„Widocznie tak miało być” – 55

Po kilku dniach spędzonych przez Milenkę w towarzystwie „ursynowskiej bandy” Martyna nie poznawała własnej córki. Taka była roześmiana, wesoła, rozszczebiotana, szczęśliwa jak nigdy dotąd. Szczególne ożywienie uwidaczniało się na buzi dziewczynki w obecności Miłosza. Co ciekawsze, jemu też gęba śmiała się od ucha do ucha, gdy słuchał dziecięcego szczebiotania. Tym właśnie szczerym uśmiechem najbardziej zjednał sobie mamę, której identycznie jak córeczce – rozjaśniały się oczy na jego widok. Nad resztą panowała i starała się nie dać po sobie poznać, że towarzystwo gościa stało się jej nader miłe. Dodatkowym plusem był z pewnością nieustanny zachwyt pani Meli nad Miłoszem oraz opowiadania o różnych wydarzeniach  z okresu studiów „chłopców”, w których obaj z Sergiuszem odgrywali główne role. Dzięki temu nie traktowała go jak obcego człowieka, lecz jak kogoś dobrze znanego. Może właśnie dlatego rozmyślała o nim podczas różnych czynności i złościła się na siebie łapiąc się na owych myślach.

Gospodyni domu pod sosną przerwała rozmyślania, ponieważ  obiekt owych rozmyślań pojawił się osobiście w zasięgu jej wzroku, czyli obok szeroko otwartego kuchennego okna. Zastukał w szybę i zajrzał do środka.

– Martyna, jesteś tutaj?

– Jestem – odpowiedziała podchodząc bliżej.

– Słuchaj, chcę cię o coś spytać, ale nie pogniewasz się?

– To zależy o co chcesz spytać.

– Nie chciałbym, żebyś pomyślała, że się wtrącam albo mieszam w nie swoje sprawy…

– W dalszym ciągu nie wiem o co ci chodzi.

– Mogłabyś wyjść na zewnątrz? Na chwilę tylko, proszę.

– Jak na chwilę, to mogę.

Zaprowadził ją do tylnego wyjścia na ogród, z którego wchodziło się do sporego przedsionka sąsiadującego z łazienką przeznaczoną dla gości.

– Pomyślałem, że bez większego wysiłku można byłoby tu zrobić drugą łazienkę. W ten sposób twoi przyszli goście nie byliby zmuszeni do korzystania ze wspólnej, co przy okazji podniosłoby standard. Mogłabyś brać większe opłaty, a przede wszystkim goście mieliby poczucie intymności.

– Pewnie, masz rację, ale na razie nie mam pieniędzy do zainwestowania. Muszę najpierw zarobić.

– Mówiłaś, że rodzice sprzedadzą mieszkania w bloku.

– Ale nie wiadomo kiedy znajdzie się kupiec chociaż na jedno. A na drugie? Któż może przewidzieć?

– Jeśli choć jedno pójdzie, będziesz miała środki na łazienkę.

– Ale…

– Posłuchaj – wziął pod rękę gospodynię swą i poprowadził do ławeczki stojącej naprzeciw kuchennego okna. – Usiądźmy i posłuchaj – powtórzył. – Trochę się na tym znam, jak wiesz od pani Meli, tkwię po uszy w branży, powiedzmy, budowlanej. Obejrzałem sobie dokładnie całe pomieszczenie i już mam pomysł. Jeśli się zgodzisz, zrobię dokładne pomiary i przedstawię ci konkretny plan. Co ty na to?

Czuł, że chciałby jej pomóc za wszelką cenę. Zdziwiony własnymi myślami i odkrytymi niespodziewanymi dla siebie uczuciami uświadomił sobie, że jeszcze nigdy czegoś podobnego nie przeżywał.

– Wszystko brzmi pięknie, tylko ci powtarzam, że zwyczajnie mnie nie stać, nie mam kasy – usłyszał w odpowiedzi.

– Ale niedługo będziesz miała. Mogę zrobić kosztorys, żebyś wiedziała na czym stoisz. I wiesz co jeszcze mogę?

– Co takiego? – spojrzała mu w oczy oszołomiona widząc oczyma wyobraźni wszystko o czym Miłosz mówił.

– Mogę ci pożyczyć na tę łazienkę, żebyś jak najszybciej ją miała. Oddasz jak sprzedasz mieszkanie.

– Rodzice…

– Ok, jak rodzice sprzedadzą. Właściwie nie jak, ale kiedy. I nie martw się kiedy. Kiedyś. Mnie się nie spieszy.

–  Skąd ci to przyszło do głowy? Dlaczego to robisz? Przecież mnie nie znasz.

– Pani Mela cię zarekomendowała jako solidną firmę, więc nie boję się zainwestować. Plan pomieszczenia będziesz miała w prezencie, więc zaoszczędzisz. – uśmiechnął się z wielką przyjemnością patrząc na zaróżowioną z emocji twarz Martyny.

– Dlaczego w prezencie?

– Jako napiwek dla gospodyni pensjonatu pod sosną za świetną obsługę podczas pobytu. A właściwie należy się twojej mamie za przepyszne ciasta.

– To dobra nazwa: Pensjonat Pod Sosną, albo raczej: Dom Pod Sosną – ucieszyła się.

– Zaczekaj, nie wstawaj, nie odchodź – przytrzymał ją za rękę. – Coś jeszcze przyszło mi do głowy. Stąd widać, że masz duży strych. Co na nim jest?

– Zwyczajnie, jak na strychu, mnóstwo różnych rzeczy.

– Pokażesz mi jak wygląda wewnątrz? Chciałbym zobaczyć, czy można tam urządzić salkę do ćwiczeń dla gości.

– O matko – jęknęła Martyna. – Salkę do ćwiczeń? To, to… jest genialny pomysł! Sama bym nigdy na to nie wpadła! Przecież nie zawsze jest ładna pogoda i goście coś muszą ze sobą zrobić, nie będą przecież siedzieć w zamkniętym pokoju.

– To co, idziemy sprawdzić?

Poszli. Na strych prowadziły solidne schody, nie jakaś drabina. Właściwie nie strych to był, lecz poddasze. Miłosz, wciąż uśmiechając się pod nosem orzekł, że możliwości to tu są, że ho ho. Z całości można wyodrębnić miejsce na salkę ćwiczeń oraz na dwa małe pokoiki i łazienkę. Martyna zdawała się nie rozumieć przekazywanych informacji, wyglądała jak zawieszony komputer.

– Co ty w ogóle do mnie mówisz? – powiedziała wreszcie się „odwiesiwszy”. – Przecież to nierealne. To znaczy, jakbym miliony milionów w coś tam wygrała, to tak, ale w żadnym innym przypadku.

– Martynko, przecież nie dziś ani jutro. To plany na przyszłość. Jak się interes zacznie kręcić, to zobaczymy.

Powiedział „zobaczymy” – pomyślała  spoglądając na swego przystojnego towarzysza wędrówki po strychu. Zrobiło się jej lekko na duszy. To by znaczyło, że nie wyjedzie znikając na zawsze… Zobaczymy… A jeśli ona pożyczkę przyjmie na tę łazienkę, to musi mieć z nim kontakt, aby móc ją zwrócić…

– A co ty za to chcesz? – odwróciła się gwałtownie przez co wpadła mu prosto w ramiona, ponieważ podążał za nią nie licząc się z tak nagłym zwrotem akcji.

Utkwiła spojrzenie w jego oczach, z jakiegoś dziwnego powodu nie mogła przestać się w nie wpatrywać i tak stała z bijącym sercem i wstrzymanym oddechem. Miłosz też nie spuszczał oczu z jej twarzy. Kiedy ich palce się zetknęły, Martyna miała wrażenie, że iskra przeskoczyła między nimi.

– Pozwolenie na przyjazd od czasu do czasu i zamieszkanie w pokoiku na poddaszu – odpowiedział po chwili biorąc głęboki wdech.

– Przecież go jeszcze nie ma – opanowała niespodziewane uczucia i zręcznie wysunęła się z objęć mężczyzny.

– Ale będzie – kategorycznie stwierdził. – Lubię projektowanie, lubię wcielanie w życie tego, co się zrodziło w głowie. Dlatego nie bawi mnie samo tworzenie projektu, lecz także uczestniczenie w przetwarzaniu marzeń w rzeczywistość. Bo każdy projekt to marzenie, ono leży u podstaw. Dopiero kiedy w wyobraźni ujrzysz ostateczny kształt, możesz brać się do pomiarów i wyliczeń… No!  Dlatego lubię być na budowie, w zasięgu pracowników, aby im służyć pomocą, mieć baczenie na całą robotę i w ogóle na wszystko.

Wyobraźnia Martyny poczęła przed jej oczyma snuć niepokojące obrazy. Niepokojące, ale jakże przyjemne delikatne obrazy ich trojga, na próżno odsuwała je od siebie próbując się nie poddawać nastrojowi. Wziął ją za rękę podczas schodzenia ze schodów, co wydawało się  gestem jak najbardziej naturalnym i na miejscu.

Zeszli na dół, a tam dzieciaki „w pełnej gotowości bojowej” natychmiast  sprowadziły ich myśli na przyziemne tory.

– Wujek, czy ty umiesz czarować? – zadała pytanie Mila zadzierając główkę do góry.

– Pewnie.

– A masz maczugę do czarowania?

– Różdżkę chyba – poprawiła Milenkę Monika.

– Ja i bez różdżki potrafię czarować – chwycił dziewczynkę na ręce, podniósł do góry i buczał udając samolot. – Widzisz? Zamieniłem cię w samolot i latasz tak wysoko jak nikt inny.

Mila zaśmiewała się uszczęśliwiona, zaś Martyna z rozczuleniem patrzyła na rozradowaną buzię córeczki.

– Powiedz jeszcze abrakadabra, to się spełni czarowanie – powiedziała Monika.

– Akabadabra – wypowiedziała z trudem wywołując wybuch śmiechu.

– Cudna jesteś Milenko – uściskał dziewczynkę śmiejąc się razem z dziećmi.

– Wujek, widziałeś ten film? – Maciek bez skrępowania przejrzał półkę Martyny z kasetami wideo i wyjął jedną z nich.

– Czekaj, samolot najpierw musi wylądować – postawił dziewczynkę na podłodze. – Pokaż…tak, jakieś piętnaście lat temu oglądałem w Szwajcarii.

– To Marek wtedy nie był nawet komórką – zaśmiał się Kuba.

– A ty już chodziłeś do szkoły, co? – skoczył Marek niczym kogucik z nastroszonymi piórkami.

Dziewczynki roześmiały się, więc po chwili piórka mu opadły i uspokoił się.

– Wujku,  polatamy jeszcze samolotem? – spytała Mila zadzierając główkę i szarpiąc go za  nogawkę spodni.

– Jasne, jeszcze nie jeden raz. A może kiedyś polecimy prawdziwym samolotem, chciałabyś?

– Tak wysoko, do nieba? Chciałabym. Ale z mamusią – odpowiedziała poważnie.

– Oczywiście, że z mamusią.

– A mamusi o zdanie nie spytasz? – uśmiechnęła się Martyna.

– Spytam, jak przyjdzie pora latania – odpowiedział zaglądając jej w oczy.

– Wujek, my wszyscy chcemy lecieć, my się nie boimy wcale, niczego się nie boimy, znaleźliśmy pod Buczyną bandytę… – klaskała w ręce Monika.

– Nie, kryminalistę – sprostował Marek.

–  Bandytę. Kryminalistą został jak go wsadzili do kryminału – orzekła Inka.

– Do książki wsadzili? Przecież kryminał to książka o mordercach – skrzywił się Kuba.

– Głupi, to więzienie, tylko inaczej – spojrzał Maciek z góry na brata.

– Wiecie co? Ja niczego nie rozumiem, bo mówicie jednocześnie. Poza tym krótko się znamy i naprawdę nie wiem o co chodzi. Moglibyście mi opisać tę historię, żebym mógł ją sobie w samolocie przeczytać? Porozmawiamy o tym kiedy się zobaczymy następnym razem.

– To znaczy, że się jeszcze zobaczymy? – Monika chciała się upewnić.

– Wątpisz w to? – przykucnął przed dziewczynką. – Przecież Kajtek mnie adoptował na wujka, zapomniałaś?

– My też! – rozległ się zbiorowy okrzyk.

– Czyli nie ma innej możliwości. Poza tym jak mógłbym zrywać kontakty z taką brygadą antyterrorystyczną? Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

– Wujku, a do mnie też wrócisz? – Mila objęła go za szyję korzystając z okazji, że wciąż znajdował się w pozycji kucznej.– Szkoda, że wyjeżdżasz.

– Muszę, skarbie

– Szkoda, że musisz – przytuliła twarzyczkę do jego twarzy, a on poczuł, jak gdzieś w środku stało się z nim coś dziwnego, że ogarnęło go uczucie, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Nie umiałby tego wyrazić słowami, wiedział jedynie, że zrobiłby wszystko co tylko możliwe, żeby Milenka była szczęśliwa i bezpieczna.

– Ale wrócę, maleńka, wrócę – szepnął.

– Masz podejście do dzieci – z prawdziwym podziwem zauważyła Martyna, która nie usłyszała ostatnich słów skierowanych do dziecięcego uszka.

– Nie, coś ty, zauważyłem tylko, że dzieciaki najlepiej się bawią prostymi rzeczami. I jeszcze, kiedy wciągną w to dorosłych, albo przynajmniej czują, że poświęcamy im uwagę – odpowiedział wstając z Milką wciąż trzymającą go za szyję. – To co, jeszcze samolot?

– Jeszcze, jeszcze – śmiała się dziewczynka krążąc pod sufitem, czując się absolutnie bezpiecznie na rękach Miłosza.

– Jak na kogoś, kto nie ma dzieci i twierdzi, że nie miał wiele z nimi do czynienia nawiązujesz z tą bandą świetny kontakt – powiedziała właścicielka Domu Pod Sosną.

cdn.

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieści, Widocznie tak miało być. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 Responses to „Widocznie tak miało być” – 55

  1. jotka pisze:

    Dobrze mieć pod bokiem życzliwą duszę, co to i projekt zrobi i kasę pożyczy.
    Dom pod sosną brzmi lepiej, niż pensjonat:-)

  2. Pola pisze:

    Facet-złoto, normalnie. I lubi remonty 🙂 Złota Rączka! I dzieci lubi… Niech go bierze hahaha…
    A tak na serio, bardzo sympatycznie „opowiadasz” Anuśko. Wspaniale się czyta i klimat opowieści przeuroczy… Czekam na następny odcinek 🙂
    Ściskam najserdeczniej, Pola

    • anka pisze:

      Polinko:-) Bajki dla „dzieci” w każdym wieku dobrze się czyta 🙂 Każda z nas ma w sercu ten „kawałek”, który wręcz łaknie czegoś dobrego, miłego, pięknego, gdzie jak w prawdziwej bajce wszystko dobrze się kończy… Wokół mamy zbyt dużo przeciwieństwa bajkowego świata, nie ma zachowanej równowagi i dlatego jest zachwiany porządek świata. Mam wrażenie, nie – pewność, że zbyt dużo złego rozpanoszyło się jakby powracały na ziemię inkarnacje najpodlejszych typów z okresu wojny, które nie zdążyły „zobaczyć” podłości swoich czynów, oczyścić się i je powtórzyć pragną…. Może też i dlatego wirus takie zbiera żniwo, że ludzkość niczego się nie uczy, a przynajmniej za mało? Nie potrafi uszanować Matki Ziemi i niszczy ją, dręczy tak samo jak zwierzęta, jej dzieci? Jak lasy, puszcze – jej płuca? Coraz śmielej zwyrodnialcy sobie poczynają pewni bezkarności, zadają cierpienia niewinnym istotom i nie czują niczego? Ciągną nas w mroki średniowiecza, marzą o czasach inkwizycji….
      Oj, wyżaliłam się, ale chyba się nie dziwisz. Przytulam. I dziękuję 🙂

  3. Urszula97 pisze:

    Złote rączki i miłość.

  4. 7 8 Krystyna pisze:

    Fajny klimat i te jeszcze ursynowski bandy. Super. Pozdrawiam

  5. Mysza w sieci pisze:

    Jak ja lubię takie iskrzenie romantyczne Aż miło poczytać na wieczór..
    Mniej romantycznie, nam by się taki fachowiec przydał do remontu kuchni. Albo zamiennie wyjazd do Domu pod Sosną na wakacje 😉 Buziaki Aniu i miłego weekendu

    • anka pisze:

      Myszko:-) Z fachowcami to ogólnie jest problem, mieliśmy taki z „fachowcem” od płyty indukcyjnej i mogę tylko stwierdzić, że w naszym pięknym kraju jest raj dla cwaniaków i oszustów wszelkiego rodzaju. Życzę , żeby Wam się trafił normalny człowiek do remontu kuchni, uczciwy i solidny, najlepiej sprawdzony, z polecenia.
      Wakacje w takim Domu pod Sosną wskazane jak najbardziej i bez masek w tle. Myszko, Wy macie szczęście, że cudne jezioro w zasięgu ręki jest i tylko od pogody zależy weekend w pięknym miejscu. Niech Ci się marzenia spełniają 🙂
      Buziaki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *