Jeszcze czerwcowe maki :)

Jeszcze nigdy żaden horoskop nie spodobał mi się tak bardzo jak ten z przesłaniem na obecny tydzień. Zapamiętałam zdanie, którego nie zapomnę chyba nigdy 🙂  „Lepiej się rozwijać niż sprzątać” 🙂 🙂 🙂  Skąd gwiazdy wiedziały, że jestem po szczepieniu i w żadnym wypadku nie powinnam się przemęczać? Natychmiast gwiazd posłuchałam, zaprzestałam wszelkich czynności i zaczęłam się rozwijać 😉 Złożyłam na fotelu swe dostojne cztery litery, wzięłam do ręki książki i notatki, i zaczęłam się rozwijać bez opamiętania 😉 Rozwijałam się też (wszak mam to robić przez cały tydzień) przenosząc zdjęcia do nowego Lapka, a było tego ho ho ho i jeszcze trochę 😉 Ze ślepego telefonu przenoszą się fotki automatycznie do zdjęć google, ale ślepulcem robić już fotek się nie da, a nie ma jak skasować nadmiaru, bo dolna połowa ekraniku jest czarna. Może mi się to uda kiedy przypadkiem „zaskoczy” znowu, co mu się czasem zdarza. Przy okazji znalazłam jeszcze trochę maków, które obiecałam Ikroopce. Maki są oczywiście z psich spacerów 🙂

Z ciekawostek kulinarnych – kolejny raz drożdżowe, placki z jabłkami,  kotlety pieczarkowe z wędzonym tofu, kotlety z selera. Już sobie ułożyłam w głowie, że jak planuję zupę to i plastry selera w niej gotuję.

… to pieczarkowe, uwieczniałam jeszcze ciepłe …

… placki z jabłkami wyszły pyszne …

W ogródku część trawy już wyrosła całkiem spora, ale część dopiero wypuszcza maleńkie „igiełki”. Dobrze się tam leży psiepsiołom, nie chce im się chodzić gdy jest ciepło. Rano i wieczorem owszem, pozostałą część dnia najbardziej lubią spędzać na leżąco w cieniu.

… Skitusiowa sjesta …

… i świeżo posadzona aronia …

… to przybliżona ćma olbrzymia, po rozłożeniu skrzydeł była naprawdę imponująca …

… jeszcze piwonia …

Nawiązać jeszcze chcę do wpisu Jotki i Matyldy, koniecznie 🙂 http://paniodbiblioteki.blogspot.com/  oraz  http://babciabezmohera.blogspot.com/

Blożanki i Blożanie, których znam oraz ci,  którzy zaglądają tylko nie ujawniają się i nie odzywają (widać po ilości wejść, że byli) – stali się ważną częścią codzienności. Szczególnie dało się to odczuć podczas pierwszego lockdawnu, gdy rzeczywiste kontakty były utrudnione. Wtedy te nasze blogowe spotkania, dzielenie się przeżyciami, frustracjami, obawami, strachem, ale też drobnymi radościami i podtrzymywanie się wzajemne na duchu – były naprawdę ważne i pomagały. Przynajmniej takie są moje odczucia. Dziękuję 🙂

… niech bzy Wam pachną do następnej wiosny 🙂 …

Dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo !

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 29 komentarzy

Czerwcowe maki oraz inne różności :)

Nie mogę chować kaloszy jeśli chcę ładnej pogody. Normalnie czary 😉 Natomiast gdy potrzebuję deszczu dla roślinek schować je muszę koniecznie. Do takiego wniosku doszłam w sobotę 12 czerwca 21 roku. Moja mama mówiła, że jak umyje okna to na pewno będzie padał deszcz. Ciekawa jestem jakie macie doświadczenia z wywoływaniem deszczu 😉
Podlana trawa powinna jutro wyglądać zupełnie inaczej niż na ostatnim zdjęciu, kiedy udawała zielone kozie brody 🙂

… przed posianiem trawy i przed deszczem …

… dziś rano Franuś przyszedł podziwiać wyrastającą trawkę …

W sobotę po południu zerwał się silny wiatr, wyglądało przez chwilę jakby zaatakował nas huragan zalewając świat jednocześnie strugami deszczu. Fruwało i latało wszystko co się nie oparło porywom wiatru. U mnie duża donica (pusta) pofrunęła na płot, wiaderko z trawą również gubiąc po drodze zawartość, winobluszcz został oderwany od ściany. Ledwo udało mi się zamknąć okno, mocowałam się przez dłuższą chwilę. MS pobiegł pozamykać inne okna. Babcia D. wcale nie widziała co się dzieje, siedziała i  oglądała jakieś zdjęcia nie zwracając uwagi na nawałnicę. Gdyby MS nie zamknął okien to zalałoby pokój, przewróciłby się stojący kwietnik, a i tak pod wpływem podmuchu pospadały z półek różne rzeczy, a tych durnostojek  jest mnóstwo.  Rano w niedzielę nie padało, można było spokojnie z psiepsiołąmi wyjść. Obudził na o piątej Skituś zawzięcie szczekając, bo… Franuś przyszedł. Przekąsił co nieco i wskoczył do koszyczka spać. Jego wizytę zawdzięczamy aurze, gdyby nie padało z pewnością miałby ważniejsze sprawy do załatwienia. Kiedy ustał deszcz Puchaty przechadzał się po osiedlu szukając rywala, a rywal słodko spał 🙂 Miau…

Rozkwitły maki, mnóstwo przepięknych purpurowych maków, poza nimi błękitne bławatki – co zawsze kojarzy mi się z wakacjami. Królowa Marysieńka przysłała mi maki ursynowskie, zdjęcia zrobione na Psiej Górce.

Rok temu też pokazywałam maki, ale tutejsze, z lasku i okolicy –  http://annapisze.art/?p=2898

Rano (poniedziałek) podczas wyjścia z psiepsiołami znalazłam i uwieczniłam maki, i nie tylko one mnie zachwyciły. Nawet Szilka i Skituś stanęły spokojnie pozwalając zrobić mi zdjęcie.

 

W lasku Szilka wyraźnie wyczuła sarenki albo zające, albo inne zwierzątka co natychmiast rozpoznałam po jej zachowaniu. Ona jest cudowna, po prostu normalnie mówi informując o różnych sytuacjach. Skituś- Ciapuś  – jak to chłopak – idzie, a raczej człapie pomału z opuszczoną głową, czasem przystanie coś wywąchać i dopiera gdy ona da sygnał, ożywia się i podnosi łeb jakby nagle oprzytomniał, a w oczach ma pytanie: o co chodzi? ja nic nie wiem, mnie tu nie ma, ja tylko chcę coś zjeść i spać…. 🐕 Lasek wyglądał prześlicznie w porannych promieniach, z kroplami wiszącymi na liściach i mieniącymi się niczym brylanty… takie to ja lubię, kamienie mi po nic…

Ostatnie zdjęcie skojarzyło mi się z tytułem mojej pierwszy powieści, to jak „Wejście w światło”…  I przyszło mi na myśl, że słowa z Trylogii „…Bar wzięty…” można zmienić następująco:  „Rzeszów wzięty ” jednocześnie zmieniając nasycenie emocjonalne ze smutku na radość 🙂

Dobrego tygodnia i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Piaseczno | 28 komentarzy

Czerwcowe nie tylko spacery :)

Pogoda cieszy. Mnie bardzo, mniej pewnie osoby, które nie lubią ciepełka. Nareszcie można w ogródku spędzić trochę czasu z Calineczką, która nas odwiedziła sprawiając dziadkom radość ogromną 🙂 Szkoda, że zaczyna mówić bardziej „po normalnemu”, a nie po swojemu, co uwielbiam. Na szczęście jeszcze trochę szczebiocze 🙂 Czarowała z dziadkiem, bo on jest specjalistą od robienia sztuczek. Tym razem czarowanie odbywało się na łonie natury i brzmiało: „cialy maly źniknij tlawo”; „dziadku, źlobiś śtućke, zie liśtek źniknie?”; „liśtku źnajdź się w bajcie”. Najcudniej opowiadała bajkę: „dawno, dawno temu ził Kaptulek, naziwał sie Cielwony Kaptulek, babcia mu usiła cielwonom siukienke ź cielwonym kaptulkiem…”. Więcej nie udało mi się zapisać 🙂

Z jedzeniem jak zawsze problem. Tego nie chce, tamtego nie będzie, ani prośbą ani groźbą, że nie pójdzie z pieskami do lasku. Wreszcie zjadła jogurt i komentarz: „ale siem napełniłam paliwem”. Poza tym: „glośku nie lubiem, kukulydziy nie lubiem, lubiem tylko to cio doble” 💚🧡💜 Udało mi się wstawić serduszka!!! Hurrra!!!

W ogródku nareszcie rozkwitły piwonie 🙂

… to niebieskie jest posłaniem dla ulubionego różowego flaminga, którego Calineczka karmiła: „flamingu, cieś źjadnąć?”, po czym ułożyła go do snu na trawie …

Jaki żal, że one tak krótko kwitną, ale cieszę się, że są i zrobię im dużo zdjęć, aby oglądać co jakiś czas do następnej wiosny.  Zakwitły też róże pod którymi ostatnio nam się z MS bardzo dobrze siedzi odpoczywając w przerwach w ogródkowych pracach. Na razie mam „ogródkową wenę” więc muszę korzystać dopóki nie dopadnie mnie leń gigant 🙂

Zakwitł wreszcie irys. Jeden jedyny, choć było sporo, ale chyba zbuntowały się, bo jesienią je poprzesadzałam i jeszcze się nie przyzwyczaiły do nowego miejsca.

Upiekłam rankiem drożdżówkę kiedy dowiedziałam się, ze dzieciaki przyjadą i wciąż twierdzę, że to najlepszy przepis ze wszystkich wypróbowanych do tej pory. Duża blacha wystarczyła na cały dzień i trochę zostało nam na dziś, co dla pokrzepienia strudzonego ogródkową pracą organizmu bardzo się przydało. A w przyszłym tygodniu czeka nas szczepienie drugą dawką. Mam nadzieję, że obejdzie się bez sensacji.

Udanego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie | 20 komentarzy

Spacery czerwcowe 2021

W Dzień Dziecka zrobiliśmy długi spacer, chyba najdłuższy od czasu nadwyrężenia Skitusiowej łapki. Żeby nie było zbyt wesoło –  Szilka zaczęła utykać po podniesieniu się z posłania, potem łapkę „rozchodziła” i przestała kuśtykać. Obawiam się, że już zaczynają się problemy związane z wiekiem i nadwagą, z którą nie możemy sobie poradzić. To znaczy mnie chyba lepiej wychodzi niż jej (dopinam niektóre spodnie 😉 ). Wydaje mi się, że babcia D. potrafi nas przechytrzyć w kwestii dokarmiania psiaków. Przy stole nie bardzo jej wychodzi, bo pilnujemy. Ale – zmieniła sobie pory funkcjonowania, śpi do południa albo dłużej,  choć MS ją budzi na śniadanie.  Potem buszuje po nocach zmyślnie wyczekawszy aż  MS pójdzie spać. Ja padam wcześniej, ale on siedzi dłużej i czasem babcia D. myśli, że już nikogo nie ma, więc około północy idzie sobie coś zjeść. Jeśli nikt jej nie widzi to na dwieście procent dzieli się z psiepsiołami. Z miłości oczywiście, nie dociera do niej, że w ten sposób je krzywdzi.

Wracając do spacerów – przechodziliśmy obok szkoły/przedszkola i uwieczniłam coś ciekawego, ładnego, wesołego 🙂

… czyż nie urocze? …

Pogoda nam się poprawiła. Nareszcie, maj był wyjątkowo zimny, ale i tak piękny jak to maj ma z natury 🙂 Bzy kwitły cudownie, ale moje są wczesne  (chyba), kwiaty już całkiem zbrązowiały, lecz za to rozkwitł i rozpachnił się mały lilak Meyera. Właściwie taki mały to on nie jest, rozrósł się chyba dlatego, że porządnie go podcięłam po zeszłorocznym kwitnieniu. Teraz wyczytałam, że tak trzeba, bo kwiaty (zawiązki) na następny rok formują się latem, trafiłam więc idealnie. Mam zamiar odnóżkę ukorzenić i posadzić z drugiej strony, żeby zapach docierał do naszej sypialni.

… kwitnie jak szalony, a jak pachnie 🙂 …

Poza tym – w ogródku się nagimnastykowałam (nie: narobiłam 🙂 ) przywracając trawnik. Po zeszłorocznym naszym niebycie w domu podczas wakacji zdechł kompletnie, więc MS kupił ziemię (dobrze, że otworzyli sklepy), trawę i Ania zabrała się za to co lubi 🙂  Czyli lubi kopać, ciąć, siać, sadzić, czyli szaleć bez opamiętania tak, aby było widać rezultat. Wtedy Ania się cieszy, choć zakwasy nie pozwalają się ruszać i głośno śmiać się z dowcipów MS 🙂  Ale to właśnie jest szczęście 🙂

Zrobiłam tak. Podzieliłam całość na małe fragmenty, każdy fragmencik posypałam ziemią do trawników, potem nasionkami trawy i porządnie ziemią nakryłam. Zostawiałam kępki trawy, które ocalały i wygląda to śmiesznie, takie zielone kozie brody 😉  Aha, wcześniej rozsypałam ziemię wyrównując dołki – o czym wspomniałam w tym samym wpisie co o drożdżówce, czyli   http://annapisze.art/?p=4430

Moje piwonie mają pąki, jeszcze żadna się nie otworzyła, może teraz gdy się zrobiło cieplej pokażą swoją urodę.

… blisko, coraz bliżej …

Podczas psich spacerów spotykamy cuda jakie tylko wiosną napotkać można. Uwielbiam taką jeszcze świeżą zieleń, nie spaloną słońcem.

… stokrotki specjalnie dla naszej Stokrotki …

… zupełnie jak na wakacjach …

… nie wiem co to, ale białe kule są przepiękne …

Drożdżówkę upiekłam wg poprzedniego przepisu  http://annapisze.art/?p=4430  , tylko ułatwiłam sobie w ten sposób, że zamiast robić mnóstwo maleńkich roladek, kroić je i układać w blaszce, uformowałam trzy spore rolady, które włożyłam do formy, aby podczas rośnięcia w czasie pieczenia się połączyły i był to dobry pomysł 🙂  Mniej trudu i czasu, może nie tak pięknie ciasto wyglądało, lecz smak był równie wyborny jak poprzednio 🙂

Kotlety selerowe zrobiłam i wyszły najsmaczniejsze ze wszystkich jakie dotąd usmażyłam. Po prostu nie przedobrzyłam, nie dodawałam żadnych przypraw wychodząc z założenia, że co za dużo to niezdrowo. Plastry selerowe gotowały się w zupie z innymi warzywami i to wystarczyło, żeby złapały odpowiedni smak. Tylko do jajka użytego przy panierowaniu dałam trochę soli i pieprzu.

Nastawiłam ogórki pierwszy raz, małą kapustę poszatkowałam do słoika do ukiszenia, tak się zmobilizowałam 😉

… kapusta była nieduża, a po „morzeniu” zajęła pół słoja, myślałam, że więcej jej wyjdzie …

Idąc za lasek napotykamy ruiny czegoś. To „coś” mogło być fabryką albo zakładem produkcyjnym o czym świadczą pozostałości budynków, w których obecnie odbywają się spotkania „towarzystwa” piwno/winno/alkoholowego co widać po śladach pozostawionych, czasem wisi na sznurku uprana (chyba) garderoba. Zresztą może się tylko wietrzy… Budynki, a raczej ich resztki, przypominają hale fabryczne/produkcyjne z oknami u góry. Teren był (jeszcze pozostałości są) wyłożony betonowymi płytami, po których mógł jeździć ciężki sprzęt. Widać resztki ogrodzenia i dyżurki.

… jeden z budynków, nikt znajomy nie wie co tam było …

Spotkaliśmy w pobliżu ruin łanię i jelenia. Zdjęcia nie zrobiłam, nie chciałam wykonywać gwałtownych ruchów, żeby ich nie spłoszyć.

… cuda, panie, cuda …

… konwalijki moje …

To tyle we czwartek. Mam nadzieję, że nie nastąpi wzrost zachorowań mimo obrazków w tv, na których widać tłumy rodaków w różnych miejscach.

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 50 komentarzy

„Widocznie tak miało być” – 58

Wakacje zbliżały się ku końcowi, trzeba było wracać do domu i zająć się przygotowaniem do rozpoczęcia roku szkolnego. Członkowie ursynowskiej „mafii” po kolei ściągali w domowe pielesze.  Zgodnie z kilkuletnią  tradycją postanowili zrobić składkową imprezę na zakończenie lata i rozpoczęcie nowego sezonu. Należało podzielić role i w tym celu sąsiadki zebrały się u Magdy.

– Magda, wczoraj podobno zrobiłaś na swojej maszynie sweterek dla Steni – zagaiła Aldona.

– A zrobiła mi. Piękny – przytaknęła Stenia.

– Cicha ta twoja maszyna, wcale jej nie słyszałam – zauważyła najbliższa sąsiadka.

– Nic dziwnego, że jej nie słyszałaś, Doniczko, pewnie w tym czasie klęłam, bo mi się nici poplątały – słodkim głosem wyjaśniła gospodyni.

Dorota pojawiła się ubrana w mini spódniczkę. Nie aż tak krótką jakie nosiła we wczesnej młodości, oczywiście, że nie, ale kawałek przed kolano.

– Ciocia, coś ty z siebie zrobiła? – spytała Justysia.

– A co, źle wyglądam? – spojrzała na dziewczynkę zdumiona. – Wydawało mi się, że całkiem nienajgorzej.

– Źle to nie, ale wyglądasz  jak Alexis z „Dynastii”.

– Aha, z tyłu liceum z przodu muzeum – skomentowała Teresa, która również pojawiła się na zbiórce.

– Patrzcie ją, małpa złośliwa. Wolę to, niż z obu stron być najciekawszym odkryciem archeologicznym – odcięła się Dorota.

– Najgorzej kiedy baba staje się niczym rwa kulszowa – skrzywiła się Teresa.

– Czyli? – nie załapała Stenia.

– U-pier-dli-wa – z satysfakcją wyjaśniła Aldona

– A ty z czego się tak ucieszyłaś? – nieco zgryźliwie spytała Stenia.
– Z tego, że już bez słów rozumiem o czym one mówią.

– Czyli co autor miał na myśli – śmiała się Dorota. – No, autorka, co miałaś na myśli?

– Kiedy? Teraz czy przedtem? Bo teraz, to mi się przypomniał sen twojego młodszego dziecka.

– Który? On ciągle ma jakieś sny.

– Dziś mi opowiedział, że śniła mu się pani od matematyki, jak lata po parku z karabinem i chce go zastrzelić. Uciekał, uciekał aż ją podprowadził pod samą komendę. Policja ją złapała i zamknęła na długie lata – śmiała się Teresa.

– Ciekawe na jak długie – zastanowiła się Stenia.

– Pewnie na tak długie, ile trzeba, żeby Kajtuś skończył szkołę – wyjaśniła uśmiechnięta Aldona.

Rozległo się pukanie do drzwi i weszła Danusia.

– A mnie czemu znowu na zbiórkę nie zaprosiłyście? – odezwała się z żalem w głosie.

– Nie gniewaj się – szybko powiedziała Magda. – To przez Dorcię…

– Co przeze mnie, czego się czepiasz? – oburzyła się pomówiona.

– Justynka miała po ciebie skoczyć, bo przecież domofon znowu się zepsuł i nie można zadzwonić, ale przyszła Dorcia w mini i dziecku szczęka opadła…

– Aha, no to pokaż się Dorcia, zobaczę i ocenię – powiedziała Danusia. – Może wam wybaczę.

– Magda, ty chyba w łeb zarobisz – pogroziła Dorota sąsiadce, lecz posłusznie wstała z krzesła.

– No, teraz ja siadam na twoim miejscu, a ty się martw – usadowiła się Danusia ze śmiechem. – Nieźle wyglądasz, całkiem nieźle…

– Jak Alexis, prawda ciociu? – wtrąciła Justysia. – Zupełnie jak Alexis.

– Wiesz co, chyba jednak lepiej. Nawet zdecydowanie lepiej – oceniła Danusia.

– Skoro jesteśmy w komplecie, to do roboty – zarządziła Magda. – Słucham, która co robi?

– Ja sałatki – zgłosiła się Aldona jako pierwsza.

– Mogę przynieść bigos, mam zamrożony duży pojemnik, będzie jak znalazł – zaproponowała Danusia.

– To ja się zgłaszam do ryby po grecku – podniosła rękę Teresa. – Może być?

– Śledzie przyniosę – odezwała się Stenia. – Ostatnio wypróbowałam dwa nowe przepisy, pycha.

– Dobrze. Poza mną,  która jest jeszcze bez przydziału? – Magda miała naturalny dar obejmowania przywództwa w grupie.

– Dorcia – wskazały wszystkie jak jeden mąż i spojrzały na niezagospodarowaną jeszcze siłę.

– Nie bawię się tak, myślałam, że mi się upiecze – parsknęła śmiechem Dorota. – Cóż, niech wam będzie, zajmę się słodszą stroną życia.

– Czyli czym? – Magda żądała konkretów.

– Słodyczami przecież.

– Czyli? – drążyła temat gospodyni.

– Okej, to już powiem i w ten sposób nie będziecie miały niespodzianki. Trudno. Zrobię torcik serowy na herbatnikach, upiekę murzynka i szarlotkę – zaproponowała Dorota.

– Brzmi rewelacyjnie – powiedziała Stenia. – Już mi ślinka cieknie.

– Na pewno zrobisz? Jakoś ci nie wierzę – Teresa spojrzała z powątpiewaniem.

– Rozumiem, że napojami zajmą się chłopaki, jak zawsze – upewniła się Dorota jednocześnie wykrzywiając się do Tereski i pokazując język.

– Pewnie, na coś się przecież muszą przydać – odpowiedziała Magda. – To ja się zajmę przygotowaniem mieszkania, nakryciem, pieczywem i tym, co się okaże w ostatniej chwili, czyli brakującymi elementami… A wy co? Z przedszkola czy jak? – zdegustowana spojrzała na Tereskę i wykrzywioną Dorcię.  Danusia parsknęła śmiechem, Aldona jej zawtórowała.

– Nie zapomnij odrdzewiacza – przypomniała Dorota.

– Czego? – zdziwiła się Stenia.

– Nie wiesz? – zdziwiła się Aldona, że Stenia się dziwi. – Coli. To już nawet ja wiem, że po każdym nadmiarze, czy to jedzenia czy napojów, jest to rzecz niezbędna dla żołądka.

– Aaa, rozumiem – skinęła głową Stenia. – Już wszystko wiem.

– Tym razem jednak z tej metody nie skorzystam, jeszcze by zaszkodziło malutkiej – powiedziała Aldona. – Poza tym piła nie będę i z obżerania się też zrezygnuję.

– To  co ty będziesz robiła?

– Będę miała na was oko – powiedziała z tajemniczą miną. – Strzeżcie się.

cdn.

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Powieści, Widocznie tak miało być | 12 komentarzy

Magdy mają święto swoje :)

Magdom dziś życzenia składamy
wszak Magdy koło siebie mamy,
niech w zdrowiu żyją i radości,
niech szczęście pod Magd dachem gości 🙂

Słodyczy mniej się Magdom życzy,
bo Magdy tyją od słodyczy,
tak jak i reszta dziewczyn zresztą
i potem w ciuchy się nie mieszczą 🙂

Słodyczy naturalnych tyle,
by życia najcudniejsze chwile
przewagę nad innymi miały,
w pamięć na zawsze zapadały 🙂

Teraz mi wena już minęła,
wśród mgieł porannych gdzieś zniknęła,
więc tylko mnóstwo serdeczności
ślę do Magd oraz wszystkich gości 🙂

AZ 29.o5.2021

Piwonie są zeszłoroczne, moje jeszcze nie rozkwitły, mają dopiero pączki. Uwielbiam te kwiaty. Wystarczy jedna gałązka i mam wrażenie, że całe mieszkanie jest w kwiatach.

Trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, wierszydełka | 16 komentarzy

Mamy kwiaty dla Mamy :)

Święto każdej Mamy dziś mamy więc życzenia Mamom składamy 🙂 Każda z nas ma w sercu swoje wspomnienia o Mamie, niektóre mają Mamy jeszcze przy sobie… Dziś taki jest dzień, że myśli uciekają do dzieciństwa, do różnych chwil z tamtego okresu. Wspominałam moją Mamę tu:  http://annapisze.art/?p=2861

Znalazłam jeszcze jedno stare zdjęcie

Kwiaty z życzeniami najlepszymi dla każdej Mamy w dniu dzisiejszego Święta 🙂

… dla każdej Mamy 🙂 …

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Babcia D. jeszcze śpi, zdążę do torebki włożyć drobiazgi świąteczne dla niej zanim wstanie. Mam chwilę dla siebie, więc zdam relację zaległą z kulinarnych prób lepiej i mniej udanych. Tak więc całkowitą nowością było upieczenie kapusty pekińskiej wg przepisu z bloga  https://vegenerat-biegowy.pl/zapiekana-kapusta-pekinska/

… tak wyglądała przed włożeniem do piekarnika i jeszcze bez sosu …

… niestety zapomniałam zrobić fotkę po wyjęciu z piekarnika i tu już w postaci szczątkowej 😉 mnie bardzo smakowała, domownikom mniej …

Wyciągnęłam stary prodiż i postanowiłam sprawdzić czy działa. Zrobiłam to z wielką ostrożnością i duszą na ramieniu pomna sytuacji, gdy kiedyś  znalazłam bardzo stary przedłużacz i podczas sprawdzania jego przydatności do użytku pozbawiłam całe mieszkanie energii elektrycznej. Cóż, do odważnych świat należy, włożyłam wtyczkę w gniazdko i… nic się nie stało! Zaczął grzać po krótkiej chwili oczekiwania. Postanowiłam iść za ciosem i  przygotowałam murzynka wg przepisu krakowskiej cioci Halinki wykorzystując cztery przewiędłe nieco jabłka z koszyczka. Tak też zrobiłam, nawet upiekłam i powiem Wam, że wyszedł rewelacyjny w smaku, lepszy niż z piekarnika bo wilgotny, nie wysuszony jak się czasem zdarzało, jabłka nie wpadły do środka, zostały na górze i polane polewą wyglądały pięknie. Rewelacja!

… staruszek prodiż ze zdziwieniem się rozglądał: gdzie ja jestem, skąd się tu wziąłem? 😉

… tak się prezentował wypiek z góry …

 

… a tak z boku, zrobiony ślepulcem, więc zdjęcie dziełem sztuki być nie może …

Na murzynka się zdecydowałam myśląc „co tu zrobić, żeby się nie narobić”. Przepis jest genialny, nie trzeba sobie brudzić rąk, wyciągać stolnicy… Po prostu stawiam garnek na źródło ciepła, czyli na kuchenkę, wlewam 1/2 szkl. wody (mleka), wrzucam margarynę (masło), wsypuję 2 szkl. cukru (można mniej), 3-4 łyżki kakao. To się ma zagotować, połączyć, więc mieszam od czasu do czasu rogalką. W międzyczasie przesiewam do osobnej miski 2 szkl. mąki równocześnie z 2 łyżeczkami proszku, wybijam do innej miseczki 4 jajka. Zdejmuję garnek z pieca, czekam aż przestygnie. Aha, odlewam trochę masy kakaowej do polania ciasta.  Kiedy przestygnie, dodaję mąkę, jajka i… można zmiksować, ale mnie się nie chciało wyjmować miksera (a potem myć…) i dlatego rogalką wyrobiłam na gładko, przelałam do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ułożyłam na wierzchu pokrojone w kostkę jabłka i już. Piekło się ok. godziny, z niecierpliwością zaglądałam i sprawdzałam patyczkiem aż wreszcie JEST! Upiekło się 🙂 Kiedy przestygło oblałam polewą  i proszę bardzo, gotowe!

Jako ciekawostkę zrobiłam także wątrobiankę vege i muszę przyznać, że nawet babcia D. jadła ze smakiem, a MS spróbował bez wstrętu (!!!) i orzekł, że może być 😉 Przepis znalazłam na tym samym blogu, tam jest mnóstwo świetnych przepisów  https://vegenerat-biegowy.pl/watrobianka/

… polecam, pyszna była …

Myślę co jeszcze ciekawego robiłam… wiem, kotlety selerowe, które MS je i twierdzi, że mu smakują, babcia D. nawet dokładkę wzięła 🙂

… seler gotował się w barszczu ukraińskim i smak miał wyborny …

Na śniadanie któregoś dnia sałatkę przygotowałam z tuńczyka (ryby czasem jadam), białej fasoli, kukurydzy, cebulki, czosnku wgniotłam sporo, przyprawiłam solą, pieprzem i odrobiną majonezu. Zniknęła natychmiast 🙂

… zwykle robię z czerwoną fasolą, ale akurat nie miałam, więc wykorzystałam białą i z dobrym skutkiem …

Jeśli chodzi o odreagowanie nagromadzonych stresów – rzuciłam się na Chmielewską po raz setny chyba i pośmiawszy się trochę wróciłam do pionu. Wszystko mija nawet najdłuższa żmija – jak się to mówi, więc tego się trzymam. Przypomniała mi się książeczka, którą chłopcy mieli w dzieciństwie. Nie pamiętam autora ani tytułu, ale fragment o wężu mi utkwił na zawsze: „wąż się zaczyna od głowy, potem się zwęża i zwęża, a jak się całkiem zwęzi to już jest koniec węża”. Czyż nie trafne?

Dobrej pogody, humoru i cierpliwości. Trzymajcie się zdrowo!

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie | 24 komentarze

Dmuchawiec na łące :)

Rósł mlecz żółty na łące
lecz przez słońce palące
ciągle brak mu tchu,
chętnie by się ratował,
w chłodnej trawie się schował,
nurka dał do mchu.

Kiedyś rankiem się zbudził
i się wielce natrudził,
by zrozumieć to,
że już nie jest żółciutki,
lecz ma puszek bielutki,
lekki, że ho ho!


Ileż tu jest roślinek
oraz jaszczurek zwinek,
całe roje much,
muszę bardzo uważać,
by ich wcale nie zrażać,
popsują mi puch.

Jaskry żółcą się w trawie,
rośnie inny dmuchawiec,
jejku, dużo ich!
To jest moje rodzeństwo,
już nie jestem maleństwo,
pofrunę do nich 🙂

AZ 21.05.2021

Zbyszka Wodeckiego „Chałupy…” chodzą mi po głowie odkąd w „Twojej Twarzy…” jeden z młodych,  zdolnych  wcielił się w niego. Nawiasem mówiąc  wciąż nie mogę uwierzyć, że już od czterech lat nie ma go tu z nami, że jest za Tęczowym Mostem i tam gra na swej trąbce… Wierszyk o dmuchawcu można sobie zaśpiewać na melodię „Chałup”, bez refrenu 🙂 Tak mi sam przyszedł „pod długopis” podczas nucenia piosenki. A samego Wodeckiego mieliśmy przyjemność spotkać na placu Dietla podczas niezapomnianego koncertu.

Dobrego tygodnia  i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Dla dzieci, Myślę sobie, wierszydełka, Wymyślanki | 23 komentarze

Szczawnickie wspominki 12 – Jaworki – dawna cerkiew

Obiecałam zdjęcia drugiej cerkwi połemkowskiej, obecnie funkcjonującej jako kościół. Znajduje się w Jaworkach, niedaleko Szczawnicy mojej kochanej, trochę dalej od miasteczka niż Szlachtowa, w której stoi poprzednio pokazana cerkiew. Jaworki leżą dokładnie na końcu świata 🙂  Tu się kończy droga, dalej są tylko góry.  Jest to wieś u podnóża Pienin Małych w dolinie Grajcarka, częścią wsi są Białą Woda i Czarna Woda. Tutaj też znajduje się słynny Wąwóz Homole, rezerwat Biała Woda, rezerwat Wysokie Skałki oraz miejsce niesamowicie klimatyczne, absolutnie wyjątkowe – Muzyczna Owczarnia, która zasługuje na osobny wpis. Cerkiew, której zdjęcia chcę pokazać, została zbudowana w 1798 roku na miejscu starej drewnianej cerkwi z 1680 roku, którą strawił pożar. Więcej informacji znajdziecie na stronie http://www.szczawnica.nrs.pl/atrakcje/cerkiew-w-jaworkach

Moje zdjęcia są z 2008 roku, więc zrobione już dawno temu.  Pamiętam, że w wieży kościoła znalazły swoje miejsce chronione nietoperze podkowce małe. Są zagrożone wyginięciem, należą do najmniejszych nietoperzy występujących w Polsce, osiągają ok 4 cm długości, a rozpiętość skrzydełek osiąga 2,5 cm, więc to prawdziwe maleństwa 🙂

…  budowla jest po prostu piękna …

… przez zamknięte kratą wejście udało się zrobić takie zdjęcie …

… gdzie się obrócić – jest pięknie …

… czyż nie? …

… Ania schodzi w dół po odwiedzeniu połemkowskioego cmentarza przy kościele …

… można spotkać koniki z jaworkowej stadniny …

… wracamy, idziemy w stronę Szczawnicy …

… jeszcze kawałek drogi, ale nie męczy, co krok piękniej …

… z daleka rzuca się w oczy cerkiew idealnie wpasowana w krajobraz, ale też po kolorach widać, że fotka zrobiona wcześniej, jesienią …

… po wyprawie należał się dzbanek grzanego wina w Chatce:) …

… spacer przez plac Dietla …

… obok kaplicy szalayowskiej Parkiem Górnym do domu …

… a w międzyczasie śniegu naprószyło, że hej! …

Zafundowałam Wam mały spacer, na większy póki co się nie zanosi, wczoraj Skitusia rozbolała łapka. Wyszedł z domu normalnie i nagle zaczął utykać na lewą przednią, widać było, że nie może się na niej oprzeć, że boli. Nie mam pojęcia czemu, być może źle stanął wchodząc na chodnik, na drugą stronę ulicy przeszedł bez problemu, na trawnik jeszcze wszedł i coś się stało. Wieczorem już nie wychodził, MS poszedł z samą Szilką, rano tylko do ogródka pokuśtykał i leży pod kocykiem. Wygląda lepiej niż wczoraj, nos ma zimny. Już podobna sytuacja mu się zdarzyła, ale to było podczas zabawy i na drugi dzień przeszło. Może to staw, bo po wodzie lubi chodzić i w każdą kałużę wejdzie. Na razie niech leży spokojnie biduś kochany.

…nie do wiary, że się słodziak w latach posunął …

… nasza sunia też nie najmłodsza, za chwilę minie 7 lat od kiedy z nami jest …

Żeby zakończyć w przyjemniejszym nastroju to powiem, że rano nie padało. Wprawdzie drzewa nie są już tak obsypane kwieciem jak niedawno, drobne kwiatuszki deszcze niespokojne zniszczyły, ale bez rozkwitł i jest przepiękny 🙂 A jak pachnie!!!

Życzę ciepłego, dobrego weekendu i trzymajcie się zdrowo!

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Myślę sobie, Szczawnica | 30 komentarzy

Połowa maja już minęła, buuu :(

W sobotę rano pięknie było wokół mnie i podzielę się tym co widziałam i rankiem, i po południu i jeszcze tym, co upiekłam po raz pierwszy w ramach testowanie przepisów.

… tak było rankiem na łące …

… przed krzakami jest zejście od furtki …

… a tu psiepsioły w pełnym błocie 🙂 …

…. to już w lasku …

… to też …

Po śniadaniu upiekłam drożdżówkę rewelacyjną w smaku, a wcześniej podczas przygotowania też była rewelacyjna, dobrze się wyrobiła, nie kleiła, ciasto było miękkie i elastyczne. Znalazłam ją w  https://www.obzarciuch.pl/2020/04/drozdzowka-rodzinna-babcia-jest.html

… przed upieczeniem …

… po wyjęciu z piekarnika …

… pokrojona drożdżówka …

Potem w ogródku porozrzucałam trochę świeżej ziemi tam, gdzie w zeszłym roku była trawa. Teraz jej nie ma, zdechła, zaledwie po bokach odrasta zaś na środku pokazują się pojedyncze źdźbła. Rozsypałam dwa worki dokładniej wypełniając ziemią dołki, które się porobiły po zimie. Dobra to była gimnastyka, czuję w mięśniach i stawach, więc opłacało się pomęczyć, bo łopatką malutką uzupełniałam braki podłoża. Po obiedzie poszliśmy z psiepsiołami do lasku i tam też było pięknie 🙂

… w lasku po południu …

W niedzielę co chwilę padało, wyszły ślimaki nie wiadomo skąd, cała masa ślimaków. One są śliczne, delikatne, każdy ma inną skorupkę, kolorową, ale takie ilości to przesada. Wyzbierałam chyba ze dwa kilo do torby i wyniosłam na łąkę, tam je wysypałam w bezpiecznym miejscu. Poczekałam aż się zaczną wszystkie ruszać i dopiero wtedy wróciłam do domu. Nie zrobiłam fotki, szkoda. Dziś, czyli w poniedziałek, znowu ich było co niemiara. Nowe, przecież tamte nie wróciły 😉 Znów muszę wynieść je i wypuścić na wolność.

W nocy mieliśmy dodatkowe atrakcje. Babcia D. o 2-iej narozrabiała w swojej łazience, urwała osłonę  wanny. Całe szczęście, że MS usłyszał, jak go woła, bo przytłukłoby ja na amen, ciężkie to przecież diabelstwo jest. Nie wiem czy da się naprawić. Szukaliśmy przed przeprowadzką wanny z osłoną, żeby można było i wykąpać się i wziąć tylko prysznic nie zachlapując przy tym całej łazienki. Jak wstanie to pewnie powie, że specjalnie jej ktoś urwał…

A mgła była prześliczna raniutko po niedzielnych deszczach. Uwielbiam mgłę 🙂 Zdążyłam psiepsioły złapać na smycze zanim dostrzegły w tej mgle sarenkę. Pojawiła się jak istota z innego świata 🙂 Wczoraj zaś po południu podziwiałam przecudną tęczę, pełny łuk, wyraźny, spinający horyzont z obu stron. Nie wzięłam telefonu ze sobą, bo tylko na łąkę  w lekkim deszczyku wyskoczyłam, nie miałam czym zrobić zdjęcia, a szkoda.

… poranna mgła na łące …

… mgła nad cmentarzem (tylko po co się pojawili panowie to nie wiem, zepsuli widok) …

… przepiękny kasztan obok cmentarza, tuż przy skrzyżowaniu ulic …

Wróciłam z Szilką i Skitusiem, dałam im śniadanko, usiadłam do Lapka (tego nowego, z którym nie bardzo sobie jeszcze radzę) i spieszę się z wpisem, bo już słyszę, że babcia D. rusza się w pokoju. Pozdrawiam i życzę dobrego tygodnia 🙂

Trzymajcie się zdrowo!

 

 

Podziel się:
Zaszufladkowano do kategorii Kuchennie i smacznie, Myślę sobie, Piaseczno | 31 komentarzy