„Widocznie tak miało być” – 67

– Cholera jasna – zaklęła Dorota potykając się na bazarku i wpadając wprost na Kasię.

– Nic ci się nie stało? Ja przed pracą, to znaczy przed budynkiem, o mało kostki nie skręciłam, nie zauważyłam dziury w asfalcie. Nie wiem skąd się wzięła, bo wcześniej jej tam nie było. Na szczęście tylko naciągnęłam ścięgno, ale bolało okropnie – podtrzymała Kasia sąsiadkę.

– Nie, chyba nie skręciłam, już mi lepiej.

– Zajrzyj do mnie, przyniosłam książki, które chciałaś.

– Oo, super – ucieszyła się Dorota. – Ogarnę tylko moje towarzystwo całe, pogonię do lekcji i przylecę do ciebie.

Po wykonaniu zamierzonych czynności zastukała do Kasi. Domofon nie działał, znowu coś się w nim popsuło i drzwi na klatkę były otwarte. Weszła więc bez dzwonienia zapowiadającego jej nadejście. Zastukała do Kasinych drzwi. Gdyby Ciapek nie dał znać swojej pani, że ciotka stoi pod drzwiami, stałaby tak jeszcze długo, ponieważ dzwonek przy drzwiach mieszkania również nie działał.

– O, jesteś – ucieszyła się pani domu. – Wchodź, chłopaków nie ma, poszli grać w piłkę, więc mamy chwilę świętego spokoju. Siadaj, przyniosę kawę.

– Niech ci bozia w tłustych dzieciach wynagrodzi – ucieszyła się Dorota. – Właśnie się zastanawiałam, co tak za mną chodzi, a to kawa przecież!

– Wyszło na to, że chodziła, chodziła aż cię wreszcie dopadła – zaśmiała się Kasia. – Popatrz na komódkę. Te wszystkie książki są dla ciebie, tyle ci znalazłam.

– Niech ci…

– O żadnych tłustych dzieciach więcej nie chcę słyszeć – przerwała Kasia.

– No dobrze, to niech ci bozia da zdrowie – zgodziła się Dorota. – A co ty robiłaś zanim przyszłam?

– A wiesz co, złapałam Orzeszkową i mnie wciągnęła. Bo jej język  to czysta uczta po wulgaryzmach dzisiejszych powieści i ludzkich odzywek. Jakiż piękny jest. Chciałoby się go słuchać i słuchać, i słuchać – rozmarzyła się Kasia zapatrzona w łyżeczkę, którą równomiernie, jednostajnie poruszała na boki.

– Hej, przestań, słyszysz? Przestań, bo się sama zahipnotyzujesz.

– Nie wyrywaj mnie z tak błogiego stanu – powiedziała Kasia żałosnym głosem. – Ogólnie to chandrę mam. Nie widać? Mickiewicz chciał, żeby książki trafiły pod strzechy. Były i co? Teraz ciągle słyszę, że biblioteka niepotrzebna. Już ileś razy ten durny pomysł wracał, żeby ją zlikwidować, rozumiesz? Zli-kwi-do-wać! Powinnam się przyzwyczaić, ale nie mogę i szlag mnie trafia. A dawniej, choć też ciągle robili reorganizacje i zmieniali nazwy biur, to bibliotekę każdy dyrektor chciał mieć u siebie, bo zawsze porządnie działała i można się nią było przed szefostwem wykazać, pochwalić…

– Nie myśl o tym, to są idioci niegodni wzmianki, ci co mają takie kretyńskie pomysły. W domu teraz jesteś. Oddziel pracę od życia.

– A w życiu! A w życiu… to mi będą rury wymieniać, wyobrażasz sobie, co tu się będzie działo?

– Wyobrażam sobie, nawet bardzo dokładnie, bo u nas już wymieniali. Nie zazdroszczę ci tego bałaganu. Ale było też i śmiesznie. Posłuchaj. Podczas wymiany zrobili dziurę między łazienką a kuchnią. Przygotowałam obiad, zawołałam chłopaków i usłyszałam jak zwykle: zaraz. Kilkakrotnie.

– Skąd ja to znam – westchnęła Kasia.

– Zamknęłam więc drzwi do kuchni zostawiając jedzenie na stole. Po chwili Kajtek krzyczy z pretensją: dlaczego znowu zamknęłaś kota w kuchni! Jakiego kota? Zdziwiłam się, bo sama widziałam jak wchodził do łazienki… O rety! Wrzasnęłam i wpadłam do kuchni, a tam kotuś oblizywał pyszczek, cały szczęśliwy, że wyżarł połowę klusek i gulasz z kurczaka.

– Słuchaj, a gdzie był Kajtek tyle czasu, dwa dni temu, kiedy go szukałaś?

– Powiedział, że poszedł, aby znaleźć złoto.

– Gdzie szukał? – parsknęła śmiechem Kasia.

– Na giełdzie. Wrócił jak zmarzł. Powiedziałam mu: pobiegaj to się rozgrzejesz. A mój synek mi na to: nie mogę, bo mi się szkielet kostny rozsypie.

– Cudne – śmiała się dalej Kasia. – Z twoim Kajtusiem mało kto się może równać.

– Chwilami się martwię jak on sobie poradzi w późniejszym życiu.

– Skąd takie myśli?

– Bo wiesz, on nie znosi podporządkowania, pracy w grupie, jest takim indywidualistą, że aż się o niego boję.

– Oho, to tak jak mój Kamil – westchnęła Kasia. – Kurczę, ile ja się muszę nakombinować, żeby mu coś wytłumaczyć, zanim on da się do czegoś przekonać. A najczęściej się nie da, tylko musi przyjąć do wiadomości, że on to coś wymyślił i on tego czegoś chce.

Na zewnątrz dały się słyszeć uderzenia kropli deszczu w szybę. Do domu wpadli chłopcy wraz z Olkiem Danusi, który stwierdził, że tu ma bliżej niż do siebie, to mniej zmoknie.

– No popatrz, Katarynko, Przyszłam do ciebie jak świeciło słońce, teraz deszcz zaczął padać, a ja nie zmokłam. Widzisz jakie mam szczęście?

– Głupi zawsze ma szczęście – zaśmiała się Kasia.

– Widzisz, ciocia, jak to dobrze być głupim? – zadał pytanie Łukasz z bezpiecznej odległości, poza zasięgiem rąk ciotczynych i matczynych.

Kamil stał w przedpokoju i kaszlał.

– O rany, co ci się stało? – zaniepokoiła się matka.

– Chyba połknąłem muchę, cały czas mnie drapie w gardle!

– Bo połykasz tę muchę, a ona próbuje się wydostać i gardłem wyłazi do góry. Nic dziwnego, że cię drapie…- wyjaśnił bratu Łukasz.

– Idź do kuchni, synku, napij się soku, dzbanek stoi na stole.

– No, napij się to ją utopisz, nie będzie ci łaziła po gardle – przytaknął Olek.

cdn.

Podziel się:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieści, Widocznie tak miało być. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 Responses to „Widocznie tak miało być” – 67

  1. Urszula97 pisze:

    Fajnie, spotkanie rodzinne z dzieciakami w tle.Orzeszkową też kocham a i wymiana rur też była, tfu ale remont.Czekam na c.d. Buziaki.

    • anka pisze:

      Uleńko:-) Po wymianie rur na Ursynowie pokazały się w domu prusak, fuj! Dopiero gdy robiłam nową kuchnię, remont, meble itd. panowie zaklajstrowali wszelkie dziury przy rurach i się inwazja skończyła. Do tej pory mam derszcze z obrzydzenia jak sobie przypomnę, brrr!
      Buziaki i CiP 🙂 🙂 🙂

  2. Pola pisze:

    Takie fajne, normalne życie w normalnych czasach… Jak kiedyś…

    • anka pisze:

      Polinko:-) Wtedy też nie były całkiem normalne, bo człowiek zawsze wybrzydzał i narzekał, że ocet na półkach, że kolejki, że kartki, że to, że tamto… , ale byłyśmy młode, dzieci małe i … świat był piękny 🙂 I spokojny – patrząc z dzisiejszej perspektywy…

  3. jotka pisze:

    O pewnie, nawet był pomysł, by szkolne biblioteki zlikwidować, na szczęście ktoś poszedł po rozum do głowy…

  4. Mysza w sieci pisze:

    Na słowo remont dostaję dreszczy. U mnie też się o mało nie przebili, ale w drugą stronę. ;)) Dialogi dzieci jak zwykle bezcenne, a literaturę bez wulgaryzmów i agresji uwielbiam. Orzeszkowa, Rodziewiczówna, Kraszewski.. sięgam po ich twórczość z sentymentem. Po Twoją też z dużą przyjemnością! :))) Buziaki!

    • anka pisze:

      Myszko:-) Jak miło, kochana, jak miło 🙂 Dialogi, jak wiesz, w większości autentyczne, do dziś widzę tych wszystkich basałyków… przed oczyma duszy mojej 🙂 Boziu, jak ja ich kocham!
      Rychłego końca remontu i zadowolenia z rezultatu Ci życzę. I zdrówka dla MK!!!
      Buziaki 🙂

  5. 7 8 Krystyna pisze:

    Normalne zycie , normalne czasy……wroca na pewno. To zależy od nas.

    • anka pisze:

      Krysiu:-) Wszystko kiedyś przemija, więc i to zło też przeminie. Oby jak najprędzej. Zgadzam się, że od nas zależy, może nie w sensie materialnym od wszystkich, ale w pozostałych sferach jak najbardziej… Przytulam 🙂

Skomentuj Mysza w sieci Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *