„Widocznie tak miało być” – 69

 Październik                                             

Kasia weszła do pokoju Aldony podczas nieobecności Grety, która wykorzystywała ostatnie chwile zwolnienia na dziecko, bo niebawem kończyło 14 lat i koniec ze zwolnieniami, podczas których mogła kursować po całym mieście niczego się nie obawiając.

– Jak tu u ciebie miło, kiedy tej lampucery nie ma – zauważyła.

– Przede wszystkim cicho, nikt się nie drze i wreszcie można usłyszeć własne myśli – odpowiedziała Aldona.

– A wiesz, że widziałam ją na przystanku? Wyglądała jak…

– Wszystko mi jedno jak wyglądała, pies jej mordę lizał – skrzywiła się Aldona dając dobitnie do zrozumienia jaki ma stosunek do wyglądu „ulubionej” koleżanki.

– O, właśnie tak wyglądała! Właśnie tak, jakby pies jej mordę wylizał – ucieszyła się Kasia. – A w ogóle jak się czujesz?

– Jak lokomotywa co to jest ciężka, ogromna i pot z niej spływa – ponuro spojrzała. – Coraz bardziej jestem zirytowana, przestraszona i zła. Ale to przejdzie, nie martw się Katarynko. Niedługo będę jak skowronek, jak tylko przestanę być lokomotywą. Według planu jeszcze trzy tygodnie. Chcesz kawy? Woda się zagotowała.

– Chętnie, jeśli można. A tobie wolno, lekarz ci nie zabronił? – spytała widząc, że koleżanka przygotowuje dwa kubki.

– Nie zabronił, mogę pić kawę, tylko nie taką siekierę jak dawniej, słabszą. Oj, słyszysz? Co to za hałas? Jakby ktoś walił czymś ciężkim – znieruchomiała Aldona nasłuchując.

– Na dole była dezynsekcja.

– I co z tego?

– A to, że teraz prusaki młotkami dobijają…

– A idźże ty – wzdrygnęła się Aldona z obrzydzenia.

– Tutaj nie masz się co wzdrygać – uspokoiła ją Kasia. – Wyobraź sobie to paskudztwo w domu.

–  O nie, za żadne skarby świata.

– A jeśli? To co? Do mnie kiedyś przelazły, pewnie z piwnicy, bo skąd? Chyba, że przyniosłam jakichś drani z psią karmą na wagę i się rozlazły. Teraz kupuję już tylko w szczelnych opakowaniach, tak na wszelki wypadek. Boże, ile czasu nie mogłam się tego okropieństwa pozbyć, brzydziłam się dotykać rzeczy we własnym domu, po kilka razy wszystko myłam przed użyciem. Wreszcie podczas remontu kuchni pozatykali mi wszystkie możliwe otwory i szczeliny i skończyło się. Już od dawna ich nie ma.

– O matko i córko – jęknęła Aldona, – tylko tego brakuje do kompletu. Brzydzę się robali, okropnie.

Coś zaczęło dziwnie stukać. Zamilkły obydwie rozglądając się wokół.

– Co to? Wiatr w wentylatorze?

– Oby jarzeniówka nie pękła nam nad głowami.

Szukały, szukały aż znalazły przyczynę. Dopatrzyły się, że to mucha obijała się o żarówkę wygrywając melodyjkę. Zlokalizowawszy nareszcie źródło niepokojących dźwięków  roześmiały się głośno zagłuszając pukanie do drzwi. Toteż zdziwienie ich było niepomierne kiedy drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna w zielonym swetrze.

– Przyszedłem zgodnie z instrukcją wypisaną na kartce przyklejonej do drzwi biblioteki – powiedział. – Jestem Mikołaj Wroński i szukam Kasi Zaremby. Potrzebne mi są  pozycje z tej listy – pokazał spory spis trzymany w ręce.

– Cześć, to ja – odpowiedziała Kasia spoglądając w oczy przybyłego, które w romantycznej powieści określono by jako „aksamitne”. – A sprawdziłeś wcześniej w katalogu czy je mamy?

– Przyznam się, że nie – odpowiedział, a w tych oczach migały mu takie ciepłe iskierki…

– To ci pomogę – Kasia czuła, że koniecznie musi się przekonać, czy te iskierki są w oczach Mikołaja naprawdę, czy jej się tylko zdawało… – Doniczko, wpadnę później, dobrze?

– Oczywiście, praca z czytelnikiem przede wszystkim – uśmiechnęła się dając gestem znak, że Mikołaj jest OK.

Miała wrażenie, że poczuła coś jakby iskry przeskakujące między Kasią i Mikołajem. Może stała się mimowolnym świadkiem narodzin uczucia od pierwszego wejrzenia? Któż to może wiedzieć? Kasia swoją część osobistego koszmaru odpracowała, więc może już przyszedł czas na jej nową, szczęśliwszą część życia?

Sięgnęła po segregator z aktualnymi sprawami do załatwienia na już.

Mając głowę zajętą wieloma myślami jednocześnie tym razem nie przejęła się chodzącymi słuchami o kolejnej reorganizacji. W poprzedniej życiowej sytuacji umierałaby ze strachu. Teraz – maleńka istotka dodała jej siły i Aldona wcale nie martwiła się nadchodzącymi zmianami. Ważne były, na pewno, jak zwykle, niemniej jednak dla niej największe, najważniejsze zmiany miały zajść już niebawem i nie znała dnia ani godziny, kiedy to się stanie, ponieważ akurat w tym przypadku niczego nie można przewidzieć.

Tymczasem Kasia została zaangażowana w pracowe zmiany bardziej niż kiedykolwiek. Okazało się bowiem, że nowym naczelnikiem został mianowany ktoś dobrze znany, ktoś, kto z pasją podchodził do pracy i miał mnóstwo dobrych pomysłów. Tak więc Kasia relacjonowała Aldonie wydarzenia zachodzące w firmie, ponieważ „lokomotywa” Aldona na ostatnich nogach – jak to się mówi – nie chciała już nigdzie chodzić, źle się czuła i zajmowała się głównie papierkową robotą, byle nie musiała opuszczać pokoju. A Kasia piała z radości, ponieważ znalazły się pieniądze na zakup nowych książek. Oprócz tego biblioteka miała wzbogacić się o komputer, który przybędzie razem z przypisaną do niego dziewczyną, albo odwrotnie, dziewczyna z przypisanym sobie komputerem, przeszkolona w zakresie wprowadzania elektronicznego programu dla bibliotek.

– Wiesz, Doniczko, ona się zajmie katalogowaniem zbiorów, czyli przerzucaniem do komputera papierowych katalogów. Poza tym taki program ułatwi mi zarządzanie  biblioteką  poprzez utworzenie elektronicznej bazy czytelników, rejestrację wypożyczeń i udostępnień zasobów oraz statystykę. Do tej pory liczyłam wszystko na piechotę.

– Oby tylko nie przypominała mojej „ulubionej” koleżanki, bo będziesz miała przechlapane – zatroskała się Aldona.

Na szczęście obawy okazały się płonne. Wiola okazała się przemiłą, życzliwą, ciepłą osóbką. Trudno byłoby powiedzieć o niej: osoba, ponieważ była drobniutka, zgrabniutka jak dziewczynka z podstawówki i zupełnie nie wyglądała na mamę dwójki dzieci w wieku szkolnym.

cdn.

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieści, Widocznie tak miało być. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 Responses to „Widocznie tak miało być” – 69

  1. Urszula97 pisze:

    Już niebawem dziecie przyjdzie na świat.A Ty wiesz ze mój ślubny po powodzi był w szpitalu i w radiu przyniósł kalaruchy ? Dobrze ze mieliśmy taki ogrodniczy niedaleko, wypsikal7smy co trzeba i wyjechaliśmy ,potem ich już nie było ,starego szpitala też już nie ma.Buziaki.

    • anka pisze:

      Uleńko:-) To diabelstwo można przynieść do domu skądkolwiek, nawet z pracowej stołówki w torebce, brrr 🙁 A pozbyć się tego ciężko, wiem coś o tym, na szczęście się udało. Buziaki 🙂

  2. Pola pisze:

    Czekamy na szczęśliwy dzień narodzin 🙂

  3. Mysza w sieci pisze:

    Niech się lokomotywa dzielnie trzyma :)) I korzysta z chwil spokoju. Dobrze wiem, jaki to urok, gdy nie ma w pracy wrednych osób. Swoją drogą, jakie to istotne z kim się pracuje, na kogo się trafi.. Z kuchnią dałaś mi do myślenia. Robactwa nie miewamy (czasem jakiś pająk latem), ale poproszę, żeby Mężuś załatał wszellie dziury. Na ile się da:) Buziaki i czekam na ciąg dalszy!

    • anka pisze:

      Myszko:-) Dopilnuj zaklejenia wszelkich możliwych dziur, w bloku nigdy nie wiadomo kiedy i skąd robale mogą się pojawić. Wystarczy, że sąsiad z drugiej klatki przyniesie i rozlezą się wszędzie.
      Praca może być przyjemnością, a może być koszmarem i wcale to nie zależy od wykonywanych czynności lecz od „koleżeństwa”. Wiem o tym aż za dobrze.
      Nic to, ważne, że Twój remont zbliża się do finiszu 🙂 Buziaki!

  4. jotka pisze:

    Och te robale, szczury i inne takie, w dodatku mole książkowe, ale dosłownie, potrafią nieźle uszkodzić książki.
    Nowy pracownik z pomysłami i pasja to skarb, wiem cos o tym, zwłaszcza szef!

    • anka pisze:

      Jotuś:-) Jednak ludzie są najbardziej niszczycielskimi „molami książkowymi”, najgorsze, że robią to z premedytacją i bez wyrzutów sumienia. Palenie książek na stosach to też ludzi sprawka…
      Ale są też wspaniali pasjonaci, ratujący księgozbiory, pomagający … z jednymi i drugimi miałam do czynienia i w sumie… najbardziej się cieszę z emerytury. Przychodzi taki czas, że na walkę braknie siły…
      Oj, postękałam, ale wiem, że książki kochasz to mogłam sobie pozwolić 🙂 Uściski!

  5. 7 8 Krystyna pisze:

    Opowieść się rozwija.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *