„Widocznie tak miało być” – 10

Pierwszego dnia po feriach Stokrotki wróciły ze szkoły z wiadomością, która nie zwaliła matki z nóg tylko dlatego, że zdążyła się oprzeć się o drzwi wejściowe. Przylgnęła do nich całymi plecami i, lewym bokiem wsparta o szafę, czekała aż minie drżenie kolan, żeby  mogła ruszyć się z miejsca.

– Mamusiu, mamy nową nauczycielkę – powiedziała Linka.

– W życiu nie zgadniesz kto to taki – dodała Inka.

– I wiesz co? Wcale się nie cieszę. Niby powinnam, bo znajoma nauczycielka chyba będzie dla dziecka lepsza niż całkiem obca ale ona jest taka jakaś… tak dziwnie na nas patrzyła… jak…- zawahała się Linka.

– Jak jaszczurka – dokończyła Inka. – Niby się uśmiechała, niby pytała czy ty się dobrze czujesz, ale to było takie jakieś dziwne. Brr, aż mnie przeszył dreszcz.

– Kto to taki? – słabym głosem spytała matka.

Zanim usłyszała odpowiedź, już ją znała. Wiedziała kto. Tylko dlaczego? Skąd? No tak, jasne, Agata jakiś czas temu mówiła o zmianie pracy, już po krótkim okresie zaczęła się skarżyć na stosunki panujące w szkole, w której dostała etat nauczycielki matematyki. A to koleżanki były niesympatyczne, a to ktoś nie miał ochoty na dłuższe z nią pogawędki, a to ktoś inny nie interesował się jej opowiadaniami jak to w Grecji było fantastycznie, wreszcie milkły rozmowy kiedy wchodziła do pokoju nauczycielskiego. Postanowiła zmienić pracę i zrobiła to. Co za los. Będzie się teraz mściła na dzieciach! Za co? Za własny charakter? Będzie je prześladowała dzień po dniu, lekcja po lekcji aż obrzydzi im szkołę, zniechęci do nauki i wtedy zacznie wzywać matkę na dywanik. Poczuła się znowu jak osaczone zwierzę nie mające najmniejszej szansy na ucieczkę…

– Mama Moniki – oświadczyły chórem bliźniaczki.

Po pewnym czasie doszła do siebie, uspokoiła się. Niemożliwe, żeby jakakolwiek kobieta mogła wyżywać się na dzieciach tym bardziej, że tak naprawdę nie ma za co. Ona, Aldona, nie ma zamiaru nic robić w zaistniałej sytuacji. Musi zachować bierność, doskonałą bierność i obserwować, czekać na rozwój wydarzeń. Decydująca walka odbędzie się poza nią. Wartości Sergiusza będą się ścierały z wartościami Agaty o ile ta jędza jakieś w ogóle wyznaje poza mamoną. Ona, Aldona, nie może stanąć pomiędzy nimi. Sergiusz musi sam wybrać i zdecydować, ani przez chwilę nie może pomyśleć, że Aldona czyha na jego wolność, czy też chce wymusić decyzję korzystną dla siebie. Nigdy nie poniżyłaby się do tego stopnia, coś podobnego nie leży w jej charakterze, jest całkowicie przeciwne jej naturze. Cóż, że serce ściska ból, że tęsknota mąci rozum? Są pewne granice… Jedno jest pewne. Musi się pozbierać całkowicie, dłużej nie pozwoli sobą manipulować. Nie będzie nią rządziła żadna małpa, nie będzie z zimną krwią wywoływała w niej emocjonalnych reakcji. Nie będzie się więcej znęcała ani nad nią, Aldoną, ani tym bardziej nad dziećmi. Koniec z tym.

Gwałtowne pukanie do drzwi, dzwonek, szczekanie Tiny rozległy się prawie jednocześnie. Pchnięta drzwiami Aldona znalazła się na szafce pod lustrem.

– Rusz się szybciej, Teresa dzwoni – zawołała Magda stając na progu. – Ruszże się wreszcie! Ogłuchłaś czy co? Chcesz, żeby miliony przez ciebie płaciła za telefon?

Pod ramieniem matki przemknął Filip. Gdy Aldona wyszła zamknął za sobą drzwi.

– Wiecie co zrobił Maciek? – krzyknął podniecony. – Milion wygrał! Milion!

– Cały milion? Sam dla siebie? – szeroko otworzyła oczy Inka.

– Bujasz – Linka z niedowierzaniem pokręciła głową. – W co wygrał W totka? To by wygrał więcej.

– Głupia jesteś – zaperzył się Filip. – Cały milion! Jeszcze ci mało? Wiesz ile gum do żucia z nalepkami można za to kupić? Albo naklejek do albumów? Albo czekoladek, albo ciastek…

– Głupi to ty jesteś. Jak but z lewej nogi albo jeszcze głupszy – odpaliła Linka. – Zeżarłbyś cały milion i co byś z tego miał?

– Ból brzucha albo całą noc na sedesie – śmiała się Inka. – Powiesz wreszcie w co wygrał?

– W osobę wygrał!

– W co? W jaką osobę? – spojrzały na siebie i wzruszyły ramionami.

– W taką co robi z siebie bałwana w mieście!

– Rozumiesz co on mówi? – spojrzała Inka na siostrę.

– Rozumiem, że bałwana to my w tej chwili mamy przed sobą – obrzuciła sąsiada pełnym politowania spojrzeniem.

– Sama jesteś bałwan, bałwanica, bo nic nie rozumiesz! W radio ciągle mówią, że taka osoba chodzi po mieście, macha rękami, skacze, zaczepia ludzi albo jeszcze co innego robi i jest dziwnie ubrana.

– To nie żadna osoba ty idioto – pieszczotliwie odpowiedziała Filipowi Linka, – tylko…

– Tajemnicza Postać Radia Zet – zawołały chórem.

– Przecież mówię…

– Nic nie mówisz tylko bełkoczesz – spojrzała groźnie Linka. – I jeszcze się mądrzysz. Chcesz w łeb? Skąd wiesz, że wygrał?

– Kuba z Markiem mówili w szkole, że wczoraj. Z wrażenia nie odrobili lekcji i wszyscy czterej zarobili pały, Kuba nawet dwie.

– Jacy czterej? – zdumiała się Inka. – Czy ty świra dostałeś ze strachu przed nami?

– Ja się bab nie boję!

Urażona męska godność kazała mu się wyprostować i spojrzeć na dziewczynki z góry. Niestety, nawet wspięcie się na palce nie pomogło, bo sąsiadki – choć tylko o rok starsze – sporo przewyższały go wzrostem.

– Za babę ja się z tobą policzę kiedy indziej – Inka machnęła mu ręką przed nosem. – Teraz wreszcie zacznij gadać do rzeczy.

– Przecież mówię, że Kuba, Marek i chłopaki co koło nich siedzą…

– Aha, to do tego było mu potrzebne malutkie radyjko na baterie, które od nas pożyczył – Linka domyślnie skinęła głową.

– On jest dzika świnia, że nam nie powiedział – oburzyła się Inka. – Słuchalibyśmy wszyscy w radio jak wygrywa.

– Źle mówisz. Przecież nie wiedział, że wygra. A jakby nie wygrał, byłoby mu głupio, że wszyscy słuchają.

– Bo ty go zawsze bronisz – stwierdziła Inka, o dziwo, bez złośliwości.

– Gdybym ja wygrała kupiłabym mamusi piękne, srebrne kolczyki – zaczęła Linka.

– Przecież nie ma przekłutych uszu – zauważyła trzeźwo Inka.

– …a jak by sobie przekłuła – ciągnęła Linka nie zwracając uwagi na siostrę, – może humor by jej się poprawił, że ładnie wygląda. Dla nas też bym kupiła. A dla siebie aparat fotograficzny dobrej firmy, tylko to niemożliwe, bo jeden milion na to wszystko nie wystarczy. I jeszcze w piwnicy urządziłabym pracownię…

– Kuba powiedział, że Maciek powiedział, że kupiłby sobie aparat i kamerę ale mu nie starczy – stwierdził Filip.

Inka nic nie powiedziała, przez moment tylko się przyglądała  zarumienionej siostrze.

Rozległo się pukanie i weszła Justynka.

– Filip do domu! Nie będę za ciebie zmywała po obiedzie, dziś twoja kolej. Tym razem nie dam się wrobić.

– Justyna, słyszałaś o Maćku? – spytała Inka.

– Miał farta  – z podziwem rzekła Justynka. – W związku z tym mam pomysł, my też możemy wygrać.

– Nie mam zamiaru latać po ulicach – wzruszyła ramionami Inka.

– Nikt ci nie każe. Możemy przecież zagrać w Kuferek Radia Zet.

– Figa z makiem. Trzeba warować przy radiu i przy telefonie. A szkoła? – Linka z powątpiewaniem spojrzała na sąsiadkę.

– Czekaj, nie stwarzaj niepotrzebnych problemów. Już wszystko obmyśliłam. Telefon mamy, do szkoły chodzimy na różne godziny i różnie wracamy. Obejrzałam plan Filipa, mój znam, możemy się wymieniać. Gdybyście mogły obstawić dwa dni, zobaczcie  – pokazała trzymaną dotąd za plecami kartkę.

Cała czwórka rozsiadła się wygodnie w pokoju dziewczynek omawiając szczegóły przedsięwzięcia. Podzielili się dyżurami. Dyżurny miał skrzętnie notować co i w jakich ilościach jest dokładane do Kuferka Radia Zet i być przygotowanym do odpowiedzi na każdy dźwięk telefonu. Pojawił się kłopot przy obsadzeniu czwartkowego dyżuru. Wreszcie uzgodnili, że ponieważ  bliźniaczki mają o jedną godzinę lekcyjną za dużo w stosunku do potrzeb, będą znikały z lekcji na zmianę, raz jedna, raz druga.

– Masz adres? – spytała Inka wyjmując z biurka kartkę pocztową. – Daj, zaraz wyślemy zgłoszenie. Liczyć trzeba, że dojdzie za jakieś dwa, trzy dni a więc nastawiamy się na pełnienie dyżurów od poniedziałku.

– Filip! – Justysia groźnie spojrzała na brata. – Tylko nikomu o tym ani słowa. Nikomu! Bo inaczej nie dostaniesz swojej doli jak wygramy, pamiętaj.

Znów rozległo się szczekanie Tiny zagłuszające skutecznie pukanie do drzwi. Usłyszała je tylko stojąca najbliżej Justynka.

– Ciocia zawsze tak cicho puka, że nie słychać – przywitała Stenię. – A zbiórka dzisiaj jest u mamy.

– Ciociu, ciociu a co z psem? – zawołała z pokoju Inka skacząc na jednej nodze do przedpokoju.

– Nic – westchnęła Stenia. – Wujek Ziutek nie chce się zgodzić za nic w świecie.

– No tak, on się boi nawet ratlerka – pokiwała z politowaniem głową Justysia.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy

Zapomniałam o tytule i dodałam dopiero po 9-tym komentarzu :)))

Długi weekend to fajna sprawa kiedy się pracuje. Zawsze wykorzystywaliśmy z Mężem wolne dni do maksimum biorąc trochę z urlopu, żeby dało się wyjechać i skorzystać jak najwięcej. Jak na ironię, teraz, na emeryturze, od długiego czasu nie możemy się wybrać w ukochane miejsce z przyczyn zewnętrznych, od nas niezależnych. Tak czasem bywa, żeby człowiek sobie nie pomyślał, że mu wszystko wolno, bo wolno jednym a drugim nawet pomyśleć nie wolno…
Pogoda letnia w dalszym ciągu, mnie to cieszy ale już susza nie jest powodem do radości. Mimo padającego deszczu przez dwie noce kilka dni temu, już nie ma po nim śladu. Jest sucho, w powietrzu unosi się pył, czasem trudno złapać oddech jak blisko przejedzie samochód. Szilka nauczyła się siadać po przyjściu za zawołanie – co jest jak najbardziej prawidłowe – lecz po klapnięciu na suchy pył wymaga trzepania 😉  Ma zupełnie szare siedzenie i ogonek. Trawa, która po deszczu nieco odżyła i nabrała koloru, znowu zszarzała, zbrunatniała.
Oj, złego porównania użyłam. Teraz kolor brunatny jawi się jako coś najgorszego na świecie i nie bez przyczyny…
Jestem wciąż od wczoraj pod wpływem wspomnień naszej Marysi z blogu – https://jajesienna.blogspot.com/
Wydarzenia II wojny widziane oczami dziewięcioletniej dziewczynki, przeżycia jej i najbliższych robią ogromne wrażenie, prowokują do zastanowienia się, do przemyśleń i niestety – do porównań…
Uważam, że jak najwięcej ludzi powinno się z takimi relacjami zapoznawać, w szkołach powinny być obowiązkową lekturą nie do „odklepania” lecz do przeżycia, aby nie pojawiały się haniebne wydarzenia w postaci tzw. urodzin hitlera.
Żeby w smutnym tonie nie kończyć, życzę dobrego tygodnia i nadziei na poprawę sytuacji w każdej dziedzinie.
Dla uśmiechu – pieski mojej siostry ciotecznej.

 

 

 

 

 

 

 

Mówiąc szczerze nie mam pojęcia czemu tak się fotki ułożyły, ale trudno, niech będzie.

Prawda, że prześliczne mordeczki?

 

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 9

Dzieciom oraz większości rodziców ferie wydawały się o wiele za krótkie. Dopiero się zaczęły a już trzeba było z powrotem pakować plecaki, buty na zmianę i budzić się w sinym świetle poranka albo nawet całkiem po ciemku, żeby iść do szkoły. Jedyną chyba osobą czekającą końca ferii jak zbawienia była Aldona. W czasie nieobecności dziewczynek w domu dostawała obłędu z rozpaczy, tęsknoty i samotności. Nie musiała ukrywać uczuć, znów przemierzała całe mieszkanie od okna w kuchni do drzwi balkonowych w pokoju łkając bezgłośnie lub nagle wybuchając rozpaczliwym szlochem. Czasami uderzała się pięściami po głowie dopóki ból nie przywracał jej świadomości, dopóki nie wróciła do rzeczywistego świata. Zdarzało jej się uderzać głową o framugę drzwi regularnie, raz po razie. Rozmawiała sama ze sobą, żaliła się na swój los, urodzenie pod nieszczęśliwą gwiazdą lub tłumaczyła sobie, że powinna wreszcie wziąć się w garść. Czasem całe popołudnie i wieczór przesiedziała na podłodze zapatrzona w ciemność za oknem. Nie czuła zimna. Gdy Tina domagała się spaceru trącając nosem lub łapiąc delikatnie zębami stwierdzała, że jest zupełnie skostniała.

Właściwie wychodzenie z sunią było jedyną wykonywaną czynnością. Poza tym nie robiła zupełnie nic. Na bazarku kupiła suchą karmę dla Mimi i Tiny. Sama jadła tylko w pracy – o ile udało jej się przełknąć kilka kęsów. W domu nie miała nic do jedzenia, nie kupowała. Skoro zupełnie nie czuła głodu, widocznie nie było jej potrzebne. Dostawała często mdłości na samą myśl o spożywaniu pokarmu co utwierdzało ją w przekonaniu, że po prostu ma nie jeść.

Nie chciało jej się także wyjmować pościeli z wersalki. Spała zwinięta w kłębek, wciśnięta w fotel, okręcona ciepłym, pikowanym szlafrokiem albo skulona na złożonej wersalce, otulona narzutą. Budził ją chłód. Wchodziła wtedy do wanny z gorącą wodą – potem jechała do pracy. Wykonywała swoje obowiązki machinalnie, jak manekin ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy ale z duszą wypełnioną pustką i ciemnością. Wracała do domu witana radośnie przez zwierzaki, które jako jedyne potrafiły wywołać szczery uśmiech.   Teresa rozchorowała się, wysoka gorączka nie pozwalała jej opuszczać domu, nie mogła więc poprzez odpowiednio ukierunkowane rozmowy wpłynąć na poprawę stanu przyjaciółki i pomóc jej wyjść z przygnębienia. Zapraszała ją do siebie telefonicznie, czyli przez telefon u Magdy. Aldona nie skorzystała tłumacząc się brakiem sił, nadmiarem pracy i nie czekając na odpowiedź Teresy odkładała słuchawkę.

Ponieważ nieszczęścia lubią liczne towarzystwo a nie tylko chodzenie parami, musiało się jeszcze coś wydarzyć. I się wydarzyło. Żona Michała przebywająca w zakładzie specjalistycznym od urodzenia Bartusia, ciesząca się do tej pory w miarę dobrą kondycją fizyczną, zapadła na jakąś chorobę.  Nie chciała jeść, słabła z dnia na dzień, do tej pory łagodna i spokojna – stała się złośliwa i agresywna. Uspokajała się jedynie przy Dorocie, która przychodziła niemal codziennie opiekować się chorą. Znów odżyły dawne, wewnętrzne rozterki Doroty, znów zaczęła roztrząsać całe swoje życie, zastanawiać się nad podjętą kiedyś decyzją dziwiąc się ogromnie, że chora do niej właśnie lgnie, nie czuje intuicyjnej niechęci czy wrogości. Gdyby porozmawiała o tym z Teresą, przyjaciółka wytłumaczyłaby z pewnością, że – być może – nieszczęśliwa kobieta podświadomie czuje, iż Dorota zapewniła normalne dzieciństwo i normalne życie jej dziecku, które właściwie osierociła za życia. Nie ma widać do przybranej matki żadnych pretensji, bo i skąd? Przecież Dorota poznała Michała już w czasie jej pobytu w zakładzie, gdy powrót do życia poza nim był niemożliwy. Nie rozmawiała jednak z Teresą, nie miała czasu na spotkania towarzyskie, toteż czarne myśli Doroty nie opuszczały.

Magda wracała z pracy około dwudziestej, zmarznięta, zmęczona nie miała siły zajmować się cudzymi sprawami. Przywiozła jedynie Aldonie kilka różnych preparatów na wzmocnienie, regenerację i podbudowanie układu nerwowego. Ona zaś – schowała wszystkie opakowania do szafki ciesząc się, że będzie mogła ofiarować je Sergiuszowi.

Ponieważ każdy zajęty był rozwiązywaniem własnych problemów, Aldona wewnętrzne swoje zmagania musiała toczyć sama, rozsupływać życiowe splątane węzły we własnym zakresie bez pomocy z zewnątrz.

Na dzień przed powrotem dziewczynek wysypała na dłoń całe opakowanie relanium, zwykłą szklankę do herbaty napełniła koniakiem. Tak, to jedyne i najlepsze wyjście z sytuacji. Połknie małe tableteczki, popije koniakiem i uśnie. Nikt nie zauważy. Zanim ktokolwiek zacznie jej szukać, będzie po wszystkim. Choćby chcieli to nic nie zrobią, nie będą wiedzieli co się stało i dadzą jej nareszcie święty spokój. Nikt jej więcej nie będzie dręczył w pracy, przestanie cierpieć w domu… Podniosła do ust lewą rękę pełną kremowych kuleczek. Nie wahała się ani przez moment, coś jej szeptało: pospiesz się, połknij, wreszcie odetchniesz… raz na zawsze… Nagle przez ten szept, jakby zresztą znajomy, przedarł się głos Sergiusza. Czekaj na mnie, Wiewióreczko, czekaj. Tak! Przecież powiedział, że przyjedzie, że należy im się rozmowa. Nazwał Wiewióreczką przywołując cudownie szczęśliwe chwile… Przyjedzie, na pewno przyjedzie! Musi na niego czekać! Cisnęła tabletki na podłogę. Rozsypały się kremowe koraliki, skakały z radości, że nie stały się przyczyną snu wiecznego tej, która miała jeszcze wiele,  wiele pracy do wykonania. Za nimi skakała Mimi, łapiąc, podrzucając je, popychając noskiem albo łapką. Aldona zawartość szklanki wylała do zlewu rozpryskując wokół bursztynowe krople. Drżała na całym ciele. Pozbierała skaczące kuleczki, żeby przez własną głupotę nie zrobić kotce krzywdy, jeszcze, nie daj Boże, zje którąś.

Drżenie nie opuszczało ciała. Trzęsła się i szczękała zębami. Dygotała w niej każda komórka. Jasno zdała sobie sprawę z tego, czego o mało nie zrobiła.  Boże, przecież skazałaby dziewczynki na taki sam los jaki jej przypadł w udziale po śmierci rodziców. Gdyby nie wyobraziła sobie głosu Sergiusza… A  może usłyszała go naprawdę?  Zawdzięcza mu życie! Uratował ją w ostatniej chwili!

Drżącymi wciąż rękami odsunęła włosy z czoła oblanego zimnym potem. Objęła oburącz głowę  i ściskając z całych sił niby żelazną obręczą poczęła się kołysać w przód i w tył, w przód i w tył, i znowu w przód i w tył… Uświadomiła sobie, że od dłuższego czasu coś ją popychało do samobójstwa, do samounicestwienia, zupełnie jakby miała w mózgu taśmę z nagraną wypowiedzią sugerującą takie właśnie wyjście z sytuacji, odtwarzaną bez przerwy. Czyż ten głos nie przypominał jej głosu Agaty? Może ona ma zdolności telepatyczne i w ten sposób chciała się pozbyć rywalki?

Płacz, codzienny towarzysz, wstrząsnął znowu jej ciałem, był jednak inny, oczyszczający, przynoszący ulgę, rozjaśniający oczy, nie – jak dotąd – wiodący w ciemność, lecz ukazujący światełko na końcu drogi. Jak mówiła Teresa? Zło puszczone w ruch wraca do tego, kto je w ruch wprawił? Bzdury. Bzdury? Kto to może wiedzieć? Gdyby połknęła tabletki zło znalazłoby ujście. Nie zrobiła tego, więc krąży ono gdzieś w kosmosie i szuka swojego celu. Aby nim nie być trzeba się pozbyć wszelkich negatywnych myśli. Każdych. Bo ten, kto jest nimi wypełniony, przyciąga zło jak magnes żelazne opiłki…

Nie potrafiła poukładać sobie porządnie wszystkich myśli krążących po głowie ale wiedziała, że się jakoś pozbiera, będzie żyć, nie da się złu pokonać. Nie, nie i nie! Koniec z rozmyślaniem: co inni powiedzą. Koniec!  Będzie robiła tylko to, co sama uzna za słuszne.

Boże, przecież jest to winna córeczkom, najdroższym na świecie Stokrotkom, skarbom  które zasługują na wszystko co najlepsze, naj naj naj……

Podniecona i rozgorączkowana chodziła w kółko po pokoju, chwilami stawała,  głośno i dobitnie przekonując samą siebie, powtarzała własne myśli. Wreszcie padła na fotel. Sięgnęła po wiersze Teresy. Czytała. Tak, tak sprawa wygląda…. Dokładnie tak… Jak ona to wszystko trafnie ujęła… Przeszła przez piekło a potem się zmieniło… Skoro jestem, żyję, muszę  się z  tym całym galimatiasem jakoś uporać. Nie dam się! Nikt mnie nie pokona bo kocham Sergiusza i kocham moje córeczki… Uratował mnie, kazał czekać… Powiedział czekaj Wiewióreczko… Cholera, przyroda  jakaś, biedronki, wiewiórki, stokrotki, może jeszcze konwalie? Będę czekała! Zawsze! Do ostatniego tchnienia! Jestem egzaltowana? Nie jestem. Jestem. I dobrze. I będę. Nikomu nic do tego. Nigdy na niego nie przestanę czekać. Nigdy! A teraz muszę się położyć, bo dzieci wracają, nie mogę wyglądać jak śmierć na chorągwi, przeraziłyby się.  No i muszę mieć siłę, żeby czekać… Wyjęła pościel i zanim zdążyła się wygodnie ułożyć, już spała.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy

Poniedziałek

Na wycieczkę jedziemy 🙂

Od rana nie miałam kiedy się odezwać. Byliśmy u Calineczki 🙂 przy okazji konieczności zaszczepienia Szilki. Szkrabusia kochana głaskała psiepsioły (neologizm od psich przyjaciół autorstwa Ewy z KD), śpiewała, mówiła, naklejała naklejki – co wciąż lubi robić – z książeczek dla dzieci. Nie ma opcji, żeby usiadła nic nie robiąc. Przez cały czas czymś jest zajęta. Skończyła naklejać, poszłyśmy do pokoiku, zamknęła drzwi, nie pozwoliła mi ich otworzyć, zdejmowała z półki książki i książeczki oglądałyśmy je. Potem znów psy były ośrodkiem jej uwagi a następnie pożegnała nas i pojechaliśmy do lecznicy. Wszystkie szczepienia zaliczone, psiaki zmęczone śpią do tej pory. Szilka ma prawo, po szczepieniu może się czuć nieco osłabiona. Skituś uwielbia leżeć gdy mu nikt nie przeszkadza w tej wyczerpującej czynności 🙂  Zawsze kiedy jesteśmy u dzieciaków zastanawiam się nad reakcją Skitsa. Wszedł zadowolony, obwąchał całe mieszkanie, w końcu wskoczył na wersalkę, poleżał chwilę, potem rozłożył się na dywanie obok Calineczki, która zaczęła bawić się jego ogonkiem i zaśmiewała się, gdy nim machał. Skituś na hasło „wracamy do domu” podnosi się i jest gotowy do wyjścia. Czyli uznał nas za prawowitą rodzinę i opiekunów. Powiedział swoim, że ich kocha, ale teraz już wraca razem z Szilką 🙂
Po powrocie do domu okazało się, że babcia D. szuka aparatu słuchowego. Na szczęście Mąż znalazł, tym razem był w łazience. Dobrze, że się znalazł, byłby poważny problem.
Zrobiłam zapiekankę cukiniową. Mnie smakowała baaardzo, Mężowi tylko smakowała, dokładniej: nie była niedobra 🙂 Ciasto drożdżowe wg przepisu Jotki upiekłam i wyszło rewelacyjne!!! Prawdziwy drożdżowy placek z kruszonką, do której dodałam cukier waniliowy, więc zapach był zabójczy. Tzn. jeszcze odrobina jest lecz do jutra nie doczeka, nie ma mowy. Cała wielka blacha!!!
Zdjęcia zrobiłam ale cóż z tego, kiedy nie wiem jak konkretne zdjęcie przenieść do Lapcia, przenoszą mi się wszystkie po raz kolejny. Kiedyś się nauczę 🙂
Troszkę popadało z czego roślinki się ucieszyły, choć zbyt mało. Dzień już krótszy, niestety. Trzeba obudzić śpiochy i wyjść, zanim zrobi się całkiem ciemno, mnie się już oczy zaczynają zamykać, zmęczenie bierze górę, trzeba się poruszać koniecznie, żeby nie usnąć.
Dobrego tygodnia życzą psiepsioły wraz z opiekunami 🙂 🙂 🙂

Dobrze nam razem 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 8

Na okres zimowych ferii Aldona zawiozła dziewczynki do teściów. Teściowa, mimo iż źle się czuła po przebytej grypie, przyjęła Stokrotki chętnie, co wyraźnie sugerowało zmianę w jej stosunku do synowej.

W pierwszy wolny od nauki dzień zadzwoniła Agata zapraszając na kawę. Aldona  odmówiła tłumacząc się koniecznością szybkiego powrotu z pracy do domu i pojechania do dzieci. W tej sytuacji Agata stwierdziła, że ona przyjdzie w odwiedziny, na chwilę, bo ma ważną sprawę. Cóż było robić? Kupiła ciasto i pojechała do domu pragnąc trzęsienia ziemi albo wybuchu wulkanu. Na schodach spotkała Stenię Kozłowską, która miała dla niej kilka nowych książek. Chwilę później pojawiła się Agata i stwierdzając, że „koleżanka ma blisko i może przyjść potem” – prawie wypchnęła za drzwi zdumioną Stenię. Usiadła w fotelu i rozpoczęła tyradę. Że Aldona spotyka się z Sergiuszem i kontaktuje się z nim bez jej zgody, poza nią, a ona sobie tego nie życzy. Że jest im bardzo dobrze razem, a  jeżeli czasem wygląda inaczej to tylko ze względu na wzajemne docieranie się po kilku latach życia na odległość. Że nie mówiła głośno jak im jest dobrze aby nie robić przykrości Aldonie, która przecież jest sama. Że postanowili sprzedać malucha i kupić duży, porządny samochód. Że Aldona nie dostanie ani grosza po jego śmierci, bo nie jest żoną i niech sobie nie ostrzy zębów na żadną działkę, bo ona, Agata, ją sprzeda. Że nie pozwoli więcej dawać Sergiuszowi jakichś lekarstw od obcych a kontaktować z nim wolno się tylko za jej, Agaty, pośrednictwem.

Kiedy wyszła wyrzuciwszy z siebie przygotowany tekst – osłupiałą, przerażoną, pełną poczucia winy Aldonę pomału zaczęła ogarniać wściekłość. Jak to? Najpierw przy każdej okazji ta sekutnica powtarzała, że Sergiusz to drań i łajdak dokładnie taki sam jak jego ojciec a teraz nagle jej na nim zależy? Bo boi się stracić jego pieniądze! Mówiła, że jest brudas i fleja jak jego matka i nagle przestało jej to przeszkadzać? Na całej rodzinie nie zostawiła suchej nitki a teraz ich kocha? Dlaczego nie pozwoli dawać lekarstw? Niby sama  taka dobra i kupi?  A może chce, żeby go szybciej diabli wzięli a jej został spadek? Przecież skąd w innym wypadku przyszłaby jej do głowy myśl o śmierci? Każdy sądzi według siebie… Brr, podła, wstrętna baba. Dorota ma rację, trzeba się wystrzegać ludzi bez poczucia humoru i mających negatywny stosunek do zwierząt. Oraz takich, którzy patrzą na świat przez pryzmat pieniędzy i posiadania. Agata zaś musi mieć i musi mieć bez względu na cenę: magnetowid, samochód, mikrofalę i pieniądze, pieniądze, pieniądze… Zadaje się z ludźmi stojącymi wyżej w hierarchii służbowej, majątkowej czy towarzyskiej, chce i dorównać, i zaimponować. Jeszcze ewentualnie kontaktuje się  z tymi, którzy mogą jej się przydać. Pozostałych traktuje z dystansem i wyższością, z pogardą niemal. O matko, przecież to identyczny typ jak Marian!

Rano zadzwoniła do ukochanego. Dowiedziała się, że wspólnik przypadkiem wygadał się przed Agatą, iż Sergiusz zaczął ogromnie dbać o swoje zdrowie i zażywa różne dziwne rzeczy przyniesione przez Aldonę. Poza tym dowiedziała się jeszcze, że Agata regularnie przeszukiwała jego samochód, portfel, kieszenie i przechwytywała korespondencję czytając listy oraz wyciągając z kopert przesłane zdjęcia z wakacji.

– Nie życzyłam jej dotąd niczego złego, naprawdę odpędzałam od siebie wszelkie złe myśli ale teraz już nie mogę. Niech ją cholera weźmie albo samochód przejedzie, niech się utopi w wannie, wypadnie przez okno albo niech ją ktoś udusi w windzie. Ja mam dość – przez łzy powiedziała do słuchawki i już tylko do siebie dodała  – wszystko jedno co się z nią stanie, niech tylko zniknie.

Nie spotkała się z Sergiuszem przez całe ferie. Nie mogła się niczym zająć, nie miała co ze sobą zrobić. Jak drżący kłębek nerwów obijała się o ściany, chodziła z kąta w kąt albo w kółko po dużym pokoju. Próbowała sobie tłumaczyć, że to koniec, trzeba zacząć nowe życie, nie można dalej tkwić w próżni, poruszać się między światem wyobraźni a obłędem. Są dzieci, obowiązki… No i co z tego? Gdyby nagle zginęła pod kołami samochodu, przypadkiem, nie z własnej winy, albo umarła na serce – życie nie stanęłoby w miejscu, toczyłoby się dalej. Jest jej obojętne, dokładnie obojętne co się stanie. Chciałaby się nigdy więcej nie obudzić. Myśl o śmierci powoli przestała wywoływać w niej przerażenie, przecież tam są rodzice, babcia, Bibi… Przeciwnie, niosła zapowiedź upragnionego spokoju, ukojenia, ciszy… Sama  nie może jej przywołać, ale … gdyby tak przypadkiem, niechcący… wypadki chodzą po ludziach…

Przestała odczuwać głód, zjedzenie posiłku było katorgą. Schudła, bolały ją stawy, nerki, nękały bóle i zawroty głowy, mięśnie chwilami odmawiały posłuszeństwa. Zdarzyło jej się wejść wprost pod nadjeżdżający samochód, choć próbowała się zatrzymać na poboczu. Auta na ogół wolno jeżdżą ciągami pieszojezdnymi, więc hamowały bez trudu. Idąc do pracy przywdziewała maskę obojętności. Nie opowiadała nikomu o swoich przeżyciach, od koleżeńskich spotkań wymawiała się bólem głowy albo kłopotami z dziećmi. Nie zwracała uwagi na Mariana, który przyglądał jej się niczym myśliwy osaczonej zwierzynie pewien, że zdobycz mu nie ujdzie. Po powrocie do domu zamykała się w pokoju i godzinami siedziała wpatrzona w ścianę, gryzła ręce powstrzymując tym głośne łkanie i tłumiąc wybuch rozpaczy. Albo – gdy już straciła siły do powstrzymywania się  – oddawała się tej rozpaczy bez reszty wstrząsana bezgłośnym szlochem. Wychodziła z Tiną o nietypowych godzinach, żeby nikogo nie spotkać na spacerze.

Raz jeden umówiła się telefonicznie z Sergiuszem. Nie przyjechał o umówionej godzinie. Co chwilę wstawała i sprawdzała, czy przypadkiem domofon się nie wyłączył. Może dzwonił a ona nie słyszała? Niemożliwe, żeby znowu ją zawiódł. Dlaczego go nie ma? Chodziła od okna do drzwi i z powrotem. Wreszcie usiadła na szafce w przedpokoju, objęła rękami kolana i w tej pozycji przepłakała resztę nocy nasłuchując, wzdrygając się na każdy odgłos dobiegający z korytarza.

Rano powiedział, że całą noc spędził w pracy, nie mógł się zdobyć na wyjście stamtąd gdziekolwiek, musiał ugrzęznąć w papierach, bo sprawy się pokomplikowały i ma kłopoty. Nie miał jej jak zawiadomić, bo przecież nie ma telefonu.

Szła z pracy piechotą, ze Śródmieścia aż do Dworca Południowego. Deszcz padał, moczył włosy osłonięte jedynie czarną opaską. Nie chciało jej się wyjąć parasolki. Łzy, będące teraz  czymś tak normalnym i naturalnym jak oddychanie, powodowały zacieranie konturów całego zewnętrznego świata i tak już niewyraźnych z powodu deszczu i ciemności. Czerwone i żółte światła samochodów niczym tajemnicze kule otoczone świetlistą, migotliwą aureolą znów zapraszały ją do siebie. Miała ochotę wejść pomiędzy nie, przestać myśleć i odczuwać cokolwiek. Po co ma żyć? Jej życie się skończyło. Dzieci? Dzieci urodziła do ich własnego życia, niech same szukają własnej drogi, nikt za nie tego nie zrobi… Ona też była sama… Dlaczego nie jest jej dany nawet fragment zwykłego ludzkiego szczęścia? Czy za każdą przeszłą chwilę radości musi płacić cierpieniem? Tych chwil w ciągu całego życia naprawdę nie było zbyt wiele… Może gdyby rodzice nie zginęli… Co zakłóciło kontakt między nią a Sergiuszem? Czy to ona przeszła na niewłaściwe fale? Może za dużo sobie wyobrażała? Czy nie ma już dla niej miejsca w rzeczywistości i pozostało jej tylko życie we śnie? A może już umarła nie zdając sobie z tego sprawy i jest duchem nie mogącym znaleźć własnego miejsca we wszechświecie?

W sobie szukała winy za utratę psychicznego kontaktu z Sergiuszem. To znaczy – z jednej strony czuła bliskość ukochanego, myślami była przy nim, siłą uczucia i wyobraźni miała go wciąż przed oczyma a jednocześnie zaczęła się bać jego reakcji na własne czyny i słowa. Bała się, że źle ją zrozumie, niewłaściwie oceni, zacznie ją traktować jak Agatę, posądzi o takie same niecne zamiary i wreszcie znienawidzi obydwie.

Zaczęła mieć kłopoty z wyrażaniem myśli, gubiła wątek albo nagle milkła pozwalając się „zagadać” rzeczywistemu rozmówcy albo głosowi płynącemu ze słuchawki. Bezustannie rozmyślała co złego, niewłaściwego zrobiła powodując tak dziwne, nieoczekiwane i niepodobne do normalnego zachowanie Sergiusza.

Któregoś wieczoru, mając przed sobą  perspektywę kolejnej nieprzespanej nocy, wstała z łóżka, założyła szlafrok i zwinęła się w kłębek na fotelu. Nie pierwszy raz w tej pozycji czekała świtu podczas gdy wyobraźnia podsuwała jej rozmaite obrazy, najczęściej  wspomnienia z domku pod lasem. Trudno się było od nich uwolnić. Widziała ukochanego wszędzie, nawet po otwarciu oczu jego postać nie rozwiała się od razu. Nie pomogło mruganie powiekami ani odwracanie głowy. Podniosła się. Ruchy miała powolne, ciężkie niczym stara, zmęczona życiem kobieta. Zmusiła się jednak do aktywności, postanowiła przejrzeć rzeczy Stokrotek, które ciągle z czegoś wyrastały. Nie miała serca oddać tych szmatek komuś obcemu. Spakowała i schowała dla Biedroneczki wbrew jakiejkolwiek logice, wbrew wszystkiemu.

W dalszym ciągu unikała sąsiadek. Przemykała z psem na drugą stronę ulicy i spacerowała po „innej wsi”, a gdy któraś zapukała do drzwi udawała, że śpi, bez względu na porę dnia.

Wreszcie przydybała ją Dorota.

– Jesteś obrzydliwą egoistkę i masz charakter Narcyza – oświadczyła.

Patrzyła z przerażeniem na przyjaciółkę postarzałą nagle przynajmniej o dziesięć lat, poszarzałą na twarzy, nienaturalnie chudą, na niezdrowo błyszczące oczy. Zajęta własnymi sprawami nie przypuszczała, że Aldona może być aż tak wykończona psychicznie i fizycznie. Nic przecież nie wiedziała o wizycie Agaty.

– Dlaczego? – obojętnie spytała Aldona.

– Bo trzeba siebie bardzo lubić, żeby przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przebywać głównie we własnym towarzystwie. – usiłowała ukryć drżenie głosu starając się nadać mu żartobliwe brzmienie.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Ciasto dla Magdy :)))

Przepis pochodzi z jakiejś kolorowej gazety, nie pamiętam z jakiej i na pewno sobie nie przypomnę, to był czas kiedy babcia D. jeszcze sama chodziła do sklepu i przynosiła tony kolorowych czasopism, nieraz było po 5 tych samych.
Nocna drożdżówka czyli ciasto z jabłkami dla leniwych 🙂
5 szkl. mąki
1 szkl. cukru
4 jajka
3/4 szkl. mleka
50 dkg jabłek
1 szkl. oleju
10 dkg drożdży
1 cukier waniliowy
mielony cynamon
tłuszcz do nasmarowania blachy

1. Drożdże rozkruszyć do miski. Dodać cukier, jajka, olej, cukier waniliowy, lekko podgrzane mleko i mąkę. Składników nie należy mieszać!!! Miskę przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 4 godz.
( Ciasto można też przygotować wieczorem, zostawić w misce do wyrośnięcia i upiec rano. Tylko nie stawiać miski w bardzo ciepłym miejscu! )
2. Po tym czasie wymieszać wszystkie składniki na jednolitą masę. Blachę posmarować tłuszczem i wyłożyć na nią ciasto.
( Ja nie smaruję tylko używam papieru do pieczenia )
3. Jabłka umyć, obrać ze skórki (niekoniecznie), wydrążyć gniazda nasienne, pokroić w plasterki, ułożyć na cieście. Posypać łyżeczką cynamonu. Wstawić do nagrzanego piekarnika 175 st./ ok. 45 min.
4. Po upieczeniu uchylić drzwiczki piekarnika i nie wyjmując blachy dać ciastu spokojnie wystygnąć. Wystudzone można posypać cukrem pudrem

Drugi przepis dostałam od kolegi (!) jeszcze w pracy. Wypróbowałam bez entuzjazmu. Entuzjazm przyszedł, przygalopował po upieczeniu i spróbowaniu 🙂
Rewelacyjne ciasto drożdżowe dla leniwych 🙂
4 szkl. mąki
1 szkl. mleka
1 szkl. cukru
4 jajka
1 kostka margaryny
6 dkg drożdży
szczypta soli, zapach

Kruszonka
8 dkg mąki
5 dkg masła
5 dkg cukru

Drożdże rozpuścić w ciepłym mleku (ja używam drożdży instant 2 op. więc odpada ta czynność).
Rozpuścić margarynę.
Przesianą mąkę z cukrem, jajkami i drożdżami bardzo dobrze wymieszać ( robię to drewnianą łyżką).
Dodać rozpuszczoną margarynę i wmieszac ją w ciasto. Naprawdę po chwili znika, choć w pierwszym momencie wydaje się to niemożliwe.
Odstawić do wyrośnięcia pod ściereczką w ciepłym miejscu.
Jak wyrośnie – przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (blachę mam b. starą, może sprzed wojny jeszcze, wielkości jakby 2-ch keksówek i to jest idealna wielkość).
Na ciasto wyrobioną wcześniej kruszonkę pokruszyć (kruszonki nie robię palcami lecz widelcem, tzn. Mąż robi 🙂 ). Upiec.
W nagrzany piekarnik wkładam, piekę w 180 st. /ok. 50-55 min. zaglądam pod koniec przez szybkę jak wygląda i wiem czy już upieczone.

Dzięki tym przepisom odważyłam się upiec drożdżowe ciasto. A mama i babcia takie pyszne piekły! Nie nauczyłam się od nich, buuu…

Moje kwiatki 🙂 Przy takim obrazku ciasto powinno smakować bez względu na to, jakie wyjdzie 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Dzień za dniem

Podczas poprzedniego weekendu przeczytałam „Jagę” Katarzyny Bereniki Miszczuk, nową część cyklu „Kwiatu paproci”. Mnie się ten cykl spodobał, choć fantasy nie jest moją bajką. Nie ma reguły bez wyjątku i pewnie to jest ten przypadek. Polubiłam i już 🙂 Nie jestem
zadowolona, kiedy się kończy książka, którą dobrze mi się czyta. Mówię o tym z tygodniowym opóźnieniem, bo nie zauważyłam, że fragment tekst „na brudno” pisanego przesunął się w dół i zniknął.
Dziś ładna pogoda, słońce świeci, lecz już chłodem wieje, przynajmniej rano. Wczoraj w Krakowie co chwilę padało. Wiem od cioci, która wczoraj miała urodziny i z tej okazji rozmawiałyśmy przez telefon. Prawie codziennie wchodzę do Ewy Krakowianki, serce mnie tam ciągnie, żeby mieć świeże wieści z grodu Kraka. Poza tym uwielbiam teksty Ewy, która bez owijania w bawełnę pisze co myśli. Ewo, pozdrawiam w tym momencie 🙂 🙂 🙂
Ciocia moja kochana wybierała się na Rynek ale za każdym razem kiedy już miała wychodzić – znowu deszcz powracał. U nas padał rano. Złapał mnie z Szilką i Skitulem na ulicy, wracaliśmy (prawie) biegiem. Psiaki się bawiły, skakały zadowolone a ja oddechu złapać nie mogłam i ledwo dyszałam, buuu… To rezultat braku kondycji, o którą nie chce się regularnie dbać. Moja wina, moja wina… No moja i już.
W związku z tym, że odpadł z rozkładu poranka długi spacer z powodu deszczu, poddałam się nałogowi, w który wpadłam bardzo niedawno i zagniotłam ciasto Lucii, czyli „jednojajkowca”. Tym razem upiekłam go z dżemem morelowym. Też pyyycha 🙂 Myślę, że sporo czasu upłynie zanim nam się znudzi. Mężowi najbardziej smakowało z konfiturą wiśniową. Babcia D. lubi słodycze, jadła więc wszystkie rodzaje.
Zostawianie babci D. samej nawet na krótki okres czasu staje się coraz bardziej ryzykowne. W sobotę udało mi się Męża wyciągnąć na spacer z czego baaardzo się ucieszyłam. Ostatnio  zatoki okropnie dają mu się we znaki, trochę wreszcie odpuściły i poszedł. Nie było nas około godziny. Po powrocie od razu zauważyłam włączony telewizor (Mąż wyłączył przed wyjściem) a na ekranie widniał napis, że brak karty w dekoderze. O matko! Gdzie karta? Krasnoludki raczej jej nie zabrały! Żeby tylko jej babcia D. nie włożyła w takie miejsce, o którym natychmiast zapomni i nie znajdziemy, albo żeby jej nie złamała. Przecięła
przecież kabelki od dwóch ładowarek. Mąż pognał do jej pokoju. Nie zdążyła schować, co za ulga.
Trzeba mieć na nią oko także wtedy, gdy jesteśmy w domu. To jak z dzieckiem – kiedy za długo siedzi cicho, trzeba iść sprawdzić co robi. Babcia D. lubi upiększać otoczenie, zawsze lubiła i miała gust. Teraz robi bukiety z czego popadnie i wkłada gdzie się da. Zrywa kwiatki z naszego miniaturowego ogródka, łamie gałązki, wyrywa co jej wpadnie w rękę. Wczoraj wyrwała z korzeniami ozdobny bluszcz, który dostałam od synowej. Cieszyłam się, że przeżył zimę, zaczął wypuszczać nowe pędy z pięknymi, o różnych odcieniach zieleni, liśćmi w jasne plamki. Jest śliczny, szczególnie ładnie wygląda w ciemnym kącie ogródka rozjaśniając ów kącik. Rzuciłam się do niej i zabrałam z ręki biedny bluszcz, już chciała go porozrywać na kawałki, żeby włożyć do bukietu zrobionego z nawłoci i rozchodników, który włożyła do małej konewki nadającej się tylko na dekorację, bo przepuszcza wodę. Wsadziłam biedak z powrotem do ziemi, podlałam, podwiązałam znowu czerwoną wstążeczką, żeby była widoczna (choć przedtem też była i nie ustrzegła przed wyrwaniem), mam nadzieję, ze nie zmarnieje. Ale biednie wygląda po tych przejściach.
Z lekami jest tradycyjnie – raz babcia D. połknie, kiedy indziej chowa, wypluwa i robi to bardzo sprytnie wykazując się niezwykłą inwencją w tej materii… Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…
Zrobiłam drobne przemeblowanie (sąsiadka moja ursynowska mówiła, że jak się przestawia meble to przychodzą pieniądze, więc czekam 🙂 ) Przeniosłam Lapcia – musi być połączony kablem z ruterem, inaczej nie działa – w inny kąt pokoju, kartki, notatki, inne drobiazgi
podręczne też, w związku z czym nie mogę się połapać co gdzie jest i nie mogę niczego znaleźć. Tak będzie dopóki się nie przyzwyczaję.  Nadrobiłam też trochę zaległości na Waszych blogach, bo jakoś się nie wyrabiam ze wszystkim. Odwaliłam wielkie prasowanie,
popracowałam w ogródku ale ogólnie czuję się znużona i brak mi energii, jakby mi się baterie wyczerpały. Wyraźnie pani Depresja puka do drzwi i okien, ale mam w planie nie wpuścić jej do środka.
W nowym kąciku do siedzenia stoi fotel i Skituś bardzo lubi na nim spać. Czeka kiedy ja wstanę i szybciutko zajmuje miejsce. Jedyne słowo, które go stamtąd ruszy to „masz” i widok czegoś smacznego. Tak muszę go przekupywać, żeby mi ustąpił 🙂 🙂 🙂
Dobrego tygodnia, słońca wedle woli i deszczu też tyle, ile trzeba. Macham do Was 🙂 🙂 🙂

Skituś patrzy czy już może zająć fotel 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 35 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 7

Zanim Sergiusz przywiózł Mimi na Ursynów, mieszkanie na parterze odwiedziła śmierć.  Nagła i niespodziewana.

Bibi czuła się źle kiedy Aldona wróciła z pracy. Leżała rozciągnięta na ciepłym kaloryferze i nawet nie spojrzała na jedzenie. Nigdy dotąd jej się to nie zdarzyło. Ponieważ jednak mruczała gdy tylko pani zbliżała się do niej, mruczała głaskana przez dziewczynki – nic nie wskazywało na zbliżającą się tragedię.

– Może coś zjadła? – zastanawiała się Aldona. – Ale co?

Przyniosła jakieś tabletki na zatrucie, które Danusia często dawała Tygryskowi i zmusiła kotkę do połknięcia rozkruszonego lekarstwa. Bibi zeszła z grzejnika, chwiejnym krokiem doszła do kuwety.  Wróciła, lecz już  nie miała siły wskoczyć na poprzednie miejsce. Dziewczynki wzięły ją do pokoju, ułożyły na fotelu, zawinęły w ręcznik, żeby było jej ciepło, obłożyły fotel poduszkami, żeby nie spadła.

Później na rękach Aldony Bibi dostała torsji brudząc jej sukienkę od góry do samego dołu. Ucieszyły się  przekonane, że już będzie wszystko w porządku.

W nocy obudził Aldonę pełen strachu i bólu krzyk kotki wzywającej pomocy. Okazało się, że kotusia zeszła z fotela, żeby pójść do łazienki i nie miała siły wyjść z kuwety. Aldona podniosła ją, otuliła ręcznikiem, nakryła kołdrą aby ogrzać coraz słabsze, coraz chłodniejsze ciałko. Nie wiedziała co zrobić, jak pomóc cierpiącemu biedactwu. Trzymała ręce na małym brzuszku, wtedy kotusia uspokajała się trochę jakby przynosiło jej to ulgę. Kiedy Aldona przysypiała, resztkami sił wlokła się do łazienki i znów wołała o ratunek. Tak minęła koszmarna noc.

Zawiniętą w ręcznik i kołdrę koteczkę zostawiła Aldona na tapczanie a sama szykowała dziewczynkom śniadanie. Co chwilę biegały do chorej łudząc się, że lepiej oddycha i jest cieplejsza.

Dzieci wyszły, a Bibi poruszyła się jakby znowu zaczęły ją męczyć torsje. Aldona w ręczniku zdjęła ją z tapczanu i położyła na dywanie. To nie były torsje, to był krwotok. A zaraz potem krzyk, tak potworny, tak straszny krzyk, że mimo woli Aldona też zaczęła krzyczeć, nieprzytomna z przerażenia. Do tej pory trzymała kotkę, teraz ją puściła, bo małe ciałko wykrzywiły konwulsje. Raptem krzyk ustał. Bibi znieruchomiała. Aldona klęczała nad nią gryząc zaciśnięte palce, skuczała jak szczeniak. Rozszerzonymi oczyma patrzyła na leżącą bez  ruchu koteczkę, tę cudownie miękką, słodką pieszczoszkę. Czekała, by podniosła się, przeciągnęła i mrucząc otarła główkę o jej nogi. Czekała i czekała. Wreszcie łzy wypełniły oczy i szloch wstrząsnął całym ciałem. Bez znaczenia do kogo śmierć przychodzi – do człowieka czy do małej kotki. Zawsze tak samo wygląda w martwych, szklanych, pełnych cierpienia oczach odchodzącej istoty. Miała do siebie pretensję, że nie tuliła Bibi w objęciach do ostatniej chwili, że ją puściła, że pozwoliła  umrzeć jej samej z brzmieniem własnego krzyku w uszkach. Przyszły jej na myśl czyjeś słowa, że każdy w końcu pozostaje sam na sam ze śmiercią i nikt inny w tym spotkaniu nie może uczestniczyć.

Długo klęczała przy Bibi, głaskała stygnące ciałko, prosiła przez łzy, by wstała.  Nie mogła uwierzyć w prawdziwość tego całego koszmaru, łudziła się, że słyszy oddech i miauczenie. Wreszcie wzięła czysty ręcznik, aby koteczka nie leżała na poplamionym krwią, zawinęła ją i zostawiła na dywanie. Zamknęła drzwi do pokoju, zostawiła dziewczynkom kartkę, żeby nie wchodziły, bo Bibi nie żyje.

Pojechała do pracy roztrzęsiona i zapłakana. Widząc ją w takim stanie każdy pytał o przyczynę. Odpowiedzią na słowa: kotka mi umarła – były w większości  uśmieszki i głośne śmiechy. Oczywiście, to przykre, ale żeby z tego robić aż taką tragedię? Mało to wszędzie kotów?

Zwolniła się, nie była w stanie tego znieść. Pojechała do Sergiusza do pracy. Usiłowała zapanować nad łzami. On się nie śmiał, nigdy w życiu by tak nie zareagował, dzielił jej ból. Powiedział, że przyjedzie jak tylko będzie mógł i zabierze Bibi na działkę.

Tina przez cały dzień siedziała w kuchni pod stołem przerażona, zdezorientowana, cała drżąca. Gdy Bibi z panią i panem pojechała w swą ostatnią podróż, obwąchała wszystkie miejsca, w których kotka zwykle była, szukała jej wszędzie, w każdym kącie.

Tymczasem mała Bibi o białym futerku w czarne łatki i o wielkim serduszku, kochana, pieszczona i całowana przez swoje tak krótkie życie, spoczęła snem wiecznym pod  młodziutką sosenką, opłakiwana przez dzieci w domu i przez dwoje dorosłych w Domku Teresy na działce.

Po kilku dniach pojawiła się w ursynowskim domu Mimi. Obwąchały sobie z Tiną noski. Trudno powiedzieć o czym ze sobą rozmawiały, w każdym razie od pierwszego dnia Mimi spała  przytulona do Tiny. Stokrotki głaskały i tuliły Mimi ale oczy miały pełne łez, a w ich serduszkach mała Bibi na zawsze miała swój kącik i nikt go nigdy nie zajął. W miarę upływu czasu takich kącików robiło się coraz więcej, dziewczynki kochały zwierzęta i miały bardzo pojemne serduszka.

Monika bardzo przeżyła śmierć siostrzyczki swojej faworytki. A widząc rozpacz i łzy dziewczynek i cioci Aldony lżej było jej rozstać się ze swoją ulubienicą wierząc, że pomoże przyjaciółkom, że przyniesie im ulgę w cierpieniu. Poza tym miała świadomość, iż będzie mogła odwiedzać Mimi, pobawić się z nią, przytulić, zaś Stokrotki swojej Bibi nie zobaczą już nigdy.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Kotlety vege i życie

Od rana nie mogę się zabrać za wpis. Tyle się działo przez weekend, że nie wiadomo od czego zacząć. Żeby jednak zacząć – trzeba mieć spokojną chwilę na zebranie myśli. Skąd ją wziąć? Rano mnie zbudziły psie pazurki, pomyślałam, że Skitek chce wyjść więc się zerwałam koło 5-ej. Wyszliśmy sobie we trójkę na łąkę, spokojnie, bez pośpiechu. Było cudnie, pachnąco, świeżo, rosa na trawie i na wszelkiej łąkowej roślinności w innych okolicznościach nazywanej niewątpliwie chwastami, wesoło świergolące jakieś wróbelkowate ptaszynki, tegoroczne zapewne, bo malutkie i wesołe – wyraźnie czułam jak Ziemia oddycha. Celowo napisałam wielką literą, by oddać Gai należną cześć, by wiedziała, że nie wszyscy tzw. ludzie należą do podgatunku niszczycieli drzew, rzek, ptaków, zwierząt – słowem – całej Natury.
Wróciwszy do domu dałam psiakom śniadanie, sobie zrobiłam kawę, przegryzłam co nieco i poleciałam (nie, nie na miotle, do tej pory nie odnalazłam latającego sprzętu… 😉 ) do miasteczka. Już się robiło coraz cieplej ale jeszcze sprawy zdążyłam załatwić przed najgorszym upałem.
Odpoczęłam chwilę w klimatyzowanym banku. Jak na złość nie było kolejki 😉 Kiedy indziej trzeba czekać i czekać a dziś – nie. Cóż, nie trzeba narzekać, ucieszyłam się więc z zaoszczędzonego czasu i zahaczyłam o ciucholand. Pogrzebanie w szmatkach zdecydowanie dobrze wpłynęło na moje samopoczucie, nabyłam nawet drobny przyodziewek w postaci kolorowej bluzeczki kryjącej to i owo 🙂 Pomaszerowałam dalej zachodząc do Biedronki mojej przydomowej po ziemniaki, albowiem młodsze dziecko miało zawitać w nasze progi na chwilę. W związku z tym w sobotę (bo jeszcze nie wiedział kiedy wpadnie, czy w niedzielę czy w poniedziałek) usmażyłam kotlety vege. Nie będę się chwalić mówiąc, że wyszły fantastyczne, bo to prawda 🙂
Mimo, że zapomniałam o cebuli (!) były wspaniałe. Im prostsze, im mniej składników tym lepsze – stwierdziłam odkrywczo. Z czego zatem zrobiłam? Utarłam na tarce boczniaki i pieczarki, po jednym opakowaniu z Biedronki. Miałam trochę ugotowanej kaszy bulgur, która została z obiadu. Do tego jajko i bułka tarta do zagęszczenia i panierowania. I tyle. Kasza ugotowana była z przyprawami, więc sama w sobie smaczna, może tu się kryje tajemnica. Małemu smakowały bardzo, resztę dostał na wynos 🙂 Ale i Mężowi smakowały, co jest warte odnotowania 🙂 Dostał też Mały kawałek ciasta.
Z tym ciastem to normalny cyrk. Przepis pochodzi od Lucii z jej bloga  pozagranicamipolskialenietylko.home.blog/

Przepis mi się spodobał i upiekłam na próbę małą tortownicę z konfiturą wiśniową. Pożarliśmy w ciągu wieczora. Następne więc zrobiłam z potrójnej porcji, żeby na dużą blachę było… cóż, skończyło się dziwnie szybko. Dzieciaki spróbowały, pochwaliły, dałam mojej świeżo upieczonej licealistce kawałek do domu i już „po ptokach”.
Calineczka nie próbowała, miała ważniejsze sprawy na główce. Konik na biegunach owszem, ale tylko chwilę, najważniejsze były kamyczki. Wrzucała je do miski z wodą, układała, przekładała, sprawdzała, które rysują po chodniku a które nie i bezustannie była w ruchu. Taka ta szkrabusia kochana jest, drobinka najsłodsza 🙂
Zawzięłam się i upiekłam kolejny raz z potrójnej porcji 🙂 Pół „wciągnęliśmy” w niedzielę, pół schowałam do lodówki i nie dałam ruszyć, bo dla „dziecka” czyli Małego. Dałam mu więc do domu słuszny kawałek, ale …  jeszcze „ciuteczek” dla nas został. Aha, był tym razem z
konfiturą jagodową. Pyyycha!!! Wiadomo, że jutra nie doczeka, więc pomyślę z czym zrobię następną wersję …
Poza przyjemnymi sprawami – wciąż się po głowie kręciły myśli na temat wydarzeń w Białymstoku, nie da się nie myśleć i uznać za drobny incydent. Tak już było, tylko Ci, którzy są winni podobnym sytuacjom, albo nie zdają sobie sprawy – bo są tak ciemni i tępi, albo działają z premedytacją dążąc po trupach do osiągnięcia celu i w tym wypadku są winni podwójnie.
Wieczorem oglądałam transmisję z Gdańska. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że tam stoi „zebrany i wyrażony” drugi sort (itp. znane określenia) oraz wszelkie inne inności, do których stosunek wyrazili rządziciele właśnie tydzień temu w Białymstoku. Byli tam przecież – jak uczeni, mądrzy naukowcy mówią – „bohaterowie” wyhodowani na własnej piersi rządzicielskiej partii. Koncert Legend przywołał wspomnienia, był Perfect, Oddział Zamknięty, Kult, Sztywny Pal Azji, Mr. Zoob, i wielu innych. Michał Szpak wykonaniem utworu Niemena zasłynął na początku swej kariery. Teraz też zaśpiewał „Dziwny jest ten świat” tak, że ciarki po grzbiecie mi przeszły. Niesamowity głos ma ten chłopak, w ogóle jest niezwykłą indywidualnością, skarbem narodowym – nawet na festiwalu Eurowizji zyskał sobie fanów. Nie wygrał, choć mógł, bo po prostu nas nikt nie lubi i na Polskę nikt nie głosuje. Tylko z tego powodu nie wygrał. Obawiam się, że gdyby się nawinął np. w Białymstoku jakiemuś „patriocie” mógłby nie ujść cało… I właśnie to jest straszne. Oraz to, że utwory prezentowane z estrady nie straciły na ważności. Mało tego, one na nowo tę wagę odzyskały, są jak najbardziej aktualne w XXI wieku, pod koniec drugiej dekady! A powinny być odbierane tylko w sferze sentymentalnej, jako wspomnienie młodości…
Piękny był widok z drona (chyba) na tłum ludzi obecnych na koncercie, zebranych przed estradą, klaszczących w ręce, śpiewających wraz z artystami na tle słońca zachodzącego, kryjącego się w morzu. Takie poczucie jedności, połączenia publiczności i wykonawców, patrzenie wspólnie w jedną stronę bez względu na wiek, bardzo zresztą zróżnicowany – taki przekaz emocjonalny odebrałam i poczułam się podniesiona na duchu. Maciej Maleńczuk przypomniał słowa pieśni „… zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy, Panie…”
Wzniosłymi słowami mogłabym zakończyć wpis, lecz cóż, rzeczywistość płata figle i po występie młodego Cugowskiego odpłynęłam w ramiona Morfeusza…
Jeszcze dodam, bo nie pamiętam, czy wspomniałam już, że wnuczka Zosi dostała się do liceum, tylko po co takie straszne przeżycia tym dzieciakom i rodzinom zostały zafundowane?
Po południu zdążyłam wyskoczyć z psami na łąkę przed burzą. Było upiornie gorąco. Zobaczyłam, że zbierają się czarne chmury, w tv pokazali Stadion Narodowy w strugach deszczu więc Mały pojechał do siebie, żeby jego psy nie oszalały ze strachu (po przejściach są przecież) kiedy zacznie się burza. Niedługo do nas doszła i popadało trochę, pogrzmiało, odświeżyło się powietrze ale już po deszczu.
Dobrego tygodnia życzę, jeszcze przecież wakacje trwają, najweselszy, najpiękniejszy czas. Dopiero półmetek, więc „NIECH ŻYJĄ WAKACJE, NIECH ŻYJE POLE, LAS, I NIEBO, I SŁOŃCE, SWOBODNY, LETNI CZAS…”

Wakacje i spływ Dunajcem pasują do siebie idealnie

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 42 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 6

Będąc pod wrażeniem spotkania z Sergiuszem Aldona zapomniała o całym świecie. Po głowie tłukła jej się jedna myśl: on wygląda potwornie, jak ciężko chory człowiek i trzeba go ratować.

Pogoda była obrzydliwa. Padał deszcz ze śniegiem, na ulicy tworzyło się błoto. Idąc do autobusu Aldona przemoczyła buty lecz nie czuła zimna. Myślała o Sergiuszu. Co robić? Nagle doznała olśnienia. Wpadnie do domu, zmieni obuwie, weźmie pieniądze i pójdzie na Belgradzką do Pewexu, można tam kupować również za złotówki. Kupi jakieś rewelacyjne medykamenty na wzmocnienie i zaraz jutro zawiezie mu do pracy.

Tak zrobiła. Dziewczynek nie było w domu. Chodziły na naukę tańca disco razem z  Justynką i Filipem do ich szkoły. One same dojeżdżały do starej, nie chciały jeszcze rozstawać się ze swoją klasą. Aldona zmieniła buty na kalosze. Nie wzięła ze sobą Tiny, za bardzo by sunia zmokła i mogłaby się rozchorować. O sobie tak nie pomyślała. Ukochany potrzebował pomocy i tylko to się liczyło.

Szła z wysiłkiem tocząc walkę z wiatrem, który koniecznie chciał jej przeszkodzić w dotarciu do celu. Czyżby był w zmowie z Agatą? Nie dała się pokonać. Mimo zimna, mimo przemoczonej kurtki dotarła do Pewexu, kupiła Lecitin Nerven Tonicum i Biovital. Ledwo żywa wróciła do domu. Dopiero teraz odetchnęła. Poczuła, że jest przemoczona do suchej nitki i na dodatek trzęsie się z zimna. Nic to. Sergiusz się ucieszy, że o nim pamięta i na pewno wkrótce poczuje się lepiej, uspokoi, zacznie sensownie myśleć i nie dostanie zawału. Nic mu się nie stanie.

Zrobiła sobie gorącą herbatę, wlała do szklanki trochę czystej wódki. Była przebrana, sucha i rozgrzana kiedy dziewczynki wróciły.

– Jesteś już mamusiu? – krzyczała od progu Inka.

– To dobrze, że jesteś – wołała Linka przekrzykując siostrę i szczekającą Tinę. – Żebyś wiedziała co tu się dzisiaj działo!

– Co takiego? – zainteresowała się matka.

– Ale była heca. Najpierw to wujek Marcin spał pod drzwiami – zaczęła Inka.

– Pod jakimi drzwiami? Magda go z domu wyrzuciła? Zamknęła mu drzwi przed nosem? – nie zrozumiała Aldona.

– Przecież mu ukradli klucze – z politowaniem patrząc na matkę powiedziała Linka, – to spał pod drzwiami, żeby nie wpuścić złodzieja.

– Spał w domu, nie na korytarzu przecież – tłumaczyła Inka. – Na korytarzu by widzieli, że pilnuje. A jak od środka to nie, wtedy mógłby wszystkich kradziejów połapać.

– Kogo?

– No, tych co kradną. Jak kradnie to jest kradziej, chyba proste, no nie?

– Właściwie… – mruknęła Aldona.

– Ale nie przyszli to nie połapał – z żalem stwierdziła  Linka.

– Aha, już wiem, miał przyjść Maciek z Maksem – przypomniała sobie Aldona.

– Przyszli wszyscy – z tryumfem obwieściły Stokrotki. – To są porządne chłopaki. Kuba i Marek też przyszli. Wytłumaczyli cioci Tereni, że sam Maciek nie może iść bo to zbyt niebezpieczna impreza, a jak będą wszyscy – nikt im nie da rady.

– Co prawda to prawda – przytaknęła Aldona. – Jeśli dołożyć was, Justynkę i Filipa, do tego jeszcze Tinę to wątpię, czy na całym świecie znalazłby się szaleniec, który odważyłby się wejść w drogę takiemu gangowi.

– A widzisz? – dumnie spojrzały córeczki na matkę.

– Justyna i Filip też nie poszli dzisiaj do szkoły, przecież musieli pilnować mieszkania – opowiadała Linka. – My miałyśmy dzisiaj tylko trzy lekcje, bo na szczęście pani od matematyki złamała sobie nogę i teraz długo nie będzie chodzić. Dzięki temu zdążyłyśmy na czas.

– Na jaki czas? – dziwiła się Aldona nie mogąc nadążyć za córkami.

– Odpowiedni – poważnie odpowiedziała Inka. – Chłopcy wymyślili pułapkę na złodzieja i my jeszcze zdążyłyśmy przejść po cichu. Potem już się to nikomu nie udało – parsknęła śmiechem.

– Wiesz mamusiu co zrobili? – ciągnęła dalej Linka. – Wzięli od Filipa wszystkie puszki po piwie, a on zbiera więc było ich całe mnóstwo i przyczepili do sznurka, i do drzwi na klatkę. Jak ktoś otwierał drzwi to się wszystko z hukiem waliło na beton. Wyobrażasz sobie jak było słychać?

– A potem zrobili jeszcze inaczej – chichotała Inka. – Jak kilka razy wystraszyło ludzi, bo był i listonosz i kto inny, to my siedzieliśmy cicho i nie przyznawaliśmy się. Ale jak szła ciocia Danusia to Justynka ją ostrzegła. I ciocia powiedziała, żeby taką pułapkę robić nad własnymi drzwiami, bo oszaleć można, bo puszki lecą i się tłuką, bo psy szczekają a my się śmiejemy aż się mury trzęsą. Ale się śmiała razem z nami.

– No to zrobiliśmy – podjęła Linka – tak fajnie, że puszki były na rurze na korytarzu i w domu nad drzwiami. Kiedy już zabezpieczyliśmy dom, Filip włączył fantastyczny horror i oglądaliśmy.  Nagle zapukał do drzwi wujek Ziutek, wiesz, on przychodzi do cioci Magdy dzwonić bo nikt inny nie ma telefonu i dzwoni codziennie. Filip zawołał: proszę i wtedy się zaczęło.

Inka oparła się o ścianę, Linka kucała w przedpokoju i obie śmiały się do rozpuku. Ich śmiech był tak zaraźliwy, że i Aldona roześmiała się widząc w wyobraźni to, co dziewczynki próbowały opowiedzieć.

– Wujek otworzył drzwi – chichotała Linka. – Posypały się puszki w domu i na korytarzu. Rumor był straszny bo puszki skakały po schodach aż pod drzwi na klatkę. Maks spał pod stołem w pokoju, a jak się zrobił nagły hałas, skoczył z rykiem do przedpokoju.

– A wiesz jaki on ma groźny ryk – wtrąciła Inka.

– Wujek wrzasnął: „zabierzcie go” i znalazł się na podwórku nie wiadomo jak i kiedy. Przecież  wujek Ziutek tak się boi każdego psa jak nikt. Nie mogliśmy się opanować, dostaliśmy ataku śmiechu i żadne z nas nie mogło się odezwać ani ruszyć z miejsca.

– To bardzo nieładnie śmiać się z biednego człowieka – wygłosiła Aldona stosowną uwagę.

– Wiemy, ale to było takie śmieszne – chichotała Inka. – Nawet jego dzieci już się przestały bać psów a on się ciągle boi.

– Bo dorośli się trudniej uczą, to pewnie dlatego – zauważyła Linka. – Wujek nie może się nauczyć, że go żaden znajomy pies nie zje bo ma pełną miskę i nie jest kanibalem.

– Pewnie, przecież pies też człowiek – podsumowała Inka.

– A ten mniejszy synek powiedział, że chętnie zamieni ojca na psa i niech tata idzie mieszkać do babci. A oni zostaną z mamą i z psem – chichotała Linka.

– Przestańcie już wreszcie, rozmazałam się, łzy mi ze śmiechu płyną. Niech któraś otworzy drzwi.  Dzwonka nie słyszycie?

– A tutaj co się znowu stało? Wy ogłuchłyście i Tina też? – Magda podejrzliwie przyglądała się wszystkim sąsiadkom po kolei.

– Opowiadały mi o przygodzie Ziutka i pułapce na złodzieja – wyjaśniła Aldona wycierając oczy.

– Już słyszałam relację. Objechałam zdrowo tę całą bandę, ale… cóż… też spłakałam się ze śmiechu. Chodź zobaczyć jaki zamek kupił Marcin.

Marcin kupił zatrzaskowy zamek i bardzo się męczył usiłując umocować go w odpowiednim miejscu. Wreszcie zamknął drzwi, ale one… nie dały się otworzyć. W mieszkaniu został Filip, który słuchając instrukcji ojca z korytarza, rozkręcał zamek śrubka po śrubce.

– A nie prościej byłoby wejść przez balkon i samemu rozmontować to ustrojstwo? – spytała Marcina Aldona.

– Chodź, idziemy do ciebie, bo mnie tu zaraz piorun strzeli – piekliła się Magda. – Tu masz najlepszy przykład do czego służy głowa!

– Do czego, ciociu? – zainteresowały się bliźniaczki.

– Żeby na niej czapkę nosić, do niczego więcej jak w środku pusto.

– Oj tam, oj tam, nie słuchajcie, ciocia jest wściekła i tyle. Lećcie na górę po wujka Bronka. I Danusię też ściągnijcie na zbiórkę – wołała za dziewczynkami, które skacząc w górę po dwa schody już zniknęły z oczu.

Zabawa z zamkiem trwała prawie do północy zanim Marcin wspólnie z Bronkiem rzecz całą doprowadzili do końca. W ten oto sposób rozpoczęła się seria przypadków związanych z nieszczęsnym zamkiem. Magda zatrzaskiwała drzwi zostawiając klucz w domu, dzieci również robiły to ciągle i musiały czekać na powrót któregoś z rodziców, Marcinowi także zdarzyło się nie jeden raz. Wreszcie komplet kluczy został na stałe powieszony u Aldony i nie trzeba się było więcej włamywać przez balkon ani wchodzić przez okno.

Bronusiowi tak się spodobał zamek Marcina, że kupił podobny, wmontował w drzwi  i … okazało się, że łatwiej wchodzić do mieszkania przez ogródek na parterze niż przez dach na ostatnim piętrze. Tak więc atrakcji na klatce schodowej nie brakowało.  Skończyło się zatrzaskiwanie drzwi na parterze, zaczęło na trzecim piętrze. Poza tym codzienne życie bywało urozmaicane psującym się często domofonem, niszczeniem i kradzieżami rowerów w piwnicach, zalaniem mieszkań w pionie Magdy przez pęknięcie zaworu na drugim piętrze. Potem zaczął się okres działania domokrążców oferujących ubrania, mięso niewiadomego pochodzenia oraz usługi w najprzeróżniejszym zakresie. Jednym słowem ciągle coś się działo i nie można było narzekać na nudę.

Magda codziennie kupowała  Życie Warszawy i pilnie studiowała ogłoszenia szukając pracy. Dzwoniła, umawiała się, jeździła na rozmowy wreszcie stwierdziła, że ma tego serdecznie dość i na próbę rozpoczęła pracę w handlu. A dokładniej – w budce ze zdrową żywnością i ziołolekami nie przypuszczając, że to początek zupełnie nowego etapu w jej życiu.

Od tej pory wszystkie bliższe i dalsze „ciotki” postanowiły dbać o zdrowie swoje i rodziny mając pod ręką, bo z ust Magdy, wiarygodne informacje o wiesiołku, emulsjach z filtrem, kremach, pastach do zębów, herbatkach ziołowych i najprzeróżniejszych dziwnych rzeczach z dostawą tychże do domu. Magda szybko przyzwyczaiła się do nowych warunków. Sprawiała jej przyjemność możliwość niesienia pomocy ludziom w zakresie zupełnie dla siebie nowym, dopiero odkrywanym. Z radością przyjmowała słowa podziękowania od osób, którym przyniósł ulgę w dolegliwościach polecany przez nią specyfik. Oczywiście zdarzali się klienci nie budzący sympatii, kłótliwi, złośliwi, zdarzały się też kradzieże. Przez mały sklepik na bazarze przewijały się przecież najrozmaitsze typy ludzkie.

Życie toczyło się dalej i zbliżały się ferie zimowe.

cdn

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy