Dziś święto :) :) :)

Dziś święto Mamy. Naszych Mam i nas też, bo większość z nas mamami jest 🙂 Kwiaty więc najpiękniej pachnące, czyli kwiaty bzu (biały nie mój, sąsiadów, ale równie pięknie pachnie) z najlepszymi życzeniami 🙂 🙂 🙂

Dla wszystkich MAM na świecie z najlepszymi życzeniami 🙂 🙂 🙂

Pomyślałam, że właśnie w tym dniu sięgnę do starych fotografii. W końcu po to zaistniał ten blog, żeby uchronić od zapomnienia…  W pierwszym zamyśle miał zatrzymać w eterze moje dyrdymałki, żeby nie umarły wraz ze mną.  Potem, już po bloxicie, gdy nauczyłam się wstawiać zdjęcia, stał się miejscem zapisywania dni bieżących, a także przywoływania wspomnień. Dzięki temu wracają z przeszłości chwile i osoby, mają możliwość zaistnieć tu i teraz. I może za Tęczowym Mostem uśmiechają się oglądając swoje zatrzymane momenty z pobytu na ziemi? Ponieważ jest Dzień Mamy, więc to ona ma powód do uśmiechu. Miała na imię Eugenia.

Młodziutka dziewczyna…

…jeszcze chyba w gimnazjum…

…tu już młoda kobieta…

 

…to już w ogóle dama 🙂

… tu też …

… z rowerem dziadka przechowanym przez wojnę…

… może z czasu partyzantki… była łączniczką AK  (w Tenczynku)  o pseudonimie Hajduczek

Taka krótka sesja fotograficzna… Najbardziej żałuję, że nie mogę teraz jej przytulić i porozmawiać…

A teraz moja młodość, a raczej …  będąc młodą mamą 🙂  dostawałam od chłopców mnóstwo laurek, malunków z różnych okazji i część mam schowaną. Dla uśmiechu pokażę kilka z nich, od razu się rozczulam na wspomnienie chwil minionych i moich Skarbów z czasu, gdy byli tylko moi 🙂 🙂 🙂

To od Małego 🙂

To z czasu, gdy nauka pisania była w powijakach 🙂

Rękodzieło artystyczne 🙂

Czyż poprawka nie jest rozczulająca?

Jestem pewna, że każda mama ma ukryte takie pamiątki z najpiękniejszego okresu życia 🙂

Dobrego tygodnia, samych dobrych chwil i radości szczególnie w dniu dzisiejszym 🙂 Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 22 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 37

Dziewczynki w towarzystwie Tiny wybrały się na zwiedzania niedużego ogródka oraz najbliższego terenu wokół domu. Aldona z „tymczasową kucharką” – która to nazwa przyjęła się na dobre – usadowiły się na tarasie, na którym  był wymurowany kamienny grill, kojarzący się Aldonie z fragmentem starego zamku.

– Podoba mi się takie ustrojstwo – przyszła mama podłożyła sobie pod nogi małe krzesełko. – O, teraz mi dobrze. Kto ci to wymurował? Daje fajny klimat.

– Wiesz, ktoś mi pomaga – puściła oko Karolina, – sama przecież z budową nie dałabym sobie rady. Nie znam się na budownictwie, użerać się z budowlańcami nie potrafię, nie mam na to ani czasu ani siły. Nawet nie masz pojęcia co trzeba robić…

– Rozumiem wszystko co do mnie mówisz – uśmiechnęła się Aldona. – Przecież oprócz budowy masz na głowie pracę, te swoje szkolenia, wyjazdy. Jakiegoś kierownika budowy musisz mieć, to chyba obowiązkowe. I dziennik budowy prowadzić też musisz, coś pamiętam ze słów Teresy na ten temat..

– Mam takiego… – Karolina zawahała się przez moment – kolegę kierownika. No… Reńka przecież. Poznasz go niedługo, wpadnie  tu przy okazji.

– Przystojny jest? – zażartowała Aldona i z przyjemnością dojrzała rumieniec na twarzy swojej gospodyni.

– Cóż, kwestia gustu – pozornie spokojnie odpowiedziała i zmieniła temat. – Powiedz mi, jeśli oczywiście nie uważasz, że wpycham się z butami w twoje sprawy, jak planujesz przyszłość. No wiesz, po powiększeniu rodziny. Naprawdę nie chcesz powiedzieć Sergiuszowi?

– Chciałam mu powiedzieć, wiele razy próbowałam i nie udało się. Uwierz mi, naprawdę próbowałam. Wreszcie straciłam cierpliwość i postanowiłam zacząć samodzielnie układać  tę moją nową część życia. Nie chcę, żeby wiedział o malutkiej. Mówi, że z jego strony nic się nie zmieniło, że kocha i tak dalej, ale mnie wysłuchać nie chce, tylko każe czekać. Gdybym była wredna, to powiedziałabym mu o wizycie Agaty, ale nie chcę. Byłaby to forma nacisku z mojej strony a ja tego pragnę uniknąć.

– Co było z tą Agatą?

Aldona ciężko westchnęła na wspomnienie nieprzyjemnej sceny, w wyniku której o mało nie targnęła się na własne życie. Posmutniała, łzy zabłysły w oczach.

– Doniczko, przepraszam, nie chciałam ci popsuć humoru..

– Ależ nie, Karolinko, nie popsułaś. Tylko, wiesz, ja tego do tej pory z siebie nie wyrzuciłam, nikomu o tym  nie opowiadałam. Tobie teraz opowiem, bo muszę się tego pozbyć dla tej kruszynki – położyła rękę na brzuchu – która w tej chwili się wierci, bo także ma dość moich negatywnych przeżyć.

Przedstawiła dokładnie przebieg spotkania, przytoczyła tkwiące mocno w pamięci słowa Agaty, opowiedziała o własnych odczuciach, nie zataiła co była gotowa uczynić, żeby przestać cierpieć. Przeżyła cały koszmar raz jeszcze, świadomie, aby zrzucić go z siebie i zostawić, aby móc iść dalej w nowe życie. Karolina wyciągnęła rękę i bezwiednie gładziła ją po ramieniu poruszona ogromem bólu przebijającym ze słów. Kiedy skończyła się opowieść i narratorka zamilkła, wstała i przytuliła Aldonę jak siostrę najukochańszą.

– Doniczko, jesteś dzielną, wspaniałą dziewczyną i pamiętaj, że możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji. Nawet gdyby ci przyszło do głowy przenieść się tutaj na stałe, pomogę ci się odnaleźć. Mieszkanie w bloku mama chciała sprzedać, bo przecież przeniesie się do mnie, ale ja bym wolała wynająć, więc mogłabyś w nim zamieszkać.

– Karolcia, ty jesteś cudowna i serdecznie ci dziękuję za propozycję. Myślę, że w aż takiej  skrajnej sytuacji się nie znajdę, ale kto wie? Ze świadomością twego wsparcia łatwiej sobie będę radzić z tym co mnie czeka, czyli… nie wiem z czym.

– Nie nalegam, ale propozycja będzie cały czas aktualna dopóki jej nie odwołasz lub z niej nie skorzystasz. Pamiętaj.

– Dzięki, że mogłam to z siebie wyrzucić. Teraz patrzę już z dystansem na dawniejsze wydarzenia. Przed rokiem byłam jak w amoku. Zakochałam się niczym nastolatka, może dlatego, że byłam w kompletnej rozsypce po wcześniejszych przejściach. Wiesz, śmierć męża, niemożność porozumienia się z teściową, brak własnego mieszkania, w którym mogłabym mieszkać i żyć po mojemu, a nie według cudzej woli, problemy w pracy oraz  niepewność związana z ciągłymi reorganizacjami i brakiem stabilności. Jeszcze przyssał się do mnie ten pracowy Marian i nie mogę się do tej pory od niego opędzić…

– Może w tym przypadku przesadzasz? Może to tylko nieszkodliwy adorator, któremu trudno przyjąć do wiadomości twoją odmowę i obojętność? – wtrąciła Karolina.

– Byłaby to najlepsza opcja, ale nie jest. To po prostu krętacz, cwaniak o wygórowanych ambicjach, który musi postawić na swoim. Za każdą cenę. To znaczy nie on ponosi koszty lecz jego ofiara. W tym wypadku ja nią mam być. A ponieważ mu się wymknęłam z rąk, on tego znieść nie może i zrobi co tylko będzie w stanie zrobić, żeby zniszczyć wszystkich stojących mu na drodze. Z samym diabłem podpisze pakt, aby swój cel osiągnąć.

– Co zrobić, są takie wredoty na świecie. Ale pozwól, że spytam, a… Sergiusz? Jak nie chcesz to nie odpowiadaj.

– Cóż, kocham go, bez sensu to może jest lecz pozostaje faktem. Czułam do niego straszny żal, miałam wrażenie, że zrobił mi krzywdę…

– A tak nie jest?

– Nie był sobą. Zaganiany, oplątany, omotany nie wiedział na jakim świecie żyje, z każdej strony czuł zagrożenie i spodziewał się ciosu.

– Mimo wszystko…

– Czekaj Karolcia, Marianka mi wytłumaczyła, że był w Czasie Pustki, teraz już z tego wychodzi…

– Ki diabeł? – zdziwiła się Karolina.

– To taki okres w życiu człowieka, kiedy absolutnie wszystko się sypie, cokolwiek byś nie zrobiła to kicha z tego wyjdzie i ogólnie trzeba sobie ze wszystkim dać na wstrzymanie, na  przeczekanie też, żeby przeżyć. I nic nie da się na to poradzić, bo od nas nic wtedy nie zależy, tak jest i już.

– Długo to trwa?

– Nie pamiętam, Marianka jest od tego specjalistką, ona umie wyliczyć od kiedy do kiedy i  powie co robić a czego nie.

– I tobie powiedziała?

– Różne rzeczy mi mówiła. Wyobraź sobie, że człowiek może się uniezależnić od własnego horoskopu! I jeszcze takie inne… Ogólnie miała rację i zaczęłam myśleć rozsądnie.

– Chyba też się z nią umówię, kiedy będę na Ursynowie – powiedziała Karolina. – Zgodzi się?

– Pewnie, ona jest normalna. Ja się teraz zastanawiam nad czym innym, mianowicie co będzie, kiedy wrócę do pracy i nie uda mi dłużej ukrywać malutkiej – z czułym uśmiechem położyła dłoń na lekko zaokrąglonym brzuszku.

– Na razie nic nie widać, jeśli ktoś nie jest wtajemniczony, nie domyśli się. Nawet na taki pomysł nie wpadnie.

– Że takie staruszki mogą mieć dzieci? – parsknęła Aldona śmiechem. – To właśnie wywołało największe zdziwienie Stokrotek. I jeszcze dodały, cytuję: taka młoda to ty już nie jesteś. Koniec cytatu.

– Twoje córeczki są niezrównane – zaśmiewała się Karolina. – Dzieci w ogóle mają zdrowsze podejście do wszystkiego, takie świeże, niezepsute, normalne. Jak komuś trzeba pomóc to pomagają.

– Są po prostu szczere do bólu. Dorosły kombinuje, na przykład widząc leżącego człowieka, że może pijany a nie chory, że kłopoty mogą z tego wyniknąć, że nie będzie reagować, bo się spieszy, że nie wezwie karetki, bo mogą mu kazać zapłacić za nieuzasadnione wezwanie więc na wszelki wypadek lepiej niczego nie widzieć i się oddalić szybkim krokiem patrząc w przeciwną stronę – dokończyła Aldona.

– Powiem ci Doniczko, że napatrzę się na ludzkie problemy. Niełatwy zawód wybrałam, ale już widocznie tak miało być. Satysfakcji trochę też mam, nie powiem, że nie, bo bym skłamała. Ale ale, moja droga, przecież ty się masz u mnie relaksować i nabierać sił oraz dystansu do różnych spraw, więc zmieniamy temat. Wybrałaś już imię?

– Wydaje mi się, że ja tu mam najmniej do powiedzenia – szeroko się uśmiechnęła Aldona i buzia odmłodniała jej natychmiast o ładnych kilka lat. – Dziewczynki  mają co chwilę inne pomysły. Ostatnio była Isaura oraz Milagros.

– O matko – jęknęła Karolina.

– No właśnie, też tak zareagowałam. Na szczęście trochę czasu przed nami jest, więc im się jeszcze dziesięć razy zmieni. Ostatecznie powiem, że nie chcieli zarejestrować w urzędzie – dodała szeptem rozglądając się, czy skądś nie wystają długie uszy…

– Wiem skąd się to bierze – ze zrozumieniem skinęła głową Karolina. – Moja koleżanka ma córkę w wieku twoich, która namiętnie ogląda jakiś serial. Argentyński, meksykański albo brazylijski, nie pamiętam. Stąd pochodzą imiona zupełnie obce dla nas. Wyobrażasz sobie w Polsce chłopca imieniem Jesus? U nas, pomijając kwestię niemożności rejestracji w urzędzie,  byłoby to świętokradztwo, obraza uczuć religijnych i nie wiadomo jakie jeszcze zarzuty by stawiano rodzicom. A tam jest to normalne.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 16 komentarzy

W piątek rano

Przez ostatnie wahania temperatury przeziębiliśmy się oboje z Mężem. Na szczęście nie tak bardzo, bo od razu człeka strach ogarnia czy to nie najgorszy z ostatnich scenariusz. Skończyło się katarem u Męża, pomogła aspiryna i jednodniowe leżenie. Mnie zmogło wczoraj, padłam po popołudniowym spacerze z psami i wstałam dopiero dziś rano, za to rześka jak skowronek.  A ranek taki piękny, że słów brak 🙂  Słońce, na trawach delikatny szron topniejący dosłownie w oczach, rozśpiewane ptaki jakby specjalnie dawały koncert dla przypadkowej, porannej słuchaczki. Normalnie lista przebojów 🙂

Skulone dmuchawce sprawiały wrażenie, że się przytulają do siebie, aby się ogrzać

Psiaki moje kochane poskakały chwilę, nie chciało im się jednak chodzić daleko i wyraźnie dały do zrozumienia, że najważniejszy jest ciepły domek. Włączyliśmy wczoraj ogrzewanie, więc zrobiło się cieplutko, co Skitek od razu wykorzystał rozkładając się na ciepłej podłodze.

Nie idę dalej, chcę do domu…

… ja też, tam jest pełna miska 🙂

Słoneczko przeświecające przez świeże, zielone listeczki sprawia, że na tę chwilę  smutki odpływają w siną dal, człowiek poczciwy skupia wzrok i myśli na tym co wokół i odczuwa w sercu dziwną lekkość,  i wdzięczność śle Matce Naturze za te wszystkie cuda 🙂

Żeby udowodnić, iż życie jest urozmaicone,  pokażę moje aktualne lektury jakby z różnych krańców świata wyobraźni i wrażliwości… chociaż, może wcale nie? Przecież świat sztuki, jakkolwiek szeroko nie rozumianej, łączy się ze światami pozazmysłowymi …

A na koniec coś dla ciała. Wypróbowałam kolejny przepis i  –  jak obiecałam – dzielę się nim. Ciasteczka wyszły bardzo smaczne, być może byłyby jeszcze smaczniejsze gdyby trochę poleżały. Niestety, nie było im dane poleżeć, a nam – spróbować ich smak gdy nieco starsze były. Zniknęły bardzo szybko. Nadawały się do chrupania podczas czytania.

Wg przepisu potrzeba 250 g. masła ( wzięłam margarynę Tortową),  400 g. mąki, 120 g. cukru pudru (użyłam zwykłego kryształu), 2 żółtka, 2 łyżki kakao.

Masło+mąka+cukier+żółtka  —  zagnieść. Podzielić na 2 części. Do jednej dodać kakao i łyżkę wody i razem zagnieść. Rozwałkować oba kawałki osobno. Potem położyć jeden na drugim i zrolować. Włożyć do lodówki, żeby trochę stwardniało. Pokroić w plastry mniej więcej 1 cm. Rozłożyć na blasze, włożyć do nagrzanego piekarnika 180 st/ok. 20 min.

Prezentowały się ładnie, prawda?

Jeszcze zapomniałam dodać, że zrobiłam potrawę zainspirowana Amasji cukiniowym makaronem. Użyłam pomidorów z puszki zamiast suszonych, dodałam paprykę czerwoną w paski pokrojoną, cebulkę, zioła prowansalskie, sól, pieprz, czosnek granulowany i udusiłam. Domownikom podsmażyłam osobno kiełbaski drobiowe, ja zjadłam samą potrawkę z chlebem i była bardzo smaczna. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Cukinię kroiłam nożem szczelinowym w plastry, potem zwykłym nożem plastry na „makaron”, wyszło prawie spaghetti 🙂

Jak nie skleroza to nie wiem co to 😉 Miałam jeszcze bez cudny mój pokazać, więc wróciłam i wstawiam do wpisu.

Życzę dobrego weekendu. Pogoda zapowiada się piękna, więc z pewnością  uda się spędzić go miło 🙂  Trzymajcie się zdrowo!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 32 komentarze

Na łące

Nie wiem jak to możliwe, że minął kolejny weekend. Przemknął sobie niepostrzeżenie właściwie. Gdyby nie stojący kalendarz, który mam „na oczach”, mogłabym stracić poczucie czasu. Nie oglądam już seriali, po wakacjach 2019 nie wróciłam do śledzenia losów bohaterów. Czasem tylko poczytam co u nich nowego, ale uwolniłam się, nie czuję potrzeby pędzenia przed telewizor. I dobrze mi z tym 🙂

Zrobiło się chłodniej, jak to zawsze z „winy” zimnych ogrodników i Zośki, ale już przeminęli, teraz powinno pomału ciepło wrócić. A ja powinnam zająć się przygotowaniem doniczek na kwiatki tarasowe. Posiałam aksamitki do pojemniczków i wyrosły już bardzo gęsto, najwyższa pora je przepikować i rozsadzić. Na razie przesadziłam rozchodniki z doniczek do ziemi pod siatkę. To są pancerne rośliny, nawet ja ich nie wykończę 😉

Po deszczu zrobiło się świeżo i zielono, z zachwytem rano spoglądam na łąkę. Nie chce mi się chodzić po ulicach, żeby nie zakrywać się maseczką/chusteczką i większą uwagę zwracam na to, co jest wokół mnie na tej – w sumie ograniczonej – przestrzeni, po której się poruszam od czasu panowania Covidu. Czy wiecie ile najprzeróżniejszych roślinek kryje się pod nazwą „łąka”? Ja nie wiem, ale widzę teraz jakie są piękne. Widzę, ponieważ się zatrzymuję, zwalniam, przestałam pędzić choćby z tego powodu, że zakupy robię raz w tygodniu, nie codziennie jak dawniej. Nie jeżdżę do dzieci, nie przygotowuję rodzinnych obiadów, czego bardzo żałuję 🙁  Ale jest jak jest, na razie tak musi zostać. Rozglądam się więc wokół, dostrzegam tyle szczegółów, tyle piękna, że bez przerwy robiłabym zdjęcia, żeby je zatrzymać i zachować.

Koniczyna czerwona

Dmuchawce, czyli przekwitłe mniszki 😉

Trawy, z których każda inna

Nie wiem jak się nazywają te żółte kwiatki, rosły u babci na łące koło rzeki

Śliczne niebieski kwiatki, nie wiem co to jest i jak się nazywa

Kwitnące mlecze czyli mniszki świeże 😉

Jaskółcze ziele

Niby zwykłe trawy, a jakie ładne 🙂

Wypatrzyłam za płotem koło od sieczkarni, takie urządzenie stało u dziadków w szopie i przez całe wakacje było wykorzystywane

Zamyślony Skituś zastanawia się gdzie zniknęła Szila

Uff, znalazła się 🙂

Pierwsze maki w tym roku, śliczne 🙂

A ja sobie idę do góry i nic mnie nie obchodzi…

Nikt nie pomyśli, że niedaleko jest ruchliwa ulica

Łatwiej złapać oddech patrząc na przestrzeń…

… i na zieleń…

Na zieleni poprzestanę dla kontrastu z tym co się dzieje w świecie istniejącym poza łąką…

Trzymajcie się zdrowo!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 38 komentarzy

Maju maju :)

Po pięknym, słonecznym weekendzie zrobiło się zimno. Deszczowo też, co akurat dobrze, ale dlaczego fruwały płatki śniegu to ja zupełnie nie rozumiem. I wcale mi się to nie podoba. Dobrze, że mojego jedynego pomidorka nie wyniosłam na zewnątrz, rośnie w kuchni na oknie. Muszę go przesadzić do doniczki, urósł już dużo od kiedy dostałam go od sąsiadki.

Podczas spacerów (można nazwać wyjściem do psiej toalety, gdyby komuś nie podobało się, że tak spacerujemy i spacerujemy bez końca) podglądamy dzięcioły, jeśli sobie na to pozwolą 🙂 Udało się zobaczyć rodzica, który przyniósł do dziupli jedzenie. Wyczytałam, że prawie co roku dzięcioł dla swej rodziny wykuwa nową, widocznie panie dzięciołowe są niezwykle wymagającymi partnerkami 😉 W innej dziupli z okrągłym otworkiem, czyli wyraźnie podzięciołowej słychać kwilenie piskląt, chyba kosy się tam zadomowiły.

Dzięcioł karmi małe 🙂

Widziałam też taką scenę: przyleciał dzięcioł, postukał w drzewo koło dziupli. Nie było reakcji, więc zagadał. Wtedy w „drzwiach” domku pojawiła się główka drugiego rodzica i coś sobie powiedziały. Ten ze środka wyfrunął, a ten, który przyleciał udał się do wewnątrz albo na spoczynek, albo „na służbę” przy dzieciach 🙂

Motylek przysiadł i zapozował 🙂

Winniczek maszerował za swoimi sprawami 🙂

W naszym maleńkim ogródeczku skosił Mąż trawę po raz pierwszy w tym sezonie. W poniedziałek odbierali odpady zielone, więc trzeba było się zmobilizować. Poprzycinałam boki trawnika przy kamieniach, podwiązałam piwonie, bo już ciężkie główki mają, niedługo zakwitną jeśli nic im nie przeszkodzi. W zeszłym roku nie rozwinęła się część pąków, zlepiona czymś klejącym, chyba to mszyce winowajczyniami były. Bez w tym roku kwitnie tak pięknie i tak gęste kwiaty ma jak jeszcze nigdy. A zapach! Cała uliczka wypełniona jest cudownym zapachem. Dla odmiany konwalie nie pachną wcale, a tak lubię ich zapach.

Psiaki wychodzą z nami do ogródka. Jak my – to i one,  chcą być w pobliżu, lubią  mieć nas na oku 🙂  Jeśli podczas spaceru Mąż ze Skitsem zostaną w tyle, Szilka siada i czeka, nie da się ruszyć, zaprze się wszystkimi łapkami dopóki ich nie zobaczy. Mówię jej, że chłopaki już idą i zaraz nas dogonią, ale ona rusza dopiero wtedy, gdy sprawdzi, że mówię prawdę 🙂

Anka, mogłabyś się przestać kręcić i usiąść spokojnie? Spać nie mogę!

Mnie w spaniu nic nie przeszkadza, chyba, że ciągną mnie na jakiś spacer…

No już dobrze, pójdę na ten spacer jak ci tak zależy 🙂

Przepiękny sąsiad zamyślonym spojrzeniem ucieka w dal…

Coś trzeba było dla ciała, nie tylko dla duszy, więc rożki z marmoladą z ciasta francuskiego (gotowego) były najszybszą alternatywą. Potem jeszcze zrobiłam placek drożdżowy na dużą blachę, będzie na cały tydzień. Ten z poprzedniego wpisu w „Kuchennie i smacznie”, od Ewy Wachowicz. Ciasto zachowuje wilgoć, nie zsycha się jak poprzednie. Pierwsza próba nadzwyczaj udana, więc upiekłam raz jeszcze.

Rożki wyglądają smakowicie 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 43 komentarze

Znów taki dzień :)

W dalszym ciągu dzieci są ostrożne w stosunku do nas, nie wchodzą do domu, nie dadzą się przytulić, buuu… 🙁 🙁 🙁   Wszystko rozumiem, tylko żal, że tak nam się to życie poplątało, zostało odarte z tego tak ważnego elementu, przynajmniej dla mnie, może nie wszystkim jest tak potrzebne przytulanie dzieci….  Nic to, obyśmy zdrowi byli to przetrzymamy. Z powodu owego poplątania tutaj przytulam mojego Dużego synka, bo właśnie 12 maja zostałam mamą po raz pierwszy 🙂 🙂 🙂

 

Bez jest mój własny, osobisty 🙂

Synku!!!

Niech wszystkie Twoje drogi proste będą i bezpieczne, niech szczęście towarzyszy Ci każdego dnia, a Twoje trzy dziewczyny dostarczają radości bezustannej 🙂 🙂 🙂 

I oczywiście NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 14 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 36

 Lipiec

    Do nowego domu Karoliny pojechały więc: kotka, sunia i trzy dziewczyny, w tym jedna w ciąży więc właściwie cztery, oraz rodzynek rodzaju męskiego czyli Maciuś. Dotarli szczęśliwie, uradowana Karolina przywitała ich obiadem, po czym Jurand pojechał do domku pod lasem zostawiając kuzynce na głowie całą resztę towarzystwa. Dziewczynki dostały do dyspozycji mały pokoik położony najwyżej, na półpięterku, jakby już na stryszku. Ogromnie im się spodobał i od razu się w nim zainstalowały. Tina poszła za nimi. Aldonie przypadł duży pokój na piętrze.

– Przepraszam cię, że jeszcze nie jest całkowicie urządzony – sumitowała się gospodyni.

– I bardzo dobrze, że jeszcze nie wszystko zrobiłaś. Właściwie całe szczęście. Wiesz jak ja bym się czuła, gdybym ci zniszczyła nowe meble? No, może nie osobiście ale pośrednio, przez koty.  A tak jest fantastycznie, będę się swobodnie czuła. Ponieważ masz płytki na podłodze, obejdzie się bez moich wyrzutów sumienia gdyby Maciusiowi zdarzyło się nie zdążyć do kuwety. Kiedy się wstępnie umawiałyśmy nie miałam zielonego pojęcia, że mi się trafi nowy kociak.

– Ale robiłaś badania na toksoplazmozę? – zaniepokoiła się Karolina.

– Oczywiście, wszystko jest w porządku – uspokoiła ją Aldona. – Dziewczynki zajęły się stroną techniczno-higieniczną, tak to nazwijmy. No i Mimi w ogóle nie wychodzi na zewnątrz poza mieszkanie. Nie to co Bibi, tamta moja kochana kotusia uwielbiała siedzieć w ogródku.

– Dziewczynki bardzo przeżyły jej odejście, prawda?

– Wszystkie przeżyłyśmy, do tej pory przeżywamy, bo tego się nigdy nie zapomina. Nie mogły się oddawać rozpaczy bez reszty, bo musiały zająć się Mimi, która do nas trafiła. Wiesz zresztą dlaczego.

– Wiem. Teraz do kompletu mają jeszcze Maciusia, więc są zajęte. Tutaj, znaczy w twoim pokoju, oba koty będą sobie spokojnie mieszkały. Zobacz co mam specjalnie dla nich.

– Karolinko, jaki piękny drapak! Właściwie można to określić jako piętrowy dom mieszkalny połączony z placem zabaw. Skąd wytrzasnęłaś takie cudo? U nikogo nie widziałam niczego podobnego.

– Przyznasz, że takie gadżety dla zwierząt to u nas początkujący interes. Ludzie się dopiero uczą, że można zwierzakom polepszyć byt, zadbać nie tylko o podstawowe potrzeby typu jedzenie i kąt do spania, ale zatroszczyć się również  na przykład o rozwój umysłowy czy  naukę… Naprawdę, co się tak na mnie patrzysz? Prawdę mówię.

– Wiem i jestem po prostu zachwycona.

– To dobrze – uśmiechnęła się zadowolona gospodyni. – Ogromnie mnie cieszy fakt, że coraz więcej osób myśli o zapewnieniu psu czy kotu zajęcia, miejsca do zabawy, zabawek także rozwijających, zmuszających do myślenia. O, zobacz, mam coś dla Tiny.

– Co to takiego? – Aldona przez chwilę obracała w palcach przedmiot kształtem przypominający UFO, z dziurkami w kształcie elipsy. –  Ach, już wiem, przez dziurki wkładasz przysmak, a psiak kombinuje jak go stamtąd wyciągnąć. I ma zajęcie na jakiś czas. Świetne. Ale powiedz, skąd masz te przedmioty i kto wymyślił takie fajne zabawki.

– To… kolega mojego…  kolegi założył firmę produkującą akcesoria dla psów i kotów, mała firemka właściwie, na razie testuje rynek…

– Ale jak na to wpadł?

– Podpowiedział mu… No dobrze, już powiem – uśmiechnęła się. – Ten mój kolega to Reniek, mówiłam ci kiedyś o nim. Ten, co wrócił nie tak dawno ze Stanów. Tam na porządku dziennym są podobne sklepy z asortymentem dla zwierząt. Różnych zwierząt, jakie tylko ludzie trzymają w domach.

– Tak, tam ludzie są na innym stopniu rozwoju ekonomicznego i szukają każdej niszy, w którą można się wstrzelić z towarem. Szkoda, że ja zupełnie nie mam głowy do interesów – z żalem zauważyła Aldona.

– Dobrze, że i my wreszcie weszliśmy na drogę rozwoju, którego teraz już nic nie zatrzyma – dodała Karolina machając kotom przed noskami miękką myszką z materiału, zawieszoną na długim pręcie.

– Poza jakimiś ogólnoświatowymi tendencjami oczywiście – zauważyła Aldona.

– Na to człowiek nie ma wpływu. Ważne, że tu, w kraju, już mamy za sobą okres zacofania, a przed sobą cudowne perspektywy i otwarty cały świat.

– Moje dziewczynki już będą zawsze obywatelkami wolnej Europy, mam oczywiście nadzieję, że uda nam się wejść do Unii. Nawet nie wiesz jak się z tego cieszę z tego, że nie poznają zacofanego, ciemnego zaścianka jakim byliśmy. Chyba, że z książek czy filmów.

– I to im w zupełności wystarczy. Teraz chodź na dół, zostawimy koty, niech sobie tu urzędują, a ja ci pokażę resztę domu – powiedziała Karolina i wyszły zamykając dokładnie za sobą drzwi.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 16 komentarzy

Majówka 2020

W nocy z piątku na sobotę padał deszcz. Zaczął wieczorem, więc wyjście z psami na wieczorny spacer okazało się problematyczne. Wybrnęliśmy zakładając im zimowe płaszczyki Skitusia, dzięki czemu ochronione zostały przed kompletnym przemoczeniem. Wprawdzie Szila była bardzo niezadowolona, nie lubi takiej maskarady, ale musiała się podporządkować. Sposobem na jej fochy jest puszczenie przodem Męża ze Skitsem. Ponieważ ona zwykle prowadzi wycieczkę, bardzo nie lubi gdy ją ktoś wyprzedza. Poza tym ma w sobie jakieś geny owczarka i pilnuje, żeby stado się nie rozpierzchało i było „w kupie”. Goniła więc za chłopakami na cienkich nóżkach niosąc swoje przygrube ciałko w takim tempie, że ja się zasapałam. Ale i mnie się taka przebieżka przyda „dla zdrowotnosci” przecież 🙂 A rano przywitała nas na łące cudna mgła i słońce przebijające się przez nią w urokliwy sposób.

Po powrocie zrobiłam gulasz z kurczaka dla domowników na obiad, dla siebie kotleciki z jednej dużej utartej pieczarki, kawałeczka sera Radamera, łyżki mąki kukurydzianej i odrobiny bułki tartej, plus jajko oczywiście. Bez jajek nie dam rady żyć 🙂  I tu mam problem ze zrobieniem czegoś dla Małego, bo on z jajek zrezygnował. Znów muszę się w związku z tym uczyć czegoś nowego!

 

Nastawiłam w dużym garnku ciasto drożdżowe wg Ewy Wachowicz, mam je upiec po 12-tu godzinach. Jak wyjdzie to Wam powiem. Poza tym upiekłam kolejne bułki/chlebki wg przepisu od dziecka, czyli Małego. Jak do tej pory wszystkie smaczne wyszły, choć za każdym razem inaczej.

Z tego samego przepisu próbowałam bułki zrobić, tylko mi takie nieforemne wyszły 😉 Małemu zaś normalnie jak z piekarni 🙂 Mogłam tak poszaleć drożdżowo, bo mi dziecko zapas drożdży dostarczyło. I tu ciekawostka – to, co kosztowało 60 groszy, teraz 2,50 kosztuje. Drobnostka…

Przepis na bułki/chlebki –  0,5 kg mąki,  3,5 dkg drożdży, 6 łyżek oleju, 1 łyżeczka cukru, 1 łyżeczka soli, 300 ml mleka/wody letniej. Wszystko razem wymieszać, uformować bułki, włożyć do piekarnika, upiec 200st/20 min. Ja oczywiście wprowadziłam pewne modyfikacje. Drożdże zalewam ciepłym mlekiem plus łyżeczka cukru. Przesiewam mąkę do miski, dodaję sól, olej. W tym czasie drożdże się rozpuszczają, mieszam je do końca, do płynnej postaci łyżką, wlewam do miski. Drewnianą łyżką mieszam, jak się połączą składniki wyrabiam ręcznie. Kulę wyrobionego ciasta na chwilę odkładam pod przykryciem. W tym czasie szykuję piekarnik, kładę papier do pieczenia na piekarnikową blachę.  Wyjmuję kulę, kroję na 2 części. Każdą formuję, kładę na blachę i wkładam do pieca. Włączam temp. 180 st. na 25 min. i tyle wystarcza. Przynajmniej do tej pory bułki/chlebki były smaczne i dobrze się piekły. Dziś do mąki pszennej dodałam trochę żytniej. Będę eksperymentować 🙂

I jeszcze ciekawostka z innej beczki. Spotykamy na spacerach parkę państwa dzięciołów, wiemy gdzie mają gniazdko, obserwujemy nowe uszykowane, a dziś widzieliśmy – chyba – już wysiadującą panią dzięciołową. Wykute w pniu drzewa dziuple (dziupelki właściwie)  maja okrąglutkie otworki/wejścia do środka, są w bezpiecznym miejscu, za ogrodzeniem, więc żaden podły ludź nie zrobi młodym krzywdy. A natura musi się sama bronić, ponieważ jednak tu są tylko wiewiórki, lisy, zające i sarny – to chyba niebezpieczeństwo żadne nie zagraża. Rano wychodząc z psiakami widuję sarenki, parkę. Zdjęcia trudno zrobić, ledwie mogę utrzymać na smyczy moją dwójkę. Zrobiłam tylko takie byle jakie, ale udało się powiększyć i dowód jest 🙂

Tutaj wyraźnie widać, że Szila wypatrzyła w oddali sarenki wywąchawszy uprzednio zapach i koniecznie chce do nich doskoczyć nie zważając, że ja jestem uczepiona drugiego końca smyczy 🙂

W  niedzielę znów udało się zobaczyć dzięcioła w jego domku, albo panią dzięciołową, trudno powiedzieć.

W takim drzewie mieszkają państwo dzięciołowie

Udało się przybliżyć na tyle, że widać mieszkańca 🙂

Ciasto wyszło smaczne, upiekło się bez problemu a zrobione zostało bez wysiłku.

To jest połowa, całość nie mieściła się na desce

Teraz powiem jak zrobiłam. Przepis spisywałam na kartce podczas programu „Ewa gotuje”.

6 jaj wybiłam do miski, dodałam 2 szklanki cukru i zmiksowałam. 10 dkg drożdży wkruszyłam do masy, dodałam 2 szklanki ciepłego mleka oraz 6 łyżek oleju. Już nie mieszałam, odstawiłam pod ściereczką do wieczora (ma być ok. 12 godz. ale nie było, nie miałam cierpliwości dłużej czekać). Wieczorem dodałam 1 kg przesianej mąki i rodzynki, dobrze wymieszałam drewnianą łyżką, aż się wszystkie składniki porządnie połączyły. Zapomniałam zostawić do wyrośnięcia na 15 min.  tylko od razu włożyłam do piekarnika. Aha, w programie było, żeby do 2 keksówek włożyć, ja jednak wzięłam jedną dużą formę (24 x 40 cm), wydawało mi się, że moje keksówki za małe są na taką ilość ciasta. I dobrze zrobiłam 🙂 Piekłam w temp. 180 st. (tak piekę drożdżowe) ok. 40 min. Wkładam do zimnego piekarnika, tego się już nauczyłam.

Na koniec chcę Wam pokazać jaką piękną kartę zrobiła Magda –  https://pomiedzypatrzeawidze.home.blog/  –  na moje urodziny 🙂

Magduś! Dziękuję jeszcze raz baaardzo 🙂 🙂 🙂

tylko mi odwrotnie strony weszły i nie potrafię cofnąć 😉

Tak więc majówkowy wpis kończą jaskółeczki od Magdy 🙂 Na SZCZĘŚCIE 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 45 komentarzy

Przełom kwietnia i maja

Ostatni dzień kwietnia, mego ulubionego miesiąca, zawsze łączy się w mojej pamięci z urodzinami babci.  30.IV.1898 przyszła na świat jako drugie dziecko Marianny i Wojciecha Godyniów otrzymując imię Stefania. Byłam z nią bardzo związana, mieszkałam w Tenczynku przez 3 lata, spędzałam każde wakacje, uczestniczyłam w normalnym życiu, pracach w polu, w ogródku i pewnie dlatego mam inny stosunek do ziemi niż reszta rodziny. Poza tym Byk to znak ziemski, coś w tym jest 😉

Zdjęcie zrobione w 1920 roku w Krakowie

Dziadek Staszek urodził się 1.V.1895 roku jako syn Antoniego Dudka i… i nie wiem, chyba Anny? Wiem, że zmarła podczas I wojny, gdy Staszek był w gdzieś w Europie, Antoni ożenił się z Kazimierą i miał z nią jeszcze kilkoro dzieci.  Staszek jako żołnierz armii austriackiej na pewno był w Alpach, tyle pamiętam.  Kiedy poszedł na emeryturę mój tata zainteresował go pszczelarstwem i miał dziadek 3 ule, godzinami potrafił siedzieć na ławeczce i przyglądać się pszczołom, mieliśmy własny miód, który – mam w oczach – lał się strumyczkiem z miodziarki, takiego urządzenia do którego wkładało się cały plaster i podczas wirowania miód z niego spływał. Pamiętam też jak „podkurzał” ule, żeby zajrzeć do środka. ubierając się wcześniej w specjalny kapelusz z ochronną siatką.

Na zdjęciu jest w mundurze, więc z pewnością pochodzi ono sprzed 1918 roku.

Domek widoczny poprzez gałązki jabłoni rosnącej w ogródku

Lata chyba 70-te, zdjęcie zrobił doc. Wincenty Wcisło, kardiolog, do którego przed jego domem ustawiały się kolejki pacjentów z całej Polski w dniu, w którym ich przyjmował

A teraz seria widoków na tenczyńskie Skałki, ukochane moje miejsca, po których spacerowałam całymi godzinami gdy babcia pracowała w polu, zbierałam wielkie fragmenty amonitów, których było mnóstwo na stosach kamieni usypanych pod krzakami głogów rosnących grupkami. A ile ptaków między gałązkami siedziało i śpiewało! A jak śpiew skowronka dzwonił pod samym niebem! A jak cudownie niósł się głos dzwonów z kościoła po całej okolicy, długo, drżąco, szeroko…  A jaki oszałamiający zapach unosił się nad polami… A jaki smak miały dzikie poziomki, tego nie wie nikt, kto ich nie próbował… A ile marzeń dziecięcych, a później dziewczęcych tam zostało… Nawet pierścionek rzuciłam ze Styrku w dół wypowiadając jedno pragnienie… Oczywiście pierścionek nie był złoty, kolorem tylko złoto przypominał, ale miał czerwone oczko…

Na końcu jest kapliczka, za nią był ugorek prababci, na którym kuzynostwo paliło ognisko… Dalej się szło na Wolę Filipowską do cioci Heli na jabłka, których nie da się porównać z żadnymi innymi, były ogromne, czerwone i słodziutkie… Nie ma już tego wszystkiego, kapliczka może ocalała, nie wiem. Całe przecudne Skałki zostały pokawałkowane na działki, pogrodzone, zabudowane. Nie ma ich. To już inny świat. Tamten został w moim sercu, na kilku zdjęciach zrobionych przeze mnie – nie pamiętam czy jeszcze Druhem czy już Smieną. To chyba początek liceum albo koniec podstawówki. Mam jeszcze kilka kolorowych, z późniejszego okresu, kiedy już byłam dorosła, a moje Skarby chodziły do podstawówki. Zrobiłam je gdy po raz ostatni byłam na Skałkach, jeszcze nie zniszczonych, w dawnej swej postaci.  Pokażę następnym razem we wspomnieniowym odcinku.  Taki czas nadszedł, że wspominamy, ale to dobrze. Dzięki temu pewne zdarzenia, postacie, miejsca utrwalą się i pozostaną w „stanie uporządkowania” wyskoczywszy z pudełek, albumów, kopert na światło dzienne 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 28 komentarzy

Szczawnickie wspominki 6 – PPN

Dawno nie pisałam o Szczawnicy. Nowa rzeczywistość tak „dała mi do wiwatu” (w sensie psychicznym), że o przyjemniejszych sprawach nie myślałam. Odsunęłam też od siebie myśli o tym, że w maju mieliśmy wybrać się do naszego ukochanego miasteczka. Nie wybierzemy się z wiadomych względów.  Ten typ z koroną wszystkim pomieszał szyki, zmusił do zmiany planów, do życia w zupełnie innym, niespotykanym dotąd nigdy wymiarze. Przyznam się, że tęsknię za widokiem normalnych ludzi w studio telewizyjnym. Mam serdecznie dość głów gadających na monitorach. Nie jestem w stanie już na to patrzeć, odrzuca mnie! Nigdy nie lubiłam książek/filmów SF, a teraz się czuję jak w horrorze, jakby mnie wrzucono w sam środek takiego świata. Nie chcę w takim żyć!
Bez względu na mój (i innych) stan umysłu góry stoją sobie na swoim miejscu, za nic mają ludzkie wirusy, rozterki, uczucia itp., patrzą na nas w całym swoim majestacie, szumią jodłami i innym drzewostanem, falują trawami, pachną wiosną i mówią do nas. Podsłuchałam 🙂   „Doś tego strochania, słonko grzeje, świat piyknie wyglonda, a wyście to zabacyli skróś tego skurkowańca wirusa. Cołkiem jakbyście ino po ćmoku chodzili. Nie dojcie sie łocygonić, jesce bedzieta tróncać sie, bedom hulacki z radości, bo tego pierona cholera weźnie i nie bedzie nom tu kolanduwał”.
I co? Mnie się taka gadka podoba, ( tłumaczyłam ją sobie korzystając z: „Wyłónacka, słownik gwary szczawnickiej”, Kraków 2013, Wydawn. astraia ). Jeszcze mi się przypomniało, że „wszystko mija nawet najdłuższa żmija” i postanowiłam sięgnąć do zdjęć ze Szczawnicy.

Przy okazji przypomnę, że dzisiejszy Pieniński Park Narodowy powstał 1 czerwca 1932 roku. Wstępny projekt opracował prof. Stanisław Kulczyński. Przypomnę też, że pan profesor jest patronem mojej ulicy na Ursynowie oraz, że  został uznany za „niewłaściwego” i w ramach tzw. dekomunizacji ulic zabrano mu patronowanie. Mieszkańcy się nie pogodzili z taką decyzją i w sądzie wygraliśmy, odzyskaliśmy naszą ulicę!
Wracając do PPN – został utworzony  pod nazwą „Park Narodowy w Pieninach” jako pierwszy park narodowy w Polsce, który wspólnie z powołanym 12 lipca  1932 roku Słowackim Rezerwatem Przyrodniczym w Pieninach utworzył pierwszy w Europie pograniczny park narodowy. Powierzchnia PPN wynosi 2346, 16 km kwadratowych, najniższy punkt znajduje się na wysokości 435 metrów n.p.m., najwyższy – 982 m n.p.m.
Podaję oficjalną stronę PPN – https://www.pieninypn.pl/ – tam możecie sobie poczytać o szczegółach, o historii, o warunkach geologicznych, o licznych, różnorodnych gatunkach roślin i zwierząt. Przykładowe gatunki, jak również ciekawe filmy  można zobaczyć w pawilonie PPN nad Dunajcem, niedaleko przejścia granicznego na Słowację (które w tej chwili jest zamknięte z powodu pandemii).

Sowa się zwraca do turystów z uprzejmą prośbą…

Pawilon PPN

Widok od strony pawilonu PPN w kierunku Szczawnicy, idzie się wygodnym chodnikiem, jest i ścieżka rowerowa

Na początku drogi można zejść schodkami w dół

przejść przez mostek

i znaleźć się na wyspie, gdzie można posiedzieć na ławeczce w towarzystwie pawia z kwiatów (jednej z wielu szczawnickich kwiatowych figur), oraz rzeźb przedstawiających Annę i Artura Wernerów

A potem to się już tylko idzie i podziwia 🙂 🙂 🙂

Jedyny problem – to, że z psami nie można po PPN chodzić. To znaczy w Leśnicy słowackiej z Szilką byliśmy, oczywiście szła na smyczy przy nodze, bo to mądra sunia jest. Myślałam wtedy (jeszcze szczuplutka dziewczynka z niej była), że w razie czego weźmiemy ją na ręce. W Leśnicy psów pełno, szczekają tak samo jak nasze, nie ma bariery językowej 😉  Pokażę jeszcze w przyszłości (jak dotrę do zdjęć)  Drogę Pienińską biegnącą wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru, która jest niesamowicie malownicza, przepiękna, a  idąc  można obserwować tratwy płynące przełomem Dunajca.

Mamy z Mężem tę satysfakcję, że wszędzie byliśmy, wszystkie szlaki w okolicy pokonaliśmy w swoim czasie, teraz więc – jeśli uda się wreszcie pojechać – możemy sobie spokojnie spędzać cudowne chwile bez względu na pogodę i inne okoliczności, możemy iść gdzie nas nogi poniosą, tam gdzie z psiepsiołami da się spacerować i skąd w razie potrzeby uda się szybko wrócić do domu, bo przecież babcia D. na długie trasy nie pójdzie, a na dłużej nie można jej samej zostawiać… ale to już inna „bajka”…

Tak wygląda przejście do Leśnicy, niesamowite wrażenie robią skały – zdaje się, że wiszące tuż nad głową. Może na fotce tego nie widać,  ale za pierwszym razem miałam duszę na ramieniu idąc tamtędy, teraz już nie, teraz góry są moje, a ja należę do nich 🙂   zdjęcie zrobione w 2007 r.

Trzymajcie się zdrowo!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 39 komentarzy