„Widocznie tak miało być” – 22

Dorota przeziębiła się okrutnie, nie pomogły specyfiki z Magdzinego sklepu. Może zbyt późno je sobie zaaplikowała, a może była po prostu już tak bardzo zmęczona, że organizm nie wytrzymał i ogłosił strajk. Poleżała bezczynnie dwa dni, po czym poczuła się lepiej. Zrezygnowała na razie z towarzyszenia Michałowi podczas wizyt u Zosi w ośrodku, częstszych z powodu choroby żony, której stan zaczął się pogarszać. Nie chciała osłabionej kobiety  narażać dodatkowo na zarażenie jakimś wirusem. W celu oderwania się  od wielu poważnych spraw zaprzątających myśli postanowiła przez kilka dni robić zapiski na temat widoku z okna. Oto co uwieczniła.

Dzień pierwszy.

Widok z mojego okna to przede wszystkim skrzyżowanie ulic, kawałek łąki i bazarek. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie zamieniłabym go na żaden inny. Ten pozornie pospolity widok jest pełen niespodzianek. Szczególnie obfitujący w wydarzenia był ostatni tydzień. Koło przystanku autobusowego postawiono kabinę wc. Stała sobie w tym samym miejscu przez wiele miesięcy. Pewnego dnia stwierdziła, że nudne ma życie, nikt prawie jej nie odwiedza. Postanowiła zmienić miejsce. Niestety, nie doszła daleko,  brak nóg uniemożliwia szybkie przemieszczanie się. Gdy rano wyjrzałam przez okno, kabina stała na środku skrzyżowania. Zdziwieni kierowcy omijali tę przeszkodę. Niejeden zastanawiał się co to za dziwny pojazd i jak go ominąć. Co jakiś czas na ulicy powstawał korek. A kabina stała nieporuszona w tym samym miejscu, bo przecież przedmioty tylko nocą ożywają.

Dzień drugi.

Niespodzianka. Na łące pod moim blokiem stoją barakowozy. Dużo ich. Jest wczesny ranek. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Nagle zza krzaków wychodzi zwierzę. Dziwne jakieś, z rogami. Uświadamiam sobie, że to nie pies, do widoku psów jestem przyzwyczajona. To kozioł  spaceruje po łące! Wreszcie znudziło mu się to miejsce i zapragnął zwiedzić okolicę. Udał się na pobliski przystanek autobusowy. Obok przystanku przechodził chłopak z pieskiem. Piesek tak się przeraził na widok dziwnego zwierza, że postanowił na wszelki wypadek bronić się atakiem. Szczeknął na kozła, a ten rzucił się do ucieczki. Przebiegł na drugą stronę jezdni. Tam spacerowała pani z owczarkiem. Nie przeczuwając niebezpieczeństwa spokojnie trzymała na smyczy  psa, który coś wąchał. Nagle przed psem przeleciał kozioł. Pies ruszył do przodu wyrywając właścicielce smycz z ręki. Co za widok! Biegnie kozioł, za nim pies a za nimi kobieta. Ganiali się w kółko przez jakiś czas. Wreszcie kozioł chcąc uwolnić się od natręta pobiegł do metra. Nie udało się autobusem wiec spróbował metrem udać się na wycieczkę. Nie widziałam co dalej się działo. Po jakimś czasie zobaczyłam mężczyznę prowadzącego kozła. Przechodził obok przystanku autobusowego. Wyobrażam sobie miny czekających osób, gdy zobaczyli faceta spacerującego z kozłem po mieście, Nie udała się kozłu wycieczka. Pracownik metra złapał go przed wejściem do wagonu i zaprowadził do jednego z barakowozów.

To był cyrk!

Widok osoby z psem czy nawet kotem na smyczy nie budzi już w mieście zdziwienia, ale spacer człowieka ze słoniem w środku miasta każdy długo zachowa w pamięci. Ja też się zdziwiłam i w pierwszej chwili przetarłam oczy ze zdumienia. 

Dzień trzeci.

Za domem słyszę dziwny odgłos jakby przebiegał tabun koni. Nie, to nie halucynacja. Wyglądam … naprawdę! Cztery kuce galopują po łące. Za nimi kilkoro ludzi. Próbują je złapać.  Konie poczuły wreszcie wolność i przestrzeń. Galopowały po łące tam i z powrotem. Wreszcie im się to znudziło. Pobiegły na jezdnię. Zdziwienie kierowców nie miało granic. Zderzenia z samochodami na ulicach miasta to nic nowego, ale stuknąć się z koniem nie przestrzegającym przepisów, to niespodzianka.

Dzień czwarty.

Wyglądam sobie oknem, prawie cała zdrowa już. Widzę podjeżdżający pod bazarek samochód. Przykuł moją uwagę, bo jakby się wahał, czy ma tu stanąć czy ma odjechać. Jakiś taki niezdecydowany był,  to znaczy, że podejrzany. No i miałam rację! Cóż to znaczy mieć intuicję. Kto wysiadł z auta? No kto? I z czyjego auta? Moja bratowa wysiadła! Agata Zdanowska jak w mordę strzelił! Z auta wspólnika Sergiusza, tego łgarza i krętacza. To już po raz kolejny się zdarza, więc z pewnością coś się za tym kryje.

Na tym skończyły się zapiski Doroty. Nie miała więcej na nie czasu bowiem życie przyspieszyło niespodziewanie przybierając tragiczny obrót. Stan zdrowia żony Michała  pogarszał się z dnia na dzień i zmarła z powodu nagłego zatrzymania krążenia.

Dorota bardzo przeżyła jej  śmierć. Zżyła się z tą biedną istotą w specyficzny sposób, jakby siostrami były, łączyła je więź przywodząca na myśl jakąś wiedzę nie z tego świata, z innego wymiaru.

Wróciły wszystkie wahania, rozterki i myśli, które Dorota uważała za przeszłość, o których sądziła, że odeszły w niebyt. A one wróciły i nie dawały spokoju. Wreszcie powiedziała Michałowi, że jest wolny, że może iść sobie gdzie go oczy poniosą i w ogóle to ona, Dorota, czuje się źle, podle, ma wyrzuty sumienia i nie może na siebie patrzeć. Bartuś przerażony sytuacją i gwałtowną rozmową siedział cichutko, schowany za wersalką, nie zauważony przez dorosłych i dopiero łkanie dające się słyszeć gdy dorośli zamilkli przytłoczeni ciężarem emocji spowodowało ich oprzytomnienie.

– Ty nie chcesz być moją mamą – płakał chłopczyk. – Dlaczego mnie przestałaś kochać? Co zrobiłem? Gdzie teraz będę mieszkał jak mam iść gdzie mnie oczy poniosą? Gdzie to jest?

– Kochanie, to nie tak – Dorota płakała razem z Bartkiem. – Przepraszam cię, źle zrozumiałeś…

– Dobrze zrozumiałem, że już mnie nie chcesz. I tatusia też i mamy sobie stąd pójść…

– Cicho skarbie – próbowała przytulić wyrywającego się chłopca. – Nigdzie nie pójdziecie… Ani ty, ani tatuś. Jeśli będzie chciał… Bardzo was kocham i nie wyobrażam sobie życia bez was…

– To dlaczego tak powiedziałaś? – wycierał zapłakane oczy.

– Bo bardzo było mi smutno z powodu tego, co spotkało twoją mamę Zosię.

– Mnie też jest smutno, ale ona nigdy ze mną nie mieszkała, nie chodziła ze mną na spacer ani do zoo, nie bawiła się ze mną…

– Była chora – cicho powiedziała Dorota głaszcząc Bartusia po główce. – Ale bardzo cię kochała, nigdy o tym nie zapominaj, bardzo.

– Przedtem miałem dwie mamy a teraz co? Ty dalej jesteś moją mamą? Prawda? Jesteś? – upewniał się.

– Tak kochanie, jestem, jeśli tylko tego chcesz.

– I nie każesz iść tatusiowi gdzie go oczy poniosą?

– Nie, nie każę. Pójdzie gdzie i kiedy będzie chciał – powiedziała cicho.

Michał przez czas  rozmowy synka z Dorotą nie odezwał się ani słowem. Teraz podszedł i objął ich oboje.

– Nigdzie się nie wybieram – powiedział równie cicho.

cdn.                                                                          

 

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieści, Widocznie tak miało być, Widocznie tak miało być. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

22 Responses to „Widocznie tak miało być” – 22

  1. jotka pisze:

    Bardzo wzruszający dialog…
    Świetny pomysł z tymi zapiskami widoków z okna, niby stały plan, a ile można zaobserwować i poćwiczyć wyobraźnię 🙂

  2. anka pisze:

    Jotko:-) Dziękuję 🙂
    To jakbyśmy się nagle słońcem stali – jesteś w jednym miejscu, a wszystko wokół krąży i porusza się w swoim tempie i ku swojemu celowi…

  3. Mysza w sieci pisze:

    Wzruszyłam się.. jedno życie odeszło by dać miejsce nowej rodzinie. Różnie się ludzkie losy plotą, zmiennie jak i te widoki za oknem..

  4. anka pisze:

    Myszko:-) Czytałaś „Wejście w światło” więc wiesz co to była za historia z żoną Michała. Może przytoczyć ten fragment na blogu, dla tych, co nie czytali, jak myślisz?

  5. mmzd pisze:

    Buziaków nie zostawiłam, bo katar jak Chińcyki – mocno się trzyma 🙁

    • anka pisze:

      Magdo:-) Kochana Ty zasmarkana dziewczynko! Jeszcze Ci nie przeszło? Może w okolicy czosnku już zabrakło, bo cytryn chyba nie 😉 Biedna jesteś, taka franca się do człowieka przyczepi i męczy. Ale grypa żołądkowa bardziej potrafi wymęczyć, uwierz, jeszcze odczuwam skutki. Najdziwniejsze jest to, że czuję niechęć na samą myśl o kawie! To jest jakiś spisek, bo kilka dziennie to była norma i dzień kawą obowiązkowo rozpoczynany, a teraz – nie mogę nawet spojrzeć. Ciekawe czy mi przejdzie, cy tes jako te Chińcyki sie bedzie czymać.
      „Wejście w światło” widziałam na allegro i takich innych miejscach, gdzie książki sprzedają. Jak se zagram w lotka i wygram to se na nowo wydam, a co, hej!

  6. Mysza w sieci pisze:

    Myślę, że można, łatwiej wtedy zrozumieć.. najfajniej byłoby jednak przeczytać całość i po kolei. Jest szansa na „Wejście w światło” w sieci? Masz taki plan?

    • anka pisze:

      Myszko:-) Do tej pory takiego planu nie miałam. Ogólnie rzecz biorąc nie mam głowy do interesów, żadnych, choć bardzo żałuję 🙁

      • Mysza w sieci pisze:

        Zawsze możesz zimową porą przepisać książkę tu do bloga 🙂 Choć wierzę, że to ogromna praca i wymaga dużej ilości czasu.. Ale inaczej ciężko będzie wszystkim poznać tę część, która już nie jest wydawana w wersji papierowej.. Zrobisz jak Ci serce dyktuje 🙂

  7. Mokka pisze:

    Te nasze okienka na świat! Jakże hrapujące sceny możemy zauważyć! Chodząca kabina!
    Może miała już dość swojego widoku…Wystarczy się zatrzymać, a dostrzeżemy to, co innym umyka! Ty potrafisz docenić te chwile! Dzieci biorą wszystko na serio, ale nie ma tego złego…Trzeba było powrócić do żywych i może dobrze. Serdecznie pozdrawiam!

  8. anka pisze:

    Mokko:-) Dla sprawiedliwości muszę wyjaśnić, że trzy spostrzeżenia (trzy dni, czwarty to już fikcja na potrzeby akcji, ) są autentyczne, spisane przez moją przyjaciółkę Mary. Pomyślałam, że warto uwiecznić taką chwilę prawdziwego zatrzymania się w pędzie życia. Ileż wtedy można zauważyć rzeczy, wydarzeń, szczegółów, które zwykle znikają jakby były niewidzialne.
    Pozdrowienia przesyłam po powrocie z oszronionej łąki 🙂

  9. Zaczytana pisze:

    Bardzo to było wzruszające. To bardzo cenne, by umieć poprzez tekst wyrazić emocje.

  10. Bożena pisze:

    Ktoś unieruchomiony przez chorobę czy po prostu przez starość często wpatruje się w okno i wtedy nawet przelatujący ptak czy przejeżdżający drogą sąsiad, stanowią atrakcję. Moja babcia tak żyła przez około 10 lat. Wzruszający tekst, szkoda, że nie czytałam bloga wcześniej, a tak wszystko na raz trudno zrealizować… Mam nadzieję, że złapię chwilę i bardziej go „przekopię”. Pozdrawiam 🙂

  11. anka pisze:

    Gaju:-) Proponuję „Po co wróciłaś, Agato” – to jest poprzednia część obecnie publikowanej powieści pt. „Widocznie tak miało być”. Jest w kategoriach, więc łatwo znaleźć. Dziecko mi tak ustawiło, bo ja głąb informatyczny jestem i nic na to nie poradzę.
    Mnie także czasu ciągle brak na dokładne poczytanie, przemyślenie, przeżycie tekstów z bloga Twojego (cieszę się, że trafiłam do Ciebie), oraz innych, „nowych” dziewczyn. Trudno, takie życie, mam jednak nadzieję, że kiedyś się uda nadrobić zaległości.
    Przesyłam serdeczności 🙂

  12. Potrafisz pisać pięknie o uczuciach. To jakby poezja wyrażona prozą. Marysia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *