„Widocznie tak miało być” – 42

Dorota została zaskoczona przez bardzo przystojnego mężczyznę, którego spotkała wychodząc z mieszkania ciotki  gdzie podlewała kwiatki podczas nieobecności właścicielki. Zaskoczenie polegało na tym, że nijak nie mogła go sobie przypomnieć, on zaś zachowywał się jakby ją znał sto lat albo dłużej, powitał z wielką radością i wypytywał o całą rodzinę. Kiedy wreszcie dotarł do Sergiusza i okresu studiów, olśniło ją.

– O matko, Miłosz! To naprawdę ty? Dopiero teraz cię poznałam.

– Widziałem, że nie wiesz z kim rozmawiasz i byłem ciekaw, co dalej zrobisz – mówił rozbawiony sytuacją.

– Za skarby świata bym cię nie poznała gdybyś nie wspomniał jak zwialiście z ćwiczeń, żeby zdążyć na koncert i skończyło się złamaniem ręki.

– Aż tak bardzo się zmieniłem?

– Przez tyle lat każdy się zmienia… Oj, no dobra, nie będę kombinować. Pewnie, że bardzo. Było z ciebie takie chuchro, taka bida, że żadna dziewczyna nie zawiesiła na tobie oka na dłużej, co tam będę kręcić. Tak było. Ale teraz… to ho, ho – zaśmiała się. – W niezłe ciacho się przemieniłeś.

– Ty za to wcale się nie zmieniłaś, poznałbym cię na końcu świata. Dorcia, wyglądasz jeszcze ładniej niż wtedy…

– Dobra, dobra, mów mi tak jeszcze, zaraz wyjdę z siebie i stanę obok, bo moja mile połechtana próżność musi znaleźć jakieś ujście – powiedziała rozbawiona.

– Kilku z nas się wtedy w  tobie kochało, ale Sergiusz obiecał, że udusi każdego, który spróbuje cię zaczepiać.

– Aaa, to takie  buty. Porozmawiam ja sobie z tym moim braciszkiem…

– Ja właśnie w tej sprawie – wtrącił. – Ja też chciałbym z nim porozmawiać. Dlatego przyszedłem. Pomyślałem, że może jeszcze mieszka tutaj jego mama i dowiem się jak go znaleźć.

– Od ciotki niczego byś się nie dowiedział bo jej nie ma, wyjechała. Ale jestem ja – szelmowsko zmrużyła oko. – Jeśli powiesz po co ci mój najdroższy braciszek, to może pomogę ci go znaleźć. To nie jest obecnie takie proste.

– Dlaczego? – zdziwił się

– Bo się ukrywa – oznajmiła tajemniczym prawie szeptem.

– Przed kim? – zdziwił się jeszcze bardziej.

– Przed komornikiem i przed prawie byłą żoną – wyjaśniła nie zmieniając tonu.

– Coś podobnego, jak do tego doszło?

– O nie, mój drogi, nic więcej ode mnie nie usłyszysz dopóki się nie dowiem po co szukasz mojego brata. A może jesteś w zmowie z wrogami i chcesz mu zrobić krzywdę?

– Oszalałaś? Ja?

– Skąd mogę wiedzieć? Ludzie się przecież zmieniają, sam się zmieniłeś nie do poznania. Może coś się za tym kryje?

– Chyba się filmów sensacyjnych za dużo naoglądałaś – stwierdził z niesmakiem. – A może pójdziesz ze mną na kawę? Wszystko ci opowiem.

– Na kawę nie pójdę, bo nie mam czasu, ale ty możesz mnie odprowadzić i pogadamy po drodze. Jak nie skończysz zanim dojdziemy, to zajdziesz na kawę do mnie.

– A nie dostanę w łeb od Sergiusza? – zaśmiał się.

– Od Sergiusza nie, najwyżej od Michała. To jak? Idziesz?

– Pewnie, że idę. Niechże po tylu latach spełni się chociaż jedno marzenie i odprowadzę cię do domu – westchnął komicznie przewracając oczami.

Gadali jedno przez drugie i nagadać się nie mogli, nie zdążyli nawet poruszyć zasadniczego tematu, bo tyle innych spraw nazbierało się do omówienia. Doszli więc pod blok Doroty i wjechali windą na górę.

– Kochanie, jestem – zawołała otwierając drzwi, jej wołanie zostało zagłuszone radosnym szczekaniem Azy, które przeszło w głuchy pomruk gdyż za panią ukazał się obcy mężczyzna.

– Co u diabła – z kuchni wyskoczył Michał z nożem w ręce, który bynajmniej nie miał być użyty jako narzędzie mordu lecz służył aktualnie do obierania ziemniaków, czego dowodem był ziemniak trzymany w drugiej ręce.

Równocześnie do przedpokoju wbiegli chłopcy zainteresowani nagłą zmianą głosu Azy, zwiastującą ewentualne ciekawe rozwinięcie sytuacji.

– Czy ja mam szansę ujść z życiem? – spytał wcale nie przestraszony Miłosz.

– O, mamy gościa – zdziwił się Michał. – Nic nie mówiłaś…

– A skąd miałam wiedzieć, że spotkam tego faceta pod domem ciotki i go nie poznam? – parsknęła śmiechem. – Rozmawiałam z nim pewnie kwadrans usiłując sobie przypomnieć kto to może być, zanim mnie olśniło.

– Cześć, Miłosz Rzepecki – wyciągnął rękę do Michała. – Szukałem Sergiusza a trafiłem na Dorcię. Całe szczęście, że akurat się napatoczyła, bo nigdy bym nie znalazł szanownego braciszka.

– Michał Zabawski, witaj, mam brudne ręce, widzisz, domowe obowiązki…

– Wchodźcie chłopaki dalej, będziecie tak stać w przedpokoju? – Dorota wyjęła Michałowi z ręki nóż i ziemniaka. – Umyj ręce i idźcie do pokoju. Miłosz, zjesz z nami obiad?

– Jakby to wyglądało? Nie wypada …

– Akurat ty kiedykolwiek przejmowałeś się tym, co wypada a co nie, Nie uwierzę, że aż tak się zmieniłeś – zaśmiała się pani domu. – A to są nasi synowie – wskazała Kajtusia, Bartka  i Jędrka.

– A ty skąd znas moją mamę? – zapytał od razu Kajtuś.

– Z dawnych czasów – uśmiechnął się Miłosz.

– A kiedy były dawne casy?

– Jak ciebie nie było na świecie.

– To były strasnie dawne casy – stwierdził Kajtuś. – A po co sukałeś mamy? Mas coś dla niej?

– Szukałem Sergiusza i przypadkiem trafiłem na twoją mamę.

– Aha, psypadkiem. A po co sukałeś wujka?

– Kajtusiu, zlituj się – jęknął Michał. – Zamęczysz pana Miłosza.

– To Miłos nie jest wujkiem? – zdziwił się Kajtuś.

– Ależ mogę być, z miłą chęcią – zaproponował Miłosz, któremu się gęba rozjeżdżała w bezustannym uśmiechu kiedy słuchał malca.

– Dobze, jak jus jesteś wujkiem, to mozes zostać i Aza cię nie zezre – powiedział poważnie Kajtuś i wyszedł z pokoju ale zaraz wrócił. – Psecies nie powiedziałeś po co sukas wujka.

– Sergiusza? – upewnił się gość.

– Noo…

– Nie mówi się „no” tylko…- zaczął Michał.

– Psecies wiem, ze „tak” ale mi się nie chce. No to wujek powies wrescie po co sukas wujka?

– Mam do niego sprawę, pewną propozycję – Miłosz próbował mówić poważnie ale nie wytrzymał, patrząc na minę Kajtusia nie zdołał się opanować i parsknął śmiechem.

Wiadomo, że śmiech jest zaraźliwy i Michał też się uśmiechał, Dorota zajrzała zainteresowana.

– To jakaś wesoła propozycja musi być – zauważyła. – Zaraz podam obiad i wszystko zeznasz jak na spowiedzi.

Okazało się, że Miłosz wygrał konkurs na projekt obiektu sportowego w Szwajcarii. Sam pomysł zakiełkował mu w głowie dawno temu, jeszcze w czasie studiów. Podzielił się wtedy swoją wizją z przyjacielem i w ramach rozwijania twórczej wyobraźni stawiali zamki na lodzie. Mnóstwo tych zamków zbudowali. Część z owych planów wykorzystał w konkursowym projekcie. Machnąłby ręką na wszystko gdyby nie wygrana, lecz teraz poczuł się w obowiązku odszukać Sergiusza i przypomnieć mu o dawnych marzeniach, z których część  teraz miała szansę nabrania realnych kształtów. Chciał, by dawny przyjaciel wziął udział we wcielaniu w życie projektu, który kiedyś wspomógł wyobraźnią i fachowymi radami.

Dorota poczuła, że świat wokół pojaśniał. Zobaczyła światełko w tunelu, realną możliwość wyjścia z impasu, ratunek dla brata. Miłosz zaś objawił się jej jako posłaniec dobrej nowiny przysłany z innej planety. Siedziała bez ruchu wpatrzona w gościa z rozanielonym wyrazem twarzy.

– Dorcia, co ci? – zdziwił się nieświadomy posłaniec. – Czemu mi się tak dziwnie przyglądasz?

– Kochanie, hop, hop, tu ziemia –  zamachał ręką Michał przyzwyczajony do nagłego „zawieszania się” ukochanej.

– To u mamy normalne jak się zamyśli – skomentował bez emocji Jędrek.

– Albo jak ma nowy pomysł to tes się nie rusa – dodał Kajtuś.

– Miłosz, czy ja dobrze zrozumiałam? – odezwała się „odwieszona” Dorota. – Chcesz go wciągnąć do tego swojego projektu i zabrać na trochę do Szwajcarii?

– Dokładnie to miałem na myśli.

– To jest…to jest genialny pomysł! Oderwie się od tutejszych spraw, zarobi na spłatę kredytu… bo zarobi, prawda? Miłosz?

– Warunki finansowe rysują się w bardzo jasnych kolorach – odpowiedział.

– Przyjmijmy, że zarobi – powiedziała do siebie.- Biedroneczkę albo weźmiemy do siebie albo będzie u ciotki…

– Jaką biedronkę? – zdziwił się Miłosz.

– Nie biedronkę, tylko Biedroneckę – sprostował Kajtuś. – To córecka wujka.

– Aha, rozumiem. A jej mama nie może się nią opiekować?

– Agata? Czyś ty zgłupiał? –  krzyknęła Dorota. – Właśnie o to chodzi, żeby ona dziecka w swoje łapy nie dostała.

– Jak to? Dlaczego? Ma zabrane prawa?

– Jeszcze nie, ale sprawa jest w toku – odpowiedział Michał. – Nasza kancelaria ją prowadzi.

– Michał, ona naprawdę znowu wyjechała? – spytała Dorota.

– Naprawdę. Powiedziała, że skoro mała pojechała z babką na wakacje, to ona nie musi tu gnić. Podejrzewam, że pojechała do Sergiuszowego byłego wspólnika.

– Przecież nie ma go w domu. Jak idę z psicą zaglądam do okna, jest zawsze ciemno odkąd zniknął. Mieszka niedaleko – wyjaśniła Miłoszowi. – Pytałam nawet znajomej od psa, która mieszka w tej samej klatce, ale go od dawna nie widziała. Natomiast poznała Agatę na zdjęciu, wielokrotnie ją spotykała w drzwiach, albo na klatce, albo przy windzie. Tak więc mamy dowód na konszachty. Na wszelki wypadek, jakby ktoś nie wierzył w moje słowa i zarzucił mi kłamstwo.

cdn.

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 10 komentarzy

Wieczorny spektakl

Wczoraj wieczorem na niebie rozgrywał się spektakl. Robiłam zdjęcia, bo było to niesamowite widowisko choć na fotkach nie wygląda aż tak wspaniale jak w rzeczywistości. Ponieważ ciąg dalszy wakacji, pokażę je bez poważnych tekstów, na które wciąż nie mam ochoty. Zresztą… jutro 1 sierpnia, a kolor  wczorajszego nieba może się chwilami kojarzyć…

Jutro o godz. 17-ej głos syren przypomni tamte chwile sprzed lat…

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 23 komentarze

Wakacje jeszcze i wciąż :)

Wciąż jeszcze są wakacje, prawdziwe, nie wymuszone covidem. Jednak kiedy w tv patrzę na tłumy ludzi np. na Śnieżkę próbujących się dostać, ogarnia mnie przerażenie. Setki ludzi, człowiek na człowieku, dmuchających na siebie, twarzą w twarz – to jest obraz straszny. Tylko czego obraz? Niewiedzy? To wydaje się niemożliwe w dobie zalewu informacji bombardujących nas z każdej strony. Głupoty, skrajnej nieodpowiedzialności, popierania spiskowej teorii, że wszystko wymyślone, żadnego covida nie ma,  a ciężarówki we Włoszech wywożące ciała zmarłych to fotomontaż? Chciałoby się wołać: ludzie, opanujcie się, załóżcie chociaż maseczki będąc w tłumie, żeby ochronić innych przed zarażeniem. Myślę o tym, bo wprawdzie ograniczam wyjścia „do ludzi” ile mogę, ale pewne sprawy trzeba załatwiać osobiście i wtedy jestem narażona na kontakt w różnych miejscach z różnymi osobami i zwyczajnie boję się, że ten ktoś bez maski  „poczęstuje” mnie wirusem, który dla mnie jest śmiertelnie niebezpieczny ze względu na „choroby współistniejące”, które akurat płuca moje męczą. Tak rozmyślam o tym wszystkim ponieważ jutro mnie wizyta czeka kontrolna u laryngologa. Kiedy byłam poprzednio trzeba było przed wejściem wypełnić formularz z podaniem swoich danych, aby można w razie jakiejś zakażonej osoby łatwo odnaleźć wszystkich mających z nią kontakt, czyli będących w szpitalu w tym samym czasie – tak myślę. Bardzo słusznie, niemniej jednak strach przed zagrożeniem rośnie w takich chwilach.

Wystarczy smutnych rozmyślań. Nie miałam czasu siedzieć w Lapciu i Was odwiedzać,  weekend był gwarny i wesoły, dziś też miałam Calineczkę, która mnie do łez ze śmiechu doprowadza swoimi wypowiedziami. Usłyszała gdzieś o piłce nożnej i piłka, która jest u nas od  czasu gdy Średnia była mała i którą ona się teraz bawi to jest – „piłka noźna”. I słyszę: daj moją piłkę noźną, gdzie moja piłka noźna itd.  Pytam:-przyjdziesz zjeść? Pada odpowiedź: -nie. Dlaczego?- pytam. Pada odpowiedź: – jeśtem ziajenta, baldzio ziajenta. Pytam: – co robisz? Słyszę: – placiuje. Dopytuję więc: – ale jak pracujesz? I słyszę: – baldzo cienśko placiujem, baldzio cienśko…  Powaliła mnie nie na kolana lecz na trawę 🙂

Poza tym wstałam raniutko, zobaczyłam na trawie motyla. Motyli jest teraz bardzo dużo, u sąsiadów rośnie krzew z fioletowymi kwiatami w formie kiści, nad którym aż się roi od motyli.

…dla porównania – bo mi się skojarzyło – z bliska kwiat octowca…

Wyszliśmy z psiepsiołami na łąkę od strony sąsiedniego osiedla, przez naszą furtkę się nie da takie są teraz za nią zarośla. Tam spotkaliśmy szczenisię maltankę, przecudną białą iskiereczkę 🙂 Próbowała tych moich starszych państwa rozruszać, ale tylko Skitek wykazał nikłe zainteresowanie przez chwilę. Szilka mruknęła na nią jak na niegrzeczne dziecko i usiadła. Niby po co ma stać jeśli może siedzieć skoro Anka wdała się w pogawędkę z panią od szczenisi i  nie wiadomo ile te dziewczyny będą gadać.

…czyż nie cudna jest ta uśmiechnięta pysia, słodziaczka malutka 🙂 …

Potem wyszliśmy z łąki, kawałek przeszliśmy do skrzyżowania, przy którym rośnie bardzo stary i bardzo piękny kasztan. Ocalał z pogromu podczas remontu i poszerzania ulicy. Miał to szczęście, bo niestety, przepiękne ozdobne dęby tego nie przeżyły, zostały bezlitośnie wycięte. Miałam nadzieję, że ten kto planował drogę i ścieżkę rowerową jednak ocali je i wkomponuje w całość planu, ale to były tylko  moje pobożne życzenia, które się nie spełniły.

W drodze powrotnej – już w osiedlu – urzekł mnie kwiat mrugający zza płotu 🙂

A w chwilę później rozległy się głosy, które do złudzenia przypominały płacz dziecka, gaworzenie i nie wiem jakich mogłabym użyć onomatopei, żeby choć w przybliżeniu oddać to, co słyszałam. To była dyskusja Franka z Puchatym na temat: kto tu rządzi. Dyskusja byłą długa i w końcu panowie wzięli się za łby i poleciało „pirze”. Ze też chłopaki zawsze muszą się bawić w wojnę bez względu na rasę i gatunek…

Na koniec moja pelargonia (identyczną dostałam rok temu od Myszki), której do dziś zostały dwa kwiatki, resztę babcia urwała i włożyła między kartki książeczki z krzyżówkami razem z nieprzeliczalną ilością liści. Ale nic to, obyśmy zdrowi byli.

A więc trzymajcie się zdrowo!!!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 31 komentarzy

Wakacyjne klimaty

Korzystając z obecności Średniej – pojechaliśmy z Szilką kilka dni temu do kliniki na Ursynów. Średnia została ze Skitsem i babcią D. dlatego mogliśmy spokojnie opuścić domowe pielesze. Chcieliśmy sunię zaszczepić, bo pora po temu, ale też przy okazji zasięgnąć porady w kilku innych kwestiach. Bo się coś na łokciu zrobiło, bo ząbek chyba boli i co z tym fantem zrobić… Okazało się, że – na szczęście – na łokciu tylko modzel, nic
groźnego, nie zagraża życiu. I nie ząbek tylko ucho i dlatego ból promieniował na całą szczękę. Dlatego jeść nie mogła niczego twardego i nawet przy zakładaniu szelek mówiła, że coś się dzieje. Szczepienie się odwlekło w czasie, ale przynajmniej Szilunia już nie czuje bólu. Miała kilkakrotne płukanie ucha, wkrapiane kropelki i żel na dziąsełka. Czeka nas teraz wizyta kontrolna i czyszczenie kamienia po wakacjach.
Żeby było śmieszniej to i moje ucho odezwało się po dwóch latach. Na szczęście zdalnie dostałam skierowanie do laryngologa, udało się na wizytę na NFZ zapisać do tego samego pana doktora co 2 lata temu! Byłam przygotowana na zapłacenie za wizytę bo przecież z chorym uchem trudno funkcjonować normalnie, ale ponieważ kartę miałam z poprzedniego razu i nowe skierowanie – to było na NFZ. Pełnia szczęścia. Leki wprawdzie na 100% ale zmieściłam się w sumie poniżej 100 zł. więc znowu radość 🙂
Babcia D. ma fazę układania kamyków. Na całym tarasie i na schodach układa kamyki. Bierze je spod domku, bo nimi wysypany jest kawałek między domkiem a ścieżką i bezustannie układa, układa, układa… Poza tym zrywa kwiatki, listki i co tylko się da, i chowając przed nami zanosi do siebie. Pod ceratę na stolik na tarasie wkłada liście i kwiatki. Chciała z pewnością ususzyć, ale zgniły, śmierdziały i zanim się zorientowałam co tak cuchnie – trochę trwało. Teraz już wiem o co chodzi, po prostu spod ceraty codziennie wyjmuję i wyrzucam kiedy ona nie widzi. Trudno, niech rwie co chce, ma dzięki temu ruch. Schyla się, kuca, podnosi, układa – inaczej leżałaby plackiem w pokoju i w krótkim czasie nie mogłaby się wcale ruszyć.
Odkąd odważyłam się pierwszy raz zrobić kluski śląskie z powodzeniem – robię je często. Okazało się, że wszystkim smakują, dzieciakom też. W sensie dzieciakom dwunożnym, choć i czterołapne wrąbałyby wszystko w momencie 😉 Teraz z premedytacją gotuję więcej
ziemniaków i kiedy się ich trochę uzbiera – robię kluski. Jeszcze się nie znudziły. Ukisiłam też kapustę, jedną główkę w kamionce. Zachęciła mnie do tego Mary opowiadając przez telefon jak to ona zrobiła i niesamowicie pyszna wyszła. Pomyślałam, że i ja spróbuję.
Spróbowałam i uznałam próbę za udaną.

…z usmażoną cebulką…

…pyszna, mniammm…

Najbardziej lubię te dni, w których nic nie muszę, czyli nie muszę wychodzić nigdzie i po nic. Spacery z psami nie liczą się jako „wyjście”, bo to w mojej wsi albo na moich terenach łowieckich – jak mawiałam gdy się bawiłam w Winnetou 😉 Spacer o poranku lubię najbardziej. Oczywiście gdy aura spacerom sprzyja, gdy jest ciepło, ale jeszcze nie duszno, gdy słoneczko świeci ale nie przypieka, gdy rosa iskrzy się na trawie, a powietrze pachnie oszałamiająco świeżo i orzeźwiająco. Teraz mam dodatkowy bonus – robią remont przejazdu kolejowego, ulica zamknięta dla samochodów, a więc cisza, spokój, normalnie raj na ziemi 🙂

…wychodząc z osiedla kierujemy się w stronę działek obok rosnącego zboża na polu, po którym czasem przemykają sarny, dawniej dziki, których już nie ma, lisy, skrzeczą bażanty…

…przechodzimy nad strumyczkiem…

…mijamy sporą posiadłość, tam biegają kurki, które kiedyś już pokazałam…

… a wzdłuż działek rośnie wszystko co sobie można wyobrazić…

…widać śliczny domek, jeden z wielu…

…zachwycam się brzozami, które kocham, a których białe pnie jeszcze ładniej wyglądają obok jarzębiny…

… octowiec, czyli chyba sumak prawidłowo zwany, może to i chwast – bo rozrasta się jak szalony – ale jaki piękny!…

… cudowna plątanina zieleni…

…i korale już prawie czerwone niczym wino…

… tory z jednej strony…

… tory z drugiej strony…

… i panna dziewanna…

… a to chyba pan krwawnik…

…i kwitnący szczaw koński, który babcia suszyła na lekarstwo dla Małego oraz inna roślinność łąkowa…

… tu już nie wiem co, chyba rodzaj ostu, ale różowy…

… to obrazek dla malarza pt. łąka latem…

… iglaste i liściaste, na dodatek orzechy już spore widać…

… koniec działek z jednej strony…

… i czas do domu…

… obok tego samego pola szumiącego zboża…

No i czyż świat nie jest przepiękny, cudowny w każdym miejscu? Tylko trzeba mieć oczy otwarte i podczas spaceru pozwolić odpłynąć problemom, nie myśleć o nich. Pozwolić, by to piękno, które jest wokół nas – niezależnie od wszystkiego – do nas dotarło. A sobie pozwolić na chwilę zresetowania (jak teraz się mówi) umysłu, na nacieszenie się tym co widzimy. Nie darmo mędrcy mówią: jak spacerujesz to tylko spaceruj, skup się na tym co robisz i nie zajmuj myśli tysiącem innych spraw, niech one na tę chwile odpłyną…

Wiecie, że uwielbiam robić zdjęcia,  chociaż moje Szczęście twierdzi, że robię kilka takich samych i po mi to – ja w każdym widzę inne szczegóły i wszystkie podziwiam. Oczywiście podziwiam nie dlatego, że ja je zrobiłam tylko dlatego, że uwieczniają się  cudne miejsca i momenty czasem niespodziewane zupełnie i dostrzegam je dopiero oglądając w domu. Dzisiejsze są wakacyjne, takie właśnie miejsca widzimy będąc poza miastem, na wsi, w jakimś gospodarstwie agroturystycznym, u cioci czy babci, a ja znalazłam takie fragmenty w najbliższym otoczeniu i dzielę się, abyście – oglądając –  przez chwilę poczuli się jak na wakacjach.

Udanego weekendu!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 48 komentarzy

Moja siostra

21 lipca 1949 roku urodziła się moja siostra Lucyna. Najpierw nazywano ją Lucynką, kiedy podrosła nienawidziła tego zdrobnienia, kazała mówić na siebie Lucy i tak zostało. Oczywiście przezywałam ją różnie, ona mnie też jak to wśród rodzeństwa bywa. Była Lucynda, był Lucyfer, była Lutencja, poza tym jędza, krowa, małpa zielona, roznoga kaczaniasta, zmora przebrzydła, pituła bosa oraz mnóstwo innych podobnych bardzo pieszczotliwych określeń 😉  Potrafiłyśmy się tłuc prowadząc jednocześnie kulturalną rozmowę na temat czytanych własnie książek posługując się cytatami 😉  Miałyśmy świra na punkcie książek, jak zresztą mama i tata, taka genetyczna przypadłość 😉

A teraz skrócona kronika rodzinna.

Bardzo lubię to zdjęcie rodziców zrobione jeszcze przed ślubem

Tu już z malutką Lucynką

Lucynka z mamą

Ówczesna moda dziecięca była kształtowana towarami dostępnymi na rynku oraz umiejętnościami mam i babć w kwestii szycia i dziergania

Lucynka i jej wypasiony kabriolet 😉

Tu już z Anią trzymaną przez mamę na rękach

Na komunii Lucy z kokardami, które Bognnę doprowadziły do śmiechu, mnie zresztą też 🙂 poza tym z babciami, mamą, rodzicami chrzestnymi i Anią, tata robił zdjęcie

Zabójczy lok na głowie 🙂

Na drodze przed domem dziadków w Tenczynku na tle Buczyny. Zauważcie, że Ania jest w tej samej sukience co Lucynka na wcześniejszym zdjęciu, tak się nosiło, nic nie mogło się zmarnować

Pamiętam tę fotografię, była zrobiona tuż po maturze, już w „dorosłej” fryzurze

Zazdrościłam siostrze kręconych włosów, zawsze chciałam takie mieć

Nie dała się więcej namówić na zapuszczenie włosów i mówiła, że lubi krótkie

Z ukochaną sunią Abą

I co ja  mogę powiedzieć? Że bardzo mi jej brakuje, że chciałabym się z nią znów pokłócić, posprzeczać, porozmawiać o rodzinie, która już odeszła, powspominać, przytulić… Oni wszyscy już za Tęczowym Mostem się spotykają, z naszymi psami i kotami i mogą się śmiać z naszych ziemskich problemów, które im się wydają dziecinnymi bzdurkami…  Tak sobie myślę…  W każdym razie, siostrzyco kochana, dobrze, że Cię miałam i mam… Do zobaczenia w następnym odcinku rodzinnej kroniki 🙂

A Wam moi kochani zaglądający życzę dobrego tygodnia. Zdrowego!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Tenczynek | 41 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 41

Podczas poprzednich wakacji zdarzyła się rzecz niesłychana  – a mianowicie zgodnie z przysłowiem, że góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze może – okazało się, że tata Teresy i wujek Juranda, Zygmunt,  znają się z okresu wojny, pracowali razem w krakowskich tramwajach i wspólnie płatali różne psikusy, jak to młode chłopaki. Z ogromnym wzruszeniem odbyli pierwszą rozmowę przez telefon. Potem kontaktowali się często, a zobaczyli się pierwszy raz od wojny kiedy Jurand przywiózł wujka do swego domu na Ursynowie. Starsi panowie najpierw długo nie mogli wydobyć z siebie głosu, który ugrzązł im gdzieś bardzo głęboko w gardłach, długo ściskali sobie ręce i poklepywali się po plecach zanim wreszcie mogli przemówić. Wszyscy obecni się wzruszyli, cała rodzina wycierała załzawione oczy.

Pojechali oczywiście do Cięciwy, Dziadek chciał tam ugościć przyjaciela z młodości. Helenka z Kaziem również zostali zaproszeni, jakże by mogło być inaczej. Zresztą, czuli się tak, jakby znajomość trwała od dawna. Pewnie dlatego, że bardzo dobrze znali z opowiadań wybryki młodych chłopaków.

– A pamiętasz to, a pamiętasz tamto,  a to, a jak…

Chłopcy patrzyli z zapartym tchem i słuchali z uwagą, jednak ilość informacji była zbyt duża i dotyczyła prehistorycznych czasów, kiedy Dziadek był młodym chłopakiem, więc natężona uwaga odmówiła współpracy na dłuższą metę, zaczęli się poszturchiwać i przepychać, jak zwykle.

– No, panowie, spokój – wtrącił się Dziadek. – Zachowujcie się przyzwoicie i nie róbcie mi wstydu przed kolegą.

– Nie robimy ci wstydu, dziadziu, tylko tak dużo mówicie, że nie nadążam rozumieć – powiedział Kuba.

– Czego nie zrozumiałeś – uśmiechnął się do wnuka.- Chętnie ci wytłumaczę.

– Ja też – dodał wujek Zygmunt. – Młode pokolenie, szczególnie tak bardzo młode, różni się od naszego w tym samym wieku o całe lata świetlne. Nic dziwnego, że mają problem ze zrozumieniem.

– No to na przykład… – zająknął się Kubuś, – ten ba…badist w czerwonych majtkach, co to takiego?

Marek spojrzał na Kubusia jak na wariata i zaczął się z niego nabijać, czego ten znieść nie mógł w żadnym wypadku. Maciek zareagował jednakże natychmiast, chwycił obu braci za kark i unieruchomił. Nie na długo, lecz na chwilę wystarczającą by obaj oprzytomnieli i uspokoili się.

– Ot, Andrzejku, jakie to koguciki ci się wyhodowały – zaśmiał się Kazio.

– Nie ma się z czego śmiać, Marku, – powiedział wujek Zygmunt. – Ty od dziecka słyszałeś opowiadania o tamtych latach, więc pewne rzeczy są dla ciebie jasne i oczywiste. A wy, chłopcy, nie mieliście z tym do czynienie z bliska, że tak powiem, to i nie dziwota, że nie wszystko rozumiecie.

– A więc wracając do pytania Kuby – Dziadek spoważniał. – Baudienst czyli Służba Budowlana w Generalnej Guberni to była taka forma pracy przymusowej w okupowanej przez hitlerowców Polsce.

– Utworzono ją na podstawie zarządzenia  Generalnego Gubernatora  w grudniu 1940 roku – wtrącił Kazio. – Też coś wiem na ten temat..

– Właśnie tak – podjął wujek. – Celem było utworzenie dyspozycyjnych oddziałów, takiej…no,  siły roboczej, oraz nauczenie dyscypliny i wydajnej pracy, tak nam tłumaczyli. Rekrutowano mężczyzn od osiemnastego roku życia do sześćdziesiątego.

– Czasem dobrowolnie, ale raczej z poboru, bo młodzi chłopcy uchylali się od takiej służby u szkopów, poza tym była słabo płatna i bardzo wyczerpująca fizycznie – dodał Kazio.

– Żeby mieć wszystkich junaków na oku, aby łatwiej było pilnować…

– Co to junak? – Kubuś próbował nowe wiadomości logicznie ułożyć sobie w głowie.

– Tak nazywano nas, chłopaków. Grupowano nas w obozach i mieszkaliśmy w barakach – mówił dalej wujek. – Trafiłem tam przypadkiem. Złapali mnie kiedy byłem u kolegi  i nie miałem innego wyjścia, musiałem się zgodzić, bo powiedzieli, że mnie do Oświęcimia wyślą, do obozu koncentracyjnego. Pracowaliśmy w kamieniołomie w Czatkowicach. Kazali nam chodzić w czerwonych gaciach, żeby z daleka było widać czy któryś nie ucieka. Jak tylko ktoś zboczył ze ścieżki to strzelali.

Zapadła cisza, starsi panowie podążyli w krainę wspomnień ku bliskim i znajomym w owym świecie przebywającym… Młodzi uszanowali tę chwilę z całą swą młodzieńczą  wrażliwością. Wreszcie Maciek przerwał.

– Wujku, byłeś w partyzantce?

– Oczywiście.

– To znaczy, że musiałeś z tego bau…dinstu nawiać? Jak to zrobiłeś?

– Ano, miałem iść na przepustkę. Fryce powiedzieli, że jak nie wrócę, zabiją moją matkę. Pomyślałem sobie, że mama pracuje i mieszka teraz w Krakowie, więc jej nie znajdą. Mnie złapali przecież, kiedy szedłem od kolegi. Z całą beztroską młodości postanowiłem nie wracać do baraków. Przekradłem się do ciotki, u której mieszkała moja babcia. Ukryły mnie na piętrze w środkowym pokoju, do którego drzwi zastawiały w ciągu dnia szafą. Gdyby ktoś obcy wszedł na górę, myślałby, że są tam dwa pokoje, nie trzy. Wychodziłem tylko w nocy, żeby nikt mnie nie widział, przecież za przechowywanie zbiega rozstrzelaliby całą rodzinę. Później miałem towarzystwo, dołączył do mnie Wiesiek, granatowy policjant, który miał dość patrzenia na hitlerowskie gęby i nie wrócił na posterunek zatrzymując broń. Mieliśmy dużo czasu na rozmowy, bo cały dzień spędzaliśmy przecież za szafą. Dużo się od niego nauczyłem.

– Na przykład czego? – chłopcy byli zaciekawieni.

– A choćby rozkładać karabin na czynniki pierwsze, czyścić, składać. Wiedzę o różnej broni miałem dzięki temu w jednym palcu.

– Fajnie miałeś – tęsknie powiedział Kuba.

– Ty durny jesteś? – Marek spojrzał z wyrzutem. – Jak fajnie?! Wojna przecież była! W każdej chwili groziła śmierć!

– Wujku, opowiedz jeszcze o partyzantce – prosili Kuba z Maćkiem. – Co robiliście, co ty robiłeś, gdzie byłeś…

– Chłopcy, koniec na dzisiaj – zadecydowała Teresa. – Zlitujcie się nad wujkiem. W Tenczynku będzie ciąg dalszy opowiadań. Podczas wakacji wujek wam nie tylko opowie ale i pokaże różne ciekawe miejsca związane z akcjami i z partyzantami.

– Zgoda – powiedział wujek. – Umawiamy się na dalszy ciąg opowieści w czasie wakacji.  Trzeba taką wiedzę przekazywać młodym, żeby mieli świadomość do czego potrafi doprowadzić nienawiść i nietolerancja.

– A przede wszystkim ciemnota, głupota i podłość – dodał Dziadek.

– O to to – zgodził się Kazio. – Trzeba im mówić, żeby znowu ta faszystowska hydra łba nie podniosła, bo wiadomo, że tylko czeka na sposobność.

– Oj, co za bzdury – oburzyła się Teresa. – Mamy niedługo koniec dwudziestego wieku, to niemożliwe jest, nie-mo-żli-we – powtórzyła.

– Obyś miała rację – zamyśliła się  pani Basia.

– Przecież na szczęście mamy zjednoczoną Europę jak jeszcze nigdy. Jest szansa, by wejść do Unii i nareszcie jeździć po świecie bez przeszkód. Dzieciaki będą już w tym nowym świecie żyły, będą mogły się uczyć i pracować gdzie zechcą. Fantastycznie! Nigdy jeszcze tak dobrze i bezpiecznie nie było, od dwóch tysięcy lat, rozumiecie to?

– My rozumiemy, ale półgłówków chcących tę perspektywę zepsuć nie brakuje, uwierz mi i nie podniecaj się aż tak bardzo – powiedział Dziadek.

– Jak ktoś normalny mógłby nie chcieć, żeby jego dzieci miały dobre życie, perspektywę rozwoju i sukcesów przed sobą w takiej dziedzinie, jaką sobie wybiorą. Żeby się mogły uczyć na każdej uczelni w całej Europie, żeby nie musiały się wstydzić dulszczyzny, kołtuństwa i zaściankowości…

– A skąd wiesz, że im przeszkadza ta dulszczyzna? – spojrzała pani Basia z dziwnym smutkiem w oczach. – Część naszych rodaków dobrze się czuje tylko w zaścianku. Nie myl ze szlacheckim zaściankiem. Chodzi mi raczej o brodzenie w gnoju po kostki albo i po kolana. Oni są szczęśliwi tylko wtedy, kiedy w tym gnoju mogą utopić sąsiada, któremu się lepiej powodzi. A jemu jest lepiej bo pracuje. To zaś nie pasuje temu pierwszemu. Więc nie tylko go utopi, ale zniszczy mu, dajmy na to, obsiane pole i maszyny, podpali stodołę z plonami, zgwałci córkę i połamie nogi synowi…

– Rany boskie, co ty mówisz – Teresą wstrząsnął zimny dreszcz.

– Prawdę Tereniu, prawdę.

– To nie może być prawdą w dzisiejszych czasach! Owszem, dawniej tak, zgadzam się. Lecz teraz? Nie ma już analfabetyzmu, ludzie mają dostęp do książek, telewizji, informacji wszelkiego rodzaju i wiedzy. Przecież każdy chce lepszego życia.

– Ale nasz rodzimy kołtun nie zniesie niczego lepszego u sąsiada, uwierz mi, to się nie zmieniło i jeszcze pokolenia przeminą zanim się zmieni. Albo i nie.

– Nie wierzę. Teraz jest moment na rozwijanie się społeczeństwa obywatelskiego, kiedy jak nie teraz? – zaperzyła się Teresa. – Po raz pierwszy od początku świat mamy możliwość pójścia do przodu…

– Dajcie już spokój, dziewczyny kochane – przerwał córce pan Andrzej. – Z perspektywy wieku, czasu i doświadczenia  mówię ci, córciu, że najlepiej się nie gorączkować, obserwować tylko uważnie sytuacje i wyciągać wnioski, ot co.

Chłopcy ociągali się, mieli ochotę na ciekawe opowieści lecz stwierdziwszy, że na powrót do interesujących ich tematów się nie zanosi, poszli sobie w las po drugiej stronie drogi.

Starsi panowie od czasu pierwszego spotkania pozostawali ze sobą w stałym kontakcie telefonicznym, komentowali bieżące wydarzenia i wspominali.

cdn.

PS. W „Po co wróciłaś , Agato” w rozdziale 39. jest scena, w której się wyjaśnia, skąd znają się Dziadek i wujek Zygmunt.  Zapraszam do czytania 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być | 19 komentarzy

Park Miejski im. Książąt Mazowieckich w Piasecznie… a życie toczy się dalej…

W niedzielę pojechaliśmy najpierw na Ursynów do mojej komisji wyborczej, a potem do Piaseczna. Po spełnieniu obowiązku i przywileju jednocześnie zrobiliśmy spacer po zrewitalizowanym Parku Miejskim im. Książąt Mazowieckich. Jestem zachwycona, bo wprawdzie część odnowionego parku już widziałam, lecz staw był dziki i zarośnięty, nawet szczur chodził brzegiem, brrr…  A dziś – niespodzianka, staw przebudowany, obudowany, uporządkowany, a na środku fontanna.

Posadzono wiele nowych drzew, niech sobie maluchy zdrowo rosną wśród przepięknych starych, ogromnych przodków 🙂

Kwiatów mnóstwo, kolory cieszą oczy i gęba się człowiekowi poczciwemu sama uśmiecha na taki widok 🙂

W parku znajduje się budynek zwany Poniatówką  –    https://piaseczno.eu/rewelacyjne-odkrycia-w-dworku-poniatowka/  –  Wyobrażam sobie jak wspaniale będzie się prezentował po remoncie, który z pewnością nastąpi niedługo.

Drugi zabytek – budynek szkoły Cecylii Plater Zyberkówny – https://zsrcku.com.pl/historia-szkoly/   –  w tej chwili wygląda niezbyt ciekawie, szczególnie w tak pięknym otoczeniu i nie tylko prosi o renowację lecz wręcz głośno krzyczy. Mam nadzieję, że ów krzyk zostanie usłyszany i odpowiednia reakcja władnych osób przywróci zabytkowi odpowiedni wygląd.

W nowszej części parku jest boisko, siłownia na świeżym powietrzu, plac zabaw dla dzieci.

Bez róż nie może się obejść, mam wyraźnie różany rok, wszędzie je widzę i bardzo dobrze, są tak piękne, że mogę patrzeć na różyczki bezustannie.

Po powrocie do domu usmażyłam na obiad placki z jabłkami na maślance, były wyjątkowo smaczne 🙂

Dobrego tygodnia 🙂

Tak miało być, dobrymi życzeniami miał się kończyć poniedziałkowy wpis.  Życzenia oczywiście pozostają. Zmieniają swoją wagę i natężenie, życzę Wam i sobie wytrwałości, cierpliwości i wiary w lepszą stronę człowieka. Poza tym jest tak, że kto sieje wiatr – zbiera burzę. To tylko kwestia czasu.  A powiem jeszcze, że nie muszę się wstydzić ani za Ursynów ani za Piaseczno. W powiecie piaseczyńskim wygrał Rafał Trzaskowski zdobywając 58,62% głosów, przeciwnik 41, 38%. W samym Piasecznie – zdobył 64,37%. Frekwencja w powiecie wyniosła 77,38% uprawnionych do głosowania, w gminie Piaseczno 78, 63%. Nieźle, prawda? Na Ursynowie mój prezydent zdobył 73,41 % głosów. Piszę „mój prezydent” ponieważ z Ursynowa się nie wymeldowałam, Rafał Trzaskowski na szczęście pozostaje prezydentem stolicy i jako samorządowiec może swój bój toczyć dalej 🙂 Bo przecież życie toczy się dalej…

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 43 komentarze

Cisza przed burzą

Za chwilę ma być cisza, ale w duszy wre i jakoś ujście temu wrzeniu dać trzeba, żeby nie doszło do wybuchu. Zresztą – co ma być to będzie. Jeszcze raz przypomnę, że układy na niebie wg specjalistów i znawców tematu są takie jak w okolicach 1772 roku, więc spokoju nie możemy się spodziewać. Można mieć nadzieję, że światłych ludzi jest więcej niż wtedy, ale to tylko nadzieja. Zajrzałam do wpisów z 2017 roku i się jeszcze bardziej zagotowało w mej nieszczęsnej duszy, która spokoju nie może odzyskać. Wprawdzie jej obiecałam (mej duszy), że o polityce pisać więcej nie będę, ale jeśli zamieszczę odnośniki do dawniejszych wpisów, to przecież obietnicy nie złamię, prawda?

„Bez żadnego trybu”-   http://annapisze.art/?p=268

„Dramat” –   http://annapisze.art/?p=272

„Dramatu ciąg dalszy” –   http://annapisze.art/?p=274

„Adrianie- wybór należy do ciebie” –  http://annapisze.art/?p=276

I jeszcze kilka innych, od razu je tu wklepię, żeby drugi raz nie szukać, nie biegać po stronach tam i z powrotem, niech będą razem jako świadectwo tamtego czasu, dobrej woli tysięcy ludzi, która – niestety – w dużej części została zmarnowana. Może tym razem się uda? Możemy tylko Trzasnąć w niedzielę i trzymać kciuki za dobry wynik.

„Kupą mości panowie” – http://annapisze.art/?p=282

„Jeszcze odnośnie wczorajszego dnia” – http://annapisze.art/?p=286

„Spacerowiczka” –  http://annapisze.art/?p=290

„A panna Krysia…” –  http://annapisze.art/?p=300

„Gdyby…” –  http://annapisze.art/?p=314

„Pił i Siekier przyszedł czas” –   http://annapisze.art/?p=318

„Jasność nam potrzebna” – http://annapisze.art/?p=350

„Być razem i współistnieć” – http://annapisze.art/?p=362

„Przecież mamy się czym pochwalić” –  http://annapisze.art/?p=368

„Cóż znaczy człowiek wobec Natury” –  http://annapisze.art/?p=386

„Niech każdy otrzyma… jak najszybciej” –    http://annapisze.art/?p=418

„Bo historia lubi się powtarzać” –  http://annapisze.art/?p=683

Wystarczy, wieszcz Adam powiedział (z pamięci podaję, może nie być dokładnie)   „… lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi…”. I tego się trzymam.  Do zobaczenia w poniedziałek.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 19 komentarzy

Różności w ramach odstresowania

Teraz trochę różności się należy. Po pierwsze – mam takie ładne oczko wodne i czy mogę się gdzieś zgłosić po dotację 😉 ? Oczko należało do Średniej, która nigdy się w nim nie kąpała. Siedziała tylko „na sucho” i bawiła się w środku. Gdy dzieci kupiły basenik my się dopiero wprowadziliśmy do domku, nie było trawy, po każdym deszczu obecny ogródeczek zamieniał się w jezioro, woda wychlapana podczas podlewania posadzonych roślinek natychmiast stawała się  błotem, basenik nie mógł więc zostać napełniony wodą. Dopiero teraz może pełnić rolę do jakiej został stworzony, Calineczka była uszczęśliwiona mogąc do woli bawić się wodą i w wodzie 🙂

Upiekłam muffinki wykorzystując kostkę sera, której termin przydatności do spożycia mijał lada chwila. Wyszły bardzo smaczne. Przypomnę przepis na te smakowite babeczki: tyle samo suchego co mokrego plus dodatki 🙂

Ostatnim przebojem są dla mnie kotlety z selera. Robiłam już dwa razy! W życiu nie przypuszczałam, że mogą być takie smaczne. W celu ich przygotowania należy pokroić seler w plastry grubości ok. 1 cm ( nie trzeba mierzyć, jak się ukroi tak będzie dobrze 😉 ), ugotować w bulionie (może być kostka warzywna), po czym przestudzić, panierować w jajku, bułce, usmażyć i gotowe. Nawet moi mięsożerni domownicy częstowali się i smakowały im, a ja miałam dla siebie obiad na trzy dni.

Raz podałam z kaszą połączoną z usmażonymi pieczarkami oraz  cebulką, plus oczywiście kolorowa sałatka. Tu akurat pomidor, papryka, ogórki będące uprzednio małosolnymi, które zmieniły się w kiszone, cebulka, sól, pieprz, czosnek, zioła prowansalskie, ocet jabłkowy, oliwa.

Idąc z psiepsiołami w stronę torów mijam wspomnienie z wakacji – czyli pole, na którym rośnie zboże. Czasem staję, zamykam oczy i wdycham zapach rosnącego zboża.

Jeszcze niedawno było zielone i rosły w nim maki i bławatki.

Kwitnące na działkach róże nieustannie mnie zachwycają i nie mogę się nazachwycać tylko się zachwycam i zachwycam i tak bez końca 🙂

Na koniec jeszcze pełnia księżyca, wprawdzie  żadne wilkołaki nie wyły i nie pokazały się, ale nie byłoby dziwne gdyby jakiś z krzaków wyskoczył 😉

Jak widać księżyc ma się dobrze, mimo zakusów takich dwóch co go chcieli ukraść 😉

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 25 komentarzy

Noszszsz….

Noszszsz… nerwy zjedzą przed następną niedzielą… Dlatego muszę poszukać czegoś, co mnie uspokoi. Co jest trwałe, niezmienne – albo zmienne w wyglądzie lecz stałe w istnieniu przez miliardy lat. Z zachwytem albo ze strachem patrzymy, czasem z przerażeniem, czasem z nadzieją. Czasem oczy wznosimy z westchnieniem politowania, czasem z gorącą prośbą… Cóż, tak zwane niebo czyli to co oglądamy nad nami dzień w dzień i noc w noc, jest tak piękne w każdej swej odsłonie, że nie mogę się opanować i robię zdjęcia. Pomyślałam, że kilka pokażę na dowód, że różnorodność w jedności jest wspaniała i doskonała 🙂

Na ostatnim zdjęciu widać przecudne, słoneczne, bezchmurne niebo i chciałabym to traktować jako dobrą wróżbę 🙂 🙂 🙂

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 39 komentarzy