22 lata temu w Wiśle

Nasza wyprawa do Wisły miała miejsce w długi majowy weekend, dokładnie wyruszyliśmy  27.04.2000 roku a zapiski zaczęłam 29.04. rano.

Pociąg wyjechał z Centralnego o godzinie 0.25. Mieliśmy przed sobą 8 godzin jazdy. Ja się przespałam, MS nie i nawet nie wiem kiedy dojechaliśmy do Bielska. Tu się okazało, że tylko jeden wagon pojedzie do Wisły i to dopiero za półtorej godziny! W ogóle to i tak mieliśmy w tym Bielsku szczęście, że konduktorka zapamiętała podczas sprawdzania biletów, że spałam i przyszła obudzić  śpiących mówiąc, że koniec trasy,  bo pociąg kończy bieg.

Szaleńcze pakowanie i bieg do wagonu, który pojedzie dalej. Długo miałam wątpliwości czy to ten właściwy, przecież ja zawsze mam jakieś obawy. Przeżyliśmy przetaczanie będąc w środku, a mnie się przypomniały Krzeszowice i przejazd kolejowy, przed którym nieraz długo trzeba było czekać na możliwość przejścia właśnie z powodu przetaczania wagonów, a ja umierałam ze strachu od samego patrzenia na myśl, że mam przez te tory przejść (choć pociągu już nie było). Zawsze bałam wszystkiego co pełza w tym i pociągów. Podczas pośpiesznego pakowania urwałam suwak od mojej torby podróżnej. Całe szczęście, że udało się torbę okręcić paskiem wokoło tak, żeby mi się z niej nie rozsypały wszystkie upchnięte klamoty.

Po przyjeździe do Wisły – to była nad podziw krótka jazda, nastawiłam się na dłuższą  – okazało się, że daleko od dworca jest ulica Kopydło przy której stoi nasz dom wczasowy o nazwie Patria. Trzeba było wziąć taksówkę. Dom okazał się zupełnie przyzwoity, w o wiele lepszym stanie niż Maria w Szczyrku, w której byliśmy w zeszłym roku. Widać, że po wojnie wybudowany. Niestety, mamy pokój na parterze, zamiast okien są balkonowe drzwi  bez żadnej barierki, a za nimi ogólnodostępny taras, po którym chodzą wczasowicze i zaglądają. Zero intymności w ciągu dnia. Na piętrze pokoje wszystkie zajęte. Trudno, zgodnie z porzekadłem „ jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma” cieszymy się tym, co jest. Po apartamencie w Marii nic nie będzie aż tak wygodne (choć zimno było, ale przecież inną porę roku mamy). A i Wisła w pierwszej chwili nie dała się ze Szczyrkiem porównać. Mówię w pierwszej chwili, co będzie dalej to się okaże. Wisła jest długa, rozciągnięta całymi kilometrami i nie wiadomo czy jeszcze jest czy już nie. Tereny piękne, nie da się ukryć. Tylko… poszłam do miasteczka w nowych butach i bąble na palcach są rezultatem, durna baba i tyle, stara a głupia!

Chłopcy dzwonili, jeden rano drugi wieczorem. Mogli, bo wzięłam komórkę Dużego, pożyczył mi i pokazał jak to coś obsługiwać. Wielkie toto i nieporęczne, ale przydatne.

Nie ma tu w pobliżu takich knajpek jak mieliśmy w Szczyrku i świetnie, nie będę się obżerać. Przyda się przejść na dietę. Mamy zapłacone śniadania i kolacje. Jak będę głodna to będę zła, przecież głodny Polak musi być zły, ale dla mnie będzie to z korzyścią, hi hi 😊  Tylko MS będzie biedny, jemu się należy porządna porcja dobrego żarełka. Wczoraj był bardzo głodny, a na kolację dali trochę fasolki po bretońsku. Dla mnie wystarczająca ilość, ale on wyraźnie nie czuł się usatysfakcjonowany.

Muszę zapisywać  gdzie byliśmy, bo już całkiem mi się w głowie pomiesza i nie będę w stanie z pamięci odtworzyć przebytych szlaków. Najważniejsze, że Wisła już mi się podoba. Trzeba ją po prostu zobaczyć na spokojnie. Szlaki są długie, chodzimy po około 7 godzin dziennie i łydki tak mnie bolą, ze stanąć prosto nie mogę, a najgorzej zejść po schodach.

Ponieważ pierwszego dnia obtarłam sobie palce bardzo mądrze idąc w nowych butach bez skarpetek przez kilka kilometrów, mogłam po powrocie chodzić tylko w klapkach. Tak więc zostały wieczorne spacery ulicami miasteczka. Odkryliśmy karczmę U Karola i przęsła mostu kolejowego, który przywodzi na myśl rzymskie budowle. I jeszcze stary dom, w którym chętnie bym zamieszkała, gdyby mi go ktoś podarował 😃  W sobotę poszliśmy do miasteczka, a potem w górę ulicą  Siglany  do cmentarza i wyżej jeszcze. Tam poleniuchowaliśmy na trawie w upalnym majowym, nie – jeszcze kwietniowym – słońcu.

W niedzielę ruszyliśmy w góry ulicą Turystyczną, potem cały czas szlakiem do schroniska na Stożku Wielkim gdzie posiedzieliśmy trochę w słońcu. Potem ruszyliśmy dalej, ale zamiast skręcić w prawo do przejścia granicznego z Czechami poszliśmy w lewo. Zdobyliśmy Kiczory. Tam był śnieg! Tu upał, ludzie w opalaczach a pod krzakami śnieg! Cudo! Potem słyszeliśmy w radio, że na Klimczoku 45 cm śniegu i można jeździć na nartach. Następnie próbowaliśmy zejść jedną drogą, ale z powodu strasznego błota nie do przebycia musieliśmy zawrócić. Z powrotem szliśmy piękną trasą w dół oglądając głębokie parowy, jary aż do Łabajowa gdzie zobaczyliśmy odjeżdżający autobus.  Nie pozostało nic innego jak dobrze wyciągać nogi by uciec przed nadchodzącą burzą. Zaopatrzeni w płaszcze foliowe mogliśmy się nie obawiać deszczu. Od Łabajowa do zjazdu ulicą Zjazdową dotarliśmy do Turystycznej. Obiadu nie jedliśmy, ale z powodu zmęczenia nie było to konieczne.

1 maja w poniedziałek – W miasteczku ulicą Wyzwolenia obok stacji benzynowej doszliśmy do szlaku na Gościejów. Zatrzymaliśmy się w karczmie  Jonidło, bo głowa mnie rozbolała i musiałam się napić kawy. Potem weszliśmy na szlak przez osiedle Gościejowa (ponad 800 m) na Czupel Smrekowiec (882 m) i zeszliśmy do Malinki przez Nową Osadę. Pięknie tu było, cudne domy, polanki. Z Malinki przez górę musieliśmy szlakiem przejść spory kawał, żeby się dostać do szosy prowadzącej do domu. Dotarliśmy do Wisły Głębce. Strasznie daleko stamtąd było do ulicy Kopydło i nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale dałam radę. U Karola zjedliśmy obiad, wcześniej uratowała nam życie woda mineralna kupiona w otwartym sklepie spożywczym. Woda była ze źródła „Budzi Głód”, nic dziwnego, że trzeba było się zatrzymać na porządne jadło 😃

Wtorek- 2 maja – to był dzień relaksu ze względu na bolące mięśnie. Zrobiliśmy raz ok. 15, drugi ok. 20 km. Nieźle. Więc przeszliśmy pomału wzdłuż całego miasteczka, kupiłam torbę podróżną w miejsce tej popsutej w pociągu, weszliśmy gdzieś w pobliże szczytu Czajka.  Potem zawróciliśmy na drugą stronę Wisły i tam wdrapaliśmy się na wysokość domu/hotelu Ondraszek. Widoki były prześliczne więc sobie siedzieliśmy podziwiając je. Nie poszłam do świątyni ewangelickiej bo się bałam. Zwyczajnie opanował mnie jakiś irracjonalny strach.  Był tam taki dziwny las z uschniętych drzew o żywych tylko samych koronach. Posiedzieliśmy obmyślając trasę na następny dzień. MS policzył przebytą odległość i wyszło mu, że dziś jedynie 12 km mamy na liczniku.

 3 maja – środa – Przeszliśmy przez całe miasteczko do niebieskiego szlaku przez Wisłę Jawornik na Soszów (gdzie jest wyciąg), przez Czupel (591 m), Soszów Wielki (886 m). Piękny był szlak, cudne widoki, czerwony szlak wzdłuż granicy, przez Cieślar (918 m), Stożek Mały (843 m) do żółtego szlaku prowadzącego w dół przez Jurzyków osiedle do ulicy Dziechcinka. Obiad w nowym miejscu, w karczmie U Kubiczka, spotkaliśmy sąsiadów od stolika. Oni przyjeżdżają tu od dawna na majowy weekend, robią znajome trasy i wracają do domu pełni szczęścia.

Z kolei czwartek – 4 maja  –  był dniem lekkiego odpoczynku, albo raczej lekkiej trasy. Zrobiłam „upominkowe” zakupy na bazarku: takie śmieszne rączki do drapania i piszczałki, regionalny długopis, skarpetkę przytwierdzoną do drewienka z napisem „zbieramy na nowy dom” 😊 Bazarek jest na drugim końcu Wisły a więc daleko. Stamtąd drugą stroną rzeki do ulicy  Groniczek a nią w górę do cmentarza ewangelickiego, na którym leży pochowany Stanisław Hadyna, twórca zespołu Śląsk. Potem przynieśliśmy zakupy (ach, kupiłam jeszcze tenisówki na grubym spodzie i takim obcasie, których szukałam od zeszłego roku) do pokoju i wyruszyliśmy ulicą Spacerową. MS nie bardzo miał ochotę, bo na mapie nie widział nic ciekawego a okazało się, że to piękny, spacerowy szlak wiodący grzbietem góry oddzielającej naszą część miasta (Kopydło) od tej, gdzie Wisła płynie. Doszliśmy do ulicy Turystycznej, do szlaku, którym już schodziliśmy wracając z Czupla Smrekowca. Po kolacji (obiad U Karola) jeszcze połaziliśmy  trochę, tym razem po bocznych uliczkach po prawej stronie Kopydła, które są właściwie wiejskimi drogami. Tam znaleźliśmy ładny spacerowy szlak, ale robiło się już ciemno. Dziś albo jutro go zwiedzimy.

W piątek 5 maja to było istne szaleństwo. MS uparł się zdobyć Baranią Górę, jak to Baran zodiakalny 😁😁😁  Autobusem dojechaliśmy do Zalewu Wisła Czarne i tak samo mieliśmy wrócić. Z początku szlak był bardzo ładny wzdłuż Białej Wisełki. Potem trzeba się było wdrapywać po kamieniach, po błocie, a wreszcie po śniegu. Jeszcze nie łaziłam po śniegu w tenisówkach, z gołymi nogami, w bluzce bez rękawów i z gołym (dla opalania) brzuchem! Wreszcie dotarliśmy na szczyt. Widoki były piękne tylko z wieży widokowej, bo góra porośnięta lasem i nic nie widać. Zresztą widoczność była bardzo słaba, horyzont zamglony, zimno i śniegu pełno wokół. Jakaś kobieta zapytała którędy weszliśmy (od Fojtuli)  i stwierdziła, że ona weszła łagodniejszym szlakiem, najpierw czerwonym, potem należy wejść na czarny i zaraz jest droga, mniejszy spad i łatwiej zejść.

Nie bardzo nam się chciało iść tą samą zabłoconą, stromą drogą. MS tym bardziej, Barany lubią coraz to nowe wrażenia, ale gderałam dla zasady. A potem już nie dla zasady tylko ze zmęczenia i strachu, że noc nas złapie w lesie i pożre nas niedźwiedź (jakoś tak w Wiśle wciąż bałam się niedźwiedzia, nie wiem czemu) i nigdy się stąd nie wydostaniemy. Zauważyłam, że nie lubię zwartego, gęstego lasu, w którym otoczona jestem ze wszystkich stron, nie ma przestrzeni ani perspektywy, boję się wtedy i duszę. Kocham przestrzeń i widoki na ogromne odległości, kocham wolność, jej poczucie, które takie widoki dają.

Zeszliśmy nie na ten szlak, na który trzeba. Też na czarny, owszem, ale nie wiodący do Fojtuli, ale do Kamesznicy, której nawet nie znaleźliśmy na mapie. Do tego okazało się, że jesteśmy zupełnie z innej strony niż powinniśmy. Nie mówiąc już, że po drodze zgubiliśmy szlak (swoją drogą słabo oznaczony) i jakiś czas szliśmy w dół drogą bez żadnych oznaczeń. Straszną ilość kilometrów (na pewno nie mniej niż 30) pokonaliśmy piechotą, żeby się dostać w jakieś ludzkie miejsce. Wreszcie napotkani chłopi dwaj nas uratowali. Pokazali, którędy trzeba iść do autobusu jadącego do Koniakowa, a tam się przesiąść na autobus jadący do Wisły. Do przystanku było bardzo, bardzo daleko. Leciałam i leciałam (choć red bull nie dodał mi skrzyyyydeł) prosząc wszystkie możliwe Siły Wyższe o ochronę i poprowadzenie. Dobiegliśmy w momencie przyjazdu autobusu. Jechaliśmy do Koniakowa łapiąc oddech i oglądając cudne widoki, bo droga serpentynami prowadziła. Stamtąd trafiliśmy na autobus do Wisły i równo na 18-tą zdążyliśmy na kolację. Obiad zjedliśmy U Kubiczka o 20-ej.

W telefonie padła bateria kiedy chciałam do Dużego zadzwonić z Baraniej Góry. Okazało się, że nie dał mi ładowarki. A niby skąd ja miałam wiedzieć, że do tego pudełka potrzebna jest ładowarka? Gdybym wiedziała, to bym dopilnowała. Teraz już wiem 😊

Z powrotem był normalny cyrk. Mieliśmy wykupiony w Warszawie bilet powrotny (czyli w obie strony, żeby mieć spokojny powrót). Grzecznie czekamy na dworcu, a pociągu nie ma. Okazało się, że w ogóle go nie ma!!! Choć nam sprzedano bilet!!!  Musieliśmy kombinować mocno jak do domu wrócić. Tłukliśmy się do Katowic jakimś odrapanym pociągiem, brudnym, zniszczonym przez „kibiców”. Na dworcu w Katowicach ileś godzin czekaliśmy, żeby wreszcie wsiąść do pociągu tym razem nie byle jakiego, ale normalnego i wrócić na Centralny.

Podsumowując – urlop był bardzo udany, pogoda dopisała, zwiedziliśmy ile się dało, wykorzystaliśmy czas do maksimum, Wisła podobała mi się bardzo, tylko, że aby wejść na szlak i pójść w góry musieliśmy przejść przez całe miasteczko, urokliwe zresztą 😊 Wspomnienia zachowam bardzo sympatyczne mimo przygody z pociągiem-widmem 🙂

…spacery po miasteczku …

…spacery po okolicy …

… na Baraniej Górze, widok na okolicę, baba siedzi czekając na pociąg-widmo 😉 …

Nie myślałam, ze jakość zdjęć będzie aż tak fatalna 🙁 Trudno, tak zostanie, miałam przyjemność wspominając i jeszcze coś – wtedy nosiłam rozmiar 36 … byłam szczuplejsza 0 te 22 lata 😃 dowód na fotkach został 🙂  Nie sprawdzałam teraz z mapą czy wówczas wpisywałam prawidłowe nazwy wychodząc z założenia, że zapiski robiona na bieżąco nie powinny zawierać wielu błędów. Zresztą już nie mam czasu teraz szukać, jeśli traficie na jakiś to proszę o sprostowanie.

Jeszcze mi się przypomniało, ze o „Adaśku” chyba się nie mówiło, bo wcale nie kojarzyłam, dopiero później Wisła Malinka stała się słynna z powodu skoczni im. Adama Małysza i jego samego oczywiście.

🐕🐕 Szilunia miała usuwaną narośl na łapce, oba psiepsioły są po pobraniu krwi, po szczepieniu wirusówki. Wyniki mają dobre, więc nie mogą mieć wymówki, że im się nie chce chodzić na dłuższe spacery. Podejrzewałam, że tusza Szilki może być spowodowana chorą tarczycą, lecz nie jest. A więc koniec z podjadaniem między posiłkami, tylko… jak to osiągnąć, syzyfowa praca połączona z pilnowaniem babci D. podczas posiłków i w międzyczasie też. A babcia sprytna jest, chowa jedzenie do kieszeni, żeby dać po kryjomu jak tylko na nią nie patrzymy…

… prawie cały dzień spała odpoczywając po przeżyciach …

Kochani, trzymajcie się zdrowo, bądźcie bezpieczni i nie dajcie się złym myślom 💗💗💗💙💛

 

 

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Myślę sobie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

34 Responses to 22 lata temu w Wiśle

  1. jotka pisze:

    Aniu, piękna wyprawa i jest co wspominać.
    Przygody na trasie zdarzają się , nam tez udawało się jakimś cudem mylić szlaki.
    Nie było GPS a w telefonie, wielu udogodnień dla wędrowców nie było, nawet porządnej odzieży. Pamiętam podróże pociągiem na stojąco…
    Ale duch był młody i siły !
    Za taką laską jak widać na zdjęciach, to pewnie wszyscy się oglądali:-)
    Zdrówka i słoneczka!

    • anka pisze:

      Jotuś:-) Hi hi, ale mnie rozbawiłaś 🙂 Ja z powojennego wyżu demograficznego, takich „lasek” było mnóstwo wokół. Teraz jest mniej i – niestety – widzę dużo młodych ludzi płci obojga „przy tuszy”, żeby określić w miarę kulturalnie. Dawniej tak nie było, pewnie z powodu innego jedzenia i trybu życia. Dzieci i młodzież czas wolny spędzały w ruchu, grało się na podwórkach w różne gry (dwa ognie, zbijany, skakanki, berek itd.), ćwiczyło wygibasy na trzepakach, chodzenie przez płoty… 😉 Nie było „sfarfonów” czy innych pożeraczy czasu, fast foodów itp. Wszystko to sprzyjało zdrowiu fizycznemu i psychicznemu też. No, tom się nagadała 😉
      Duch wciąż jest młody, tylko pesel tego nie zauważa 😉 Buziaki!

  2. Mo. pisze:

    Cudne te wspomnienia, cudne, a zapiski wzruszające bo z czasów kiedy jeszcze się prowadziło papierowe pamiętniki. Ciekawe tylko czy już się wtedy blogowało? :). Najgorsze jest tylko to, że 22 lata to ogrom czasu a mam wrażenie, że to było tak niedawno…Powiem Ci, że trochę mnie tymi wspomnieniami wzruszyłaś, skierowałaś myśli ku przeszłości i dniom które nie wrócą – no chyba, że ma się zapiski albo bloga na ten przykład, o! Doskonale pamiętam przeboje z PKP, dla mnie dziecka znad morza, spędzającego część każdych wakacji na koloniach w górach taka wyprawa była wielką przygodą. Teraz potrzebuję mniej czasu żeby znaleźć się w Azji hi hi hi.
    Pięknego nowego tygodnia, dużo słońca.

    • anka pisze:

      Mo:-) Jak ja żałuję, że przestałam prowadzić zapiski. Takie regularne i dokładne. I jeszcze, że nie wypytywałam o przeszłość, póki było kogo spytać 🙁 Teraz nawet gdy sobie postanowię zapisywać to po kilku dniach zapominam i gucio…
      Z PKP mam najwcześniejsze wspomnienie takie, że – musiałam być bardzo malutka – tata wskoczył do pociągu, żeby zająć miejsce, a mnie dziadek podał przez okno 🙂 Takie czasy były. Znad morza w góry faktycznie miałaś kawał drogi. Tak jak my rodzinnie z Opola jeździliśmy do Kołobrzegu i do Świnoujścia. Ale za to było wesoło. Tata z wujkiem mieli wciąż pomysły na zabawianie piątki dzieci, a mama z ciocią miały ze wszystkimi skaranie boskie 🙂 🙂 🙂
      Fajnego weekendu!

  3. Lucia pisze:

    Dobrze odwinąć takie piękne wspomnienia. I warto.
    Wspominajmy więc jak najczęściej.
    Wisła to ode mnie niewiele kilometrów. Prawie dom na Śląsku. Buziaki

    • anka pisze:

      Luciu:-) Mamy co wspominać, prawda? Na naszych oczach świat się zmienił w sposób niesamowity. Oby teraz tego świata do końca nie zepsuły te wstrętne siły nieczyste…
      Byłaś pewnie w Wiśle wielokrotnie, skoro tak miałaś blisko. Pamiętam, że z Mysłowic w niedzielę jeździło się do Dańdówki i mam zdjęcie z mamą i siostrą na kocu, taki piknik był. Więcej nie pamiętam, bo pojechałam do dziadków do Tenczynka, miałam wtedy 4 latka, wróciłam już do Opola, do pierwszej klasy.
      No i proszę, wspomnienia się odwijają… Buziaki 🙂

  4. L.C. pisze:

    Super wspomnienia!
    Ja też dobrze wspominam Wisłę, ale takich długich tras to nigdy nie pokonywałam, szacun!
    Pogłaskaj Szilkę od ciotki, będzie dobrze. Na starsze lata jedni chudną, drudzy grubną. Tak przynanjmniej jest u ludzi.
    Dobrego tygodnia, słońce ma być!
    T.

    • anka pisze:

      Tereniu:-) Szilka pogłaskana, już zapomniała, że jej krzywdę robili. Teraz muszę koniecznie ją odchudzić i zupełnie nie wiem jak to zrobić. Ograniczyłam ilość żarełka za to surową marchewką dopycha ile chce. Powiedziałam jej, że się nie nabiorę na minki i stękania, będziemy chodzić na dalsze spacery i już, koniec z leżeniem! Rano je wyciągam – mimo protestów – bo potem za ciepło, wieczorem tez staramy się dłuższy spacer zrobić. A co z tego wyjdzie – pojęcia nie mam.
      Buziaki dla Ciebie i głaskanki dla piesiów cudnych Twoich 🙂

  5. Urszula97 pisze:

    To były piękne czasy, jakoś wszystko cieszyło inaczej.Pamietam te zatłoczone pociągi z Katowic do Torunia, ludzie siedzieli na torbach , moje dzieci po godzinie już zdążyły zjeść wszystkie kanapki.Pieknie opisalas wczasy, mało kto teraz tak wędruje.Usciski dla Ciebie Aniu.

    • anka pisze:

      Uleńko:-) Masz rację, że wszystko cieszyło inaczej. Może dlatego, że im się jest młodszym tym więcej w człowieku radości, chęci przeżycia przygody, poznawania nowego? Jazda pociągiem to było nie lada przeżycie, jak dało się na czymś usiąść to już sukces.
      Co do wędrowania to już też się zmieniło, chęci są ale różne niezależne sprawy stają na przeszkodzie. Nic to, ważne, że życie jest piękne i jest co wspominać.
      Serdeczności dla Ciebie Uleńko i duuużo CiP 🙂

  6. Stokrotka pisze:

    A nie mogłabyś tego w formie książkowej wydać?
    Proszę!!!!!

  7. Świetny opis, Aniu! Bardzo się fajnie czytało te wspomnienia z dawnych czasów – niby nie tak odległych, niby już nie za komuny, ale jednak…

    • anka pisze:

      Małgosiu:-) Sama z przyjemnością sobie przypomniałam. Szczególnie się uśmiałam sama z siebie ze strachu przed niedźwiedziem 🙂 Popatrz, gdyby nie zapiski i fotki to uleciałoby z wiatrem i tyle. Jednak jak coś uwiecznione – to żyje.
      Zapisuj wszystko w Pradze 🙂 Uściski!

  8. fuscila pisze:

    Ech! Wspomnienia!!!! Nikt nam ich nie odbierze!
    Akurat odpoczywam po tygodniu Karkonoszach!
    Tylko pozdrawiam, bom jeszcze lekko nie teges! Ale spoko wodza!
    Cały wagon CiP podrzucam! :-))))))

    • anka pisze:

      Fusilko:-) Odpoczywaj, należy Ci się 🙂 A zdradzisz gdzie konkretnie? Pewnie u siebie opowiesz co nieco o Karkonoszach, jeszcze nie zajrzałam do Ciebie, normalnie nie miałam kiedy, ale się poprawię. Za CiP dziękuję i odwzajemniam! Buziaki 🙂

  9. Pola pisze:

    To były cudne czasy! Fajnie opisałaś wyprawę opatrzoną cud fotkami 🙂 Zdrówka dla Was i psapsiółek!

    • anka pisze:

      Polinko:-) Z perspektywy czasu minionego wszystko (prawie) było fajne i z całą pewnością po coś 🙂 Dziękujemy za życzenia, łapiemy zdrówko obiema rękami 🙂 Buziaki!

  10. BBM pisze:

    Fajne wspomnienia!Jak dobrze czasem obrócić się w stronę przeszłości. Powspominać, porównać… Najlepszego, Aniu! 🙂

  11. Mysza w sieci pisze:

    Nie dość że rozmiar 36, to jeszcze jaka talia i nogi idealne do mini! :)) Piękne to zdjęcie gdzie siedzisz wśród tej przestrzeni górskiej.. Również uwielbiam to poczucie wolności i oddech, jaki dają góry. A z pociągu się uśmiałam, choć Wam pewnie wtedy nie było do śmiechu ;)) Buziaki i Wy również trzymajcie się zdrowo!

    • anka pisze:

      Myszko:-) Miło wspomnieć młode lata. A swoją drogą wzięłam się ostro za ćwiczenia… Powiem Ci po cichu, że widzę rezultat, choć waga wciąż go nie widzi, hi hi 😉 Z każdej „przytrafki” można się śmiać po czasie i wspominać, choć wówczas do śmiechu nie było. Szczególnie mnie, jak to Byk – lubię mieć wszystko zaplanowane i realizowane spokojnie, a niespodzianek nie lubię.
      Bawcie się wakacyjnie i niech pogoda dopisuje, zdrowie też, a humoru na pewno nie zabraknie. Buziaki 🙂

  12. Anonim pisze:

    Ꮩaluɑble info. ᒪucky me I discovered your site by chancе, and I am surprised why thіs twist of fate didn’t came aboᥙt earlier!
    I bookmarked it.

  13. Krystyna 7.8 pisze:

    Wspomnienia podnoszą nas na duchu . Gdzieś głęboko w nas cały czas są. Tkwią w nas głęboko.

  14. Królowa Karo pisze:

    Nie dość, że aktywnie, to jeszcze z takimi przygodami…

    • anka pisze:

      Królewno Karo:-) O tak, a przydałoby się formę poprawić i do aktywności wrócić… oczywiście w miarę możliwości po tylu latach 😉

  15. I every tіme spent my half an hour to read this blog’s content daily along with
    a mug of coffee.

Skomentuj jotka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *