„Po co wróciłaś…” 40 – koniec drugiej części cyklu ursynowskiego

Ostatni tydzień wakacji minął bardzo szybko.

Po wyjeździe Teresy i chłopaków zrobiło się cicho i spokojnie. Aldona kwitła szczęściem, Sergiusz patrzył w nią jak w obraz oszołomiony natężeniem przeżywanych uczuć. Jak to możliwe, żeby on, tak trzeźwo patrzący na świat, został ogarnięty przez miłość i wypełniony nią całkowicie? Chodził po domu głośno śpiewając, naśladując gwiazdy rocka. Tina krok w krok za nim i przyglądała się przekrzywiając łeb na bok. Często suczce towarzyszyły kotki i cały orszak krążył po domu i ogrodzie wywołując okrzyki radości i zachwytu u wszystkich czterech pań.

Wieczory były piękne chociaż chłodne, jak zwykle w sierpniu. Dziewczynki zamykały się w Ukrytym Pokoju powiedziawszy „dobranoc” rodzicom, ci ostatni wychodzili przed dom ze zwierzakami. Spacerowali po ogrodzie wpatrzeni i wsłuchani w oplatającą ich noc. Ścigali wzrokiem spadające gwiazdy wypowiadając życzenia, jedne głośno, drugie po cichutku. Snuli wspólne plany na przyszłość, obmyślali najdrobniejsze szczegóły domku, który zbudują w Cięciwie, a który koniecznie miał być normalnym, solidnym, całorocznym domem dla licznej rodziny.

Któregoś wieczoru Aldona poczuła znajomy strach chwytający ją za gardło. Odnosiła wrażenie, że gdzieś z tyłu czai się coś złego, ponurego, co ją pochwyci i uniesie w krainę ciemności na zatracenie, tam, skąd nie ma powrotu…

Zerwał się gwałtowny wiatr, zza lasu wypłynęły czarne chmury zakrywając iskierki gwiazd, tarczę księżyca, okrywając cieniem ziemię. Zadrżała jakby poczuła ukłucie prosto w serce, jakby ktoś nagle lodem dotknął rozpalonego czoła, jakby zawisło nad nią coś strasznego i groźnego. Może czuła się zbyt szczęśliwa? Może z jakichś nieznanych powodów właśnie ona nie ma prawa do szczęścia? Ale skąd takie myśli? Dlaczego? Przecież nic się nie stało, tylko nadciągają ciemne chmury zwiastujące zmianę pogody. Zwykła rzecz. Skoro w radio od rana  zapowiadali deszcz, jest to zupełnie normalne i naturalne zjawisko.

– Ty się cała trzęsiesz –  Sergiusz przytulił ją do siebie. – Chodźmy do domu, rzeczywiście ochłodziło się raptownie – drżenie przebiegające jej ciało wziął za rezultat ochłodzenia temperatury pachnącego lasem powietrza.

Widok nadciągającej chmury prześladował ją przez pozostałe dni, zupełnie niespodziewanie pojawiając się w pamięci nawet w słoneczne południe. Serce ściskała trwoga a to „coś” nieokreślonego zdawało się krążyć nieustannie wokół przerażonej Aldony. Nie wspominała o tym partnerowi w obawie, że wyśmieje ją albo uzna za histeryczkę.

Dziewczynki wykorzystywały każdą chwilę na szaleńcze gonitwy po Skałkach, zjeżdżanie ze Styrku zielonym czterokołowym wózkiem z dyszlem, pożyczonym od wujka Zygmunta, albo turlanie się z górki w dół w towarzystwie „tubylców” oraz Tiny i Miśka, który – choć dużo, dużo większy od suczki – dawał się w zabawie rozkładać na łopatki.

Nadszedł wreszcie czas wyjazdu poprzedzony nieprzespaną przez Aldonę nocą. Dziewczynki płakały z żalu, że trzeba jechać ale za chwilę snuły plany wspólnego spędzania weekendów i ferii, bo przecież „są jak prawdziwe siostry”.

Tinusia nad podziw dobrze zniosła długą podróż. Rozłożona wygodnie na tylnym siedzeniu głównie spała. Dziewczynki siedziały na samym brzegu siedzenia, często klękając na podłodze, zrzucane przez pupilkę nawet z owego kawałeczka miejsca.

Rok szkolny rozpoczynał się w poniedziałek. Przez całą sobotę Aldona zajęta była rozpakowywaniem bagaży, praniem, zakupami przedmiotów potrzebnych do szkoły – i jak zawsze – przyrzekała sobie, że już nigdy nie zostawi tego na ostatnią chwilę. Zapracowana w ciągu dnia dopiero wieczorem zauważyła, że Sergiusz nie wpadł, nie zadzwonił do Magdy, która już wróciła z wakacji i mogłaby ją poprosić do telefonu. Kiedy jednak nie zadzwonił i nie pokazał się w niedzielę, odczuła niepokój. Co się mogło stać? Dziewczynki dolewały oliwy do ognia płacząc z tęsknoty za Tiną, obecność Bibi już im nie wystarczała.

W poniedziałek zadzwoniła do niego do pracy. Nie poznała jego głosu, tak był zmieniony.

– Kochanie,- powiedział – gdy wróciliśmy do domu okazało się, że czeka na nas Agata. Gdybym wiedział, zostawiłbym Monikę u ciebie i sam sprawę załatwił do końca. Ale w sytuacji, gdy dziecko nieprzytomne z radości nie puszcza jej ręki, chodzi krok w krok za nią i powtarza: moja mamusia wróciła – co miałem zrobić? Muszę to jakoś przemyśleć, ułożyć. Nie wiem jak, nie wiem w tej chwili co mam zrobić… Doniczko, dlaczego milczysz?

– A co mam powiedzieć? – ledwo wyszeptała zmagając się z tym „czymś”, co ją dopadło, wreszcie się zmaterializowało, chwyciło za gardło i zaczęło dusić. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, jakby prześladujące ją czarne chmury spowiły cały świat. – Co mam powiedzieć? – powtórzyła.

– Agata powiedziała, że źle postąpiła i teraz zostanie z nami. Monika płakała ze szczęścia i pytała czy na pewno już nigdzie nie pojedzie. Powiedz sama, czy mogłem w takiej chwili wyrazić sprzeciw? Bałem się o Biedroneczkę, tylko i wyłącznie ze względu na dziecko nie sprzeciwiłem się Agacie. Głośno i wyraźnie powiedziałem, że nasze małżeństwo uważam za skończone, rozwiązane. Udawała, że nie słyszy. Kochanie, muszę z tym wszystkim dojść do ładu, rozumiesz mnie?

– Przepraszam cię, muszę kończyć – odłożyła słuchawkę.

Siedziała nieruchomo blada jak świeżo pobielona ściana. Serce waliło oszalałym rytmem a ręka, którą podniosła, by wytrzeć łzy spływające po policzkach, drżała jak w febrze. Dlaczego? Dlaczego znowu ją musiało to spotkać? Uwierzyła, że może być szczęśliwa, kochana. Po co? Wróciła żona. Jaka by nie była – żona. Formalna, legalna. A ona? Ona jest nikim. Była zabawką dla mężczyzny, to takie zwykłe i banalne… Nie! To niemożliwe! On nie kłamał! Nigdy nie mówił nieprawdy. Jeśli już coś powiedział – dopiero wtedy, kiedy był pewien siebie i swoich uczuć, inaczej nie powiedziałby ani słowa. Dobrze, że ma w torebce relanium. Dobrze, że nie ma nikogo w jej  pokoju. Trzeba się wziąć w garść.

Do końca dnia pracy funkcjonowała jak automat nie wiedząc co się wokół niej dzieje. W domu wysłuchała relacji dziewczynek z pierwszego dnia w szkole starając się zrozumieć cokolwiek z ich paplaniny. Po głowie tłukła się jedna myśl: po co wróciłaś Agato? Nie mogłaś zostać tam gdzie byłaś i dać nam wszystkim żyć?

Przygotowała dzieciom kolację, rzeczy do szkoły na jutro, kazała iść spać. Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Trzymając Bibi w objęciach stanęła przy oknie. Na niebie nie błyszczała nawet jedna gwiezdna iskierka, drogę do ziemi zagradzało kłębowisko czarnych chmur gnanych silnym wiatrem, przesuwających się z ogromną szybkością i bezustannie zmieniających złowrogie kształty. Przytuliła  mocniej koteczkę. Bezgłośne łkanie  wstrząsnęło jej ramionami, rozpłakała się, rozszlochała nie mogąc dłużej zapanować nad potwornym bólem i rozpaczą. Łzy jedna za drugą płynące strumieniem żłobiły na policzkach i w kącikach oczu piekące bruzdy. Straciła sens istnienia, nie miała po co żyć. Pragnęła, by nigdy nie nadszedł świt, by mogła pogrążyć się w wiecznej ciemności razem ze swym cierpieniem. Nie myślała o dzieciach, nie myślała o koteczce, która wyrwała się jej z rąk strwożona dziwnym zachowaniem i wskoczyła na parapet. Obserwowała z parapetu jak pani osuwa się na kolana i znieruchomiała, z twarzą nabrzmiałą niewysłowioną męką szepce: po co wróciłaś Agato?

24.10.2017

  • Gość: [L.C.] *.play-internet.pl No i wiadomo skąd ten tytuł, takie życie. Doczytuje poprzednie.
  • annazadroza Legendarna:-) Wszystko będzie dobrze, przecież musi. Inaczej niż w realu 🙂 Ale kiedy skończę? Najstarsi górale tego nie wiedzą, ja też, mam dopiero ok. połowy zamierzonego materiału. Czasu brak usiąść spokojnie i popracować, bo obowiązki domowe są i do Calineczki jadę 2 razy w tygodniu. Malutka jest przecież najważniejsza na świecie teraz:):):)

 

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Po co wróciłaś Agato?, Powieści. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *