„Widocznie tak miało być” – 5

Dziewczynki kończyły jeść kolację. Rozległ się dzwonek domofonu, szczekanie Tiny i po chwili do przedpokoju wtoczyła się Dorota obładowana wielkimi torbami wypchanymi różnokolorowymi dziewczęcymi fatałaszkami. Stokrotki z piskiem i okrzykami radości rzuciły się w stronę owych skarbów. Widząc, że niektóre z nich są zbyt duże, postanowiły podzielić się z Justysią.

– Skoczę po nią, niech obejrzy – Linka już była na korytarzu i po chwili wróciła w towarzystwie sąsiadeczki.

– Mamusia prosi, żeby obie ciocie koniecznie przyszły, bo tatę okradli a mamusię zwolnili z pracy – powiedziała Justynka jednym tchem.

– Rany boskie – załamała ręce Aldona.

– Jak widać nieszczęścia naprawdę chodzą parami – zauważyła Dorota.

Zapukały do drzwi naprzeciwko. Otworzyła zapłakana Magda.

– Sama już nie wiem czy łzy mi lecą z żalu czy ze złości – tłumaczyła. – Szlag mnie trafia, cholera mnie zaraz zatłucze i wyć mi się chce.

– Chcesz relanium? – Aldona sięgnęła do kieszeni spodni.

– Już łyknęłam i nic, dalej się trzęsę. Wyobraźcie sobie co za draństwo. Przychodzę rano do pracy a szef mówi, że zamyka zakład! Po prostu zamyka zakład! A my na ulicę! Wszystkie ile nas pracowało! Przecież to się w głowie nie mieści! Wstawałam o czwartej rano, głuchą nocą jechałam na drugi koniec Warszawy, do domu przynosiłam kawałki do prucia, żeby więcej zrobić i czasu na to w pracy nie tracić a on zamyka zakład! I jeszcze do tego okradli Marcina. Polazł, ciemięga jeden, do pasiastej hali targowej pod Pałac Kultury w ten straszny, kłębiący się tłum ludzi, a saszetkę z dokumentami, pieniędzmi i kluczami wsadził w reklamówkę. Idiota jeden! Plastik rozcięli, saszetkę wyjęli i szukaj wiatru w polu, nie zauważył nawet kiedy to się stało.

– O kurza blaszka – jęknęła Dorota. – Mają dokumenty, więc adres i do tego klucze. Niedobrze.

– Całkiem niedobrze. Marcina jutro cały dzień w domu nie będzie, ja wrócę dopiero koło trzeciej. Jak w takiej sytuacji zostawić same dzieci?

– Co zrobić? – martwiła się Aldona. – Ja jutro pracuję do osiemnastej, nic nie mogę poradzić.

– Czekajcie – podskoczyła Dorota na taborecie, – mam pomysł. Mogę zadzwonić do Tereski?

– Głupie pytanie – skrzywiła się Magda.

Dorota wyszła do przedpokoju gdzie na ścianie wisiał aparat telefoniczny. Wykręciła numer i przyciszonym głosem prowadziła rozmowę. Zanim sama opowiedziała co się stało, wysłuchała jakiejś relacji Teresy, która ją zbulwersowała.

Wróciwszy do kuchni usiadła na poprzednio zajmowanym miejscu i ciężko westchnęła.

– To wszystko zaczyna mi coraz gorzej wyglądać. Tereska mówiła, że Jurand dzwonił do Sergiusza, a wspólnik najpierw nie chciał go poprosić mówiąc, że zajęty. Dzwonił jeszcze kilka razy, a ten typek zmieniał głos i mówił, że pomyłka. Przypominam sobie, że ostatnio ja też dzwoniłam i za każdym razem słyszałam, że właśnie wyszedł.

Serce Aldony na moment zamarło, potem rozszalało się nierównomiernym biciem sprawiając lekki ból. Czy przypadkiem coś mu się nie stało? O Boże! Wszystko inne nie jest ważne, aby tylko on był cały i zdrowy. Reszta świata może zniknąć z powierzchni ziemi  byle nie on!

– Maciek był przeziębiony – ciągnęła dalej Dorota. – Już mu przeszło, ale ma zwolnienie do końca tygodnia i przyjdzie tu jutro z Maksem pilnować chałupy.

– Na noc, tak na wszelki wypadek, powinniście zabarykadować drzwi – dodała Aldona. – A jutro Marcin musi wymienić zamki, nie ma wyjścia.

– Kiedy zaczniesz szukać nowej pracy? – zmieniła temat Dorota.

– Jutro. Rano kupię gazety i zacznę poszukiwania. Wiecie co mi przyszło do głowy? Już nie mam ochoty być dziewiarką tak na zawsze, znudziło mi się. Odkąd po maturze zrobiłam kurs i ugrzęzłam w wełnie to do tej pory nie mogę się wydostać. Mam już uczulenie i wełnowstręt. Poza tym dopóki pracowałam w państwowej firmie było dobrze, po prostu normalnie. Zachciało mi się zmian i potem kilka razy musiałam zmieniać miejsce pracy, zupełnie bez sensu. Trzeba mieć własny zakład, na co mnie nie stać. Albo zmienić branżę, bo to właściwie sezonowa praca. A zresztą w moim charakterze nie leży służenie na dwóch łapkach jakimkolwiek pryncypałom. To nie dla mnie.

– Nie martw się na zapas, jakoś przecież będzie – pocieszała przyjaciółkę Dorota. – Na szczęście Marcin zdobył uznanie w swojej dziedzinie, ma coraz więcej prywatnych pacjentów, ludzie są zadowoleni z jego masaży i polecają go znajomym. Jakoś przetrzymacie ten najtrudniejszy okres. Ty z kolei robisz przepiękne sweterki i na pewno się sprzedadzą.

– Zdaję sobie sprawę z sytuacji, mogło być gorzej, w końcu jedno z nas pracuje. Dobrze, że spłaciłam maszynę i mam sporo własnej wełny. Ale jest mi bardzo ciężko. Gdybym się nie przykładała do pracy, obijała się po kątach, kombinowała i nie pracowała uczciwie pewnie łatwiej byłoby mi się  z tym pogodzić. Ale tak?

– Identyczne odczucia miałam gdy straciłam swój etat – ze zrozumieniem pokiwała Aldona głową. – Gdybym umiała, jak Teresa, wierzyć w sprawiedliwość w innym wymiarze, też byłoby mi lżej.

Długo jeszcze trwała rozmowa i smutne rozważania nad marnościami świata tego. W rezultacie, gdy Aldona pożegnała przyjaciółki i udała się na spoczynek,  przewracała się w łóżku z boku na bok nie mogąc zasnąć pomimo zmęczenia. Przypomniały jej się słowa Teresy, że aby ujrzeć swoje przyszłe życie wystarczy uważnie spojrzeć w lustro i dokładnie zastanowić się nad własnym wnętrzem, własnymi myślami i postępowaniem. Ale to przecież bzdura. Ona, Aldona, nigdy nie pragnęła niczyjego nieszczęścia, niczyjej zguby, nikomu źle nie życzyła i co ją spotyka? Ból i cierpienie. Tak bardzo tęskni za ukochanym, za jego widokiem, głosem, pieszczotą, cudownym uśmiechem. Zrobiłaby wszystko, żeby wywołać ten uśmiech, pragnęłaby się jedynie przytulić i umrzeć… Teresa nazwałaby taką postawę obrzydliwym egoizmem, bo dzieci, bo zwierzaki… I miałaby absolutną rację. Ale… czasem przychodzą chwile gdy wszystko staje się nieistotne. Ona sobie może tak mówić, bo ma przy sobie Juranda, są razem na dobre i złe… No tak, ale przecież kiedyś go nie miała i myślała, że nigdy nie będzie z nim razem…

Znów przez całą noc śniła o ukochanym, przeżywała chwile, które minęły albo takie, które były zaledwie sennymi widziadłami… Szła drogą kończącą się w lesie, zza pnia starej brzozy wyszedł Sergiusz, wziął ją w ramiona. W cieple rozchodzącym się od zielonego pieca, w różowym blasku lampy otaczającym ich ciała aureolą szeptał: uwielbiam być z tobą…

Obudził ją ostry, skrzekliwy głos budzika. Nie mogła odróżnić jawy od snu. Przez długą jeszcze chwilę czuła przy sobie ukochanego, czuła jego dotyk, słyszała szept… Jakże trudno odrzucić od siebie resztki snu, odepchnąć to, w czym chciałoby się pogrążyć bez reszty, na zawsze i nie wracać do rzeczywistości.

Tina podeszła i zimnym nosem trąciła rękę wystającą spod kołdry. Trzeba było otworzyć oczy, wstać i iść w kolejny smutny, szary dzień.

Tuż przed dziewiątą zadzwonił telefon. Jego dźwięk spowodował przyspieszone bicie serca. Drżącą ręką podniosła słuchawkę i… usłyszała wyczekiwany głos.

– Cześć kochanie, co nowego? Jak dziewczynki? Jak zwierzaki?

Jego głos, lecz głos zmieniony, jakby niepewny, przytłumiony, pozbawiony zwykłej dźwięczności.

Przyjechał do niej przed końcem pracy. Wyglądał źle. Bardzo schudł, pobladł, poszarzał, oczy straciły blask. Był zdenerwowany, palił papierosa za papierosem. Przecież wcześniej nie palił, już przed wielu laty rzucił palenie! Przeraziła się jego wyglądem, przypominał pacjenta zbiegłego z oddziału intensywnej terapii. Usiadł na krześle. Podeszła z tyłu, położyła mu ręce na ramionach, przytuliła się. Był sztywny, spięty. Lekko poklepał ją po ręce i wstał.

– Agata była u alergologa. Podobno jest uczulona na kocią sierść i kazała mi się pozbyć kota – powiedział.

– O Boże, biedna Monisia – jęknęła Aldona.

– Czy mogłabyś przechować Mimi dopóki nie znajdę dla niej odpowiedniego domu?

– To znaczy, że co? Że mój nie jest odpowiedni? – oburzyła się.

– Źle zrozumiałaś.  Chodzi mi tylko o to, żeby nie składać na twoje barki jeszcze jednego ciężaru.

– O to się nie martw, ciężar nie jest znowu taki wielki, znam większe, wytrzymam – powiedziała z goryczą.

Chwycił ją za rękę, nagle i gwałtownie przyciągnął do siebie, przygarnął, przytulił, ukrył w ramionach przed światem. To była chwila szczęścia, ekstazy nieziemskiej, przeżycie niepowtarzalne, upragnione. Pomyślała, że jest zdolna przenosić góry, wytrzyma wszystko, bo przecież ta miłość musi się spełnić. Kiedyś… A spełniała się na razie  w rzadkich chwilach spotkań, wtedy, gdy stanęli obok siebie między ludźmi, gdy machali do siebie z daleka na ulicy, gdy słyszeli przez telefon swój głos i oddech. Spełniała się w marzeniach sennych i w snach na jawie, w pocałunku trwającym sekundę wypełnioną obawą, że ktoś wejdzie do pokoju, w dotyku rąk podawanych w oficjalnym geście na powitanie.

Ludzkie głosy na korytarzu przerwały chwilę szczęścia, chwilę niewiele zabierającą miejsca na tarczy zegara. Dla udręczonej Aldony była to jednak chwila brzemienna, niosąca pewność najważniejszą. Sergiusz w dalszym ciągu ją kocha. Nie odpycha jej, nie odrzuca lecz walczy ze sobą, z tą sekutnicą i z całą resztą świata. Jest biedny, zmaltretowany, zmordowany, ledwo żywy, ale w jego sercu jest dla niej miejsce, ma tam swój stały kącik. Wiedziała teraz o tym na pewno, poczuła po raz pierwszy od bardzo długiego czasu. Odnalazła sens, wolę życia i działania. Bez względu na przebieg wypadków Sergiusz ją kocha. Będzie więc żyła, pracowała, wykonywała wszystkie obowiązki, będzie dbała o dom, by  wciąż był ciepły i przytulny, aby on mógł choć raz na jakiś czas spędzić w nim kilka miłych chwil, odpocząć i odprężyć się.

Umówili się, że przywiezie kotkę.

Agata kupiła Monisi masę łakoci i nowych ciuszków by osłodzić rozstanie z faworytką, obiecywała wspaniałe wakacje za granicą. Rzecz oczywista, że nie powstrzymało to łez zrozpaczonego dziecka i  nie mogło ukoić bólu.

Sergiusz zabrał swoją małą, zrozpaczoną Biedroneczkę na spacer.

– Widzisz kochanie, mama jest chora i sierść Mimi jest dla niej bardzo niebezpieczna – tłumaczył.

– Mamusia mogłaby się udusić na śmierć, tak? – podniosła na ojca zapłakane oczy.

– Mniej więcej. Posłuchaj, powiem ci coś, co cię na pewno ucieszy. Musisz mi jednak dać słowo, że zostanie to między nami. Zdaję sobie sprawę, że nie powinienem od małej dziewczynki wymagać takiego przyrzeczenia lecz dla dobra nas wszystkich nie ma innego wyjścia.

– Dobrze, tylko już powiedz.

– Nie zawiozę Mimi do żadnego schroniska ani na żadną wieś jak chce mama. Zawiozę ją do cioci Aldony i dziewczynek, rozumiesz?

– Naprawdę? – Moniczka przystanęła, oczka jej pojaśniały i buzia poweselała. – Tatusiu, wspaniale! Cudownie! Ja wiem, że ciocia nigdy nie odda Mimi do schroniska. Szkoda, że to nie ona jest moją mamą. Nic nie powiem. Nikomu.

– Słowo?

– Słowo. Przecież wiem, że mamusia bardzo by się gniewała. Ona nie lubi cioci.

– Skąd wiesz?

– Wiem. Nie lubi jej chociaż się cały czas do niej uśmiecha. Szkoda – ciężko westchnęła mała kobietka.

c.d.n.

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieści, Widocznie tak miało być. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Widocznie tak miało być” – 5

  1. Urszula97 pisze:

    Smutne kiedy mała dziewczynka twierdzi że wolałaby mieć za mamę ciocię Aldonę.Może szczęście się jednak usmiechnie i mała Biedroneczka będzie szczęśliwa.
    To czekam na c.d.

  2. anka pisze:

    Uleńko:-) Pewnie, że będzie 🙂
    Niektóre kobiety nie powinny mieć dzieci, zdarzają się takie. Skupione tylko na sobie, na swoich zachciankach, nie myślą o nikim poza sobą. Ich dzieci, jeśli je mają, są potem nieszczęśliwymi ludźmi, nie potrafią nawiązywać kontaktów, są pełne kompleksów, nastawione na zaspakajanie potrzeb innych, najpierw matki z nadzieją, że zostaną zaakceptowane i pokochane, potem partnerów. Dobrze, jeśli trafią na terapię i jakoś pozbierają w całość ten swój rozbity świat.

  3. jotka pisze:

    Tyle ciekawych wątków poruszasz w każdej części, chyba każdy znajdzie tu kawałek swego życia i nawet pomysł na wpis na blogu 😉

  4. anka pisze:

    Jotko:-) W sumie życie każdego człowieka jest podobne – gdyby tak spojrzeć z dużego dystansu. I to od początku świata 🙂 Takie same „ludziem” miotają uczucia, marzenia też są podobne, każdy marzy o zdrowiu, szczęściu i radości na co dzień z odpowiednią ilością kasy pozwalającej na godne życie, o realizacji swoich pasji – np. podróżach, wygranym teleturnieju, karierze artystycznej, pięknych kwiatach w ogródku, fotografowaniu itp., itd.
    Dlatego w rozdziałach opowiadających o życiu zwykłych, normalnych ludzi każdy może znaleźć coś z własnych uczuć.
    Dziękuję za dobre słowa i pozdrawiam 🙂

  5. Ciekawy w pis tego posta

  6. zamyślona pisze:

    Aniu! Pięknie piszesz. Pisz dalej, bo jestem ciekawa, jak się dalej rozwinie fabuła.

    Teraz na inny temat. Napisałaś wcześniej, że jesteś ciekawa moich wspomnień. Pierwszą część już zamieściłam w swoim nowym blogu (bo stary mi się zbuntował i wyłączył). Podaję Ci namiary na mój nowy blog – hhttps://jajesienna.blogspot.com/ Tytuł bloga myślę i piszę, Nick – zamyślona. Nie wiem, czy myślałaś o takich moich wspomnieniach, jakie umieściłam w blogu, czy chciałaś przeczytać coś zupełnie innego. Napisz, czy chcesz, abym napisała ciąg dalszy tych dawnych traumatycznych często wspomnień, czy wolisz coś zupełnie innego. Przesyłam Ci serdeczności. Marysia.

  7. anka pisze:

    Maryniu:-) Już u Ciebie byłam 🙂 Od razu skoczyłam Cię odwiedzić 🙂 Nie masz pojęcia ile radości mi sprawiłaś, z jakim wzruszeniem witałam się z czteroletnią Marysią 🙂 🙂 🙂
    Pisz, kochana, pisz najlepiej wszystko po kolei, chronologicznie. Pisz o wojnie, może ktoś czytając zastanowi się nad przeszłymi wydarzeniami, zrozumie, że to sama prawda, nie wymysły i fantazja. Może pomyśli nad przyczynami, nad tym jak z drobnych zdarzeń robią się wielkie, ogólnonarodowe, nawet ogólnoświatowe. Tym bardziej teraz, kiedy najgorsze potwory z przeszłości zaczynają powracać w nowej postaci…
    Dziękuję Ci, Maryniu, za wspomnienia i za Twoje słowa. Ciepłe i Puchate dla Ciebie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *