Spokój potrzebny od zaraz

Intensywny mam ostatnio czas, brak tego czego najbardziej potrzebuję czyli spokoju. Jest mi niezbędny, żebym mogła pozbierać myśli, zaplanować, zrelaksować umysł, pobyć chwilę sama ze sobą. Mam wrażenie, że zatraciłam zdolność regeneracji w tym nieustannym pędzie dwojakiego rodzaju. Jeden dotyczy obecności i aktywności w świecie materialnym, drugi – szalonej galopady myśli, które się rozzuchwaliły do tego stopnia, iż drwią ze mnie i moich nieskutecznych prób ich okiełznania. Zbyt dużo ważnych spraw się nawarstwiło do
rozwiązania, takich zdrowotno-egzystencjalno-bytowych mówiąc w skrócie bez wdawania się w szczegóły. Gdybym nie miała głęboko i na stałe zakodowanych już (na szczęście) afirmacji z którymi pracowałam od wielu lat – kiepsko by było. Uświadomiłam sobie na szczęście ten stan i zdecydowanie muszę przejąć nad nim kontrolę. Nie mogę pozwolić, by okoliczności zewnętrzne w dalszym ciągu całkowicie rządziły moim życiem, a przynajmniej moim życiem wewnętrznym. Howgh! Jako stary Indianin nie dam się i już 😉
Poczułam się (nareszcie i na szczęście) jakbym się otrząsnęła, obudziła z głębokiego snu nagle i niespodziewanie, i zupełnie mi się nie podoba to, co zobaczyłam.
Trzecim czynnikiem, który muszę, właściwie chcę pokonać to nadmiar przedmiotów, które chcą mnie udusić, dosłownie pożreć (zjeść to zbyt delikatne określenie). Trochę już ruszyłam, najgorzej jest z tonami papierków, papierów, wycinków, zapisków, całych gazet itp. materiałami, które „na pewno się przydadzą i nie można się ich pozbyć”. Wygląda na to, że nie tylko można ale i trzeba, bo mnie zwyczajnie zaduszą. Zaczęłam od wycinków z przepisami. Czasu zajmuje sporo, bo każdy czytam, mam chęć odłożyć i wypróbować. Wtedy druga Anka, ta rozsądniejsza, krzyczy ta tę pierwszą Ankę, żeby przestała chomikować i wyrzuciła. I tak to one dwie, te Anki, spierają się o każdy papierek, a ja muszę to znosić 😉 😉 😉
Teraz chcę Lucii pokazać filiżankę, bo chyba jest taka sama, jaką ona wypatrzyła nie tak dawno temu.

Na koniec jeszcze Franuś.

 Franuś jako malutki kotek 🙂 Czy ten słodziak wygląda, że wyrośnie na pięknego kota o tajemniczym spojrzeniu Rademenesa?

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

Baśkom :)))

Przepraszam, że dopiero teraz, ale najpierw nie mogłam wejść na bloga, a potem nie było mnie w domu i niedawno wróciłam. Od razu spieszę nadrobić zaległości. A więc –

Wszystkim Barbarom, Barbórkom, Baśkom, Basiulom, Basieńkom (oraz używającym innych form imienia) w dniu ich święta 4 grudnia składam serdeczne życzenia zdrowia, bo jest najważniejsze, wielu dobrych ludzi wokół, bo wtedy świat jest jasny i piękny, spełnienia najskrytszych pragnień, oraz  mnóstwa radości, miłości i szczęścia. I żeby każda z Was miała kogo kochać 🙂

Do życzeń dołącza się Franek obiecując pomoc w ich spełnieniu, wiadomo, koty czarować potrafią…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 16 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 22

Dorota przeziębiła się okrutnie, nie pomogły specyfiki z Magdzinego sklepu. Może zbyt późno je sobie zaaplikowała, a może była po prostu już tak bardzo zmęczona, że organizm nie wytrzymał i ogłosił strajk. Poleżała bezczynnie dwa dni, po czym poczuła się lepiej. Zrezygnowała na razie z towarzyszenia Michałowi podczas wizyt u Zosi w ośrodku, częstszych z powodu choroby żony, której stan zaczął się pogarszać. Nie chciała osłabionej kobiety  narażać dodatkowo na zarażenie jakimś wirusem. W celu oderwania się  od wielu poważnych spraw zaprzątających myśli postanowiła przez kilka dni robić zapiski na temat widoku z okna. Oto co uwieczniła.

Dzień pierwszy.

Widok z mojego okna to przede wszystkim skrzyżowanie ulic, kawałek łąki i bazarek. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie zamieniłabym go na żaden inny. Ten pozornie pospolity widok jest pełen niespodzianek. Szczególnie obfitujący w wydarzenia był ostatni tydzień. Koło przystanku autobusowego postawiono kabinę wc. Stała sobie w tym samym miejscu przez wiele miesięcy. Pewnego dnia stwierdziła, że nudne ma życie, nikt prawie jej nie odwiedza. Postanowiła zmienić miejsce. Niestety, nie doszła daleko,  brak nóg uniemożliwia szybkie przemieszczanie się. Gdy rano wyjrzałam przez okno, kabina stała na środku skrzyżowania. Zdziwieni kierowcy omijali tę przeszkodę. Niejeden zastanawiał się co to za dziwny pojazd i jak go ominąć. Co jakiś czas na ulicy powstawał korek. A kabina stała nieporuszona w tym samym miejscu, bo przecież przedmioty tylko nocą ożywają.

Dzień drugi.

Niespodzianka. Na łące pod moim blokiem stoją barakowozy. Dużo ich. Jest wczesny ranek. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Nagle zza krzaków wychodzi zwierzę. Dziwne jakieś, z rogami. Uświadamiam sobie, że to nie pies, do widoku psów jestem przyzwyczajona. To kozioł  spaceruje po łące! Wreszcie znudziło mu się to miejsce i zapragnął zwiedzić okolicę. Udał się na pobliski przystanek autobusowy. Obok przystanku przechodził chłopak z pieskiem. Piesek tak się przeraził na widok dziwnego zwierza, że postanowił na wszelki wypadek bronić się atakiem. Szczeknął na kozła, a ten rzucił się do ucieczki. Przebiegł na drugą stronę jezdni. Tam spacerowała pani z owczarkiem. Nie przeczuwając niebezpieczeństwa spokojnie trzymała na smyczy  psa, który coś wąchał. Nagle przed psem przeleciał kozioł. Pies ruszył do przodu wyrywając właścicielce smycz z ręki. Co za widok! Biegnie kozioł, za nim pies a za nimi kobieta. Ganiali się w kółko przez jakiś czas. Wreszcie kozioł chcąc uwolnić się od natręta pobiegł do metra. Nie udało się autobusem wiec spróbował metrem udać się na wycieczkę. Nie widziałam co dalej się działo. Po jakimś czasie zobaczyłam mężczyznę prowadzącego kozła. Przechodził obok przystanku autobusowego. Wyobrażam sobie miny czekających osób, gdy zobaczyli faceta spacerującego z kozłem po mieście, Nie udała się kozłu wycieczka. Pracownik metra złapał go przed wejściem do wagonu i zaprowadził do jednego z barakowozów.

To był cyrk!

Widok osoby z psem czy nawet kotem na smyczy nie budzi już w mieście zdziwienia, ale spacer człowieka ze słoniem w środku miasta każdy długo zachowa w pamięci. Ja też się zdziwiłam i w pierwszej chwili przetarłam oczy ze zdumienia. 

Dzień trzeci.

Za domem słyszę dziwny odgłos jakby przebiegał tabun koni. Nie, to nie halucynacja. Wyglądam … naprawdę! Cztery kuce galopują po łące. Za nimi kilkoro ludzi. Próbują je złapać.  Konie poczuły wreszcie wolność i przestrzeń. Galopowały po łące tam i z powrotem. Wreszcie im się to znudziło. Pobiegły na jezdnię. Zdziwienie kierowców nie miało granic. Zderzenia z samochodami na ulicach miasta to nic nowego, ale stuknąć się z koniem nie przestrzegającym przepisów, to niespodzianka.

Dzień czwarty.

Wyglądam sobie oknem, prawie cała zdrowa już. Widzę podjeżdżający pod bazarek samochód. Przykuł moją uwagę, bo jakby się wahał, czy ma tu stanąć czy ma odjechać. Jakiś taki niezdecydowany był,  to znaczy, że podejrzany. No i miałam rację! Cóż to znaczy mieć intuicję. Kto wysiadł z auta? No kto? I z czyjego auta? Moja bratowa wysiadła! Agata Zdanowska jak w mordę strzelił! Z auta wspólnika Sergiusza, tego łgarza i krętacza. To już po raz kolejny się zdarza, więc z pewnością coś się za tym kryje.

Na tym skończyły się zapiski Doroty. Nie miała więcej na nie czasu bowiem życie przyspieszyło niespodziewanie przybierając tragiczny obrót. Stan zdrowia żony Michała  pogarszał się z dnia na dzień i zmarła z powodu nagłego zatrzymania krążenia.

Dorota bardzo przeżyła jej  śmierć. Zżyła się z tą biedną istotą w specyficzny sposób, jakby siostrami były, łączyła je więź przywodząca na myśl jakąś wiedzę nie z tego świata, z innego wymiaru.

Wróciły wszystkie wahania, rozterki i myśli, które Dorota uważała za przeszłość, o których sądziła, że odeszły w niebyt. A one wróciły i nie dawały spokoju. Wreszcie powiedziała Michałowi, że jest wolny, że może iść sobie gdzie go oczy poniosą i w ogóle to ona, Dorota, czuje się źle, podle, ma wyrzuty sumienia i nie może na siebie patrzeć. Bartuś przerażony sytuacją i gwałtowną rozmową siedział cichutko, schowany za wersalką, nie zauważony przez dorosłych i dopiero łkanie dające się słyszeć gdy dorośli zamilkli przytłoczeni ciężarem emocji spowodowało ich oprzytomnienie.

– Ty nie chcesz być moją mamą – płakał chłopczyk. – Dlaczego mnie przestałaś kochać? Co zrobiłem? Gdzie teraz będę mieszkał jak mam iść gdzie mnie oczy poniosą? Gdzie to jest?

– Kochanie, to nie tak – Dorota płakała razem z Bartkiem. – Przepraszam cię, źle zrozumiałeś…

– Dobrze zrozumiałem, że już mnie nie chcesz. I tatusia też i mamy sobie stąd pójść…

– Cicho skarbie – próbowała przytulić wyrywającego się chłopca. – Nigdzie nie pójdziecie… Ani ty, ani tatuś. Jeśli będzie chciał… Bardzo was kocham i nie wyobrażam sobie życia bez was…

– To dlaczego tak powiedziałaś? – wycierał zapłakane oczy.

– Bo bardzo było mi smutno z powodu tego, co spotkało twoją mamę Zosię.

– Mnie też jest smutno, ale ona nigdy ze mną nie mieszkała, nie chodziła ze mną na spacer ani do zoo, nie bawiła się ze mną…

– Była chora – cicho powiedziała Dorota głaszcząc Bartusia po główce. – Ale bardzo cię kochała, nigdy o tym nie zapominaj, bardzo.

– Przedtem miałem dwie mamy a teraz co? Ty dalej jesteś moją mamą? Prawda? Jesteś? – upewniał się.

– Tak kochanie, jestem, jeśli tylko tego chcesz.

– I nie każesz iść tatusiowi gdzie go oczy poniosą?

– Nie, nie każę. Pójdzie gdzie i kiedy będzie chciał – powiedziała cicho.

Michał przez czas  rozmowy synka z Dorotą nie odezwał się ani słowem. Teraz podszedł i objął ich oboje.

– Nigdzie się nie wybieram – powiedział równie cicho.

cdn.                                                                          

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 22 komentarze

Od plecaka się zaczęło

Przepakowałam niezbędnik, czyli akcesoria noszone w porze ciepłej w jasnym plecaczku, do plecaczka takiego samego, tylko w czarnym kolorze. Mam jeszcze zielony. Plecaczki rewelacyjne, jeśli chcą być torebkami to nimi są. Jeśli chcą być plecakami to też nimi są. A
kupione gdzie? No gdzie? 🙂  Dla ułatwienia dodam, że w miejsce zakupu iść można najdłuższą promenadą w Polsce, do tego wzdłuż potoku. Można przejść na drugą stronę jednym z nowych mostków-kładek, z których każdy ma swoja nazwę. Jest Most Flisaków, Most Zbójników, Most Zakochanych, Most Michała Słowika-Dzwona, a każdy pięknie udekorowany pelargoniami rosnącymi w skrzynkach zawieszonych na bocznych poręczach. Przynajmniej w tym roku tak było. Można przystanąć, oprzeć się  o poręcz i patrzeć w dół, na płynące w stronę Dunajca wody Grajcarka… Ups, wygadałam się 🙂 🙂 🙂  Już wszystko wiadomo, prawda? No właśnie, a  więc można patrzeć wszędzie, bo wszędzie jest pięknie. Po jednej stronie Grajcarka ciągnie się promenada, po drugiej – chodnik oraz ścieżka rowerowa. Obok chodnika ustawiono głazy dla upamiętnienia słynnych Polaków.


Przed oczami turysty nieustająco przesuwają się urokliwe obrazy. Muszę dodać, że najpiękniejsze zdjęcia znad Grajcarka mam ze Średnią, ale ona nie zgadza się na publikowanie, więc cóż, siła wyższa. Mogę jedynie obiecać, że zrobię nowe fotki podczas następnych odwiedzin mojego kochanego miasteczka.

 

Podczas naszych pierwszych pobytów na drugą stronę potoku można było przejść skacząc po kwadratowych kamieniach (pewnie obrobionych do pożądanego kształtu), których pozostałości widać na powyższej fotografii. Przyszła wielka woda, łagodny zwykle potoczek zbuntował się i z ogromną siłą uderzył w brzeg, zniszczył fragment ścieżki, odbił się od zbocza i dopiero wtedy pognał do Dunajca zabierając ze sobą owe kamienie służące do przejścia na drugą stronę. Co do niektórych się rozmyślał i rozrzucał gdzie miał chęć.  Po wyremontowaniu zniszczonej ścieżki, umocnieniu brzegów potoku metalową siatką, powstały kładki-mostki umożliwiające przechodzenie w kilku miejscach.

Mostu Flisaków tym razem nie sfotografowałam, jest to solidny, prawdziwy most, nie kładka jak tamte trzy. Pod nim Grajcarek spotyka się z Dunajcem. Lubię stać oparta o poręcz i patrzeć w dół, na spienioną wodę, ulegając wrażeniu, że to ja płynę a nie ona 🙂  Jeśli skręcę w prawo  – przejdę  w ulicę prowadzącą do Krościenka, a jeśli w lewo- dojdę  do Pienińskiego Parku Narodowego. Zanim wyruszę do PPN mogę pooglądać stoiska z pamiątkami, regionalne wyroby i właśnie tu kupiłam moje plecaczki, od których zaczęła się dzisiejsza wycieczka.

Tym sposobem dotarliśmy do Dunajca 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 14 komentarzy

Szczególny dzień

Jeśli dobrze zapisałam, to dziś – 27 listopada –  są urodziny Marysi naszej kochanej, Zamyślonej Kobiety w Barwach Jesieni. Niech nam pisze i doradza, opowiada i wspomina, tworzy piękne grafiki i roztacza wokół ciepło, mądrość i urok, jak tylko Ona potrafi. Wszystkiego najlepszego, Maryniu 🙂

Róża kwitnąca w tej chwili w moim ogródku, specjalnie dla Maryni 🙂

Drugie kwiatki – to dla przyjaciółki mojej, kochanej Mary, na pocieszenie i dowód, że nie jest sama tam, gdzie jest, bo dobre myśli i życzenia są obok i krążą, chociaż niewidoczne dla zwykłego ludzkiego oka.

Marcinki też z ogródka, w kolorze rozjaśniającym wszelkie mroki 🙂

Zwróciły w tej chwili moją uwagę słowa Louise L. Hay, właściwie afirmacja,  i pomyślałam, że je tutaj teraz przytoczę dla obu adresatek kwiatów na fotografiach.

W bezkresie życia, w którym jestem,                                                                               wszystko jest doskonałe, całkowite i pełne,                                                                                   a mimo to życie ciągle się zmienia.                                                                                               Nie ma początku i końca, tylko ciągły proces                                                                               przemian rzeczywistości i doświadczeń.                                                                                         Życie nie zatrzymuje się i nie zużywa,                                                                                           w każdej chwili jest zawsze nowe i świeże.                                                                                     Jestem jednością z Potęgą, która mnie stworzyła                                                                         i ta Potęga dała mi moc tworzenia siebie.                                                                                     Cieszę się wiedząc, że posiadam moc umysłu,                                                                         której mogę dowolnie używać.                                                                                                         Każda chwila w życiu jest nowym punktem wyjścia,                                                     umożliwiającym odejście od tego co stare.                                                                             Właśnie ta chwila, tu i teraz, jest dla mnie                                                                           nowym punktem wyjścia.                                                                                                               W moim świecie wszystko jest dobre.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 28 komentarzy

Złota jesień tegoroczna piękna była i długa

Po czterech dniach spędzonych w czterech ścianach, w tym dwóch w stanie kompletnej obojętności na świat zewnętrzny (w trzecim już spojrzałam w tv i się zagotowałam nie wiedzieć po co), wyszłam w niedzielę z domu. Poszliśmy po obiedzie z psiepsiołami w miejsce, w którym mogły się wybiegać. Szilka aż piszczała z radości, kiedy wychodziliśmy z domu. Ona uwielbia, kiedy wybieramy się wszyscy razem. Obwieszcza całemu światu, że idzie z własną rodziną, rozgląda się na boki, zagaduje do spotkanych sąsiadów, podskakuje z radości – to jest coś absolutnie wyjątkowego i cudownego.  Skitkowi jest wszystko jedno, ma na oku głównie moją kieszeń, w której są psie smakołyki 🙂  Na zewnątrz zdziwiłam się, że tak zimno. Wprawdzie Mąż uprzedzał i ubrałam się ciepło, ale mroźne powietrze zaskoczyło mnie. Cóż, koniec listopada przecież, więc niby nic dziwnego, a jednak niespodzianka.   Gdzie nie spojrzeć są już reklamy świąteczne. A ja wrócę do pięknej, wyjątkowo pięknej i długiej w tym roku, złotej polskiej jesieni.

Jeszcze niedawno było tak kolorowo w naszym przyosiedlowym lasku.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 26 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 21

Marcinowi wciąż było głupio z tego powodu, że zawiódł dzieci i przez niego straciły wygraną z Kuferka. Myślał i myślał w jaki sposób mógłby się zrehabilitować w ich oczach. W końcu miał wrażenie, że mózg mu eksploduje od tego myślenia. Spotkawszy Maćka wracającego ze szkoły wypytał chłopca dokładnie co trzeba zrobić, żeby zagrać w Tajemniczą Postać Radia Zet i postanowił, nic dzieciom nie mówiąc, włączyć się w zabawę licząc na wygraną. Maciek obiecał dyskretną pomoc zdając sobie sprawę z faktu, że dorośli nie zawsze ogarniają rzeczy, które dla dzieci są oczywiste.

Skoro więc dowiedział się, że musi wytropić Tajemniczą Postać krążącą po mieście, sam również zaczął krążyć w jej poszukiwaniu. Nie było to proste, bowiem za każdym razem  przebrana była za kogo innego. Marcin nie mógł całymi dniami biegać po mieście, mógł jednakże umawiać się z pacjentami na masaże w późniejszych godzinach, już po rozwiązaniu konkursu. Kilka razy był przekonany, że jest u celu, bowiem tłum ludzi podążał za kimś wyglądającym zgoła niecodziennie, po czym okazywało się, że to pomyłka. Często kto inny był brany za Tajemniczą Postać, zdarzyło się, że na przykład kominiarz albo pszczelarz.

Pewnego dnia wracał Marcin od pacjenta mieszkającego na Starówce. Szedł nie patrząc przed siebie, rozmyślając, że tyle czasu upłynęło od jego wpadki przy Kuferku i nie udało mu się odzyskać reputacji w oczach dzieci. Miał wrażenie, że wciąż wszystkie po kolei patrzą na niego z wyrzutem, traktują lekceważąco i nie chcą z nim rozmawiać zbywając półsłówkami.

Szedł tak sobie i szedł, kiedy nagle wyrosła przed nim tajemnicza postać. To na pewno musi być Tajemnicza Postać! Wprawdzie nie miał przy sobie radyjka, więc nie słuchał i nie wiedział w której części miasta ma dziś grasować, ale to nie może być nikt inny. Któż inny  by się wybrał na spacer cały owinięty bandażami, z wielkim kosturem w ręce? To musi być obiekt jego poszukiwań. Wreszcie go znalazł i będzie mógł dzieciakom pokazać, że wcale nie jest takim gamoniem, za jakiego go uważają. Podkradł się cicho do zabandażowanej postaci i chwycił ją za rękę.

– Mam cię nareszcie – zawołał.

Po czym okrzyk tryumfu zamienił się w okrzyk zdumienia i bólu jednocześnie, bowiem postać zaczęła bez litości okładać go trzymanym w ręce kijem. Uwolniwszy się z uchwytu napastnika zniknęła miedzy kamieniczkami zostawiając ogłupiałego Marcina rozcierającego obite ramię, bezradnie spoglądającego okiem szybko otaczającym się opuchlizną.

– Oj, dostało się panu – powiedział jakiś przechodzący mężczyzna. – My już ją znamy, trzeba uważać, żeby się nie zbliżać do niej za bardzo.

– Co to było? Myślałem, że trafiłem na Tajemniczą Postać Radia Zet – wybełkotał Marcin czując, że warga mu puchnie coraz bardziej.

– Niejeden już oberwał. Nikt nie wie kto to jest naprawdę. Ludzie różnie mówią. Jedni, że oszpecona po powstaniu, inni, że ukochanego w powstaniu straciła i tak jej się porobiło.

Biedny Marcin wrócił do domu wyglądając jak po czołowym zderzeniu z Bronkiem. Posądzony Bronuś zarzekał się, że on na pewno nie miał z tym nic wspólnego. Nawet gdyby miał niecne zamiary w stosunku do kogoś, to z Marcinem nikogo by nie pomylił. Więc to w żadnym wypadku nie on. Magda, zaalarmowana przez Danusię, przybiegła ratować męża zostawiając Aldonę w sklepie na posterunku. Niedługo dołączyła Dorota wracająca z miasta, zatrzymując się jak zwykle w sklepiku. Odkąd Magda sprowadzała nowość niezwykłą, a mianowicie proteinę sojową, często wykorzystywała ją do przyrządzania obiadu. Aldona przysiadła na zapleczu, za ladą stanęła Dorota i oniemiała zobaczywszy przez szklane drzwi podjeżdżający samochód a w nim Agatę czule żegnającą się z mężczyzną siedzącym za kierownicą, którym był nie kto  inny jak Sergiuszowy wspólnik! Żeby tylko nie zachciało się jej wejść do sklepu! Dorota tyłem wycofała się na zaplecze wypychając do przodu Aldonę na wypadek,  gdyby bratowa jednak zapragnęła zrobić jakieś zakupy. Nie musiała się o to martwić, ponieważ w takich byle jakich osiedlowych sklepikach Agata się nie zaopatrywała, nie ten poziom przecież. Ona takich miejsc po prostu nie zauważała. Michał potem powiedział, że chciała się spotkać z Dorotą, ale wobec nieobecności onej, udała się windą w drogę powrotną na dół, nie wyraziwszy chęci oczekiwania. Nie powiedziała też z jaką sprawą przyszła. Dorota uniknęła tym razem spotkania błogosławiąc w duchu przyczynę opuszczenia sklepu przez Magdę.

Marcin – nie zdający sobie sprawy iż został pobłogosławiony przez Dorotę – został odpowiednio zaopatrzony jak to ranny w wypadku, do tego w niezwykłych okolicznościach. Musiał wyspowiadać się ze wszystkich swoich grzechów, opowiedzieć kilkakrotnie o postępowaniu przedsięwziętym w celu zrehabilitowania się za swoje gapiostwo w sprawie Kuferka oraz o poszukiwaniach Tajemniczej Postaci. Małżonka poszkodowanego popukała się wymownie palcem w czoło. Zgromadzone dzieci jednakże doceniły starania rannego i wybaczyły mu jego winy, postanawiając jednakowoż nie powierzać mu nigdy więcej żadnej istotnej tajemnicy. Nie domyślający się ostatniego punktu Marcin poczuł się rozgrzeszony i miał uczucie jakby wielki kamień spadł mu z serca.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 7 komentarzy

Jedyna taka pamiątka

Pomyślałam, że  zamiast wpisu będzie zdjęcie. Na nim są widoczne trzy osoby. Moja babcia oraz mój dziadek, który był leśnikiem, a którego nie miałam okazji poznać. Został zamordowany przez bandę UPA w lipcu 1944 roku gdzieś w okolicach Birczy. To jedyne jego zdjęcie jakie mam. Mały chłopczyk między nimi to mój kochany tatuś, który urodził się 20 listopada 1926 roku. Ma więc urodziny, tzn. od 13 -tu lat obchodzi je Tęczowym Mostem, ale wierzę, że życzenia tam docierają…

Jedyna taka pamiątka…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 12 komentarzy

Kulinarnie w poniedziałek

W kwestii domowych wypieków uprzejmie donoszę, iż w dalszym ciągu u nas w domu króluje jednojajkowiec Lucii. Za najsmaczniejszą wersję uważamy zgodnie tę z jabłkami, czyli właściwie szarlotkę. Poza tym w każdym następnym wypróbowanym przypadku również się zgadzamy 🙂  Wszystkie są równorzędne pod względem smakowitości, bez względu na nadzienie, którym były już konfitury wiśniowe i jagodowe, dżem truskawkowy, morelowy, brzoskwiniowy, porzeczkowy oraz przecier jabłkowy uchowany przez przypadek między innymi słoikami. W sobotę upiekł się z powidłami śliwkowymi.

Oświadczam uroczyście, iż jednojajkowiec jest ciastem jednodniowym ponieważ na drugi dzień już go nie ma, znika i ślad żaden nie pozostaje nawet w postaci okruszynek. Chyba, że jest zrobiony z trzech porcji, wtedy wchodzi na dużą blachę i jego żywot jest nieco dłuższy 🙂 W związku z powyższym murzynek – do czasów rzeczonego jednojajkowca w rankingu Męża zajmujący pozycję numer jeden – zaczyna się pogrążać w mrokach niepamięci.

Tak się prezentuje w trzech odsłonach, jeden to na pewno z jabłkami, drugi nie pamiętam, a trzeci z jagodami, bo widać najciemniejsze nadzienie

Szkic, czyli wpis „na brudno” czyniłam (nie popełniałam) podczas emisji programu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Za tydzień ostatni już, finałowy odcinek będzie. W tej chwili Lukasz Zagrobelny jako Pavarotti śpiewa „Ave Maria”. Zadziwiające, że tak można się nauczyć tak śpiewać w przeciągu tygodnia. Przepiękny tenor. Akurat się trafiło gdy pisałam o jedzeniu, hi hi  🙂 Prawidłowo, bo mistrz lubił dobrze zjeść 🙂

W ciągu ostatniego czasu uczę się zmieniać nawyki żywieniowe. Nie jakoś drastycznie, od dawna staram się w miarę zdrowo gotować, ale teraz z listą dozwolonych produktów w ręku. Na niej wyraźnie napisano, żeby unikać majonezu. I co zrobić? Sałatka bez majonezu? Strząsnęłam z siebie niechęć, ruszyłam głową i dodałam musztardę, olej z pestek winogron (okulistka poleciła na oczy), czosnek, sól, pieprz, paprykę, curry i jedynie odrobinkę majonezu. Smakowała zupełnie dobrze, choć inaczej niż dotąd. Wyglądała równie apetycznie.

Kolory pobudzają apetyt

Inną propozycją na śniadanie czy kolację jest sałatka/pasta jajeczna, z jajek i cebulki plus sól i pieprz, połączone – roztarte z masłem, tak robiła moja mama. Może być zamiennie z majonezem.

Posypana szczypiorkiem z cebuli, którą włożyłam do wody widząc, że wypuszcza zielone pędy i dochowałam się własnego szczypiorku na oknie w kuchni

Zastanawiając się jaką zupę ugotować domownikom – przypomniałam sobie o żurku podlaskim. Nie pamiętam skąd mam przepis, dość dawno zapisałam w zeszycie jako wypróbowany.

Potrzebne są wg przepisu: 2 kostki warzywne, kawałek wędzonej kiełbasy, 2-3 ziemniaki, 2 ząbki czosnku, 2 marchewki, 2 cebule, trochę śmietany, liść laurowy, ziele angielskie, kwasek cytrynowy, cukier, majeranek.

# Do garnka wlać 2 l. wody, dodać 2 kostki warzywne, 4 ziela ang., kiełbasę w kostkę pokrojoną, marchewkę startą na dużych oczkach, cebulę pokrojoną w ósemki oraz ziemniaki w kostkę. Gotować aż zmiękną.

Zamiast kostek zdrowiej będzie dać ugotowany własny wywar z warzyw. Kiełbaskę (tylko odrobinę drobiowej) dodaję pod koniec gotowania. Myślę, że zapach i smak wędzonki można uzyskać w inny sposób, wegetarianie na pewno wiedzą jaki, a ja poproszę o podpowiedź 🙂

# Kiedy ziemniaki zmiękną – śmietanę wlać do zupy ( rozprowadzoną wywarem, w ilości – wg gustu), dodać czosnek zgnieciony, majeranek, szczyptę kwasku cytrynowego i 2 płaskie łyżeczki cukru.

To wg przepisu – każdy sam, zgodnie z własnym gustem doda przyprawy. Zaręczam, że nikt dotąd nie poznał, że nie jest to tradycyjny żurek!!! Jeszcze sobie przypomniałam, że do gotowania dodałam trochę kaszy manny, żeby żurek nie był wodnisty lecz zawiesisty, jak prawdziwy żurek powinien być.

Tak się prezentował na talerzu

Życzę spokojnego, pogodnego i smacznego tygodnia 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 51 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 20

Wyjaśnić należy skąd się wzięły dwa stworzenia, które ostatnio dołączyły do „mafijnego” zwierzyńca, czyli Kot i Sara.

Kot to był kot nad koty, bo przecież żaden normalny kot nie pojawiłby się w pobliżu Azy sam, z własnej woli. Kot po prostu wszedł do pokoju, przemaszerował przed nosem zaskoczonej psicy i został. Działo się to podczas wizyty u mamy Michała, a nadmienić należy, iż na podwórku mieszkało dużo wolno żyjących kotów dokarmianych przez życzliwe dusze. Dorota nie mogła się nadziwić zmianie zachowania Azy. Sunia bez zastrzeżeń zaakceptowała nowego członka rodziny i nikt nie wiedział z jakiego powodu, ponieważ jej stosunek do innych kotów pozostał bez zmian.

Przed nowym szkolnym budynkiem nie wiadomo skąd znalazła się czarna psina. Średniej wielkości, przypominająca wyglądem Abę. Łasiła się do dzieci, niektóre dzieliły się z nią swoim śniadaniem, głaskały, ale po lekcjach wracały do domów. Czarna kulka zostawała sama i kuliła się z zimna pod płotem. Z początku szła za dziećmi, pełna nadziei machała ogonkiem, zaglądała w oczy, lecz dzieci rozchodziły się każde w swoją stronę  i zostawała na chodniku coraz smutniejsza, coraz bardziej zrezygnowana, opuszczona, samotna i nieszczęśliwa obok ludzkiego tłumu, który nie zwracał na nią uwagi jakby była przedmiotem, a nie żywą, czującą istotą.

Chłopcom Steni zrobiło się żal biednej istotki, bezdomnej, marznącej pod płotem, moknącej na deszczu. Zaczęli zanosić jej jedzenie,  zaś ona szła za nimi pod samą klatkę i kładła się pod drzwiami oczekując aż znowu wyjdą. Witała ich jak swoją rodzinę. Chłopcy przypuścili zmasowany atak na rodziców w celu uzyskania zgody na przygarnięcie biedactwa. Stenia była skłonna się zgodzić, lecz Ziutek czujący śmiertelną obawę przed każdym szczekającym czworonogiem, za nic na świecie nie chciał ustąpić. Zapłakany młodszy synek powiedział, żeby tata poszedł sobie mieszkać do babci, bo on woli mieszkać z psem.

Dorota była na Ziutka wściekła. Nie podobał jej się sposób, w jaki traktował Stenię, choć ona ze śmiechem powtarzała: „my jesteśmy zgodnym małżeństwem, zawsze mamy jedno zdanie na każdy temat – zdanie Ziutka”. Stenia zrobiła prawo jazdy, jeździła samochodem, ukończyła kurs rolniczy, żeby mieć uprawnienia wymagane do  posiadania działki po ciotce. Była miła, ciepła, sympatyczna, ogólnie lubiana, pracowała w zawodzie – a była inżynierem z wykształcenia – oraz wyszukiwała prywatne zlecenia dla Ziutka, żeby on mógł sobie spokojnie pracować w domu robiąc to, co żona mu pod nos podstawiła. Poza tym prowadziła dom, zajmowała się dziećmi i mężem na dodatek. Ale zdanie liczyło się jego, jakby on robił wszystko to co Stenia. Ona jednak nie przejmowała się obawami sąsiadek, twierdziła, że wszystkiemu podoła.

– Typowa polska kobieta – zgryźliwie stwierdziła Dorota. – Zamęczy się na śmierć, żeby pan i władca miał pod nos podstawione, żeby absolutnie nie zmęczył się myśleniem, cholera jasna.

No i właśnie Ziutek naraził się Dorocie jakąś kolejną niefortunną wypowiedzią. Kiedy przyszedł do Magdy skorzystać z telefonu jak codziennie, ona siedziała w kuchni rozmawiając z sąsiadką. Zerwała się, zablokowała mu sobą dostęp do aparatu.

– Przygarnij suczkę, jest taka biedna, odpłaci ci sercem, zobaczysz – powiedziała. – Dzieci też uszczęśliwisz.

– Nie potrzebuję takiego czegoś w domu…

– Gdybyś był moim mężem to bym cię otruła albo w nocy gardło poderżnęła –  wysyczała jadowicie wbijając w niego świdrujące spojrzenie.

– No co ty, no co ty… – zaczął mamrotać wycofując się w stronę drzwi i zrejterował porzucając w tempie przyspieszonym Doroty towarzystwo oraz zamysł wykonania połączenia telefonicznego.

Dorota wróciła do kuchni, usiadła na swoim miejscu z niewinną minką.

– Co ten Ziutek? Miał dzwonić i zniknął – zdziwiła się Magda.

– Wiesz, on jest taki … nieskoordynowany… – stwierdziła Dorota.

A dwa dni później na klatce zrobił się ruch niespodziewany. Ziutek pozwolił chłopcom przyprowadzić do domu Sarę, bo takie imię otrzymała czarna sunia.  Dorota oświadczyła wszem i wobec, że złego słowa na Ziutka nigdy nie powie, bo on jest bohaterem. Przemógł swój strach i pokonał obawy, a to wymaga dużej odwagi i hartu ducha. Pogratulowała mu też decyzji. Po jakimś czasie okazało się, że Ziutek pokochał sunię przeogromnie z wzajemnością. I przestał bać się psów.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 4 komentarze