„Opowieść Marianny” 15

Wieczorem „coś” kazało mi wyjść na balkon. Szkraby były już w łóżkach wykąpane i pachnące. Przygotowałam im ubranka na jutrzejszy dzień i zastanawiałam się jak sobie poradzę z nowymi obowiązkami. Mimo wielkiego płaczu zapisałam chłopców do świetlicy. Na szczęście mieli chodzić na pierwszą zmianę, więc nie było obawy, że usną ze zmęczenia w czasie lekcji. A potem – niech się dzieje co chce. Przecież nie mogłam dać im kluczy od mieszkania. Wysadzenie w powietrze całego budynku podczas mojej nieobecności nie przedstawiałoby specjalnych trudności, w najlepszym wypadku spaliliby jedynie swoje mieszkanie.
Tak rozmyślając stanęłam na balkonie. Był przecudny wieczór, ciepły, przepojony „różnowonną i różnokolorową kwiatową symfonią” – jak
kiedyś stwierdziła Bożena będąca w wyjątkowo romantycznym nastroju. To „coś”, co kazało mi wyjść na balkon, poleciło mi też szeroko otworzyć oczy, by ujrzeć wielkiego psa, który zatrzymał się na chodniku na wprost mnie machając wesoło ogonem, a jego radosne poszczekiwanie przypominające głuche dudnienie tam-tamów skrzyżowane z rykiem lwa wypełniło cały ogródek i omal nie zwaliło mnie z nóg.
– Będziesz ty cicho – powiedziałam teatralnym szeptem. – Wszystkie dzieci pobudzisz.
– Cicho Gałgan, spokój!
Usłyszałam głos, który brzmiał mi w uszach co noc. Właściwie teraz w ogóle przestałam go słyszeć, bo serce poczęło łomotać tak mocno, że zagłuszało wszystkie inne odgłosy. Dobrze, że z odległości nie widać było rumieńca, który z pewnością oblał mnie od głowy do stóp. Czułam, że moje własne ciało pali mnie jak ogień, trzęsę się niczym galareta i zaczynam szczękać zębami.
Uspokój się idiotko, mruczałam do siebie, natychmiast się uspokój!
– Dobry wieczór Marianno – Herbert stanął obok Gałgana. – Witaj po wakacjach. Wyjdziesz z Alfą na spacer?
– Dobry wieczór Herbercie – powiedziałam cicho, zbyt cicho, bo jakaś kula tkwiąca ni stąd ni zowąd w moim gardle sprawiła, że z
trudnością wydobyłam z siebie głos. – Nie mogę w tej chwili, mam ciasto w piekarniku. Ale może ty wejdziesz na chwilę? Za piętnaście minut powinno być gotowe i będę wolna.
Tak się złożyło, że jeszcze nigdy u mnie nie był. Z zewnątrz wszystko wyglądało na zwykłą „psią” znajomość. Któż mógłby przypuszczać, że jego ślady na trawie były dla mnie cenniejsze od wszystkich skarbów świata, a powietrze, którym oddychał, stawało się świetliste i
przezroczyste niczym kryształ? Komu przyszłoby do głowy, że płakałam z tęsknoty za jego głosem i widokiem, a głowę ściskałam obiema
rękami, żeby nie pękła i wołałam w duszy: Herbercie kochany, najdroższy, jedyny, tęsknię za tobą, za tobą jednym na całym bożym świecie, chcę cię widzieć, czuć przy sobie, być z tobą , raz jeden być z tobą a potem niech się wali świat. Kocham cię, dostaję obłędu z miłości i nie wytrzymam, rzucę się na ciebie na ulicy, zobaczysz… Wariatka…
– Właściwie, dlaczego nie? – zapytał nie mając pojęcia co się ze mną dzieje.
Po chwili stali z Gałganem w przedpokoju witani przez Alfunię i Kuleczkę.
– Ładnie tu – rozglądał się. – Masz dużo zieleni, to lubię. Bardzo mi się podobają drewniane półeczki na ścianach zamiast regałów. Dobrze zabudowałaś przedpokój wykorzystując każdy kawałek miejsca. Moje gratulacje.
– Usiądź, proszę, gdzie wolisz, na narożniku czy na fotelu – zapraszałam drogiego mi gościa. – Nie! Na tamtym nie siadaj, on się rozpada,
tylko zwierzaki mogą tam siedzieć.
Schwyciłam go za rękę, by nie zdążył usiąść.
– Tym razem ty uratowałaś mi życie – uśmiechnął się nakrywając swoją dłonią moją dłoń. – Czy wyobrażasz sobie, jak żałośnie wyglądałbym siedząc na podłodze wśród szczątków połamanego fotela?
– Z guzem na głowie wielkości co najmniej śliwki – uzupełniłam obraz.
Roześmialiśmy się oboje. Śmiech zlikwidował napięcie i mogłam zachowywać się normalnie.
– Może napijesz się herbaty? – zaproponowałam.
– Z przyjemnością napiję się herbaty, której sam nie muszę parzyć – odpowiedział.
– Już gdzieś to słyszałam – spojrzałam mu w oczy. – powiedz jak to jest, że często mamy identyczne myśli i wypowiadamy je w tym samym
momencie?
– Wiesz, sam się nad tym zastanawiam – znów uśmiech, od którego dostaję zaćmienia umysłu.
– Poczekaj, woda się gotuje, przyniosę herbatę – uciekłam do kuchni, żeby ochłonąć.
Wróciłam z tacką, na której zmieściły się dwie filiżanki herbaty, cukierniczka i talerzyk z sernikiem.
– A to niespodzianka! – zawołał zachwycony. – Skąd wiedziałaś, że przepadam za sernikiem?
– Wcale nie wiedziałam, sama go uwielbiam.
Bożenka podsumowałaby, że to widać. Ale Bożenki nie było i mogłam jeść bez oglądania się na czyjekolwiek komentarze. To znaczy
mogłabym, gdybym zdołała cokolwiek przełknąć poza herbatą, której nie trzeba gryźć przed połknięciem. Zachwycona patrzyłam na Herberta zajadającego ze smakiem.
– W piecyku też masz sernik? – spytał.
– Nie, szarlotkę.
– Jeśli jest tak samo wspaniała jak ten sernik, to… – zastanowił się chwilę, – …to spełnię twoje trzy życzenia.
– Nic prostszego jak spróbować. Zapraszam cię więc na szarlotkę.
– Zastanów się co robisz. Ostrzegam lojalnie, że ze mnie straszny łasuch.
– Powiedziałam i nie cofnę. Tylko nie zapomnij, że moje Szkraby są w stanie pożreć wszystko w błyskawicznym tempie i dla ciebie może nie zostać ani okruszyna.
Była to godzina jak z bajki, jak ze snu. Siedzieliśmy obok siebie, rozmawialiśmy o wakacjach, o jego podróżach, a nasze oczy spotykały się co chwilę, mówiły to, czego usta jeszcze nie były w stanie wypowiedzieć, ręce przypadkiem na siebie trafiały przyciągane wzajemnym ciepłem, leciutko drżące, spragnione swego dotyku.
Wtem zadzwonił domofon niczym głos trąb na sąd ostateczny. Zerwały się zwierzaki drzemiące zgodnie obok siebie. Kuleczka miauknęła i czmychnęła do łazienki, skąd wystawiła trójkątną mordkę, aby lepiej widzieć, kto idzie. Alfa i Gałgan rozszczekały się straszliwie a mnie o mało nagła krew nie zalała. Ze złości.
Takie już to moje szczęście. Kogo diabli niosą? Podniosłam słuchawkę.
– Czego? – warknęłam.
– Nie czego, tylko kogo – usłyszałam głos Bożenki.
– Co kogo?
– Powinnaś spytać: kogo tu bogi prowadzą. Nie uważasz, że mogłabyś się trochę grzeczniej odzywać?
– A czego tu szukasz? Miało cię nie być cały tydzień, więc czemu się szwendasz po nocy i przeszkadzasz porządnym ludziom?
– Nie gderaj tylko otwórz, bo zapomniałam kluczy. I daj mi moje własne klucze wiszące u ciebie na wieszaczku.
– Po co już wróciłaś? Jeszcze nie minął tydzień – upierałam się.
– Idiotka – zniecierpliwiła się moja sąsiadka. – Otwórz wreszcie. Zgłupiałaś już do reszty, czy co? Ciotka przyjechała do mamy i zostanie na dłużej, będzie z nią więc mogłam wrócić. Otwierasz czy nie?!
– Już, już – nacisnęłam przycisk.
Zabrzęczał automat, trzasnęły drzwi.
– Nie musisz trzaskać drzwiami o tak późnej porze – zauważyłam jadowicie, podając klucze od mieszkania.
Wściekła byłam za przerwanie cudownej chwili. Może już nigdy nie uda mi się przeżyć czegoś podobnego. A tymczasem Herbert dusił się ze śmiechu na balkonie, tak go rozweseliła nasza rozmowa.
– Jesteście niezrównane – wybełkotał próbując spoważnieć.
Ukroiłam słuszny kawał ciepłej szarlotki i kazałam mu zabrać do domu, przed czym się zresztą nie bronił. Długo jeszcze spacerowaliśmy z
psami po osiedlu aż wreszcie spojrzałam na zegarek: była dwudziesta trzecia czterdzieści trzy.
– O rany, jak późno – złapałam się za głowę. – A ja muszę rano być w pracy!
Usnęłam dopiero nad ranem. W stanie półsnu – półjawy przewracałam się na łóżku z boku na bok, nie mogłam usnąć, przeżywałam całą
sytuację od początku. Widziałam Herberta chodzącego po pokoju, słyszałam go. Ale, co za pech, kiedy zbliżał się do mnie – za każdym razem budziłam się i nie mogłam wejść w dalszy ciąg snu. Zaczynał się od początku, by znów się przerwać w najciekawszym momencie. Jak pech, to pech…

18.04.2017

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowieść Marianny, Powieści. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *