„Opowieść Marianny” 20

Przez szeroko otwarte balkonowe okno wiatr wtłaczał do pokoju świeże, ciepłe, czerwcowe powietrze, pachnące latem i słońcem, stawiające przed oczyma obrazy wielu wakacyjnych dni z minionych lat. Siedziałam nieruchomo, zapatrzona i zasłuchana we wspomnienia. Widziałam ukwiecone łąki, polne drogi obrośnięte po bokach wysokimi trawami, krwawnikiem, macierzanką, mleczami i najprzeróżniejszym, kolorowym zielskiem. Środkiem zaś gładkie, zielone, „wygryzione” przez krowy i wyglądające jak po przejeździe kosiarki elektrycznej. Widziałam falujące zboża ubarwione czerwonymi makami, różowofioletowymi kąkolami, kwitnące krzaki dzikiej róży, rozrośnięte krzewy głogu nad którymi krąży śpiewający szary ptaszek mający gniazdko uwite wśród kolącej gęstwiny gałęzi. U stóp starych głogów leżały kamienie, całe stosy kamieni pozbieranych z pól. Można wśród nich znaleźć skamieniałe muszelki, odbite amonity różnej wielkości. Widziałam rzekę, do której schodzi się z pagórka  zasłanego dywanem złotej pszenicy kłaniającej się wszystkim stronom świata w zależności od woli wiatru. Zobaczyłam siebie uciekającą w popłochu przed stadem krów pędzących wprost do rzeki.

Ostatnie wspomnienie było tak zabawne, że parsknęłam głośnym śmiechem. Leżąca obok Kuleczka przyjrzała mi się uważnie.

– Nie patrz tak na mnie, mam powód do śmiechu – pogłaskałam kotkę po łebku.

Oto właśnie trzymałam w ręku książkę. Moją własną, osobistą powieść, której autorskie egzemplarze dzisiaj odebrałam. To było niesamowite przeżycie. Oglądałam ją ze wszystkich stron, dotykałam, wąchałam jak dziki Papuas widzący takie dziwadło pierwszy raz w życiu.

– Zobacz koteczko, przyjrzyj się. Widzisz co tu jest napisane?

Kuleczka szeroko ziewnęła dając do zrozumienia, że jest jej to zupełnie obojętne. W końcu, cóż, nie musiała się przejmować faktem, iż moją pierwszą powieść zadedykowałam Herbertowi. Może to i był szalony pomysł. Kiedy zobaczyłam tekst już wydrukowany zrobiło mi się dziwnie i przyszło do głowy: co ludzie powiedzą? Zaraz jednak machnęłam ręką. A cóż mnie to obchodzi? Obchodzi mnie tylko to, co myśli ten jeden jedyny „ludź” a nie reszta. Mam rację? Mam. Ciocia Jadzia też tak powiedziała, kiedy była tu z Urwisem w święta.

Długo z nią rozmawiałam o wszystkim co się wydarzyło. Zawsze potrafiła mądrze ocenić i doradzić „jak trzymać”. Kochana ciocia. Zaraz jutro wyślę jej książkę. Jakże się ucieszy! A jaka będzie ze mnie dumna!

Zdecydowałam się. Wzięłam długopis. Napisałam: Herbertowi, któremu zadedykowałam tę powieść, ofiarowuję pierwszy autorski egzemplarz życząc miłej lektury. Włożyłam ten historyczny egzemplarz do reklamówki, zawołałam Alfunię  i lekka jak piórko ruszyłam w stronę bloku Herberta, zostawiając dzieci na podwórku.

W miarę zmniejszania się odległości między mną a domem Herberta rosła moja waga.  Wreszcie ciężar stał się ogromny, nogi nie mogły go unieść i chyba wrosły w ziemię. Alfa nie mogła tego pojąć i poszczekując biegała wokół, aby zachęcić mnie do dalszego spaceru.

A może ja wcale nie miałam racji? Ubzdurałam sobie coś, wyobraziłam i żyłam mrzonkami przez tyle miesięcy? Co ja mam zrobić? Tak po prostu zapukać i powiedzieć: cześć, mam dla ciebie książkę? A on spojrzy na dedykację, zwróci książkę i powie: dziękuję, nie lubię babskich czytadeł, trzeba było mnie wysłuchać rok temu.

Rok to bardzo dużo czasu. Odszukałam wzrokiem jego balkon. Coś tam się ruszało. Wytężyłam wzrok. Choroba, źle widzę bez okularów. Źle… ale przecież zobaczyłam Herberta stojącego tyłem, opartego o balustradę i… zamknęłam oczy, i jeszcze raz wpatrzyłam się w to samo miejsce otworzywszy je po chwili. W balkonowych drzwiach stała jakaś dziewczyna z długimi, jasnymi włosami.

Poczułam zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Cóż w tym dziwnego, że tam była? Przecież rok to bardzo długo, to bardzo dużo czasu… Stałam i stałam aż zniknęli oboje w głębi mieszkania.

Postarzała chyba o sto lat, z wysiłkiem odwróciłam się w drugą stronę. Ruszyłam w kierunku domu krok za krokiem, ciągnąc za sobą nogi jakby były z ołowiu. Mój świat się skończył, więc moje życie także mogło się skończyć. Tak byłoby najlepiej. Stało mi się w tej chwili wszystko obojętne, nawet dzieci, kotka, Alfa i nasz dom. Chciałam tylko dotrzeć do siebie nie spotykając nikogo po drodze, położyć się i już więcej nie wstać.

Jak na złość natknęłam się na Majkę. Była tak rozpromieniona, że nie mogłam tego nie zauważyć nawet w stanie ducha, w którym się znajdowałam.

– Grzegorz dzwonił,  wraca – zawołała uszczęśliwiona a spojrzawszy na mnie dodała: – rany boskie, co się stało?

– Nic – odpowiedziałam z wysiłkiem. – Tylko łeb mi pęka.

– To nie łaź po osiedlu. Mogłaś chłopaków wysłać z Alfą. Idź się połóż. Masz jakiś przeciwbólowy proszek w domu?

– Nie, nie wiem, zobaczę.

– Już cię tu nie ma, idź się położyć. No, już cię tu nie ma, słyszysz? Wyglądasz jakbyś już nie żyła. Zaniosę tę teczkę Teresie, jest u Herberta, chce mu wcisnąć kota. Zaraz do ciebie przyjdę.

Co ona właściwie powiedziała? Że idzie do Teresy czy do Herberta? Że jak? Kto jest u Herberta? Teresa? Boże, ja chyba oszalałam! To przecież mogła być Teresa. To była Teresa! Oparłam się o mur.

– To Teresa jest u Herberta? – spytałam nieswoim głosem.

Majka jakoś tak dziwnie na mnie spojrzała.

– Tak, Teresa, dobrze słyszałaś, moja rodzona, własna siostra. Nie mam innej. Idziesz wreszcie czy mam cię zaprowadzić?

– Idę, już idę – szepnęłam połykając łzy.

Dowlokłam się do domu i usiadłam. Uświadomiłam sobie z całą wyrazistością: wszystko co osiągnęłam zawdzięczam tylko Herbertowi, żyję przez niego, dla niego i dzięki niemu, on jest moim źródłem energii, bez niego nie ma mnie wcale, nie istnieję, nie działam, nie funkcjonuję. Przecież to straszne. Kobieto, opamiętaj się – powiedziałam do lustra.

Nie wiem ile czasu tak siedziałam, chyba całą wieczność. Nagle usłyszałam delikatne pukanie do drzwi. Pewnie Majka przyniosła jakiś proszek na mój rzekomy ból głowy.

– Wejdź, otwarte – zawołałam.

Wstałam zanim drzwi się otworzyły i stanęłam przy oknie. Po co ma widzieć, że znowu ryczałam. Na dworze zachmurzyło się, pociemniało, to nie zobaczy.

Drzwi skrzypnęły. Pomyślałam, że muszę je nasmarować. Czemu Alfa tak szczeka? Majki nie poznaje czy co? Usłyszałam kroki i odwróciłam się gwałtownie. To nie były kroki Majki! Przede mną stał Herbert. W białych spodniach, błękitnej koszulce, jasny i promienny.

– Kazałaś wejść to wszedłem – powiedział po prostu. – Przywitasz się ze mną czy znów będziesz chciała skakać przez okno?

Stałam wpatrzona w niego niczym w nadprzyrodzone zjawisko. Chyba się znowu nie rozryczę… O rany, tylko nie to!

– Słyszałem, że miałaś zamiar wyzionąć ducha pod moim blokiem, przyszedłem więc spytać czego ci, nieszczęsna duszyczko, potrzeba do szczęścia?

Żartobliwy ton wypowiedzi wprowadził jeszcze większy mętlik do mojej biednej, skołowanej głowy.

– Kto ci to powiedział? Pewnie Majka? Nie wiem kto ją o to prosił.

– Ale ja wiem – przerwał mi. – Marianno, przecież ja cały czas śledziłem twoje poczynania, wiedziałem o wszystkim, co robisz, w każdej chwili gotów byłem pomóc.

– Nic o tym nie wiem, nawet raz cię od tego czasu nie widziałam – odpowiedziałam z nieuzasadnioną, głupią pretensją, jakbym to nie ja narozrabiała, lecz on.

Teraz się powinien obrazić na śmierć i życie, i pójść sobie… Nie, tylko nie to… nie odchodź, bo umrę bez ciebie… już nigdy nie odchodź!

– Kochanie, wiele razy chciałem się do ciebie odezwać ale Majka mi nie pozwoliła. Stwierdziła, że najpierw musisz dojrzeć i dopiero wtedy będzie można z tobą rozmawiać.

– Oo, jędza! – wyrwało mi się.

Roześmiał się. Śmieje się ze mnie. Cały czas się śmieje. Patrzyłam ponuro w podłogę a on śmiał się coraz głośniej. Co za romantyczna scena! Teraz sąsiadka z góry powinna zalać mi mieszkanie, albo lepiej: niech się sedes z hukiem rozleci na drobne kawałki…

– Jak się okazało, Majka ma intuicję . Osiągnęłaś niesamowity sukces. Nie masz pojęcia jaki jestem z ciebie dumny.

Zrobiło mi się nagle potwornie głupio. Jak ja się zachowuję?

– Marianno, poprzednio nie dopuściłaś mnie do słowa a teraz się do mnie nie odzywasz. Czy mam sobie pójść czy mogę tu jeszcze trochę postać? Dobrze mi się stoi w twoim towarzystwie, w ciszy i spokoju. Wiesz, że nie lubię nadmiernie gadatliwych kobiet.

Rozkleiłam się zupełnie.

– Herbercie – powiedziałam cicho. – Ja cię bardzo za wszystko przepraszam. Zachowałam się idiotycznie i wtedy, i teraz przed chwilą też.

– Wyszło nam to obojgu na zdrowie – wyciągnął do mnie rękę. – Daj łapkę na zgodę. Już dobrze?

Skwapliwie podałam mu rękę. Boże, ile razy we śnie widziałam podobną scenę. Bałam się głębiej odetchnąć, by nie spłoszyć tego snu.

– Hej, nie śpij, ja tu jestem naprawdę – powiedział półgłosem.

Skąd wiedział o czym myślę? Delikatnie przyciągnął mnie do siebie. Pierwszy raz na jawie przytuliłam się do najmilszego mi człowieka na świecie. I oczywiście – rozryczałam się ze wzruszenia, bo jakby mogło być inaczej. Całe szczęście, że z hukiem wpadły moje dzieci wracające z podwórka. Może nie zauważył, że zmieniłam się w fontannę?

– Marianno, czy wypada, żeby redaktorka poczytnego pisma robiła z siebie fontannę?

– No wiesz…

– Idź, daj dzieciom kolację a ja sobie tu chwilę posiedzę – przytulił mnie znowu, bardzo, bardzo mocno i lekko pchnął w kierunku kuchni. – No idź już i prędko wracaj.

Spojrzałam na reklamówkę leżącą w przedpokoju.

– Proszę, to dla ciebie, nie będziesz się nudził.

Zajęłam się dziećmi: pogoniłam do kąpieli, zaniosłam kolację do łóżek, włożyłam do magnetowidu kasetę z nową komedią, ucałowałam na dobranoc i wyszłam z pokoiku zamykając drzwi, uprzedziwszy – jak zwykle, – że w razie czego mają ciocię Bożenkę wołać na pomoc.

Podeszłam do Herberta, stanęłam za fotelem, objęłam go za szyję. Przytulił twarz do moich rąk.

– Jeszcze od nikogo nie dostałem takiego prezentu. I nie dostanę. Jestem wzruszony jak nigdy w życiu. Może się rozpłaczę, jak myślisz?

– Nie ma obawy, to nie jest zaraźliwe – uśmiechnęłam się do ukochanych, szarych oczu, lekko w tej chwili przymrużonych.

Wtulając twarz we włosy Herberta, czując na dłoniach delikatny dotyk jego warg, zaczynałam tracić poczucie rzeczywistości.

– Herbercie, mów coś do mnie – poprosiłam.

– Cicho, bo chłopcy przyjdą sprawdzić co wyprawia ich matka – szepnął. – Już późno, trzeba iść.

Zajrzałam po cichu do dzieci, spały jak aniołki, film się skończył.

O nie, ten wieczór tak się nie może zakończyć. Po roku męczarni i czekania? Objęłam go w pół, najchętniej zastygłabym w tej pozycji do końca życia.

– Herbercie – szepnęłam, – zaprosiłeś mnie do siebie, pamiętasz? Wtedy nie wyszło, ale teraz…

– Przyjmiesz zaproszenie i nie będziesz już na mnie krzyczała, tak? – odpiął mi klamrę z włosów, rozsypały się i okryły plecy.

– Tak, chodźmy…

26.04.2017

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowieść Marianny, Powieści. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *