Kasieńko, Kasiu, Katarzyno :)

… z życzeniami dla każdej Kasi 🙂 …

Kasiek w pobliżu jest niemało,
trochę się ich tu „nazbierało”,
a ja się z tego bardzo cieszę
i z rana z życzeniami spieszę.

Kasia domowa, Kasie blogowe
niech się dziś czują niczym królowe,
niech im słoneczko przecudnie świeci,
zmartwień nie przysparzają dzieci.

Niech moc radości, kasy, miłości
w życiu Kasieńki każdej zagości
i jeszcze – co się należy każdej Kasi –
partner coś szybko upitrasi.

Dziś mają imieniny Kaśki,
nie są potrzebne Kasiom zdrowaśki
lecz duuużo szczęścia, nie bez przyczyny,
bo Kaśki to są SUPER DZIEWCZYNY !

A.Z. 25.XI. 2020

… skromnie dodam, że w mojej ursynowskiej sadze też znalazła się Kasia, bo bardzo lubię to imię 🙂 …

Dla każdej Kasi z osobna i dla wszystkich razem WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 6 komentarzy

Podczas mycia buraków…

Podczas mycia buraków przed wrzuceniem do garnka celem ugotowania przyszło mi na myśl co następuje dalej, a wszystko odnośnie kobiet. W pokoleniu moich pradziadków podział ról między kobietą a mężczyzną był tradycyjny. U dziadków też, lecz tu już drobna zmiana nastąpiła, bo babcia pracowała zanim wyszła za mąż. W pokoleniu moich rodziców dzieciństwo od dorosłości oddzieliła wojna. Właściwie źle mówię, nie oddzieliła tylko spowodowała skok z dzieciństwa wprost w dojrzałość bez okresu przejściowego. Po wojnie kobiety w wielu przypadkach musiały wziąć stery w swoje ręce, szukać pracy, utrzymać domy, rodziny, wychować (i wykarmić) dzieci. Zresztą nie pierwszy raz w historii polskie kobiety  musiały tak postępować, panowie przecież ginęli w powstaniach, byli wywożeni na Sybir, gnili w więzieniach i jeśli nawet któryś wrócił w domowe pielesze – nie zawsze wracał do normalnego życia ze względu na nadwątlone siły fizyczne, zły stan zdrowia psychicznego tak, że kobieta jeszcze i nim musiała się opiekować.
Ja się wychowywałam już w warunkach, które były dla mnie najnormalniejsze na świecie, tak uważałam. Życie było cudowne i przewidywalne, spokojne i bezpieczne: szkoła, studia, praca, założenie rodziny, w dalekiej perspektywie emerytura i w sumie – pełnia
szczęścia. Nie zauważałam różnicy w traktowaniu dziewcząt i chłopców, w obowiązkach, to zapewne zasługa rodziców i nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Teraz, w dzisiejszych zwariowanych (ze znaczeniem pejoratywnym użyłam określenia: zwariowane) czasach z podziwem patrzę na wspaniałe dziewczyny, młode kobiety nie wyrażające zgody na odebranie sobie wolności przez bandę stetryczałych facetów, starych i młodych dewotek, faryzeuszy, którzy dawniej masowo usuwali ciąże biorąc za to bajońskie sumy, a teraz robią z siebie świętoszków, przez starego dziada „ni to chłopa ni to babę” co nigdy w życiu nie miał żony, dzieci, co zostawiony sam sobie zginąłby z nieporadności i ze strachu po kilku krokach na ulicy bez obstawy. Przez takie monstrum, co z obłędem w oczach, który to widok dobrze jest już znany z kilku wystąpień, z rozczochranymi resztkami włosów, z których obficie łupież sypie się na marynarkę – jest obrzydliwy a nie tylko żałosny. Byłby godny politowania gdyby nie niszczył życia ludziom, nie demolował całego kraju. Za tą pokraczną postacią wyrasta jednak groźniejszy cień, mianowicie poseł zero. Przez jego chore urojenia życie straciło swego czasu wiele osób, które nie doczekały się przeszczepów, mści się na lekarzach za to, że jego rodzina nie należy do nieśmiertelnych bogów. Teraz koniecznie chce nas wyprowadzić z normalnego świata i zabierać dorobek życia i pracy każdego, kto mu się nie podoba. Dokąd doszliśmy? Dokąd pozwoliliśmy się zaprowadzić?
Miałam nie odnosić się do spraw aktualnych, uspokoić się… ale nie da się tego wytrzymać! Nie jestem „zasmucona” jak abp Polak w sprawie Dziwisza. Jestem wściekła, wpieniona, wk***na także na to, że wieloletnia praca nad zbudowaniem wysokiej pozycji Polskiej Policji
w rankingu zaufania społecznego poszła na marne. Za to, że etos służby policjanta walczącego ze złem rozbija się na moich oczach w pył.  Za to, że formacja, która z różnych powodów była bliska memu sercu splamiła się w sposób niemożliwy do wytłumaczenia –
zamaskowane mięśniaki z pałami atakujące kobiety i nastolatków, wypadające nagle jak faszystowskie bojówki dawno temu… Widziałam na własne oczy i żaden „pan” nie będzie mi tu kitu wciskał, że nie widziałam tego co widziałam, że nie słyszałam tego co słyszałam i w
ogóle niczego i nikogo w tym miejscu nie było. Wstyd panowie! I to ma być elita Polskiej Policji? Antyterroryści znienacka atakujący kobiety? Policjant podchodzący od tyłu do spokojnie stojącego chłopaka i ciskający nim o beton? Jak się teraz mogą czuć ludzie pracujący w Policji nie pochwalający takich zachowań, nie mający z nimi nic wspólnego?

Jako ciekawostkę przytoczę Wam Przykazania Policjanta zamieszczone w czasopiśmie „Na Posterunku” z 1938 roku (nr 5).

Przykazania Policjanta
1. Honor i Ojczyzna – oto hasła, którymi w życiu Twoim masz się kierować.
2. Ojczyzna powierzyła Ci broń i oczekuje, że będziesz Jej godny.
3. Ojczyzna przyznała Ci wyjątkowe prawa. Tych praw nie nadużywaj, gdyż nie są one przywilejem, lecz obowiązkiem, który sumiennie wypełniasz w służbie Narodu.
4. Przestępstwo jest nieszczęściem. Zachowaj się wobec niego z powagą i ludzkością.
5. Pomóż temu, kto Twej pomocy potrzebuje i obchodź się ze wszystkimi tak, jak byś chciał, by się z Tobą obchodzono.
6. Bądź odważny, sumienny, ostrożny i nie zawiedź nigdy zaufania przełożonego. Nadużycie zaufania jest hańbą. Mów prawdę, gdyż kłamstwo jest tchórzostwem.
7. Pamiętaj, że nosisz mundur. Jak Cię widzą, tak Cię piszą. Bądź więc zawsze schludnie i czysto ubrany i nie zaniedbuj wyglądu zewnętrznego.
8. Żyj skromnie, zachowasz przez to niezależność. Nie przyjmuj żadnych podarunków, gdyż to zobowiązuje. Jako policjant nie możesz mieć zobowiązań. Życie ponad stan jest hańbą i prowadzi do nieszczęścia. Pijaństwo zabierze Ci ludzką godność, staniesz się
pośmiewiskiem rodaków i zasłużysz na pogardę dzieci.
9. Pamiętaj, że Cię podsłuchują, więc nie mów publicznie o sprawach służbowych. Zachowaj umiar w mowie.
10. Bądź w życiu i służbie sprawiedliwy.
11. W wystąpieniach przeciwko wrogom Ojczyzny bądź bezwzględny, pamiętaj jednak, że dobry żołnierz gardzi okrucieństwem.
12. Rozkazów przełożonych słuchaj bezwzględnie, bądź wzorem dla podwładnych, którzy Cię pilnie obserwują. Jeśli żądasz od innych, by byli dobrymi kolegami, pamiętaj sam o koleżeństwie.
13. Miej pogardę dla pochlebców.
14. Pamiętaj, że jesteś żołnierzem. Nie zaniedbuj ćwiczyć się w żołnierskiej sprawności i ucz się ciągle, pamiętając o tym, że obywatele widzą w Tobie człowieka, który musi wiedzieć wszystko.
Komendant Główny Policji Państwowej
Gen. bryg. nadinspektor Józef KORDIAN-ZAMORSKI

Takie myśli mogą nachodzić kobietę w wieku dojrzałym podczas mycia buraków… Bowiem życiem jest wszystko co nas otacza i wszystko co się wewnątrz nas kłębi…

…dla uspokojenie jesień w lasku…

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 32 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 47

Martyna nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. Jak to możliwe, żeby tak nagle i niespodziewanie los się całkowicie odwrócił i zmienił na dobre? Przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę! A jednak to nie sen. Pokój dla pani Meli i jej wnuczki został przygotowany, dom wysprzątany po raz kolejny od piwnicy po strych, sprawdzone i uzupełnione zapasy w spiżarni i lodówce, podwórko zamiecione, trawnik skoszony. Podniecona gospodyni nie wiedziała co jeszcze mogłaby zrobić, żeby było jak najlepiej. Poprosiła więc o podpowiedź Karolinę, która wieczorem wpadła w towarzystwie Aldony i Renalda. Usiedli na tarasie rozkoszując się zapachem kwiatów wieczorem uwalniających najwięcej upajającej woni.

– Pies u sąsiadów wył przez pół dnia – powiedziała Martyna.

– Jakbyś miała swojego, to by ci tamten nie przeszkadzał – stwierdził Reniek.

– Jak to? Czemu? – zdziwiła się.

– Bo twój wyłby dla towarzystwa i nie słyszałabyś tamtego tylko tego swojego – wytłumaczyła Aldona.

– A co wy tak w jedną trąbkę gracie? – spojrzała podejrzliwie Karolina.

– Bo widzę niezagospodarowane dwa miejsca, gdzie mógłby się znaleźć dom dla psiaków – odrzekła Aldona.

– U mnie na pewno pies będzie, tylko jeszcze nie w tym momencie, muszę sobie wszystkie sprawy poukładać. Odkąd Doniczka przyjechała z Tiną, o reszcie nie wspomnę, łapię się ciągle na myśli, że chcę mieć takie cudne psisko…

– Nie psisko tylko sunię, ewentualnie psicę – sprostowała Aldona.

– Niech ci będzie – uśmiechnęła się Karolina.

– Milenka wciąż mówi, że chce małego pieska. Kiedy już rodzice przeniosą się do mnie na stałe i wszystko zostanie dopięte na ostatni guzik, myślę, że wezmę jakiegoś małego pieska ze schroniska – powiedziała Martyna.

Podczas mowy gospodyni Aldona przyglądała się uważnie bluzce, w którą była ubrana.

– Skąd masz takie cudo?

– Mówisz o bluzce? Dostałam od mamy na urodziny.

– To batik.

– Co takiego? To bluzka przecież…

– Ale batikowa.

– Bawełniana… chyba – dotknęła dołu bluzki w piękne wzory.

– Batik jest techniką malowania woskiem na tkaninie – wyjaśniła Aldona. – Strasznie mnie to kiedyś wciągnęło, poszłam nawet na kurs, żeby się nauczyć. Rzecz polega na tym, że rozgrzany wosk nanosi się na materiał według wzoru, po czym kąpie się tkaninę w barwniku, który farbuje miejsca bez wosku.

– Pamiętacie jak w szkole rysowało się na papierze świecą, potem malowało farbami i wychodził wzór, bo farba się świeczki nie imała – przypomniała sobie Karolina

– Ano, nie imała się za skarby świata –  uśmiała się Aldona – Bardzo mi się podoba twoje określenie, dziś już chyba wyszło z obiegu. Żebyście wiedziały, jak ja uwielbiałam nakładać ornamenty z wosku, potem zanurzać tkaninę w roztworze farby. Chwila oczekiwania na rezultat była chwilą zaczarowaną, jak na spełnione marzenie… Nigdy nie wiadomo jaki będzie ostateczny rezultat, czekasz więc z niecierpliwością co ukaże się oczom…

– Doniczko, mówisz z takim ogniem jakbyś o ukochanym mówiła – skomentowała rozbawiona Karolina.

– Śmiejcie się, śmiejcie, ale ja wtedy myślałam o własnej pracowni batikowej, wzory śniły mi się po nocach. Do tej pory mam schowaną teczkę z projektami, nie mogłabym się pozbyć jej zawartości, choć mi się nie przyda…

– A skąd wiesz, że ci się nie przyda? – z nagłym błyskiem w oku spytała Karolina.

– O to, to, sama mówiłaś, że nie wiadomo, co czas przyniesie, jaką niespodziankę – dodała Martyna uśmiechając się domyślnie.

– A mogłabyś zrobić coś dla mnie? Takim domowym, chałupniczym sposobem, bez pracowni? – drążyła temat Karolina.

– Właściwie, dlaczego nie – zaświeciły się oczy Aldony na samą myśl, że mogłaby wziąć do ręki materiał, nanieść wzór…

Następnego dnia wstała wcześnie rano i Karolina schodząc na śniadanie zastała ją nad kartką papieru zawzięcie kreślącą jakieś esy-floresy. Zabrała się z Karolcią do Krzeszowic i wysiadła obok domu towarowego. Długo buszowała wśród materiałów, przerzucała, oglądała, dotykała, prawie wąchała tkaniny, wreszcie się zdecydowała i wzięła ilość odpowiednią do swego planu. Znalazła też w innych działach wszelkie potrzebne akcesoria. Z powrotem podwiozła ją Teresa, która robiła zakupy na „jarmaku”, albowiem był to poniedziałek, czyli krzeszowicki dzień targowy. Umówiły się wieczorem telefonicznie ciesząc się, że w domku pod lasem i w świeżo wybudowanych domach na Woli Filipowskiej podłączono telefony do nowo poprowadzonej linii telefonicznej.

– Jaka to wygoda, że wreszcie cywilizacja i tutaj dotarła. Chodzi mi oczywiście o telefon – powiedziała Teresa, gdy Aldona usadowiła się na siedzeniu obok kierowcy. – Ale nie powiedziałaś po co cię tu licho przyniosło z samego rana?

Doniczka opowiedziała przyjaciółce o batiku, o swojej nim fascynacji w przeszłości, o tym, że teraz – ni stąd ni zowąd – wróciło pragnienie zajęcia się ponownie tą techniką, jak bardzo  chciało się jej trzymać tkaninę w ręce, dotykać, czuć pod palcami fakturę materiału, nadawać nowy kolor, nowe wzory … I tak się rozgadała, że Teresa zamilkła z wrażenia, bo jeszcze nigdy w życiu nie widziała przyjaciółki w takim stanie, tak zachwyconej, podnieconej, tak zaangażowanej jakby wszystko inne na tę chwilę zniknęło z powierzchni ziemi.

– Doniczko, jestem pod wrażeniem – wreszcie powiedziała. – Miałam taki czas, kiedy uwielbiałam robić na drutach, wręcz mi ślinka ciekła na widok ładnej włóczki, więc rozumiem, ale do tego stopnia jak ty teraz … Nie, nigdy, w aż takim amoku nie byłam.

– Dziwne, prawda? – zastanowiła się Aldona. – Tak mnie naszło, kiedy zobaczyłam bluzkę Martyny. Przypomniało mi się i poczułam nieodpartą chęć wzięcia materiału do ręki.

– Wiesz co? To nie jest głupi pomysł – powiedziała „dama za kierownicą”. – Możesz o tym pomyśleć zupełnie poważnie. Pójdziesz na urlop wychowawczy i będziesz miała trochę czasu.

– Przy małym dziecku?

– Ojej, przecież nie od razu, ale po pierwszych ciężkich chwilach ułożysz sobie cały rozkład dnia, masz dziewczynki, które ci z pewnością pomogą. I ogólnie, jest nas przecież sporo, „mafia” swoich nie zostawia w potrzebie, chyba już o tym wiesz – stwierdziła.

– No nie wiem…

– Jak to nie wiesz? – groźnym głosem spytała Teresa.

– Nie wiem czy dam radę, moja droga kierownico – uściśliła Aldona.

– Żartowałam – uśmiechnęła się „kierownica” – Czekaj, czekaj, Dorcia się też na tym zna, plastyczka przecież. Muszę jej rzucić hasło, niech już włączy szare komórki do działania.

– Poczekaj, nie spiesz się za bardzo. Nie wiem, czy mi wyjdzie, muszę najpierw spróbować, po to chciałam jechać do domu towarowego. Pomyślałam, że zrobię Karolci coś ładnego. Jeśli mi wyjdzie, to mogę myśleć dalej, do przodu, jeśli nie, zapomnę o temacie.

– No dobra, ale pamiętaj, że ja będę pamiętać. Obejrzę rezultat i jak mi się spodoba, też zamówię u ciebie batikowe cudo.

– Okaże się czy cudo czy nie. Chciałabym, żeby wyszło, pomyślałam, że odwdzięczę się choć trochę dziewczynie za gościnę.  A wiesz, że można taką metodą osiągnąć efekt witraża na tkaninie? Byłby piękny, niepowtarzalny efekt w oknach pokoju, który teraz zajmuję.

– Widzę, że już ci się wyobraźnia uruchomiła. I dobrze, nie obraź się, ale masz ją nieco zaśniedziałą ostatnimi czasy.

– Nie obrażę się, Tereniu, bo prawdę mówisz. Ale wiesz, jakbym od wczoraj na oczy przejrzała, tak mi się jaśniej zrobiło. Dziwne, naprawdę dziwne…

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Mimo wszystko… dobrego tygodnia

Znalazłam kartkę ze słowami Adolfa Nowaczyńskiego, nie wiem skąd one pochodzą. Miałam manię wypisywania cytatów, ale nie zawsze zaznaczałam z czego je spisuję. Trudno, tak zostanie. Treść wydaje mi adekwatna do sytuacji dzisiejszej.  „O, żebyż szowinizmy wszystkich nacyj europejskich miały jeden łeb i żeby zjawił się na nie święty Jerzy!„. Aż się prosi dopowiedzieć: Amen…

Niepokój mnie trapi, wyczuwam taki sam w Waszych słowach, wręcz wieje smutkiem i strachem… Cóż, w takich czasach przyszło nam żyć. Kiedy oglądałam w tv warszawskie „obchody” 11 listopada pomyślałam, że jeszcze nie jest najgorzej, bo taki widok trafia się raz do roku. Struchlałam natomiast z przerażenia na myśl, że to co widzę, a co działo się przez kilka godzin mogłoby się stać normalką… Widząc dziki tłum, bandę rozszalałych wandali, żądnych rozróby, bijatyki (i krew by im nie przeszkodziła, wręcz przeciwnie)…. truchlałam coraz bardziej. Do czego my doszliśmy? Pytanie retoryczne. Nie jeden raz mówiłam, że rozumiem skąd i dlaczego rozbiory, utrata państwa… A właśnie stąd! Widząc czerwone łuny, twarze wykrzywione nienawiścią jakby tłumy barbarzyńców znów szły przez stolicę… nie dziwię się, że w przeszłości otoczenie miało dość i chciało spacyfikować takich naszych przodków i podzielić ziemie między siebie, żeby wreszcie mieć święty spokój…  Veto, veto – krzyczeli przy próbach zmian na lepsze. Teraz też krzyczą to samo! Możecie się ze mnie śmiać, albo pukać w czoło – ale już kiedyś wspominałam co wyczytałam, a mianowicie, że wg astrologii sytuacja na nieboskłonie (na czym się kompletnie nie znam, wierzę fachowcom) są identyczne jak w czasie rozbiorów. I te same cechy, wady najgorsze wyszły na wierzch… Ale to tylko takie bredzenie babci… A  min. dera przed chwilą powiedział w Polsacie, że nawet okupanci w kościołach nie zachowywali się tak jak kobiety na protestach!

Tak w ogóle to strach czai się wszędzie. Drapanie w gardle, ból głowy, lekka duszność, kaszel – to co w astmie normalne… no właśnie, czy to „normalne” czy już nie…
Narzekałam, że mam kłopot z byciem tu i teraz, że myśli uciekają w przeszłość albo w przyszłość i nie chcą się zakotwiczyć w teraźniejszości. Teraz to jakby konieczność (choć dalej nie potrafię, mam kłopoty z koncentracją), żeby nie zwariować. Nie ma sensu robić
planów, bo nie wiadomo co się może zdarzyć za chwilę… Natomiast chwile, w których udaje się skupić całkowicie na konkretnych, zwykłych czynnościach stają się bezcenne.

Przejdę więc teraz do przyjemniejszych spraw i smacznych przy okazji 🙂 Zrobiłam dla siebie na szybko kotleciki, placuszki właściwie, na obiad. Dla reszty domowników miałam kurczaka.
Do pierwszych użyłam pół jajka na twardo, które zostało ze śniadania i jedną pieczarkę – utarłam je na dużych oczkach. Dodałam jajko surowe, trochę mąki i tartej bułki, sól, pieprz, nieco przyprawy do grilla, wyrobiłam, wrzuciłam łyżką na patelnię i usmażyłam. Nad podziw smaczne były 🙂
Następne zrobiłam używając kawałka wędzonego tofu i dwóch pieczarek, dalej tak samo – trochę mąki, tartej bułki, sól, pieprz, czosnek granulowany. Wyszły jeszcze smaczniejsze, nawet Mąż skosztował i stwierdził, że zupełnie dobre. A Mały powiedział, że pyszne 🙂 Akurat wpadł na chwilę i dwa wziął ze sobą (wyszły w sumie cztery), zjadł na zimno z chlebem. Muszę przyznać, że po ośmiu miesiącach bez jedzenia mięsa czuję prawdziwy smak warzyw, owoców zupełnie inaczej niż przedtem, zaczynam się delektować ich smakiem. Nie mam już obawy, że nie będę umiała zrobić sobie obiadu, który będzie mi naprawdę smakował, znów odczuwam przyjemność jedzenia – co dla Byka ma znaczenie 🙂

… nawet konsystencję miały idealną, nie rozpadały się podczas smażenia…

Poza tym upiekłam drożdżowe oraz babeczki w tzw. międzyczasie.

Przeglądając stare zapiski trafiłam na notatki zrobione ręką mamy. Dawniej każda prawdziwa pani domu miała mnóstwo takich zapisanych mądrości. Teraz wystarczy włączyć komputer, tylko… wtedy nie ma wspomnień, ani osoby, która pisała, ani sytuacji, ani zapachu ciasta (jeśli to był przepis na ciasto), no… po prostu nie ma wspomnień. Taka poplamiona stara kartka ma duszę 🙂

 

I jeszcze Franuś 🙂

… kto ma takie piękne oczy jak ja? – pyta Franuś …

Zimno się zrobiło, lato się skończyło i Franek zaczął przychodzić. Najpierw kontrolnie, sprawdził czy nic się nie zmieniło obchodząc całe mieszkanie, stwierdził, że jest ok, miseczka na miejscu, czyli można iść na fotel i spokojnie się przespać. Kiedy pisałam te słowa spojrzał z koszyczka, w którym się właśnie ulokował, powiedział: miauu i ułożył się wygodniej zapadając w dalszą drzemkę 🙂

Trzymajcie się zdrowo, w zdrowiu fizycznym i psychicznym, teraz to sztuka nie lada, ale życzę tego Wam i sobie!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 21 komentarzy

Stokrotko :)

…wprawdzie to nie stokrotka, ale trochę podobna i śliczna…

Stokrotko kochana! Wszystkiego co najlepsze na świecie życzę Ci z całego serca, radości, pomyślności i zdrowia, zdrowia, zdrowia! To najważniejsze w tej chwili, żeby móc cieszyć się powrotem normalności.

… szczawnicowa Stokrotka

W prezencie dla Ciebie zdjęcie ze Szczawnicy, przeczytaj – choć małe literki – nazwę pensjonatu 🙂 Buziaki!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 13 komentarzy

Znów poniedziałek (9.XI.2020)

Nie przypuszczałam,  że będę się cieszyć z wygranej Joe Bidena tak bardzo jak się cieszę 🙂 Jakby nagle rozbłysła lampa w ciemności dając nadzieję na odnalezienie drogi ocalenia 🙂 Musiałam o tym wspomnieć, tak mi się lżej na sercu zrobiło gdy usłyszałam słowa Kamali Harris: „…wybraliście nadzieję, jedność, przyzwoitość, naukę i prawdę”.  Jakże tęskniłam za takimi słowami! Może i do nas wróci prawdziwe ich znaczenie?

W zeszłym tygodniu byliśmy w miasteczku, podjechaliśmy do apteki, do piekarni przy okazji po pyszny chleb, z psiepsiołami przeszliśmy przez park im. Książąt Mazowieckich. Robiłam tam zdjęcia latem i pokazywałam –   http://annapisze.art/?p=3113   – jesienią jednak zupełnie inaczej wygląda, ale „tyz piknie” 🙂

Niech słoneczko świeci przez cały tydzień przynosząc nadzieję na lepsze jutro (na przekór wszystkiemu) i trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 24 komentarze

Brama Zwierzyniecka, willa „Eliza” w Tenczynku

Trudno z powieści zrobić pracę historyczną dlatego wyjaśnię co to Brama Zwierzyniecka i co się wiąże z willą Eliza. A tak w ogóle, zaczynając od początku – Tenczynek to wieś w Małopolsce, oddalona ok. 25 km od Krakowa. Stamtąd wywodzą się moi przodkowie, tam spędzałam wakacje u dziadków, do tej pory w nocy podczas snu odwiedzam domek zbudowany przez dziadka i babcię, i to bardzo często. Naprawdę, bardzo często mi się śni i często czuję obecność babci Stefy koło siebie, szczególnie w kuchni… Takie wspomnienia… Po prawej stronie  w kategorii „Tenczynek” są zdjęcia stamtąd, można obejrzeć.

…plac Dietla w Szczawnicy z obeliskiem upamiętniającym prof. Józefa Dietla..

/Zdjęcie nie chce być tam, gdzie mu kazałam 🙁  Powinno być niżej, obok zdjęcia popiersia Szalaya, wybaczcie 😉 /

W Krakowie okresu Młodej Polski popularny był salon doktorowej Elizy Pareńskiej, żony profesora Tadeusza Pareńskiego cenionego lekarza pracującego w szpitalu św. Łazarza, w którym przez 38 lat pełnił funkcję ordynatora (prymariusza). Pracował też na rzecz Krakowa jako członek komisji sanitarnej (od 1878 r.) i jako członek Rady Miejskiej             (od 1881 r.). Był też prezesem Polskiego Towarzystwa Balneologicznego (1910 – 1913). Dodam, że początki Towarzystwa „sięgają roku 1858 gdy utworzono Komisję Balneologiczną w ramach Towarzystwa Naukowego Krakowskiego. Współzałożycielami byli prof.: Józef Dietl, Józef Mayer, Fryderyk Skobel. Polskie Towarzystwo Balneologii powstało 15.01.1905 r. w Krakowie i kontynuuje działalność naukową i organizacyjną w zakresie lecznictwa uzdrowiskowego do chwili obecnej” – już nie wiem skąd ten cytat, nie zapisałam, ale przyznaję uczciwie, że nie ja jestem autorką tych słów. Dlatego o tym wspominam, że prof. JózeDietl związany jest ze Szczawnicą, wspólnie z Józefem Szalayem tworzyli uzdrowisko w moim kochanym miasteczku myśląc o „zdrojowisku” na miarę ówczesnych europejskich badów.

…z lewej strony widoczne popiersie Józefa Szalaya w Parku Górnym w Szczawnicy, wprawdzie z daleka i od tyłu, ale widać przy okazji  fragment Parku…

Wracam do tematu. W salonie pani Elizy Pareńskiej bywały sławy, artyści młodopolscy – między innymi Jacek Malczewski, Adam Asnyk, Stanisław Wyspiański, Jan Stanisławski, Leon Wyczółkowski i mnóstwo innych.  Doktor Pareński był właścicielem willi w Tenczynku nazwanej Eliza od imienia żony. Tam cała rodzina spędzała wiosnę i lato prowadząc w Tenczynku dom tak samo otwarty jak w Krakowie.  Goście odbywali długie spacery po lasach otaczających Tenczynek, niedaleko znajdowała się Brama Zwierzyniecka broniąca wejścia na tereny należące do Potockich, gdzie urządzano polowania.
Pareńscy mieli czworo dzieci, trzy córki: Zofię, Marię i najmłodszą Elizę (zwaną Lizką) oraz syna Jana. Piękne dziewczęta nazywane były muzami Młodej Polski. Starsze córki – Zosia i Maryna – zostały przez Wyspiańskiego uwiecznione w „Weselu”.
Zofia została żoną Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Maria wyszła za mąż za lwowskiego profesora Jana Raczyńskiego, Eliza za poetę Edwarda Leszczyńskiego. Więcej o ich losach można przeczytać w:
https://archiwum.magazynkrzeszowicki.pl/?p=5993 Monika Śliwińska „Muzy Młodej Polski”
W  maju 1905 roku Wyspiański przebywając w Tenczynku namalował dwie siostry. Na widok Zosi karmiącej synka natchnienie najwyraźniej podpowiedziało mu, że będzie to najpiękniejszy obraz z cyklu „Macierzyństwo”. Eliza pozowała artyście do portretów na tle
kwiatów mając we włosach kokardę. Na jednym obrazie była z pelargoniami, na drugim – z różami. Dzieło znane jest jako podwójny portret (spłonął podczas Powstania Warszawskiego). Zniknął też przedstawiający Lizkę szkic węglem wykonany przez Wyspiańskiego na przedniej ścianie wieży willi Eliza. W Tenczynku Lizka urodziła syna Witolda w 1912 r.
Willa Eliza znajduje się obecnie w opłakanym stanie. W zeszłym roku wybuchł tam pożar i spłonęło poddasze zabytkowej willi.

O Bramie Zwierzynieckiej dowiedzieć się można więcej w:  http://www.eksploratorzy.com.pl/viewtopic.php?f=263&t=7675
O Zwierzyńcu w:   http://www.kulturawlesie.pl/2017/09/28/las-zwierzyniec/      (na Krystynie pracował mój dziadek),  jeszcze w: https://dziennikpolski24.pl/odnowiona-brama-zwierzyniecka/ar/3117622
O Tenczynku , o Bramie Zwierzynieckiej i willi znalazłam też w:
https://www.bio-forum.pl/messages/3280/942096.html

… Ania jakieś 30 lat temu (w białych spodniach) na schodach kościółka w Tenczynku…

Można tu też zobaczyć zdjęcia z wnętrza tenczyńskiego kościółka św. Katarzyny, piękne witraże, tablica upamiętniająca doc. Wincentego Wcisłę, znakomitego kardiologa, lekarza do którego z całego kraju przyjeżdżali pacjenci po ratunek. W czasie wojny wystawił mojej mamie zaświadczenie o chorobie serca i dlatego uchroniła się przed wywiezieniem na roboty do Rzeszy, odwiedzał dziadka i dyskutował z nim na różne tematy. Nie wiem na jakie, ale dziadek „myślał o polityce” – mówiła babcia kiedy się zamyślał siedząc nieruchomo.  W migawkach z cmentarza (na którym leżą moi rodzice, dziadkowie, pradziadkowie i mnóstwo innych członków rodziny) jest upamiętniony ksiądz Mądrzyk (pamiętam go) dzięki któremu kościółek został odremontowany; ksiądz Kamusiński, którego moi rodzice wspominali ze swoich młodych lat (z sympatią wspominali); jest grób Bogumiła Kobieli (mama chodziła z nim do szkoły). Na zdjęciach jest też Browar Tenczynek, tylko obecnie właścicielem już jest nie Jakubiak, ale Janusz Palikot. Historia kołem się toczy 🙂
Potem są jeszcze zdjęcia willi Eliza i Bramy Zwierzynieckiej.

…prześliczna Zosia Pareńska na okładce…

Wpadła mi kiedyś w ręce książka Barbary Winklowej „Boyowie. Zofia i Tadeusz Żeleńscy”, Kraków 2001, Wydawn. Literackie. Tak mi się wtedy spodobała, tak mnie wciągnęła, że zapragnęłam mieć ją na własność i kupiłam sobie. Wróciłam do niej po raz kolejny właściwie dzięki Poli, która też chciała się dowiedzieć tego co Inka. Wzięłam więc książkę, poszukałam w necie i znalazłam informacje o siostrach Pareńskich, żeby Wam przybliżyć ich sylwetki.

Trzymajcie się zdrowo na przekór wszystkim i wszystkiemu!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica, Tenczynek | 30 komentarzy

Dziś – 1.XI. 2020

Taki dziś dzień, że wspominamy. Bliskich bliskich, dalszych, nawet tych, o których rzadko myślimy.  Nie tylko rodzinę ale i znajomych. Coraz więcej znajomych z pracy zamienia ten świat na lepszy (podobno) i przekracza Tęczowy Most…  Niby taka kolej rzeczy, ale smutno…

Przeszłam rano koło cmentarza, pomyślałam, pomamrotałam pod nosem i zrobiłam zdjęcia.  Nie będę nic mówić, bo mnie cholera bierze… nie można było powiedzieć tydzień wcześniej, że cmentarze zamkną? Jak mają się czuć oszukani ludzie, którzy w te dni zarabiają na przeżycie zimy? Mają zap****ć (przeżyć) za miskę ryżu przecież, zapomniałam….

Jedna sprawiedliwość jest na świecie, że wszyscy bez wyjątku znajdą się tam, gdzie dziś nam zabronili rządziciele wejść… bez względu na to, czy ktoś się uważa za nieśmiertelną istotę i lepszą od innych….

Nie mam problemu z cmentarzami, szczególnie takimi niedużymi, w małych miejscowościach, są częścią naszego życia… Takie mam odczucie od czasu kiedy sobie uświadomiłam, że cmentarz to też  życie –  chodząc z psami wzdłuż ogrodzenia i obserwując mnóstwo ludzi odwiedzających swoich bliskich, spędzających tam czas jakby z nimi, rozmawiających, opowiadających im o różnych sprawach, pytających o radę, proszących o pomoc…  Sama też tak robię… Niektóre cmentarze przypominają parki i jesienią wyglądają pięknie dzięki Matce Naturze…

Trzymajcie się zdrowo i nie dajcie się żadnej francy!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 22 komentarze

„Widocznie tak miało być” – 46

Aldona siedziała na werandzie pogrążona w lekturze. Dała sobie na czytanie godzinę, potem planowała zająć się obiadem. Tina spała rozciągnięta na całą długość, dzieci pobiegły na Skałki zajęte swoimi sprawami, Karolina była w Krzeszowicach. Wokół cisza i spokój, cudownie leniwe letnie przedpołudnie. Koło ucha zabrzęczał owad. Aldona machnęła ręką nie przerywając czytania, by nie tracić wątku. Duża, pasiasta osa przeleciała jej nad głową i przysiadła na brzegu szklanki po kompocie. Aldona odłożyła książkę na stolik, wzięła szklankę z osą i wytrzepała owada na trawę.

– A idźże sobie stąd – mruknęła. – Jeszcze bym cię połknęła i co wtedy? Udusiłabym się jak nic. Śpij Tinunia, śpij malutka – uspokoiła suczkę, która  pytająco spojrzała na opiekunkę, po czym z powrotem przyjęła pozę najwygodniejszą do dalszej drzemki.

Aldona wróciła do przerwanej lektury. Nie dane było jej tym razem na dłużej przenieść się w świat bohaterów powieści. Drzemka Tiny również nie trwała długo. Usłyszały odgłos pracującego samochodowego silnika, zrazu daleki lecz wyraźnie coraz bardziej się przybliżający dopóki nagle nie zamilkł. Przed bramą zatrzymało się auto i wysiadł z niego wysoki mężczyzna. Aldona zapatrzyła się w niego jak w nadprzyrodzone zjawisko, bowiem uwielbiała długie włosy u mężczyzn. Nic tak nie przyciągało jej uwagi do przedstawicieli męskiego rodu jak właśnie długie włosy a nieznajomy takowe posiadał w dużej obfitości. Zachowywał się jakby był u siebie, po prostu wszedł przez furtkę, otworzył drzwi wejściowe domu i… zastygł bez ruchu. Na progu stanęła Tina pokonując kilkoma susami odległość z werandy do drzwi szczerząc zęby i wydając z siebie złowrogi warkot. Ona też czuła się jak u siebie, poza tym była tu przecież  pani, trzeba bronić swego stada przed intruzem.

– Już wiem, czego tu brakowało – głośno powiedział przybysz wcale nie przestraszony. – Tu po prostu brakowało psa. Piękna jesteś, dobra sunia, dasz mi przejść czy mnie zjesz?

Aldona poderwała się z miejsca i znalazła się u boku Tiny gotowa do obrony domu.

– Ooo, widzę, że nadeszły posiłki – zaśmiał się. – Ty jesteś pewnie Doniczka? Ja nazywam się Renald Czerwiński i jestem…

– Aaa, to ty, wiem kim jesteś – wyciągnęła rękę Aldona. – Miło cię poznać. Tiny się nie bój, ona tylko straszy.

– Ależ wcale się nie boję. Ja się w ogóle psów nie boję, ja je kocham – uśmiechnął się. – Tutaj też psy będą, bez nich nie ma życia w domu.

– Teraz i ja tak uważam, właściwie od roku, bo tyle czasu Tina jest z nami, od poprzednich wakacji.

Rozmawiali jakby się znali od dawna, czas więc mijał bardzo szybko, jak zwykle, gdy nie potrzeba. Aldona zerwała się raptownie z krzesła.

– Przepraszam cię, nie zauważyłam, że tak późno się zrobiło, muszę się wziąć za obiad. Karolina niedługo wróci,  dzieciom kazałam przyjść na piętnastą…

– Wiesz co? Może rozpalę grill, zrobimy dziś taki wakacyjny obiad – zaproponował. – Mam wszystkie potrzebne składniki. Siedź, a ja rozpalę.

– Jak to siedź? Co to ja, z gębą na pączki przyjechałam? – zaprotestowała. – Chociaż w ten sposób mogę się odwdzięczyć za gościnę.

– Nie ma żadnego odwdzięczania. Ja się cieszę, że Karolina dzięki wam może się zrelaksować  i rozerwać. Była już bardzo zmęczona i odpoczynek połączony z rozrywką jakiej dostarczają dzieciaki bardzo jej służy.

Jak wywołana do tablicy Karolina zjawiła się po słowach Renalda.

– Widzę, że już zdążyliście się poznać – powiedziała.

– Ale nie zdążyłam z obiadem… – zaczęła Aldona.

– Nic nie szkodzi. Wzięłam na wynos z restauracji, mają tam bardzo dobre jedzenie, tanie i do tego ogromne porcje. Pomyślałam, że skoro Reniek przyjedzie, to przyda się jak największa. Na pewno się nie zmarnuje – położyła na stole przyniesione pudełka z jedzeniem.

– Na pewno się nie zmarnuje – powtórzył jak echo Renald zaglądając do środka. – Umili nam czas oczekiwania, bo nie będziemy siedzieć z pustymi brzuchami.

– Oczekiwania na co? – zdziwiła się pani domu.

– Na grilla – odrzekł.

– Chyba na potrawy z grilla – sprostowała. – Grill jest obmurowany na stałe.

– Oj tam, oj tam, nie bądź taka drobiazgowa, kochanie –  przytulił zarumienioną Karolinę do siebie i delikatnie musnął wargami policzek.

– No dobrze, niech ci będzie – mruknęła. – Posiedzimy chwilę spokojnie, a ty nam zrób kawę, dobrze?

Zaledwie usiadły, Reniek jeszcze nie zdążył dotrzeć z kawą na werandę, a już rozległ się gwałtowny, ostry dzwonek do bramki. Aldona podskoczyła na krześle i chwyciła Tinę za obrożę. Karolina zwróciła wzrok w stronę furtki. Stała tam kobieta niecierpliwie bębniąc palcami lewej ręki po bramce, prawą naciskała bez przerwy dzwonek.

– Już idę, idę – zawołała Karolina. – Co się stało? Słucham panią.

– Niech pani nie słucha, niech pani patrzy!

Z bliska Karolina zobaczyła, że kobieta ma zaczerwienioną twarz, a widoczne  spod rękawów  bluzki ręce całe w czerwonych plamach, słowem czerwona była jak przysłowiowy upiór. Poznała ją, miały już kontakt w przychodni. Od razu wiedziała, że to uczulenie.

– Ojej, w stanie wysiewu – powiedziała.

– Znowu? – jęknęła kobieta. – Wysiewa się znowu? Już mi się leki skończyły. Pani przepisze, pani doktor, bo zwariuję, tak mnie swędzi.

– Zapraszam do gabinetu – Karolina wskazała kierunek i zastanowiła się. – A skąd pani wiedziała, że otworzyłam gabinet? Właściwie planowałam zacząć przyjmowanie pacjentów od przyszłego tygodnia.

– Wcale nie wiedziałam. Mieszkam niedaleko i pomyślałam, że pani przecież nie odmówi pomocy…

– Pewnie, że nie odmówię. Będzie pani moją pierwszą pacjentką w nowym gabinecie.

Kobieta wyszła z gabinetu zadowolona i uspokojona.

– Tu u nas jest świeże powietrze – powiedziała wychodząc na zewnątrz. – A ja jak głupia postanowiłam nie myśleć o pracy tylko rozkoszować się piętnastoma minutami spaceru. Szłam do roboty wzdłuż ulicy i powoli, głęboko oddychałam. Dopóki sobie nie uświadomiłam, że wdycham spaliny!

– No tak, zdrowia nie dodały, to pewne – potwierdziła  Karolina. – Na szczęście szybko sobie pani to uświadomiła.

Pożegnała pacjentkę i wreszcie usiadła wziąwszy do ręki filiżankę z  kawą. Grill był rozpalony, Reniek zajął się całą resztą. Widać, że był mistrzem w tej dziedzinie. Opowiadał, że nauczył się w Stanach, bo tam na porządku dziennym jest takie spędzanie wolnego czasu. Zdążyły wypić kawę, Reniek pochłonął w międzyczasie największą obiadową porcję i Tina znów skoczyła do furtki, tym razem cała w radosnych piskach i podskokach. Dzieci wróciły. Za nimi pojawiła się Teresa.

– Matko jedyna, jak ty się tu znalazłaś – zdziwiły się obie panie odstawiając filiżanki po kawie. – Piechotą przyszłaś?

– Zdurniałyście? Czy ja mam tyle lat ile nasze dzieci, żeby latać po polach jak jakaś morowa zaraza? – obruszyła się przyjezdna. – Ogłuchłyście chyba obydwie, skoro nie słyszycie auta.

– Nie miej do nich pretensji – odezwał się Reniek. – Pewnie ja zagłuszyłem, potem Tina się rozszczekała i ogień trzaska paląc się. Taki hałas, że nie było ciebie słychać.

– No właśnie, nie było cię słychać – przytaknęła Karolina. – A macie jakieś plany na wieczór? Może przyjechalibyście wszyscy do nas na grilla?

– Zapraszasz bo wypada, czy naprawdę chcesz? – upewniała się Teresa.

– No wiesz co, małpa jesteś – oburzyła się Karolina.

– Popieram przedmówczynię, małpa jesteś – dodała rozweselona Aldona.

– Przyjedźcie, przyda mi się jakieś męskie towarzystwo – przytaknął Reniek.

– No dobrze, – zgodziła się Teresa. – A gdzie macie koty? Rozglądam się i nie widzę. Coście z nimi zrobili?

– Nic. Mieszkają w pokoju na piętrze. Wiesz, że Mimi nie wychodzi na zewnątrz, a Maciuś siedzi razem z nią – wyjaśniła Aldona.

– O właśnie, – przypomniała sobie pani domu. – Reniek,  idź na górę i przynieś krzesła, żeby wszyscy mieli na czym siedzieć.

– No dobrze, skoro tak, jadę do domu i przekażę wasze zaproszenie – powiedziała Teresa, po czym wsiadła w samochód i odjechała.

Renald poszedł na piętro, do pokoju aktualnie zamieszkałego przez Aldonę i koty. Na jednym z krzeseł siedział Maciuś. Reniek kucnął obok krzesła, a kotek pogłaskał go łapką, powąchał łapkę po czym polizał go po policzku.

– A siedź sobie, później przyjdę po to krzesło – powiedział Reniek i wziął trzy pozostałe.

W piękny, letni wieczór zebrali się wszyscy w ogrodzie Karoliny.

Dorośli zajęli się swoimi sprawami,  Stokrotki zaprowadziły chłopców do małego pokoiku   i przekazały wiadomość dnia.

– Słuchajcie, Monika przyjedzie ze swoją babcią – pierwsza odezwała się Inka.

– Będą mieszkać obok nas, to znaczy tutaj,  koło cioci Karoliny – dodała Linka.

– Na zawsze?- zdziwił się Marek.

– Na jakie zawsze, głąbie – skrzywił się Kuba. – Chyba na wakacje.

– No, na wakacje – przytaknęły siostry.

– Musia zaraz by  powiedziała, że nie zaczyna się zdania od „no” – Maciek zerknął na Linkę….

– No i co z tego? Teraz się nie chodzi do szkoły – Marek stanął w obronie bliźniaczek. – No to kiedy przyjadą?

– Jakoś niedługo.

– Super, to poczekamy na Monikę z pójściem na strych wujka Zygmunta, bylibyśmy świniami gdybyśmy poszli sami.  Pójdziemy też zobaczyć Bramę Zwierzyniecką, ruiny po kopalni „Krystyna” – dodał. – Aha, jeszcze willę „Eliza”, taką starą, do której kiedyś z Krakowa sławni ludzie przyjeżdżali.

– Jacy sławni? – zainteresowała się Inka.

– Nie pamiętam, przecież wtedy nie żyłem – wzruszył ramionami.

– Dowiem się – obiecała sobie dziewczynka.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 13 komentarzy

Niedzielny wieczór

Weekend się kończy. Burzliwy bardzo i nie zanosi się na uspokojenie w żadnej kwestii. Kto sieje wiatr zbiera burzę… czyż nie?

********************************************************************************

… to zdjęcie nazwałam: Bogactwo jesieni – w słoikach śliwki i zalewa, modra kapusta i własne ogórki w miseczkach, poza tym jabłka, cukinia, pomidory, cytryna, cebula, czosnek – oby nam tego nigdy nie zabrakło…

W piątek poszłam do Biedronki w „godzinach senioralnych”, między innymi kupiłam pierogi z serem, które są smaczne, już wypróbowane. Brakowało mi pomysłu na obiad, po czarnym czwartku miałam koszmarne sny i bolącą głowę…
Dla zajęcia rąk i częściowo chociaż myśli wzięłam się za gotowanie. Na obiad były owe pierogi oraz reszta zupy z poprzedniego dnia. Mając z głowy sprawę obiadu zajęłam się „pracą twórczą”. Ugotowałam jajka i warzywa na sałatkę oraz dwa selery na kotlety. Sałatki wyszła duża salaterka. Do kotletów selerowych użyłam złocistej przyprawy do kurczaka. Posypałam obficie i poleżały sobie plastry dłuższą chwilę w towarzystwie przyprawy „przegryzając się”. W tym czasie przygotowałam trzy miseczki: z mąką, rozkłóconymi jajkami i z tartą bułką. W tej kolejności panierowałam i usmażyłam na złoty kolor. Wyszły bardzo smaczne. Zdecydowanie trzeba używać dużo przypraw, żeby uzyskać odpowiedni „efekt smakowy” 🙂
Ugotowałam i utarłam buraczki. Część na dużych oczkach i spróbuję zrobić z nich kotlety, część na drobnych na jarzynkę do obiadu i włożyłam do zamrażalnika, w końcu został pusty. Część surowej włoszczyzny pokroiłam w kosteczkę, wyszło sześć woreczków i również
zamroziłam. Lubię mieć takie gotowce, w razie potrzeby wyjmuję, wrzucam do garnka i podstawę obiadu mam.
Czerwoną kapustę kupiłam, bo przeczytałam nowy przepis (na blogu Darii Ładochy – mamałyga.org), ale oczywiście nie trzymałam się ściśle przepisu, jak zwykle, posłużył mi jako inspiracja. Zamiast soku z cytryny dodałam wodę z octem po śliwkach, z cynamonem i
goździkami. Zagęściłam zasmażką i zachwyciłam się smakiem. Rewelacja!
No właśnie, śliwki przecież! Moja przyjaciółka Marynia robi takie śliwki od lat, ja zmobilizowałam się po raz pierwszy i … kupiłam kolejną porcję śliwek, którą od razu przerobiłam. Bardzo prosty przepis, jedyny wysiłek to wypestkowanie owoców 😉  Ze Szczawnicy przywiozłam sobie bardzo fajne miski do kuchni (nie chińskie, tureckie), korzystałam z takich już wcześniej, nie niszczą się i nie rysują tak szybko jak
te, które mam w domu, widocznie są z jakiegoś innego, trwalszego tworzywa. Akurat przydały się. Połówki śliwek wrzuciłam do miski, zalałam gorącym octem zagotowanym z wodą w proporcji 1:1 (szklanka octu, szklanka wody) z goździkami. Po 24 godzinach zlałam
zalewę (użyłam ją do modrej kapusty) i zasypałam śliwki cukrem, wymieszałam. Na 1 kg śliwek trzeba 1/2 kg cukru. Kiedy cukier się rozpuścił przełożyłam całość do słoików. Jaka pycha, normalnie niebo w gębie 🙂 A mnie się ich nie chciało wcześniej robić!

… to selerowe kotlety, ale nie dzisiejsze, jeszcze zrobione w Szczawnicy, nawet babci D. smakowały…

W niedzielę rano wyszłam z psiepsiołam (to znaczy wcale nie tak rano, zmiana czasu przecież była), korzystając ze spokoju i ciszy na ulicy zrobiliśmy mały spacer. Ostatnio szłam tędy w pełni lata, podczas upałów a tu już jesień… Piękna jest, nie da się ukryć, że piękna. Choć wolę lato to przyznaję, że doceniam i widzę urok jesieni.

Na łące jest mokro, do lasku przeszłam raz w kaloszach, ale jest zbyt grząskie błoto na spacery. Może wyschnie, bo przestało padać i znów wszyscy będą chodzić wydeptanymi ścieżkami jak na wiosnę…

Trzymajcie się zdrowo bez względu na wszystko!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 34 komentarze