogrodu produkty przygotowane przez ciocię i siedziała opędzając je od much.

– Co ty, siostra, muchołapka i muchostraszka jesteś? – roześmiała się Zuzia podchodząc do stołu. – Nie prościej byłoby przykryć to wszystko folią albo choćby ręcznikiem papierowym?

– Chyba masz rację, nie pomyślałam o tym – przyznała Julka.

– Bo ty mała jeszcze jesteś – z wyrozumiałością powiedziała Zuźka.

– Jak tak, to ci nie powiem, że Bartek na Kasztanie pomału przejechał drogą gapiąc się do ogródka. Chyba ze trzy razy.

– No i co z tego – prychnęła Zuźka z udawaną obojętnością.

– A to, że widział mnie siedzącą i nic. Czyli, że nie mnie szukał…

– Oj tam oj tam, co ty, dziecko, możesz wiedzieć…

– Może więcej niż ty siostruniu – mruknęła mała konspiratorka.

Nie przyznała się siostrze, że słyszała rozmowę braci. Dowiedziała się z niej, że Bartek wypytywał o Zuzię. Chłopcy, jak to dzieciaki, wyśmiewali się z tego: Zuźka i Bartek mają randkę w czwartek…

Pogoda – zgodnie z przepowiednią cioci Heli – była piękna, prawdziwie wakacyjna, w sam raz na wyprawę. Niestety, ciocia Halinka zadzwoniła, że musi zostać dłużej w pracy, więc wyprawę trzeba przełożyć na następny dzień. W związku z tym niech sobie sami znajdą na razie zajęcie.

4

– No to co robimy dopóki mama nie wróci? – spytał Zbyszek.

– Może przeszukamy strych? – zaproponowała Julka. – Na strychach są zawsze różne ciekawe rzeczy.

Chłopcy do tej pory nie myszkowali po strychowych zakamarkach. Może nie było kiedy a może im to nie przyszło do głów. Wokół działo się tyle interesujących rzeczy, że rozpierająca ich energia miała mnóstwo możliwości znalezienia ujścia. Grzebanie w starych, zakurzonych szpargałach to przecież bezsensowna strata czasu. Każdy normalny siedmio czy ośmiolatek woli pograć w piłkę, wspinać się na drzewa, pobić się z bratem albo wspólnie stoczyć walkę z przeciwnikiem z zewnątrz, ewentualnie iść na trening. Zaś kiedy pada deszcz albo z innych powodów nie można poszaleć na dworze lepiej spokojnie posiedzieć przed komputerem i pograć albo obejrzeć dobry film.

Dziewczyny miały nieco inne pomysły niż chłopcy, poza tym jako osoby od nich starsze i bardziej doświadczone reprezentowały szerszy pogląd na interesującą sprawę skarbów czy bogactw ewentualnie mogących się znajdować na strychu. Szczególnie Julka, która ostatnio zaczytywała się w przygodowych powieściach dla młodzieży. Takich z młodości rodziców, zamkniętych w dużym pudle umieszczonym na dnie szafy. Odkryła je przypadkiem i stały się dla niej bardzo ważne. Ktoś kiedyś powiedział, że książka to najlepszy milczący przyjaciel człowieka i dziewczynka się z tym twierdzeniem zgadzała. Mama ogromnie się ucieszyła z tej nowej Julcynej przyjaźni i zaraz powiedziała o niej tatusiowi na skypie. Też się ucieszył. Rodzice myśleli, że ich ukochane książki do dziewczynek nigdy nie przemówią. Do Julki przemówiły, ona zaś opowiadała o ich treści siostrze, której czytać się nie chciało. Jednak dzięki pośrednictwu Julki zaczęły przemawiać i do Zuźki stopniowo rozbudzając jej wyobraźnię.

– Ale po co? Tam tylko kurz, pajęczyny i stosy jakichś rupieci, które rodzice poprzesuwali, kiedy robili nasz pokój – skrzywił się Krzysiu.

– I naprawdę nigdy nie byliście ciekawi co tam jest? – Julka z dezaprobatą spojrzała na chłopców.

– A co tam może być ciekawego? – poparł brata Zbyszek.

– Jesteście dzieciaki – wzruszyła ramionami Zuzia czując się w obowiązku poprzeć siostrę. – Nie chcecie, to nie. Idźcie kopać tę durną piłkę a my same spenetrujemy strych.

– Spene… spece… co? – zdziwił się Krzyś.

– Poszukamy skarbów – wyjaśniła Julka.

– Skarbów, skarbów – Zbysiu spojrzał na cioteczno-stryjeczną siostrę jakby spadła z księżyca. – Co ty bredzisz? Jakich skarbów?

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała poważnie Julka. – Jak znajdę to będę wiedziała.

– A idźcie sobie do tych pająków – skrzywił się Zbyszek.

– My się pająków nie boimy – spojrzała na chłopców Zuźka ze swojej trzynastoletniej wysokości. – Chyba widzisz, że jesteśmy od nich większe. I od was też…

– Akurat. U nas w klasie wszystkie dziewczyny boją się pająków – skomentował Zbyszek jedną uwagę, drugą puściwszy mimo uszu.

– Ale my nie jesteśmy w waszej klasie – skwitowała Zuzia. – Siostra, idziemy na strych?

– Pewnie. No to pa, maluchy – śmiejąc się szyderczo pomachały braciom.

Weszły po schodkach na górę. Najpierw przysiadły w swoim obecnym pokoiku na fotelach. Szila przyszła za nimi i położyła się między fotelami. Za chwile usłyszały znajomy tupot stada słoni czyli obu braci i… byli w komplecie.

– Przecież nie możemy was samych zostawić – oznajmił Zbysiu. – Znamy sztuki walki i musimy was bronić.

– Nie kombinuj braciszku. Same się obronimy. Wy nie znacie sztuk walki tylko się dopiero uczycie. Przyznaj, że kręci was szukanie skarbów – zaśmiała się Zuźka.

– Oj, no może trochę – przyznali obaj.

Na strychu – jak na każdym prawdziwym strychu – stały pudła z nieznaną zawartością, koszyk do przewożenia kotów, stara komoda z szufladami, lampa, której klosz dawno się rozbił a nowego nie dokupiono. Trzeszczący stary wiklinowy fotel szczerzył z kąta połamane wiklinowe zęby. Obok stolik z ułamaną nogą opierał się o zdezelowane krzesło. Pod nowymi połaciowymi oknami duże niebieskie plastikowe worki wyglądały jakby czekały na rozpakowanie.

– Przecież mówiłem, że tu nie ma niczego ciekawego – skrzywił się Zbyszek.

– Nie mów hop dopóki nie przeskoczysz – skwitowała Julka. – Jak wam się nie podoba, to wcale nie musicie się tu kręcić i zadeptywać śladów.

– Jakich znowu śladów – spojrzał z ukosa Krzysiu.

– Nie jakich tylko czyich – sprecyzowała Julka.

– No to niby czyich? – zniecierpliwił się Krzyś.

– Duszych – z satysfakcją powiedziała Julka a Zuźka ledwo powstrzymała wybuch śmiechu.

– Chyba dużych – sprostował Zbyszek.

– Przecież mówiłam: nie jakich ale czyich. Prawda? – rzuciła Julka. – Duchy robią dusze ślady, a co wielkości to mogą być duże i małe.

– Aleś wymyśliła! Tu nie ma żadnych duchów – śmiali się chłopcy.

– Przecież w każdym starym domu są. Sama słyszałam jak ciocia mówiła, że duchy przodków odwiedzają swoje dawne domy – mówiła poważnie puszczając oko do starszej siostry.

– Ale ten jest po remoncie – upierał się Zbysiu. – I na pewno ich nie ma!

– Pewien jesteś – włączyła się Zuzia, – tak? Tego nigdy nie można być pewnym – mrugnęła do Julki.

Buszowali po strychu przekopując sterty potrzebnych ale przede wszystkim niepotrzebnych rzeczy. Ale cóż to byłby za strych, gdyby ich tam nie było? Chłopcy znaleźli pudło ze swoimi starymi zabawkami i zrobiło im się bardzo miło z powodu owego spotkania. Julka wygrzebała pudło z książkami i zmusiła siostrę, żeby pomogła jej zatargać znalezisko do pokoju. Zuzia zachwyciła się długą spódnicą z falban i masą kolorowych koralików. Wszyscy byli zakurzeni, mieli czarne ręce i kichali raz po raz.

– Pić mi się chce. Schodzimy? Robimy przerwę? – kichnęła Julcia.

Reszta towarzystwa przyklasnęła, a właściwie przykichnęła, pomysłowi. Zeszli na dół. Zmyli kurz z rąk i twarzy.  Napili się pysznego kompotu z porzeczek i agrestu. Wyciągnęli się na kocu pod wielką jabłonią zapewniającą przyjemny cień i opowiadali różne prawdziwe i zmyślone historie. Prym wiodła Julcia z racji wrodzonego daru opowiadania oraz dużej ilości przeczytanych książek. W pewnym momencie Zuźka wyłączyła się, przestała słuchać siostry. Pogrążyła się w półśnie, w którym zobaczyła zamek, wcale nie ruiny lecz cały zamek, konia z gwiazdką na czole i Bartka czule głaszczącego łeb Kasztana.

– Cii, Zuźka śpi. Nie budźcie jej. Zostawimy ją i się schowamy a potem ją przestraszymy to się zdziwi – dotarł do niej głos Krzysia.

– Oj dzieciaki, dzieciaki, chcieliście mnie tu zostawić? I co, może miałam się bać? Czego? – usiadła na kocu.

– Konia – prychnął Krzyś. – Bo jest z Bartkiem na drodze.

– Czekajcie maluchy – pogroziła chłopcom palcem i po cichu dodała – już ja was urządzę.

– Cześć – zawołał Bartek. – Mieliście iść na zamek.

– Cześć. – odpowiedziała Zuźka. – Zmiana planów. Ciocia musiała zostać w pracy, więc jutro się wybierzemy – podeszła do płotu z jabłkiem w dłoni. – Mogę pogłaskać Kasztana?

– Możesz, tylko nie rób gwałtownych ruchów, wciąż się tego boi.

– Jaki miły – dotknęła delikatnie Kasztanowego czoła i przejechała dłonią w dół gładząc chrapy. – Jak aksamit – przechyliła się przez płot.

Kasztan skinął łbem. Podała mu jabłko trzymane w drugiej ręce. Wziął je delikatnie i schrupał ze smakiem. Zbliżyła się do nich Szilka. Po raz pierwszy podeszła bez szczekania, obwąchała konia przez siatkę. Kasztan schylił głowę a suczka dotknęła go czarnym noskiem. Zuzia i Bartek wstrzymali oddech patrząc na te scenę, bojąc się zakłócić moment porozumienia dwóch skrzywdzonych przez ludzi istot. Szilka zamerdała ogonkiem, Kasztan skinął kilkakrotnie łbem.

– Jakie to wzruszające – szepnęła Zuzia.

– Myślę, że się zaprzyjaźnią – odpowiedział równie cicho chłopiec. – Widziałem na Animals Planet film o przyjaźniach zwierząt z różnych gatunków. Niesamowite.

– Też oglądałam coś takiego. W ogóle uwielbiam zwierzęta. Siostra mojej koleżanki jeździ do schroniska jako wolontariuszka, między innymi pomaga wyprowadzać psy z boksów na spacer. A my z Julką pomagałyśmy zbierać koce, ręczniki, środki czystości i karmę dla zwierzaków. Po wakacjach ja też będę wyprowadzać psy.

Bartek uważnie słuchał słów dziewczynki. Kasztan też i chyba mu się podobały, bo miękkimi wargami delikatnie skubnął jej ucho.

– Oj, łaskoczesz – zaśmiała się a potem przez dłuższą chwilę rozmawiali o czymś najwyraźniej bardzo interesującym.

Ciocia Halinka wróciła po popołudniu. Podała obiad korzystając z pomocy dzieci. Na deser zajadali się pysznymi lodami.

– Ciociu, możemy trochę poprzestawiać rzeczy na strychu? – spytała Julcia między łyżeczką lodów truskawkowych a łyżeczką lodów śmietankowych.

– Bo chciałybyśmy chłopakom zrobić coś w rodzaju pokoju. W końcu zajęłyśmy ich apartament – dodała Zuźka między łyżeczką lodów czekoladowych a łyżeczką lodów orzechowych.

– Jeśli macie ochotę, to bardzo proszę – odpowiedziała pani Halinka. – Tylko, czy nie jest zbyt gorąco na takie prace?

– Nie, otworzymy okna i będzie w sam raz – ucieszyła się Zuzia. – A czy możesz nam dać sznurek, to umocujemy na nim ścianę z papieru.

– I jakieś niepotrzebne stare prześcieradło albo obrus – Julka wybierała resztki lodów z miseczki. – Pycha.

– Mam, mogę wam dać.

– A czy możemy otworzyć szuflady tej wielkiej komody, która stoi na strychu? – dopytywały się dziewczynki.

– Jasne. Nie miałam czasu do tej pory tego zrobić, wy mnie zastąpcie – uśmiechnęła się ciocia. – Ta komoda stoi tam chyba od stu lat. Pokażecie, co ciekawego tam znajdziecie?

– Pewnie. Super. Nigdy nie wiadomo jakie tajemnice kryją stare szuflady – nie posiadała się z radości Julka.

Chłopcy spojrzeli na siebie wyraźnie zdegustowani.

– Ona znowu swoje – jęknął Zbyszek. – Przecież widziałaś, że tam niczego ciekawego nie ma.

– Przecież mówiłam: nie mów hop dopóki nie przeskoczysz – odpowiedziała dziewczynka.

Późne popołudnie i cały wieczór dzieci spędziły na strychu przygotowując chłopcom pokój. Mimo początkowej niechęci włączyli się do pracy a ich entuzjazm narastał z każdą chwilą przekładając się na mnóstwo pomysłów.

– Przewiążmy sznurek wokół tego – wskazała Zuzia drewniane słupy podtrzymujące grube belki pod dachem.

Tak zrobili. Następnie spinaczami do bielizny przymocowali do sznurka arkusze szarego pakowego papieru, którego cały rulon znaleźli obok komody. Chłopcy zajęli się jego ozdabianiem rysując najdziwniejsze obrazy.

– To graffiti – z dumą oznajmił Krzyś.

– Chyba bohomazy – Zuzia lekceważąco wzruszyła ramionami. Zobaczywszy jednak zawód na chłopięcych buziach dodała – No dobrze, żartowałam, nawet ładne. Tylko niech wam nie przyjdzie do głowy malowanie czegoś podobnego na prawdziwych ścianach. Tutaj może sobie być.

Potem wycinali zdjęcia i napisy z kolorowych pism, których stosy znajdowały się w kącie strychu i naklejali na papierowa ścianę. Poza polowymi łóżkami służącymi braciom do spania, w „pokoju” stanął kulawy stolik, któremu nogę zastąpiły pudełka po butach  oraz wiklinowe półeczki wygrzebane w drugiej części strychu, kiedyś pewnie stanowiące komplet z fotelem szczerzącym „zęby” z pokruszonej wikliny. Próbowali przestawić starą komodę lecz okazała się zbyt ciężka.

– Możemy wyjąć szuflady, wtedy stanie się lżejsza – zaproponowała Julka.

Chłopcy ochoczo rzucili się realizować pomysł. Z wysiłkiem udało im się wyjąć trzy szuflady razem z zawartością.

– A nie prościej byłoby je najpierw opróżnić? – rozległ się głos Bartka. – Wtedy bez trudu moglibyście je wyjąć.

– A ty skąd się tu wziąłeś? – wysapali chłopcy. – Może byś pomógł a nie wyśmiewał się z nas.

– Nie wyśmiewam się tylko radzę – sprostował Bartek. – Pewnie, że wam pomogę, maluchy.

Bracia spiorunowali go spojrzeniem i z całych sił szarpali się z kolejną szufladą. Bartek oczywiście pomógł i po chwili wylądowała obok pozostałych. Ostatniej nie dało się ruszyć.

– Chłopaki, czy nie widzicie, że jest zamknięta na klucz – Zuzia z politowaniem pokiwała głowa. – Trzeba poszukać klucza, może gdzieś jest.

– To jak szukanie igły w stogu siana – stwierdził Bartek. – Ale rozejrzeć się nie zaszkodzi.

Rozglądali się, rozglądali i nic.

– Na razie przesuńcie komodę pod tę „ścianę” papierową – zakomenderowała Zuzia. – O, tak, dobrze. Zostawcie. Teraz trzeba przejrzeć zawartość szuflad.

Czego tam nie było! Stosy starych kartek świątecznych i okolicznościowych, trzy stare latarki z kolorowymi szkiełkami, które się nasuwało na żaróweczkę i wtedy świeciła na czerwono, żółto albo zielono; masa korków od butelek, gumki i sprężynki do weków, których już dziś nikt nie używa, bo zastąpiły je słoiki typu twist. W najniższej szufladzie mieścił się zbiór narzędzi, były młotki, obcęgi, dwie laubzegi, hebel, gwoździe, śrubki i nie wiadomo co jeszcze. Przeglądanie wszelkich drobiazgów trwało do późnego wieczora. Śmiechu i zabawy było mnóstwo ale żadnego klucza nie znaleziono.

Zaszufladkowano do kategorii Niezwykłe wakacje Julki | Dodaj komentarz

wyjaśnienie

Technika zdecydowanie nie jest moją bajką. Napisałam kilka słów w celu wyjaśnienia skąd się wzięła „Julka” ale gdzieś zniknęły a „Julka” została. Dobre i to.

A więc tak. W zeszłym roku miałam trochę więcej czasu toteż po przeczytaniu informacji o konkursie im. Astrid Lindgren sięgnęłam do szuflady. To co znalazłam nie spełniało wymogów, więc pojawiła się Julka z rodziną 🙂 Z konkursu nic nie wyszło ale przecież nie schowam Julci do szuflady, skoro postanowiłam stamtąd wszystko wyciągnąć na światło dzienne.

Dziękuję za pierwsze komentarze 🙂 Zdziwiłam się niesamowicie. Chyba myślałam, że to jak w pamiętniku ukrytym w sekretnym miejscu: nikt nie znajdzie. To bardzo miłe:)

Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Niezwykłe wakacje Julki | Dodaj komentarz