„Widocznie tak miało być” – 45

Niewielka odległość dzieliła dom Karoliny od domu, w którym mieszkała Martyna Matecka. Kiedyś  chodziły razem do szkoły muzycznej, Karolina uczyła się grać na skrzypcach, Martyna na wiolonczeli,  później dołączyła gitarę. Dostała od rodziców w prezencie ślubnym działkę pod dom, który teraz prezentował się bardzo ładnie od zewnątrz. W środku trochę mniej, ponieważ mąż Martyny pracując za granicą w celu zarobienia pieniędzy na budowę domu oraz utrzymanie rodziny uległ wypadkowi i zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Martyna została z dwuletnią wtedy córeczką Milenką, z niewykończonym domem i bez pracy. Rodzice pomagali córce ile mogli, dzięki nim przeżyła pierwszy, najtrudniejszy okres żałoby, rozpaczy, załamania. Tylko myśl o Mili utrzymała ją przy życiu, córeczka stała się jedynym punktem odniesienia dla nieszczęśliwej młodej kobiety. Teraz Milka miała lat pięć, była rezolutną osóbką, bezgranicznie kochaną przez matkę i dziadków, lubianą przez sąsiadów..

Karolina myślała o zaproponowaniu Martynie pracy w recepcji, w swojej nowo otwartej przychodni w miasteczku. Niedaleko mieściło się przedszkole, co byłoby wygodnym rozwiązaniem kwestii zapewnienia dziecku opieki. Wiedziała, że Martyna nie miała sumienia bez reszty angażować rodziców tym bardziej, iż matka w miarę możności łapała dorywcze prace przy organizowaniu wesel czy innych imprez, piekąc ciasta i torty na zamówienie. Ojciec – sporo starszy od matki – był już schorowanym człowiekiem i czasem sam wymagał opieki. Przemyślawszy dogłębnie rzecz całą Karolina podjęła decyzję i zobaczywszy sąsiadkę przed domem, pomachała do niej.

– Martyna! Chodź na chwilę, możesz?

– Za moment, wyłączę tylko pralkę, bo słyszę, że piszczy, pranie się skończyło – odpowiedziała.

Niedługo potem pojawiła się przed bramką trzymając za rączkę śliczną blondyneczkę z loczkami wijącymi się wokół buzi. Tina natychmiast stanęła po drugiej stronie węsząc zawzięcie.

– Mamusiu, jaki ładny piesek. Mogę go pogłaskać? – Milenka zachwyconym wzrokiem przyglądała się suni przez pręty furtki.

– Poczekaj skarbie, najpierw musimy zapytać, czy wolno. On cię jeszcze nie zna, a nieznajomych piesków nie należy dotykać, bo mogą tego nie lubić.

Tina szczeknęła delikatnie, wywołując na zewnątrz swoją panią. Aldona zerknęła z ogródka.

– Karolina! Masz gości! Jakaś cudna dziewuszka do ciebie przyszła! – zawołała uśmiechając się do małej. – Tinuś, przywitamy się z tą małą królewną? – zwróciła się do suni i podeszła otworzyć furtkę.

Milenka była zachwycona mogąc do woli głaskać miękkie futerko i przytulać się do mądrej, łagodnej Tiny.

– Dzień dobry – powiedziała Martyna. – Ja do Karoliny, jestem sąsiadką z tamtego domu pod sosną – wskazała ruchem głowy.

– Cześć, jestem Aldona, mama tych dwóch … – w oknie pojawiły się główki  bliźniaczek, – łebków – dokończyła.

– A ja Martyna.

– A ja jestem Milka – przedstawiła się mała piękność.

Stokrotki zbiegły na dół skacząc po dwa stopnie i znalazły się obok matki.

– Ja jestem Inka.

– A ja Linka – tym sposobem kompletna prezentacja została dokonana.

– A więc wszyscy ze wszystkimi zawarli znajomość – uśmiechnęła się Aldona.

– Mamusiu, wszystkie a nie wszyscy, bo tu są same dziewczyny – zwróciła uwagę Inka.

– No tak, bo jedynym chłopakiem jest Maciuś, ale on siedzi zamknięty w pokoju, tu go nie ma – dodała Linka.

Buzia Mili posmutniała.

– Dlaczego ten chłopczyk jest zamknięty? Za karę? Był niegrzeczny i coś zbroił? – spytała przenosząc wzrok na Aldonę, wyginając buzię w podkówkę.

– Ależ nie, skarbie, to jest kotek – czym prędzej odpowiedziała obawiając się potoku łez już zbierających się pod powiekami małej.

Buzia natychmiast się rozjaśniła.

– Mały kotek? Czy mogę go zobaczyć?

– Stokrotki, weźcie Milkę na górę, pobawcie się z kotami. Tylko pilnujcie, żeby mała  nie przewróciła się na schodach, dobrze? – zaproponowała Karolina.

Dzieci poszły na piętro, a Tina oraz trzy pozostałe niewiasty usiadły na tarasie.

Karolina przedstawiła sąsiadce swój pomysł. Martyna zaniemówiła z wrażenia, znieruchomiała, po czym kazała się uszczypnąć w celu przekonania jej, że to nie sen.

– Dziewczyno, – odezwała się nagle wzruszona Aldona, – wiesz co? Zdarzają się cuda. Wiem, bo sama takiego doświadczyłam, cudu przyjaźni. Byłam w koszmarnym dołku, nie widziałam przed sobą żadnego wyjścia a miałam dwoje dzieci! Wyobrażasz sobie? Ty masz chociaż rodziców i dach nad głową, ja i tego nie miałam. Dzięki przyjaciołom mam gdzie mieszkać, jestem szczęśliwa i mam wokół ludzi, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. A oni oczywiście na mnie.

Wszystkie się wzruszyły, jak to zwykle bywa w przypadku ludzi o dobrych sercach i długo gawędziły omawiając szczegółowo nieoczekiwaną propozycję oraz różne inne sprawy przy okazji. Szczególne wrażenie zrobiła na Martynie wiadomość, że Aldona, podobnie jak ona sama,  została wdową w młodym wieku.

– Myślałam, że nie potrafię dalej żyć, że już nigdy nie będę się śmiała, nic mnie nie będzie cieszyło… bo jak to może być, że jego nie ma? Nie zobaczy jak Mila rośnie, jaka jest śliczna i mądra… Teraz… nauczyłam się być sama, żyję myślą o małej, o rodzicach… oni byli dla mnie największym wsparciem…

– Rozumiem cię, Martynko, jak nikt. Ja musiałam wtedy szukać pomocy u psychologa, nie mogłam sobie dać rady… – zamyślona Aldona umilkła na chwilę. – Ale ja nie miałam rodziców…

– Według psychologów każdą stratę, nawet tę najbardziej dotkliwą jak śmierć bliskiej osoby, trzeba przeboleć, przecierpieć przynajmniej przez rok. Przeżyć calutki rok, cały cykl ze wszystkimi ważnymi rocznicami, świętami, przeżyć bez … kochanej osoby, która … zniknęła z naszego życia – wtrąciła Karolina, a pozostałe panie wiedziały, że myśli o swoim ojcu.

– Potem się przekonujemy, że jakoś dało się przetrwać ten rok. Ja nie miałam wyjścia, musiałam sama nauczyć się żyć w nowych warunkach, całkiem nowych, bo wyniosłam się od teściów, z którymi nigdy nie miałam wspólnego języka, a po… po wypadku… po prostu nie mogłam wytrzymać z teściową pod jednym dachem. Dopiero niedawno zaczęła mnie traktować jak człowieka… – w zamyśleniu pokiwała głową Aldona.

– Rodzice mi tłumaczyli, żebym odżałowała, to znaczy przeżyła mój żal do końca, opłakała stratę tak długo jak tego potrzebuję, ale potem zmusili mnie po prostu, żebym przyjęła do wiadomości, że czas się nie odwróci, że jestem silną kobietą i nauczyłam się już istnieć w nowych warunkach. Musiałam się zastanowić jak postępować i ruszać do przodu – w głosie Martyny dało się wyczuć ogromne wzruszenie.

– Twoi rodzice wykazali się niezwykłą mądrością – powiedziała Karolina. – Jeśli zbyt długo żyjemy w żalu, zamykamy się tym samym na dobre rzeczy, które mogą nas spotkać. No i tworzymy wokół siebie taką atmosferę smutku  i cierpiętnictwa, która odpycha ludzi i sprawia, że w najbliższym otoczeniu wypełnionej ciągłym żalem osoby ciężko jest przebywać. Choćby ze względu na dziecko trzeba się wziąć w garść. I ty to zrobiłaś, czego ci gratuluję.

– Prawie na siłę wypychali mnie z domu, żebym poszła się spotkać ze znajomymi. Milenkę zabierali do siebie, żebym była spokojna i mogła się oderwać od smutnych myśli. Ale mnie nie bardzo się podobały takie wyjścia. Zmieniłam się. Nie czuję się dobrze wśród starych znajomych. Dlatego najszybciej jak mogłam przeniosłam się znów do mojego domu. Tu mi dobrze. No i jakoś się pozbierałam.

– Życie toczy się dalej, uwierz mi, szczególnie wtedy, kiedy ma się dla kogo żyć – podsumowała Aldona.

– Wybierałam się do ciebie, Karolciu, bo też mam sprawę. Właściwie chciałam się poradzić… – powiedziała Martyna po chwili milczenia, otrząsnąwszy się ze wspomnień i po przetrawieniu nieoczekiwanie dobrej wiadomości przekazanej przez sąsiadkę. –  Doszłyśmy z mamą do wniosku, że trzeba sensownie pomyśleć nad wyjściem z obecnej sytuacji. Twoja propozycja po prostu spadła mi jak z nieba. A z mamą wymyśliłyśmy, żeby część domu przeznaczyć na coś w rodzaju pensjonatu. Nie, nie na agroturystykę, bo gospodarstwa nie prowadzimy. Mama sobie przypomniała, że kiedyś ludzie z miasta przyjeżdżali na wieś na letnisko, no i na takiej zasadzie może udałoby się ruszyć do przodu, jak myślisz?

– To nie jest głupi pomysł – przytaknęła Aldona.

– Przecież przed wojną kuracjusze przyjeżdżali „do wód” do Krzeszowic – przypomniała Karolina. – Ale jak to widzisz, jak byś sobie poradziła? – zapytała.

– Obmyśliliśmy z rodzicami szczegóły. Dwa pokoje są gotowe do wynajęcia, prowadzi do nich osobny korytarzyk z ogródka, więc wejście jest niekrępujące. Z resztą domu oczywiście też jest połączenie. Do nich, do tych pokoi, jest jedna łazienka, na razie. Kiedyś można będzie dobudować drugą, jak się znajdą pieniądze.

– W dalszym ciągu nie wiem jak sama dasz sobie radę – Karolina z powątpiewaniem pokręciła głową.

– Najważniejszego przecież nie powiedziałam – wykrzyknęła Martyna. – Rodzice przeniosą się do mnie a oba mieszkania w bloku sprzedadzą. Swoje i po babci. W ten sposób byłyby  pieniądze na rozpoczęcie. No i na prace wykończeniowe, właściwie takie drobne przebudowanie wewnątrz, może nawet wystarczy na drugą łazienkę. Poszukam dobrego architekta, żeby mi pomógł zaprojektować konieczne zmiany i dopilnował. Mama z tatą byliby na miejscu, do dyspozycji gości.

– Goście powinni się zajmować sami sobą, bo to nie wczasy pracownicze – powiedziała Aldona.

– Tak, ale posiłki możemy z mamą przygotowywać. Wiesz, mama jest prawdziwą mistrzynią w pieczeniu ciast i ogólnie w gotowaniu. Ogród mamy duży, więc znajdzie się też miejsce na grill.

– Na taką altankę jak w Cięciwie Altanka Pod Bachusem – zapaliła się Aldona do pomysłu, wyobraźnia zaczęła jej podsuwać kolorowe obrazy.

– A co to takiego?

– Opowiem ci potem. Teraz pomyśl nad reklamą. Przecież skądś ludzie muszą się dowiedzieć, że będą mogli tu przyjechać i czego mogą się spodziewać, no, zapoznać się z ofertą przed przyjazdem. I musi być zachęcająca, żeby się zdecydowali…

– Ojej, dotąd to były tylko wstępne pomysły, a tu nagle zaczynają nabierać realnych kształtów… – Martyna pokręciła głową w zadziwieniu. –  Grać potrafię ale na rysowaniu i reklamie się nie znam – zatroskała się.

– Ja trochę się znam – uśmiechnęła się Aldona. – Jestem na urlopie i mam nieco więcej wolnego czasu, z przyjemnością pomyślę.

– O matko jedyna – Martyna złożyła ręce jak do modlitwy, prawie nieprzytomna z nadmiaru wrażeń. – Mnie się to naprawdę nie śni?

– Mam cię jeszcze raz uszczypać? Tym razem zrobię to mocniej, lojalnie uprzedzam – śmiała się Karolina. – Najwyraźniej masz dziś szczęśliwy dzień. O, a ja mam pomysł. Jeśli zrobisz altankę na samym końcu ogrodu, to będziemy mogły tam dawać koncerty, bo nikt we wsi nie usłyszy. Przypomnę sobie jak się gra – nie przestawała się śmiać.

Dzień był wyjątkowo szczęśliwy dla Martyny i brzemienny w skutki, albowiem wieczorem Teresa zadzwoniła do Karoliny mówiąc, że Dorota pyta, czy nie zna kogoś, u kogo mogłaby się zatrzymać na resztę lata ciotka z Moniką. Z pewnych względów byłoby lepiej, gdyby spokojnie spędzały czas w bezpiecznym miejscu oddalonym od oka cyklonu. Obydwie z Aldoną narobiły tyle krzyku i hałasu, że bliźniaczki przyszły zobaczyć co się stało i przyłączyły się powiększając ilość decybeli na metr sześcienny powietrza dowiedziawszy się, że Monika dołączy do nich na resztę wakacji.  Martyna natychmiast została powiadomiona o tym fakcie. Znamienne jest, że nikt jej nie pytał o zdanie. Została jedynie poinformowana, że za kilka dni przyjadą pierwsze letniczki, pewne i godne zaufania.

cdn.

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 Responses to „Widocznie tak miało być” – 45

  1. jotka pisze:

    Nigdy nie wiadomo , co los nam zgotuje i jakie dobre dusze pojawią się na naszej drodze.
    Kazdy żałobę przezywa inaczej i nie należy się niczemu dziwić.
    Taki zbieg okoliczności to mały cud!

    • anka pisze:

      Jotuś:-) Bajki są ku pokrzepieniu serc, dlatego takie cuda się zdarzyć mogą, w realu gorzej z tym jest. Ale… czemu nie? Niech takich cudów będzie jak najwięcej, to od razu wielu ludziom będzie lepiej 🙂

  2. Urszula97 pisze:

    Pięknie, dobre dusze przyciągnęły kolejną duszę do swojego kółka
    . Będzie dobrze.Pozdrawiam.

  3. Krystyna 7 8 pisze:

    Ja jako urodzona optymistką zawsze uważam, że będzie dobrze i tak się najczęściej dzieje.

    • anka pisze:

      Krysiu:-) Jesteś wspaniała!!! To mówię Ci ja, urodzona fatalistka pracująca nad sobą i własnymi reakcjami od …wielu, wielu lat. Najserdeczniej Cię ściskam za ten optymizm 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *