Trzecie urodziny bloga

27 lutego mija trzecia rocznica mego pierwszego wpisu.
Trzy lata to z jednej strony długi okres czasu, z drugiej – wydaje się, że przemknął ten czas szybko przed naszymi oczami, wokół nas, zabrał nas ze sobą i nagle… brutalnie rzucił o ziemię. Biedny człek się podnosi (nie z kolan tylko z ziemi 😉 )  i patrząc w lustro myśli. Ja
myślę, albo raczej: mnie się myśli 😉  – To ja? Naprawdę? To niemożliwe! To nie ja, to moja babcia, mama, siostra, ale nie ja! Przecież ja jestem młodą dziewczyną! – Ach, tak to jest, czas sobie z nas kpi. Przeminęło z wiatrem (bez cudzysłowu) i z tym wiatrem my pędzimy,
pędzimy i cóż, nie przestaniemy pędzić, bo już tak jest ten świat skonstruowany. Skoro więc nie mamy wpływu na coś, wypada się dostosować, nie narzekać, cieszyć się każdym dniem i korzystać z życia.

Zapraszam Was na babeczki upieczone specjalnie z myślą o trzecich urodzinach 🙂

oraz na nalewkę wiśniową 🙂

Powiem tylko jeszcze, że założenie mi bloga przez Dużego było strzałem w dziesiątkę. Nie przypuszczałam zaczynając – pełna obaw najprzeróżniejszych – tę przygodę blogową, że nasza blogownia stanie się dla mnie takim ważnym miejscem, właściwie rzeczywistym, nie tylko wirtualnym; że poznam tyle wspaniałych Dziewczyn i mimo bloxitu (nazwa wymyślona przez Ewę) – a może właśnie dzięki niemu, bo zbliżyłyśmy się bardziej pomagając sobie wzajemnie w tej przeprowadzce –  poczuję się u siebie, we właściwym miejscu. A działo się rok temu, oj działo, jak zerknę we wpisy z tamtego okresu to mi się wszystko przypomina, całe to bloxitowe szaleństwo.

I jeszcze coś kolorowego dla Was z podziękowaniami 🙂

Dziękuję Wam za odwiedziny, za dobre rady, wsparcie, za przepisy, za wszystko po prostu 🙂 🙂 🙂

/Dla wyjaśnienia – zdjęcie zrobiłam w Piasecznie, które było udekorowane taką śliczną „kapustą”. Nawet teraz – ponieważ zimy nie było – resztki urody owa kapusta zachowała./

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | Dodaj komentarz

Posil się ze smakiem :)

Po zderzeniu się z realem wskazane jest – dla nabrania sił do dalszego zderzania – posilenie się czymś smacznym, apetycznym, pożywnym. Uprzednio dawszy nurka w zapiski kulinarne, a wszystko w ramach wypróbowywania przepisów prostych i łatwych, z których
korzystać można w każdy zwyczajny dzień, przyrządziłam co widać na zdjęciach.
Tym razem zwykła pasta do pieczywa składała się z białego sera, jajek na twardo utartych na dużych oczkach (zamiast krojenia w kostkę, co zajęłoby dużo więcej czasu), drobno posiekanej cebulki, czosnku przeciśniętego przez praskę, czerwonej papryki pokrojonej w drobną kosteczkę, a wszystko wymieszane i doprawione solą i pieprzem. Na śniadanie w sam raz.

W miseczce pasta tak się prezentowała, ze świeżą bułeczką smakowała wiosennie 🙂

Na obiad zrobiłam zapiekankę brokułową z broszurki „Przepisy czytelników” (4/2013). Potrzebne składniki to:
6 ziemniaków, 6 pieczarek, 1 brokuł, 1 filet z kurczaka, 3 łyżki mąki, 2 łyżki masła, 3 ząbki czosnku, 1.5 szkl. bulionu, 100g. utartego żółtego sera, 2 łyżki koperku, ok. 200g śmietany, olej, sól, pieprz.
1. Brokuł podzielić na różyczki, ugotować. Pieczarki pokroić w plasterki, udusić na maśle z solą i pieprzem. Ziemniaki ugotować, pokroić w dużą kostkę. Filet pokroić, posypać solą, pieprzem, zrumienić.
2. Sos: mąkę zrumienić na patelni, wlać bulion, dodać czosnek przeciśnięty przez praskę. Składniki doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień, dodać śmietanę, ser i koperek. Mieszać do rozpuszczenia sera.
3. W żaroodpornym naczyniu ułożyć warstwę ziemniaków, fileta, pieczarek, brokułów, Zalać sosem. Piec ok. 20 min/180 st.C

Nigdy nie trzymam się dokładnie ilości składników podanych w przepisie, poza ciastami oczywiście, do zapiekanek używam tyle, ile akurat mam

Na deser ciasto, na które przepis dostałam od koleżanki z pracy. Byłam młoda, miałam 24 lata, półtorarocznego synka i właśnie rozpoczęłam pierwszą w życiu pracę (wytrzymałam tam 36 lat) po ukończeniu studiów. Nie umiałam piec, gotować się uczyłam w miarę
potrzeb, ale bez zapału, głównie dla dziecka, wyjątkowego niejadka (po nim Calineczka odziedziczyła tę właściwość). Z czasem z tego wyrósł więc i dla niej jest nadzieja 🙂  Według przepisu podanego niżej upiekłam pierwsze w życiu ciasto. Potrzebujemy:
1 szkl. cukru
1 szkl. mąki pszennej
1 szkl. mąki ziemniaczanej
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
5 jajek
1 margarynę
Należy utrzeć jajka z cukrem, dodać obie mąki z proszkiem do pieczenia, dobrze rozmieszać. Wlać rozpuszczoną margarynę i znów rozmieszać.
Piec ok. 40 min/180 st.C –  do suchego patyczka.
Posypać cukrem pudrem lub przygotować lukier i oblać nim ciasto.

Tym razem dodałam skórkę pomarańczową i ukręciłam pomarańczowy lukier, można dać cytrynową skórkę otartą i wtedy lukier cytrynowy przyrządzić do polania

To jest arcydzieło mojej kuzynki, usmażony przez nią osobiście chrust (czyli faworki) podany na babcinej paterze 🙂

Smacznego tygodnia !

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 29 komentarzy

Cyberknife i 2 mld. zł.

CYBERKNIFE czyli Nóż Cybernetyczny jest niezwykle skuteczną nowoczesną metodą radioterapii stosowaną w leczenia nowotworów. Jest to robot radiochirurgiczny, dzięki któremu można bezinwazyjnie, z ogromną precyzją atakować „obcego” i unicestwić go niszcząc chore tkanki z dokładnością do ułamków milimetra. Metoda jest bezbolesna i niekłopotliwa dla pacjenta. W Polsce są zaledwie trzy ośrodki wyposażone w Cyberknife – w Poznaniu, Gliwicach i Wieliszewie (Mazowiecki Szpital Onkologiczny). Skuteczność leczenia mogę potwierdzić pod przysięgą.
To supernowoczesne urządzenie kosztuje ok. 22 milionów złotych. Pytanie jest proste: ile tych urządzeń ratujących ludzkie życie można kupić za prawie 2 mld. złotych?
Ta suma wygląda tak: 2 000 000 000. Natomiast 22 mln. zł. – 22 000 000 właśnie tak. Jeśli podzielić – 2 mld. przez 22 mln. (wzięłam kalkulator)  wychodzi 90. 909090… Czyli mówiąc po ludzku za tę sumę można nabyć ok. 90 robotów. Albo np. 50 sztuk, a resztę wykorzystać na szkolenie obsługi robota, inne potrzeby ośrodków w celu poprawy jakości leczenia innymi metodami itp.
I jeszcze coś. Dziennie jeden robot może „przyjąć” ok. 10-ciu pacjentów. Każdy konkretny przypadek wymaga osobnego działania, czasu, dawki itp. Już nie będę liczyć, ile ludzkich istnień mogłoby ocaleć, ile dzieci przeżyłoby, matek, ojców, innych członków rodzin, którzy wraz z chorymi współcierpią, współchorują i współprzeżywają. Tym wszystkim ludziom pani Lichocka pokazała swój słynny już gest, z widoczną satysfakcją na twarzy i dumą, że siedzący obok koledzy patrzą na nią z podziwem. Ale czego można się spodziewać po ludziach, którzy bezczeszczą zwłoki zmarłych wydobywając je z grobów w asyście policji (wstydzę się za całą formację) wbrew woli rodzin byle tylko pokazać kto tu rządzi?

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

Na spacerze z psiepsiołami

Pogoda jest zwariowana jak cały świat. Nie pamiętam takiej zimy, której wcale nie było. Przez całe moje życie takiej sytuacji nie pamiętam. I wcale nie dlatego, że mam sklerozę, na szczęście jeszcze nie mam (chyba, że o tym nie wiem, hi hi ). Żeby sobie pamięć „zakonserwować” wybiorę się do zielarni i nabędę ziela, o których pisze Bożena w ostatnim wpisie na swoim blogu (plantacjamagicznychmysli.blogspot.com), jakoś trzeba się wspomagać póki czas.
Dziś na przykład, we wtorek (to w związku ze zwariowanym światem), padał deszcz na zmianę z gradem, świeciło słońce, chmury – to białe, to ciemne, szare, groźne po niebie przetaczały się gnane bardzo silnym wiatrem. Gdy wyjrzało słoneczko od razu wydawało się, że wiosna zagląda i sprawdza czy już może przyjść, czy jeszcze się wstrzymać. Cofała się natychmiast kiedy chmury czarne pokrywały całe niebo, choć bazie zaczęły się pojawiać na drzewach i krzewach wołając ją razem z ptaszkami śpiewającymi już chwilami zupełnie wiosennie.

W poprzedni weekend udało nam się zrobić piękny spacer w stronę Konstancina i doszliśmy do Chylic. Szliśmy tamtędy już kilka razy. Za pierwszym razem odkryliśmy dworek, który mnie zauroczył, choć był w opłakanym stanie i wystawiony na sprzedaż. Domyśliliśmy się, że funkcjonowała w nim restauracja albo dom weselny, w każdym razie na pewno obiekt o podobnym przeznaczeniu. Gdybym miała baaardzo duuużo szczęścia, by wygrać w coś (np. totka) mnóóóstwo pieniędzy to bym go sobie kupiła i zamieszkała. Ponieważ jednak nie mam, a wygrana mi nie grozi z tej prostej przyczyny, że przestałam już dawno kupony lotto wysyłać, musiał pozostać w wyobraźni. Za darmo mogłam sobie wyobrażać, jak w pięknej długiej sukni (mając najwyżej 20 lat) snuję po ogrodzie, którego granicą są płynące wody Jeziorki. Nie przeszkadzał mi wygląd ścian proszących o remont ani balustrady nadgryzione zębem czasu, wprost przeciwnie, wyobraźnia miała więcej pola do popisu i mogła się rozhulać, że hej! Dzień na spacer był piękny, wzięłam ze sobą telefon i mogłam robić zdjęcia. Doszliśmy do dworku i… nie wierzyłam własnym oczom. To mój dworek? Ktoś go kupił, więc bardzo dobrze, i z pewnością wyglądem zaczął przypominać dom weselny, bo… pomalowano go na biało, dach też. Z przodu zaś – znalazła się… żyrafa. Też biała. A co? Nie może być? A za nią stały sanie, jeszcze nie pomalowane. Zastanawiałam się czy będą białe czy żółte, bo takie są drzwi wejściowe. Weranda od strony ogrodu jak widać jest już przygotowana na przyjęcie gości. W słoneczne popołudnie wszystko wyglądało pięknie, natura potrafi upiększyć i rozjaśnić wszystko. Zresztą sami zobaczcie.

Wody rzeczki stanowią (chyba) granicę ogrodu przynależnego do dworku

A tak prezentuje się pomalowany dworek

Pozostawiwszy za sobą dworek idąc dalej przed siebie można się zachwycać Jeziorką, która opływa dworek nic sobie z ludzkich zachwytów nie robiąc i płynie dalej w zamierzonym kierunku 🙂

Gdyby nie my, to nasi ludzie siedzieliby w domu, hau 🙂

Piękny jest ten świat, prawda? Nawet podczas spaceru z psami można coś nowego odkryć.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 28

Popołudnie było bardzo przyjemne, nie upalne ale słoneczne. Aldona postanowiła zrobić przyjemność Tinie i wybrać się z ulubienicą na dłuższy spacer. Dla niej również było to przyjemnością, ponieważ –  jak zwykle po powrocie do domu – odreagowywała pracowe stresy, a spacer jej w tym pomagał. Najbardziej dokuczliwa była świadomość, że każde jej poczynanie jest śledzone, zaś informacje natychmiast płyną od Grety nie tylko do Agaty, ale i do Mariana. Musiała więc uważać na każde słowo i gest. Martwiła się co będzie, gdy nie uda się  dłużej ukryć postępującej zmiany figury. Moda na szczęście sprzyjała jej potrzebom, więc nosiła do pracy szerokie koszulki typu „nietoperz” lub kolorowe kamizelki zakrywające to co zakrywać powinny.

Szły w stronę Natolina, potem Belgradzką skręciły do ulicy Rosoła i wkrótce znalazły się na wysokości domu Teresy. Skoro dotarły aż do tego miejsca, zadzwoniła domofonem.

– Cześć Tereska, nie miałabyś ochoty na spacer z Maksem? Jakoś mnie tu przyniosło okrężną drogą.W związku z tym nie mogłam się oprzeć pokusie i zadzwoniłam…

– Bardzo dobrze zrobiłaś, dawno już miałam wyjść tylko ciągle coś mi przeszkadzało. Poczekaj, zaraz  będę gotowa. Chyba, że wejdziesz do środka?

– Nie, poczekam.

Po chwili Teresa witała się ze swoją przyjaciółką, a Maksio ze swoją. Teresa od razu przeszła do rzeczy.

– Słuchaj Doniczko, do taty przyjechał  jego przyjaciel architekt. Ten, który zaprojektował Cięciwowy Domek. Może chcesz się z nim spotkać? Jutro obaj przyjadą na Ursynów odwiedzić mnie.

– Ja? A niby po co? Co takiego miałabym mu powiedzieć? – zdziwiła się Aldona.

– Mogłabyś pogadać o twoich pomysłach na dom w Cięciwie, opowiedzieć jak sobie go wyobrażasz, jakie potrzeby powinien zaspokajać. I o tej psiarni, którą wymyśliłaś.

– Nie ja wymyśliłam tylko Sergiusz. Ja się jedynie zapaliłam do pomysłu.  Poza tym nie moja działka, nie mój dom. Niech sobie Agata planuje.

– Tobie chyba całkowicie już na rozum padło. Agata nic do działki nie ma. Dorota ci nie mówiła?

– Jak to nie ma? Jest legalną żoną, zapomniałaś? Działka nabyta podczas trwania małżeństwa jest też jej własnością. I tyle. Już widzę jak zaszywa się w lesie… No, na pewno – skwitowała z przekąsem. – Sprzeda ją i tyle.

– Ze względu na swoją nową córeczkę mogłabyś nie być taka zgorzkniała. Chcesz, żeby się wykrzywiona urodziła? – uśmiechnęła się pod nosem Teresa.

– Nie pleć. Powiedz, co ja tak naprawdę mogę mieć do tej działki? Powtarzam ci, że Agata ją spienięży. Sprzeda. Jak najszybciej się uda.

– A ja ci mówię, że nie.

– Chcesz się założyć?

– Nie, bo to ty byś przegrała. Nie mogę przecież wykorzystywać ciężarnej kobiety.

– Niby czemu?

– Czemu nie chcę wykorzystywać? – z miną niewiniątka spojrzała Teresa na coraz bardziej zniecierpliwioną przyjaciółkę.

– Czemu nie sprzeda?!

– Bo nie ma do tego żadnego prawa, kochana Doniczko – Teresa miała chochliki w oczach.

– Jak to nie ma? Mogłabyś wyjaśnić? Czegoś tu najwyraźniej nie rozumiem.

– Żeby coś sprzedać, trzeba to coś najpierw mieć.

– Nie wytrzymam… – Aldona rzuciła groźne spojrzenie.

– No już dobrze, ulituję się nad tobą. Działka formalnie należy do mamy Sergiusza.

– Co?

– To, co słyszysz. Działka należy do pani Meli. Nikt o tym nie wie. Teraz ty wiesz, więc buzia na kłódkę. Tak wymyśliła Dorota przed zakupem.

–  Coś podobnego! Popatrz jaka ta Dorcia mądra. I nic nie powiedziała.

– Właśnie dlatego, żeby brata  zabezpieczyć przed Agatą. Znając go lepiej niż on sam siebie wolała zawczasu zadbać o rodzinne interesy. Od razu u notariusza ciotka spisała też testament, tak na wszelki wypadek, więc działka jest zabezpieczona i w żadnym wypadku nie wpadnie w ręce tej jędzy. Może na nią ostrzyć zęby ile chce, połamie je sobie, cholera jedna.

Aldona miała uczucie jakby ogromny ciężar spadł jej z serca i potoczył się w nieznane. Umilkła zapatrzona w obraz, który nagle pojawił jej się przed oczami. Obraz, na którym stała obok ukochanego w lesie, a on w tym właśnie momencie obiecał, że będzie harował jak dziki osioł, żeby jak najszybciej móc wybudować dla nich dom…

– Hop, hop! Wracaj tutaj – przywołała ją Teresa do rzeczywistości. – Zrozumiałaś co do ciebie mówiłam?

– Co? No tak, Dorota, nie, ciotka, znaczy pani Mela jest właścicielką…

– Popatrz, o wilku mowa. Maksiu, zobacz kto idzie. Widzisz?

Maks rzucił się w kierunku Azy, która już z daleka go wypatrzyła i w imponujących susach zbliżała się, nic sobie nie robiąc z opiekunki uczepionej końca smyczy. Tina najpierw przysiadła, potem poznała „nadciągające tornado” i już bez strachu podążyła na spotkanie u boku Maksa.

– Właśnie chciałam was spotkać – oświadczyła zadyszana opiekunka tornada. – Aza, uspokój się już, ty małpiszonie. Zapomniałaś, że jestem na drugim końcu sznurka? No już, spokój. Chodźmy na łąki, muszę spuścić psicę ze smyczy, żeby polatała bo ją energia rozsadza.

– Bardzo dobrze, chodźmy na łąki wilanowskie – skinęła głowa Teresa. – Wpadniecie potem do mnie na kawę? Ty, Doniczko, dostaniesz dobry sok.

– Nie, teraz nie mogę – odpowiedziała Dorota. – Ciotka przyjedzie. Umówiłyśmy się na dziś. Musimy pogadać o domu, żeby mieć gotowy plan… – przerwała i spojrzała czujnie na Aldonę zwracając się do Teresy. – Powiedziałaś jej?

– A mnie tu nie ma, że rozmawiacie ponad moją głową? – oburzyła się Aldona.

– Przed chwilą. Nie wiem czy zrozumiała, bo się dziwnie zachowuje…- odpowiedziała Teresa uśmiechnięta od ucha do ucha.

– No wiesz… – oburzyła się Aldona.

– Dobrze. Skoro tak, mogę mówić otwarcie. Postanowiłyśmy z ciotką wybrać projekt domu. Miejsce, w którym ma stanąć, jest wiadome. Założenia jakie chałupa ma spełniać też znamy. Żeby nie odwlekać w nieskończoność chcemy jutro porozmawiać z Dziadka przyjacielem w sprawie projektu budynku.

– Tak nagle? – oszołomiona ilością informacji Doniczka nie mogła nadążyć za tokiem myślenia przyjaciółki. Pomyślała, że w ogóle ostatnio ma problemy w nadążaniu za myślami innych.

– Co nagle? Od dawna przecież planujemy. Doszłyśmy do wniosku, że taniej będzie jak postawimy bliźniak.

– Po co bliźniak?

– O matko kochana! Pół dla ciotki, znaczy dla was, no, dla mojego brata i pół dla mnie. Przecież nie będę do końca życia mieszkała w namiocie.

– A co na to Sergiusz?

– On ma do rozwiązania inne problemy. Do ciotki powiedział, żeby robiła co chce, bo to jej własność. I tego się będziemy trzymać – uśmiechnęła się szeroko jak łobuziak po udanie spłatanym figlu.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 18 komentarzy

Co na obiad?

Wzięłam gruby zeszyt i postanowiłam wklejać (wpisywać, notować) w nim przepisy wypróbowane ostatnio. Między innymi te, o których wspominam na blogu, żeby się nie powtarzać, bo w końcu może mi się wszystko pokręcić. Przy okazji będę miała odnowioną moją własną, osobistą książkę kucharską. Stare zapiski wyglądają…  tak jak mogą wyglądać zapisane kartki papieru często używane w kuchni po wielokrotnym stykaniu się z różnymi produktami spożywczymi 🙂 I to przez wiele, wiele lat. Długo pewnie już by nie wytrzymały. Kilka schowam głęboko na pamiątkę – na przykład przebitkę zapisaną ołówkiem, gdy siedziałam w babcinej kuchni przy stole, a babcia akurat zagniatała ciasto na stolnicy i opowiadała co robiła kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze pracowała u Potockich w pałacu jako młoda dziewczyna…  zapisałam wtedy ciasto drożdżowe, faworki, róże karnawałowe. Z ciastem to było tak: babciu, ile dajesz tego, tego…  a bądź ile, tyle, ile zabierze – odpowiadała babcia. A ja wtedy kompletnie zielona byłam w sprawach kuchni. Uwielbiałam jedynie pałaszować przepyszne babcine wypieki, gotować zaczęłam dużo później. Tak bardzo żałuję, że za późno, aby się nauczyć od babci tajników kuchni 🙁
Wypróbowałam przepis na nadziewane bułeczki. Potrzebne do tego są kajzerki, pieczarki, żółty ser, jajko oraz sól, pieprz, ewentualnie vegeta. Z bułeczek trzeba odciąć wierzchy, wydrążyć łyżeczką ośródkę (jak mówiła babcia) i użyć ją potem np. do kotletów mielonych.
Pieczarki obrać należy, zetrzeć razem z serem „na dużych oczkach”. Dodać jajko, przyprawy i napełnić bułeczki. Nie przykryłam odciętymi wierzchami bojąc się, że nadzienie pozostanie surowe. Położyłam obok myśląc, że się upieką i będą do chrupania dla psiepsiołów. Piekły się 20 min. w 180 st. Prawdę mówiąc nie wierzyłam, że będą pyszne, ale były 🙂
Kilka dni wcześniej przyrządziłam drobiowe kotlety z papryką. Użyłam: 1 filet drobiowy, 2 papryki, 3 jajka, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, kawałek sera żółtego, sól, pieprz, olej. Pokroiłam drobniutko fileta, także samo paprykę i ser. Wszystkie składniki razem wymieszałam i łyżką kładłam na rozgrzany olej. Usmażyły się na złoto i były bardzo smaczne placuszki, właściwie kotleciki, łagodne w smaku, ponieważ papryka dodała słodki smak. Dodatkowo wyglądały ładnie i apetycznie.

Tak się na patelni prezentowały podczas smażenia

W sobotę upiekłam pieczeń rzymską, do której dodałam utarte tofu i dużo przyprawy do gyrosa. Pozostałe składniki jak na kotlety: mielone ( u mnie tylko drobiowe), namoczona w mleku bułka, jajko, cebula (zawsze dużo surowej daję), jeszcze utarty ziemniak, sól,
pieprz, papryka. Masę trzeba dobrze wyrobić. Połowę włożyłam do formy trochę większej niż keksówka. Mam taką bardzo starą, od babci właśnie, może mieć ok. 100 lat 🙂 Naprawdę!  Do masy w formie wcisnęłam jajka na twardo, obok jajek ułożyłam paski czerwonej papryki oraz konserwowego ogórka. Na to poszła reszta masy. Koniecznie trzeba dobrze docisnąć, żeby wypełniła przestrzeń między jajkami, wyrównać i upiec. Trzymałam ok. 1 godz. w temp. 180 st. Kiedy na wierzchu zbierze się płyn podczas pieczenia, usuwam go ręcznikiem papierowym. Pieczeń wyszła bardzo dobra w smaku, konsystencję też miała idealną, wyglądała ładnie i kolorowo po przekrojeniu.

Można dołożyć więcej kolorowej papryki, będzie ładniej wyglądać

Miałam kilka ugotowanych ziemniaków, za mało aby odsmażyć na obiad dla trzech osób. Przypomniałam sobie, że mama robiła paszteciki z ciasta ziemniaczanego. Podawała je czasem na niedzielny obiad do bulionu. W środku była usmażona mortadela. Bardzo je lubiłam. Pomyślałam, że utrę te ugotowane ziemniaki, dodam jajko, cebulkę (tym razem usmażoną), mąkę – tak zrobiłam. Aha, jeszcze przyprawę do ziemniaków, sól, pieprz. Zagniotłam ciasto i zdziwiłam się, że tak łatwo mi to poszło 🙂  Uformowałam takie paluszki, bez nadzienia, spłaszczyłam nożem i usmażyłam na oleju. W smaku przypomniały mamy paszteciki. Może zrobię następnym razem nadzienie z pieczarek. Powinny być smaczne 🙂

Smakowały z pieczenią i surówką

Surówka –  z tego co akurat w domu było: kapusta pekińska, papryka czerwona, cebula, kawałek ogórka świeżego, konserwowy ogórek, plus sól, pieprz, czosnek, zioła prowansalskie, ocet jabłkowy. Musi być, żeby ostrości nadać pasztecikom z pieczenią.

„I to by było na tyle” – cytując klasyka. Smacznego dnia 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 38 komentarzy

„Cukiernia Pod Amorem” i inne kwestie

6.02.2020
„Cukierni Pod Amorem” miałam do tej pory: cz.1 – „Zajezierscy”, cz.2 – „Cieślakowie”, cz.3 – „Hryciowie”. Do tego powiązana „Podróż do miasta świateł” w dwóch częściach: 1. „Róża z Wolskich”, 2. „”Rose de Vallenrod”. Teraz dostałam 3-cią część losów Hryciów pt. „Jedna z nas”. Umknęła mi więc 2-ga. Dla wyjaśnienia – jest to cykl autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, saga obejmująca losy kobiet głównie (ich mężczyzn trochę też), od połowy XIX wieku do współczesnych nam lat, ukazane na tle wielkich wydarzeń historycznych. Wciąga od początku, oderwać się od niej nie można i dlatego sobie „popsułam” oko, bo przecież musiałam skończyć jak zaczęłam. Na szczęście jest lepiej.

Przechodząc do następnej kwestii – usłyszałam o propozycji płacenia za wizytę u lekarza, na którą pacjent nie przyjdzie. OK, ale – czy jeśli przychodnia odwołuje albo samowolnie przesuwa termin wizyty bez konsultacji z pacjentem, to ten poszkodowany pacjent dostanie
ekwiwalent pieniężny za poniesione straty? Poza tym – do recepcji często nie daje się dodzwonić. Albo nikt nie odbiera, albo wyraźnie słychać, że pani podnosi słuchawkę i rozłącza się, albo odkłada na bok i wtedy pacjent płaci za czekanie słuchając jak jedna pani opowiada drugiej pani o randce albo o teściowej… To jak odwołać wizytę? Przyjść i powiedzieć, że się nie może przyjść? Sama odwołuję wizytę, jeśli coś się zdarzy, uważam, że tak jest w porządku. Natomiast zupełnie nie w porządku jest gdy przychodnia odwołuje wizytę i nie proponuje nowego terminu, tylko każe dzwonić – wtedy na całe tygodnie i miesiące odwleka się kolejna wizyta, można jej zwyczajnie nie doczekać. I to jest obrzydliwe lekceważenie człowieka.

W sprawie najważniejszej dla nas wszystkich, która rozstrzygnie się w maju, nie powiem nic. Szkoda mojego zdrowia, wystarczająco dawałam się ponosić emocjom w owym pamiętnym lipcu i potem długo nie mogłam dojść do siebie. Nic to nie dało, wręcz z każdym
miesiącem dzieje się coraz gorzej. Tak więc po prostu „Róbmy swoje” jak powiedział Mistrz, bez niepotrzebnego marnowania energii. Co ma być to i tak będzie… O jednym tylko wspomnę o czym przeczytałam. Jeśli córka osoby sprawującej urząd ucieka z kraju za granicę, to o czymś świadczy chyba. Też bym uciekła w takim przypadku, żeby wstydu uniknąć. W Anglii nikt się nie będzie pytał o rodziców, większość wyspiarzy w ogóle o nich nie słyszała. Tak są zapatrzeni w swoją wielkość, że nie zauważyli, iż już odpłynęła w mroki
przeszłości i po imperium zostało wspomnienie. Do zwykłego zjadacza chleba to nie dociera. A co się stanie za chwilę po brexicie? Ano to, że będą sobie w brodę pluć, kiedy się zderzą za jakiś czas z brutalną rzeczywistością. Od koleżanki mieszkającej w Niemczech wiem,
że rodacy, którzy nie będą mogli zostać w Anglii uciekają do Niemiec i Holandii,  i coraz tam trudniej o pracę w związku z tym. Ona aktualnie też szuka.

Trochę się już oswoiłam z telefonem dotykowym. Na początku to było coś strasznego. Gdziekolwiek dotknęłam przez przypadek od razu do kogoś dzwoniłam! O każdej porze dnia i nocy! Nawet gdy chciałam nad ranem wyłączyć budzik w telefonie! Straszne! No ale…
Stopniowo opanowałam podstawowe czynności, ręcznie wprowadziłam kontakty, ozdobiłam zdjęciami, nauczyłam się pisać smsy na tym nowym ustrojstwie. Nie działała poczta. No to po co mi taki duży klamot jeśli nie mogę maila dostanego przeczytać ani w  internet wejść? W kieszeni się toto nie mieści, zanim odbiorę kiedy dzwoni to cuda na kiju muszę robić, a często i tak sama rozłączę zanim uda mi się odebrać… Duży więc coś tam porobił, zresetował, skopiował kontakty ze starego telefonu, które gdzieś tam zakotwiczyły w niewiadomym miejscu, bo najpierw były, a teraz nie ma.  To znaczy pewnie są, tylko nie potrafię odnaleźć. Znów ręcznie od początku wklepywałam. No dobrze, przetrwałam chęć rzucenia tym czarnym pioruństwem o ścianę. Wytrzymałam, po pewnym czasie starałam się polubić to coś… I nareszcie poczta zaskoczyła! Jest! Pierwszy raz w telefonie odczytałam maila od Ewy! Po czym – myślałam, że jak skasuję w telefonie, to w Lapciu na poczcie zostanie! Widzicie jaki głąb komputerowy ze mnie? Zawsze to powtarzam. Na szczęście wpadłam na pomysł, jak go odzyskać. W Lapciu, nie w telefonie przecież tego dokonałam.  A potem się zdziwiłam, że w telefonie znowu jest 😉  Drugie „mądre” posunięcie – hi hi – z poczty w telefonie chciałam wysłać zdjęcie na pocztę w Lapciu!!! I zdziwiłam się, że nic z tego 🙂 Daj chłopu zegarek to go będzie kłonicą nakręcał…

Skitek do mnie mówi: cicho bądź, nie widzisz, że Franek odpoczywa?

Teraz będzie o mądrości kota. Jak wiecie, Franuś nas adoptował w charakterze rodziny zastępczej i kiedy aura nie sprzyja włóczeniu się po okolicy, a jego rodziny nie ma w domu – przychodzi do nas na przekąskę, drinka i odpoczynek. Najbardziej lubi spać w fotelu w pokoju na górze, bo mu tam nikt nie przeszkadza, czasem śpi w szafie u babci D., czasem pod stołem w swoim koszyczku wyścielonym miękkim, wełnianym szalikiem. Dziś (piszę we czwartek) przyszedł rano, nie chciał poczęstunku, od razu poszedł spać na fotel. Ja pojechałam na rehabilitację, wróciłam, jeszcze dłuższy czas spał, potem zszedł, kazał się wypuścić na zewnątrz i pobiegł za swoimi sprawami. Po obiedzie wyszłam z psiepsiołami, zimno było, wiał lodowaty wiatr, padała marznąca mżawka. Franek wyszedł z sąsiedniej uliczki. Powiedziałam: Franuś, idź do siebie i zaczekaj. Poszłam z Szilką i Skitusiem na łąkę, właściwie na mokradło, buty przemoczyłam. Wracając o mało nie padłam jak długa na wysokości Franusiowego domu, bo psiepsioły w radosnych podskokach ruszyły przed siebie po raz kolejny witać się z Franusiem siedzącym za bramą własnego podwórka. Zawsze się tak witają. Czasem ludzie widzący po raz pierwszy taka scenę przystają i patrzą z niedowierzaniem. Powiedziałam tylko: Franek, chodź z nami. Nie musiałam powtarzać. Wyprysnął jak strzała przeskakując między prętami bramy i wyprzedzając nas w podskokach pierwszy dotarł pod nasze drzwi. Tak oto całą trójkę przyprowadziłam do domu. Franek głodny nie był,. poszedł „do siebie” na fotel spać dalej:)

Jestem niczym czarna pantera…

Jestem tajemniczy…

 

Na tym zdjęciu widać jak czują się dobrze  w swoim towarzystwie 🙂

To cudne maleństwo jest nowym członkiem Franusiowej rodziny 🙂

Słodziak nad słodziaki 🙂 🙂 🙂

Zapomniałam dodać, że autorką zdjęć rudego słodziaka jest opiekunka Franusia 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 30 komentarzy

Przemknęły

Przemknęły dni jeden za drugim szybko, jak to ostatnio mają we zwyczaju. Gdzie ten czas, kiedy czekałam na coś i czas się ciągnął niczym sparciała guma 😉
W piątek byłam „na dyżurze” u Calineczki. Spadł pierwszy – i jak dotąd jedyny – śnieg tej zimy, który szybko stopniał zamieniając się w błoto pośniegowe. Fatalnie się wtedy jeździ, szczególnie po zapadnięciu zmroku. Ludzie poruszający się piechotą powinni zdawać sobie
sprawę, że w ogóle ich na drodze nie widać. Naprawdę nie widać!!! A w ciemnych ubraniach, w ciemnych kapturach na głowach – to jakby ich już na tym świecie nie było, gdy przyjdzie im do głowy wejść nagle na jezdnię.Widziałam na własne oczy kobietę przechodzącą przez ulicę wpatrzoną w ekran telefonu. I nie była to małolata! Widziałam na
własne oczy! Jak to nazwać? Skrajną głupotą? A jak się będzie czuł kierowca, któremu taka istota nagle wejdzie przed maskę? Szkoda gadać…
Wracam do wnusi. Moje szkrabiątko było grzeczne jak aniołek. Nie do wiary 🙂 Nie poznawałam Calineczki 🙂 Zjadła serek, zjadła omlecik, który jej usmażyłam, nakładała sobie miodek na pokrojone kawałki i jadła bez protestu 🙂  Co chwilę kazała stawiać się na parapecie i pokazywała na śnieg, najwyraźniej była nim zafascynowana. Potem usnęła bez oporu przytulona do babci Ani 🙂  A najważniejsze – powiedziała po raz pierwszy nie „baba” lecz „babcia” 🙂 🙂 🙂
W sobotę poza wszystkimi normalnymi czynnościami typu zakupy, pranie, prasowanie, gotowanie, pieczenie – w weekendy mamy tańszy prąd – przeczytałam kolejny tom „Cukierni pod Amorem”, który dostałam od Męża. Przy okazji spostrzegłam, że umknął mi jeden, muszę go poszukać. Skończyłam oczywiście, ale moje oczy stwierdziły, że przesadzam, że już nie te lata, kiedy mogłam czytać ponad 500 stron w jeden dzień.
W związku z tym w niedzielę obudziłam się z bólem lewego oka, szczególnie odczuwanym podczas mrugania. Ale dopiero po powrocie z porannego (choć ciemno jeszcze było) spaceru z psiepsiołami spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że mam czerwone oko (białko). Szkoda, że nie było castingu na wampira, załapałabym się jak nic!
Niedziela była brzydka, padał deszcz, więc całe szczęście, że rano zrobiłam psiepsiołom porządny spacer, przeszliśmy szmat drogi. Potem już tylko był szybki wyskok do „toalety” i po spacerze. Oko mnie bolało, miałam problem z patrzeniem w komputer, w telewizor zresztą też.
W poniedziałek, czyli dziś, byłam na pierwszej rehabilitacji. Liczę na to, że choć trochę przyniesie ulgę memu zmęczonemu kręgosłupowi. Oko ciut mniej boli, stosuję żel, przemywam rumiankiem i mam nadzieję na poprawę. Mam też nadzieję, że to tylko przemęczenie. Zdecydowanie pora zwolnić. A tyle jeszcze chciałabym przeczytać, zobaczyć, poznać…  Brak mi czasu, żeby pomału, na spokojnie bywać na Waszych blogach, przeżywać’ odczuwać Wasze  wpisy. Wiecznie się spieszę, lecę jak pedolino, a powinnam jak lokomotywa parowa. Porównanie stąd, że wczoraj widziałam (drugim okiem) fragment programu o pociągach, ładna pani maszynistka prowadziła pociąg, a starsi panowie z
miłością się odnosili do starej lokomotywy na parę. Tak w ogóle to boję się pociągów i wszystkiego co pełznie po szynach.

Dobrego tygodnia życzę bez względu na zawirowania na świecie 🙂

Pierwszy śnieg na Ursynowie

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 36 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 27

  Po powrocie do domu zastanawiała się nad słowami Grety. Zbyt dobrze już poznała naturę tej kobiety, żeby móc pozbyć się obaw. Wiedziała, że oto zaczyna się ciężki etap życia. Agata dotarłszy raz do źródła informacji jakim jest Greta z pewnością nie odpuści. Aldona będzie śledzona przez dzień cały, nie wyjdzie do toalety, żeby Greta nie odnotowała tego faktu. Nawet nie dla korzyści lecz  z  prostej przyjemności jaką znajdowała w dokuczaniu koleżance. Ot, taki typ człowieka gotowy zawsze siać niezgodę, kwitnący wśród kłótni, intryg, kłamstw i oszustw, taki co nie zawaha się przed niczym. Nawet przed zagarnięciem cudzego – jeśli jej się tak spodoba – nie cofnie się. Oj, trudno będzie. Jednak ona, Aldona, ma atut, o którym nie wiedzą te dwie harpie. Jest przezeń silna, odporna, odważna jak lwica broniąca młodych. I ma przed sobą perspektywę, zaplanowaną przyszłość, więc może być zupełnie spokojna. A na razie ma do załatwienia ważniejszą sprawę.

Po powrocie z pracy poszła do Doroty. Przyjaciółka otworzyła drzwi „udekorowana” ogromnym siniakiem otaczającym oko.

– Matko jedyna, co ci się stało? Kto ci oko podbił? – krzyknęła Aldona.

– Alkohol … – zaczęła Dorota.

– Alkohol ci oko podbił? – zdziwiła się Aldona.

– Alkohol szkodzi…

– Przecież wiadomo, że tak. W nadmiarze oczywiście. Ale co ma wspólnego z twoim okiem? Upiłaś się? A może Michał się upił i ci przyłożył?

– Chyba zidiociałaś na amen – obruszyła się Dorota. – Żeby Michała o coś takiego posądzać to trzeba rozumu za grosz nie mieć.

– No wiesz, alkohol rozum odbiera, rzecz udowodniona…

Rozległ się kolejny dzwonek i do mieszkania wpakowała się Teresa.

– Oo, co ci się stało? – wyraziła zdziwienie o takiej sile natężenia jaką przed chwilą zaprezentowała Aldona.

– Druga mądra – odburknęła gospodyni. – Jednej próbuję wytłumaczyć… ale ona w ciąży, to nie rozumie, bo rozum dziecku użyczyła, żeby się dobrze rozwijało…

– Doniczka, co jej się stało? Ty coś rozumiesz?

– Obawiam się, że nie tylko w oko dostała, ale również poniosła dużą szkodę na umyśle – westchnęła Aldona ledwo powstrzymując głośny wybuch śmiechu. – Ciekawe co jej tak rozum uszkodziło…

– Idiotki kompletne, obydwie – huknęła Dorota. – Usiłuję wam powiedzieć, tylko mi przerywacie, że alkohol szkodzi. Spróbuj się odezwać – spojrzała groźnie na Teresę już otwierającą usta, żeby coś wtrącić. – Wczoraj mieliśmy z Michałem taką swoją rocznicę. Poszłam po szampana schowanego na balkonie, na samym końcu, akurat zimno było, to mógł tam stać. Schylając się po niego rąbnęłam twarzą w pałąk, na którym zaczepiam linki, kiedy wieszam pranie. Ot i tyle.

– No wiesz co, stwierdzam, że w twoim przypadku alkohol szkodzi nawet zamknięty w butelce – oświadczyła Aldona

Weszły wreszcie do pokoju. Dorota postawiła na stoliku dzbanek z herbatą i szarlotkę.

– No nie, nie powinnaś stawiać przede mną słodyczy, bo niedługo będę grubsza od wieloryba. I jak ukryję swój stan w pracy?

– To nie jedz, ćwicz silną wolę – Dorota nie okazała ani grama litości.

– Przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach – westchnęła Teresa.

– Zdecydowanie wolałabym nudniejsze  – stanowczo stwierdziła Aldona. – Naprawdę marzę o ciszy, spokoju, o świecie pozbawionym  agresji, nienawiści, wojen…

– Utopia. Ale pomarzyć dobra rzecz – skinęła głową Dorota. – Ludzkość od wieków walczy o pokój i co z tego?

– Właśnie – wtrąciła Aldona, – walczy. A gdyby pokój zwyczajnie sam ogarnął świat i nad nim zapanował? Rozpostarłby się, rozprzestrzenił jak mgła nad ranem…

– Gadasz jakby tobie mgła się rozprzestrzeniła w mózgu – popukała się palcem w czoło Teresa.

– Jeszcze się taki nie urodził co wszystkim by dogodził – Dorota spojrzała na Teresę. – A ty nie pukaj się w czoło, bo się okaże, że tam pusto. Jedni chcą spokoju, inni do życia muszą mieć zamęt wokół.

– O to, to, jak ta nieszczęsna Greta z mojej pracy – stwierdziła Aldona.

– Raczej ty jesteś nieszczęsna, że musisz z taką lampucerą siedzieć w pokoju. Ona jest chyba zadowolona – skomentowała Teresa.

– Ona nigdy nie jest zadowolona. Chyba jak do tego stopnia namiesza, że już nikt nie wie o co chodzi, wtedy przez chwilę może tak. Niesamowita jest zdolność z jaką kłamie. Na przykład przez telefon opowiadała jakiejś swojej psiapsiółce, że gotowała zupę pomidorową, ze szczegółami opowiadała, co po czym wrzucała, ile czego i na jak długo. W chwilę potem zadzwoniła do innej i opowieść się powtórzyła, tyle, że główną rolę grała zupa ogórkowa.

– Widocznie jest z gatunku tych, co prawdę powiedzą tylko jak się pomylą – z politowaniem skinęła głową Teresa.

– Biedny jest taki człowiek – powiedziała Dorota. – Mam wrażenie, na podstawie twoich relacji oczywiście, przecież osobiście jej nie znam, że krótkotrwałe przyjemności przedkłada nad wszystko inne, wybiera szybkie, nietrwałe rozwiązania problemów, które na dłuższą metę niczego nie załatwiają…

– No i ty, Doniczko, chcesz pokoju na całym świecie mając w pobliżu  takie jednostki jak moja bratowa, twoja Greta, czy Marian – wtrąciła Teresa.

– Nie moja, nie moja – Aldona wyciągnęła przed siebie ręce jakby w geście obrony.

– W sensie koleżanka, przecież nie ja z nią siedzę biurko w biurko – wyjaśniła Dorota.

– Nie patrz na nią, bo ci się brzydkie dziecko urodzi  – poradziła Teresa.

– O właśnie, postaw sobie jakiś ładny widoczek, żebyś się na cholerę nie zapatrzyła – zgodziła się Dorota z przedmówczynią. – Przynajmniej będę miała ładną bratanicę.

– Nie może być spokoju na całym świecie, to niech chociaż w Europie będzie, a cholery niech za morza idą – skrzywiła się Teresa.

– Akurat, bo ktoś ich tam potrzebuje – odpowiednią mimiką twarzy Dorota wyraziła dezaprobatę dla wszystkich choler na świecie.

– Ale poważnie, niech na tym naszym starym kontynencie  wreszcie zapanuje spokój. Tyle się tu działo przez ostatnie dwa tysiące lat, że wystarczy, znudziło mi się…- westchnęła Aldona.

– Popatrz Tereniu – Dorota porozumiewawczo trąciła przyjaciółkę, – nieźle się trzyma jak na dwa tysiące lat…

– No, i jeszcze dziecko będzie miała…

– Zarobicie, obydwie zarobicie zaraz, jędze jedne – pogroziła Aldona.

Aza, która właśnie zakończyła drzemkę, przeciągnęła się i była gotowa na jakieś atrakcje. Położyła przednie łapy na ramionach pani usiłując ją polizać po twarzy.

– A idźże ty paskudo, rzuć się na ciotki bo one się mnie czepiają.

Aza po namyśle „rzuciła się” na „ciotki” ze szczekaniem w pysku i miłością w oczach jak to określiły Stokrotki, które przyszły po matkę w towarzystwie chłopców Doroty. Za nimi pojawił się Michał, dziś wypadała jego kolej przyprowadzenia całego towarzystwa z zajęć na basenie.

Kajtuś podkradł się do Teresy i zaczął ją łaskotać. A ona nic.

– Ciocia, nie mas  gilgotek?

– Nie mam.

– To ty jesteś jakaś wybrakowana ciocia – stwierdził rozczarowany i zwrócił się do matki. – Mama, zrobis prośne kulki?

– Zrobię Kajtusiu, zrobię.

– A sypko zrobis?

– Jak ciocie pójdą do domu.

– No to jus sobie idźcie – Kajtuś ze zniecierpliwieniem spoglądał na gości.

– Nie lubisz nas Kajtusiu, że tak nas wyrzucasz? – droczyła się Aldona.

– Lubię, nie wyzucam, tylko chcę, zeby mama zrobiła prośne kulki – sprostował.

– A co to takiego?

– Kulki z kaszy jaglanej utytłane w czekoladzie – wyjaśniła Dorota.

– Utytłane? Czemu prośne?

– No, obtoczone. Co wy obie dzisiaj jakieś tępe jesteście, niczego nie rozumiecie. Prośne, bo kasza jaglana jest z prosa, prośte, tfu, proste chyba.

– Ciocia, ty za wolno dzisiaj myślis – Kajtuś z dezaprobatą spojrzał na Teresę.

– A ty za szybko, uważaj, żebyś się nie spocił – Linka stanęła w obronie Teresy, która dusiła się ze śmiechu.

Aldona wyjęła z torebki paczkę cukierków.

– Poczęstujesz się Kajtusiu?

Spojrzał na paczuszkę i skrzywił buzię jakby się napił soku z cytryny.

– One scypią w język, są niedobre. Wies co? Pocęstuj kogoś, kogo nie lubimy, niech jego poscypie.

– Och ty, mądralo – roześmiała się. – Nawet chętnie bym poczęstowała taką jedną… No dobrze, trzeba iść. Kajtusiu, masz nowy zegarek. Możesz powiedzieć, która godzina?

– Nie mogę ci powiedzieć, bo mi się zegarek zuzywa – odpowiedział poważnie.

– Jędrek, a ty ruszże się wreszcie z tego przedpokoju – zawołała Dorota do starszego syna. – Siedzisz w jednej pozycji i nic nie robisz.

– Wcale nie – oburzył się. – Przedtem zmieniałem jedną skarpetkę,  a teraz zmieniam drugą.

– Ciociu, – z kuchni zawołała Inka. – Aza zeżarła gazetę!

– Pewnie jej się artykuł nie podobał – mruknęła Dorota. – Gazeta to nic. Dwa dni temu otworzyła drzwi do kuchni, zeżarła ciasto i pół koszyka pomidorów. Czego już nie dała rady, pomieszała i rozniosła po pokoju.

– O matko jedyna! – krzyknęła nagle Aldona. – Nigdzie nie idę. Przecież przyszłam do ciebie z konkretną sprawą. Ważną na dodatek. Tak mnie zagadaliście wszyscy razem, że zupełnie mi wyszło z głowy.

– Co ci wysło, ciocia? Wsy? – zainteresował się Kajtuś.

– Nie gadaj głupot – wtrącił się  Bartuś. – Ciocia nie chodzi do szkoły, to skąd miałaby mieć wszy? Wszy się przynosi ze szkoły.

– Albo z psedskola – uściślił Kajtuś.

– No to mów, bo przecież muszę te kulki zrobić – Dorota podniosła się z krzesła.

– Wiesz co, chodźmy do kuchni i rób te kulki, popatrzę przy okazji jak to się robi – powiedziała Aldona.

– Dobrze, że już zrobiłaś miejsce, ja też się zmieszczę – Teresa cofnęła się z przedpokoju. – Myślicie, że będziecie jakieś sekrety ukrywać przede mną? Figa!

– Chodź, chodź, może co mądrego wymyślisz, bo to nie są żarty. Słuchajcie, od dziewczynek się dowiedziałam, że Agata chce Monisię gdzieś wywieźć, do jakiejś ciotki czy kogoś, żeby jej nie przeszkadzała.

– A to takie buty – gwizdnęła Dorota. – I w ten sposób chce wywrzeć nacisk na mojego brata. A to cholera jedna.

Do kuchni wcisnął się Kajtuś.

– Mama, co to są skini?

– A cholera wie – odpowiedziała Dorota nie słuchając dziecka zajęta innymi myślami.

– A babcia wie – stwierdził Kajtuś. – Cy babcia jest cholera?

– Uciekaj mi stąd, ale już – machnęła Dorota ścierką w stronę synka. – Ja muszę pomyśleć w spokoju. Już cię tu nie ma.

Kajtuś zmył się natychmiast w obawie przed ścierką.

– A coś konkretniejszego wiesz? – spytała Teresa.

– Nie, skąd. Tyle wiem od dziewczynek, a one od Moniki.

– Michał! – zawołała Dorota. – Chodź tu szybko!

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy

Szczawnickie wspominki 5

18 marca 1948 roku na mocy zarządzenia Ministra Zdrowia upaństwowiono Uzdrowisko Szczawnica. Wybudowano sanatoria branżowe, duże budynki o bryłach zupełnie nie pasujących do pięknej uzdrowiskowej zabudowy. Niemniej jednak mnóstwo ludzi dzięki nowym obiektom mogło skorzystać z pobytu w uzdrowisku, leczenia klimatycznego, wodolecznictwa czy zabiegów rehabilitacyjnych. W 1949 roku zostały otwarte 4 pawilony prewentorium górniczego, w roku 1960 sanatorium „Hutnik”, wieżowiec rzucający się najbardziej w oczy. W latach 70-tych wybudowane zostały sanatoria „Nauczyciel”, „Papiernik”, „Budowlani”, a w 80-tych „Dzwonkówka” i „Nawigator”.
Stare pensjonaty, niestety, nie były odpowiednio remontowane, pęd ku nowości i nowoczesności spowodował zaniechanie konserwacji starych pensjonatów i wiele z nich zniknęło jak chociażby „Litwinka” czy „Sobieski”.
22 lipca 1962 r. Szczawnica otrzymała prawa miejskie. W 1973 r. wymyślono połączenie jej z sąsiednim Krościenkiem (jak Tenczynek z Krzeszowicami, taka „radosna twórczość” wtedy zakwitła). Spowodowało to jednak narastanie wzajemnej niechęci mieszkańców takiego sztucznego tworu administracyjnego. Od 1982 r. Szczawnica odzyskała samodzielność.
Dla zobrazowania dalszego rozwoju miasteczka posłużę się cytatem z: „Szczawnica- informator turystyczny”, Wydawn. Rewasz, Pruszków 2004.
„W 1993 r. uruchomiono kolejkę krzesełkową na Palenicę. W następnych latach przygotowano trasy narciarskie, powstał wyciąg na Szafranówkę, latem działa zjeżdżalnia wózkowa. Wykorzystano nadgraniczne położenie miejscowości. Uruchomienie przejścia granicznego na Drodze Pienińskiej przybliżyło kuracjuszom i turystom miejscowości na Słowacji. Otwarcie w 1999 r. przejść granicznych na szlakach turystycznych stworzyło nowe możliwości wycieczkowe dla turystów pieszych”

Po słowackiej stronie stoi dorożka i czeka na pasażera w miejscu, gdzie kończy się słowacki spływ (obok Lesnicy) zaczynający się koło Czerwonego Klasztoru

 

Tuż przed dawnym przejściem granicznym

Widok na miasteczko z nowej trasy zjazdowej Palenica 2, która poza sezonem zimowym jest trasą spacerową; widać po lewej wysoki wieżowiec – to „Hutnik”, po prawej od niego , nieco w głębi widnieją „Dzwonkówka” i „Nauczyciel”; bardziej w prawo w stronę osiedla rzuca się w oczy długi, żółty „Papiernik”

Widok na tę samą część miasteczka co na poprzednim zdjęciu, ale zrobione z kolejki na Palenicę.

Tutaj widać „Hutnika” z tarasu „Budowlanych”

„Budowlani” – zdjęcie z tegorocznego pobytu

Niesamowicie długie, męczące (podczas wdrapywania się w górę) schody do „Budowlanych”, na dół schodzi się z przyjemnością, bez wysiłku, mając przed oczami taki widok

Dochodzi się schodkami owymi do ul. Zdrojowej na wprost następnych schodów wiodących do „Inhalatorium” po przeciwnej stronie ulicy

„Budowlani” – to było miejsce zamieszkania podczas naszego pierwszego pobytu w Szczawnicy. Potem już nigdy nic nie było takie samo 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 22 komentarze