23 lata temu w Szczyrku

Szczyrk, październik 1999 r.

Zapiski z pociągu. – Droga, którą jadę. Jaka jest? Piękna, zielona – zieleń w tylu różnych odcieniach, że nazwać nie potrafię. Do tego trzeba plastyka, malarza. Gdyby Królowa Marysieńka siedziała obok mnie, może umiałaby je określić. A może nie? Zmieniają się tak szybko, że nawet Marysia po prostu by nie nadążyła. No, ale dość o Marysi, została na Ursynowie.

Siedzę na miejscu 56 (numerologiczna 11). Po mojej lewej stronie młoda dziewczyna w okularach w ciemnych oprawkach, włosach obciętych do ramion, w dżinsach i szarej bluzce. Na nogach ma buty sznurowane (trapery?) identyczne jak Duży, tylko różniące się rozmiarem. Wygląda na studentkę. Naprzeciw niej kobieta trochę młodsza ode mnie w ciekawej sukience w dużą nieregularną kratę o przydymionych kolorach: czarnym, marengo, spranego ciemnego dżinsu, zgniłej zieleni i czegoś pośredniego między mleczną a gorzką czekoladą. Srebrna biżuteria, prosta fryzurka do ramion. Jedzie bez bagażu, ze sporą torebką, pewnie służbowo albo w sprawach rodzinnych. Środkowe siedzenia są wolne. Jedynie tacki z plastikowymi kubeczkami po kawie i gazety podróżują na nich. Zupełnie inaczej niż podczas naszej poprzedniej podróży do Szczyrku. Wówczas był sezon narciarski i tłok nie tylko w przedziałach, ale i na korytarzu. Ścisk, krzyk, wrzask, dyskusje i żarty młodzieży jadącej obok, wśród której czułam się jak stara ciotka.

Przy oknie naprzeciw mnie siedzi MS. Pochłonięty czytaniem gazety nie przypuszcza zapewne, że właśnie jego mam „na tapecie”. Prawą ręką trzyma „Profesjonalnego Inwestora”, lewą podparł brodę i policzek, i myśli, i studiuje, i zastanawia się jak… rasowy biznesmen na urlopie w dżinsach i w swetrze 😊 Muszę przyznać, że bardzo mu w tym swetrze do twarzy. Wyjątkowo 😊 Marszczy czoło i wprawia szare komórki w szybki ruch… 😊😊 😊

Za oknem wciąż zmienia się krajobraz. Najpierw całkiem płaski, jedyne wzniesienia to utworzone ludzkim wysiłkiem nasypy kolejowe czy podjazdy dla samochodów. Później zaczynają się pojawiać niewielkie nierówności terenu, pięknie jest. Ale mnie już cierpną nogi i dokuczają nerki. Pora zająć myśli czym innym. Może mi wpadnie jakiś ciekawy pomysł? Mogłabym tak pisać i pisać, i pisać bez przerwy i powstałaby kolejna „rzecz” będąca zapisem strumienia świadomości. Tylko po co to komu? Tworzyć należy jedynie coś takiego, co innym przynosi pożytek lub daje radość i przyjemność.

O! Pierwsza czerwona krowa! Czyżby polska wieś obudziła się? Krowy na pastwiskach są same czarnobiałe, od lat pierwszą czerwoną zobaczyłam. Traktory w polach z przyczepami i bez. Konie na szczęście czasem się pojawiają i bywają elementem – dawniej stałym – krajobrazu. Idą z pługiem albo wozem, albo zwyczajnie się pasą.. O! Druga krowa, tym razem czerwona w białe łaty 🙂

Dojechaliśmy do Zawiercia, obok torów stare, szare budynki. Część chyba w rozbiórce albo po wybuchu (nie pamiętam takich informacji, więc raczej to pierwsze), w każdym razie wyglądają jak po bombardowaniu – nagie resztki ścian, dziury po oknach, załamane stropy. Okropność, taki ponury, smutny obraz. Dobrze, że mija…

Gdyby nie było chmur wyraźnie dałby się ujrzeć smog nad Śląskiem. Zawsze kiedy jechałam tędy z tatą miałam wrażenie, że wjeżdżam w coś gęstego. Nawet słońce wydawało się być przydymione, zupełnie jak podczas zaćmienia. Założyłam okulary choć nie lubię w nich chodzić, ale przecież muszę coś widzieć. Widzę: kominy, deszcz, szarość, znowu kominy. Pociąg przyspieszył i bardziej się trzęsie. Na bocznych torach żółtoniebieskie podmiejskie pociągi, dużo wagonów towarowych. Budki dróżników koło przejazdów. Pojedyncze zabudowania, jakieś hale, może fabryczne. Długie pnie ściętych drzew na odkrytym wagonie towarowym. Budynki poniemieckie z kamienia albo z czerwonej cegły. Małe z ceglanymi ozdobnikami nad oknem (nie wiem jak się to fachowo nazywa) i duże z wieżyczkami niczym w zamku. Obok – nowe bloki, które wyglądają jakby były zrobione nie z wielkiej płyty a z płyty falistej. To Sosnowiec i Będzin.

Niektóre bloki kwadratowe, identyczne jak w Krzeszowicach, gdzie mieszka ciocia Wiesia. Przez chwile zdawało mi się, że właśnie tam jadę i za chwilę będę w Tenczynku…Tęsknota ściska serce. I co? I nic! Pociąg jedzie a życie toczy się dalej. Przecież mam uwolnić się od przeszłości. „Życie jest po to, by żyć” więc żyjmy.

Mijamy budynek z prawie czarnej cegły, okna półokrągłe u góry, charakterystyczne cztery szybki i małe dwie górne. Na bocznej ścianie rok wybudowania (chyba) – 1908. W Katowicach dłuższy postój. Ciekawa jestem czy ciocia Ela (moja chrzestna mama) jest u siebie, może niedaleko w tej chwili, a może w Tenczynku? Przy torach Katowice wyglądają w tej chwili jak przedwojenne siedlisko biedoty: brud, odrapane z tynku ściany, ślady po kulach, widać, że od wojny nie remontowane, wysypiska śmieci, menele grzejący ręce przy ognisku, może coś pieką?

MS coś do mnie mówił, ale zajęta notowaniem i własnymi myślami nie słyszałam co, musiałam się dopytać. Czytaj dalej – powiedziałam. Co to jest szczęście? Właśnie to. Ukochany mężczyzna siedzący obok czytający gazetę, oglądający wspólnie tv – to daje poczucie bezpieczeństwa takie jak w dzieciństwie…

Góry skryły się za deszczem, za zasłoną deszczu, spowite szalem chmur, otulone mgłą, gładzone pieszczotliwie smugami dymu unoszącego się z kominów. Dymy mają różne kolory: kremowy, biały, siwy, niebieski.

🌞🌞🌞

Deszcz, deszczyk, deszczysko, ulewa, mżawka, kapuśniaczek – tak jest w kółko na okrągło. Trzeba się skryć, albo się nie dać pokonać. MS ubrany w niebieskie przeciwdeszczowe ponczo wygląda bosko 😊. Dobrze, że w niebieskim, gdyby jego  płaszcz miał kolor zielony albo brązowy to w lesie straciłabym go z oczu. Autentycznie się bałam, że ślisko, że  popłynie z błotem w przepaść. A on się ze mnie śmiał, skubaniec jeden 😊 Dobrze mi, jak mi tu dobrze 😊😊 😊

Mieszkamy w „Marii” w apartamencie, jest po sezonie więc wczasowiczów mało. W pokoju są dwa fotele, ława, czarna metalowa lampa i trzy kuliste klosze, łoże wielkie, szafa z lustrem. W saloniku barek, tv, kanapa, lodówka. W łazience jest koszmarnie zimno, prysznic odgrodzony od reszty pomieszczenia zasłonką, która nie zatrzymuje ciepła. Zresztą ciepła tu nie ma wcale, brrr. „Pozostałe warunki” są dobre, „Maria” położona w samym centrum miasta, blisko pizzerie, sklepy. dom handlowy, pamiątki – wszystko w zasięgu ręki.

W pizzerii „Aga” jedliśmy kurczaka z frytkami, do tego trzy surówki – smaczne było. W restauracji „Goplana” próbowaliśmy jadło drwala w skład którego wchodził placek ziemniaczany z kawałkami mięsa, żółtym serem i ketchupem. Po zjedzeniu kawałków mięsa wołowego było mi niedobrze, stwierdzam, że mięso w smaku jest ohydne. Poza tym tak toksyczne, że źle się czułam przez długi czas.

Deszcz uniemożliwia wyprawy w góry. Mimo to nie marnowaliśmy czasu. Byliśmy wczoraj (poniedziałek) w Sanktuarium Matki Boskiej, deszcz padał bez przerwy, okutani w peleryny daliśmy radę, ale zdjęć tak pięknych jakie powinny być – nie będzie.  Nie udało się też kupić ziółek. Za to powietrze pachnie jak w Tenczynku: świeżość, ostrość, lekki zapach dymu. Nad każdym zamieszkałym domem unosi się smużka.

We środę (13.10.1999) wreszcie chmury deszczowe zniknęły z pola widzenia, wyjrzało słońce, nawet błękit pokazywał się na niebie dość często spoza dużej ilości obłoczków. Ślicznie nie do opisania. Ruszyliśmy na Skrzyczne. Dobrze mi się szło dopóki była wygodna droga. Mogę tak iść i iść jeśli wiem dokąd idę. Jeśli nie wiem – wpadam w panikę i natychmiast chciałabym się znaleźć gdzie indziej. Żaden ze mnie łowca przygód. Tak było i tym razem, kiedy weszliśmy na błotniste ścieżki, którymi z gór spływała woda i nigdzie nie było oznaczonego szlaku. Oczywiście najokropniejsze obrazy jawiły mi się przed oczami i po chwili nie wiedziałam czy to znowu wyobraźnia płata mi figle czy to rzeczywistość. Dotarliśmy wreszcie do polany, stały tam puste budynki. Okazało się, że to stacja kolejki dla narciarzy. Od tego miejsca szlak był dobrze oznaczony i już spokojnie podążaliśmy w górę podziwiając widoki zapierające dech. Patrzyłam i patrzyłam. Chciałabym wchłonąć w siebie całe to piękno… No nie, nie jestem aż taką egoistką 😊 Kiedy tak stałam mając u stóp cały świat czułam się jednością z całym tym pięknem otaczającym mnie ze wszystkich stron, wyłaniającym się na nowo zza każdego krzaka, drzewa, kępy pni, skały…

Trafiliśmy na rumowisko skalne wyglądające jak po trzęsieniu ziemi.  Skąd się wzięły olbrzymie skalne bloki  spiętrzone właśnie w ten sposób? Wspinaczka samym brzeżkiem stromego zbocza (chociaż wyraźną ścieżką) pozostawia niezatarte wrażenie.

Wróciliśmy kolejką. Piechotą nie miałabym już siły. MS chce jutro wyruszyć na Klimczok. Mówiąc szczerze mam pietra. Ze Skrzycznego można w dół zjechać kolejką, stamtąd nie 😢

Myśl, energia podąża za uwagą. Niestety, mam wrażenie, że straciłam kontrolę nad myślami. Tyle agresji, nienawiści w sobie schowałam, że nic dziwnego iż choroba do mnie przyszła i brak mi było energii życiowej. Sam doktor Nowicki stwierdził, że on tu nic nie pomoże, muszę sama. Teraz odzyskuję siły w górach. Już nie mam sińców pod oczami. Wiatr osmagał twarz, która straciła trupią bladość. Odzyskuję chęć życia i działania. Co zrobić mam? Nie przestawać  marzyć, nie rozstawać się z marzeniami. Chcę pisać, pisać, pisać….

W ośrodku FWP, czyli w „Marii” o tej porze roku same starsze panie emerytki, rencistki, my jak rodzynki, hi hi 😊 Różnorodność ich duża. Jedna – handlarka ze Stadionu, głośna, krzykliwa, przedsiębiorcza, energiczna, bez zahamowań. Dopytuje się każdego o wszystko, bezustannie zawiera znajomości. Inne – cichsze, spokojne, normalne, sympatyczne, nie rzucają się w oczy. Jedna ma piękne siwe włosy, inna utyka, bo po operacji. Uśmialiśmy się na stołówce, gdy dwie panie się pokłóciły 😊 „Z panią, proszę pani, to trudno wytrzymać w jednym pokoju!” – wykrzyczała jedna. „To pani jest wiecznie niezadowolona ze wszystkiego.” – oświadczyła druga. „Pani mi podważa opinię! Wypraszam sobie proszę pani i zakańczam dyskusję! Nie będę z panią więcej rozmawiać!”. Normalnie cyrk na kółkach. Słyszałam od Koleżanki Pracowej, że kiedy była w sanatorium to się kobitki grzałką o faceta pobiły. W końcu w sanatoriach facet to towar deficytowy, tym bardziej jeszcze taki na chodzie, hi hi hi 😊

Dzień znowu wstał razem z deszczem. Mimo to życie jest takie piękne. Tutaj jest wręcz cudnie. Chciałoby się… Co zrobić, żeby być człowiekiem wolnym? Człowiek wolny żyje jak chce, robi co chce, nie jest zmuszany do niczego chyba, że sam się zmusi, ale to już jego wybór. W jaki sposób ja mogę zdobyć wolność? Tylko przez pisanie… W nocy wciąż miewam „pracowe koszmary”…

Szczyrk od zewnątrz to turystyczne miasto. Od podwórka widać toczące się normalne życie: gumniaki, gnój, krowy, taczki, baranki, drzewo na opał, kobieta w chustce na głowie…

Podniósł się pułap chmur, może przestanie padać. Zresztą, nawet mimo deszczu, mimo wody lejącej się na nasze głowy i tak pójdziemy na spacer. Nie da się iść szlakami górskimi, ale w wyższe partie gór prowadzą asfaltowe drogi do osiedli tam wybudowanych. Mimo deszczu da się tam pójść.  Ruszył się wiatr. Może rozpędzi chmury. Wczoraj zrobiliśmy mnóstwo kilometrów, ciekawe ile. Dziś czuję nogi. W pewnej części ciała też czuję dokładnie skąd nogi wyrastają 😊 Tempo życia jest tu zupełnie inne. Nikt się nie spieszy, sklepy zamknięto o 10-ej choć powinny być otwarte, ale za to dłużej siedzi sprzedawczyni w środku. Nikt się nie złości, nie kłóci, ludzie są sympatyczni, uśmiechnięci, życzliwi.

Deszcz padał przez cały dzień, ani na moment nie przestał. Mimo to poszliśmy na wycieczkę otuleni pelerynami. Jakieś dzieci z domku w górach zawołały: „O rany, niebieskie ludzie!” 😊 Minęliśmy przystanek autobusowy Biła i kawałek poszliśmy wyżej do tego miejsca, w którym zimą siedzieliśmy na kopcu ze skalnych odłamków czy też płaskich kamieni. Wyglądało wtedy cudownie – olbrzymia, ośnieżona polana zalana słońcem. Dziś ciemno i deszczowo. A wtedy zdjęcia nie wyszły, MS kupił film na Stadionie i widocznie był oszukany, nic nie wyszło i nie mamy żadnego zdjęcia z pierwszego wyjazdu do Szczyrku.

Deszcz padał przez całą noc. W naszej „Marii” przecieka dach, lało się w łazience. Podłożyłam miskę z jednej strony, z drugiej kapało akurat pod prysznic. Dopiero nad ranem przestało padać. Niebo się zlitowało nad nami i ktoś tam zakręcił kran 😉

Zrobiło się zimno, prawie mroźnie, a rano pokazało się słońce. Ruszyliśmy w stronę Czyrnej. W sumie zrobiliśmy chyba ze 12 km. Pamiętam zimowy wygląd tamtej drogi wśród ładnych domków. Teraz mgła ograniczała widoczność, ale przecież mgła ma swój urok. Kłębiła się nad nami, pod nami, chowała, zakrywała najpiękniejsze widoki czasem tylko pozwalając zerknąć, więc i tak dużo zobaczyliśmy. Doszliśmy do końca osiedla (nie spojrzałam na mapę jak się nazywa) po czym wróciliśmy, by pójść inną drogą. To jest cudowne 😊 Wydaje się, że to koniec, las, nic więcej poza dziką roślinnością, a tu się okazuje, że następne siedziby ludzkie wyłaniają się z zieleni, albo z mgły, albo zza wzgórza.

Napotkaliśmy też taką ciekawostkę. Ogromny terem jakiegoś mafiosa, biznesmena albo innego członka rządu, pieron wie kogo. Dom – na pewno z sauną i basenem, ogrodzony dość wysokim,  szczelnym płotem pomalowanym na zielono. Udało się zobaczyć kort tenisowy, kamery, antenę satelitarną. Obok, za ogrodzeniem z siatki,  stał śliczny drewniany domek z dachem pomalowanym na taki sam zielony kolor jak płot. Byliśmy z MS zgodni, że z pewnością mieszka tam ktoś, kto opiekuje się całą posiadłością, ma w domku monitory, jest zarazem ochroniarzem, może i ogrodnikiem. Ciekawe czyje to. Nie dziwię się, że ktoś sobie wybrał to miejsce, widoki ogólnie cudne. Zeszliśmy nad potoczkiem aż do ulicy Sampolskiej, tak daleko wcześniej nie dotarliśmy.

W sobotę – niespodzianka. Zaraz po śniadaniu poszliśmy drogą między domkami nie planując żadnej trasy. Ot tak, gdzie nogi poniosą. Było pięknie, urok drogi i wygoda (wyłożona płytami) kusiły, żeby iść dalej. Chciało się sprawdzić co jeszcze jest za górką, za domkiem, za kępą krzewów, za drzewami… Doszliśmy w ten sposób aż do Orlego Gniazda. Stamtąd już zaledwie kawałek do Sanktuarium, wieżyczkę widać wyraźnie. Co za odkrycie! Staliśmy na polance patrząc w dół. Widok na góry piękny był. Na zboczach – drzewa różnobarwne, szachownice pól obramowane krzewami, domki poprzyklejane gdzieniegdzie do stoków, dalej ich skupiska bliżej miasteczka. Z oddali słychać jadący samochód, piłę mechaniczną tnącą drewno, ludzkie głosy. Nie udało mi się tylko usłyszeć głosu dzwonu płynącego z oddali i tego żałuję. Ze stoku schodziło stadko owieczek. Niestety, znowu się rozpadało. Schodziliśmy obrzuceni przez chmury sporym gradem. Jakby nam ktoś pozazdrościł tajemniczej drogi, niewidocznej z dołu dla zwykłych turystów. Bo przecież my nie jesteśmy zwykłymi turystami 😉 Jesteśmy łowcami piękna, łowcami widoków. Oboje potrafimy przystanąć, zastygnąć w bezruchu wpatrując się w cuda natury a także w cuda ludzką ręką stworzone ukazujące się naszym oczom. Nie mieliśmy aparatu, a ja okularów, przecież byliśmy tylko na śniadaniu i wyszliśmy na chwilkę… Bardzo bym chciała, żeby przestało padać i żebyśmy mogli tam jeszcze raz pójść.

Tv – nie jestem w stanie oglądać koszmarów w tv, niektóre filmy są po prostu odrażające. Może nie zawsze sama fabuła, pomysł, ale wstrętne, obrzydliwe, brutalne sceny męczenia ludzi i zwierząt. W ten sposób pokazuje się idiotom jak dręczyć inne istoty. Moim złym uczynkiem jest jedzenie kurczaka. Jeszcze nie mogę się temu oprzeć, ale przyjdzie czas, że przestanę. Ale pokazywać agresję, okrucieństwo tak, by rosło pokolenie degeneratów, które zajada chipsy albo gryzie kanapkę patrząc na śmierć na ekranie… Tak już jest, młode pokolenie w dużej mierze nie rozróżnia dobra od zła. Po prostu nikt ich tego nie nauczył. Rodzice się żrą między sobą, wyżywają na dzieciach. One zaś robią najgorsze rzeczy, żeby im dokuczyć, by się zemścić, by zaimponować kumplom, popisać się przed dziewczyną, znaleźć w grupie (jakiejkolwiek) akceptację jakiej nie znaleźli w domu… Problemów jest nieskończona ilość…

Ostatni dzień w Szczyrku. Jutro powrót i szkoda, żal. Z drugiej strony trzeba się cieszyć, że złapaliśmy ostatnie przed zimą chwile pięknej jesieni. Dziś był grad, śnieg i deszcz, wszystko. Na szczytach śnieg pozostał, widać go było do wieczora.

Wyruszyliśmy w deszczu. Byłam głodna więc zjadłam hot-doga i z pełnym żołądkiem wdrapywałam się na Biłą. Stękałam, gderałam, bo błoto, bo deszcz, bo dopóki asfalt to dobrze… okropna jestem, wiem o tym. Między domkami mogę iść i iść, ale boję się ciemnego lasu w deszczu, błocie i mgle. Na szczęście się przemogłam. Skręciliśmy w bok, w lewo szlakiem i bardzo stromym podejściem dotarliśmy do dość szerokiego leśnego traktu. I znów mnie intuicja poprowadziła 😊 MS chciał w prawo bo na szczyt, ja nie miałam chęci, bo mokro, ślisko, zimno, więc MS chciał zawrócić. Pomyślałam, że nie mogę być taką świnią, przecież muszę przełamać swój strach i głupi upór i tę złość, którą mam w sobie od zawsze, kiedy coś jest nie po mojej myśli. Na szczęście coraz częściej udaje mi się pokonać samą siebie. Umierałam ze strachu. Szliśmy, szliśmy, szliśmy i zaczęłam w duchu „zdrowaśki” odmawiać. Sceneria jak z horroru. Proste, grube, potwornie wysokie pnie głównie świerków, świecące, oślizłe od deszczu i dopiero gdzieś pod niebem, którego w ogóle nie widać, korony drzew, gałęzie iglaste. Ciemno, mgła coraz gęstsza. Szczęście, że szlak dobrze, wyraźnie oznaczony bo chyba oszalałabym ze strachu. Chciałam stąd wyjść, opuścić ten las duchów natychmiast… Wreszcie na podłożu zaczęła się pokazywać zieleń. Wcześniej nie było jej wcale, goła ziemia, błoto, słońce tam w ogóle nie dochodzi przez gęstwinę, normalnie droga do piekieł… W końcu doszliśmy do ludzkich siedzib. I okazało się, że gdybyśmy poszli w drugą stronę szlibyśmy chyba ze  trzy dni do sąsiedniej gminy, bo nie było drogi powrotnej. Tymczasem wyszliśmy na Osiedle Migdalskie. Dokładnie naprzeciw tego z drugiej strony ul. Sampolskiej (czy jak ją tam zwą) przeszliśmy wczoraj z Czyrnej. Patrzyliśmy na to konkretne Osiedle i bardzo chcielibyśmy się tam wdrapać. Zdjęć mało robiliśmy, mgła uniemożliwiała uwiecznienie tego, co najpiękniejsze. Słońce nagle, na moment ozłociło zbocze Skrzycznego uwidaczniając najcudniejsze kolory jesieni na szczytach i zboczach, śnieg – wyraźne białe zygzaki szlaków. Na samym szczycie mgła stale zmieniała kształty. Coś przecudnego 😊

W tv pokazali Zakopane, 20 cm śniegu nasypało, po drugiej stronie granicy około pół metra. Tak więc zdążyliśmy w ostatnim momencie przed zimą. Pomału osiadały duże płatki śniegu…

… baba w deszczu przed „Marią”, snuje się po miasteczku, kocha stare chatki, stary wóz strażacki wypatrzyła od razu…

… ciągle w deszczu, albo tuż przed i tuż po …

… poza babą – zakapturzony Duch Gór wyłazi z łap niedźwiedzia …

🌞🌞🌞

Szczyrk nam się podobał, byliśmy tam dwukrotnie, pierwszy raz zimą, drugi jesienią. Zapewne najpiękniej prezentuje się wiosną i latem, ale nawet podczas ciągłego deszczu daliśmy radę sporo zobaczyć i przejść  kilkoma szlakami. Okolica jest piękna i rzuca urok na wybranych. Właśnie w Szczyrku zakochał się pewien znajomy pan i postanowił kupić tam sobie mieszkanie. Jak już wiadomo, cała nasza Polska jest przepiękna, oby tylko nie ulegała ciągłej dewastacji na skutek bezrozumnych, pazernych ludzi, dla których nic się nie liczy poza nimi samymi, bo im się po prostu należy, a „po nich choćby potop”…

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, zdrowia i spokoju życzę jak zawsze, dobrych ostatnich wakacyjnych dni 💗🌞💗

💙💛

 

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Myślę sobie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

23 Responses to 23 lata temu w Szczyrku

  1. jotka pisze:

    Aniu, takie zapiski, to prawdziwy skarb, dla potomnych i dla nas samych.
    W Szczyrku jeszcze nie byłam, a było blisko, ale może kiedyś dotrę.
    Każdy w górach miał jakieś przygody, dobrze jest powspominać:-)

    • anka pisze:

      Jotuś:-) Pamiątka faktycznie, przypominają się szczegóły, o których w ogóle się nie pamięta, np. rozmówki przy stoliku w stołówce 😉 MS nie pamiętał i się
      uśmiał 🙂 Myślę, że po tylu latach Szczyrk się zmienił – tak samo jak Szczawnica pięknieje na naszych oczach – i spodoba się każdemu, kto tam pojedzie.
      Uściski!

  2. Mysza w sieci pisze:

    A to Wam się trafił deszczowy wyjazd, ale i tak wycisnęliście z niego, co się dało :)) Ta baba ze zdjęć to fajna babka! A jej wspomnienia tak ciekawie się czyta.. Miłego Anko górska, lecę nadrabiać Szklarską Porębę :)) Buźka!

  3. fuscila pisze:

    Jak Ty to zrobiłaś, że masz w całości tak szczegółowe opisy Waszych wędrówek???
    Jakoś chyba nie miałam szczęścia, bo kilka takich wyjazdów opisanych w dawnych blogach poleciało mi w kosmos. A pamięć jest niestety dziurawa!
    Piękne wspomnienia! Szczęściara z Ciebie!

    • anka pisze:

      Fusilko:-) Mam tylko kilka zapisków, a szkoda, bo te co zapisane nie zostały – uciekły w niepamięć i nie wrócą 🙁 Najpierw miałam szczere chęci notować wszystko, potem coś się działo i zapominałam, nie miałam czasu itd. Cieszę się, że choć trochę jest. Tylko… blog też ulotna sprawa, papier to co innego.
      Buziaki!

  4. Urszula97 pisze:

    Co za wyjazd ,deszcz i deszcz, podziwiam za deszczowe wypady, najważniejsze że dobrze Wam było. Wspaniale zapiski, gratuluję.

    • anka pisze:

      Uleńko:-) Dzięki! Jak już człowiek pojedzie to co ma zrobić, choć deszcz pada? Próbować wykorzystać co się da i tak robiliśmy. Zresztą dawno to było i siły inne, kondycja też… Ale wspominać przynajmniej można. Buziaki!

  5. BBM pisze:

    Fajnie, plastycznie to opisałaś… jakbym tam z Tobą była…

  6. Stokrotka pisze:

    I takie wspomnienia to jest wielki majątek……szczególnie w tych ciężkich czasach.
    Moje uznanie Anko. 🙂

  7. Krystyna 7.8 pisze:

    Dawne , dobre a może piękne wspomnienia. To zostaje w nas, wspomnienia , obrazy w pamięci. Pozdrawiam.

    • anka pisze:

      Krysiu:-) Z perspektywy czasu wszystko (prawie) wydaje się fajne, z przygód można się śmiać, choć wtedy do śmiechu nie było. A zapisane jest utrwalone, reszta ucieka w zapomnienie. Uściski 🙂

  8. Lucia pisze:

    Jak dobrze pisać dziennik. I jak dobrze poczytać autentyczny zapis chwil. Też jak wiesz czasem wracam do zapisków. Tyle się nie pamięta. A tak. Patryk i wracamy w tamten czas. Buziaki.

  9. Lucia pisze:

    Oczywiście. Pstryk. Ach ten telefon.

    • anka pisze:

      Luciu:-) Domyśliłam się, telefon pisze to, co sam chce albo co mu się wydaje, że ja chcę. Cholera mnie nieraz bierze, bo głupoty nieziemskie wychodzą 😉
      Zapiski są bezcenne dla pamięci, żałuję, że mam z reguły słomiany zapał, zaczynam pisać, a potem coś mnie wybija z rytmu i „po ptokach”. Ty za to jesteś stała w uczuciach i notujesz 🙂 Brawo Ty 🙂 Uściski Luciu!

  10. I znów podziwiam.
    Nie jestem rasową turystka, niestety. Byle mżawka i już humor zepsuty i najchętniej bym z domu nie wychodziła.
    A już takie pokonywanie samej siebie, własnego strachu, jak tu opisujesz – nie nie nie 😉

    • anka pisze:

      Małgosiu:-) To było milion lat przed naszą erą 😉 Teraz reaguję dokładnie jak Ty, tak samo , hi hi 🙂 A pokonywać próbuję swoje strachy i słabości we własnej głowie, łatwe to nie jest, o nie. Uściski 🙂

  11. L.C. pisze:

    Aniu, podpisuję się pod komentarzami j.w. Bardzo pięknie zaczęłaś od opisania podróżnych. Widzę, że cofasz się w czasie. Może pamiętasz w którym roku spędziłyśmy razem Sylwestra na Ursynowie?
    Za daleko mieszkamy od siebie!
    Całusy.T.

    • anka pisze:

      Tereniu:-) Za daleko nas los rzucił, to prawda. Ale mamy takie cuda jak te różne komunikatory, z których korzystamy to i tak nie jest źle. Pamiętasz, jak nawet telefonu nie było?
      Sylwester był bardzo dawno, nie pamiętam czy Lucy wtedy też przyszła czy to było kiedy indziej. Jeśli gdzieś przy porządkach (!?) znajdę to Ci powiem, teraz mi się wydaje, że to koniec lat 80-tych musiał być. Nie pamiętasz jacy chłopcy byli duzi? Może tak dojdziemy. Ale zagadka, hi hi 🙂

  12. Kasia Dudziak pisze:

    Witaj Aniu super się czytało. Fajnie piszesz. Rewelacja po prostu:) W Szczyrku to ja chyba byłam ostatnio jako dziecko i niewiele pamiętam. Ale pięknie tam jest.

    Pozdrawiam najserdeczniej.
    Kasinyswiat

Skomentuj Krystyna 7.8 Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *