Pani Lucyna Ćwierczakiewiczowa

piątek, 14.06.2019
Zastanawiałam się co zrobić na obiad w taki upał. Konkretnie na sobotę, bo wreszcie dzieciaki mają dotrzeć na wizytę przekładaną kilkakrotnie. Mam nadzieję, że jutro wreszcie na pewno przyjadą, tak jak się zarzekają. Wymyśliłam, że przygotuję chłodnik jagodowy. Co
do tego żadnych wątpliwości nie ma. Ale co potem? Gotować, trzymać w cieple czekając na nich, a najczęściej Calineczka śpi dłużej akurat wtedy albo coś innego się przytrafi… Ziemniaki się rozgotują albo wystygną, resztę przypalę na zmianę stawiając na płycie i
zdejmując… Doszłam więc do wniosku, że najprostszy będzie beuf a’la anka, który Myszka zdążyła „poznać”. Jeśli ryż ugotuję to dobrze, jeśli nie – będzie z chlebem. Tym sposobem skupię się na jednym garnku a nie na kilku, no i źródło ciepła będzie tylko jedno, nie mnóstwo jednocześnie, co przy obecnie panującej temperaturze się liczy.
Szukając kulinarnego natchnienia przypomniałam sobie panią Lucynę Ćwierczakiewiczową i oczywiście sięgnęłam po jej „365 obiadów”. Czasem lubię sobie poprzeglądać takie cudeńka, poczytać przepisy i za każdym razem z zadziwienia wyjść nie mogę jak myśmy się zmienili. My – czyli ludzie, rodacy, konsumenci – w tym przypadku odnośnie jedzenia. Zarówno tego co jemy, jak jemy oraz ile jemy. Nie da się porównać dzisiejszego śniadania na przykład i tego posiłku z czasów pani Lucyny, która była swoistym dobrem narodowym, cudem
natury, „bohaterką polskiej kuchni” 🙂
Pierwsza jej książka ukazała się w 1858 roku pod tytułem „Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast”, druga – owe „365 obiadów” – ujrzała światło dzienne w 1860 roku i cieszy się powodzeniem do tej pory!!! Niezwykłe, prawda?
Teraz posłużę się cytatem wziętym z „365 obiadów” ze wstępem J. Kalkowskiego.
” Jej następne kilka książek dotyczyło gospodarstwa domowego. Były to: Podarunek ślubny. Kurs gospodarstwa miejskiego i wiejskiego dla kobiet (1885 r.). Intencja przejrzysta – dokształcanie młodych małżonek. Miała w tej dziedzinie praktyczne doświadczenia, prowadziła bowiem przez pewien czas rodzaj szkoły kucharskiej dla pań. Wydawała też kalendarze Kolęda dla gospodyń. Kalendarz na rok… . Pierwszy
w 1876 na rok 1877. Z innych książek Poradnik porządku i różnych nowości gospodarczych (1876 r .), Nauka robienia kwiatów bez pomocy nauczyciela (1879 r.), Cokolwiek bądź chcesz czyścić czyli porządki domowe (1887 r.), a także Listy humorystyczne w kwestii kulinarnej (1900 r.).
Współpracowała z warszawską prasą. Przez 28 lat (do 1894) z „Bluszczem”, popularnym pismem dla kobiet. Do „Kuriera Warszawskiego” pisała w sprawach gospodarskich, a nadto korespondencje z uzdrowisk”.
Tu się zatrzymam…  kto zgadnie?…  No właśnie, oczywistością jest przecież, że pani Lucyna z Bachmanów Ćwierczakiewiczowa (1829- 1901) bawiła …  gdzie? W Szczawnicy przecież!
Pojawiła się w uzdrowisku w 1891 roku, w połowie miesiąca czerwca. Nie patyczkując się skrytykowała ówczesnego właściciela i zarządcę, którym była Akademia Umiejętności. Za to, że mało kuracjuszy, że „dostanie się tu jest już uciążliwe i kosztowne … mieszkania są ciemne, źle umeblowane, bez koniecznych ludzkich wygód i bardzo drogie … że most prowadzący do najbardziej uczęszczanego Leśnego Potoku stoi jak stał odwiecznie, wąski i bezużyteczny, a przez kamienisty Dunajec o niebezpiecznym zjeździe – trzeba się jednokonnym wózkiem, bez wcięcia do wsiadania, dostawać na drugą stronę… że ogromny budynek wystawiony kiedyś na kurhaus i teatr, stoi bezużytecznie… A jednak prywatne usiłowania robią co mogą.” ( T.Bednarski. Spotkania w dawnej i niedawnej Szczawnicy). Pochwaliła więc sporo prywatnych kwater, także Zakład Wodoleczniczy dra Józefa Kołączkowskiego jako stojący na europejskim poziomie. Ubolewała nad miernym
wykorzystaniem niezwykłości uzdrowiska, tak korzystnego dla poprawy zdrowia ludzkiego ze względu na klimat, wody mineralne lecznicze oraz położenie zachęcające do spacerów i wycieczek po Pieninach. Podobała jej się dbałość o zieleń w samej Szczawnicy: „…róże
wystawowe i kwiaty cudowne na każdem miejscu zachwycają oko…”. Usilnie postulowała zmianę właściciela na takiego, który umiałby wykorzystać wszelkie atuty miejscowości i stworzyć zdrojowisko z prawdziwego zdarzenia. Pani Lucyna nie doczekała wykupu uzdrowiska przez Adama Stadnickiego w 1909 roku, który uczynił ze Szczawnicy prawdziwy kurort słynący jako Perła Pienin.
No i czy może być pięknie bez Szczawnicy w moim świecie? Nie może!!!
Aha, pani Lucyna pochwaliła też stronę gastronomiczną, szczególnie pierogi w restauracji Oleksego (nie, nie tego od „józiolenia”, to było wiek przed nim, a nazwisko spotykane w okolicy). Skojarzyłam, że w rewolucjach szczawnickich Magda Gessler w lokalu „U Zosi” też na pierogi położyła nacisk. Słyszałam określenie, że pani Lucyna to ówczesna Magda Gessler. Na pewno łączy panie znajomość życia od strony kuchni 🙂
Panią Lucynę znała cała Warszawa, ba, cała Polska przecież (pod zaborami) od kiedy jej porady w kwestii gotowania, produktów, porządku w domu, ubioru, higieny itp. stały się niezbędnymi ówczesnym paniom domu. Bywała gdzie wypadało bywać, przemieszczała się wciąż przez całe miasto choć z powodu olbrzymiej tuszy miała problem z chodzeniem po schodach, była więc na piętro wnoszona przez dwóch silnych mężczyzn. Nic dziwnego, że tak przybyła na wadze albowiem wszystkie przepisy podane najpierw sama wypróbowywała aby mieć pewność co do jakości i smaku potrawy. Bez jej niesamowitej osobowości, znacznej postaci i nieprzeciętnej wiedzy oraz inteligencji Warszawa XIX wieku wyglądałaby mniej malowniczo i kolorowo (mimo noszonych głównie stonowanych w kolorze sukien) 🙂
Zakończę cytatem wziętym z „365 obiadów” opracowanych przez Jana Kalkowskiego. Myśl zawartą w przytoczonym poniżej cytacie uważam za niezwykle trafną 🙂
„Przyjemność jedzenia jest właściwą wszelkiemu wiekowi; wszelkim stanowiskom, wszelkim narodom, jest codzienną i nieustającą. Łączy się z wszelkimi innymi przyjemnościami, a zostaje ostatnią, aby nas pocieszyć po stracie innych”. Brillat-Savarin „Fizjologia smaku”.  Czyż tak nie jest? 🙂

Mam w domu –
Lucyna Ćwieczakiewiczowa. 365 obiadów – według wydania XXIII opracował do druku, poprzedził wstępem i zaopatrzył w słowniczek Jan Kalkowski, KAW, Kraków 1985,
Wanda Jackowska. Perfekcyjny poradnik pani domu. Kuchnia i porady Lucyny Ćwierczakiewiczowej, GWFoksal, Warszawa ?,
Tadeusz Z. Bednarski. Spotkania w dawnej i niedawnej Szczawnicy, Wydawn. astraia, Kraków 2012,
Z nich to właśnie korzystałam podczas pisania a także korzystam w życiu codziennym. Mogę polecić z czystym sumieniem osobom lubiącym kulinaria.
niedziela, 16.06.
Zajęłam się panią Lucyną i zapomniałam od czego zaczęłam 😉 Dzieci były, Calineczka bawiła się różdżką czarodziejską od Myszki. Myszko, jeszcze raz dziękujemy!!! Konik na biegunach był na tapecie oraz całe otoczenie bo malutka dama wciąż ruchliwą jest osóbką i w
jednym miejscu przebywa tylko wtedy, kiedy śpi 🙂 Oczywiście jest cudowna 🙂

Odbudowany po pożarze Dworzec Gościnny w Szczawnicy, „ogromny budynek wystawiony kiedyś na kurhaus i teatr” – jak pisała pani Lucyna

Inne ujęcie

Park Dolny w Szczawnicy, sztuczna grota upamiętniająca marszałka Sejmu Galicyjskiego Mikołaja Zyblikiewicza, po prawej stronie znajdował się Zakład Wodoleczniczy dr J.Kołączkowskiego

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Stokrotkowe zwariowanie :)

Przeczytałam z wielką przyjemnością książkę Stokrotki naszej blogowej, czyli Jadwigi Śmigiery, o Warszawie zatytułowaną „Moje warszawskie zwariowanie”. Poczta uprzejmie doniosła ją dopiero w piątek i nie mogłam się doczekać, aby dać nurka między kartki oczekując przyjemnych chwil i ciekawej wycieczki. I miałam rację, moje oczekiwania się spełniły!
Odwiedziłam miejsca, z którymi związana byłam dawniej i jestem przecież na zawsze, cząstka przeszłości siedzi sobie w sercu bezszelestnie i czeka chwili, aby się ujawnić np. dzięki czyimś wspomnieniom. W stolicy mieszkam już pół wieku, więc jestem warszawianką przez zasiedzenie 🙂 Mieszkaliśmy z rodzinką na Pradze i czytając część dotyczącą tej „obrzydliwej” dzielnicy wróciłam w przeszłość. „Moje tereny” rozciągały się od mostu Śląsko-Dąbrowskiego wzdłuż Wisły do mostu Poniatowskiego, a w drugą stronę do Targowej, do bazarku Różyckiego i dalej do Wileńskiej i do Zamoyskiego. Przez cztery lata chodziłam do liceum, którego okna wychodzą z jednej strony na cerkiew, mijając widoczne – po drugiej stronie ówczesnej Świerczewskiego – miśki na wybiegu. Park Praski i ZOO to pierwsze miejsca spacerów moich synków. Wcześniej – często piechotą przez most (7 min. drogi) szłam na zajęcia na uniwerku, sporo czasu spędzałam w biliotece na Świętojańskiej, obok akademików na Kickiego (ulicy nie pamiętam) ale najwięcej na Koszykowej. Dosłownie całe dnie tam spędzałam, wcale nie w BUW-ie. Czytelnia była czynna do 22-iej i po tej godzinie wracałam do domu. Nigdy się nie bałam. Nawet gdy napotykałam po drodze od przystanku tramwajowego do domu jakąś grupę, słyszałam: „zostaw, to nasza” i żadnych złych przeżyć nie miałam przez wszystkie lata mieszkania na ulicy, która teraz ma już trzecią nazwę. Kiedy się wprowadziliśmy u wielu osób funkcjonowała nazwa przedwojenna, nawet listy do poprzednich lokatorów przychodziły na ul. Szeroką. Potem była Karola Wójcika a teraz jest księdza Kłopotowskiego. Pewnie dalej jest, od śmierci Taty, czyli od 13-tu lat nie bywam w tamtych stronach, Tato się śmiał (kiedy jeszcze był zdrowy), że mieszkał w jednym miejsca a pod trzema adresami.
W 1981 roku zamieszkałam na Ursynowie ( jak Stokrotka na Targówku) i pokochałam to miejsce od pierwszego wejrzenia, od – dokładnie – czasu i miejsca serialu „Alternatywy 4”, kręconego tuż obok. Pamiętam lokomotywę stojącą pod blokiem służącą do ogrzewania w czasie zimy mieszkań serialowych bohaterów 🙂 Mimo, że kilka lat temu przeniosłam się na drugą stronę Lasu Kabackiego, Ursynów kocham i nigdy nie przestanę. Najchętniej mój obecny domek przeniosłabym na trawnik pod mój blok i wtedy byłoby idealnie 🙂
Rozgadałam się, rozwspominałam przez tę Stokrotkę i jej wycieczkę po Warszawie. A przecież zamiast się zagłębiać we własne przeżycia, powinnam się skupić na spotkaniu na kartkach książki osób ulubionych: Danuty Szaflarskiej, cudownego człowieka Bolesława Prusa, Frycka „od Chopinów”, Henryka Sienkiewicza darzonego przeze mnie miłością dozgonną, zmilczę o tych, których sympatią nie darzę. Przy okazji przypomniałam sobie pawie w Łazienkach niemiłosiernie zagłuszające aktorów w Teatrze na Wodzie ponieważ wybrały sobie okoliczne drzewa na nocleg i darły się do siebie z góry. Uśmiałyśmy się wtedy z kuzynką, że hej 🙂
I jeszcze mi się przypomniało, że nasz budynek na Szerokiej miał liczne ślady po kulach, w pierwszej chwili zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. I domki fińskie są znajome. I do Łazienek najbardziej lubiłam jeździć kiedy padał deszcz, mogłam sobie spacerować do woli pod parasolką a całe Łazienki moje 🙂 I do Wilanowa pojechałyśmy z kuzynką w długich spódnicach (moda nareszcie taka nastała), snułyśmy się po korytarzach pałacu szukając na portretach rodzinnego podobieństwa… :))) O matko, jakie wariatki!!!
Taka to jest książka, co i rusz wskrzesza wspomnienia, budzi skojarzenia, zawiera dużą dawkę informacji, do których można w każdej chwili wrócić mając własny egzemplarz pod ręką.
Baaardzo się cieszę, że mam książkę Stokrotki i mogę zaglądać do niej kiedy dusza ma tego zapragnie 🙂

Szila i Skituś zasłuchane w czytane im fragmenty Stokrotkowej książki 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 29 komentarzy

Poranek czerwcowy

Dziś lżejszy kaliber, słonecznie jest, pięknie i kolorowo. Więc z życzeniami najlepszymi na ten czerwcowy poranek 🙂

Uciekł mi maj. Nie wiem czemu
tak prędko przemknął i zniknął.
Ptaszek mi o tym zaśpiewał,
bażant w zaroślach coś krzyknął.

Bez już swój urok utracił,
róża jest niczym kniahini,
maki czerwienią się w zbożu,
a jaśmin się rozjaśminił.

Konwalie dzwonki zgubiły
cudne, pachnące, kremowe,
zamienią się w małe kulki
i wnet będą koralowe.

Piwonie zabójczo pachną,
spuściły ciężkie swe główki.
Słuchają, coś szepczą do nich
dwie samosiejki – jeżówki.

Z donicy, tej na tarasie,
bratki zerkają ciekawie
na stokrotki, niczym gwiazdy
rozsiane nagle na trawie.

Cóż, maju, żegnaj na rok,
teraz czerwiec witamy radośnie
kolorowy, pachnący, wesoły
i jeszcze mieszczący się w wiośnie.

AZ  3.VI.2019

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, wierszydełka, Wymyślanki | 32 komentarze

Gdańska urok

Obchodzone wczoraj uroczystości transmitowano w tv. Oglądałam Gdańsk. Wtedy, kiedy akurat miałam wolną chwilę i mogłam sobie na to pozwolić. Jakże zmienił się Lech Wałęsa od tamtego czasu. Każdy się zmienił, normalne, przecież 30 lat to kawał życia. Lecz – jeden się zmienia na korzyść, inny wprost przeciwnie. Jeden się uczy, inny uważa, że wszystkie rozumy zjadł przed urodzeniem. Ilu ludzi – tyle zmian na przestrzeni czasu. Zmian w rządzie nie śledziłam, żadnej prawdziwej wszak nie ma. Jak w klasycznej już wypowiedzi o dżumie i cholerze – może się czymś różnią między sobą lecz są równie szkodliwe.
Porównanie najstarszego prezydenta i obecnego najlepiej podsumowują dwie sceny – to mi przyszło do głowy po obejrzeniu wspomnień sprzed 30-tu lat na filmie. Dwa ujęcia z wizyty obu panów u prezydenta Stanów Zjednoczonych. Obraz 1-y: Wałęsa witany owacją w Kongresie. Obraz 2-gi: prezydent Trump siedzący, rozparty za biurkiem z nadętą miną a obok nasz obecny z rozanielonym wyrazem twarzy stojący, kucający prawie przy podpisywaniu dokumentu, nie mający na czym usiąść bo nie dostawiono drugiego krzesła. Wszak służba nie siada w obecności pana…  Wstyd mnie ogarnia do tej pory na myśl o takim zdjęciu, które poszło w świat.
Do Gdańska przybyli samorządowcy z całej Polski. Przybyli na zaproszenie zamordowanego w styczniu prezydenta Pawła Adamowicza. Podpisali 21 postulatów proponując wszystkim siłom, partiom, rządzicielom teraźniejszym zapoznanie się z nimi, odniesienie się, wypowiedzenie na temat. Jak dobrze było ujrzeć razem, wspólnie patrzących w jednym kierunku  poprzednich trzech prezydentów, z których każdy wywodzi się skądinąd, 30 lat temu każdy z nich był gdzie indziej a jednak potrafią znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. „A to Polska właśnie”. Wyspiański wielkim artystą był… POLSKA jest tym wspólnym mianownikiem, który powinien łączyć. Ale nie jest. Mimo iż usta niektóre pełne frazesów są i wylewa się z nich potok słów, które straciły swoje znaczenie.
Gdańsk to miasto pełne życia, dobrej energii. Gdańsk jest piękny, co było widać na zdjęciach z dronów (chyba) i ma coś w sobie, jakiś urok niezaprzeczalny 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Żegnaj, maju, na rok…

Weekend pogodny, ciepły, słoneczny, taki powinien być. W blasku słońca od razu chce się żyć. Współczuję osobom, które lata nie lubią, takich jest przecież całkiem sporo. Najczęściej ze względów zdrowotnych mają negatywny stosunek do lata. A ja kocham słońce i ciepło, i
nie znoszę zimy.
Nie do wiary, że maj mamy już za sobą. Przez rok czekam na ten najpiękniejszy miesiąc w roku a on już sobie poszedł 🙁 Tak bardzo nie chciałam, żeby mijał, iż nie zauważyłam ostatniego majowego dnia. Wciąż mi się zdawało, że 1 czerwca będzie dopiero nazajutrz.
Zadzwoniła przyjaciółka M. z życzeniami – bo my sobie składamy z różnych dziwnych (dla niewtajemniczonych) okazji – a ja nie uwierzyłam, że jest Dzień Dziecka! Niestety, kalendarz potwierdził, że to ja się mylę! Więc szybko za telefon i do wszystkich dzieci ze
spóźnionymi całusami „dzieckowymi”. Dzieci się nie przejęły a ja tak. Skoro jednak święto stało się faktem, zafundowaliśmy sobie z Mężem lody do kawy, zgodnie z sms-em od Małego: „Wam, dzieciaki nieco starsze, też wszystkiego co najlepsze”. Najlepsze wydały nam się lody oraz nalewka z pigwy, dla zdrowotności oczywiście 🙂 Babcia D. była zadowolona bo lubi lody ale nie kojarzyła daty, my nie przypominaliśmy, bo chciałaby iść do sklepu po jakieś prezenty więc lepiej, że nie pamiętała, byłby problem. A tak – posiedziała w
ogródku korzystając z ładnej pogody, poruszała się trochę i to powód do radości, bo przecież ruch jest jej bardzo potrzebny. Na co dzień trudno ją do niego zachęcić.
Poranki witają mnie tak przecudne, że aż dech zapiera. Dosłownie, nie w przenośni 🙂 Oszałamiający zapach świeżych, zroszonych nocną rosą roślin mogę wdychać i wdychać i chyba wpadłabym w trans hipnotyczny gdyby nie psiaki, które tę czynność przerywają co chwilę. I dobrze, bo inaczej nie mogłabym się napawać widokiem mgły unoszącej się nad łąką, słońca przebijającego się przez jeszcze zielone świeżą zielenią liście. Jeśli temperatura będzie wysoka – jak zapowiadają – to takie świeże nie będą. Z reguły już w czerwcu trawa staje się żółta miejscami, wypalona słońcem. Korzystam więc póki można. Po ostatnich ulewach do lasku nie dało się przejść, woda miejscami stała dość głęboko, wczoraj już obeschła i poszłam z psiakami. Trawa urosła do pasa, na szczęście ktoś wyciął ścieżkę i można iść w las. Psiaki zabezpieczamy przed kleszczami, więc mam nadzieję, że nic im nie grozi. A swoją drogą jako dziecko nie słyszałam o żadnych kleszczach, biegało się po łąkach, polach, po lesie na bosaka, w krótkich spodenkach i nikomu nic się nie działo. Jak można latem chodzić ubranym od stóp do głów? To jakby nie było lata i wakacji!
Trochę ogródkowych prac mam zaliczonych. Oberwałam przekwitnięty bez z wielkim żalem, że już trzeba, tak szybko 🙁 Mały lilaczek Meyera też już po kwitnięciu. Obcięłam mu sporo gałązek bo rozrósł się na boki i do przodu za bardzo, teraz jest zgrabniejszy i nie zajmuje tak dużo miejsca. Co rok tak robię i wychodzi mu na zdrowie. Czeka nas przycięcie iglaków. Nam nie przeszkadzają tuję, są piękne i sprawiają radość. Ale tylko nam, sąsiadom podobno zasłaniają słońce, trochę trzeba je więc będzie skrócić. Nasze ogródeczki są
mikroskopijne i musimy się liczyć z tak bliskim sąsiedztwem. Cóż, samo życie. Przypominają się ogrody z dzieciństwa, duże, z wielkimi jabłoniami starych odmian, jakich już dziś nie ma. Tak mi się na nich fajnie siedziało i czytało książki, deklamowało wiersze i marzyło…
Maj był dla nas wyjątkowo męczący pod względem medycznym, nagromadziło się wizyt i zabiegów i ogólnie kontaktów ze służbą zdrowia była ogromna ilość. Ostatnia to operacja zaćmy u Męża, która miała się odbyć w listopadzie a tu – niespodzianka. Telefon z przychodni, że terminy się zmieniły, zatrudnili chyba dodatkowych lekarzy bo robią więcej zabiegów i Męża termin przeniesiono na maj. Dziś babcia D. ma wizytę u pani doktor od osteoporozy, słyszę wodę w łazience więc chyba się szykuje. Na razie jest ok, nie ma napadów złości a mnie serce mięknie, kiedy jest miła i sympatyczna. Oby jak najdłużej.
Dobrego tygodnia życzę, spokojnego, ciepłego i duuużo słoneczka w duszy, w sercu, w głowie też 🙂 🙂 🙂

Tego słodkiego psiaczka spotykaliśmy po drodze do schroniska pod Bereśnikiem

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Zwierzę nie jest rzeczą!!!

Mam wrażenie, że nasza piękna planeta Ziemia, matka Gaja daje do zrozumienia ludzkim istotom, że powinny wreszcie ruszyć rozumem i zacząć myśleć – to po pierwsze. Po drugie – żeby obudziły w sobie empatię do żyjących, czujących istot. To znaczy obudzić empatię mogą tylko ci, którzy ją mieli choćby w śladowej ilości zanim dała się uśpić. Jeśli nie było jej ani ciut ciut – nie ma czego budzić. I tu czuję się bezradna. Skąd taki ktoś miałby ją wziąć? Jeśli nie było w nim za grosz współczucia, współodczuwania, ludzkich uczuć (i np. kopał biedne, śliczne, bezbronne jeże aż je skopał na śmierć) to skąd może wiedzieć co to jest i do czego służy? Tylko czary mogą tu zadziałać, jak w baśni o Królowej Śniegu, żeby
roztopić zamienione w sopel lodu serce…
Skąd takie myśli? A na przykład stąd, że porusza mnie krzywdzenie zwierząt, że nie mogę się pogodzić z decyzją wymordowania stada wolnych krów. Nie mogę się pogodzić z tym, że takie mordowanie owi mordercy nazywają „utylizacją”. Jak można mówić o utylizacji
żyjących, czujących istot jakby to były stare szmaty? ZWIERZĘ NIE JEST RZECZĄ!!! Znamy z historii takich co utylizowali ludzi w komorach gazowych, prawda? Zaczyna się od pogardy do zwierząt, którą przenosi się na wszystkich „innych”…
Ziemia ma już dość ludzkiej pychy, arogancji, niszczenia środowiska naturalnego, odsyłania w niebyt gatunków zwierząt i właśnie zaczyna nam to pokazywać. Oczyszcza się z ludzi poprzez trzęsienia ziemi, powodzie, tsunami i inne kataklizmy. Ku wielkiemu swemu
zaskoczeniu naukowcy odkryli nowo narodzony wulkan na dnie morza w pobliżu francuskiej wyspy Majotta leżącej między Madagaskarem a Mozambikiem. Powstał w ciągu 6-ciu miesięcy!!! Nigdy dotąd nic takiego się nie zdarzyło (tak wyczytałam).
Może to ostatnie chwile, żeby zadbać o naszą piękną planetę, zatroszczyć się, udobruchać Gaję, uprosić aby dała nam szansę na poprawę i przetrwanie? Dobrym znakiem jest widoczna, rozwijająca się coraz bardziej świadomość zagrożenia. Wśród młodych ludzi rośnie zaangażowanie w walkę ze smogiem, w obronę wycinanych puszcz, lasów, pojedynczych drzew nawet, w sprzątanie gór, zbieranie śmieci w lasach, oczyszczanie wód z olbrzymich ilości plastiku i innych śmieci zabijających morskie stworzenia. Nie rusza to jednak najbardziej decyzyjnych indywiduów, wciąż nastawionych na kasę z węgla, z drewna z wyciętych drzew starej puszczy, na nachapanie się jak najwięcej póki się da a potem choćby potop… Nie rusza też – z drugiej strony – najbardziej nierozgarniętych maluczkich, którzy problemu nie widzą, nie rozumieją i nie zrozumieją nigdy bo to przekracza ich zdolność pojmowania.
Rano przeczytałam, że padł ostatni samiec nosorożca sumatrzańskiego, niedawno ostatni biały nosorożec, wyginęły niebieskie papugi z gatunku ara modra i tak jakoś mi się zrobiło źle…

Arnold był pięknym kotem, został skopany przez jakiegoś drania jak biedne jeże

Rudy przychodził do nas w odwiedziny, poszedł przedwcześnie za Tęczowy Most z winy dwunożnego potwora

Na smutno wyszło, tak jakoś się złożyło… Za dużo różnych myśli się zebrało w głowie na różne tematy, nie tylko na te, które poruszyłam. Wszak życie jest niezmiernie różnorodne w swej zawartości, że tak się wyrażę…

ps. Wiadomość z ostatniej chwili: krowy ocalone 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

Wziąć przykład z kota

Mam moralnego kaca myśląc o przedstawicielach mojego kraju w PE z tej „dobrej” zmiany, będę się za nich wstydzić co chwilę. Tym bardziej, że oni nie wstydzą się wcale…
Ja się wstydzić nie muszę ani za Ursynów ani za Piaseczno 🙂
W Piasecznie wyniki przedstawiają się następująco:
44,88% – Koalicja Europejska
34,93% – Pis
9,03% – Wiosna
Frekwencja w powiecie – 55,78%
Te dane wzięłam z portalu Piaseczno News.
Natomiast poniższe ze strony haloursynów.pl
56,5% – Koalicja Europejska
22,4% – Pis
10,5% – Wiosna
Frekwencja na Ursynowie – 69,64%
Dobra wiadomość jest jedna – brunatne koszule nie przekroczyły progu, na szczęście.
Poza tym … „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”…
Teraz pora wrócić do życia. Wziąć przykład z kota i chodzić własnymi drogami. Franek odwiedza nas teraz tylko wtedy, gdy pada deszcz i musi się schować. Albo gdy jest okrrropnie zmęczony i musi się wyspać bez konieczności czuwania. Wtedy wchodzi do domu, nie rzuci nawet jednym okiem w stronę miseczki z kulkami tylko maszeruje na z góry upatrzoną pozycję, zwija się w kłębek i śpi. Cieszę się, że nie kocha nas tak bardzo jak swoich osobistych ludzi. Nie chciałabym, żeby upolowaną zdobycz przynosił mi do domu albo pod drzwi. Do siebie znosi myszy, jaszczurki, ostatnio widziałam dużego kreta. Położył pod drzwiami i czekał aż mu otworzą. Ponieważ nikogo w domu nie było a deszcz się rozpadał, przyszedł do nas, na szczęście zdobycz zostawił u siebie, co widziałam idąc z psami do psiej toalety podczas  Franusiowego spania oraz przerwy w deszczu.
Koty są mądre i cudowne, nawet moje psy są tego zdania 🙂

Franek myślący: już wyskoczyć czy jeszcze poczekać 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 37 komentarzy

Życzenia dla Mamy

Kiedy byłam w początkowych klasach podstawówki wśród dziewczynek była moda na pamiętniki, do których wpisywały się koleżanki, nauczycielki ale też rodzina. Mam schowany taki pamiętnik. Mama wpisała mi dwa wierszyki. Nie znam autora.

Jeżeli pragniesz, aby świat

docenił piękno duszy twej,

musisz być zawsze jak ten kwiat,

jak konwalijka z leśnych kniei.

I drugi.

Kochaj serce matki

póki jest przy tobie,

bo za późno będzie wtedy,

kiedy będzie w grobie.

Może teraz wydawać się nieco makabryczny, lecz jakże prawdziwy w swej wymowie.  Jak „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Ale – dzięki tym słowom uświadomiłam sobie (szkoda, że tak późno), że cieszyć trzeba się każdym dniem, każdą chwilą bycia z Bliskimi. Tych chwil nie doceniamy dopóki trwają, dopiero kiedy przeminą odczuwamy dotkliwie stratę, pustkę, brak. Przychodzą na myśl pytania, których nie zadaliśmy póki była tego możliwość, a więc nigdy nie poznamy odpowiedzi…  Kochajmy nasze Mamy dopóki są z nami, mówmy Im o tym bo tego bardzo potrzebują.

🙂 🙂 🙂 Kwiaty z życzeniami dla każdej Mamy 🙂 🙂 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 24 komentarze

Kasia Dowbor – „Apetyt na życie czyli poradnik dojrzałej kobiety”

Bardzo lubię Kasię Dowbor od zawsze, od czasu kiedy wieki temu moja siostra pracowała w radio a potem na Woronicza i mówiła ” Kaśka to świetna dziewczyna”. Od tego czasu zawsze patrzyłam na nią jak na kogoś znajomego i rozpoznawalnego. No, nie rozpoznawać raczej byłoby trudno, zawsze była dziewczyną rzucająca się w oczy z powodu nietuzinkowej urody.
Co tydzień oglądam „Nasz nowy dom”. Podziwiam rezultat pracy wykonanej przez ekipę zaledwie w ciągu pięciu dni, wzruszam się losami bohaterów oraz ich reakcjami na nowy dom, który jednocześnie staje się początkiem nowego życia. Oglądam też ze względu na
prowadzącą, na jej wrażliwość, szczerość zachowania, na łzy, które niejednokrotnie pojawiają się w oczach, zresztą nie tylko Kasi ale i członków rodzin wracających do wyremontowanych domów oraz twardych facetów z ekipy.
Na urodziny dostałam od Małego książkę. Leżała i leżała, mrugała do mnie i mrugała zachęcająco lecz nie miałam czasu. Dopiero dziś, nie mogąc sobie znaleźć miejsca w oczekiwaniu na ważną wiadomość, wzięłam ją do ręki i… wsiąkłam bez reszty. Gęba mi się uśmiecha do tej pory (wiadomość ok) do pełnej uśmiechu twarzy Autorki spoglądającej z okładki. Książka długo będzie stała „na oczach” jako odtrutka na złe myśli, remedium
na gorsze chwile. Jest tak pełna ciepła, sympatii do ludzi, do świata, tak pełna optymizmu, że nie odłożyłam jej zanim nie doszłam do ostatniej strony. Są tu zdjęcia rodzinne stare i nowe, w tym oczywiście zdjęcia zwierzaków należących do rodziny, zdjęcia pięknie
urządzonych wnętrz domu, jest historia przodków, są porady i przepisy, jest dzielenie się wspomnieniami z różnych okresów życia, dzielenie się doświadczeniem i nabytą przez 60 lat mądrością. Są KOLORY, HUMOR, OPTYMIZM. I samo DOBRO, ŻYCZLIWOŚĆ tryskające gejzerem. Jestem zachwycona!

Bez zdjęć jest smutno więc prezentacja kotów będzie w kolejnych wpisach 🙂

 

To jest Ozzy, kot Małego

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

Zostań, maju, na dłużej :)))

Weekend minął, deszcz przestał padać, ziemia na razie mokra, roślinki napiły się do woli, kałuże wypełnione wodą 🙂 Zaczęłam Szilkę odchudzać, nie może przypominać wyglądem baleronu na cienkich nóżkach nie ze względu na urodę (bo i tak jest najpiękniejsza na
świecie) lecz z powodu zdrowia. Musi schudnąć ale jak jej tłumaczyć, że musi kiedy wciąż podchodzi do miski i dziwi się, że pusta? Tłumaczę jej, że koniecznie trzeba, żeby jej stawy nie bolały, żeby lżej było oddychać i wchodzić po schodach. Wreszcie sięgnęłam po
argument ostateczny i mówię „I ja z tobą nie jeść będę” – co jest cytatem z „Rancza”. Jedyna różnica – tam Solejuk mówił do Hadziuka wspierając go w tygodniu abstynencji „nie pić będę”. Jak to w nasze potoczne słownictwo wchodzą na stałe wyrażenia z reklam np. „zawijać w te sreberka”, „żubr występuje w puszczy”, „prawie czyni wielką różnicę” i mnóstwo innych. Z filmów i seriali również, ze „Stawki większej niż życie”, z „Rancza” właśnie, z „Samych swoich” itd. U nas zmywarka ma na imię Marysia 🙂 co jest zdrobnieniem od „Jan Maria Rochowicz” czyli bohatera komedii „Poszukiwany poszukiwana”, gdzie bezustannie podziwiam rolę Wojtka Pokory.

Przeżyłam chwilę trwogi bo Lapcio zrobił ‚pyk” i zgasł. Całkowicie, kompletnie i myślałam, że nieodwołalnie. Na szczęście Mąż popukał się w głowę widząc moją reakcję, popukał gdzieś tam, wcisnął, docisnął i ożywił Lapcia, ufff. Już byłam przerażona co ja zrobię bez Was!

A teraz wiatr się uspokoił, burza przeszła bokiem, trochę pomruczała, błysnęła dwa razy i zniknęła zostawiając strugi deszczu. A w weekend TzG się skończył, wygrała Joasia Mazur, której trenerem był Janek Kliment. Po udziale w programie świat tej dziewczyny zmienił się jak świat dla psa ze schroniska przygarniętego przez kochającą rodzinę. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi za porównanie (jeśli tak – jego problem), wiele razy powtarzałam, że człowieka poznaję po stosunku do zwierząt. TTBZ też się skończyła, edycję wygrał Kazik Mazur. Właśnie w tej chwili, pisząc te słowa, skojarzyłam nazwiska. Coś podobnego! W obu programach zwyciężyły osoby noszące takie samo nazwisko!
Drogą skojarzeń – zaczyna się robić poważnie… „do mazura stań wesoło buntownicza wiaro” … tak mi się przypomniał „Mazur kajdaniarski”… „Mazurek Dąbrowskiego” jak najbardziej wskazany i miły sercu ale mazurek kaczyńskiego wprost przeciwnie…  Weekend pod znakiem walki o głosy elektoratu, prób przekonania do swoich racji nieprzekonanych albo obojętnych. Dzieje się, oj dzieje. Odkryło się przed niedowiarkami prawdziwe oblicze części kk, pozwalającej na pedofilię i ukrywającej sprawców. I cóż? Do żadnego osobnika
podanego na tacy policja nie weszła o siódmej rano jak do pani od tęczy.
Czekam na ciszę wyborczą. Jestem zniesmaczona tym, że Polsat puszcza spot pisu. Wiem, że interesy i polityka są nierozerwalnie związane, że biznesmen czasem musi bo biznesmenem być przestanie jak się władzy narazi, tak zawsze było… Ale nie podoba mi się, że stacja, którą lubię i oglądam zaczyna się „skurszczać”.
Niech więc już cisza i spokój nastaną aby nie trzeba było co chwilę oglądać na ekranie wykrzywionej złością twarzy z banknotu pokazanego przez BBM  oraz wielu innych „buziek” i słuchać słowotoku – jak wgranej płyty, odtwarzanej bez względu na zadane pytanie czy temat dyskusji. Oby do Dnia Matki 🙂

Niech słoneczko zaświeci, żeby wszystkim było przyjemnie i ciepło w tym przedostatnim majowym tygodniu. Tak czekałyśmy na najpiękniejszy miesiąc w roku a on już ucieka i przekwitają bzy. Zostań maju na dłużej – chciałoby się prosić lecz on nie słucha, idzie
swoją drogą nie oglądając się za siebie… szkoda, że nie przystanie na chwilę…

To nie tegoroczny kwiat, na razie moje ulubione piwonie mają wielkie pąki, jeszcze nie rozkwitły

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy