Kwiatek dla Ewy :)

Ewuś! Old Lady nasza kochana! Ponieważ w sobotę Twoje święto, więc dla Ciebie dziś kwiatek szczególny, najpiękniejsza malwa świata spod mojego ursynowskiego bloku, gdzie sobie sama wyrosła.

Była tak piękna, że musiałam ją uwiecznić z różnych stron 🙂

Ewuś! Razem z tą malwą życzenia do Ciebie płyną serdeczne, zdrowia przede wszystkim, żebyś mogła znowu jak kozica skakać i biegać z Quattro na spacery, żebyś szalała w ogrodzie bez opamiętania i bólu żadnego, żebyś spełniała pragnienia i nic Cię już nie trzymało w miejscu Ty Strusiu Pędziwietrze 😉 , żeby wszystko się ułożyło jak najlepiej dla Ciebie i Twoich Bliskich. Ewciu, sto lat w zdrowiu, szczęściu, miłości i radości  🙂 🙂 🙂

I jeszcze róża na szczęście 🙂

Buziaki 🙂

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 44

Nadszedł dzień, kiedy nadciągnęły ciemne chmury, rozpadało się i przez okna  nie było widać świata zza deszczowej kurtyny. Dziewczynki wpadły do domku pod lasem równocześnie z pierwszymi kroplami.

– Dobrze, że wam się udało zdążyć przed deszczem – powiedziała Teresa. – Jeśli będzie padało po południu, to was odwiozę, więc nie musicie się martwić.

– Super – ucieszyła się Inka.

– Jak dobrze, że już są telefony. Mama nie będzie się denerwować – dodała Linka.

– Zaraz zadzwonię i powiem, że dotarłyście suche, całe i zdrowe. Chłopcy są na strychu. Oj, poczekajcie, upiekłam szarlotkę. Weźcie ze sobą na górę, proszę. I jeszcze osobno dla Kuby, bezglutenową.

– Mniam, ale pachnie – z rozkoszą obydwie wdychały apetyczny zapach cynamonu i pieczonych jabłek. – Dzięki, ciociu.

„W czasie deszczu dzieci się nudzą’ mówią słowa piosenki. Na strychu jednak nudą nie powiało ani przez chwilę. Zanim dziewczynki dotarły pod las, chłopcy postanowili skontrolować dokładnie aktualną zawartość starej szafy stojącej na strychu. Wyjęli przy okazji kostium, w którym hrabianka Dorota wyła w czasie poprzednich wakacji oraz mnóstwo innych ciekawych przedmiotów nadających się do wykorzystania. Marek założył kapelusz na głowę, a Maciek chustkę w kwiaty mówiąc, że jest Genowefą Pigwą. Kuba nie mógł się zdecydować kim chce być: Zorro w czarnej strażackiej pelerynie czy kowbojem z pistoletami. Znaleźli stare zabawki, którymi jeszcze Jurand się bawił jako mały chłopiec,  porządnie ułożone w pudełku przez kochającą mamę. Stamtąd właśnie pochodziły plastikowe pistolety. Były też książeczki dla dzieci, takie dawne, ale bardzo lubiane, przypominające się w różnych sytuacjach  i mówione z pamięci do tej pory.

Dołączyły dziewczynki i chłopcy odłożyli wszystkie zabawki zwabieni zapachem szarlotki. Niebawem pochłonęli całą zawartość dużego talerza.

– Pycha, szkoda, że nie ma więcej – rzekł Marek tęsknie spoglądając na talerz Kubusia, na którym znajdował się jeszcze spory kawałek ciasta.

– Nie próbuj mu zwinąć – ostrzegł Maciek. – Wiesz już, że trudno się zdobywa taką mąkę specjalną.

– No wiem, wiem, bezglutenową – mruknął chłopiec i odwrócił wzrok wzdychając jednocześnie.

– Przecież w ogrodzie jest pełno jabłek, to o co wam chodzi? – Linka nie widziała  problemu.

– Jak przestanie padać, przecież możemy pójść ich nazbierać i ciocia znowu upiecze, co za kłopot? – poparła siostrę Inka.

– Albo babcia Basia, ona bardzo lubi piec ciasta – wzruszyła Linka ramionami patrząc na chłopców z politowaniem.

– No właśnie – zgodziła się z siostrą Inka. – A gdzie Dziadek i babcia Basia?

– Poszli do wujka Zygmunta – odrzekł Kuba.

– A czy wy wiecie, że babcia Basia była łączniczką w czasie wojny? – wystrzelił Maciek.

– Skąd mamy wiedzieć? Poważnie?-  zainteresowały się dziewczynki.

– Sama nam powiedziała – dumnie oświadczył Kuba.

– Niesamowite, jak na filmie – z podziwem szepnęła Inka.

– Tutaj, na tym strychu spotykała się ze swoim szefem od partyzantów i mu przekazywała – wyjaśnił Marek.

– Co przekazywała? – Linka chciała dokładniejszych danych.

– Różnie, co było trzeba. Na przykład meldunki, albo jakieś informacje, może ulotki.

– I miała pseudonim – wtrącił Kuba.

– Każdy miał pseudonim, bo inaczej hitlerowcy wszystkich z rodziny by zabili – wytłumaczył Maciek.

– Niesamowite, tutaj się tajnie spotykała – zamyśliła się Inka. – Może tu są jakieś ślady po tych tajnych spotkaniach?

– Coś ty, po tylu latach? Poza tym, jak nawet było coś na kartkach napisane, to trzeba było się nauczyć na pamięć a kartki zniszczyć, żeby nie wpadły w ręce wroga. Kloss tak robił, znaczy, jak był J-23, widziałem na „Stawce większej niż życie” – powiedział Kubuś.

– Może były pisane szyfrem, żeby obcy nie odczytali? – zastanowiła się Linka.

– Trzeba spytać babcię Basię jak było, niech nam opowie – zaproponowała Inka.

– Dobrze mówisz  – Linka przyznała siostrze rację.

– A teraz koniec odpoczynku, bierzcie się do roboty – Inka klasnęła w ręce. – No, raz dwa!

– Niby co mielibyśmy robić? – zdziwił się Marek.

– Szukać śladów – spojrzała Linka z lekkim zniecierpliwieniem. – Czego nie rozumiesz?

– Zgłupiałaś całkiem? Jak? – spojrzał na nią w taki sam sposób.

– Przeglądniemy tę zagraconą część strychu, może coś od wojny nie było ruszane i się znajdzie? – wyjaśniła Inka.

Chłopcy z niechęcią i ociąganiem przystąpili do działania. W miarę jednak przesuwania sprzętów, przeglądania zawartości pojemników i szuflad starej komódki rosła ich ciekawość i chęć znalezienia czegoś ciekawego. Czegokolwiek, aby było uzasadnieniem dokonanej demolki i bałaganu. Okazało się bowiem, że w kącie znajdowało się dużo różnych przedmiotów i sprzętów, które wyciągnięte na środek zajęły sporo miejsca. Zainteresowanie wzbudziły drewniane naczynia, jakieś różne dziwne przyrządy, które w pierwszej chwili z niczym się dzieciom nie kojarzyły. Po dokładniejszych oględzinach Maciek stwierdził, że coś podobnego widział w Cięciwie u gospodarza, od którego przynosił mleko, Kubusiowi skojarzyło się ze sceną z filmu, Marek zaś palnął się dłonią w czoło.

– Już wiem! Mój dziadek zbierał takie stare sprzęty, żeby je oddać do muzeum albo do skansenu. Część rzeczy jest u wujka Zygmunta na strychu i w szopie.

– Już wiem, to są cepy – ucieszył się Kubuś. – Widziałem na filmie jak się tym wali w słomę i ziarna wylatują.

– Nie w słomę tylko w kłosy – sprostowała Inka.

– A słoma to zostawała na klepisku i ziarna się zbierało na mąkę, żeby je potem zmielić. – dodała siostra. – Ja też widziałam na filmie.

– A w tym robiono masło – pochwalił się Marek wiedzą podnosząc z podłogi drewniany pojemnik z jakimś patykiem wystającym ze środka.

– W jaki sposób? – zdziwiła się Inka.

– Lało się do środka śmietanę, wkładało, o, zobacz, to kółko na patyku, potem zakrywało tą przykrywką z dziurką, żeby patyk wylazł przez dziurkę i się klupało – wyjaśnił zadowolony, że może zaimponować dziewczynkom.

– Co się robiło? – rozległ się zgodny, pytający chórek.

– No, klupało, przecież mówię. Trzeba było trzymać za kijek i walić kółkiem po śmietanie aż się zrobiło masło – machnął trzymanym w ręku kijkiem, który wypadł mu i przeleciał w niebezpiecznej bliskości Kubusiowego nosa.

– Żebym ja cię tym kółkiem nie walnął! Zaraz ci się szybko z mózgu masło zrobi – warknęła niedoszła ofiara.

– Przestańcie – powiedziała Linka. – Jak małe dzieci… A u wujka Zygmunta dużo takich rzeczy jest?

– Trochę jest – odpowiedział Marek. – Dawno tam nie byłem.

– A my wcale, nie zaszkodziłoby się tam wybrać i poszperać – Inka nabrała ochoty na poszukiwanie tajemnic.

– No to się wybierzmy jak przestanie padać – zaproponował Maciek. – Może jutro?

– Skąd wiesz, że jutro przestanie lać? – Kuba spojrzał z powątpiewaniem na brata.

– Wcale nie wiem, ale zakładam taką ewentualność – poważnie odrzekł najstarszy w grupie.

– Ja bym jeszcze zajrzała do tamtego pudełka, wygląda jak po wielkich butach – Linka przekrzywiła lekko głowę na bok i przymrużyła prawe oko.

– Nie da się otworzyć, komódka przeszkadza – marudził Marek, któremu się znudziły poszukiwania.

– Odsuńmy ją, wtedy się uda – zaproponował Maciek. – No rrraa-zem…

– No i co? Udało się – ucieszona Inka odwiązała sznurek i zdjęła przykrycie.

– Phi, w tym pudełku są same stare gazety, nic ciekawego – machnął ręką Kuba.

– Pokaż, pożółkłe są – Maciek przyciągnął pudełko do siebie.

– Dajcie, też chcę zobaczyć, ja lubię oglądać stare książki i gazety – Linka przykucnęła i zaczęła  oglądać.  – Ta pani jest podobna do babci Basi – wykrzyknęła zdumiona przyglądając się kobiecie widocznej na zdjęciu zamieszczonym na okładce jakiegoś starego pisma.

– Pokaż – pochyliła się nad nią siostrą. – Rzeczywiście – przyznała.

– Bo to babcia! Tylko dawno temu – ucieszył się Marek. –  Jeszcze czarnobiała gazeta, bez koloru.

– Skąd się wzięła w gazecie? – spytał Kuba.

– Nic prostszego jak przeczytać – spojrzała z politowaniem Linka.

Rozsiedli się wygodnie. Inka przeczytała na głos artykuł, który był wywiadem przeprowadzonym przez dziennikarkę z babcią Basią a rozmowa dotyczyła przeżyć z okresu wojny.

Babcia Basia i Dziadek Andrzej wrócili od wujka Zygmunta niecierpliwie wyczekiwani przez młodzież.

– Żadna tajemnica, kochani. Byłam łączniczką – odpowiedziała na grad pytań, którymi została zarzucona  natychmiast po wejściu do domu. – A broń? Tak, miałam otrzymać pistolet, niestety, tego właśnie dnia zginęli moi koledzy zamordowani przez faszystów z SS-Galizien … – zamilkła wpatrzona wewnętrznym wzrokiem w głąb siebie, w martwe twarze przyjaciół, w ich skrwawione ciała, po których skakali oprawcy…

Nie przerywali jej zamyślenia intuicyjnie wyczuwając wagę uczuć, które w tym momencie ogarnęły babcię Basię.

– Wujek Zygmunt najwięcej mógłby wam opowiedzieć – odezwała się po chwili cichym głosem.

– Ale on nie chce – poskarżył się Kuba.

– Nie o to chodzi, że nie chce – powiedziała babcia Basia. – O niektórych sprawach trudno jest rozmawiać z dziećmi, szczególnie o … takich bolesnych, o śmierci przyjaciół…

– Babciu, nie płacz – miękko powiedziała Linka.

– Teraz już jest pokój a historię czytamy w szkolnych książkach – dodała Inka.

– I oby tak zostało – westchnęła babcia Basia i wzięła się w garść jak na dzielną łączniczkę przystało. – Powiem wam, że wujek był bardzo odważny. Czego on nie robił! Zdobywał i magazynował broń, radioodbiorniki, prowadził nasłuch radiowy, uczestniczył w ochronie działań dowódców. Brał udział w wielu, wielu akcjach. O, na przykład tu, niedaleko Karoliny, na stacji kolejowej na Woli Filipowskiej, w rozbiciu i unieruchomieniu posterunku kolejowego.

– Ja pamiętam – wtrącił Marek, – że z kolegami rozbrajał hitlerowca przy stacji w Krzeszowicach. Opowiadał mi kiedyś o tym.

– W Krzeszowicach to jeszcze miało miejsce rozbicie posterunku Sonderdienst- Komando, co naprawdę było nie lada wyzwaniem. Przecież w pałacu miał siedzibę Generał Gubernator Hans Frank, taki szef hitlerowców na całą okolicę, więc tam zgrupowane były duże siły nieprzyjaciela – wyjaśniła babcia Basia. – Nasi chłopcy z zaskoczenia wtargnęli do budynku i obezwładnili załogę. Potem wycofali się bez strat, zabierając ze sobą broń, amunicję i ekwipunek  wojskowy, co się naszym bardzo przydało. A wiecie co najważniejsze było dla nas?

– Co takiego?

– Posterunek nie został odtworzony w tym samym miejscu, przeniesiono go do starego pałacu. I nie było po tym represji w stosunku do mieszkańców, co nas dziwiło, bo przecież podobne postępowanie karano śmiercią. Pamiętam też naszą operację na oddział Wehrmachtu w celu zdobycia broni.

– Chciałbym zobaczyć wujka na własne oczy – powiedział Maciek.

– Co ty, głupi? Przecież możesz go widzieć do woli – zaśmiał się Marek.

– Głupi to ty jesteś – odparował Maciek. – Chciałbym go zobaczyć wtedy, w akcji.

– Aha – zrozumiał Marek.

– Trochę starych zdjęć u niego jest – powiedziała babcia Basia. – Jeśli poprosicie, z pewnością wam pokaże i opowie dokładnie o różnych przeżyciach. Może zabierze was na wyprawę po Tenczynku i okolicach śladami partyzantów? Ja was mogę zaprowadzić  na cmentarz, na grób moich zamordowanych, jakby w moje imieniny, przyjaciół. Miałam pseudonim „Eugenia”, ich zamordowali trzydziestego grudnia…

Babcia Basia straciła ochotę do odgrzebywania wspomnień, posmutniała, poszła do swojego pokoju na spotkanie z duchami przeszłości.

Dzieciaki wróciły na strych, czyli do swojej bazy.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 13 komentarzy

Szczawnickie wspominki 8 – osiedla w kwiatach

Przeglądałam zdjęcia w Lapciu, a mogę to robić godzinami, i pomyślałam, że póki jeszcze w miarę ciepło i wakacyjne wspomnienia są ciągle żywe, to ja znowu o Szczawnicy 😉 Konkretnie o osiedlu, właściwie o dwóch. Jest Osiedle XX lecia i Osiedle Połoniny. Uważam, że to najpiękniej położone osiedla mieszkaniowe na świecie 😉 … no, w każdym razie w kraju dla mnie na pierwszym miejscu. Wszak serce nie sługa i obcych bogów chwalić nie będzie…
Osiedle XX lecia jest starsze, kiedy powstało – sama nazwa wskazuje. Osiedle Połoniny jest młodsze, bloki są nowocześniejsze i wyżej położone. Jak wyglądają i jakie widoki mają mieszkańcy – pokażę później. Ważne jest, że osiedla są zadbane, czyściutkie (chyba, że przyjezdni zostawiają śmieci po sobie), panie gospodynie domów od rana krzątają się koło bloków, sprzątają, czyszczą, zbierają, dbają o chodniki, trawniki, kwiatki. Właśnie, kwiatki. Przed blokami rośnie mnóstwo kwiatów, stoją ławeczki, cieszą oczy mini ogródeczki urządzane najczęściej przez lokatorów mieszkających na parterze. Mieszkańcy obydwu osiedli wszyscy (chyba) dbają o to, by wygodnie się żyło w ładnym otoczeniu. Za żywopłotem  wypatrzyłam ukrytych przed okiem przechodnia wiele „umeblowanych” kącików, gdzie sobie mieszkańcy siedzą i omawiają różne swoje sprawy. Ludzie się znają między sobą jak to w małych miejscowościach, wiedzą kto z jakiej rodziny się wywodzi, znają przeszłość rodową do któregoś pokolenia, nikt nie jest anonimowy poza turystami oczywiście. Ale tacy, co od lat przyjeżdżają w jedno miejsce, już nie są traktowani jako obcy. W ogóle ludzie są gościnni, sympatyczni. pomocni. Taki drobny przykład – kurier dostarczył jedzenie dla psiaków. Było to ogromne i bardzo ciężkie pudło, bo i puszki i duży worek suchej karmy. Wtaszczył to na górę (wind przecież nie ma) i nie przyjął ani grosza za fatygę! Inny przykład – trzeba było wyjąć akumulator z auta, żeby podładować, a potrzebny jest do tego specjalny wichajster, żeby odkręcić śrubę. Przyjechał taksówkarz na zamówienie, ze swoimi narzędziami, odkręcił, pomógł i też nie wziął za przyjazd. Powiedział, że my też kiedyś komuś pomożemy. Ja się wzruszyłam taką NORMALNOŚCIĄ. Po takich sytuacjach po prostu wraca wiara w ludzi 🙂
Wracając do osiedla nadmienię jeszcze, że Spółdzielnia Mieszkaniowa „Połoniny” organizuje różne imprezy typu spotkania na Dzień Kobiet, na których są występy np. dzieci ze świetlicy recytujących wiersze, doradza paniom kosmetyczka, śliczna Natalia, do której czasem chodziłam, a koleżanka w pracy po moim powrocie z urlopu zdziwiła się : coś ty taka „wyprasowana” 😉 😉 😉  Przy dźwiękach muzyki, podczas recytacji panie częstowały się owocami, ciasteczkami, kawą lub herbatą, rozmawiały z kosmetyczką, dostały próbki wód toaletowych i maseczek odżywczych. Na koniec panie obdarowano tulipanami.  Ja nie byłam na takiej uroczystości, o tej porze roku nie bywałam w Szczawnicy, ale czytując  miesięcznik „Z Doliny Grajcarka” kupowany podczas każdego pobytu (teraz jest darmowy) wiedziałam na bieżąco co się dzieje w moim ukochanym miasteczku. O tym konkretnym spotkaniu przeczytałam w kwietniowym numerze z 2015 roku.
Odbywają się też konkursy na najładniej ukwiecone balkony, ogródki, na najbardziej zadbane klatki schodowe. I rzeczywiście są zadbane, poza kwiatami na parapetach można zobaczyć dekoracje na ścianach i nad drzwiami poszczególnych mieszkań w najprzeróżniejszej postaci – wieńców z kwiatów, suchych bukietów, obrazków, rzeźb. Prezes Spółdzielni jak dobry gospodarz (nie mylić z Aniołem Stanisławem z ul. Alternatywy 4  😉 ) obchodzi osiedla, kontroluje stan, rozmawia z ludźmi, mieszkańcy podchodzą do niego na ulicy ze swoimi sprawami czy uwagami.  Widziałam wielokrotnie takie sytuacje na własne oczy i bardzo mi się to podoba.

…czy nie przyjemnie robi się na duszy gdy po wyjściu z klatki schodowej wita na dzień dobry taka róża?…

…aksamitki niesamowitej wielkości, jeszcze takich wysokich nie widziałam…

…różne iglaki, fantazyjnie uformowane/powycinane również, co widać w głębi…

…a tutaj z bliska…

… hortensja bukietowa – jak mi się zdaje – rzuca się w oczy od razu…

…z przewagą bieli, ale Szilka zainteresowana czerwoną szałwią…

…te żółte posadziłabym u siebie w ciemnym kącie dla rozjaśnienia…

…najbardziej lubię różowe kwiaty…

…fragment zaczarowanego ogrodu…

…murek i kwiaty – to lubię 🙂 …

… tu też …

…uporządkowane, rozplanowane nasadzenia…

…urok osiedla docenia jelonek…

…tu w przybliżeniu, to samo zdjęcie co na górze,  zrobione z balkonu…

W następnym odcinku szczawnickich wspominek będą widoki z osiedli i na osiedla. Uwierzcie, że z przyjemnością i tęsknotą je oglądam. Myślę, że jak się tam mieszka na stałe i od zawsze, nie zwraca się na to uwagi tak bardzo jak wtedy, gdy przyjeżdża się co jakiś czas. Nie można się wtedy napatrzeć, nasycić oczu widokami… oj, znowu zacznę marudzić 😉 Kończę więc na razie i życzę spokojnego, dobrego tygodnia 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 32 komentarze

Smutek, ale i słodkości nieco ;)

Wieje smutkiem. Zawsze pod koniec wakacji tak odbieram odchodzące lato. Za czasów wczesnego dzieciństwa tak było, kiedy Lucy z mamą jechały do domu, bo siostra już do szkoły szła, a ja zostawałam w Tenczynku i było mi smutno przez kilka dni, zanim znowu się nie przyzwyczaiłam. Znowu miałam swoje życie z kurkami, króliczkami, woziłam je w wózku dla lalek, chodziłam się bawić do małego Zbysia, synka cioci (teraz jest konserwatorem zabytków i ma własną pracownię, ale nie w Polsce), towarzyszyłam babci w polu gdy kopała ziemniaki, a ja sobie po cudownych Skałkach chodziłam. Patrzyłam na szare zaorane pola, niektóre jeszcze złocące się ścierniskami, na dymy ognisk snujące się nad polami niosące zapach palonych ziemniaczanych badyli…  Snułam się po polach jak te dymy, niczym „zaduma szara, osmętnica” i snułam marzenia…
Nigdy nie lubiłam szkoły, ale chodziłam gdy przyszedł czas, jak wszyscy. Nie lubiłam nigdy – co uświadomiłam sobie duuużo później – żadnej formy przymusu, czyli nie lubiłam się uczyć tego czego musiałam, a nie  chciałam; nie lubiłam współpracować z ludźmi, do
których czułam awersję, ale musiałam jak wszyscy jakoś to przeżyć i nie zwariować. Koniec lata kojarzy się z końcem wakacji i przymusem pójścia do szkoły, oraz – później –  z końcem urlopu i przymusem powrotu do pracy. W końcu z czegoś trzeba było żyć i utrzymać dzieci.
A potem dzieci poszły do szkoły i znowu przeżywałam koniec wakacji i powrót szkolnego koszmaru… Cóż, chłopcy jak to chłopcy, nie byli zachwyceni przymusem szkolnym, przecież jest tyle ciekawszych rzeczy niż marnowanie czasu na siedzenie w szkole 😉  Dobrze, że to już poza mną…
Tak czy inaczej jest mi szkoda lata, w powietrzu unosi się zapach jesieni choć słoneczko przygrzewa jeszcze nieźle a kolory wciąż z przewagą zieleni przyciągają wzrok. Niestety, wnuczka wciąż o szkole wspomina, zastanawia się jak to będzie więc siłą rzeczy i moje
myśli krążą wokół tematu szkoły. W tym roku doszedł  problem covida i przyznam, że jestem bardzo zaniepokojona przyszłością. Jak chyba większość rodziców i dziadków boję się o dzieci.
Strach strachem, a siły codziennym pożywieniem pokrzepiać trzeba. Co wymyśliłam tym razem? Otóż kotleciki z fasoli z puszki, bo nie miałam zupełnie pomysłu co zrobić. W sumie jadłam nie tylko ja ale reszta rodzinki także 🙂 Nie kombinowałam ze składnikami, już się przekonałam, że co za dużo to niezdrowo 🙂  Odsączyłam fasolkę na sitku, rozgniotłam widelcem, przyprawiłam, dodałam jajko, tartą bułkę i bardzo zgrabne kotleciki ukazały się oczom moim 😉  Opanierowałam w bułce tartej i usmażyłam. Zdecydowanie wyszły na prowadzenie w kategorii kotletów. Zapomniałam je uwiecznić, jak sobie przypomniałam było już po obiedzie 🙂
Poza tym były naleśniki z serem, też im fotki nie zrobiłam. Był chłodnik jagodowy z makronem, o nim pamiętałam i uwieczniłam przed skonsumowaniem, bo mi się kolor podobał 🙂

… cudny kolor…

Kolejne kotlety zrobiłam z pozostałych po poprzednim obiedzie ziemniaków utłuczonych z usmażoną cebulką, odrobiny ryżu podebranego (znowu) psom, otrąb owsianych, przyprawy do indyka (dla pozostałych członków rodziny był indyk), trochę pokrojonego
żółtego wędzonego sera, jajka, surowej drobno pokrojonej cebulki. Bardzo dobrze się skleiły, opanierowałam w bułce tartej i usmażyłam. I już 🙂  Coraz lepiej mi idzie przygotowanie bezmięsnej potrawy dla siebie, a przy okazji Mąż i Średnia (która od dziś nazywa się tutaj Werą, bo takie imię sobie wymyśliła na potrzeby babcinego bloga)   testują.

Bez słodkości nie może się przecież obyć podczas wakacji u dziadków, więc różne babcia szykuje. Galaretki owocowe z serkiem waniliowym bardzo smakują i najczęściej goszczą. Są lody oczywiście, wafelki, rurki waflowe, w których niepotrzebnie babcia też zasmakowała i nie znajduje dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Żadnego!!! Jednak najlepsze są słodkości wykonane własnoręcznie przez babcię, bo przynajmniej wiadomo co jest w środku. I tak deser budyniowo-herbatnikowy zniknął natychmiast.

…robi się szybko i bez wysiłku, jedynie zawsze muszę przypalić garnek z mlekiem ;( …

…drugi od pierwszego różnił się tylko tym, że nie przypaliłam garnka robiąc budyń i posypałam po wierzchu wiórki czekoladowe oprócz cukru pudru …

Kaszka manna ugotowana w mleku z cukrem waniliowym i odrobiną masła polana sokiem malinowym okazała się smacznym deserem.

…taki deser z dzieciństwa smaczny i zdrowy…

A tak wygląda Skituś przykryty kołderką, który śpi w łóżku ze swoją ukochaną pańcią jak spał od prawie urodzenia. Mimo siwej mordki zachowuje się jak szczęśliwy szczeniaczek 🙂

… Skituś w dziale deserów, bo przecież to słodziak 🙂 …

Dużo słodyczy na cały tydzień Wam Skituś życzy w ostatnim dniu sierpnia, a także zdrówka oraz pomyślności wszelkiej mimo końca wakacji. Trzymajcie się zdrowo!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 43 komentarze

Szczawnickie wspominki 7 – godła Szalayowskie

W XIX wieku chałupy szczawnickich górali były jeszcze bardzo biedne. Przeważnie bez podłogi z samym klepiskiem tylko, okna najczęściej bez szyb, ściany czarne od sadzy i dymu ponieważ domy najczęściej nie miały komina, na podwórkach było błota tyle, że przejść się nie dało suchą nogą. Józef Szalay zastanawiał się nad ulokowaniem coraz większej liczby tak zwanych wtedy „gości kąpielowych” przyjeżdżających do wód szczawnickich w celu wypoczynku oraz podreperowania zdrowia. Okazało się, że liczba gości przewyższa znacznie możliwości lokalowe willi z pokojami przeznaczonymi dla kuracjuszy. Wymyślił wtedy, że gdyby miejscowi górale podnieśli standard swoich domostw, część gości mogłaby u nich zamieszkać. Namawiał więc górali aby szklili okna, układali drewniane podłogi i budowali kominy. Obiecywał wynagrodzenie jeśli dostosują izby do przyjmowania gości.
Z początku nie bardzo się taki pomysł góralom podobał. Jednak kiedy się przekonali, że można na tym dobrze zarobić, coraz więcej chałup zaczęto przystosowywać do wynajmu gościom. Bywało i tak, że gospodarze przenosili się do szopy lub innego gospodarczego pomieszczenia, a dom zostawiali do dyspozycji gości. Domy, które dostosowano do potrzeb kuracjuszy i mogły przyjmować przyjezdnych zostały oznakowane specjalnymi szyldami, drewnianymi tablicami nazywanymi „godłami Szalayowskimi”. Domy bez oznaczenia godłem nie miały prawa przyjmowania gości na kwatery, co automatycznie oznaczało mniejsze dochody od tych, którzy kwatery mogli przyjezdnym wynajmować.

„Na szyldzie znajdowało się malowidło i napis. Oba elementy ukrywały informację o charakterze albo talentach gospodarza; przykładowo Słowikowie mieli w godle Szalayowskim dzwon, Malinowscy – serce, Zachwiejowie – anioła, a wojujący z Szalayem Węglarzowie – węża lub smoka. Wieszanie tablicy było swoistym wydarzeniem, któremu nadawano uroczystą oprawę; uczestniczyła w nim orkiestra zdrojowa, a drzwi wieńczono girlandami z jedliny.

W Szczawnicy doliczono się 105 tablic powstałych w ciągu tych dwustu lat; ich wykonawcy nie są znani poza pierwszym – Józefem Szalayem i współczesnymi: Józefem Bieńkiem, Janem Papieżem, Janem Zachwieją, którzy na zlecenie prywatnych właścicieli domów lub miejscowego oddziału PTTK rekonstruowali tablice. Wiele z godeł znikło przy rozbiórkach budynków albo przebudowach, kilka z nich znajduje się w Muzeum Pienińskim.” (cytat ze strony http://szczawnica.pl/pl/1774/5570/z-prasy.html). W ostatnich latach w odtwarzaniu tablic uczestniczył Wietek Kołodziejski twórca Muzycznej Owczarni, ale o niej innym razem.

Poniżej kilka zdjęć godeł zrobionych w 2019 roku podczas pobytu w Szczawnicy, wszystkich nie odczytam już teraz, nie zapisałam, a sprawdzić nie mam jak. Ale kiedyś sprawdzę i podpiszę 🙂

Jest godło Pod sroką, Pod Matką Boską, Pod topolą, Pod matroną, Pod kozicą, Pod dzwonem, Pod słowikiem, Pod Aniołem Stróżem, Pod Bożą Opatrznością, Pod wilkiem, Pod kołem, Pod kozakiem, Pod capkiem, Pod winogronem, Pod bzem, Pod zającem, Pod pomarańczą, Pod rakiem, Pod trzema koronami, Pod św. Józefem, Pod Kościuszką, Pod strzelbą, Pod góralką, Pod lisem, Pod jeleniem, Pod gołąbkiem, Pod basami  i mnóstwo innych, których nie spamiętałam.

…tu mi wskoczyło zdjęcie łani regularnie odwiedzającej w zeszłym roku tereny koło bloku, chodziła po osiedlu z młodym…

…na Dworku Gościnnym (odbudowanym, zwanym przed pożarem także Kursalonem) jest widoczne nowe godło…

A teraz kilka zdjęć z 2005 roku, z wyprawy na Białą Wodę, gdy było pięknie i zielono, a z oddali patrzyły na nas Tatry i wołały, żeby do nich zajrzeć. Jednak na próżno, wolimy na nie patrzeć z daleka będąc w ukochanych Pieninach 🙂

Dobrego tygodnia! Choć zbliża się koniec wakacji niech będzie pięknie, wesoło i zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Szczawnica | 32 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 43

 Dziewczynki błyskawicznie zadomowiły się u Karoliny, nawiązały nowe znajomości,  odnowiły te sprzed roku. Na początku trochę się obawiały, czy bimbrownik ich nie znajdzie i nie będzie się mścił za pomoc w nakryciu go na gorącym uczynku. Wujek Zygmunt rozwiał obawy i zapewnił, że nie muszą się niczego obawiać, ponieważ winowajca odsiaduje karę w zakładzie karnym również za różne inne grzeszki i rychło na wolność nie wyjdzie. Poza tym przecież nie wie, że to one właśnie przyczyniły się do jego ujęcia. Tak więc uspokojone dzieciaki poznały najkrótszą drogę z domu Karoliny na Skałki i biegały z wiatrem w zawody, czasem w towarzystwie Tiny, czasem wujkowego  Miśka, który stał się dorosłym psem i bardziej teraz przypominał bernardyna niż przed rokiem, wciąż będąc oczkiem w głowie wujka Zygmunta.

Dziadek zdecydował się przyjechać latem do Tenczynka w towarzystwie córki, wnuków, zięcia i babci Basi. Tak więc pewnego dnia do domku pod lasem przyjechały dwa samochody, a w nich rodzina Zacharskich wraz – oczywiście – ze wszystkimi czworonożnymi domownikami. Tak więc zebrała się cała zeszłoroczna paczka młodzieży, brakowało jedynie Moniki. Szczególnie Marek był niepocieszony tym faktem.

– Słuchajcie, wiecie pewnie więcej niż ja – powiedział do bliźniaczek, gdy siedzieli wszyscy  na ganku wspominając zeszłowakacyjne przygody. – Jak to naprawdę jest z Moniką? Nie mogę się od starszych dowiedzieć dokładnie i jestem głupi.

– Ale o co ci konkretnie chodzi? – chciała uściślić Linka.

– O to, że jej tata zniknął, a mama chce ją wywieźć za granicę, żeby się z nami nie zadawała, czy jak?

– No nie, co za bzdury, zaraz wam dokładnie wszystko wyjaśnimy – z miną osoby wszystkowiedzącej odpowiedziała Inka.

– Bo my, z pewnych względów, jesteśmy najlepiej poinformowane – dodała Linka.

– Akurat – prychnął Kubuś. – Ja usłyszałem… no nie, nie podsłuchiwałem specjalnie, przypadkiem usłyszałem – tłumaczył lekko speszony karcącym spojrzeniem Inki. – Przy-pad-kiem, rozumiesz? Słyszałem jak wujek Jurand i wujek Michał rozmawiali, że wujek Sergiusz jedzie do Szwajcarii, żeby zarobić pieniądze, które mu ukradł wspólnik i mama Moniki.

– No co ty mówisz? Jak mama Moniki kradłaby pieniądze własnemu mężowi? – skrzywił się z niesmakiem Maciek.

– Właśnie o to chodzi, że ona chce się ożenić z tym wspólnikiem i zabrać Monikę wujkowi Sergiuszowi

– To jakieś głupie jest.

– No głupie, ale przecież dorośli wciąż robią jakieś głupoty.

– Fakt – zgodziła się Linka. – Jakby zupełnie myśleć nie potrafili.

– No to mówcie co wiecie – zniecierpliwił się Marek.

– W sumie to jest proste – stwierdziła Inka. – Wujek Sergiusz kocha naszą mamę, ciotka Agata się o tym dowiedziała i chce się zemścić na wujku zabierając mu Monikę.

– A Monika nie chce być zabrana, dlatego się schowała u swojej babci – wyjaśniła Linka. – A wujek przecież myślał, że już nie ma żony. Jak ta Agata wyjechała na kilka lat i napisała, że nie wraca i się nie odzywała wcale, bo miała ich w nosie, to się mógł od nowa zakochać, no nie?

– Mógł – zgodzili się chłopcy.

– A ona była niedobra dla Mimi i dla Tiny, chciała, żeby wujek je gdzieś w lesie wyrzucił albo pod schroniskiem, żeby nikt nie widział… – ciągnęła zbulwersowana Inka. – Dobrze, że nasza mama je wzięła do domu.

– Wasza mama jest super – potwierdzili chłopcy.

– I teraz chodzi o to, żeby ta cała niby-ciotka Agata nie mogła Moniki nigdzie zabierać, żeby została z wujkiem na zawsze – podsumowała Linka.

– Monika żeby została – uzupełniła Inka.

– Aha, o to chodziło – puknął się w czoło Kuba. – Teraz już wszystko rozumiem. Ona była, Agata znaczy, w zmowie z tym wspólnikiem i można ją wsadzić do więzienia za współudział w zbrodni.

– W jakiej zbrodni? – spojrzała na Kubusia zdziwiona Inka.

– No, w tej kradzieży pieniędzy i ucieczce – wyjaśnił.

– Dorośli to naprawdę są jacyś dziwni – skrzywił się Maciek z niesmakiem. – Oczywiście zdarzają się wyjątki – dodał szybko na widok nadchodzącej matki.

– Jakie wyjątki? – zainteresowała się Teresa.

– Od reguły – szybko odpowiedziała Linka.

– Bo wiesz, ciociu, zawsze są jakieś wyjątki od reguły – pospiesznie dodała Inka.

– A konkretnie?

– No… na przykład…

– O, mrówka – krzyknął Kuba. – Palnę ją! Skoczyła!

– Mrówki nie skaczą – z powątpiewaniem spojrzał Marek.

– To pchła! – pisnęła Linka. – Jak ją złapać?

– Trzepnij, może ją ogłuszysz – poradził Maciek.

Rozpoczęło się polowanie na pchłę. Teresa chciała coś powiedzieć ale machnęła ręką i weszła do domu. Z chwilą zamknięcia się za nią drzwi polowanie ustało.

– Dzięki za poratowanie – spojrzała z wdzięcznością Inka. – Nie wiedziałam co powiedzieć.

– Drobnostka – z wyrozumiałością skwitował Kubuś.

– Wiecie co? Chodźmy na strych, tam nikt nam znienacka nie wejdzie i unikniemy głupich sytuacji – zaproponowała Linka.

Przenieśli się na strych wysprzątany podczas poprzednich wakacji, pozbawiony większości rupieci, jakie zwykle zalegają na strychach. Jedynie kurzu nazbierało się przez ten czas zdecydowanie zbyt dużo i zaczęli kichać.

– Chłopaki, przynieście odkurzacz – zadecydowała Linka. – Musimy sobie tu stworzyć bazę wypadową, takie fajne miejsce do siedzenia jak na przykład się rozpada…

– Co się rozpadnie? – zdziwił się Marek.

– Nie rozpadnie, tylko rozpada. Deszcz. Takie mokre, z nieba leci, rozumiesz? – spojrzała na chłopca z politowaniem.

– Udusić się od kurzu nie mamy przecież zamiaru – dodała Inka.

Nie wyrazili sprzeciwu i głodny odkurzacz pożarł mnóstwo kurzu. Mokrym mopem przetarli podłogę i mogli się wygodnie rozsiąść na wiklinowych fotelach i ławce. Zagracony pozostał tylko jeden kąt obszernego strychu, ale na razie nie chciało im się niczego ruszać. Postanowili tam zajrzeć, oczywiście, ale dopiero wtedy, kiedy im się zachce, albo kiedy będą się nudzili.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 11 komentarzy

Nie chce mi się

Najwyższa pora napisać znowu o Szczawnicy, dawno nic nowego nie było, tyle się dzieje wokół w naszej rzeczywistości, że czasu nie starcza na wszystko, co by się chciało robić. Myśli też uciekają nie w tę stronę co trzeba i robi się w głowie dołujący mętlik, z którego
trzeba się wydobywać, żeby nie oszaleć – co wcale łatwe nie jest. Lepiej spojrzeć na coś pięknego, wiecznego, niezmiennego, niewzruszonego… Co to takiego? Góry przecież ! A jak góry to moja ukochana Szczawnica 🙂 Jest wiele tematów, które mam zamiar poruszyć, ale teraz zwyczajnie mi się  nie chce.

Mam Średnią u siebie i myślę jak dziecku dogodzić, żeby pamiętało mnie do końca życia jak ja swoją babcię 🙂 Zrobiłam wczoraj na obiad kotlety z kalafiora, smaczne wyszły, nie powiem, ale jeszcze nad ostateczną wersją muszę popracować. Ugotowany kalafior rozgniotłam widelcem, dodałam usmażoną cebulkę, jajko, bułkę tartą, ząbek czosnku. Czegoś jednak mi brakuje w nich, konsystencja nie do końca mi odpowiadała po usmażeniu. Popróbuję. Zdjęć nie robiłam, bo wszystkie kotleciki wyglądają tak sam. Zrobię, jak będę zadowolona z rezultatu w stu procentach.  Zamówiła sobie młoda placki z jabłkami, więc oczywiście przygotuję 🙂

Przejrzałam trochę zdjęć szczawnicowych i wybrałam kilka, takich z relaksującymi widokami. Niech i Wasze oczy ucieszą i odrobinę spokoju wniosą w życie 🙂

Tematów – jak wspomniałam – jest wiele i jeśli się zmobilizuję, a przecież kiedyś to nastąpi, będę się starała pokazać Wam dalsze ciekawe wycinki szczawnickiej historii. Na razie jednak nie mam kiedy się skupić, poza tym – w końcu są wakacje, więc trochę luzu każdemu się przyda. Szczególnie po trudnej wiośnie i przed jesienią, podczas której nie wiadomo co nas czeka. Myślę o wirusie, o innych kwestiach chwilowo staram się nie myśleć. Telewizora w dalszym ciągu nie włączam. Mąż z wnuczką oglądali jakieś filmy, seriale – ale przez internet jakoś tam… 😉 A ja nie, wolę się wyciszyć i popatrzeć na zieleń i piękne niebo.

I jeszcze Trzy Korony, cudowne, na które się wdrapałam kiedyś. Oczywiście nie na skałę tylko na platformę widokową. Żeby dotrzeć na samą górę musiałam pokonać chyba milion schodków 😉 Mam na to dowód. Jakość wprawdzie straszna, ale dowód jest 😉

Może uda mi się poprawić jakość to wymienię. Ale wszystko jedno, spojrzeć na świat z takiej wysokości to jest coś fantastycznego, wszystkie problemy wydają się malutkie…

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

 

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Szczawnica | 30 komentarzy

Pyszne bez mięsa

Odkąd postanowiłam nie jeść mięsa całkowicie i definitywnie, a było to 26 lutego tego roku  (wcześniej jadłam tylko kurczaki, indyki i ryby od wielu, wielu lat, ssaków żadnych), staram się coś dla siebie znaleźć dobrego i pożywnego. Mąż i babcia D. jedzą drób w dalszym ciągu, więc im przyrządzam co innego niż sobie. Pieczarki już mi się znudziły, rzuciłam się teraz na cukinię. Zawsze lubiłam, ale robiłam tylko smażoną na oleju na patelni i posoloną. A teraz zaczęłam myśleć co by tu zrobić innego i smacznego.

…zrobiłam więc cukinię w naleśnikowym cieście…

Potem kombinowałam co by tu jeszcze , co by tu jeszcze…

…  ładnie wyglądało…

… i wymyśliłam utartą cukinię z ziarnami słonecznika, siemieniem lnianym i otrębami owsianymi oraz bułką tartą – bo akurat to miałam pod ręką – w postaci kotlecików. Do tego zrobiłam sos chrzanowy i wyszło świetne jedzenie 🙂

W dalszym następstwie  cukiniowego ciągu wytworzyłam kotleciki z cukinii utartej i ugotowanego ryżu (miałam ugotowany dla psiepsiołów, więc im trochę podkradłam 😉 ). Oczywiście zawsze dodaję jajko, bułkę tartą dla zagęszczenia, tu jeszcze dużo surowej  cebulki drobno pokrojonej, troszkę żółtego sera, który został ze śniadania, o przyprawach nie wspomniałam – wiadomo, że sól, pieprz i czosnek granulowany.

…prezentowały się znakomicie i tak samo smakowały, nawet Średnia jadła i kurczakowych mielonych nie próbowała wcale…

A potem wykorzystałam jabłka leżące w koszyczku od kilku dni i usmażyłam z nimi placki. Rewelacyjne wyszły chyba dlatego, że dodałam odrobinę proszku do pieczenia i resztkę śmietany. To w ramach wykorzystywania resztek wszelakich oraz niemarnowania żywności.

…jeszcze nigdy takie dobre nie były…

Kupiłam fasolkę szparagową, czerwone buraki i mam chęć na barszcz ukraiński (tak zwany) i jutro, nie, pojutrze ugotuję. Na jutro jeszcze są kotlety. Nie robiłam w tym roku żadnego chłodnika, więc to plan na przyszłość, przecież trzeba latem chłodnik przyrządzić, bo jak inaczej 😉  Ziemniaków się uzbiera, bo gotuję z premedytacją więcej, zrobię więc kluski śląskie, które zdecydowanie smakują wszystkim 🙂

Jeszcze tylko powiem, że na śniadanie przygotowałam rodzince pastę z jajek na twardo i cebulki. Moja mama kroiła białko w drobniutką kosteczkę, żółtko ucierała z masłem. Ja idę na łatwiznę, utarłam na tarce jajka, cebulkę pokroiłam oczywiście drobno, ale zamiast masła dodałam trochę majonezu, plus sól i pieprz. Średnia lubi, więc z myślą o niej gotowałam wieczorem jajka, ja też lubię, babcia D. zjadła bez grymaszenia i nawet Mąż powiedział, że dobra wyszła, choć on osobiście za nią nie przepada 🙂

…wyglądała apetycznie..

Nie narzekam na upał, bo jestem istotą ciepłolubną i dobrze wiem, ze lato jest bardzo krótkie, zaraz się skończy i będzie zimno. A tego nie lubię zdecydowanie! Korzystajcie więc z wakacji ile się da. Tylko mądrze, żeby siebie i bliskich nie zarazić wirusiskiem, paskudnym covidem.

Trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 28 komentarzy

Tenczyńskie tęsknoty…

Wakacyjna pora  to zawsze czas wspomnień – przynajmniej dla mnie – wakacji w Tenczynku. Zresztą już nieraz mówiłam, że moja dusza czy podświadomość, czy jak też ją inaczej nazwać – w Tenczynku jest obecna bezustannie. Ale w tym Tenczynku, którego już nie ma,  w miejscach drogich mi, kochanych, obecnych już tylko na mapie pamięci ponieważ w świecie rzeczywistym zastąpiły je zupełnie inne. Wszystko się zmienia, rozbudowuje, burzy, powstaje nowe, dzieli się przestrzenie na małe działki, w nich zamieszkują nowi  ludzie budujący tam nowe domy i tworzą swoją własną historię. A ja się przechadzam wciąż w tych miejscach, które ukochałam, z których wywodzą się moi przodkowie zupełnie jak duch przybywający na ziemię z wizytą zza Tęczowego Mostu. Znalazłam jeszcze kilka zdjęć z ostatniego prawdziwego pobytu w Tenczynku, potem już tylko na cmentarz (który jest bardzo ładny) wpadam jeśli mogę, ostatnio zastępowała mnie kuzynka moja kochana, za co jestem jej baaardzo wdzięczna.

…tu Ania nad Stawem Wrońskim wieki temu w ulubionej falbaniastej spódnicy…

Pamiętam jak tata „na barana” niósł mnie przez ten staw, musiałam być bardzo malutką dziewczynką 🙂

…widok ze Skałek…

…na Buczynę…

…na cudowne, ukochane przestrzenie, których już nie ma, a które teraz odnajduję w Szczawnicy…

…ostatnie zdjęcia niezamieszkałego już domku dziadków, mojego ukochanego domku, w którym mieści się całe moje dzieciństwo i młodość też, mnóstwo uczuć, wspomnień, właściwie – cała Ania …

…przed płotem stały trzy ule z ukochanymi pszczołami dziadka Staszka, siedział obok i godzinami przyglądał się jak wlatywały do ula z pełnymi „koszyczkami” na nóżkach i jak wylatywały po nowe zbiory, a potem  mieliśmy pyszny miód…

Na koniec dom, który przed samą wojną budowali wujkowie mojego taty, dziadkowie mojej kochanej kuzynki 🙂  Mieszkała tam też prababcia Karolina, która podczas I wojny swego rannego męża (mojego pradziadka Władysława)  do Tenczynka z Przemyśla przywiozła. Mój tata mieszkał tu podczas wojny i ukrywał się w środkowym pokoju po ucieczce z Baudienstu. Ciotka z babcią w dzień zastawiały drzwi szafą i nie było ich widać, gdyby ktoś nagle wszedł.

…te dwa zdjęcia zrobiłam w 2006 roku…

…to też, ale chodziło mi o przybliżenie balkonu, z którego tata zrobił dwa historyczne dziś zdjęcia…

…to widok z balkonu w latach trzydziestych XX wieku, teraz na górce jest dom handlowy (przynajmniej był, kiedy byłam tam ostatni raz)…

…a to widok z drugiej strony balkonu na browar…

Dopóki się nie przyjrzałam tej fotografii w powiększeniu myślałam, że jest sprzed wojny. Dopiero gdy zrobiłam zdjęcie zdjęciu i powiększyłam to zobaczyłam, że budynki są spalone, okna puste, dachu nie ma. Czyli było zrobione po spaleniu browaru podczas wojny.  Już po przegonieniu okupantów ludzie brali co się dało ze spalonego obiektu, wiem z opowiadań.  Mój tata na pytanie czy on też coś wziął – odpowiedział „poczęstowałem się butelką szampana” 🙂 Tego szampana mama wspominała – „smaczny był, jak lemoniadę zupełnie się piło, ale potem wstać nie dało rady, choć głowa była absolutnie trzeźwa” 🙂  Jak ja żałuję, że nie dopytałam o więcej szczegółów, że w ogóle za mało interesowałam przeszłością, historią przeżytą, a więc prawdziwą, nie wymyśloną na potrzeby chwili…. Młodzi ludzie już tak mają, że zajmują się swoim życiem, własnymi aktualnymi sprawami a nie przeszłością. Taka jest kolej rzeczy, inaczej mieszkalibyśmy do tej pory w jaskiniach 😉  Później przychodzi czas na zadawanie pytań – ale już nie ma kto na nie odpowiedzieć…

Swoją drogą – uciekają z pamięci wakacyjne wyjazdy na wczasy, to znaczy pamiętam oczywiście Kołobrzeg, Świnoujście, które bardzo lubiłam. Międzyzdroje też, różne imprezy młodzieżowe, wyjazdy integracyjne na studiach, super wakacje w Bułgarii – wszystko było bardzo fajne, ale w duszę zapadły wakacje u dziadków. I tylko tam wracam, tam jestem jakbym funkcjonowała w kilku wymiarach… Cóż… takie sobie dyrdymałki…takie było motto na Bloxie…

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 40 komentarzy

Cisza informacyjna :)

Dzieciaki są zajmujące, absorbujące, wesołe, cudowne, kochane i w ogóle całkiem nie do zastąpienia 🙂  Calineczka nieustannie babcię Anię przyprawia o ataki śmiechu, wesołości, dobrego humoru (choć czasem już babcia ledwo zipie 😉 ) przeplatające się z ogromną miłością i czułością wypełniającą babcię od stóp do głowy. Tak samo Średnia, poza atakami śmiechu oczywiście, które zastąpiła duma i podziw, że nastolatka zrobiła się (już!!!) mądra i dojrzała, a  dopiero co była taką dziewczynką z kucykami jak Calineczka teraz. Ten czas jest okropny pędząc bez opamiętania do przodu, buuu ;(

Kiedy dzieciaki są w pobliżu nie ma kiedy zająć się blogiem, więc musi – biedny – leżeć odłogiem i czekać na chwilę spokojniejszą. Przez trzy dni nie włączaliśmy telewizora ani komputera. Z czystą premedytacją. I przeżyliśmy! Bez ciągłego jazgotu, trzeszczenia i krążących „okołomózgowo” złych informacji, w ciszy pozwalającej zregenerować szare komórki co jest konieczne, aby nie stać się chodzącym okazem słynnej już  „inteligencji bezobjawowej” 😉 Dzięki temu mogę pokazać fotki z porannego spaceru z psiepsiołami odbytego 26 lipca. Stąd znam datę, że telefon to taka zmyślna „istota”, która wie dokładnie kiedy zdjęcie było zrobione. Wprawdzie nie lubię, kiedy poprawia to co piszę i uważa, że wie lepiej co miałam na myśli, ale na zdjęciach zna się zdecydowanie bardziej niż ja 😉

… na dzień dobry spotkaliśmy wiewióreczkę spacerującą po ogrodzeniu, która wskoczyła na gałąź na nasz widok i wyraźnie się nam przyglądała…

…tak wyglądała w zbliżeniu, śliczne stworzonko, prawda?…

…skręciliśmy w boczną uliczkę …

…a tam jak na wczasach…

…ogromne stare sosny…

…mnóstwo zieleni…

…zieleń na uliczce, zieleń w ogródkach…

…aż przyjemnie iść o poranku…

…gdy uśmiechają się kwiaty niczym słoneczka złote…

…gdy słoneczko rozjaśnia każde miejsce…

…gdy poranne powietrze odurzająco pachnie i nie  psuje go nawet przelatujący samolot…

…gdy trafi się na dróżkę jak na wakacjach u babci…

…gdy pachną iglaki i zielone szyszki…

…gdy wyglądają spod liści czerwone – chyba czereśnie, na wiśnie już trochę późno, chociaż – u babci wiśnie były dobre przez całe wakacje, taka odmiana stara…

… no i róże oczywiście…

…i jeszcze takie piękne w moim ulubionym różowym kolorze, bo kwiaty różowe najbardziej lubię…

Myślę, że kolorowa Matka Natura jest najlepszą odskocznią od tego, czego nie mam zamiaru ani ochoty oglądać i słuchać w realu. Tak już jest, że wszystko się zmienia, życie polega na nieustannych przemianach jak stara Księga I Czing mówi i na to nie ma rady. Poza tym – jak napisał staropolski poeta – ” U Fortuny to snadnie, że kto stoi upadnie, a któren był dopiero u niej pod nogami, patrzajcie go po chwili, on już gardzi nami…” – oczywiście nieścisłości mogą być, bo z pamięci odtwarzam, ale sens z pewnością zachowałam.

Tak więc trzymajcie się zdrowo, podziwiajcie cuda Natury, cieszcie się wakacjami i latem, oby z głową i zachowaniem ostrożności!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 39 komentarzy