To chyba koniec Lapcia :(

Znowu w nocy byłam w Tenczynku. Jest coś niesamowitego w tym jak często mi się śni. Nie sposób opisać snu, wszystko się ze sobą plecie, przenika, kłębi jak to we śnie. Ja jednak mam świadomość, że jestem w babci domku bez względu czy jakiś remont tam jest robiony, ktoś chodzi po podwórku (nawet wyganiałam tłum obcych ludzi), szukam czegoś w szopie albo w komorze (przetwory na zimę , owoce i warzywa tam były oraz węgiel), często spotykam babcię, dziadka, ciotki, ostatnio mamę i tatę… Po prostu tak jest i już. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy tam teraz mieszkają nie myślą, że duchy im nocami grasują 😉
Jak już wstałam rano – ugotowałam namoczoną fasolę. Zastanawiałam się co z niej zrobić, może pastę do chleba, część może po bretońsku (dla siebie odłożyłabym bez kiełbasy). W „Kuchni polskiej”, którą mam po siostrze (moją Browuś zeżarł dawno temu) znalazłam fasolkę w szarym sosie. W życiu nie robiłam karmelu na patelni więc przepis zmodyfikowałam. Usmażyłam na maśle trzy pokrojone cebule, zasypałąm mąką i zasmażyłam ją po czym wrzuciłam do garnka z fasolą. Zamiast karmelu dałam trochę cukru i jeszcze kwasku cytrynowego. Aha, fasolę gotowałam z przyprawami i kminkiem. Słuchajcie, jakie dobre jedzenie wyszło, nawet nie przypuszczałam. Ponieważ upiekłam chlebek paprykowy był gotowy obiad. Fasolka ze świeżutkim chlebkiem smakowała wyśmienicie. Nawet babcia D. dobierała sobie ze trzy razy 🙂
W sobotę MS skroił całą kapustę i zrobiliśmy dwa duże słoje bazowej sałatki, która może być sama, a można do niej coś jeszcze dołożyć w zależności co jest akurat w domu. Trochę zalewy zabrakło, więc do obiadu doprawiłam jak zwykle -dołożyłam kawałek kapusty pekińskiej, ogórka konserwowego, czosnek wgniotłam, polałam olejem z pestek winogron, posypałam ziołami prowansalskimi i wyszła smakowita.
Co jeszcze zrobiłam dobrego? Ciasto z jabłkami (na bazie przepisu z morelami), zniknęło momentalnie i nie uwieczniłam, ale przecież już pokazywałam, więc niczym się nie różni od poprzedniego. No, może ułożeniem jabłek 🙂
Zrobiliśmy w poniedziałek pierwszy dłuższy spacer po infekcji. Wykorzystaliśmy ładną pogodę na szukanie wiosny po drodze, pieski rozprostowały łapki na dłuższym dystansie, bo kiedy byliśmy „padnięci” to tylko łąkę i z powrotem.

Chciałam zdjęcia wstawić, ale zniknęły wszystkie ikonki, to co mam w tej chwili przed sobą jest, ale jak spuściłam na pasek to jest pusto, wszystko znika. Czyli jeśli zamknę okno to … gucio, nie wejdę więcej, buuu 🙁  Duży dopiero w przyszłym tygodniu będzie mógł przyjechać, więc jak się teraz wyłączę to ani poczty, ani niczego nie będzie. Czasem jeszcze Samsung „wskakuje”, tak więc chyba  zamilknąć przyjdzie, znowu buuu 🙁  póki dziecko mnie nie poratuje.

Trzymajcie się zdrowo i trzymajcie za mnie kciuki!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 4 komentarze

Blogowa rocznica i moje vege :)

Lapcio wieczorem  dwa razy odmówił współpracy, wyłączył się sam z siebie bez pytania o zgodę i coś się pokićkało. Myślałam, że zawału dostanę z przerażenia, poczta wsiąkła, wszelki zapiski…. ojojojojoj – mogłam tylko jęknąć jak Piotrek Żyła 😉 Część danych na szczęście wróciła, ale nie do końca i boję się ruszać cokolwiek, żeby do końca nie popsuć. Muszę czekać na pomoc Dużego. A właśnie sobie uświadomiłam, że zapomniałam o rocznicy mego kochanego bloga! Pojawił się on w wirtualnym świecie 27 lutego 2017 roku i ja wraz z nim 🙂 To była jedna z najlepszych decyzji mego życia 🙂 Oczywiście bez Dużego nic bym nie zdziałała, to moje starsze dziecko stoi za początkiem bloga czyli kącika miłego, ciepłego, w którym się tak dobrze czuję i mam nadzieję, że zaglądający też 🙂 bo mnie jest z Wami bardzo dobrze 🙂 pomagacie, wspieracie, doradzacie, w ogóle cudownie, że Was poznałam. Dziękuję za Wasze komentarze, za odwiedziny, o których informuje statystyka dając mi ogromny powód do radości 🙂

… dziękuję, dziękuję, dziękuję 🙂 …

Pozostając w klimacie poprzedniego wpisu pokażę jeszcze trzy książki, które miałam głębiej na półce, starsze – co nie znaczy, że mniej wartościowe.

Różni ludzie z różnych powodów decydują się na zmianę żywienia. Dla zdrowia, po doświadczeniach, przemyśleniach albo spontanicznie uświadomiwszy sobie nagle coś ważnego.  Mnie zdopingował Mały będąc w liceum, dojrzewając i przeżywając okres buntu.  Moc była z nim skoro poszedł w dobrą stronę, bo różnie bywa, gdy młody człowiek zaczyna wchodzić w życie. Ja zawsze kochałam zwierzaki, ale bezrefleksyjnie. Dopiero kiedy Rolf, jeszcze maleńki sześciotygodniowy szczeniaczek (sam sobie mnie wybrał) trafił do mnie, zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na świat. Pamiętam, że aby go zrozumieć (Rolfa) przeczytałam po raz n-ty „Białego Kła” tym razem jakby z punktu widzenia psa. Teraz wiem czego on miał mnie nauczyć. Nie zapomnę chwili, gdy patrząc na jego pełne miłości i przywiązania miodowe ślepia pomyślałam, że nigdy, za żadne skarby świata, za żadną cenę nie mogłabym go oddać czy – gorzej – sprzedać,  JEST CZUJĄCĄ, KOCHAJĄCĄ, CUDOWNĄ ISTOTĄ  kochającą  całym swym serduszkiem i oddałby życie broniąc nas! Pokazał, że potrafi! Wtedy pomyślałam, że nie można traktować bezdusznie żadnego zwierzęcia, bo ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ !!!  Gdy Rolf zamieszkał z nami Mały miał trzy latka i tak się złożyło, że potem co 3 lata trafiało do rodziny jakieś nowe stworzonko, moja Mićka, siostry Aba, Misia, Maciuś… wszystkie kochane istoty. Z kolei Browar (czyli Browuś, Buciek) przybył po to, abym przestała jeść ssaki. Wyglądał jak mała czarna owieczka, taka cudna kulka i wtedy – też pamiętam tę chwilę – olśniło mnie, że tak wyglądają małe owieczki, czyli… jagnięcina! Zamordowane małe dzieci owiec, zabrane matkom, żeby je zabić i zeżreć! Nie! Nigdy więcej! Nie jestem przecież  kanibalem!!! Odtąd przez lata całe ssaków nie tknęłam, jeszcze kurczaka i indyka, choć tu oszukiwałam samą siebie kupując w sklepie, żeby przypadkiem jakiegoś piórka nie było czy innego śladu po życiu, wmawiając sobie, że to tylko jedzenie. Aż wreszcie przyszedł moment, gdy zawarłam układ z Losem – przyrzekłam, że jeśli się coś spełni, coś bardzo ważnego, najważniejszego – to ja już nigdy nie pożrę ani kurczaka ani indyka, nie przedłożę innego życia nad własne zachcianki. Jeszcze tylko ryby (rzadko) z szacunkiem proszę o wybaczenie i dziękuję, że dostarczyły pokarmu mojemu ciału.

… to jest cudowna książka, którą powinien przeczytać każdy myślący i rozwijający się człowiek, jeśli na nią trafi – to znaczy, że tak ma być …

…przeczytajcie ten fragment tekstu, proooszę…

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 22 komentarze

Minął rok i co?

I coś Wam muszę powiedzieć. Skończyłam powieść! Ostatecznie i definitywnie. To znaczy skończyłam ją w zeszłym roku, ale musiała się odleżeć, żebym z dystansu na nią spojrzeć mogła. Przeczytałam ją po kilku miesiącach i twierdzę, że koniec 🙂  Zczytam jeszcze raz, bo na pewno jakiś błąd znajdę, a potem sobie na drukarce wydrukuję. Jednak co na papierze – to jest, co tylko w świecie wirtualnym – wciąż mam wrażenie, że tego nie ma. Odetną internet, wyłączą prąd i…  gucio. Powieść ma tytuł „Babie lato i kropla deszczu„, jak już się pojawił (ten tytuł) to za nic nie można go było zmienić, musiał na zawsze pozostać. To tak jak z nazwiskami bohaterów. Jak już są, nie można ich zmieniać, nie da się, bo stają się oni (bohaterowie) niezależni i wcale nie zwracają uwagi na to, że są wymyślonymi postaciami. To ja się muszę podporządkować ich pomysłom. Widział kto takie porządki 😉 ?

I jeszcze Wam coś powiem 🙂 Otóż dziś mija mój rok bez mięsa. Żyję, jest mi lżej na duszy, wciąż uczę się tworzenia nowych potraw, łączenia nowych smaków, pieczenia chleba. Chociaż ostatnia umiejętność akurat nie wynika z wegetarianizmu. Wtedy, czyli rok temu, jeszcze nie przypuszczaliśmy, że świat wokół nas zmieni się niewyobrażalnie. Nikomu do głowy nie przyszło, że scenariusz filmu katastroficznego będzie się spełniał na naszych oczach. Sklepy opustoszały, zniknęły drożdże i papier toaletowy, przypomniały się dawne czasy, kiedy każda z nas (z mojego przedziału wiekowego) musiała sobie jakoś radzić, żeby rodzinę wykarmić. Po roku przyzwyczailiśmy się do życia z covidem obok, gdzieś, blisko, każdego dnia dowiadujemy się o ofiarach zarazy, o zakażeniach też się dowiadujemy – tu jednak nie wierzę w podawane liczby, to jest zależne od ilości testów, a ta z kolei od planów rządzicieli. Ponieważ żyjemy w totalnym chaosie nie wiemy czego możemy spodziewać się po obudzeniu ze snu, te rządy nazwać można „nocnymi” podobnie jak sejm. Nikt normalny nie wie co nocą wymyślą zaś długopis bezrefleksyjnie podpisze robiąc przy tym miny jakby podpatrzone u mussoliniego.  Wracam do tematu przyjemniejszego. Bez względu na wszystko jeść trzeba 🙂

Jak już mówiłam kiedyś – książek o tematach kulinarnych mam ci ja dostatek.  Zrobiłam fotkę (nie wiedząc co wyjdzie) i coś widać.

… tę dostałam od dzieci …

… to prezent od młodej koleżanki pracowej …

…na imieniny, młodym „ciotkowałam” i miło to wspomnieć …

… ta też od dzieci …

Z wypróbowanych potraw – mogę pokazać pasztet/pieczeń, do którego użyłam: resztkę ugotowanej kaszy gryczanej i resztkę ugotowanej kaszy owsianej (każda została z innego obiadu), ugotowany ziemniak z poprzedniego dnia, surowy świeżo obrany,  kilka jajek na twardo, trzy surowe (dla odpowiedniej konsystencji), dwie pieczarki, trochę żółtego sera, sól, pieprz, czosnek, tartą bułkę. Po prostu tyle, żeby się „kupy trzymało”. Upiekłam i okazało się toto zjadliwe 🙂

… tak wyglądało  „toto”  z góry …

… a tak po przekrojeniu …

Co mi się jeszcze udało uwiecznić? Już wiem, kotleciki z tofu. Identyczne jak kotoplacki (nazwa od To Przeczytałam i tak już zostanie)  lecz ulepione niczym mięsne mielone kotlety w nadziei, że babcia D. się pomyli i zje.  Zjadła! Nawet dwa 🙂

… kotleciki na patelni, ziemniaki w garnku, a w rondeleczku sos chrzanowy, który też z pieczeniopasztetem smakuje…

… dodatkiem była surówka z kapusty pekińskiej, czerwonej cebuli, ogórka konserwowego, odrobiny kukurydzy plus sól, pieprz, czosnek, zioła prowansalskie, ocet jabłkowy, olej z pestek winogron …

… jeszcze trzy tytuły, pozycje przepięknie wydane z fantastycznymi zdjęciami, że tylko się jeść chce 🙂 …

Wcześniejsze moje „wyczyny” vege możecie obejrzeć ponownie i wypróbować jeśli wola i ochota 🙂 Smacznego!

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 33 komentarze

Wtorek, 23.02.2021 – czy już po zimie?

Dopadło nas przeziębienie. Bezczelnie na nas napadło nie pytając o zdanie. Wyjątkowo męczące i oczywiście budzące obawę, czy to nie…. lepiej nie wymawiać jego imienia. Węch jest, smak czujemy, gorączki nie ma, więc spokojnie. Katar, kaszel i domowe leczenie na
początek. Wieczorem Mały podrzucił leki z apteki i zakupy. Ja leżałam w piątek i sobotę, potem MS mnie zmienił i teraz on spędza czas w łóżku. Musimy się zmieniać, bo babcia D. całkowicie bez dozoru nie może zostać. I powiem Wam coś ważnego. Mnie przeszło szybko,
oczywiście dokurować do końca się muszę i przez czas jakiś jeszcze brać co zaczęłam. Za chwilę powiem co. Na razie chciałam tylko powiedzieć – póki nie zapomnę – że lekko zniosłam to tylko i wyłącznie dzięki szczepieniu, na które dawno temu namówiła mnie pani pulmonolog po okropnych wielokrotnych zapaleniach oskrzeli. Wymęczyły mnie tak, że nie miałam siły wdrapać się po schodach do domu. Najpierw szczepienie trzeba było powtarzać co 5 lat, potem pojawiła się nowa generacja szczepionki i już na zawsze wystarczy. Dlatego to powtarzam (bo już o tym Wam mówiłam), że gdyby nie szczepienie – do tej pory „wyplułabym sobie płuca”, a tak – pomęczyłam się tylko trochę i już. Gdyby nie nauka, wynalazki, mądre głowy, które wymyśliły szczepionki na różne france gnębiące ludzkość –
byłoby z nami źle. Albo w ogóle nic by nie było – jak powiedział pewien dawny kandydat na prezydenta…  Wracam do tematu. Robię miksturę 2 razy dziennie dla nas obojga osobno do 2 szklaneczek: 1 płaska łyżeczka od kawy kurkumy, tyle samo imbiru, pół tej łyżeczki pieprzu cayenne i zalewam to odrobiną wrzątku, żeby się zaparzyło. Do innej szklanki wlewam zimną wodę, rozpuszczam 2 łyżeczki od herbaty miodu (po łyżeczce na głowę), dolewam 2 takie łyżeczki octu jabłkowego, mieszam dobrze i rozlewam do szklaneczek z kurkumą. Trzeba rozmieszać wszystko razem i wypić. To jest naprawdę bardzo smaczne! Poza tym rozgrzewa momentalnie i kuruje. Dodatkowo jeszcze zrobiłam syrop – wycisnęłam cytrynę, dodałam łyżeczkę miodu, wcisnęłam dwa ząbki czosnku. wymieszałam w słoiczku i schowałam do lodówki. Po łyżeczce 3 razy dziennie przyjmujemy i powiem, że też jest smaczne. No i skuteczne. Tak więc postanowiłam, że takie mikstury będziemy używać już zawsze, aby się uodpornić i ochronić w takim stopniu w jakim się da. I to bez wstrętu 🙂

Już po śniegu, zostały brudne resztki i rano śliski, lód. Ciekawe czy wiosna naprawdę przyjdzie czy to chwilowa zmyłka. Podczas spaceru przed „zdechnięciem” zrobiłam fotki przy pięknej, słonecznej pogodzie i chcę je pokazać z nadzieją, że następne już się może
trafią ze śladami wiosny, jakie pokazała  Magda u siebie http://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/

Jeszcze tylko dla osłodzenia blok kakaowy/czekoladowy czy jak go tam nazwać.  Masło, mleko, mleko w proszku, kakao, dałam też płatki owsiane, cukier i już. Zdrowszy zamiennik kupnej czekolady, którą MS pochłania ostatnio w zbyt dużej ilości.

zdjęcie już po „naruszeniu” i ze ślepego telefonu …

Babcia D. nie ma żadnych odczynów poszczepiennych, nie zaraziła się też od nas, jest zdrowa i jeśli jakieś spiskowe teorie akurat w głowie nie dominują to powinna być szczęśliwa 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 27 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 52

Wybrali się nazajutrz na poszukiwanie domu duchów. Dziewczynki musiały wymknąć się niepostrzeżenie, żeby Milenka ich nie zauważyła. Chciałaby pójść z nimi, rozpaczałaby, gdyby nie zabrały jej ze sobą i byłoby po wyprawie. Powiedziały wieczorem Aldonie i pani Meli, że wybierają się skoro świt do domku pod lasem, więc nie budziły dorosłych. Beztroskie, uszczęśliwione oczekującą je przygodą pobiegły na przełaj przez pola.

Chłopcy siedzieli pod kapliczką. Niecierpliwość wygnała ich wcześniej z domu i zanim dziewczynki do nich dotarły, omówili dokładnie plan marszruty. Dotarcie do celu nie zajęło im zbyt wiele czasu, wszakże w tym wieku śmiało można biegać z wiatrem w zawody.

Na brzegu lasu, w zarośniętym, zdziczałym ogrodzie stał opuszczony dom. Część dachówek była zniszczona, załamały się pod wpływem ciężaru drzewa, które powalone przez wichurę upadło wprost na dach. Okna na parterze  były zabite dyktą, na piętrze tylko w jednym zachowała się szyba. Z drewnianego płotu okalającego niegdyś posesję też niewiele zostało, sam szkielet, na którym połamane balaski straszyły poruszając się na wietrze.

– Wyglądają jak zepsute zęby w paszczy wampira – szepnęła Inka.

– Cicho bądź, Monika usłyszy i się przestraszy – Linka położyła palec na ustach w wymownym geście.

Zbliżyli się całą grupką do czegoś, co kiedyś było furtką. Spojrzeli po sobie, zrozumieli się bez słów i przekroczyli granicę posiadłości. Niczym nie skrępowana roślinność szalała obejmując w posiadanie każdy możliwy fragment ogrodu, także wybrukowany podjazd oraz kamienną ścieżkę prowadzącą wokół budynku. Przedarli się przez zielony gąszcz na tył domu, gdzie znajdowała się weranda, przez którą można było wychodzić ze środka do ogrodu, na pewno kiedyś pięknego i dobrze utrzymanego. Nieco dalej rosły drzewa owocowe, widoczne były jabłonie uginające się pod ciężarem czerwonoróżowych jabłek.

Dzieci rozglądały się w milczeniu, starając się cicho i ostrożnie stawiać kroki, jakby się skradały próbując uniknąć spotkania z … No właśnie z kim? Z właścicielem? Przecież nie ma nikogo takiego. Mimo to atmosfera niepokoju  zaczęła się udzielać wszystkim po kolei, choć nikt nie dawał tego po sobie poznać.

– Zobaczcie – szeptem powiedziała Inka. – Tu są jakieś świeże ślady, prowadzą do drzwi od werandy.

– Pewnie jakieś pijaczki zrobiły sobie miejsce spotkań – powiedział Maciek.

– No co ty, byłyby jakieś butelki albo puszki, no i śmieci – zaprzeczyła Linka. – Przecież pijaki nigdy po sobie nie sprzątają, zostawiają śmietnik. Zawsze.

– Pijaki by się bały, tak mówiła ciocia Rózia – zauważyła Monika.

– Może specjalnie takie wieści rozpuścili, żeby im nikt nie przeszkadzał? – zastanowił się Marek.

– Ale my się nie boimy – buńczucznie oświadczył Kuba i pierwszy ruszył w kierunku werandy po widocznych, wydeptanych śladach.

Reszta ruszyła za nim, aczkolwiek z pewnym wewnętrznym oporem skutkującym drobnym  ociąganiem się.

Kubuś nacisnął klamkę, która wbrew oczekiwaniom  bez problemu zadziałała i drzwi się otworzyły. Nawet nie zaskrzypiały, jakby miały świeżo nasmarowane zawiasy. Stali przez chwilę niezdecydowani. Przecież drzwi opuszczonego domu powinny być zamknięte na klucz, zamek powinien stawiać opór albo przynajmniej skrzypieć podczas otwierania.

Ciekawość pokonała strach i weszli do środka. Usiłując zachować ciszę rozglądali się zdziwieni tym, co ujrzeli.

– Co to może być? – wyszeptała Inka.

– Więzienie? – wzdrygnęła się Monika.

– Jeżeli, to jeszcze niegotowe, w trakcie realizacji – głośniej wypowiedział swoje zdanie Kuba. – Tu są tylko złożone same kraty.

– Jak na przechowanie – dodał Marek.

Jakby w odpowiedzi na jego słowa odezwało się coś na piętrze, jakiś jęk, a po nim wyraźnie usłyszeli szmery, szuranie i rozległy się kroki, nieregularne, jak gdyby ktoś kuśtykał. Spojrzeli na siebie oczami rozszerzonymi przerażeniem, zimny dreszcz przebiegł każdemu wzdłuż kręgosłupa, serce chciało wyskoczyć na zewnątrz, nogi drżały… Kroki było słychać coraz wyraźniej, schodek po schodku… coś nieubłaganie się zbliżało… nadchodziło… Tego już było za wiele na nerwy Moniki.

– Ratunku – wrzasnęła i rzuciła się w stronę drzwi.

– Uciekajmy – krzyknął Marek ale nie poszedł w ślady Moniki lecz znieruchomiał i  stał gapiąc się na schody.

W połowie schodów ukazała się nie żadna zjawa, lecz najnormalniejsza dziewczyna, kobieta właściwie, starsza od nich z pewnością ale młodsza od rodziców. Taka jakaś międzypokoleniowa. Stała trzymając się poręczy, z jedna nogą uniesioną do góry jakby nie mogła się na niej oprzeć, z grymasem bólu na twarzy.

– A to niespodzianka – odezwała się. – Nie spodziewałam się dzisiaj żadnych gości więc nie jestem przygotowana…

– Czy pani jest duchem, tym straszącym? – wyjąkała Inka.

– A czy wyglądam na ducha?

– Raczej nie – odpowiedziała Linka już normalnym głosem. – Dlaczego pani się tutaj schowała i straszy?

– Ja straszę? – zdziwiła się dama na schodach. – To wy mnie przestraszyliście. Porządkowałam pomieszczenie na górze i nagle usłyszałam jakieś hałasy. Podnosząc się gwałtownie naciągnęłam mięsień i z takim bolącym zaczęłam po cichu schodzić, żeby sprawdzić co się dzieje. I nagle przeraził mnie dziki wrzask…

– To Monika, nasza przyjaciółka, właściwie prawie siostra – zaczęła tłumaczyć Linka.

– Skoczę po nią – oferował się zawstydzony własnym tchórzostwem Marek. – Jeszcze gdzieś pobiegnie i się zgubi…

– Skoro się wyjaśniło, że nie jestem duchem, to może powiecie mi kim wy jesteście i skąd się wzięliście w  moim domu – powiedziała  i zeszła ze schodów do holu. – Już mnie noga mniej boli, całe szczęście, bo nie mam czasu na żadne kontuzje – dodała.

– My jesteśmy na wakacjach. Znaleźliśmy u cioci na strychu wycinek z gazety o domu, w którym straszy i się tu wybraliśmy –  Maciek jako najstarszy poczuł się zobowiązany do złożenia wyjaśnień.

– To jest pani dom? – spytała Inka. – Ciocia Rózia mówiła, że on jest niczyj i każdy się bał tu przyjść.

– A wy się nie baliście? – uśmiechnęła się właścicielka.

– Trochę tak, ale Monika najbardziej, bo ona jest najmłodsza.

– No cóż, skoro jesteście moimi gośćmi, chyba powinniśmy się poznać. Ja się nazywam Paulina Czaplicka. Ten dom zbudował mój prapradziadek, a ja w sumie nie tak dawno dowiedziałam się, że jestem spadkobierczynią i właścicielką tej posiadłości. Spadła mi jak z nieba, ponieważ chcę założyć schronisko dla bezdomnych psów i szukałam lokalizacji. Tutaj będzie idealnie, dom stoi na uboczu i nikomu nie będą przeszkadzały szczekające psiaki.

Marek wrócił z uspokojoną już Moniką. W międzyczasie dzieci przedstawiły się nowej znajomej. Paulina wzięła Monikę za rękę.

– Nie wstydź się, ja sama byłam przerażona na myśl, że ktoś zakradł się do domu a ja jestem zupełnie sama i bezbronna. To dla mnie jest nauczka, żebym ze sobą chociaż Lorda  zabierała, jeśli mój chłopak nie może tu ze mną być, ani nikt inny w danej chwili.

– A kto to jest  Lord? – zapytała już ośmielona Biedroneczka.

– To mój pies, pierwszy, którego przygarnęłam. Nie, właściwie drugi, pierwszy był Barnaba. Schronisko będzie się nazywało Łapka Barnaby, tak postanowiłam, kiedy odszedł. Mam wrażenie, że jego duch jest przy mnie cały czas.

– Czyli jednak jest duch, znalazłyśmy go – z satysfakcją stwierdziła Inka.

– A jaki jest Lord?– spytała Monika. – Bo my wszyscy mamy pieski w domu i każdy jest inny.

– Lord jest cudny, ogromny, ale bardzo łagodny. Niemniej jednak w przypadku, gdyby wyczuł agresję skierowaną w moją stronę, będzie mnie bronił. Jest kochany i bardzo przywiązany. Uratowałam go i odpłaca miłością.

– Jak go uratowałaś? – Inka bez ceregieli przeszła do porządku nad mówieniem po imieniu do nowej znajomej.

– Brałam udział w warsztatach, które przekonały mnie, że polepszyć życie psów, jak również innych zwierząt, może tylko edukacja i zmiana świadomości społeczeństwa…

– A ja jestem społeczeństwo? – upewniła się Monika.

Paulina zreflektowała się, dotarło do niej, że przypadkowi odbiorcy jej wypowiedzi to małolaty.

– Oczywiście, wszyscy jesteśmy, dzieci też. Dlatego ogromnie ważne jest, żeby dzieci wiedziały jak się zachowywać wobec zwierząt, wtedy wyrosną na odpowiedzialnych dorosłych.

– Czyli takich, którzy nie zrobią krzywdy psu, kotu czy koniu – podsumowała Monika.

– Koniowi – sprostował Kuba.

– Przecież mówię, że nikomu, żadnemu zwierzakowi.

– Nie w tym rzecz – ciągnęła Paulina z przyjemnością przyglądając się po kolei wszystkim sympatycznym, dziecięcym buźkom. – Nie w tym rzecz, żeby je, psy znaczy, tylko uczyć chodzić przy nodze czy jakichś głupich sztuczek. Ważne, by pokazać ludziom jak psy widzą nasz świat, jak go słyszą i czują. Jak się z nimi porozumieć, jak zrozumieć gdy do nas mówią o swoich potrzebach, czyli jak odbierać wysyłane przez nie sygnały i tłumaczyć ich zachowanie

– Ale ty mądra jesteś – powiedziała z podziwem Inka, Linka nic nie powiedziała, tylko skinęła głową na znak, że się zgadza z siostrą.

– Nie trzeba wielkiej mądrości, żeby być dobrym człowiekiem – odpowiedziała Paulina. – Mam tylko pewną wiedzę. Zawsze chciałam pracować ze zwierzakami, ale weterynaria to zupełnie nie moja bajka, jak i medycyna, na którą mnie chciała wypchnąć moja mama. Zostałam więc psią behawiorystką.

– A co to takiego? – zdziwił się Marek.

– Ja wiem! Żeby umieli się porozumieć z psem i się nie musieli nad nim wyznęcywać – wyjaśniła Monika.

– Co ty mówisz? Co robić? – zdziwił się Marek.

– Znęcać, chyba to miałaś na myśli? – uśmiechnęła się Paulina z sympatią do dziewczynki.

– No tak, tak.

– Sama będziesz to schronisko prowadziła? – zapytał Maciek.

– Nie, skąd, to przecież byłoby niemożliwe. Jest nas cała grupa, w tym i weterynarze, i prawnicy, i wielu aktorów. Założyliśmy fundację o nazwie Łapka Barnaby i stąd nazwa schroniska.

– To czemu tutaj sama siedzisz?

– Już mówiłam, że niedawno stałam się właścicielką tej nieruchomości i przyjechałam sprawdzić, czy się będzie nadawała dla naszych planów. Kostek, mój przyjaciel, niedługo po mnie przyjedzie Robiłam wstępny spis materiałów potrzebnych do rozpoczęcia remontu i trochę porządkowałam górę.

– Aha, rozumiem – skinął głowa Maciek. – A te kraty?

– Mamy zamiar pozwolić psom chodzić wolno, jak  w domu. Czasem się jednak może zdarzyć, że któryś będzie potrzebował chwilowego odizolowania od reszty dla własnego bezpieczeństwa, na przykład po sterylizacji.

– Już wiem, żeby rany nie uraził inny pies – wtrąciła Inka. – Wiem, bo nasza Tina miała operację i musiała leżeć w kubraczku, żeby sobie nie rozlizała szwów jak cioci kotka. A my po kolei siedziałyśmy przy niej przez wszystkie noce, żeby jej smutno nie było, że ją boli. I dawałyśmy jej tabletki przeciwbólowe. A mama siedziała przez cały czas.

– Już lubię waszą mamę – powiedziała Paulina.

– Nasza też jest taka sama – pospieszył z wyjaśnieniem Kubuś nie chcąc, żeby Paulina miała inne zdanie na temat jego Musi.

– Nie powiedziałaś skąd masz Lorda – przypomniała Linka.

– Prawda, zaczęłam i nie dokończyłam.  Otóż gdy jechałam z Konstantym na warsztaty zatrzymaliśmy się na chwilę w lesie. Chciałam rozprostować nogi i weszłam trochę głębiej, między sosny. Usłyszałam jakiś dźwięk z kępy krzaków, jakby jęk. Zawołałam do Kostka i poszłam sprawdzić co się dzieje, bo może ktoś jest ranny albo chory i potrzebuje pomocy.

– I co, i co, kto to był? – niecierpliwiła się Monika.

– To był mój Lord. Wpadł we wnyki zastawione przez kłusowników, nie mógł się sam uwolnić. Musiał długo tam leżeć, był bardzo osłabiony i poraniony. Na mój widok ledwo poruszył ogonem a ja rzuciłam się do niego nie bacząc na wołanie Kostka, żebym uważała.

– I nie bałaś się? – spytała Inka.

– Polizał mnie po ręce i błagalnie patrzył w oczy, jakże mogłabym myśleć o czym innym niż tylko o tym, aby mu pomóc. Uwolniliśmy go, zadzwoniliśmy na policję i do leśników informując o sytuacji, zostawiliśmy nasze dane i przenieśliśmy Lorda do auta.

– W jaki sposób, skoro mówisz, że jest duży? – spytał Marek.

– Duży to jest teraz, wtedy był zabiedzony, wychudzony i wcale nie wyglądał jak dzisiejszy Lord tylko jak śmierć na chorągwi, jak mawiała moja babcia – wyjaśniła Paulina. – Przenieśliśmy go na kocu. Najpierw ja zostałam przy psie a Kostek pobiegł do auta po koc. Delikatnie podłożyliśmy pod niego, przesuwaliśmy po centymetrze aż wreszcie udało się i mogliśmy podnieść koc z zawartością – uśmiechnęła się do wpatrzonych w nią dzieciaków.

– Pojechaliście dalej czy zawróciliście do weterynarza? – indagowała Linka.

– Pojechaliśmy dalej, ponieważ w tych warsztatach zawsze bierze udział weterynarz. Miałam świadomość, że tam najszybciej uzyskamy fachową pomoc. Miałam rację.

– A Lord nie bał się jechać samochodem?

– Nie, nie bał się. Miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą gdy znalazł się wewnątrz auta. Poza tym był obolały, wycieńczony i tylko patrzył czy jestem. Kiedy mnie nie widział stawał się niespokojny i szukał mnie przerażonymi oczami.

– Biedny – szepnęła ze współczuciem Inka. – Zupełnie jak nasza Tina.

Dziewczynki  opowiedziały nowej znajomej historię znalezienia suczki, co ustosunkowało Paulinę jeszcze bardziej pozytywnie do swoich niespodziewanych młodych gości i ich rodzin.

– No dobrze, ale wróćmy do Lorda. Co było dalej? Przyjechałaś na te warsztaty i co?

– Weterynarz dokładnie obejrzał biedaka, zbadał, zaordynował odpowiednie leczenie i postawił go na nogi. Wykąpany, wyczesany,  wykurowany zmienił się nie do poznania. Kolega weterynarz jest wielbicielem zespołu Deep Purple, wy nie znacie tej grupy, za młodzi jesteście. Orzekł, że nasz nowy przyjaciel przypomina mu z jakiegoś powodu genialnego muzyka Jona Lorda. Został więc ochrzczony mianem Lord.

– Pewnie ten pan by się nie obraził, gdyby się dowiedział – powiedziała Monika.

– Pewnie nie, bo jeśli jest fajny, to na pewno by mu to nie przeszkadzało –  stwierdziła Linka.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 14 komentarzy

Środa, 17.02.2021

Babcia D. zaszczepiona, udało się. Po pierwszej dawce nie było na szczęście żadnych sensacji, mam nadzieję, że i tym razem niespodzianek nie będzie. We wtorek późnym popołudniem jeszcze nie wiedzieliśmy czy szczepienie w środę dojdzie do skutku. MS zadzwonił do przychodni i usłyszał, że dostawa jeszcze nie dojechała. Dopiero wieczorem pani z recepcji oddzwoniła i podała godzinę, szczepionki dojechały. Kiedy nasza kolej przyjdzie tego nikt nie wie. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Kulinarnie – wypróbowałam nową sałatkę. Zjedliśmy, ale mimo ładnego wyglądu nie mam ochoty na powtórkę. Przytaczam, bo może akurat komuś przypadnie do gustu.

… sałatka i chlebek upieczony w domu…

… naprawdę zawsze wychodzi rewelacyjnie …

Poza tym ciasto upiekłam z jabłkami zamiast moreli i było pyszne, lepsze moim zdaniem. Wypróbuję z różnymi owocami.


Śnieg był zbyt sypki,  nie nadawał się do ulepienia bałwanka choć byłyśmy z Calineczką przygotowane. Kilkakrotnie przypominała o marchewce 🙂  Żeby malutkiej nie było przykro, okazało się, że wylądował dziadka znajomy ufoludek, któremu marchewka się przydała 🙂  Zdjęcie jest „dziełem sztuki” ponieważ ślepy na jedno oko Samsung zrobił fotkę staremu telefonowi, który nie chce przesyłać zdjęć, tak więc odbyła się „transakcja” skomplikowana 🙂

… ufoludek da się zidentyfikować mimo złej jakości …

Nie mogę się oprzeć pragnieniu, żeby nie pokazać kota w pudełku 🙂

Jeżeli jakiekolwiek pudełko znajdzie się na podłodze a Franuś wpadnie z wizytą, natychmiast je zaanektuje 🙂  Od razu przypominają mi się moje domowe kotusie, które też kochały pudełka. A jak cudnie wyglądało pudełko „samo” chodzące po pokoju w różne strony 🙂  Ileż uśmiechów koty potrafią przywołać na ludzkie twarze 🙂

Uśmiechajcie się więc i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 36 komentarzy

Będzie co ma być

Oddalam od siebie złe myśli jak tylko mogę. Myślę, że większość z nas tak robi, jakoś trzeba próbować żyć w miarę możliwości normalnie. Udaje się raz lepiej, raz gorzej. W końcu podczas okupacji ludzie też żyli, kochali się, gotowali posiłki, uczyli się, choć za rogiem albo w bramie czekała śmierć. Wychodząc wtedy z domu nikt nie wiedział czy wróci, czy spotka swoich bliskich. Nie ma porównania z tamtym potwornym czasem. Jednak gdy zadzwoniła do mnie koleżanka i wysłuchałam jej słów, poczułam się właśnie tak jakby niebezpieczeństwo zaczaiło się gdzieś… w pobliżu… nie wiadomo gdzie… a my wszyscy udajemy, że go nie ma. Koleżanka powiedziała, że niedawno zmarła jej siostra, teraz szwagier, druga siostra w szpitalu… Covid nie pozwala wracać do normalności. Może jako ogól nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków, w dalszym ciągu niszczymy naszą Ziemię, zło się rozlewa, jedni bez pardonu chcą rządzić innymi w każdej absolutnie dziedzinie siebie uważając za lepszą kastę, ba, za ludzkich panów… Ale z drugiej strony coraz więcej dobra się pokazuje, podnosi, zbiera w całość. Jakby na planie filmowym dochodziło do walki dwóch przeciwstawnych sił, a my się z boku przyglądamy mniej lub bardziej obojętnie…
Tak bardzo poruszyła mnie rozmowa z koleżanką. To nie „tylko” szwagier koleżanki… My się „koleżankowałyśmy” przez kilkadziesiąt lat, siedziałyśmy biurko w biurko, po moim rozwodzie pojechałyśmy razem na wczasy do Kołobrzegu (chłopcy zostali z moim tatą) i postawiła mnie do pionu. Znałam całą jej rodzinę, obydwie siostry, szwagra też. Kiedy zmieniłam kolor włosów na ciemny, akurat przyjechał do nas do pracy i wycałował mnie myśląc, że to ona. Śmiechu było mnóstwo…
Coraz więcej osób ma już covida za sobą, czytamy o tym w naszej blogowni, staje się naszym codziennym towarzyszem, być może przyzwyczaimy się do niego jak do każdej choroby sezonowej (np. grypy), tylko jak przemówić do rozumu choćby tym, których widać na migawkach z Zakopanego? Z jednej skrajności wpadamy w drugą…
Nie wiem co dalej… Nieprawda, wiem. Otrząsnę się z ponurych myśli, poczekam na szczepionkę, będę ostrożna jak do tej pory… „wola boska i skrzypce”, będzie co ma być.

… taki obrazek z samego rana wywołuje uśmiech 🙂 …

… brakuje sań i dzwoneczków …

Poza tym Matka Natura zrobi co sama będzie chciała. Oby wiosnę przyprowadziła, a wtedy będziemy podziwiać piękne kolory.

… wiosno przybądź …

Trzymajcie się zdrowo i ciepło!!!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Walentynkowe życzenia :)

Dziś starajmy się o dobry nastrój, bez względu na to czy się komuś podoba Dzień Zakochanych czy nie. Można go potraktować po prostu jako Dzień Życzliwości dla Bliźniego, albo Dzień Empatii czy Dzień bez Agresji, czy jakkolwiek ten dzień nazwać.  A więc MIŁEGO, DOBREGO DNIA!!!

Blożanki i Blożan zapraszam na ciasto z jabłkami i naleweczkę z pigwy.  Radości i uśmiechu

🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 18 komentarzy

Środa, 10.02.2021

Dziś są urodziny mojej koleżanki Morelki co sobie uświadomiłam spoglądając na datę, a ponieważ czasem tu zagląda –  życzę wszystkiego najnajnajlepszego pod każdym względem i na każdym polu 🙂 Sto lat Morelciu !!! Dla Ciebie takie zimowe zdjęcie 🙂

Ciąg dalszy moich kulinarnych działań wynika z tego, że się zmobilizowałam do „wzięcia się za bary ” z papierami. Rozpoczęłam dawno, ale mi się odechciało, choć nie zaprzestałam wypróbowywania nowych przepisów, czego rezultatów jesteście na bieżąco naocznymi świadkami, jeśli oczywiście uda mi się zrobić fotkę przed zniknięciem potrawy 😉  Tym razem muszę się pochwalić, że w przedpokoju stoi prawie pełny duży niebieski worek na papier, a zanim przyjdą panowie zabierający odpady segregowane po ten worek – jeszcze go zapełnię do końca.  Pozbyłam się wszystkich przepisów zawierających mięso wśród wykorzystywanych produktów. Znalazłam dużo różnych ciast (prostych i łatwych), deserów, najprzeróżniejszych kombinacji warzywnych i mnóstwo pomysłów na fajne dania. I te zostawiłam, oczywiście tylko do wypróbowania, żeby się podzielić z Wami wrażeniami 😉

Upiekłam ciasto z suszonymi morelami (w sezonie używa się świeżych) namoczonymi w herbacie (można w brandy). Smakiem przypomniało mi ciasto pieczone przez mamę, przepis wskoczył więc do zeszytu na zawsze. Następnym razem spróbuję z jabłkami. W przepisie jest napisane, że potrzeba: *50-60 dkg moreli, *8 dkg masła, *8 dkg mąki, * pół łyżeczki proszku do pieczenia, * 2 jajka, * 6 dkg cukru, * 2 łyżki mielonych migdałów (nie dałam).  1/ Morele świeże przekroić, wyjąć pestki; masło stopić i przestudzić; mąkę przesiać z proszkiem i wymieszać z migdałami; jajka utrzeć z cukrem. Gdy masa będzie puszysta wsypywać porcjami sypkie składniki, wymieszać, dolać masło, wymieszać dobrze. 2/ Potrzebna tortownica o śr.22 cm, rozsmarować ciasto na dnie na papierze do pieczenia albo tradycyjnie wysmarować tłuszczem i posypać tartą bułką. Ułożyć na cieście połówki moreli wypukłą stroną do góry. piec 20-30 min/ 175 st.

… tak wyglądało po upieczeniu …

Ciasto jest pokazane (wraz z przepisem)  specjalnie dla Luci, która wykazała nim zainteresowanie 🙂 Mnie bardzo smakowało, taki wspomnieniowy smak dzieciństwa i mamy ciasta na niedzielę 🙂

Jeszcze mogę się pochwalić zdjęciem mojego obiadu, na który składały się kluski śląskie, surówka z kapusty pekińskiej, kotletoplacki ( z tofu, pieczarek, płatków drożdżowych, owsianych, jajka, bułki tartej) – reszta domowników jadła kurczaka –  oraz  modrej kapusty (  http://annapisze.art/?p=3519 ) 

… zdjęcia robione przez „ślepy” telefon, więc nigdy nie wiem co wyjdzie…

Poza tym zima wróciła, śniegu powyżej kostek, psiaki się tylko cieszą, ja nie. Wiało i sypało tak, że musiałam czapkę założyć, a nienawidzę mieć na głowie czegokolwiek, toleruję tylko kaptur i opaskę. Mam czapkę z daszkiem, kupioną (w Szczawnicy) ze względu na daszek, do której doszyłam czarną opaskę i zakładam tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia.

Pisałam we wtorek, a dopisuję w środę rano.  Wyszłam z psiepsiołami i znalazłam się w bajkowym świecie 🙂 Delikatne śnieżynki łagodnie osiadały wokół mnie, żadnego wiatru, szłam osłonięta, otulona białym puchem a psiaki skakały szczęśliwe oglądając się tylko co jakiś czas, czy mnie nie zgubiły 🙂 Potem wzięłam je na smycz bo ślady sarenek bardzo wyraźnie odznaczały się na śniegu i poszliśmy jeszcze kawałek przez lasek. Było przepięknie.  Wiecie co? Na depresję lekarstwem jest psi nos, wierne ślepia patrzące z miłością, świadomość, że jeśli nawet czarne myśli dopadają człowieka, tak czarne jak strony dzisiejszych gazet czy portali informacyjnych, to wstać trzeba z łóżka choć się nie chce, wyjść z nimi  trzeba choć się nie chce i żyć trzeba, choć czasami  też się nie chce. Psiaki darzą nas ogromną, bezinteresowną miłością i ratują nasz świat w trudnych dla nas chwilach. Przerobiłam to już dawno dzięki mojemu kochanemu Rolfowi i potwierdzam bezustannie. Tylko… nie każdy człowiek zasługuje na psa…

… Szilunia i Skituś ze śniegiem na noskach 🙂 …

Trzymajcie się zdrowo i nie pozwólcie czarnym myślom sobą rządzić!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

Piątek, 5.02.2021

Piękna zima trwała krótko (pisałam wczoraj wieczorem, więc stan na czwartek jest zarejestrowany), znów jest chlapa, psiepsioły wacają ze spaceru (który właściwie ogranicza się do wyjścia do psiej toalety) przemoczone i trzeba je wycierać za każdym razem. Skitek ma płaszczyk i długie nogi, jest więc mniej poszkodowany. Szilka natomiast
wraca kompletnie przesiąknięta, jej gęstą sierść trudno wysuszyć, a brzuszek ma mokry jakby wyszła z jeziora. A przez chwilę  tak było pięknie!

… zdjęcia są zrobione w naszym przyosiedlowym lasku…


Kulinarny przegląd tygodnia mogę z czystym sumieniem określić jako zaliczony -urozmaicony. Szczególnie ten wege, musiałam szare komórki wytężać, żeby rezultat był pozytywny, a moje wytwory „zjadliwe” nie tylko dla mnie. Wyobraźcie sobie, że choć dla domowników był kurczak, to próbowali potraw bezmięsnych i smakowały im! Poczułam się dumna jak paw, a i moje kubki smakowe są zadowolone, bo przecież Byk lubi dobre jedzenie 🙂 Prawie rok temu stawiałam pierwsze kroki w diecie całkiem bezmięsnej i teraz już nie mam najmniejszego problemu ze zrobieniem żarełka dla siebie.

O kotletoplackach już mówiłam, tym razem też je robiłam kilka razy w większej ilości, głównie  tofu i pieczarki biorąc za podstawę, reszta to była wielka improwizacja z rodzaju: przegląd lodówki i kuchennych zapasów 🙂

…są dobre i do chleba…

…i do obiadu…

Robiłam też krokiety. Za nadzienie posłużył por uduszony na maśle klarowanym z kilkoma wcześniej usmażonymi pieczarkami drobno pokrojonymi.

…udało mi się zgrabnie zwinąć, co nie zawsze mi wychodzi…

Smarowidełko do chleba przyrządziłam z białej fasoli, usmażonej cebulki z jabłkami i suszonymi śliwkami. Po szybkim zniknięciu pierwszej porcji zrobiłam drugą, większą. Już się kończy 🙂

Na deser była szarlotka na jednojajkowcu Luci.

Zdjęcia teraz byle jakie bo robione w ciemno, nie mogę dopasować, obciąć niepotrzebnych szczegółów włażących w kadr ponieważ w Samsungu tylko pół ekranu działa, reszta jest czarna jak smoła i czasem trafiam w ciemno na to, co chcę uwiecznić, ale nic więcej nie da się zrobić. Zdechł, a szkoda, taki świetny i praktyczny był z niego komputerek podręczny. Jedynie w plenerze mogę pstrykać dużą przestrzeń, on widzi chociaż ja nie widzę co on widzi i co z tego wyjdzie ;(
Franulek przychodzi rano, często czeka przy drzwiach gdy wracam z pierwszego wyjścia  z psiepsiołami, przekąsza  coś albo i nie, i udaje się w miejsce wybrane przez siebie na sen, ma kilka do wyboru. Śpi słodko i głęboko, wyraźnie czuje się pewnie i bezpiecznie 🙂

… jest rozkoszny 🙂 , kto ma kota ten wie, że jest całkowicie rozluźniony…

Najbardziej  niezbędnym obuwiem są w tym sezonie kalosze, przynajmniej dla mnie, wszystkie inne buty nasiąkają wodą. Wciąż się cieszę, że ich nie pocięłam jak miałam w planie, zobaczyć je można w:  https://annapisze.art/?p=2962   Tylko podczas tych kilku pięknych, mroźnych dni założyłam wyjątkowo ciepłe buty kupione w Szczawnicy w sklepie na pl.Dietla. Sklepu już nie ma, ale ja mam go gdzieś na zdjęciu, jak znajdę to pokażę.

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 36 komentarzy